Wydawca: Wydawnictwo W Drodze Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 138 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Między walizkami - Paulina Wilk

W "Między walizkami" znalazł się czas na refleksje o tym, czym jest ruch, podróż i przypatrywanie się światu, ale także na badanie codzienności. Paulina Wilk w felietonach skupia się na drobnych opiłkach. Bohaterami jej tekstów są niepozorne chwile, bezimienni ludzie dostrzeżeni na ulicy w Warszawie, Limie czy Bombaju, migawkowe wspomnienia z dzieciństwa, pojedyncze słowa, które nagle robią furorę, spacery z psem przez brzydkie podwórka, wieczory wypełnione wołaniem muezinów oraz poranki na gwarnych lotniskach. Z zadziwienia codziennością, obserwowaną na miejscu i w podróży, powstała kolekcja krótkich form, w których odbijają się główne wątki współczesności, choć ukazywane są z osobistej, intymnej perspektywy.

Autorka pisze o spotkaniach z islamem, migracjach, ubóstwie, lęku przed wojną. Ale także o pierwszej podróży nad Bałtyk, bezpowrotnie zmienionej wsi, pojedynczych chwilach zapamiętanych z dalekich miejsc, poszukiwaniu szczęścia na krańcach świata, samotności, późno odkrytym podobieństwie do własnej mamy czy o duchowości, a raczej – o jej braku.

Felietony opublikowane w tomie "Między walizkami" ukazywały się w miesięczniku „W drodze” w latach 2014–2017.

Opinie o ebooku Między walizkami - Paulina Wilk

Fragment ebooka Między walizkami - Paulina Wilk

© Copyright for the text by Paulina Wilk, 2017

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2017

Redaktor prowadzący

LIDIA KOZŁOWSKA

Korekta

AGNIESZKA CZAPCZYK

Redakcja techniczna

JUSTYNA NOWACZYK

Projekt okładki i stron tytułowych

RADOSŁAW KRAWCZYK

Fotografia na okładce

FOTOLIA.COM

Zdjęcie autorki

MARCIN ŁOBACZEWSKI

Teksty zamieszczone w książce ukazywały się na łamach miesięcznika

„W drodze” od stycznia 2014 do lutego 2017 roku

ISBN 978-83-7906-153-2

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie I, 2017

ul. Kościuszki 99, 61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62, faks 61 850 17 82

sprzedaz@wdrodze.pl www.wdrodze.pl

bezruch

Im dalej mam jechać, tym bardziej chcę zostać w domu. Przed każdą samotną podróżą do miejsca, którego nie znam, nachodzą mnie wątpliwości. I, jakbym chciała zaprzeczyć ruchowi, który zaraz wykonam, powstrzymać dystans, jaki przejadę, zaczynam leżeć. Nieruchomo, długo, pod byle pretekstem. Leżę po wyłączeniu budzika, z oczami otwartymi szeroko, błądząc wzrokiem po grzbietach książek. Dzięki nim podróżowałam, nie musząc się ruszać spod kołdry. Amitav Ghosh przenosił mnie do Indii, Karl Ove Knausgård – do Norwegii, Nicolas Bouvier – do Turcji. Oczywiście oni też są wszystkiemu winni, podróże prawdziwe biorą się z czytania. Leżę i szukam w książkach ratunku. Może któraś z nich da mi teraz schronienie. Zabierze gdzieś, skąd nie będę wyruszać, przeżywać pożegnania, rozłączenia, napięcia. Nie będę musiała go utulać, pomniejszać bzdurnym tłumaczeniem do lustra, że to tylko kilkanaście godzin lotu i tylko czterdzieści pięć nocy, że nikt nie zauważy nieobecności, że gdybym została, ten czas zleciałby jak okamgnienie.

***

Leżę wieczorem, bez snu, oglądając filmy, które znam na pamięć. To, że żaden z bohaterów nie może zachować się w nieprzewidziany dla mnie sposób ani powiedzieć czegoś, czego już o nim nie wiem, działa uspokajająco. Zamknięta w ciasnym pudełku przewidywalnej historii, stanowię przeciwieństwo tego, co zaraz się zacznie. Za kilka dni nic nie będzie wiadome, a wszystko stanie się możliwe. Nie lubię wyrażenia „podróż pełna niespodzianek”, ponieważ cała jest niewydarzona, jeszcze się nie stała, nie mam więc żadnych założeń co do tego, czym mogłaby się stać. Zanim ją rozpocznę, staram się wiedzieć jak najmniej, coś jednak wiedząc. Jeśli podróż ma pozostać doświadczeniem, musi być wolna od uproszczeń, które – ułatwiając przemieszczanie się – uniemożliwiają odkrywanie. Jeśli zlikwiduję niewiadome, zgaszę zdolność do bycia zadziwioną. Informacje o miejscach, w które trafię, są na równi pomocne, co zagrażające. Diabeł tkwi w proporcjach przygotowania i niewiedzy. Bez tego pierwszego może się okazać, że brakuje narzędzi do odkrywania świata. Bez tej drugiej – że nie ma już na nie miejsca. To właśnie – lęk przed brakiem odkryć – jest większy niż obawa przed tym, co może się przytrafić. Cóż bowiem gorszego niż to, że nie stanie się nic, a ja nie przeżyję niczego istotnego, co poruszy, przemieni? A brak doznań jest bardziej prawdopodobny teraz, gdy świat skurczony upodabnia się sam do siebie i sam siebie kopiuje. I gdy mój wzrok, nawykły do patrzenia w ekran, słabiej radzi sobie z dostrzeganiem rzeczywistości.

***

Lęk przed podróżą działa jak wybiórcza amnezja. Leżę, nie ruszam się, usiłuję sobie przypomnieć początek. Po co w ogóle chciałam wyjechać? Czego się spodziewałam? Jakie pragnienie błysnęło i kazało się ruszyć z miejsca, nie zastygać w spokoju, wywrócić wygodne krzesło? Przeszukuję archiwa własnych decyzji, także tych przypłaconych obawami i stresem, a później uznanych za dobre, szczęśliwe. Gdyby nie one, nie jechałabym z antyterrorystami do Prisztiny, nie wsiadłabym do indyjskiej łajby napędzanej ropą z butelki po coli ani do superszybkiej kolei w Szanghaju i limuzyny wiozącej mnie pod wypolerowane drzwi Taj Hotel. Kim byłabym bez tych wspomnień? Kimś innym. Nigdy nie miałam odwagi jeździć po świecie, ale wciąż po nim jeżdżę. Zamykam oczy, dokonuję wyboru. I jak Scarlett O’Hara mówię sobie: „Pomyślę o tym jutro”. I jeszcze przypominam sobie zasłyszane słowa o tym, że na koniec życia żałuje się tylko tego, czego się nie zrobiło. Wszystkie inne decyzje po upływie czasu wydają się słuszne, naturalne, nieuniknione. A więc może wcale nie mam wyboru? Może jadę, ponieważ muszę. Ponieważ z poznawania – i poprzedzającego je lęku – powstaje treść mojego życia.

Widuję ludzi, którzy walizki pakują tak, jakby wizyta w Omanie, Urugwaju lub Namibii była spacerkiem w parku. Ta łatwość jest mi nieznana. Prawdopodobnie dlatego wydaje mi się też zdradliwa. Natężeniem lęku mierzę szanse na przeżycie. Liczba przeleżanych bez ruchu poranków jest proporcjonalną zapowiedzią wyzwań leżących na drodze.

***

Dawniej liczyłam, że to przejdzie. Że praktyka zapewnia chłodną równowagę, jak u George’a Clooneya w filmie W chmurach. Ale teraz wierzę raczej aktorom, którzy po dwudziestu latach pracy przed każdym spektaklem czują tremę. Mam nadzieję, że lęk jest bratem pokory przed nieznanym i nieprzewidywalnością życia. Nie przeganiam go, leżymy razem, czekamy na świt. Wiem, że opuści mnie, gdy tylko wyruszę. Ustąpi miejsca ciekawości, a niewiedza zmieni się w atut – w napęd i znaki zapytania. Wiem też, że później, zaraz po powrocie, zjawi się siostra podróżnego lęku – melancholia. To ona stanowi ostatni akt podróży.

pięciu dobrych ludzi

Siedziałyśmy w kącie, gdy się zjawił. Na ratunek naszym nastoletnim marzeniom o wakacyjnej przygodzie w Londynie. Zadzwoniłyśmy już wszędzie i wydałyśmy, co było do wydania. Nie liczyłyśmy na nic. Miał łagodny głos. „Nazywam się Wasim”. Mówił, jakby to on bardziej potrzebował nas, niż my jego. Pokazał pokój z wyjściem do ogrodu, meble, pościel. I dopóki nie znalazłyśmy pracy, nie chciał pieniędzy za wynajem. Karmił nas, uczył arabskiego, opowiadał o domu w Libanie, o Allahu. Nie pił, nie umawiał się z dziewczynami, dzwonił do mamy. Ostatniego dnia ciało Wasima sturlało się po schodkach z korytarza, aż pod nasze drzwi. Pobity, zakrwawiony, nie wiedział, jak się nazywa. Bał się. Kilka tygodni później, gdy runęły wieże WTC, opowiadał, że życie w wielkim zachodnim mieście stało się nie do zniesienia. On był pierwszy.

***

Wuj Qalil przypominał połączenie świętego i Casanovy. Po sześćdziesiątce, przystojny, zwalisty, z bródką. Pokazywał ślady kul na plecach – to od postrzału islamskich terrorystów, podobno cudem przeżył zamach na swoje życie. Teraz, w sercu Europy, jak dawniej na Bliskim Wschodzie, rozstrzygał spory, doradzał małżeństwom, pilnował, by młodzi trzymali się z dala od klubów i chodzili na modlitwy. Słuchali go, pokornie spuszczali głowy. Ale w jego mieszkaniu zjawiały się różne kobiety, którym „przygotowywał lecznicze masaże” i „udzielał konsultacji”. A zarabiał, sprzedając zdrapki i karty telefoniczne. W piątki zabierał nas do meczetu – na spotkanie z imamem i darmowe posiłki. Mogłyśmy pytać o wszystko, wyjadając z tacek porcje kurczaka z ryżem i kardamonowe desery. W scenerii Regent’s Park, wśród dziewczyn noszących chusty na włosach i spódniczki mini, serwował nam wprowadzenie do islamu w wersji soft. On był drugi.

***

Przed wojną mówili o nim King. Ponoć żaden jugosłowiański teatr nie mógł się obyć bez jego scenografii. Jeździł ze spektaklami po demoludach, gdzieś w Zakopanem wypatrzył na widowni śliczną dziewczynę. Pokochał, zabrał ze sobą do Prisztiny. Poznałam ich jakieś trzydzieści lat później, właśnie tam – w stolicy niepodległego Kosowa. To było już po szykanach, nalotach NATO i wypędzeniu z mieszkania. Po zawale, ucieczce przez granicę po transporcie ratunkowym do Polski wraz z innymi uchodźcami albańskimi, i po powrocie do zniszczonego miasta. W ogóle po wszystkim – już nie pracował, nikt nie mówił mu: „Jesteś King”. Wstawał przed świtem. Modlił się po cichu, sam. Żona katoliczka, syn niepokorny, córka obwiniała religie o bałkańskie piekło. Umyty, w czystej koszuli, chodził co dzień do sklepiku po mleko i świeży burek z serem, bo je lubiłam. Nagotował mi gar pysznego paprykowego pingjuru. I wzrokiem zapraszał, żebym przysiadała obok, gdy całymi dniami kroił i czyścił paprykę. Jeździł po nią do rodzinnej wsi, kupował całe wory i dusił z przyprawami. Mówił mało. Chyba nie nosił w sobie żalu. Tylko poruszał się trochę zbyt subtelnie, jak ktoś, kto woli być niepozorny, niewidzialny. Zachował i wiarę, i lęk. On był trzeci.

***

Wiózł mnie przez jedno z największych miast świata, ciemną nocą. Gdy zjechaliśmy z wiaduktu, straciłam orientację. Każda uliczka podobna do kolejnej. Niby wszędzie ludzie, ale obojętni, śpiący. Nie poruszyłby ich żaden krzyk. Kręcił mocno kierownicą, stary samochód obracał się niechętnie. Nie rozmawialiśmy. Pozwalałam, by mój strach rósł, przybierał koszmarne wizje. Jego twarz widziałam tylko przez chwilę – pulchną, z rzadką brodą; krótkie włosy przykryte jasną czapeczką. Teraz, w drodze, obserwowałam go. Był ogromny, ledwo mieścił się na siedzeniu kierowcy. Nad lusterkiem naklejka – ozdobnie pozłacane litery, które widziałam w tylu meczetach, muzułmańskich sklepikach, jadłodajniach. Podróż trwała w nieskończoność, indyjskie zaułki w nocy – gdy znika z nich barwne życie – są przerażające i brzydkie. Bałam się coraz bardziej. Jeszcze dwa zakręty, stanęliśmy. Zamarłam. A on tylko wyjął z bagażnika mój plecak i wniósł do recepcji małego hoteliku, zbudził właściciela. Nie chciał napiwku. „Welcome to India!” – powiedział na pożegnanie. Leżąc pod wiatrakiem w niedrogim, czystym pokoju, wstydziłam się sama przed sobą. On był czwarty.

***

Wpadliśmy na niego na ulicy, przed buddyjską restauracją. Chodził tam z przyjacielem hindusem, bo podawano niekontrowersyjne menu – pierożki z warzywami. Od tej pory siadaliśmy razem do stołu w międzyreligijnym składzie: trójka europejskich katolików, bogobojny muzułmanin i hindus lekkoduch. W duszne wieczory rozprawialiśmy o różnicach, które nie przeszkadzały nam się przyjaźnić. Poznałam jego rodzinę. Nauczyli mnie puszczać latawce, gotować biryani, zadawać pytania nie wprost i milczeć, gdy zjawiali się wujowie – w śnieżnobiałych kurtach, z czystymi dłońmi i niewidzialnym, ale doskonale wyczuwalnym prestiżem. Za ich poradą otworzył biuro podróży – organizuje hadżdż; sam pielgrzymował już kilka razy. Mówi, że to niezwykłe – stanąć w wielomilionowym tłumie ludzi, którzy w jednej chwili mówią i myślą to samo. „Szkoda, że nie jesteś muzułmanką i nie możesz tego poczuć”. On był piąty.

***

Przywołuję ich ze wspomnień – każdego z kolei, na pomoc. Robię to zawsze, gdy po jakimś wybuchu, zamachu czy ataku wzmaga się fala stereotypów i nienawistnych uproszczeń.

wchłanianie świata

Do Amsterdamu przyleciałam tak, jak się przyjeżdża do Radomia, Torunia czy Gdańska – nieuważnie, bez wielkich emocji. Wbiegłam do samolotu ostatnia, gnana zniecierpliwionym wzrokiem stewardesy. Z tym samym uczuciem, które towarzyszy mi, gdy wciskam się rano do tramwaju. Pod niebem myślałam tylko o tym, jak zdumiewające kształty przyjmują chmury i jak długo samolot musiałby się wzbijać, żebyśmy dotarli do czerni kosmosu. Nie zastanawiały mnie granice, nad którymi sunę szybko i bez przeszkód. Na lotnisku Schipol nawet nie zerknęłam na bramkę paszportową. Jako obywatelka Unii Europejskiej pomaszerowałam wprost do hali przylotów i zamówiłam kawę, która kosztowała tyle samo i smakowała identycznie jak w Warszawie. Słowem – będąc w ruchu, nie doświadczyłam podróży. Ani tej silnej ekscytacji, która towarzyszy, gdy się jedzie do innego świata. W Europie jestem u siebie i choć odwiedzanie jej stolic jest dla mnie jedną z największych przyjemności i sposobów na błyskawiczne, weekendowe poszerzanie horyzontów, to mogę je przyrównać z przejściem z jednego do drugiego pokoju w tym samym mieszkaniu.

W hali przylotów, z europejskim smakiem café latte w ustach, czekałam długo na moją siostrę, której samolot z New Delhi miał przybyć z opóźnieniem. Stałam wśród innych – cierpliwie wyprostowanych i uprzejmie odsuniętych od siebie o pół kroku podróżnych oraz kierowców hotelowych, trzymających kartki z nazwiskami gości, na których czekali. Uświadomiłam sobie nagle, że jedenaście lat wcześniej dokładnie tego samego czerwcowego dnia to siostra czekała na mnie. Tam właśnie, na lotnisku w New Delhi. Ledwie ją dostrzegłam w tłumie ściśniętych, barwnych postaci, które przepychały się, trajkotały, jak jeden organizm. Była upalna noc, wiatr przywiał znad pustyni piaskowy pył – kolory stłumione, linie niewyraźne, jakby wszystko pogrążyło się w suchej mgle. Zawiesiła mi na szyi jaśminową girlandę – kwiaty już zwiędły, ale pachniały mocno. Taksówka wiozła nas przez miasto, które nie chciało spać – mimo późnej pory na chodnikach i w zaułkach życie, sklepiki rozświetlone. I ja nie mogłam zasnąć – powietrze jakby za ciasne, uciskające ciało, a ten świat inny zupełnie, od razu niepojęty. Ale zanim popędziłam go poznawać, miałyśmy coś ważnego do zrobienia. Rano w grupie znajomych przemierzałam nieludzkie, imperialnie szerokie ulice w poszukiwaniu polskiej ambasady. Upocone, w mokrych i pobrudzonych ubraniach, dotarłyśmy przed zakryty zielonym suknem stół. W dzbanach stały białe i czerwone storczyki, w sali panował zbawienny chłód, wygodnie usadowiona komisja miny miała zupełnie nadwiślańskie – równie poważne, co znużone. A my, uroczyste pomimo zmęczenia, oddałyśmy swoje głosy za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. I potem, gdy oglądałam w gazetach wyniki referendum i zdjęcie szczęśliwej Danuty Hübner, którą kręcił w powietrzu równie zadowolony Aleksander Kwaśniewski, cieszyłam się z nimi, że razem „weszliśmy” do Unii, do świata. I że nas stąd już nikt nie wyprosi.

Tamten wieczór w Delhi – ciężki, duszny – w początkach czerwca czeka się na monsun, na deszcz. Gazety prognozują ich nadejście co do godziny. A ludzie po zmroku, gdy temperatura nieco spada, przestają się kryć pod dachami, za okiennicami – żyją bardziej. W ścisku, trąbieniu i migotaniu świateł dotarłyśmy do Nizamuddin – tak w skrócie nazywany jest jeden z najważniejszych sufickich grobowców w mieście. Prowadząca tam wąska aleja była zakorkowana ludźmi, ale udało nam się dostać na otaczający grób dziedziniec. Tam po raz pierwszy słyszałam qawwali – pieśni mistyków, którzy śpiewem uwielbiają Allaha. Wyśpiewują mu miłość zupełną, intymną, namiętną. Wymieniają jego liczne imiona, tworząc wyrafinowane, dźwiękowe zdobienia. Ta sama fraza wielokrotnie powtórzona, ale za każdym razem poprowadzona nieco inaczej, przypomina tworzenie mistrzowskich haftów – piękno nie ma końca, może przyjmować niezliczone formy, bo pochodzi od Boga, a w śpiewie zaledwie się przejawia. Śpiewacy wyrzucają w górę ramiona. Wskazują tego, z którym się łączą w pieśni, będącej modlitwą i rytuałem. Ona wnika w słuchających głęboko, wręcz boleśnie. Nigdy wcześniej nie słyszałam muzyki tak dotkliwie pięknej. Jej intensywność rośnie aż do uniesienia, do płaczu. Ta modlitwa wyłącza rozum, budzi ducha. Nawet gdy dochodzi do niej na europejskim terytorium, z dala od świętych miejsc islamu. Abida Parveen, królowa qawwali, rzadko opuszcza rodzinny Pakistan i niezwykle trudno trafić na jej koncert. Czekałam na tę szansę dziesięć lat. Przyleciałam do amsterdamskiej opery, by posłuchać jej śpiewu. W klimatyzowanej sali z czerwonymi fotelami usiedli odświętnie ubrani przedstawiciele indyjskiej i pakistańskiej mniejszości, którzy w protestanckim europejskim mieście znaleźli swój raj na ziemi. Abida – nie kobieta, nie mężczyzna, ale androgyniczna postać ukryta pod szeroką tuniką i burzą długich włosów – przynosiła wszystko, co zostawili tam, u siebie. Jej głos brzmiał, jakby nie należał do człowieka, i ona, gdy siedziała na scenie, była gdzieś indziej. Zniknęła Europa, gmach opery i sztucznie schłodzone powietrze. Zniknęliśmy my. Muzyka wchłonęła wszystko.