Mały Książę - Antoine de Saint-Exupéry - ebook + audiobook + książka

Mały Książę ebook i audiobook

Antoine de Saint-Exupery

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

„Mały Książę” to poetyckie arcydzieło literatury pięknej. Opowiada o spotkaniu pilota, który utknął na pustyni po awarii samolotu, i niezwykłego chłopca, który przybył na Ziemię z odległej planety. Bohaterowie uczą się od siebie nawzajem, czym są miłość, przyjaźń, lojalność i odpowiedzialność za drugiego człowieka. Pokazują, dzięki magicznej sile przekazu, jak zachować dziecięcą wrażliwość i wyobraźnię.

Przekład został przygotowany z językowym pietyzmem w oparciu o pierwsze wydanie dzieła Antoine de Saint-Exupéry’ego z 1943 roku i wzbogacony niezwykłymi ilustracjami nadającymi całości lekkości i artyzmu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 63

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 1 godz. 50 min

Lektor: Józef Pawłowski

Oceny
4,4 (5 ocen)
2
3
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Le Petit Prince

Tekst: Antoine de Saint-Exupéry

Przekład: Emilia Kiereś

Ilustracje: Ola Krzanowska

Redaktor prowadząca: Agnieszka Trzebska-Cwalina

Korekta: Katarzyna Malinowska

Opracowanie okładki i skład: Marta Krzemień-Ojak

Skład wersji elektronicznej: Michał Latusek

Copyright © by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2026

All rights reserved

Wydanie I

Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 9788383889108

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 94

tel. 22 379 85 50, fax 22 379 85 51

[email protected]

www.zielonasowa.pl

Léonowi Werthowi

Proszę dzieci, by mi wybaczyły, że zadedykowałem tę książkę dorosłemu. Mam solidne usprawiedliwienie: ten dorosły jest moim najlepszym na świecie przyjacielem. Jest i inne usprawiedliwienie: ten dorosły potrafi zrozumieć wszystko, nawet książki dla dzieci. Mam też trzecie usprawiedliwienie: ten dorosły mieszka we Francji, gdzie cierpi głód i chłód. Naprawdę potrzebuje pociechy. A jeśli wszystkie te usprawiedliwienia nie wystarczą, chcę zadedykować tę książkę dziecku, którym kiedyś był ów dorosły. Wszyscy dorośli byli najpierw dziećmi. (Ale niewielu z nich o tym pamięta.) Wprowadzam więc poprawkę do mojej dedykacji:

Léonowi Werthowi,kiedy był małym chłopcem

ROZDZIAŁ I

Kiedy miałem sześć lat, ujrzałem pewnego razu świetny obrazek w książce o puszczy dziewiczej. Książka nosiła tytuł Opowieści prawdziwe. Obrazek przedstawiał węża boa połykającego dzikie zwierzę. Oto kopia tego rysunku.

W książce napisano: „Węże boa połykają swoją ofiarę w całości, bez przeżuwania. Potem nie mogą się ruszyć i śpią, trawiąc, przez sześć miesięcy”.

Sporo wówczas rozmyślałem o przygodach w dżungli i z kolei mnie udało się narysować kredkami mój pierwszy rysunek. Mój rysunek numer 1. Wyglądał tak:

Pokazałem swoje arcydzieło dorosłym i spytałem, czy mój rysunek ich przestraszył.

Odpowiedzieli mi: „Dlaczego kapelusz miałby nas przestraszyć?”.

Mój rysunek nie przedstawiał kapelusza. Przedstawiał węża boa trawiącego słonia. Narysowałem więc wnętrze węża boa, żeby dorośli mogli zrozumieć. Im zawsze potrzebne są wyjaśnienia. Mój rysunek numer 2 wyglądał tak:

Dorośli poradzili mi, żebym odłożył na bok rysowanie węży boa otwartych oraz zamkniętych i żebym zainteresował się raczej geografią, historią, rachunkami i gramatyką. W ten oto sposób w wieku sześciu lat zarzuciłem wspaniałą karierę malarza. Zniechęciło mnie niepowodzenie mojego rysunku numer 1 i rysunku numer 2. Dorośli nigdy niczego nie mogą zrozumieć sami, a dla dzieci to męczące – wciąż i wciąż im wszystko tłumaczyć.

Musiałem zatem wybrać inny fach i nauczyłem się pilotować samoloty. Latałem po całym świecie. A znajomość geografii rzeczywiście bardzo mi się przysłużyła. Potrafiłem na pierwszy rzut oka odróżnić Chiny od Arizony. To wielce przydatne, kiedy błądzi się nocą.

Przez całe życie miałem też sporo do czynienia z poważnymi ludźmi. Spędziłem dużo czasu, mieszkając wśród dorosłych. Widziałem ich z bardzo bliska. To nie poprawiło mojej o nich opinii.

Ilekroć spotykałem kogoś, kto sprawiał wrażenie nieco bystrzejszego, przeprowadzałem na nim eksperyment z moim rysunkiem numer 1, który przechowałem mimo wszystko. Chciałem wiedzieć, czy ten ktoś naprawdę jest obdarzony polotem. Każdy jednak odpowiadał mi: „To kapelusz”. Nie mówiłem więc ani o wężach boa, ani o lasach dziewiczych, ani o gwiazdach. Dostosowywałem się. Rozmawiałem z taką osobą o brydżu, golfie, polityce i krawatach. A ów dorosły był rad, że zna kogoś równie rozsądnego jak on sam.

ROZDZIAŁ II

Tak oto wiodłem samotny żywot, nie mając nikogo, z kim mógłbym prawdziwie porozmawiać, aż oto sześć lat temu, na Saharze, zdarzyła mi się awaria. Zepsuło się coś w silniku mojego samolotu. Ponieważ zaś nie miałem ze sobą ani mechanika, ani pasażerów, postanowiłem podjąć próbę przeprowadzenia trudnej naprawy na własną rękę. Była to dla mnie kwestia życia i śmierci. Miałem zapas wody pitnej zaledwie na osiem dni.

Pierwszego wieczoru zasnąłem na piasku, oddalony o tysiąc mil od ziem zamieszkanych. Byłem bardziej osamotniony niż rozbitek na tratwie pośrodku Atlantyku. Wyobraźcie więc sobie moje zaskoczenie, kiedy o świcie obudził mnie zabawny głosik. Powiedział:

– Proszę… narysuj mi owieczkę!

– Hę?

– Narysuj mi owieczkę…

Zerwałem się na równe nogi, jak rażony piorunem. Porządnie przetarłem oczy. Dobrze się przyjrzałem. Zobaczyłem zupełnie niezwykłego chłopczyka, który przypatrywał mi się z powagą. Oto najbardziej udany z jego portretów, jaki zdołałem wykonać później. Ale rysunek ten, rzecz jasna, ma znacznie mniej uroku niż jego pierwowzór. To nie moja wina. Kiedy miałem sześć lat, dorośli zniechęcili mnie do kariery malarza i nigdy nie nauczyłem się rysować niczego poza zamkniętymi oraz otwartymi wężami boa.

Patrzyłem więc na tę zjawę oczami okrągłymi ze zdumienia. Nie zapominajcie, że znajdowałem się tysiąc mil od jakiejkolwiek zamieszkanej okolicy. Otóż ów chłopczyk nie wydał mi się ani zabłąkany, ani śmiertelnie zmęczony, ani umierający z głodu, pragnienia czy strachu. Zupełnie nie wyglądał jak dziecko zagubione na środku pustyni, tysiąc mil od jakiejkolwiek zamieszkanej okolicy. Kiedy wreszcie zdołałem dobyć głosu, spytałem:

– Ale… co tutaj robisz?

Oto najbardziej udany z jego portretów, jaki zdołałem wykonać później.

Chłopczyk zaś powtórzył bardzo powoli, jak rzecz niezmiernie ważną:

– Proszę… narysuj mi owieczkę…

Kiedy zagadka robi na nas zbyt duże wrażenie, brak nam śmiałości, by stawić jej opór. I chociaż wydało mi się to absurdalne, tysiąc mil od jakiejkolwiek zamieszkanej miejscowości i w sytuacji zagrożenia życia, wyjąłem z kieszeni kawałek papieru i wieczne pióro. Przypomniałem sobie jednak, że uczyłem się przede wszystkim geografii, historii, rachunków oraz gramatyki, i wyznałem chłopczykowi (z pewną dozą niezadowolenia), że nie umiem rysować.

Odpowiedział:

– Nie szkodzi. Narysuj mi owieczkę.

Ponieważ nigdy dotąd nie rysowałem owieczki, przerobiłem dla chłopca jeden z dwóch rysunków, do wykonania których byłem zdolny. Ten z zamkniętym wężem boa. Osłupiałem, usłyszawszy, jak chłopczyk mi odpowiada:

– Nie! Nie! Nie chcę słonia wewnątrz węża boa. Boa jest bardzo niebezpieczny, a słoń zajmuje bardzo dużo miejsca. U mnie wszystko jest malutkie. Potrzebna mi owieczka. Narysuj mi owieczkę.

Narysowałem więc.

Chłopczyk przyjrzał jej się uważnie, po czym powiedział:

– Nie! Ta jest już bardzo chora. Narysuj inną.

Narysowałem.

Mój przyjaciel uśmiechnął się grzecznie, z wyrozumiałością:

– Widzisz przecież… to nie jest owieczka, tylko baran. Ma rogi…

Jeszcze raz zatem przerobiłem rysunek. Ale, podobnie jak poprzednie, on także został odrzucony.

– Ta jest za stara. Chcę owieczkę, która będzie długo żyła.

Zniecierpliwiony, ponieważ spieszyło mi się, by zacząć już rozkręcać silnik, nagryzmoliłem więc ten oto rysunek.

I oznajmiłem:

– To jest skrzynka. Owieczka, którą chcesz, jest w środku.

Jakież było moje zdumienie, kiedy ujrzałem, że twarzyczka mego małego sędziego się rozjaśnia.

– Właśnie taką chciałem! Myślisz, że potrzeba jej dużo trawy?

– Dlaczego pytasz?

– Bo u mnie wszystko jest malutkie…

– Na pewno wystarczy. Dałem ci całkiem małą owieczkę.

Pochylił głowę nad rysunkiem.

– Wcale nie jest taka mała… Popatrz! Zasnęła…

Tak oto poznałem Małego Księcia.

ROZDZIAŁ III

Potrzebowałem sporo czasu, by zrozumieć, skąd przybył. Mały Książę zadawał mi wiele pytań, ale zdawało się, że nigdy nie słyszy moich. To słowa wypowiadane przypadkiem wszystko po trochu mi wyjaśniły. I tak na przykład, kiedy po raz pierwszy zobaczył mój samolot (nie narysuję mojego samolotu, to dla mnie o wiele za skomplikowane), zapytał:

– Co to za rzecz?

– To nie jest rzecz. To lata. To samolot. Mój samolot.

Byłem dumny, mogąc mu oznajmić, że latam. On zaś wykrzyknął:

– Jak to?! Spadłeś z nieba?

– Tak – przyznałem skromnie.

– Och! Jakie to zabawne…

I Mały Książę wybuchnął prześlicznym śmiechem, co bardzo mnie rozdrażniło. Chcę, żeby traktowano moje nieszczęścia poważnie. Następnie dorzucił:

– Więc ty też przybyłeś z nieba! Z jakiej planety pochodzisz?

Natychmiast dostrzegłem promyczek, który mógł rozjaśnić tajemnicę jego obecności, i spytałem pospiesznie:

– Zatem przybywasz z innej planety?

Ale on nie odpowiedział. Powoli pokiwał głową, wciąż przyglądając się mojemu samolotowi.

– To prawda, czymś takim nie mogłeś przylecieć z bardzo daleka…