Miasto–ja–miasto - Inga Iwasiów - ebook + książka

Miasto–ja–miasto ebook

Inga Iwasiów

0,0

Opis

Miasto–ja–miasto powraca po blisko trzydziestu latach w serii „Debiut od nowa” poddane literackiemu remasteringowi, który pozwala odczytać tę powieść na nowo – zarówno jako świadectwo swojego czasu, jak i początek jednej z najważniejszych dróg we współczesnej polskiej prozie. W tej wielogłosowej opowieści miasto staje się przestrzenią pamięci, tożsamości i nieustannego negocjowania własnego miejsca. Prywatne doświadczenia splatają się z historią, a osobista perspektywa odsłania społeczne i kulturowe przemiany końca wieku. Dzisiaj, po książkach takich jak Bambino, Ku słońcu, Kroniki oporu i miłości czy Późne życie, w debiucie Iwasiów można dostrzec źródła tematów, które przez kolejne dekady będą powracać w jej twórczości: miasta, pamięci, kobiecego doświadczenia, biografii i historii zapisanej w codzienności. Nowe wydanie pozwala spojrzeć na tę książkę jednocześnie z dwóch perspektyw: czasu jej powstania i całego późniejszego dorobku autorki. To powrót do miejsca, w którym zaczyna się jedna z najważniejszych opowieści współczesnej literatury polskiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 124

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Bezsenność

Odkąd tu mieszkam, od kilku zaledwie miesięcy – zapominam. Ulica skręca w prawo łagodnym łukiem, widzę tylko jej fragment, stary budynek po lewej i nowy, podobny do niego, po przeciwnej stronie. Poza zasięgiem wzroku pozostaje gruba rura ciepłownicza opasująca ogródki działkowe. Przeprowadziliśmy się w lipcu, przewożąc wszystko jednym transportem. Nie zdążyłam się pożegnać z pustymi ścianami pokrytymi tapetą z Peweksu. Środek lata. Mrok ogarnia dzielnicę powoli, wydobywając z ziemi intensywne zapachy, zwłaszcza po upalnym dniu i ulewnym deszczu. Z zarośli wyskakują koty, demaskują się wrzaskiem. Dzielnica szeleści, cienie wsiadają do ostatniego przed przerwą autobusu linii 75, na przystanku krwawi mężczyzna. Przez otwarte okna słychać westchnienia, gdzieniegdzie mignie światło z otwieranych chyłkiem lodówek. Kaszel, zatrzaskiwanie drzwi, skrzypienie podłogi. Na skośnej ścianie mruga zielone UFO, być może jest radioaktywnym kryształem włożonym między cegły. Choć to nieprawdopodobne, zaczyna być pewne. Pokój pachnie aktami mieszkającego tu wcześniej prawnika. Nie wystarczy życia, by je przewertować. Tak bardzo chciałabym zapomnieć, usnąć, zyskać odporność. W pęku kluczy zostawionych przez poprzednich właścicieli są trzy większe i trzy mniejsze. Wypróbowuję je ostrożnie po kolei. Zostawili dużo wszystkiego, będę czyścić piętro, strych i piwnice, aż się zestarzeję i ustąpię. Łatwo im z nami poszło, odeszli bez gratów.

Świt przychodzi znienacka, gdy na chwilę odpływam, śniąc o plaży w Pogorzelicy. Śpiewają kosy, mogłyby krzyczeć mewy, zaglądają tu podobno w przejściowych porach roku. Po kosach włączają się inne ptaki, jeszcze nie umiem ich rozpoznać. Nasłuchuję głosów, wciąż nie wiedząc, do kogo należą. Nigdy wcześniej nie byłam tak uzależniona od miejskich ptaków. Czekam na nie podczas bezsennych nocy, kiedy mrok jest tylko pauzą, chwilą rozejmu. Ich śpiew zwalnia mnie z katorgi odpoczywania. Skoro się budzą, to zaraz przyjedzie poranny autobus. Prosto w rozrzedzone, co parę minut coraz bardziej przejrzyste, czyste światło poranka, który wchłonie spaliny bez trudu. O ósmej cząstek spalin będzie więcej niż cząstek tlenu, powietrze zwielokrotni wysiłek, pomogą mu drzewa, krzewy, kwiaty, trawa, kostka chodnikowa i mury. Wchłoną, ile się da. Tymczasem to łatwizna, pierwszy przechodzień, pierwszy diesel. Jeździmy dieslami, paliwo jest tańsze, przyzwyczailiśmy się w latach osiemdziesiątych kupować je na lewo. Zimą wyziewy z kominów zwiększą zanieczyszczenie. Ale teraz trwa lato. Dociera do mnie fala dźwięków, monotonna symfonia bocznej ulicy. Czasem wdzierają się w nią krzyk, zgrzyt hamulców, pisk opon, zawodzenie psa, pijacki śpiew, radio – powyżej albo poniżej tego hałasu, którego oczekuję, który trzyma mnie przy życiu.

Wróblowate i gołębie przy Piastów siedziały na drzewach w oddalonej części podwórka. Bezpośrednio pod moimi oknami nie miały dobrych warunków, tam tylko beton, cegła i asfalt. Od frontu ciągnął się szpaler lipowej alei. Gdy jako nastolatka siadywałam późnym wieczorem na murku biegnącym wokół przedogródka, ptasie trele były zaledwie tłem. Odmienna muzyka wypełniała moje ciało, zagłuszając głosy z zewnątrz. Co innego grało mi w głowie. Podczas spacerów z rodzicami rzucałam wróblom okruszki na trawnik. Najbliższy mieliśmy niemal pod domem. Był to przylegający do baru Bambino skwer, wcinający się ozdobnym klinem w Schinkelplatz między Friedenstraße a Barnimstraße. Nazwy mnie nie interesowały, ale dziś czuję ironię przejmowania terytorium. Nie wystarczyła łatwa tutaj adaptacyjna translacja. Frieden – ulica Pokoju. Barnim III – słowiański twórca wielkości Stettina, lokalny władca, prekursor regionalizmu. Schinkel dziś też by się ostał – architekt nowoczesnego pruskiego układu architektonicznego, rozrysowanego na resztkach miasta-twierdzy. Skwer był jednym z kilku w międzywojennym centrum Stettina. W najszerszym miejscu urządzono basenik, raczej bez statusu kąpielowego. Podczas wojny został, jak wiele innych, zamieniony w zbiornik przeciwpożarowy. Zasiedliły go kaczki i gołębiowate, które zostawiały wokół pokłady guana. W latach sześćdziesiątych w dzielnicy Turzyn, części dawnego Neustadt, hodowcy trzymali gołębie rasowe. Czasem któryś wplątał się w stado przy basenie, dla niego rekreacyjnym. Kaczkom rzucało się chleb. Ludziom ze wsi nie wydawało się to szkodliwe, dająca im podczas wojny przetrwanie żywizna jadała wszystko i czuła się dobrze aż do ucięcia głowy.

Miałam długą przerwę w zainteresowaniach ornitologicznych. Chwytałam się uprawy działki warzywnej, koszenia trawnika nad Miedwiem, pielęgnowania bonsai. Udowadniałam, że jestem stworzona do wszystkiego, w rzeczywistości odgrywając role pisane dla innych kobiet. Powinnam się była więcej uczyć, wymagać atencji, krzyczeć.

Obok trwa budowa. Po fajrancie oswajam ciszę, jak codziennie rano oswaja mnie melodia koparek, młotów pneumatycznych, dźwigów, zwykłych młotków, brzęku kielni, szurania pacą po tynku, nawoływań na drugie śniadanie, skrzykiwania się na piwo w pobliskim, niewidocznym z moich okien sklepie. Zachowało się tu więcej murków niż w Śródmieściu. Sprzyjają konsumpcji przysklepowej. Ciężki sprzęt, wycofany przed kilkoma tygodniami, wrócił do niwelowania ulicy, więc teraz nie słychać podrzędnych dźwięków, wszystko ginie w warkocie. Następnego dnia pojawiają się tam całkiem spore drzewa. Za kilka lat trudno będzie określić wiek miejsca. Drzewo zafałszuje metrykę ulicy. Udawałam, że jestem dorosła. Dostałam więcej, niż zniosłaby osoba dojrzała.

Dzieci z szeregowca lubią wyglądać przez okno, zerkają ciekawie na mój balkon. I tak nie mogą mnie zobaczyć, ukrywam się za ścianą nieprzycinanej winorośli. Zniknęłam w tym domu zbudowanym tuż przed wojną dla Stettinera bogatszego od robotników zakwaterowanych po sąsiedzku. Dom nie ma stylu. O ile po drugiej stronie dzielnicy, za arterią Adama Mickiewicza, stoją wille okazałe, bogate, z historiami, i miniaturowe, eklektyczne w stylu kamieniczki, o tyle mój fyrtel zalegają budynki byle jakie, żywy dowód na przesadę zawartą w tezie o solidności niemieckiego budownictwa. Tego lata w wielu domach pojawiają się nowe okna, zastępując spróchniałą przedwojenną stolarkę, w tym gdzieniegdzie jeszcze wiszące drewniane okiennice. Łatwo zauważyć biedę wewnątrz dawnych czynszówek. Zachowały się tam jeszcze piece, wilgoć, ciemne toalety na półpiętrach. Dobra dzielnica daje zieleń i sąsiedzkie pogawędki. Moja „willa” należała do kogoś, kto się wzbogacił ponad czynszówkę. Postawił coś swojego, coś dla dzieci, trochę z oszczędności, trochę z kredytu. Dwa piętra, duże piwnice, strych. Bez pionowej izolacji, miejsce było suche, mury miały więc stać przez pokolenia. Nowoczesne, z żużlobetonowych bloczków, wylewanych być może na miejscu lub dowożonych z Zabelsdorfu. Z czerwonej cegły przeniosłam się do wielkiej płyty, by wylądować w żużlobetonie. Zdecydowała lokalizacja, a może życiowa niestaranność, branie tego, co podleci. Bryła bez wdzięku, zeszpecona dodatkowo powojennymi przeróbkami, łataniną – werandę zabudowano, mieścił się tam sklep monopolowy; adres ze złą sławą. A w ramie okiennej, wśród słomy i pakuł, znaleźliśmy niemiecki znaczek pocztowy z pieczątką z 1937 roku. Pozwolił nam datować rok budowy. Różnicowanie na podstawie pakuł. Data dzienna na stemplu „Hitlera” zatarta, także nazwa poczty nieczytelna. Odłożyłam znaczek na półkę, zginął w rozgardiaszu remontu, przypadkowe znalezisko przepadło. Żaden rarytas, mam cały album podobnych, z dziecięcych wymian.

Tu się ukrywam. W pokojach dziwnie nieustawnych, na strychu zaadaptowanym przez poprzednich lokatorów, w podmakającym podczas burzy garażu. Za żywopłotem z cisów. Pod schodami prowadzącymi donikąd. Rozstawiam pamiątki i bibeloty na półkach, po kątach, po szufladach. Bezwartościowe archiwum przypadków i obowiązków. Nasłuchuję. Mam nadzieję, że duchy nie wrócą. Walizka zamknięta na pawlaczu nie okaże się potrzebna. Książki nasiąkną nowym kurzem. W ogródku uschną niepodlewane kwiaty. Skalniak sam się rozsypie. Dżemy w spiżarce zarosną pleśnią. Czas zaimpregnuje szczeliny świeżo malowanego. Kolejny oddech będzie lżejszy, niebolesny, bezgłośny. Niechby mi dali już spokój, niechbym zapomniała.

Wieczorami wychodzę przed dom. Za furtkę. Przed swój dom, po prostu jak inni ludzie na ganek, na przyzbę. Staję przed tą swoją furtką, z gospodarskim zacięciem oglądam śmietnik, rynny, komin. Mój dom, na moim kawałku gruntu, z moimi drzewami, z moją ławką. Nagle interesuję się przedsiębiorstwem oczyszczania miasta. Moim przedsiębiorstwem, mojego miasta, mojego oczyszczania. To przedsiębiorstwo oczyszcza mój śmietnik, koło mojego domu, na mojej posesji, w moim mieście. Pomyśl: twój osobisty śmietnik, z twoich odpadów. O ściśle określonej kubaturze. Nieprzekraczalnej. Zapisanej w książeczce opłat. Objętej umową. Stoisz więc, rozmawiasz z kochankiem, do niedawna kochankiem, teraz mężem, o tym wspólnym śmietniku, o odpadkach codzienności. Znów ultimatum: albo ja, albo pies, albo kot, albo samochód, albo schabowy, albo mielony, albo praca, albo ona, albo–albo... Zawsze zwycięża zewnętrzność: pies, kot, kobieta, powinność. Zawsze zostajesz na, swoim zresztą, gruncie, z psem, rachunkami, kobietą ciągnącą się za wami jak stracony w bójce ogon zwierzaka. Byłby w tym smutek, powód do dramatycznych roztrząsań, gdyby nie ten dziurawy płot i przedsiębiorstwo oczyszczania miasta.

Mój zbudowany na obrzeżach dom stoi przy obecnie ruchliwej ulicy, niegdyś wyjątkowo spokojnej. Reduty Ordona. Mieli fantazję ci komisarze od nazw. W ogródku mieszkają niezapraszane burasy, trikolory i czarnuszki. Już tu były. Karmię je mięsem z puszek. Zlatują się do misek, stosując swe wewnętrzne zegary. Opóźnienie wywołuje krzyki i taniec wokół moich nóg. Są lubieżne, rozwydrzone. Znam podobny dotyk, błysk w oku. Zrobią wszystko za żarcie, choć wiem, że polują. Dla samego zabijania. Fryzjerka z zakładu po przekątnej wychodzi na papierosa. Syte łobuzy lecą do niej na dodatkowe pieszczoty. Porzucają moją posesję bez żalu. Jestem tu nadal obca. Zostaje Bezogon. Pytam, co go trafiło? Jak długo ciekła krew? Opowiadam mu o swoich wypadkach, o synu, który rozcinał głowę tak regularnie, jakby w ten sposób pobierał z przedmiotów składniki odżywcze. Głupio mi, bo zwierzam się kotu po przejściach. „Za to wąsy masz duże” – pocieszam go. „Za to jestem inteligentna” – rzucam w powietrze. Jeśli ktoś usłyszy, to się nie zdziwi. W tej dzielnicy wszyscy gadają z kotami i psami. Krwawiący na przystanku alkoholik, fryzjerka, ekspedientka, właścicielka magla, sklepikarz, barman. Kiedyś będę ich kompanką, teraz jestem za młoda, za nowa, za mało pasująca. Próbuję się zabliźnić talerzami, prześcieradłami, samochodem, pralką, zmywarką do naczyń. Dziećmi. Co jednak zarośnie, to znów zaczyna ropieć, podchodzić płynem surowiczym, szczypać. Wolałabym, doprawdy, pisać romanse. Marzyć romanse. Smarować powieści z tezą okraszone regionalnym sosem. Bawić się w wiersze. Kiedy stoję w otoczeniu swoich przypadkowych kotów, gdy podlewam nie przez siebie zasadzone krzewy. Wolałabym coś takiego. Chowam się więc przed kolejnym przechodniem. Może roznosić ciekawość. Natrętną i nieodpartą. Wypierającą ze mnie moją senną bezsenność. Stającą się moją senną bezsennością.

Dzieci z Krakowskiej

Karcili go właściwie za wszystko. Za brudne ubranie, brudne ręce i brudne zeszyty. Za nieodrobione zadanie i źle odrobione zadanie. Za nieobecność i sposób obecności. Za język. Za uparte milczenie. Trudno byłoby zamknąć tę litanię jakimś kontrapunktem, powiedzieć na przykład: „miał jednakże pewną zaletę...”, „nikt nie mógł zaprzeczyć, że w tej dziedzinie...”, „jego śpiew..., rysunek..., skok w dal...”. Trudno. Aż nieprawdopodobne, ale wszystkim zdałoby się nieprawdopodobne raczej, gdyby jednak... Jakiś przymiot. Zalążek talentu. Ciekawy rys charakteru. Nie, nie i nie. Idealny antybohater. Tyle że dwunastoletni. Już nieźle się źle zapowiadający. Już omówiony bez reszty, do cna, zaprogramowany na negatywny życiorys. Właściwie młodociany przestępca. Plugawy. Poobgryzane paznokcie. Obrzydliwy fetorek papierosów. Nawet wina. Podobno i wódki. Bo że piwa, to normalne. W małych ustach tyle słów, tyle „kurwy” i „chuja”, i „pierdolenia”, że chyba zostaną tak na zawsze, nigdy stamtąd nie wypadną, nigdy tych ust nie opuszczą.

Taki chłopiec bywa przedmiotem troski. Pani dyrektor, owszem, bardzo się nim interesuje. Raz mu oddała, proszę państwa, drugie śniadanie. A rozmawia z nim, naprawdę, rozmawia z nim, co już nie-do-wiary! Z takim małym plugastwem, żeby pani dyrektor szkoły, w końcu nie w kij dmuchał, po studiach, pedagog, uczy polskiego. Rozmawia, nie szkoda jej czasu, zatrzymuje się w drodze do gabinetu, patrzy z wyrzutem, potem uprzejmie do niego przemawia. Słowem: próbowaliśmy, próbowali. A rodzice, co nie dziwi, są przeciwni. Generalnie są przeciwni. W końcu nikt sobie nie życzy. Ich czyste dzieci. Nawet w toalecie spuszczają wodę. A potem ma obok takiego. Czego to on ich nie nauczy! A, broń Boże, papierosa pokaże. Albo wódkę wniesie do szkoły. Nie mówiąc o wyrazach. I o zarazkach. Wszystko może przynieść taki do szkoły! Tego hifa czy, jak mówią, adidasa, też skądś. I zboczone pomysły. Nie, żeby zaraz mieć za złe. Dziecko jest dziecko. Nie będziemy od razu przeciw. Ale czemu w naszej klasie? U nas są dobre wyniki, sama pani wychowawczyni chwaliła. To go jakoś usunąć. Ten zły wpływ żeby miał gdzie indziej. Albo jakoś zmusić rodziców. Chyba ma rodziców, no nie? Rodziców zamknąć, małego do poprawczaka.

Od samego początku nie miał szans na inny los. To zatem była wielka radość, aż mnie poprosiła sama pani pedagog, żeby się tą radością podzielić. Czasem najgorsze historie mają dobry, to znaczy ten, no, happy end. Wie pani, w serialach też wydaje się wszystko najgorsze. A to syn nie jest synem, matka okazuje się ciotką, fortuna opuszcza, dziecka nie mogą mieć, morderstwa, oszustwa i trudne sytuacje, rozmowy trudne. Więc pani pedagog (wszystko dla ludzi, zostawmy snobizm, właśnie że ogląda dla przyjemności, każdemu wolno oglądać, to takie życiowe sytuacje, jak ten, co to, pani wie, wyrzucił syna i chciał być z wnuczką, ale nie wiedział, że to wnuczka, a jej matka tymczasem narkomanka – samo życie, szkoła życia, z podręcznika nikt tego nie przeczyta, bardzo przydatne w praktyce zawodowej, łatwiej zrozumieć niektóre sprawy, ludzkie podejście się wyrabia), pani pedagog rozmawia. Ale nie zza biurka. Bardziej tak po równo. Proponuje, elegancko, wodę mineralną. Tak się zagalopowała. Prawie jak pani dyrektor z kanapkami. Dlatego my takie podejście. Bo jak raz, drugi, trzeci. I tak, i tak. I ojca, i matkę. A on dalej – nic. A rodzice – huzia. To ja już miałam za punkt honoru tę interwencję. Dzielnicowy zrozumiał. Też miał to na sercu. Chodziliśmy za tym i chodzili. Można powiedzieć – wszystko szczęśliwie się skończyło. Nadspodziewanie. Wszyscy zadowoleni. Trochę kultury, opieka, słowem – jak trzeba, nareszcie. Rodzice też przestaną py..., o przepraszam, ale czasem to też trzeba po imieniu, takie nerwy puszczą. Co pani chce, praca trudna, odpowiedzialność, samych zerówek cztery, a innych klas po osiem, i każde dziecko ma rodziców, a pedagog jest tylko jeden. I sprawy osobiste ma. Nie człowiek? Nie kobieta? Mąż niekoniecznie chętny. Przyjdzie do domu, żąda obiadu i w niedzielę lepszego, a jak by koleżanka przyszła, to zaraz zamyka się u dzieci, przecież trzeciego pokoju nie ma, więc córka zła, gdzieś dziecko musi się czuć u siebie, a jak ojciec, trudno, żeby dziewczyna... I na te lepsze kosmetyki chciałaby, żeby poczuć się sobą. A klimakterium za pasem. Podobno u mężczyzn też klimakterium, postać ukryta, dużo cięższa. Kompleks na punkcie członka. Wcale nie kobiety, jak twierdził Freud, co pamiętam ze studiów. Mężczyźni mają ten kompleks. Większość myśli, że za mały. Albo nie dość, no, pani wie, gotowy. Jak go pierwszy raz zobaczyła, pomyślała: „nie zmieści się”. Potem, na studiach, przeczytała coś podobnego u Hemingwaya. O tym, że się nie zmieści. Czyli że wszystkie dziewczyny tak myślą. Za pierwszym razem. A facetom z czasem jakby się kurczył, „za mały i za mały”. Pewnie dlatego szukają młodszych. Z lepszym wzrokiem. Widzących większego. Strach, jak z tą córką siedzi, a koleżanki przychodzą, to ona mówi: „mamo, tak patrzył na jej biust”. Rósł mu pewnie. Zaraz potem jednak opadł, więc czytam o stu sposobach na idealny seks. O. Więc się udało. Sukces. Marek ma dom, w domu dziecka.

Uwodziła go najwyraźniej. Taka gówniara. Przychodziła do sklepu, no w porządku – matka jej kazała – z kartką, rano po bułki, czasem coś do obiadu, jak zabrakło masła wieczorem. Ile razy dziennie tak można? Zrozumiałby, gdyby raz, dwa, trzy ostatecznie. A ona jeszcze potrafiła po chipsy, czekoladę, coś do picia. I tak się wdzięczyła i interesowała. Co jest na torebce napisane, na przykład. Czy ta zupa bez gotowania? Każdy by się poznał. Bo jakby chodziło tylko o te zakupy, to po co takie krótkie spódniczki? Nie mogłaby zwyczajnie, jak kobiety, w dresie, w sukience, w chodakach, prawie prosto z domu, zwyczajnie. Lolitka, naprawdę, proszę mi wierzyć, jest taka jedna książka, co o tym opowiada. Jak gówniara potrafi zmusić człowieka i nieszczęście zrobić. Skończyłam rusycystykę na WSP, czytałam w oryginale literaturę rosyjską. A tak, rzeczywiście, Nabokov napisał Lolitę po angielsku. W każdym razie wiem o czym.

Blond włosy, do ramion. Odgarniana niecierpliwym ruchem grzywka. Niebieskie oczy ocienione ciemną obwódką rzęs,