31,99 zł
On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać.
Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin.
Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce…
"Maybe Someday" to opowieść o ludziach rozdartych między „może kiedyś” a „właśnie teraz”, o emocjach ukrytych między słowami i o muzyce, którą czuje się całym ciałem.
Bestseller „New York Timesa”.
Drugie miejsce w plebiscycie Goodreads Choice Awards 2014 w kategorii Romans.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 406
Data ważności licencji: 9/9/2027
Tytuł oryginału: Maybe Someday
Copyright © 2014 by Colleen Hoover.
First published by Atria Books in paperback edition, 2014
Copyright © for the translation by Piotr Grzegorzewski
Przekład tekstów piosenek: Marcin Wróbel
Opieka redakcyjna: Agnieszka Urbanowska, Natalia Karolak
Adiustacja: Anastazja Oleśkiewicz / Wydawnictwo JAK
Korekta: Maria Armata / Wydawnictwo JAK, Joanna Hołdys / Wydawnictwo JAK
Projekt okładki: Eliza Luty
Fotografia na okładce: pościel – © William Potter / Shutterstock.com, kobieta – © iStockphoto.com / Chris Gramly
ISBN 978-83-751-5785-7
www.otwarte.eu
Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków, tel. (12) 61 99 569
Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak, w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl
Plik opracował i przygotował Woblink
woblink.com
Dla Carol Keith McWilliams
Drodzy Czytelnicy,
Maybe Someday to nie tylko książka. To eksperyment, którym z radością chcielibyśmy się z Wami podzielić.
Mieliśmy ogromną przyjemność współpracować ze sobą podczas tworzenia ścieżki dźwiękowej towarzyszącej tej opowieści. Staraliśmy się zapewnić Wam jedyne w swoim rodzaju doświadczenie czytelnicze.
Najlepiej słuchać piosenek wtedy, gdy ich teksty pojawiają się w książce. Żeby to było możliwe, musicie zeskanować kod, który znajduje się poniżej. Umożliwi Wam on dostęp zarówno do piosenek, jak i do dodatkowych materiałów, z których dowiecie się więcej o naszej współpracy.
Dziękujemy, że zdecydowaliście się uczestniczyć w tym projekcie. Był on dla nas, twórców, niesamowitym przeżyciem. Mamy nadzieję, że będzie nim również dla Was.
Colleen Hoover i Griffin Peterson
Żeby posłuchać piosenek, zeskanuj powyższy kod. Konieczne będzie do tego pobranie aplikacji Microsoft Tag. Gdy już to zrobisz, przybliż do kodu swój telefon i ciesz się tym, co nastąpi. Jeśli chcesz uzyskać dostęp do tych materiałów, możesz również odwiedzić stronę www.maybesomedaysoundtrack.com.
Właśnie dałam dziewczynie w twarz. Nie jakiejś pierwszej lepszej dziewczynie. Mojej najlepszej przyjaciółce i zarazem współlokatorce.
Choć biorąc pod uwagę to, co zdarzyło się pięć minut temu, powinnam była chyba powiedzieć: byłej współlokatorce.
Zaczął jej krwawić nos i już po chwili pożałowałam tego, że ją uderzyłam. Potem jednak przypomniałam sobie, jaką jest wredną i kłamliwą suką, i zapragnęłam znów jej przywalić. I zrobiłabym to, gdyby nie odciągnął mnie od niej Hunter.
Więc z braku laku walnęłam jego. Niestety, nic mu nie zrobiłam. Czego się nie da powiedzieć o mojej ręce.
Nie wiedziałam, że bicie kogoś może być aż tak bolesne. Nie żebym jakoś szczególnie się zastanawiała nad tym, jak to jest kogoś bić. A jednak znów nabrałam na to ochoty, kiedy popatrzyłam na SMS-a, którego przysłał mi Ridge. Następny, z którym muszę się policzyć. Wiem, że właściwie nie miał nic wspólnego z tym wszystkim, ale mógłby przysłać mi tę wiadomość nieco wcześniej. Dlatego jemu też bym z chęcią przyłożyła.
Ridge: Wszystko gra? Może chcesz u mnie przeczekać deszcz?
Oczywiście, że nie chcę. Pięść boli mnie wystarczająco mocno i bez wizyty u niego.
Odwracam się i patrzę na jego balkon. Opiera się o przesuwne drzwi, trzyma w dłoni telefon i patrzy na mnie. Jest już prawie ciemno, ale światła latarni stojących na dziedzińcu padają na jego twarz. Wpatruje się we mnie swoimi ciemnymi oczami i uśmiecha się do mnie z żalem, a ja z miejsca zapominam, dlaczego byłam na niego zła. Przeczesuje dłonią włosy opadające na czoło i wygląda na jeszcze bardziej zmartwionego. A może jest mu wstyd. W sumie powinno.
Postanawiam nie odbierać i pokazuję mu środkowy palec. Kręci głową i wzrusza ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Jak sobie chcesz”, a potem wraca do mieszkania i zasuwa za sobą drzwi.
Wkładam komórkę z powrotem do kieszeni, żeby nie zmokła, i rozglądam się po dziedzińcu osiedla, na którym mieszkam od dwóch miesięcy. Kiedy się tu wprowadzałyśmy, gorące teksańskie lato właśnie pochłonęło ostatnie oznaki wiosny, dziedziniec jednak wciąż był pełen życia. Jaskrawoniebieskie i fioletowe hortensje rosły wzdłuż chodników prowadzących do klatek schodowych i do fontanny na środku dziedzińca.
Teraz lato wkroczyło w najmniej atrakcyjny okres i od dawna nie ma wody w fontannie. Hortensje natomiast są żałosnym przypomnieniem radości, jaką czułam, kiedy wprowadziłyśmy się tutaj z Tori. W tej chwili dziedziniec dziwnie przypomina stan, w jakim się znajduję. Pokonana i smutna.
Siadam na krawędzi pustej betonowej fontanny, opieram się łokciami o dwie walizki skrywające większość moich rzeczy i czekam na taksówkę. Nie mam pojęcia, dokąd jechać, ale wiem, że wszędzie będzie mi lepiej niż tutaj. Nawet gdyby oznaczało to bezdomność.
W sumie mogłabym zadzwonić do rodziców, lecz od razu zaczęłoby się gadanie, w którym jak refren powtarzałyby się słowa: „A nie mówiliśmy?”.
A nie mówiliśmy, że to nie najlepszy pomysł, żebyś wyjeżdżała tak daleko, Sydney?
A nie mówiliśmy, żebyś nie zadawała się z tym chłopakiem?
A nie mówiliśmy, żebyś wybrała prawo zamiast muzyki? Sfinansowalibyśmy ci studia.
A nie mówiliśmy, żebyś uważała na kciuk, kiedy kogoś bijesz?
No dobra, może nigdy nie mówili o właściwych technikach uderzania, ale skoro są tacy mądrzy, to powinni.
Zaciskam pięść, potem rozprostowuję palce, w końcu znów zaciskam. Ręka straszliwie mnie boli. Powinnam do niej przyłożyć lód. Współczuję facetom. Bicie kogoś jest do bani.
Wiecie, co jeszcze jest do bani? Deszcz. Zawsze pada w najmniej odpowiednim momencie, tak jak teraz, kiedy jestem bezdomna.
W końcu przyjeżdża taksówka, więc wstaję i ciągnę za sobą walizki na kółkach. Taksówkarz wysiada i otwiera bagażnik. A ja nagle uświadamiam sobie, że nie mam przy sobie torebki.
O kurde.
Odwracam się i patrzę na miejsce, gdzie siedziałam, a potem spoglądam na ramię, jakbym liczyła na to, że torebka w magiczny sposób się na nim pojawi. Już wiem, gdzie jest. Rzuciłam ją na podłogę, zanim walnęłam Tori w ten jej sztuczny nosek à la Cameron Diaz (nawiasem mówiąc, zdecydowanie za niego przepłaciła).
Wzdycham ciężko. A potem zanoszę się śmiechem. To, że nie wezmę torebki, było do przewidzenia. Gdybym ją wzięła, mój pierwszy dzień bezdomności byłby zdecydowanie zbyt łatwy.
– Przepraszam – mówię do taksówkarza, który ładuje do bagażnika już drugą walizkę. – Rozmyśliłam się. Odwołuję kurs.
Wiem, że jakiś kilometr stąd znajduje się hotel. Gdybym zebrała się na odwagę, żeby wrócić po torebkę, mogłabym pójść tam na piechotę i wynająć pokój, dopóki nie wymyślę, co dalej. I tak już bardziej nie przemoknę.
Taksówkarz wyjmuje walizki z bagażnika, stawia je przede mną na krawężniku, po czym bez słowa wsiada z powrotem do auta i odjeżdża. Mam wrażenie, że mu ulżyło.
Naprawdę wyglądam aż tak żałośnie?
Biorę walizki i podchodzę z powrotem do fontanny. Patrzę na swoje mieszkanie i zastanawiam się, co by się stało, gdybym poszła po torebkę. Narobiłam niezłego zamieszania. Chyba jednak wolę moknąć na deszczu, niż wrócić.
Siadam na walizce i zastanawiam się nad tą sytuacją. Mogłabym zapłacić komuś, żeby poszedł tam za mnie. Ale komu? Na dworze nikogo nie ma, a poza tym skąd pewność, że Hunter i Tori oddadzą nieznajomej osobie moją torebkę?
Wszystko do dupy. Wiem, że ostatecznie zadzwonię do którejś ze swoich przyjaciółek, ale na razie jeszcze za bardzo się wstydzę, żeby się przyznać którejś z nich, że przez ostatnie dwa lata nie wiedziałam, co się święci. Byłam ślepa.
Już teraz nie podoba mi się bycie dwudziestodwulatką, a będę nią jeszcze przez 364 dni.
To wszystko jest tak bardzo do dupy, że aż... płaczę?
Świetnie. Jeszcze na dodatek płaczę. Nie mam torebki, płaczę, mam problem z agresją i jestem bezdomna. I chociaż nie chcę się do tego przyznać, chyba również jestem załamana.
No tak. Teraz płacz przeszedł w szloch. Właśnie tak zachowują się załamani ludzie.
– Strasznie leje. Lepiej się pospiesz.
Podnoszę wzrok i widzę przed sobą jakąś dziewczynę. Trzyma w ręce parasolkę i patrzy na mnie z niepokojem, równocześnie przestępując z nogi na nogę i czekając, aż coś zrobię.
– Zaraz zmoknę. Szybciej.
Mówi znudzonym tonem, zupełnie jakby wyświadczała mi Bóg wie jaką przysługę, a ja okazywałabym jej skrajną niewdzięczność. Unoszę ze zdziwieniem brwi i patrzę na nią, osłaniając dłonią oczy przed deszczem. Nie mam pojęcia, dlaczego tak bardzo przejmuje się tym, że zmoknie, skoro ma na sobie tak skąpy strój. Spoglądam na koszulkę, która ledwo zakrywa jej pępek, i nagle uświadamiam sobie, że to mundurek sieci restauracji Hooters.
Czy tego dnia coś jeszcze jest mnie w stanie zdziwić? Oto w strugach deszczu siedzę na walizkach, w których mam prawie cały swój dobytek, i pozwalam, żeby mną pomiatała jędzowata kelnerka z Hooters.
Ciągle jeszcze gapię się na jej koszulkę, kiedy chwyta mnie za rękę i podciąga na nogi.
– Ridge uprzedzał mnie, że się tak zachowasz. Spieszę się do pracy. Chodź ze mną, pokażę ci mieszkanie.
Chwyta jedną z moich walizek, wyciąga rączkę i popycha w moim kierunku. Sama bierze drugą, po czym szybko ucieka do budynku. Ruszam za nią, w sumie tylko dlatego, że chcę odzyskać bagaż, który mi zabrała.
Zaczyna iść po schodach. W pewnym momencie odwraca się do mnie i krzyczy:
– Nie wiem, jak długo u nas będziesz, ale powiem ci jedno: trzymaj się z dala od mojego pokoju.
Dociera do mieszkania i otwiera drzwi, nawet nie patrząc, czy za nią idę. Dochodzę do szczytu schodów, zatrzymuję się i przyglądam paproci rosnącej w doniczce przy drzwiach. Najwyraźniej gorąco jej nie zaszkodziło. Liście ma bujne i zielone, zupełnie jakby pokazywała latu środkowy palec. Uśmiecham się do roślinki. Jestem z niej dumna. W następnej chwili jednak czuję ukłucie zazdrości. Szkoda, że nie jestem tak odporna jak ona.
Odwracam wzrok, po czym kręcę głową i z wahaniem wchodzę do nieznanego mi mieszkania. Jego rozkład jest podobny do naszego, tyle że mieszkanie Tori i moje ma tylko dwie sypialnie, a tutaj są cztery. Natomiast salon z aneksem kuchennym jest takiej samej wielkości.
Jedyną rzucającą się w oczy różnicą jest to, że nie ma tu żadnej kłamliwej, podstępnej suki z zakrwawionym nosem. Nie widać również brudnych naczyń i ubrań Tori walających się wokół.
Dziewczyna stawia moją walizkę przy drzwiach, a potem odsuwa się i czeka, aż... Cóż, właściwie to nie wiem, na co czeka.
Przewraca oczami, chwyta mnie za rękę i odciąga od drzwi.
– Co jest? Umiesz w ogóle mówić?
Zaczyna zamykać drzwi, ale nagle zamiera, po czym odwraca się i patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami.
– Zaraz... Ty chyba nie jesteś... – Uderza się nagle dłonią w czoło. – Jezu, ty jesteś głucha!
Co takiego? Pogięło ją? Chcę zaprzeczyć, ale nie daje mi dojść do słowa.
– Boże, Bridgette – mamrocze pod nosem do siebie. Pociera dłońmi policzki i jęczy, zupełnie nie zwracając na mnie uwagi. – Czasami brakuje ci wrażliwości.
O rany. Ta dziewczyna ma prawdziwy problem z relacjami z ludźmi. Zachowuje się strasznie jędzowato, chociaż wyraźnie tego nie chce. Myśli, że jestem głucha. Nawet nie wiem, jak na to zareagować. Kelnerka kręci głową, jakby była zawiedziona swoją postawą, a potem patrzy mi prosto w oczy.
– MUSZĘ... ZARAZ... IŚĆ... DO... PRACY! – mówi donośnie i przeraźliwie wolno. Krzywię się i odsuwam o krok. Mam nadzieję, że zrozumie dzięki temu, że ją doskonale słyszę, ona jednak nic nie zauważa. Pokazuje na drzwi na końcu korytarza. – RIDGE... JEST... U... SIEBIE!
Zanim udaje mi się wydukać, żeby przestała się drzeć, wychodzi.
Nie mam pojęcia, co o tym myśleć. Ani co robić. Stoję przemoknięta do suchej nitki pośrodku nieznanego mi mieszkania, a w sąsiednim pokoju znajduje się jedyna osoba poza Hunterem i Tori, której mam ochotę przywalić. Skoro już o Ridge’u mowa, dlaczego właściwie wysłał po mnie swoją stukniętą dziewczynę? Wyjmuję komórkę i zaczynam pisać do niego SMS-a, kiedy nagle drzwi jego pokoju się otwierają.
Wychodzi na korytarz z naręczem koców i poduszką. Patrzy mi prosto w oczy, a ja wciągam gwałtownie powietrze. Mam nadzieję, że tego nie zauważył. Po prostu nigdy jeszcze nie widziałam go z bliska. Z odległości kilku kroków jest jeszcze przystojniejszy niż widziany z balkonu po drugiej stronie dziedzińca.
Chyba jeszcze nigdy nie widziałam równie sugestywnego spojrzenia. Mam wrażenie, że wystarczy, że tylko na mnie zerknie tymi swoimi ciemnymi oczami, a już będę na jego rozkazy. To spojrzenie jest tak przenikliwe i intensywne, że... Jezu, muszę przestać się na niego gapić!
Uśmiecha się znacząco, po czym mija mnie i podchodzi do kanapy.
Mimo jego przystojnej i nieco niewinnej twarzy chcę na niego nawrzeszczeć za to, że mnie oszukiwał. Nie powinien był czekać ponad dwa tygodnie na to, żeby mi powiedzieć. Mogłabym wtedy lepiej to wszystko zaplanować. Nie rozumiem, jak przez dwa tygodnie mogliśmy tyle ze sobą gadać, a on nie zdobył się na to, żeby mi powiedzieć, że mój chłopak i najlepsza kumpela się pieprzą.
Ridge rzuca koce i poduszkę na kanapę.
– Nie zostanę tutaj – mówię, chcąc oszczędzić mu czasu. Wiem, że mi współczuje, ale ledwie go znam i będę się czuła o niebo lepiej w hotelowym pokoju, niż śpiąc na obcej kanapie.
Tyle że na hotelowy pokój potrzeba pieniędzy.
A tak się składa, że w tej chwili ich nie mam.
Są w mojej torebce, a ta leży w mieszkaniu po drugiej stronie dziedzińca, gdzie znajdują się jedyne osoby na świecie, których nie mam ochoty więcej widzieć.
Może jednak ta kanapa to nie taki zły pomysł.
Ridge zaściela kanapę, a potem się odwraca i przygląda moim przemoczonym ciuchom. Patrzę na malutką kałużę, która powstała na środku pokoju.
– Przepraszam – mruczę pod nosem. Włosy przykleiły mi się do twarzy, a mokra koszulka prześwituje, tak że widać pod nią wyraźnie różowy stanik. – Gdzie łazienka?
Kiwa głową w kierunku najbliższych drzwi.
Odwracam się, otwieram walizkę i zaczynam ją przeszukiwać, a Ridge wraca do swojej sypialni. Cieszę się, że nie wypytuje mnie o to, co się stało po naszej wcześniejszej rozmowie. Nie jestem w nastroju, żeby o tym mówić.
Wyjmuję legginsy, bluzkę na ramiączkach i kosmetyczkę, po czym idę do łazienki. Trochę mnie uwiera, że to mieszkanie jest tak bardzo podobne do mojego, różnic tu naprawdę niewiele. Łazienka jest dokładnie taka sama, drzwi po prawej prowadzą do jednej sypialni, drzwi po lewej do drugiej. Jedna z nich na pewno należy do Ridge’a. Ciekawi mnie, kto zajmuje drugą, ale nie na tyle, żeby otworzyć drzwi. Kelnerka z Hooters wyraźnie powiedziała, że mam trzymać się z dala od jej pokoju. Coś mi się wydaje, że nie żartowała.
Zamykam na zasuwkę drzwi wiodące do salonu, a potem podobnie postępuję z drzwiami do obu sypialni, żeby mieć pewność, że nikt nie wejdzie. Nie mam pojęcia, kto tu mieszka poza Ridge’em i kelnerką, ale ktokolwiek to jest, nie chcę, żeby na mnie wpadł.
Zdejmuję przemoczone ciuchy i wrzucam je do umywalki, żeby nie zamoczyć podłogi. Odkręcam prysznic i czekam, aż zacznie lecieć ciepła woda. Dopiero wtedy pod niego wchodzę. Stoję pod strumieniem z zamkniętymi oczami, ciesząc się, że już nie moknę na dworze. Równocześnie jednak wcale mnie nie cieszy to, gdzie jestem.
W życiu się nie spodziewałam, że dzień moich dwudziestych drugich urodzin zwieńczą prysznic w obcym mieszkaniu i spanie na kanapie należącej do chłopaka, którego znam zaledwie od dwóch tygodni. A wszystko to przez dwie osoby, na których zależało mi najbardziej na świecie i którym najbardziej na świecie ufałam.
Dwa tygodnie wcześniej
Przesuwam drzwi i wychodzę na balkon, ciesząc się, że słońce skryło się za budynkiem naprzeciwko, dzięki czemu temperatura powietrza spadła do poziomu, który można uznać za idealny dla jesieni. Jakby na sygnał z drugiej strony dziedzińca zaczynają dobiegać dźwięki gitary. Rozpieram się wygodnie na krześle. Wmówiłam Tori, że piszę pracę zaliczeniową, bo nie chciałam się przyznać, że codziennie, punktualnie o ósmej wieczorem, wychodzę na balkon tylko po to, żeby posłuchać gitary.
Od kilku tygodni chłopak z mieszkania naprzeciwko siada na balkonie i gra co najmniej przez godzinę. Co wieczór wychodzę na nasz balkon i go słucham.
Zauważyłam, że inni sąsiedzi również pojawiają się na balkonach o tej porze, nikt jednak nie jest tak wiernym słuchaczem jak ja. Nie rozumiem, jak ktoś, kto choć raz słyszał jego piosenki, może nie chcieć ich słuchać codziennie. Tyle że muzyka zawsze była moją pasją, więc może dlatego trochę bardziej uzależniłam się od dźwięków jego gitary niż inni. Od dzieciństwa gram na pianinie i uwielbiam komponować, chociaż z nikim jeszcze nie dzieliłam się tym, co napisałam. Dwa lata temu nawet zmieniłam kierunek studiów na wychowanie muzyczne. Zamierzam zostać nauczycielką muzyki, chociaż gdyby to tylko zależało od mojego ojca, dalej studiowałabym prawo.
– Mierne życie jest zmarnowanym życiem – powiedział mi, kiedy przyznałam się do zmiany kierunku.
Mierne życie... Bardziej mnie to śmieszy, niż oburza, ponieważ ojciec jest najbardziej niezadowoloną z życia osobą, jaką znam. A do tego prawnikiem. I gdzie tu sens?
Znany mi już utwór kończy się i chłopak zaczyna grać kawałek, którego jeszcze nie grał. Znam już na pamięć jego nieoficjalną playlistę, ponieważ co wieczór ćwiczy te same utwory w takiej samej kolejności. Nigdy jednak nie słyszałam tej piosenki. To, że powtarza określone akordy, przekonuje mnie, że utwór powstaje właśnie teraz, na gorąco. Cieszę się, że mam okazję być świadkiem procesu twórczego – zwłaszcza że chociaż zagrał tylko kilka akordów, ten kawałek już zdążył się stać moim ulubionym. Wszystkie te utwory sprawiają wrażenie jego własnych. Ciekawe, czy gdzieś występuje, czy pisze je ot tak, dla zabawy.
Pochylam się, opieram ręce na barierce i patrzę na niego. Jego balkon znajduje się dokładnie po drugiej stronie dziedzińca, na tyle daleko, że nie czuję się niezręcznie, a jednocześnie na tyle blisko, że mam pewność, iż nigdy nie patrzę na niego, kiedy w pobliżu znajduje się Hunter. Coś mi się nie wydaje, by mu się spodobało, że jestem pod tak dużym wrażeniem talentu tego gościa.
Mimo to nie jestem w stanie z tego zrezygnować. Każdy, kto choć raz obserwował, z jaką pasją gra ten chłopak, musi być pod wrażeniem. Podoba mi się, że cały czas ma zamknięte oczy, skupiając się na każdym uderzeniu strun. Najbardziej lubię, kiedy siedzi po turecku, trzymając gitarę pionowo między nogami. Przyciska ją do piersi i gra niczym kontrabasista, cały czas z zamkniętymi oczami. Ten widok jest tak hipnotyzujący, że czasami wstrzymuję powietrze i zdaję sobie z tego sprawę dopiero w chwili, gdy zaczyna mi go brakować.
I do tego jest zabójczo przystojny. A przynajmniej wygląda na takiego z tej odległości. Jego niesforne jasnobrązowe włosy opadają mu na czoło za każdym razem, gdy patrzy na gitarę. Jest za daleko, żebym dostrzegła kolor oczu czy rysy twarzy, ale szczegóły nie mają znaczenia w zestawieniu z pasją, z jaką podchodzi do swojej muzyki. Ma w sobie pewność siebie, której nie sposób się oprzeć. Zawsze podziwiałam muzyków, którzy są w stanie całkowicie zawładnąć publicznością. Marzyłam, że też mi się to kiedyś uda, ale chyba nie mam tego czegoś.
Natomiast ten gość to ma. Jest pewny siebie i utalentowany. Zawsze miałam słabość do muzyków, ale jestem realistką. Są ulepieni z innej gliny. Rzadko stanowią dobry materiał na chłopaka.
Patrzy na mnie tak, jakby umiał czytać w myślach, i na jego twarzy pojawia się uśmiech. Nie przerywa grania. Jego wzrok sprawia, że czerwienieję. Opuszczam ramiona, kładę zeszyt na kolanach i wbijam w niego wzrok. Strasznie mi wstyd, że przyłapał mnie na tym, że się na niego gapię. Nie żebym robiła coś złego, po prostu dziwnie się czuję, wiedząc, że chłopak zdaje sobie sprawę, że mu się przypatrywałam. Kiedy podnoszę wzrok, okazuje się, że wciąż na mnie patrzy, tyle że już się nie uśmiecha. Jego spojrzenie sprawia, że serce zaczyna mi szybciej bić, dlatego ponownie koncentruję się na swoich notatkach.
Weź się w garść, Sydney, bo skończysz jako stalker.
– A, tu jesteś – rozlega się za mną pogodny głos. Odwracam się i widzę wchodzącego właśnie na balkon Huntera. Usiłuję ukryć to, że jestem zdziwiona na jego widok, bo przecież powinnam pamiętać, że przyjedzie.
Na wypadek gdyby mój gitarzysta wciąż patrzył, postanawiam uraczyć Huntera powitalnym pocałunkiem. Mam nadzieję, że dzięki temu już nie będę tak bardzo wyglądać na stalkera, a trochę bardziej na zwykłą dziewczynę, która odpoczywa na balkonie. Kiedy chłopak pochyla się nade mną, żeby mnie pocałować, przyciągam go do siebie, kładąc mu dłoń na karku.
– Zrób mi miejsce – mówi Hunter. Spełniam jego prośbę i wstaję z krzesła, a on siada za mną, po czym przyciąga mnie do siebie i otacza ramionami.
Dźwięki gitary raptownie się urywają. Kiedy spoglądam na drugi koniec dziedzińca, gitarzysta przeszywa nas gniewnym spojrzeniem, a potem wstaje i znika w swoim mieszkaniu. Miał dziwny wyraz twarzy. Zupełnie jakby się wkurzył.
– Jak zajęcia? – pyta Hunter.
– Nuda, nie ma o czym gadać. A co u ciebie? Jak w pracy?
– Ciekawie – odpowiada, odgarniając mi włosy z karku. Po chwili czuję tam dotyk jego ust. Wytycza pocałunkami szlak do mojego obojczyka.
– To znaczy?
Ściska mnie mocniej, a potem opiera brodę na moim ramieniu i ciągnie mnie do tyłu.
– W czasie lunchu wydarzyło się coś dziwnego – mówi. – Byliśmy z jednym z chłopaków we włoskiej restauracji. Jedliśmy na tarasie. Właśnie miałem zapytać kelnera, co proponuje na deser, kiedy zza rogu wyjechał radiowóz. Zatrzymał się przed restauracją i wyskoczyło z niego dwóch policjantów z wyciągniętą bronią. Zaczęli krzyczeć coś w naszym kierunku, a kelner wymamrotał tylko: „O kurde”. Powoli podniósł ręce, policjanci wskoczyli na taras, przewrócili go na ziemię i zakuli w kajdanki dosłownie u naszych stóp. Potem przeczytali mu jego prawa, podciągnęli na nogi i zaprowadzili do radiowozu. Przy samych drzwiach kelner odwrócił się do mnie i krzyknął: „Polecam tiramisu!”. Wepchnęli go do samochodu i odjechali.
Odwracam się do niego i patrzę mu prosto w oczy.
– Poważnie? Nie wymyśliłeś sobie tego?
– Przysięgam, Syd – odpowiada ze śmiechem. – To było po prostu szaleństwo.
– I co? Zamówiliście to tiramisu?
– Pewnie, że tak. Tak dobrego jeszcze nie jadłem. – Całuje mnie w policzek i odsuwa od siebie. – Skoro już o tym mowa, to umieram z głodu. – Wstaje, po czym podaje mi rękę i podciąga mnie na nogi. – Upichciłaś coś dzisiaj?
– Dopiero co jadłyśmy sałatkę, zaraz ci zrobię.
Wchodzimy do mieszkania i Hunter siada na kanapie obok Tori. Moja współlokatorka trzyma na kolanach otwarty podręcznik, usiłując równocześnie uczyć się i oglądać telewizję. Wyjmuję z lodówki składniki i przyrządzam sałatkę. Mam wyrzuty sumienia, że zapomniałam, że Hunter ma dzisiaj przyjść. Zwykle coś z tej okazji gotuję.
Chodzimy ze sobą od prawie dwóch lat. Kiedy się poznaliśmy, ja byłam na drugim roku college’u, a on na ostatnim. Od lat przyjaźnił się z Tori. Gdy zamieszkałyśmy razem i się zakumplowałyśmy, zaczęła nalegać, żebym go poznała. Jej zdaniem pasowalibyśmy do siebie. Miała rację. Po zaledwie dwóch randkach staliśmy się oficjalnie parą i odtąd świetnie nam się układa.
Oczywiście mamy lepsze i gorsze chwile, zwłaszcza odkąd Hunter się przeprowadził i dojazd do niego zajmuje ponad godzinę. Kiedy w ostatnim semestrze znalazł pracę w biurze rachunkowym, zaproponował, żebyśmy zamieszkali razem. Odmówiłam, tłumacząc, że zanim zrobię tak poważny krok, muszę zdobyć licencjat, jednak szczerze mówiąc, po prostu się tego boję.
Zamieszkanie z nim wydaje mi się czymś ostatecznym, przypieczętowującym mój los. Wiem, że następnym krokiem będzie małżeństwo i przez to zaprzepaszczę szansę na to, żeby pomieszkać trochę sama. Zawsze miałam jakąś współlokatorkę, a odkąd stać mnie na wynajmowanie mieszkania, mieszkam z Tori. Nie powiedziałam jeszcze Hunterowi o swoich zamiarach. Obiecałam sobie jednak, że zrobię to, zanim wyjdę za mąż. Za dwa tygodnie kończę dopiero dwadzieścia dwa lata, więc nie muszę się spieszyć.
Przynoszę talerz z sałatką do salonu.
– Po cholerę to oglądasz? – pyta Hunter moją przyjaciółkę. – Jedyne, co robią te wszystkie laski, to pieprzą głupoty na swój temat.
– I właśnie dlatego to oglądam – odpowiada Tori, nie odrywając wzroku od telewizora.
Hunter mruga do mnie porozumiewawczo, a potem bierze talerz i kładzie nogi na stoliku.
– Dzięki, kotku. – Odwraca się do telewizora i zaczyna jeść. – Skoczysz jeszcze po piwo?
Kiwam głową i wracam do kuchni. Otwieram lodówkę i patrzę na półkę, na której Hunter przechowuje swoje piwa. Nagle uświadamiam sobie, że tak to się właśnie zaczyna. Najpierw ma swoją półkę w lodówce. Potem będzie miał swoją szczoteczkę w łazience, a następnie szufladę w komodzie. W końcu jego rzeczy tak bardzo pomieszają się z moimi, że nigdy nie uda mi się zacząć żyć na własną rękę.
Masuję ramiona, próbując odegnać zakłopotanie. Czuję się tak, jakbym właśnie zobaczyła przed sobą swoją przyszłość. Nie jestem pewna, czy mi się ten widok podoba.
Czy naprawdę jestem na to gotowa?
Czy naprawdę jestem gotowa na to, żeby codziennie czekać na niego z kolacją?
Czy jestem gotowa na to, żeby wieść z nim codzienne życie? Uczyłabym cały dzień muzyki, a on prowadziłby czyjeś księgi rachunkowe, następnie wracalibyśmy do domu i ja przygotowywałabym kolację i „skakała po piwo”, a on kładłby nogi na stoliku i mówił do mnie „kotku”. Potem kładlibyśmy się do łóżka i kochali do jakiejś dziewiątej wieczorem, żebyśmy nazajutrz nie byli zmęczeni, obudzili się na czas, ubrali i poszli do pracy. I tak w kółko, dzień za dniem.
– Ziemia do Sydney! – woła Hunter i dwukrotnie pstryka palcami. – Piwo, kotku.
Szybko biorę puszkę, wracam do salonu, podaję mu piwo, a potem idę do łazienki. Odkręcam prysznic, zamykam drzwi i siadam na podłodze.
Nasz związek należy uznać za udany. Hunter jest dla mnie dobry i mnie kocha. Nie mam pojęcia, dlaczego za każdym razem gdy myślę o naszej wspólnej przyszłości, ogarnia mnie zniechęcenie.
Maggie pochyla się nade mną i całuje mnie w czoło.
– Muszę już lecieć.
Leżę na plecach, opierając głowę i ramiona na zagłówku. Maggie siedzi na mnie okrakiem i patrzy ze smutkiem. Żałuję, że obecnie mieszkamy tak daleko od siebie, ale dzięki temu wszystkie nasze wspólne chwile nabrały wyjątkowego znaczenia. Biorę ją za ręce i przyciągam do siebie, mając nadzieję, że uda mi się ją przekonać, żeby jeszcze nie wychodziła.
Śmieje się i kręci głową. Całuje mnie pospiesznie, potem ze mnie schodzi. Nie pozwalam jej jednak odejść. Rzucam się na nią, przyciskam do materaca, po czym celuję w nią palcem.
– Musisz... – pochylam się i całuję koniuszek jej nosa – zostać jeszcze jedną noc.
– Nie mogę. Mam zajęcia.
Chwytam ją za nadgarstki i kładę jej ręce nad głową, później przyciskam wargi do jej ust. Wiem, że nie zostanie. Nigdy jeszcze nie opuściła ani jednego dnia zajęć, chyba że była tak chora, że nie mogła się ruszyć. W sumie nie miałbym nic przeciwko temu, żeby się trochę rozchorowała, dzięki temu mógłbym ją zmusić do pozostania ze mną w łóżku.
Puszczam ją i delikatnie sunę palcami po jej rękach. Potem obejmuję dłońmi jej twarz i całuję po raz ostatni, po czym niechętnie odsuwam się od niej.
– Idź. Tylko uważaj na siebie. Daj mi znać, kiedy dojedziesz do domu.
Kiwa głową i wstaje z łóżka. Sięga za mnie, bierze koszulkę i wkłada ją przez głowę. Patrzę, jak chodzi po pokoju i zbiera rzeczy, które ostatniej nocy ściągałem z niej w pośpiechu.
Po pięciu latach większość par zamieszkuje razem. Maggie jest jednak inna. Ma ogromną, wręcz zatrważającą potrzebę niezależności. To zrozumiałe, biorąc pod uwagę, jak wyglądało jej dotychczasowe życie. Gdy się poznaliśmy, opiekowała się dziadkiem. Przedtem pomagała mu w opiece nad babcią, która umarła, gdy Maggie miała szesnaście lat. Teraz, kiedy dziadek znajduje się w domu opieki, dziewczyna wreszcie ma szansę na odrobinę własnego życia, i chociaż ogromnie pragnę, żeby była tu ze mną, wiem również, jak bardzo to dla niej ważne. Dlatego muszę się pogodzić z tym, że cały rok będzie mieszkała w San Antonio, a ja tutaj, w Austin. I niech mnie diabli, jeśli stąd wyjadę, zwłaszcza do San Antonio.
No, chyba że mnie poprosi.
– Przekaż bratu, że życzę mu powodzenia. – Na odchodnym zatrzymuje się jeszcze w drzwiach. – I przestań się obwiniać, Ridge. Muzycy mają blokady twórcze, podobnie jak pisarze. Odzyskasz jeszcze natchnienie, zobaczysz. Kocham cię.
– Ja ciebie też.
Uśmiecha się i wychodzi z pokoju. Wiem, że stara się mnie pocieszyć, ale nie mogę przestać się tym martwić. Nie mam pojęcia, czy to dlatego, że Brennan tak bardzo mnie naciska w sprawie tych piosenek, czy dlatego, że jestem kompletnie wyprztykany z pomysłów, ale słowa po prostu nie spływają na papier. A bez satysfakcjonujących tekstów trudno być zadowolonym ze swojej muzyki.
Moja komórka wibruje. To SMS od Brennana. Sprawia, że czuję się jeszcze gorzej.
Brennan: Minęło już kilka tygodni. Powiedz, że coś masz.
Ja: Pracuję nad tym. Jak trasa?
Brennan: Nieźle, ale przypomnij mi, żebym zabronił Warrenowi wpisywać w grafik aż tyle koncertów.
Ja: To dzięki koncertom staniecie się znani.
Brennan: STANIEMY. Przestań się zachowywać tak, jakbyś nie był członkiem zespołu.
Ja: Nie będę, jeśli nie pokonam tej cholernej blokady.
Brennan: Może powinieneś więcej wychodzić. A może w twoim życiu jest za mało dramatycznych zdarzeń. Zerwij z Maggie dla dobra sztuki. Zrozumie. Cierpienie stanowi doskonałą inspirację. Wystarczy posłuchać muzyki country.
Ja: Świetny pomysł. Powtórzę Maggie, że to zaproponowałeś.
Brennan: Nic, co powiem ani co zrobię, nie sprawi, że Maggie mnie znienawidzi. Pocałuj ją ode mnie i bierz się do pisania. Nasza kariera zależy od ciebie.
Ja: Dupek.
Brennan: O! Czyżbyś się wkurzył? Wykorzystaj to. Napisz gniewny protest song o tym, jak bardzo nienawidzisz swojego młodszego brata, a potem mi go przyślij ;–)
Ja: Zrobię to, gdy w końcu zabierzesz rzeczy ze swojego dawnego pokoju. W przyszłym miesiącu ma się wprowadzić siostra Bridgette.
Brennan: Znasz tę całą Brandi?
Ja: Nie. Dużo tracę?
Brennan: Nie. Po prostu przygotuj się na mieszkanie z dwiema Bridgette.
Ja: O kurde.
Brennan: No właśnie. Pogadamy później.
Wychodzę z SMS-a Brennana i zaczynam pisać do Warrena.
Ja: Zaczynamy szukać współlokatora. Brennan nie zgodził się na Brandi. Możesz przekazać tę wiadomość Bridgette. Wiem, jak się lubicie.
Warren: Ale z ciebie złamas.
Śmieję się i zeskakuję z łóżka, a potem wychodzę z gitarą na balkon. Dochodzi ósma. Wiem, że ta dziewczyna już tam czeka. Podejrzewam, że to, co zamierzam zrobić, wyda jej się strasznie dziwne, ale co mi szkodzi spróbować. W sumie nie mam nic do stracenia.
Bezwiednie wystukuję stopą rytm i śpiewam tekst, który ułożyłam do tej piosenki, kiedy on nagle przestaje grać. Nigdy jeszcze nie przerywał w trakcie utworu. Zdziwiona spoglądam w jego stronę. Pochyla się do przodu i patrzy prosto na mnie. Unosi palec wskazujący, jakby chciał powiedzieć: „poczekaj”, po czym odstawia gitarę i wbiega do mieszkania.
Co on, do diabła, wyprawia?
I dlaczego tak bardzo się denerwuję?
Wraca, trzymając plik kartek i mazak.
Coś pisze. Co jest, do cholery?
Unosi dwie kartki. Mrużę oczy, żeby zobaczyć, co na nich napisał.
Numer telefonu.
O kurde. Zapisał mi swój numer telefonu?
Ponieważ nie ruszam się przez kilka chwil, chłopak potrząsa ze zniecierpliwieniem kartkami, pokazuje na nie, a potem na mnie.
To jakiś wariat. Nie zadzwonię do niego. Nie ma mowy. Nie zrobię tego Hunterowi.
Chłopak kręci głową, po czym chwyta kolejną kartkę, coś na niej pisze i ją pokazuje.
Puść mi SMS-a.
Ponieważ nadal się nie ruszam, pisze coś na odwrocie.
Mam pytanie.
Pytanie? To wydaje się bezpieczne. Kiedy znów unosi kartki ze swoim numerem telefonu, biorę komórkę i wpisuję go. Wpatruję się w wyświetlacz przez kilka chwil, nie do końca wiedząc, co napisać, a potem decyduję się na:
Ja: Co to za pytanie?
Patrzy na swoją komórkę. Kiedy dostaje wiadomość, na jego twarzy pojawia się uśmiech. Upuszcza kartki i zaczyna pisać SMS-a. Po chwili mój telefon wibruje. Waham się chwilę, a potem patrzę na wyświetlacz.
On: Śpiewasz pod prysznicem?
Kręcę głową. Moje podejrzenia się potwierdziły. Chce mnie poderwać. No jasne, to przecież muzyk.
Ja: Co to w ogóle za pytanie? Mam chłopaka. Tracisz tylko czas.
Wciskam „wyślij”, a potem patrzę, jak czyta moją wiadomość. Śmieje się, co mnie strasznie wkurza. Głównie dlatego, że jego uśmiech jest jak... emotikon z uśmiechem. Nie wiem, jak to inaczej opisać. Zupełnie jakby razem z ustami śmiała się cała jego twarz. Ciekawe, jak to wygląda z bliska.
On: Wiem, że masz chłopaka, i wcale nie chcę cię poderwać. Chcę tylko wiedzieć, czy śpiewasz pod prysznicem. Cenię osoby, które to robią. Od twojej odpowiedzi zależy, czy zadam ci następne pytanie.
Czytam tę długaśną wiadomość, podziwiając go za zdolność szybkiego pisania. Faceci zwykle nie są w tym tak dobrzy jak dziewczyny, jego odpowiedzi jednak nadchodzą błyskawicznie.
Ja: Tak, śpiewam pod prysznicem. A ty?
On: Nie.
Ja: Jak możesz cenić osoby, które śpiewają pod prysznicem, skoro sam tego nie robisz?
On: Może cenię je właśnie dlatego, że sam tego nie robię.
Ta rozmowa nie ma sensu.
Ja: Do czego była ci potrzebna ta niezwykle ważna informacja?
Wyciąga przed sobie nogi i opiera stopy na barierce balkonu, a potem patrzy na mnie przez kilka chwil. W końcu przenosi uwagę na swój telefon.
On: Po prostu chcę wiedzieć, skąd znasz teksty moich piosenek, skoro ich jeszcze nie napisałem.
Momentalnie czerwienieję ze wstydu. Ale wtopa.
Wpatruję się przez dłuższą chwilę w tekst wiadomości, a potem przenoszę wzrok na niego. Patrzy na mnie z kamienną twarzą.
Dlaczego nie przyszło mi do głowy, że mnie widzi? Nie pomyślałam, że może zauważyć, że śpiewam do jego muzyki. Aż do ostatniego wieczoru w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, że mnie dostrzega. Robię głęboki wdech, żałując, że nasze spojrzenia się spotkały. Nie wiem, dlaczego jestem aż tak bardzo zakłopotana. Czuję się tak, jakbym pogwałciła jego prywatność. To żałosne.
Ja: Zdecydowanie wolę piosenki z tekstem niż bez. Zmęczyło mnie zastanawianie się, jakie są teksty twoich piosenek, więc sama ułożyłam słowa do kilku z nich.
Odczytuje mojego SMS-a, a potem patrzy na mnie – tym razem bez choćby cienia uśmiechu na twarzy. Nie podoba mi się to jego poważne spojrzenie. Serce mi od niego szybciej bije. Z drugiej strony jego uśmiech też przyspiesza bicie mojego serca. Wolałabym, żeby jego twarz wydawała mi się nieatrakcyjna i pozbawiona wyrazu, ale to chyba niemożliwe.
On: A możesz mi je wysłać?
O nie. Nie ma takiej opcji.
Ja: Nie ma takiej opcji.
On: Proszę...
Ja: Nie.
On: A gdybym bardzo, ale to bardzo poprosił?
Ja: Wybacz, ale nie.
On: Jak masz na imię?
Ja: Sydney. A Ty?
On: Ridge.
Ridge. Pasuje do niego to imię. Idealne dla kogoś o ciągotkach muzyczno-artystycznych.
Ja: Sorki, Ridge, ale moje teksty nie nadają się do czytania. A ty nie piszesz tekstów do swoich utworów?
Zaczyna odpowiadać i jest to bardzo długi SMS. Jego palce śmigają po klawiszach telefonu. Boję się, że uraczy mnie całą epistołą. Podnosi wzrok i w tej samej chwili moja komórka wibruje.
Ridge: Wydaje mi się, że cierpię na coś w rodzaju blokady twórczej. To dlatego chciałbym, żebyś przysłała mi teksty, które śpiewasz, gdy ja gram. Nawet jeśli według ciebie są głupie, z chęcią je przeczytam. Jakimś cudem znasz wszystkie moje piosenki, chociaż nigdy nikomu ich nie grałem, nie licząc prób na balkonie.
Skąd wie, że znam wszystkie jego piosenki? Nagle zdaję sobie sprawę, że chłopak obserwuje mnie trochę dłużej, niż mi się początkowo wydawało, i przykładam dłoń do policzka, który znów piecze mnie ze wstydu. Wygląda na to, że nie ma na świecie osoby, która miałaby mniejszą intuicję ode mnie. Widzę, że Ridge znów pochylony jest nad komórką, więc przenoszę wzrok na swój telefon i czekam na kolejną wiadomość.
Ridge: Widzę, jak całym ciałem reagujesz na muzykę. Stukasz stopą, ruszasz głową. Czasami specjalnie zwalniałem, żeby się przekonać, czy to zauważysz. Zawsze to robiłaś. Nieruchomiałaś, wyczuwając, że coś jest nie tak. Musisz więc mieć słuch i wyczucie muzyki. A skoro śpiewasz pod prysznicem, to pewnie i niezły głos. To z kolei oznacza, że możesz mieć dryg do pisania tekstów. Dlatego chcę je zobaczyć.
Wciąż jeszcze czytam, kiedy przychodzi następny SMS.
Ridge: Błagam. Mam nóż na gardle.
Robię głęboki wdech, żałując, że ta rozmowa w ogóle się zaczęła. Nie mam zielonego pojęcia, w jaki sposób doszedł do tych wszystkich wniosków, skoro nawet nie zauważyłam, że mnie obserwuje. W pewnym sensie zmniejsza to nieco moje zażenowanie. Jednak to, że chce poznać moje teksty, trochę mnie niepokoi. Śpiewam, ale nie na tyle dobrze, by wiązać z tym swoją zawodową przyszłość. Moją pasją jest sama muzyka a nie jej wykonywanie. I chociaż uwielbiam pisać teksty piosenek, nigdy nikomu ich nie pokazywałam. Wydaje mi się to czymś zbyt intymnym. Już chyba bym wolała, żeby próbował mnie wulgarnie poderwać.
Drgam przestraszona, kiedy komórka znów wibruje.
Ridge: No dobra, zawrzyjmy układ. Wybierz jedną moją piosenkę i prześlij mi tekst do niej. Potem dam ci spokój. Zwłaszcza gdy okaże się głupi.
Śmieję się. A potem wzdrygam. On nie odpuści. Chyba muszę zmienić numer telefonu.
Ridge: Pamiętaj, że znam twój numer, Sydney. Nie dam ci spokoju, dopóki nie przyślesz mi tekstu co najmniej jednego kawałka.
Jezu, on naprawdę nie zamierza zrezygnować.
Ridge: A poza tym wiem, gdzie mieszkasz. Jeśli będzie trzeba, uklęknę przed twoimi drzwiami.
Wrrr!
Ja: No dobra. Skończ już z tymi pogróżkami. Jedna piosenka. Ale musisz ją najpierw zagrać, bo nie mam spisanego tekstu.
Ridge: Zgoda. Którą piosenkę wybierasz? Zaraz ją zagram.
Ja: Jak mam ci powiedzieć, o którą mi chodzi? Przecież nie znam ich tytułów.
Ridge: Ja też nie. Unieś rękę, kiedy do niej dojdę.
Odkłada telefon i bierze do rąk gitarę, a potem zaczyna grać jedną z piosenek. To jednak nie ta, o którą mi chodzi, więc kręcę głową. Przechodzi do następnego kawałka, a ja znów potrząsam przecząco głową. W końcu rozlegają się znajome akordy jednego z moich ulubionych utworów. Unoszę rękę, a on uśmiecha się, po czym zaczyna grać tę piosenkę od początku. Otwieram notes, biorę długopis i spisuję słowa, które ułożyłam.
Musiał zagrać ją trzy razy, zanim udało mi się spisać tekst do końca. Zapada zmierzch i już ledwo co widać.
Ja: Jest już za ciemno, żeby mi się udało to odczytać. Wejdę do środka i prześlę ci go SMS-em, ale musisz mi obiecać, że nigdy więcej już mnie o to nie poprosisz.
W blasku wyświetlacza komórki, którą trzyma, widzę jego uśmiech. Kiwa głową, a potem bierze gitarę i wraca do mieszkania.
Idę do swojego pokoju i siadam na łóżku. Zastanawiam się, czy mogę jeszcze się rozmyślić. Czuję, że ta nasza rozmowa zniszczyła mój cowieczorny relaks na balkonie. Już nigdy więcej nie wyjdę o ósmej wieczorem, żeby go posłuchać. Podobało mi się to bardziej, gdy myślałam, że nie wie o mojej obecności. To były tak jakby moje własne, prywatne koncerty. Teraz będę zbyt świadoma jego obecności, żebym mogła się nimi cieszyć. Jestem wściekła, że to zniszczył.
Ze smutkiem przepisuję tekst i go wysyłam, po czym wyciszam telefon, zostawiam go na łóżku i idę do salonu. Chcę zapomnieć, że to się w ogóle stało.
Kurde, niezła jest. Naprawdę niezła. Brennan zakocha się w tym tekście. Wiem, że będziemy musieli podpisać z nią umowę i coś jej odpalić. Ale opłaca się, zwłaszcza jeśli pozostałe teksty są tak dobre jak ten.
Pytanie tylko, czy Sydney zgodzi się nam pomóc. Wyraźnie nie wierzy w swój talent. To jednak najmniejsze z moich zmartwień. O wiele większym jest to, jak przekonać ją do tego, żeby przysłała mi więcej tekstów. Albo zgodziła się napisać je razem ze mną. Nie wydaje mi się, żeby jej facet był tym zachwycony. Skoro już o nim mowa, to w życiu nie widziałem większego dupka. Wczoraj wieczorem wyszedł na balkon i całował oraz tulił Sydney jak najtroskliwszy chłopak pod słońcem. A potem, ledwie dziewczyna weszła do mieszkania, pojawił się na balkonie z tą drugą laską. Sydney pewnie akurat brała prysznic, bo tych dwoje zachowywało się tak, jakby mieli włączony minutnik. Laska otoczyła go nogami w pasie i zaczęła całować szybciej, niż zdążyłem mrugnąć okiem. I to wcale nie zdarzyło się pierwszy raz. Ciągle jestem świadkiem takich scen.
Tak naprawdę nie do mnie należy informowanie Sydney o tym, że jej chłopak pieprzy jej współlokatorkę. A już na pewno nie napiszę jej o tym w SMS-ie. Ale gdyby Maggie mnie zdradzała, oczywiście chciałbym o tym wiedzieć. Po prostu nie znam Sydney jeszcze na tyle dobrze, żeby mówić jej o takich rzeczach. A poza tym osoby przekazujące złe wieści zwykle obwinia się o wszystko. Zwłaszcza gdy zdradzana osoba nie chce uwierzyć w to, że jest zdradzana. Mógłbym wysłać jej anonimową wiadomość, ale ten dupek, jej chłopak, pewnie by się z tego jakoś wy- tłumaczył.
Dlatego na razie będę milczał. To nie moja sprawa i dopóki się lepiej nie poznamy, Sydney nie ma powodu, żeby wierzyć moim słowom.
Telefon wibruje w mojej kieszeni. Wyjmuję go, mając nadzieję, że to Sydney przysłała mi więcej tekstów. Okazuje się jednak, że to SMS od Maggie.
Maggie: Jestem już prawie w domu. Do zobaczenia za dwa tygodnie.
Ja: Nie chciałem, żebyś esemesowała, kiedy będziesz prawie w domu, tylko wtedy, gdy będziesz w domu. Przestań esemesować w czasie jazdy.
Maggie: Dobra.
Ja: Przestań!
Maggie: Dobra!
Rzucam komórkę na łóżko i postanawiam nie odpowiadać. Dzięki temu nie będzie miała pretekstu, żeby do mnie napisać, dopóki nie dojedzie do domu. Idę do kuchni po piwo, a potem siadam na kanapie obok drzemiącego Warrena. Wciskam guzik pilota, żeby sprawdzić, co oglądał.
Pornosa.
No tak. Facet nie ogląda filmów, w których nie ma rozbieranych scen. Mam już zmienić kanał, kiedy wyrywa mi pilota z rąk.
– To mój wieczór.
Nie wiem, czy to Warren, czy Bridgette postanowili, że będziemy się dzielić telewizorem, ale był to beznadziejny pomysł. Zwłaszcza że do tej pory nie jestem pewien, który wieczór jest mój, chociaż formalnie rzecz biorąc, to moje mieszkanie. Mogę mówić o szczęściu, gdy oboje raz na kwartał mi zapłacą. Dopuściłem do tego, bo Warren to mój najlepszy kumpel od ogólniaka, a Bridgette... Cóż, jest dla mnie taka wredna, że nawet nie chce mi się zaczynać z nią rozmowy. Unikam tego, odkąd Brennan pół roku temu pozwolił się jej tutaj wprowadzić. Na razie nie brakuje mi kasy, bo pracuję, a Brennan daje mi swoją dolę, więc machnąłem na to ręką. Ciągle nie mam pojęcia, jak Brennan poznał Bridgette i co ich łączy, ale mój brat wyraźnie się o nią troszczy. Nie wiem, dlaczego to robi, bo według mnie jedyną zaletą tej dziewczyny jest to, że zupełnie nieźle wygląda w mundurku sieci Hooters.
Oczywiście momentalnie przypominam sobie słowa, które wypowiedziała Maggie, kiedy dowiedziała się, że Bridgette się do nas wprowadza.
– Nic mnie to nie obchodzi tak długo, jak mnie z nią nie zdradzasz. Jeśli jednak byś mnie zdradził, byłaby to najgorsza rzecz, jaka by się mogła stać. Z miejsca bym z tobą zerwała, a tobie by serce pękło i oboje bylibyśmy nieszczęśliwi. Pogrążyłbyś się w rozpaczy i już nigdy byś się nie pozbierał. Dlatego jeśli już masz mnie zdradzić, najpierw upewnij się, że to będzie najlepsze bzykanko twojego życia. Bo zapewniam cię, że będzie zarazem ostatnie.
Nie miała najmniejszego powodu do niepokoju, jednak obraz, który odmalowała, był tak przerażający, że nigdy nawet nie spojrzałem na Bridgette w tym jej mundurku.
Jakim cudem moje myśli zawędrowały tak daleko?
Dlatego właśnie mam blokadę twórczą. Ostatnio nie potrafię się skupić na niczym ważnym. Wracam do swojego pokoju, żeby przepisać tekst Sydney i zastanowić się, jak dodać go do muzyki. Chcę do niej zaesemesować, żeby wiedziała, co sądzę o jej twórczości, ale ostatecznie tego nie robię. Powinienem potrzymać ją trochę w niepewności. Doskonale wiem, jak to jest wysłać komuś cząstkę siebie, a potem czekać na werdykt. Mam zamiar przetrzymać ją na tyle długo, żeby zapragnęła przysłać mi więcej tekstów, gdy w końcu powiem jej, że jest genialna.
Może to trochę okrutne z mojej strony, ale ta dziewczyna nie ma pojęcia, jak rozpaczliwie potrzebuję jej pomocy. Kiedy już ostatecznie znalazłem swoją muzę, nie pozwolę jej się wymknąć.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
