Verity. Coraz większy mrok - Hoover Colleen - ebook + audiobook + książka

Verity. Coraz większy mrok audiobook

Hoover Colleen

4,4
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Nowe wydanie bestsellerowego thrillera.

Zawiera list od Colleen Hoover i niepublikowany dotąd finałowy rozdział.

Verity Crawford, sławna autorka thrillerów, zostaje sparaliżowana wskutek tragicznego wypadku. Jej mąż zatrudnia pisarkę Lowen Ashleigh, by dokończyła bestsellerową serię książek chorej żony.

Podczas przygotowań do pracy w posiadłości Crawfordów Lowen w stosie notatek znajduje niepublikowany dotąd materiał. Tekst, który miał na zawsze pozostać tajemnicą, okazuje się wstrząsającą spowiedzią Verity.

Odkrywając sekrety autorki, Lowen coraz bardziej pogrąża się w mroku i niebezpiecznie zbliża do jej męża Jeremy’ego. Aż w pewnym momencie staje się częścią życia Crawfordów, jeszcze bardziej niepokojącego niż thrillery Verity...

Szokująca opowieść o małżeństwie, obsesji i manipulacji. Odkryj, czyje kłamstwo jest prawdą...

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 22 min

Lektor: Colleen Hoover

Data ważności licencji: 1/25/2027

Oceny
4,4 (121 ocen)
75
31
11
2
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ela3159

Nie oderwiesz się od lektury

Ta książka zaskoczy Cię wiele razy. Gorąco polecam.
20
egostkowska75

Nie oderwiesz się od lektury

Wow! Mega !
20
Scarlet4321

Nie oderwiesz się od lektury

Super historia. Polecam.
10
lidkakon

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca pozycja! Kiedy myślałam, że już znam zakończenie, milę się zaskoczyłam!
10
Jola23041981

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja
10

Popularność




Tytuł oryginału: Verity

Copyright © 2018 by Colleen Hoover

COLLEEN HOOVER® is registered in U.S. Patent and Trademark Office

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026

Copyright © for the translation by Piotr Grzegorzewski

Opieka redakcyjna nad wydaniem piątym: Natalia Karolak

Przyjęcie tłumaczenia: Aleksandra Ptasznik

Adiustacja i korekta: Pracownia 12A

Adaptacja okładki oryginalnej na potrzeby wydania: Agnieszka Gontarz, Maria Miłoś

ISBN 978-83-8135-751-7

Ta książka to fikcja literacka. Pojawiające się w niej nazwiska, postacie, miejsca i zdarzenia są dziełem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób, rzeczy, zdarzeń lub miejsc istniejących w rzeczywistości jest przypadkowe.

www.otwarte.eu

Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl

Plik przygotowany na zlecenie Woblink

woblink.com

Książkę dedykuję jedynej osobie, która powinna tę dedykację otrzymać – Tarryn Fisher. Dziękuję ci za to, że w równym stopniu akceptujesz mrok tkwiący w ludziach, jak i światło, które ich przepełnia.

1

Słyszę trzask rozgniatanej czaszki, a potem ochlapują mnie krople krwi.

Gwałtownie cofam się na chodnik, jednak zahaczam obcasem o krawężnik. Chcąc utrzymać równowagę, chwytam się słupka z tabliczką „Zakaz parkowania”.

Ten mężczyzna jeszcze kilka sekund temu stał tuż przede mną. Wraz z innymi przechodniami czekaliśmy na zmianę świateł na przejściu, on jednak ruszył za wcześnie i wpadł pod ciężarówkę. Skoczyłam do przodu, próbując go zatrzymać, ale złapałam tylko powietrze. Zamknęłam oczy, by nie widzieć głowy miażdżonej pod kołami, lecz nie uchroniło mnie to przed dźwiękiem, który przypominał wystrzał korka od szampana.

Pospieszył się, zagapiony w ekran telefonu, pewnie już setki razy przechodził w tym miejscu. Zginął przez rutynę.

Słychać westchnienia, ale żadnych krzyków. Z ciężarówki wyskakuje kierowca i klęka obok ofiary. Wycofuję się, widząc, że kilka osób spieszy z pomocą. Nie muszę patrzeć na ciało, by wiedzieć, że mężczyzna nie przeżył. Wystarczy, że spojrzę na swoją jeszcze przed chwilą białą bluzkę i pokrywające ją plamy krwi, i już wiem, że ofierze bardziej przyda się karawan niż karetka.

Odwracam się, żeby w końcu złapać oddech, ale światło zmienia się na zielone i tłum rusza przed siebie. Nie mogę płynąć pod prąd tej manhattańskiej rzeki ludzi. Niektórzy nawet nie odrywają wzroku od telefonów. Zatrzymuję się, czekając, aż tłum trochę się przerzedzi. Znów patrzę na miejsce wypadku, skrupulatnie omijając wzrokiem zwłoki. Kierowca z przerażoną miną stoi za swoją ciężarówką, rozmawiając przez komórkę. Nad ciałem pochyla się trzech, czterech ludzi. Kilka osób kierowanych upiorną ciekawością nagrywa tę scenę komórkami.

Gdybym wciąż mieszkała w Wirginii, wszystko wyglądałoby inaczej. Zamarłby cały ruch, wybuchłaby panika i rozległy się krzyki, a po kilku minutach pojawiłaby się ekipa telewizyjna. Na Manhattanie piesi tak często wpadają pod samochody, że ludzie traktują to jak drobną niedogodność. Przyczynę spóźnień albo zniszczenia garderoby. Błahostkę, która nie zasługuje nawet na wzmiankę w mediach.

I choć wciąż szokuje mnie znieczulica niektórych mieszkańców Nowego Jorku, to właśnie dlatego dziesięć lat temu się tutaj przeprowadziłam. Tacy jak ja muszą żyć w zatłoczonych miastach. W tak ogromnej społeczności moje życie nie ma znaczenia. Żyją tu tysiące ludzi, których historie są bardziej żałosne niż moja.

Tu jestem niewidzialna. Nieistotna. Zatłoczony Manhattan ma mnie w dupie i za to go kocham.

– Jest pani ranna?

Kiedy podnoszę wzrok, widzę mężczyznę, który dotyka mojego ramienia, uważnie przyglądając się zaplamionej bluzce. Mierzy mnie zaniepokojonym wzrokiem, szacując obrażenia. Jego zachowanie sugeruje, że nie należy do zahartowanych nowojorczyków. Być może mieszka tutaj, jednak pochodzi z miejsca, w którym ludzie nie stracili jeszcze empatii.

– Jest pani ranna? – pyta ponownie, patrząc mi prosto w oczy.

– Nie. To nie moja krew. Stałam obok niego, kiedy…

Milknę. Widziałam czyjąś śmierć. Byłam tak blisko, że ochlapała mnie krew ofiary.

Przeprowadziłam się tutaj w poszukiwaniu niewidzialności, ale na pewno nie jestem niewrażliwa. Dopiero nad tym pracuję – muszę stwardnieć jak beton, po którym stąpam. Nie idzie mi najlepiej. To, co przed chwilą zobaczyłam, wywołuje rewolucję w moim żołądku.

Zasłaniam usta dłonią, ale natychmiast ją cofam, wyczuwając coś lepkiego na wargach. Krew. Patrzę na swoją bluzkę. Morze krwi, nie mojej. Próbuję odsunąć materiał od ciała, ale przylepia się tam, gdzie plamy zaczęły już zasychać.

Potrzebuję wody. Kręci mi się w głowie, chciałabym pomasować sobie czoło, ścisnąć nos, jednak boję się dotykać. Odwracam się do nieznajomego, który wciąż trzyma mnie za ramię.

– Mam coś na twarzy?

Zaciska usta i ucieka wzrokiem, rozglądając się po ulicy. W końcu wskazuje na pobliską kawiarnię.

– Powinni tam mieć łazienkę – stwierdza, opierając dłoń na moich plecach i kierując mnie w stronę drzwi.

Odwracam się, spoglądając na budynek Pantem Press, do którego właśnie zmierzałam. Byłam tak blisko. Pięć, sześć metrów od miejsca spotkania, na którym koniecznie musiałam się pojawić.

Ciekawe, jak daleko od swojego celu była ofiara tego wypadku?

Mężczyzna otwiera przede mną drzwi kawiarni. Jakaś kobieta próbuje się przecisnąć obok mnie z dwoma kubkami kawy, ale natychmiast się cofa, widząc moją zakrwawioną odzież. Jestem w środku. Ruszam w stronę damskiej łazienki, tylko po to, by odkryć, że jest zamknięta. Mój towarzysz otwiera drzwi męskiej i pokazuje, bym z niej skorzystała.

Nie zamykając drzwi, podchodzi do pierwszej umywalki i odkręca wodę. Spoglądam w lustro, odkrywając z ulgą, że nie wygląda to najgorzej. Kilka zasychających plam na policzkach i nad brwiami. Większość krwi na szczęście wsiąkła w bluzkę.

Nieznajomy podaje mi mokre ręczniki. Ocieram twarz, a on namacza kolejne. Wyczuwam woń krwi. To wystarcza, żebym wróciła myślami do wydarzenia, do którego doszło, gdy miałam dziesięć lat. Zapach był tak silny, że pamiętam go po tylu latach.

Próbuję wstrzymać oddech i pohamować mdłości. Nie chcę wymiotować. Muszę się pozbyć tej bluzki, natychmiast.

Drżącymi palcami rozpinam kolejne guziki, wreszcie zdejmuję ją z siebie i wkładam do umywalki. Zostawiam ją pod strumieniem wody i kolejną partią namoczonych ręczników ścieram krew z ciała.

Mój towarzysz rusza do wyjścia, ale zamiast mnie zostawić, kiedy tak stoję w swoim najbardziej tandetnym staniku, zamyka drzwi, żeby nikt nie wszedł, gdy jestem w samej bieliźnie. Ta rycerskość trochę mnie peszy. Z napięciem wpatruję się w jego odbicie w lustrze.

Ktoś puka do drzwi łazienki.

– Chwileczkę – odpowiada nieznajomy.

Odprężam się nieco, zdając sobie sprawę, że w razie czego osoba za drzwiami usłyszy moje krzyki.

Koncentruję się na ścieraniu krwi z szyi i piersi. Przyglądam się uważnie swoim włosom, kręcąc kosmykami, ale znajduję jedynie pociemniałe odrosty.

– Proszę. – Mój towarzysz rozpina ostatni guzik swojej śnieżnobiałej odprasowanej koszuli. – Niech pani ją włoży.

Wcześniej zdążył się już pozbyć marynarki, która zawisła na klamce. Pod koszulą nosi biały podkoszulek. Jest dobrze zbudowany, wyższy od mnie. Utonę w jego koszuli. Nie mogę iść w niej na spotkanie, ale nie mam innego wyjścia. Przyjmuję jego dar. Osuszam się kilkoma papierowymi ręcznikami i zapinam guziki. Wyglądam przekomicznie, lecz i tak wdzięczna jestem losowi, że to nie moja krew wylądowała na czyjejś bluzce. Zawsze trzeba szukać pozytywów.

Wyjmuję z umywalki bluzkę i stwierdzam, że jest nie do uratowania. Wyrzucam ją do kosza i opierając się o porcelanową misę, wbijam wzrok w swoje odbicie w lustrze. Odpowiada mi pustym spojrzeniem. Groza ostatnich wydarzeń nadała moim oczom ciemnobrązową barwę. Pocieram dłonią policzki, próbując wywołać rumieńce, ale na próżno. Jestem blada jak śmierć.

Opieram się o ścianę, stojąc tyłem do lustra. Nieznajomy wpycha właśnie krawat do kieszeni marynarki i przygląda mi się z uwagą.

– Zastanawiam się, czy jest pani całkowicie spokojna czy w kompletnym szoku.

Nie jestem w szoku, ale spokojem bym tego też nie nazwała.

– Nie wiem – przyznaję. – A pan jak się czuje?

– W porządku. Niestety, widywałem już gorsze rzeczy.

Przechylam głowę, próbując rozszyfrować tę niejasną odpowiedź. Odwraca wzrok, co sprawia, że wpatruję się w niego jeszcze intensywniej, zastanawiając się, czy widział, jak ciężarówka miażdży komuś głowę. Może to jednak nowojorczyk. A może pracuje w szpitalu. Otacza go aura towarzysząca zwykle ludziom mającym wprawę w wydawaniu poleceń.

– Jest pan lekarzem?

Kręci głową.

– Pracuję w nieruchomościach. To znaczy pracowałem.

Robi krok w moim kierunku, po czym strzepuje coś z mojej koszuli. Swojej koszuli. Opuszcza dłoń i patrzy na mnie przez chwilę, a potem się odsuwa.

Kolor jego oczu pasuje do krawata, który schował do kieszeni. Żółtozielone. Jest przystojny, ale coś w nim sugeruje, że wolałby nie być. Tak jakby wygląd sprawiał mu problem. Chciałby być niezauważany. Szuka w tym mieście niewidzialności. Tak jak ja.

Większość ludzi przyjeżdża do Nowego Jorku z nadzieją, że zostaną odkryci. Reszta z nas szuka tu kryjówki.

– Jak masz na imię? – pyta.

– Lowen.

Jego milczenie trwa tylko parę sekund.

– Jeremy – przedstawia się.

Ponownie podchodzi do umywalki, tym razem po to, by umyć dłonie. Niezdolna do zamaskowania ciekawości, wciąż się na niego gapię. Co miał na myśli, mówiąc, że widział gorsze rzeczy niż ten wypadek? Twierdzi, że pracował w nieruchomościach, ale nawet najgorsza dniówka w tym zawodzie nie jest w stanie wpędzić człowieka w takie przygnębienie.

– Co ci się przytrafiło? – pytam.

Patrzy na moje odbicie w lustrze.

– W jakim sensie?

– Mówiłeś, że widziałeś gorsze rzeczy. Co to było?

Zakręca kran, wyciera dłonie i dopiero wtedy patrzy na mnie.

– Naprawdę chcesz wiedzieć?

Kiwam głową.

Papierowy ręcznik ląduje w koszu. Jeremy wpycha dłonie do kieszeni. Nagle wydaje się jeszcze bardziej przygnębiony. Patrzy mi w oczy, ale jego myśli są wyraźnie gdzie indziej.

– Pięć miesięcy temu wyciągnąłem z jeziora ciało mojej ośmioletniej córki.

Gwałtownie nabieram powietrza, przyciskając dłoń do szyi. To nie jest przygnębienie. To jest rozpacz.

– Wybacz – proszę cichym głosem. Naprawdę jest mi przykro, że byłam taka ciekawska. A także z powodu jego córki.

– A ty?

Opiera się o umywalkę, wyraźnie spragniony rozmowy. Czekał na nią. Czekał na chwilę, gdy spotka kogoś, przy kim to, co przeżył, wyda się mniej tragiczne. Tak właśnie bywa, gdy doświadczy się najgorszego. Szuka się tych… tych, którym było gorzej… i wykorzystuje się ich do tego, by poczuć się lepiej z własnymi doświadczeniami.

Przełykam głośno ślinę, bojąc się odezwać, bo naprawdę nie przytrafiło mi się nic aż tak tragicznego. Wstydzę się przyznać nawet do ostatniego dramatu, ponieważ wydaje mi się błahy.

– Tydzień temu zmarła moja matka.

Jego reakcja nie przypomina mojej. W ogóle nie reaguje na moje zwierzenia, być może dlatego, że moje przeżycia nie są gorsze niż jego. Taka prawda. Wygrał.

– Jak to się stało?

– Rak. Przez ostatni rok opiekowałam się nią w domu. – To pierwsza osoba, której to mówię. Obejmuję dłonią nadgarstek i wyczuwam przyspieszony puls. – Dziś po raz pierwszy od tygodni wyszłam na miasto.

Przez chwilę patrzymy na siebie w milczeniu. Chciałabym coś dodać, ale jeszcze nigdy nie wdałam się w tak trudną rozmowę z zupełnie obcą osobą. O czym można rozmawiać po takich wyznaniach?

Okazuje się, że o niczym. Milczymy.

Jeremy raz jeszcze patrzy w lustro i odgarnia z czoła zabłąkany kosmyk.

– Muszę lecieć na spotkanie. Jesteś pewna, że dobrze się czujesz? – Spogląda na moje odbicie.

– Tak. Wszystko ze mną w porządku.

– W porządku? – powtarza, jakby wolał, żeby moja odpowiedź brzmiała: „świetnie” lub „super”, a potem odwraca się do mnie.

– Będzie w porządku – obiecuję. – Dzięki za pomoc.

Chciałabym zobaczyć jego uśmiech, ale to niewłaściwa chwila. Ciekawe, jak wygląda.

– Niech będzie, że w porządku – wzdycha, nieznacznie wzrusza ramionami i podchodzi do drzwi.

Przytrzymuje je dla mnie, ale ja wciąż się nie ruszam. Nadal się w niego wpatruję, nie całkiem gotowa, by zmierzyć się ze światem. Doceniam jego uprzejmość i chciałabym coś powiedzieć, podziękować mu jakoś, zaprosić na kawę albo przynajmniej zwrócić koszulę. Pociąga mnie jego altruizm, to rzadkość w naszych czasach. Ruszam dopiero, gdy widzę błysk obrączki na jego palcu. Wychodzę z łazienki, z kawiarni i nagle znów jestem na ulicy, jeszcze bardziej zatłoczonej niż przed chwilą.

Karetka, która przybyła na miejsce wypadku, blokuje ruch w obu kierunkach. Wracam na przejście, zastanawiając się, czy powinnam złożyć zeznania. Zatrzymuję się obok policjanta, który spisuje relacje świadków. Chociaż niczym się nie różnią od mojej, podaję funkcjonariuszowi własną wersję wydarzeń oraz dane kontaktowe. Nie wiem, na ile to pomocne, bo nie widziałam samego wypadku. Jednak byłam tak blisko, że wszystko słyszałam. Tak blisko, że krew ofiary zrobiła ze mnie obraz Jacksona Pollocka.

Spoglądam za siebie i zauważam, że Jeremy również wyszedł z kawiarni, zaopatrując się po drodze w kawę. Wyraźnie zamyślony przechodzi przez ulicę. Pewnie zastanawia się nad tym, co powiedzieć żonie, gdy ta zapyta o koszulę, którą mi podarował.

Sięgam po telefon i sprawdzam, która godzina. Wciąż mam piętnaście minut do spotkania z Coreyem i redaktorami Pantem Press. Nadal drżą mi dłonie, nawet mocniej, ponieważ żaden nieznajomy nie odciąga moich myśli od tego, co widziałam. Może kawa jakoś mnie postawi na nogi. Morfina byłaby zdecydowanie lepsza, ale po śmierci matki pracownicy hospicjum zabrali cały zapas. Szkoda, że byłam zbyt wstrząśnięta, by odłożyć sobie trochę na czarną godzinę. Byłaby teraz jak znalazł.

2

Wczorajszy esemes od Coreya, w którym poinformował mnie o tym spotkaniu, był pierwszą informacją, jaką dostałam od niego od wielu miesięcy. Siedziałam akurat przed komputerem, wpatrując się w mrówkę, która dreptała po moim palcu u nogi.

Była zupełnie sama i miotała się na wszystkie strony, szukając jedzenia lub przyjaciółek. Zdawała się zakłopotana tą samotnością. A może to było podniecenie wolnością? Zastanawiałam się, czemu jest sama. Mrówki zwykle maszerują całymi armiami.

To, że interesowała mnie sytuacja mrówki, było wyraźnym sygnałem, że czas opuścić mieszkanie. Bałam się jednak, że po tylu miesiącach gnieżdżenia się w tych ścianach i opieki nad matką wystarczy, że wyjdę za próg, a poczuję się jak ta mrówka. Prawo, lewo, to tu, to tam. Gdzie tu jest jakieś jedzenie, gdzie są moi przyjaciele?

Owad zszedł z mojego palca na podłogę. Zniknął w szparze pod ścianą dokładnie w tej samej chwili, gdy przyszła wiadomość od Coreya.

Miałam nadzieję, że zrozumiał, gdy kilka miesięcy temu postawiłam wyraźną granicę: skoro już ze sobą nie sypiamy, najwłaściwszą formą kontaktu między agentem a reprezentowaną przez niego autorką powinien być e-mail.

„Spotkaj się ze mną jutro rano o dziewiątej w Pantem Press, 14. piętro. Chyba coś dla ciebie mamy” – informował.

Nawet nie zapytał, jak się czuje moja matka. Zupełnie mnie to nie dziwiło. To, że interesował się jedynie sobą i swoją pracą, było jedną z przyczyn naszego rozstania. Jednak wkurzyło mnie to bardziej, niż się spodziewałam. Nic nie był mi winien, ale mógłby przynajmniej udawać.

Nie odpisałam mu tego wieczoru. Odłożyłam telefon i wgapiłam się w szczelinę pod ścianą, tę, w której zniknęła mrówka. Ciekawe, czy natknie się tam na inne, czy pozostanie samotniczką. Może jest taka jak ja i ma awersję do swojego gatunku.

Trudno powiedzieć, czemu czułam tak wielką niechęć do innych ludzi, ale jeśli miałabym zgadywać, powiedziałabym, że odpowiedź na to pytanie tkwi w przerażeniu, jakim napełniałam swoją matkę.

Chociaż „przerażenie” to chyba zbyt mocne słowo. Po prostu nie ufała mi, gdy byłam dzieckiem. Trzymała mnie z dala od koleżanek, obawiając się, że mogę narobić jakichś szkód, ponieważ często lunatykowałam. Paranoja nie minęła, gdy dorosłam i zaczęłam żyć po swojemu. Samotniczka – oto, kim jestem. Kilkoro przyjaciół i ograniczone życie towarzyskie. To właśnie dlatego dopiero tego ranka, po raz pierwszy od wielu tygodni i śmierci matki, opuściłam swoje mieszkanie.

Doszłam do wniosku, że pierwszy spacer powinien się skończyć w miejscu, za którym tęskniłam, w Central Parku albo jakiejś księgarni.

Na pewno nie spodziewałam się, że znajdę się właśnie tutaj, w kolejce do ochroniarza strzegącego siedziby wydawnictwa, modląc się, by oferta, którą dla mnie przygotowano, pozwoliła na pokrycie czynszu i uniknięcie eksmisji. A jednak tu jestem, o jedno spotkanie od bezdomności albo zdobycia pracy, dzięki której będę miała pieniądze na przeprowadzkę.

Spoglądam w dół i wygładzam koszulę pożyczoną od Jeremy’ego w łazience po drugiej stronie ulicy. Mam nadzieję, że nie wyglądam zbyt idiotycznie. Może uda mi się zasugerować, że noszenie o wiele za dużych męskich koszul to taka moda.

– Fajna koszula – słyszę czyjś głos za plecami.

Odwracam się i z zaskoczeniem rozpoznaję Jeremy’ego.

Czyżby mnie śledził?

Przychodzi moja kolej, więc pokazuję ochroniarzowi prawo jazdy, a potem przyglądam się nowej koszuli Jeremy’ego.

– Miałeś zapasową w kieszeni?

– Wróciłem się przebrać do hotelu. To parę kroków stąd.

Hotel. Obiecujące. Skoro mieszka w hotelu, raczej tu nie pracuje. A jeśli tu nie pracuje, to może nie jest częścią światka wydawniczego. Chociaż sama nie wiem, dlaczego wolałabym, żeby do niego nie należał. Nie wiem też, z kim się dzisiaj spotykam. Mam tylko nadzieję, że nie będzie to miało nic wspólnego z nim.

– To znaczy, że nie pracujesz tutaj?

Teraz jego kolej na pokazanie dokumentów strażnikowi.

– Nie. Mam spotkanie na czternastym.

No tak, oczywiście.

– To tak jak ja – informuję.

Na jego wargach pojawia się uśmiech. W następnej chwili poważnieje, zupełnie jakby przypomniał sobie to, co zdarzyło się po drugiej stronie ulicy, i zrozumiał, że wciąż jest tym poruszony.

– Ciekawe, jakie są szanse, że wybieramy się na to samo spotkanie.

Ochroniarz oddaje mu prawo jazdy i wskazuje nam drogę do windy.

– Trudno powiedzieć – stwierdza Jeremy. – Nie do końca wiem, po co mnie zaproszono.

W windzie wciska przycisk z czternastką i odwraca się do mnie, wiążąc krawat, który wyjął z kieszeni.

Nie mogę oderwać wzroku od jego obrączki.

– Jesteś pisarką?

Kiwam głową.

– A ty?

– Nie. Za to moja żona tak. – Węzeł krawata wędruje w górę. – Czytałem coś twojego?

– Raczej nie. Nikt mnie nie czyta.

Skrzywienie ust.

– Lowen to niezbyt popularne imię. Pewnie uda mi się namierzyć twoje książki.

Po co? Czyżby naprawdę chciał je przeczytać?

Wbija wzrok w telefon, wpisując moje imię w przeglądarkę.

– Nie mówiłam, że piszę pod własnym nazwiskiem.

Do końca podróży windą Jeremy nie odrywa wzroku od ekranu komórki. Kiedy się zatrzymujemy, staje w drzwiach i odwraca się do mnie. Z uśmiechem wskazuje telefon.

– Nie używasz pseudonimu. Piszesz jako Lowen Ashleigh. Zabawnym zbiegiem okoliczności tak właśnie nazywa się autorka, z którą mam się spotkać o wpół do dziesiątej.

Wreszcie widzę jego olśniewający uśmiech, ale wcale już tego nie chcę.

Wyguglał mnie. I chociaż byłam umówiona na dziewiątą, a nie tak jak on pół godziny później, zdawał się wiedzieć o mnie więcej niż ja o nim. Jeśli naprawdę zmierzaliśmy na to samo spotkanie, poranne wydarzenia stawały się jeszcze bardziej podejrzane. Choć z drugiej strony, skoro szliśmy w tym samym kierunku, w tym samym celu, to musieliśmy się natknąć na ten sam wypadek.

Jeremy odsuwa się na bok, przepuszczając mnie w drzwiach windy. Chcę coś powiedzieć, ale oddala się ode mnie, robiąc kilka kroków w tył.

– Do zobaczenia za chwilę.

W ogóle go nie znam, nie mam też pojęcia, jaki ma związek z moim spotkaniem, ale nawet bez tego wszystkiego, co się dziś rano wydarzyło, wydaje mi się, że jestem w stanie polubić tego gościa. Całkiem dosłownie oddał mi swoją ostatnią koszulę, więc raczej nie ma podłego charakteru.

Uśmiecham się do niego.

– W porządku. Widzimy się za chwilę.

– W porządku. – Odwzajemnia mój uśmiech.

Nie spuszczam go z oczu, dopóki nie skręci w lewo. Dopiero wtedy jestem w stanie odrobinę się odprężyć. Ten ranek był… ciężki. Wszystko było niezrozumiałe, począwszy od wypadku, po utknięcie w windzie z tym dziwnym facetem. Opieram się czołem o ścianę. Co za cholerny…

– Jesteś o czasie.

Głos Coreya jest dla mnie zaskoczeniem. Odwracam się i widzę, że zmierza do mnie z drugiego końca korytarza. Sztywnieję, gdy całuje mnie w policzek.

– Zawsze się spóźniałaś.

– Byłabym wcześniej, ale… – Milknę. Nie tłumaczę, co mnie zatrzymało. On zresztą wydaje się tym zupełnie niezainteresowany, zmierzając w tym samym kierunku co Jeremy.

– Spotkanie zaplanowano na dziewiątą trzydzieści, ale podejrzewałem, że się spóźnisz, więc dałem ci pół godziny zapasu.

Zatrzymuję się, wbijając wzrok w jego potylicę. Co ty sobie myślisz, Corey? Gdyby mi powiedział, że mam być na dziewiątą trzydzieści, to nie widziałabym tego okropnego wypadku na ulicy i nie zostałabym ochlapana krwią ofiary.

– Idziesz? – Corey również się zatrzymuje i odwraca do mnie.

Maskuję irytację. Z nim jest tak zawsze, przywykłam.

Wchodzimy do pustej sali konferencyjnej. Corey zamyka drzwi, a ja siadam przy stole. Zajmuje miejsce u jego szczytu, obok mnie. Próbuję się rozchmurzyć. Przez te kilka miesięcy od naszego ostatniego spotkania w ogóle się nie zmienił. Dopucowany, wyczesany, pod krawatem, w okularach, uśmiechnięty. Moje całkowite przeciwieństwo.

– Okropnie wyglądasz – stwierdzam, ponieważ nigdy mu się to nie zdarza i ma tego świadomość.

– Ty zaś rześko i kwitnąco – odpowiada, bo wie, że nigdy tak nie wyglądam.

Zawsze wydaję się przemęczona, a może nawet zanudzona na śmierć. Słyszałam, że niektóre kobiety cierpią na syndrom zołzowatej twarzy. W moim wypadku można mówić o syndromie zblazowanej twarzy.

– Co u twojej matki?

– Umarła w zeszłym tygodniu.

Tego się nie spodziewał. Opada na oparcie krzesła i przechyla głowę.

– Czemu nic nie mówiłaś?

A dlaczego dotąd nie pytałeś? Wzruszam ramionami.

– Ciągle jeszcze się z tym nie pogodziłam.

Matka mieszkała u mnie przez rok, od chwili, gdy zdiagnozowano u niej czwarte stadium raka okrężnicy. Zmarła w zeszłą środę, po trzech miesiącach spędzonych w łóżku. Pomagałam jej we wszystkim – jedzeniu, piciu, zmianach pozycji – więc nie mogłam opuszczać mieszkania. Kiedy jej się pogorszyło, w ogóle przestałam wychodzić. To dlatego tam utknęłam. Na szczęście na Manhattanie wystarczy połączenie internetowe i karta kredytowa, by załatwić wszystko, czego dusza zapragnie.

To zabawne, że jedno z najbardziej zaludnionych miejsc na świecie jest również rajem wszystkich cierpiących na agorafobię.

– Dobrze się czujesz?

Uśmiecham się, chociaż wiem, że jego troska jest wystudiowana.

– Tak. Spodziewałam się tego, to trochę pomaga.

Mówię tylko to, co, jak myślę, chciałby usłyszeć. Nie wiem, jak naprawdę zareagowałby na to, że poczułam ulgę po jej śmierci. Matka wpędzała mnie jedynie w poczucie winy, nic więcej. I to bez przerwy.

Corey wstaje i podchodzi do barku, gdzie czekają ciastka, woda i termos z kawą.

– Przegryziesz coś? A może się czegoś napijesz?

– Poproszę wodę.

Wraca na swoje miejsce i podaje mi butelkę.

– Potrzebna ci pomoc z testamentem? Edward na pewno coś ci podpowie.

Edward to prawnik jego agencji literackiej. Nie jest to zbyt wielka agencja, więc wielu twórców korzysta z jego usług także w innych kwestiach. Mnie jednak nie będzie potrzebny. Kiedy rok temu podpisywałam umowę najmu mieszkania z dwiema sypialniami, Corey ostrzegał, że nie stać mnie na nie. Tyle że matka chciała umrzeć z godnością, w oddzielnym pokoju. Nie w hospicjum. Nie w szpitalu. Ani w łóżku stojącym pośrodku mojej kawalerki. Chciała mieć własną sypialnię, swoje rzeczy.

Przysięgała, że to, co ma na koncie, pozwoli mi stanąć na nogi po tym, jak musiałam zawiesić karierę pisarską. Przez ten rok żyłam z niewielkiej zaliczki za ostatnią książkę. Ale pieniądze się rozeszły, podobnie jak oszczędności matki. Była to jedna z ostatnich rzeczy, jakie mi wyznała, nim całkiem poddała się chorobie. I tak bym się nią opiekowała, niezależnie od tego, co posiadała. W końcu była moją matką. To, że mnie okłamywała, żebym tylko zgodziła się nią zająć, pokazuje, jak niewiele nas łączyło.

Wypijam odrobinę wody i kręcę głową.

– Niepotrzebny mi prawnik. Zostały mi same długi. Ale dzięki za propozycję.

Corey zaciska usta. Zna moją sytuację finansową, ponieważ jako mój agent wysyła mi czeki z tantiemami. To dlatego patrzy na mnie teraz z takim współczuciem.

– Niedługo dostaniesz przelew za sprzedaż praw za granicę – przypomina, tak jakbym nie znała na pamięć wszystkim umów, z których przez najbliższe pół roku będę miała pieniądze. Tak jakbym już nie wydała tych pieniędzy.

– Wiem. Dam sobie radę.

Nie chcę o tym gadać. Z nikim nie chcę o tym gadać.

Wzrusza ramionami, wyraźnie nieprzekonany.

– Miejmy nadzieję, że ta propozycja będzie dla nas obojga korzystna – stwierdza, poprawiając krawat.

Cieszy mnie ta zmiana tematu.

– Dlaczego właściwie spotkamy się osobiście z wydawcą? Wiesz, że wolę załatwiać takie rzeczy przez e-mail.

– Poprosili wczoraj o spotkanie. Twierdzą, że mają dla ciebie jakąś robotę, ale nie chcieli podać żadnych szczegółów przez telefon.

– Myślałam, że załatwisz mi kolejną umowę w moim starym wydawnictwie.

– Twoje książki jakoś sobie radzą, ale nie na tyle, by dali ci umowę bez dodatkowych starań. Musisz się pokazywać w internecie, jeździć na spotkania, zdobywać fanów. Sama sprzedaż nie wystarczy, by utrzymać się na rynku.

Tego się właśnie obawiam. Nowa umowa z moim stałym wydawcą to dla mnie jedyna nadzieja na finansowy ratunek. Wraz ze spadkiem sprzedaży zmalały też tantiemy z moich książek. Przez ostatni rok z powodu matki nie mogłam pisać, nie miałam więc żadnego materiału do pokazania wydawcy.

– Nie wiem, co Pantem chce zaoferować ani czy cię to w ogóle zainteresuje. Zanim cokolwiek nam powiedzą, musimy podpisać klauzulę poufności. Całkiem interesująca ta tajemniczość. Staram się zanadto nie podniecać, ale mam dobre przeczucia i widzę spore możliwości. Potrzebujemy tego.

Używa liczby mnogiej, ponieważ na cokolwiek się zgodzę, zgarnia z tego piętnaście procent. To standard w agencjach literackich. Poza standard wykraczał nasz sześciomiesięczny związek i dwa lata chodzenia do łóżka już po zerwaniu.

Sypialiśmy ze sobą tak długo tylko dlatego, że nie znalazł sobie żadnej stałej partnerki, podobnie jak ja partnera. Wygodne rozwiązanie dla nas obojga, przynajmniej do pewnego czasu. Zerwałam z nim, gdy tylko się zorientowałam, że zakochał się w innej kobiecie.

Nieważne, że tą drugą byłam również ja.

To musi być dziwne zakochać się w czyjejś twórczości, zanim spotka się autora. Niektórzy mają problem z oddzieleniem postaci od osoby, która ją stworzyła. Corey należał do takich ludzi, chociaż był agentem literackim. Zakochał się w bohaterce mojej pierwszej powieści, Otwartego zakończenia, zanim w ogóle miał okazję ze mną porozmawiać. Założył, że jej charakter to odbicie mojej osobowości, choć było wręcz przeciwnie.

Był jedynym agentem, który odpowiedział na moją propozycję, i nawet jemu zajęło to parę miesięcy. List składał się z zaledwie paru zdań, ale to wystarczyło, by przywrócić mi nadzieję.

Właśnie przeczytałem maszynopis Otwartego zakończenia. Wierzę w ten tekst. Proszę się odezwać, jeśli nadal szuka Pani agenta.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

1

2

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Meritum publikacji