Magiczny ekspres 2. Między światłem a cieniem - Anca Sturm - ebook + książka
NOWOŚĆ

Magiczny ekspres 2. Między światłem a cieniem ebook

Sturm Anca

4,0

Opis

Tętniąca przygodą druga część nowej, fantastycznej serii dla dzieci autorstwa Anki Sturm

Flinn Nachtigall oficjalnie staje się uczennicą szkoły innej niż wszystkie, choć trudno jej uwierzyć, że miałaby należeć do osób, które pewnego dnia zmienią świat. Musi się jednak skupić na niebezpieczeństwie, jakie grozi Ekspresowi Międzykontynentalnemu – coś złego kryje się w cieniu. Flinn oraz jej przyjaciele Pegs, Kasim i Fedor muszą rozwiązać zagadkę Pawi fantomowych, zagadkowego Domu Cieni i zniknięcia Jontego. Czy szkoła na szynach przestanie być przytulnym miejscem, jakie pokochała Flinn?

Seria „Magiczny ekspres” to doskonała propozycja dla fanów serii o Harrym Potterze, „Nevermoor” i „Złotego kompasu”, w której główne role odgrywają przyjaźń, miłość, przygoda i tajemnica.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 410

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (4 oceny)
1
2
1
0
0
Sortuj według:
ArgoNim

Dobrze spędzony czas

kiedy bedzie 3 czesc po polsku do jasnej ciasnej xD
00
patikolaczyk

Dobrze spędzony czas

Świetna powieść dla każdego chcącego zaznać magii i podróży.
00

Popularność




Tytuł oryginału WELTEN-EXPRESS ZWISCHEN LICHT UND SCHATTEN Copyright text © by CARLSEN Verlag GmbH, Hamburg, 2019 First published in Germany under the title „Der Welten-Express, Teil 2” „Der Welten-Express, Teil 2” Copyright © 2021 for the Polish translation by Media Rodzina Sp. z o.o. All rights reserved.
Projekt okładki Bente Schlick
Opracowanie polskiej wersji Andrzej Komendziński
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
ISBN 978-83-8265-026-6
Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24 61-657 Poznańtel. 61 827 08 [email protected]
Konwersja: eLitera s.c.
.

EKSPRESMIĘDZYKONTYNENTALNY

kolejność wagonów:

 Lokomotywa

1. Wagon magazynowy

2. Wagon bagażowy

3. Wagon administratora

4. Kuchnia

5. Stołówka

6. Salonik herbaciany

7. Biblioteka

8. Wagon lekcyjny bohaterstwa

9. Wagon lekcyjny strategii & pewności siebie

10. Wagon lekcyjny zachowania

11. Wagon nauki własnej

12. Wagon nauki własnej

13. Wagon rekreacyjny Pawi

14. Wagon klubowy

15. Wagon sypialny Pawi (dla dziewcząt)

16. Wagon sypialny Pawi (dla dziewcząt)

17. Wagon sypialny Pawi (dla chłopców)

18. Wagon sypialny Pawi (dla chłopców)

19. Wagon rekreacyjny personelu (z pokojem nauczycielskim, salą chorych, pomieszczeniem socjalnym)

20. Wagon dyrekcji

21. Wagon sypialny nauczycieli

22. Wagon sypialny pozostałego personelu

23. Wagon ostatni

24. Wagon widokowy

PROLOG

W czasach kiedy ludzie o niezależnych umysłach zostawali bohaterami, pewien bogaty i utalentowany mężczyzna zbudował szkołę na kołach. A ponieważ doskonale wiedział, jak to jest być innym, postanowił, że będą się w niej uczyć wszystkie niezwykłe dzieci, które często czują się osamotnione.

Szkoła mieściła się w pociągu przemierzającym cały świat, nie była jednak zorganizowana według reguł żadnego konkretnego kraju, dlatego jej istnienie musiało pozostać tajemnicą. Mężczyzna sam wybierał uczniów, kierując się przy tym wyłącznie swoim magicznym wyczuciem. Nigdy się nie mylił.

Lecz to tylko połowa historii. Lata bowiem mijały i stary człowiek zdał sobie sprawę, że powinien zadbać o to, aby pociąg-internat nie umarł wraz z nim. Zwrócił się zatem do swoich trzech towarzyszy: białego tygrysa, dużego zająca szaraka i chyżego ptaka, słonki. Gdy jego dni dobiegały końca, mężczyzna obdarzył ich wszystkich życiem wiecznym i zapewnił im swobodę wędrowania po świecie, tak by kontynuowali dobór uczniów w jego duchu aż po nieskończoność.

Odtąd każde z trzech zwierząt wybierało uczniów do szkoły w pociągu. Wszystkie kierowały się tym, jak ci niezwykli młodzi ludzie wykorzystają kiedyś swój potencjał. Nigdy się nie myliły.

A ponieważ uczniowie pochodzili z każdego kraju, z każdego kontynentu i z całego świata, mężczyzna nadał szkole nazwę EKSPRES MIĘDZYKONTYNENTALNY.

.

182 lata później, tu i teraz.

LAMPA HUMPHRY’EGO

Wszystkiemu winne było jej imię: Flinn Nachtigall nie znalazła odpowiedniego stroju szkolnego.

W głębi ducha wierzyła, że problem rozwiązałoby inne imię – jakieś wyjątkowe, dostojne, jak choćby Kleopatra czy Nefertiti. Ono podkreśliłoby, że nie jest chłopcem.

– No proszę! – burknął Curly Canvas, woźny Ekspresu Międzykontynentalnego, i zmierzył Flinn orlim spojrzeniem. – Widzę, że się nie cieszysz – zauważył.

Flinn siedziała na trójnogim stołku w wagonie administratora i wygładzała rogi postrzępionej kartki pocztowej, podczas gdy Curly przeglądał zasoby turkusowych szkolnych strojów.

– Skąd, cieszę się – skłamała. Sama słyszała, jak nieprzekonująco to zabrzmiało. W domu była przyzwyczajona do noszenia ubrań po innych członkach rodziny. Ale na samą myśl o tym, że ma włożyć coś starego po kimś obcym, poczuła się niekomfortowo, jakby jej skórę powlekła warstewka oleju.

Nie miała jednak wyboru i dobrze o tym wiedziała. Lepiej z poślizgiem zostać uczennicą Ekspresu Międzykontynentalnego, niż w ogóle nią nie zostać. Bo w nim właśnie teraz mieszkała: w Ekspresie Międzykontynentalnym, w internacie na szynach ciągniętym przez potężną lokomotywę parową.

Zaledwie dwa tygodnie wcześniej Flinn wskoczyła do tego pociągu, aby odnaleźć swojego przyrodniego brata Jontego. Okazało się jednak, że to wcale nie jest takie proste. A fakt, że obecnie miała już bilet, niestety w ogóle nie ułatwiał sprawy.

– Radość wygląda inaczej! – Woźny podetknął jej pod nos spraną koszulę. Ciężka woń środka przeciw molom i przywołujący wspomnienie lata zapach najbardziej aromatycznego proszku do prania Henrietty zmieszały się w nosie Flinn w chemiczny eksperyment.

Przez dwie sekundy mierzyła tę koszulę, jakby została utkana z czystego despotyzmu i hańby.

– Ale... – zaczęła, kuląc się na widok wysłużonej części garderoby – ...ona jest w paski!

Istotnie, była. W złote i turkusowe, od kołnierzyka po sam skraj. A przecież paski zdobiły stroje szkolne chłopców. W przeciwieństwie do kropek na uniformach dziewcząt.

– Hm – mruknął Curly. Miał ciężką sylwetkę o nietypowych proporcjach, zdeformowaną połowę twarzy i rudo-siwe włosy. Poplamiony fartuch, który ciągle nosił, nadawał mu wygląd na wpół mechanika samochodowego, na wpół szalonego naukowca.

– To jakiś problem? – spytał. Jego spojrzenie było ostre i stalowe, toteż Flinn uznała, że chyba lepiej nie przysparzać sobie kłopotów z powodu tej koszuli. Przecież sama dobrze wie, jak bardzo jest wysoka i tyczkowata. Jej szerokie dżinsy, stare koszule w kratę po Jontem i ciężkie buty dodatkowo potęgowały wrażenie, że jest chuderlawym chłopakiem. Nieuczesane fioletowo-niebiesko-złote włosy i pozbawiona wyrazu twarz nie poprawiały sytuacji. A jej złocistych oczu pod ciężkimi powiekami jeszcze nikt nigdy – z wyjątkiem Fedora Kulikowa, chłopca od węgla w Ekspresie Międzykontynentalnym – nie podziwiał. Nawet jej nowi przyjaciele, Pegs i Kasim.

– Pfff – sapnęła przygnębiona.

W głębi ducha wolałaby być typową uczennicą, która już w styczniu rozpoczęła podróż ekspresem. Tymczasem był już środek jesieni, a rok szkolny dobiegał końca. Przez najbliższe tygodnie, chcąc nie chcąc, będzie musiała zadowolić się tym, co Curly zdoła dla niej wygrzebać spośród zapasów garderoby szkolnej.

– Absolwenci i Pawie od lat zostawiają w ekspresie swoje zużyte mundurki. Może więc, z łaski swojej, okażesz trochę wdzięczności, jeśli znajdzie się coś dla ciebie! – warknął Curly Canvas, przekopując stosy staromodnych koszul, spodni i spódnic.

Pawie – tak nazywano uczniów pociągu-internatu. Ich stare szkolne uniformy zajmowały jedną z trzech wysłużonych wielkich szaf na ubrania w wagonie administratora. „Rzeczy do rozdania” – widniał u góry złoty napis.

Flinn wiedziała, że gdzieś w pociągu znajduje się jeszcze jedna szafa, pełna „Rzeczy po innych”, i była niemal pewna, że w niej ukryte są te, które należały do Jontego. Niestety na razie nie zdołała odnaleźć tamtej szafy. Mimo że kilka nocy wcześniej specjalnie szukała jej ze swoim przyjacielem Fedorem. Było to w jej ostatni wieczór jako pasażerki na gapę i na myśl o tym, że następnego ranka będzie musiała opuścić pociąg, ogarnęły ją wówczas smutek i złość. A Fedor w typowy dla siebie sposób tylko pogłębił w niej te emocje.

Ale i tak podczas wspólnych poszukiwań z nim było niemal jak w bajce: razem przemykali przez pełne zakamarków przednie wagony, wypatrując ukrytych kątów i pomieszczeń. Gdy po dwóch godzinach dzikiej bieganiny Flinn wciąż niezmordowanie zaglądała za każdy regał, Fedor przysunął się do niej w blasku swojej latarki tak blisko, że poczuła na wargach mrowienie.

– Jesteś niesamowita – wyszeptał. – Ty po prostu nigdy się nie poddajesz.

Flinn dostrzegła pył węglowy w jego włosach i błysk w ciemnych oczach. W tym momencie wiedziała, że rzeczywiście nigdy się nie podda.

– Bujasz w obłokach – wymamrotał Curly, jakby to było coś złego. Mrucząc pod nosem, podsunął jej kolejną koszulę w paski. – Cieszysz się? – spytał i po chwili surowo rozkazał: – Masz się ucieszyć! Powiedz to swojej twarzy.

Flinn spojrzała na koszulę i otworzyła usta, aby zaprotestować. W tym momencie wagon zakołysał się na zakręcie. Stalowe koła zaskrzypiały pod jej stopami, a na czoło skapnęły krople wody. Starła je niecierpliwie. Wagon administratora nie był ani najprzytulniejszy, ani najbardziej magiczny ze wszystkich wagonów Ekspresu Międzykontynentalnego. Pęd powietrza gwizdał w szczelinach ścian. Z mokrych szkolnych mundurków rozwieszonych wysoko na sznurach do suszenia miarowo kapała woda na grube deski podłogi. Gdyby Flinn miała jeden z takich uniformów, nie tylko oficjalnie byłaby Pawiem, ale wreszcie wyglądałaby jak jeden z nich. Czy paski robią jakąś różnicę?

– Przecież nie jestem chłopcem – mimo wszystko odważyła się wtrącić. Skręcała się w środku. Czy to nie idiotyczne? Stać ją było na to, aby wskoczyć do pociągu, a nie starczało jej odwagi, żeby głośno i wyraźnie powiedzieć: „Jestem dziewczyną!”.

Ponieważ nikt nie uważał jej za dziewczynę.

Ponieważ jest w niej więcej furii i dzikości, niż – według jej matki – przystoi dziewczynie.

– Mam w nosie, kim jesteś – burknął Curly. – Nie zamierzam poświęcać ci całej soboty. Pospiesz się. Musisz jeszcze odebrać od Daniela swoją legitymację szkolną.

Flinn poczuła nerwowe łopotanie w piersi. W dzisiejszym dniu miała otrzymać wszystko, co przysługuje każdemu Pawiowi: nie tylko szkolny uniform, ale też własne miejsce do spania w jednym z przedziałów dla uczniów. W Ekspresie Międzykontynentalnym każdy przedział zamieszkiwało dwoje uczniów. Flinn wolała się nie zastanawiać, z kim przyjdzie jej dzielić swój.

Przygryzając dolną wargę, przyglądała się, jak Curly składa trzy chłopięce koszule w paski. Wiedziała, że powinna się przemóc i spytać o bluzkę w kropki, nie zdobyła się jednak na to. Bez słowa wzięła od Curly’ego stosik ubrań i opuściła wagon administratora, kierując się do biura dyrekcji.

Od dwóch dni Flinn była oficjalnie uczennicą Ekspresu Międzykontynentalnego. Od tamtej chwili pociąg jawił jej się w całkiem nowym świetle: wydawał się jeszcze bardziej magiczny, bardziej przytulny, ale także bardziej niebezpieczny niż dotychczas.

Ekspres Międzykontynentalny to szereg dwudziestu czterech staroświeckich wagonów, w których mieszkano i pobierano naukę. Wagony były połączone pordzewiałymi stalowymi przegubami, a nad nimi znajdowały się rozklekotane platformy. Za każdym razem, gdy Paw lub nauczyciel chciał się przedostać z jednego ciepłego wagonu do drugiego, musiał pokonać taką kładkę owiewaną zimnym pędem powietrza. Flinn wyobrażała to sobie jako cudowne przeżycie, gdy latem po wyjściu na zewnątrz uderzają człowieka słońce, upał i woń deszczu parującego na gorącym metalu. Dzisiaj jednak na platformie łączącej wagon administratora z wagonem kuchennym dmuchnął w nią zimny jesienny wiatr i przeszył dreszczem.

Z zaciekawieniem przechyliła się przez stalową barierkę, kierując twarz ku złotożółtemu pejzażowi Polski. Rozmyte parą, pędem powietrza i magią przesuwały się przed nią płaskie pola i gęste lasy.

Ekspres Międzykontynentalny to mój dom, pomyślała Flinn, nie mogąc wprost uwierzyć we własne szczęście. Lecz woń dymu, bezkresna przestrzeń oraz deszcz przepełniły ją także tęsknotą. Nie wiedziała, czy chłód między wagonami ma źródło w nadciągającej zimie czy w jej przeczuciu, że w oddali coś na nią czeka. Coś wyraźnego i przejmującego, a zarazem zwiastującego niebezpieczeństwa większe niż nadzieje na znalezienie Jontego.

Gdy mijała wagon za wagonem, przed jej oczami jeszcze raz przewinęły się minione dwa tygodnie: tu, w stołówce, poznała swoich nowych – nie, swoich pierwszych przyjaciół, Pegs Havelmann i Younesa-Kasima. Oboje byli modni i pewni siebie, a mimo to, co Flinn najbardziej dziwiło, żadnemu z nich nie przeszkadzało, że ona taka nie jest.

Rozejrzała się dookoła. Stołówka zajmowała obszerny, długi wagon zastawiony po obu stronach środkowego przejścia czteroosobowymi stolikami. Okienne szyby, które sklepiały się ponad wnętrzem, tworząc coś na kształt szklanego dachu, połyskiwały niczym utkana woda.

Lecz to nie wagon stołówkowy był w Ekspresie Międzykontynentalnym najbardziej magiczny, tylko wagony lekcyjne pełne iskrzącej mechaniki i szemrzących wykresów, wagony z ruchomymi malowidłami na suficie i trzepoczącymi literami na ramach okien. Bezpośrednio za stołówką znajdował się salonik herbaciany z chłodzonymi parą regałami, a za nim złota biblioteka, gdzie w otworze poczty pneumatycznej w każdy poniedziałek ukazywał się „Ekspresowy Ekspres” – szkolna gazetka pełna wiadomości, plotek i reklam.

Po wejściu do biblioteki Flinn zadarła głowę. Magiczna mapa na stropie szeleściła i szumiała, jakby rozmawiała sama ze sobą. Rozległ się chrzęst, jakby ktoś wyginał metal, po czym na mapie rozbłysł na czerwono szlak kolejowy. Prowadził z Europy Środkowej w głąb Rosji. Flinn szeroko otworzyła oczy. Musiała koniecznie porozmawiać o tej nowej trasie z Pegs i Kasimem.

Jednak sześć wagonów dalej, w wagonie rekreacyjnym Pawi, nie zastała żadnego z nich. Z katarynkowego radia dobiegały słowa starej piosenki: „A gdzież to zamieszkujesz? Warto wiedzieć, skoro cię poszukuję”.

Ta skoczna muzyczka drażniąca uszy bez wątpienia była sprawką Pegs – czyli ona sama musiała gdzieś tu jeszcze być.

Piosenka jak zawsze brzmiała koszmarnie archaicznie, ale dzisiaj żaden z Pawi tym się nie przejmował. Grupa trzecioklasistów właśnie rozgrywała turniej tryktraka. Kilku starszych uczniów zgromadziło się wokół ich foteli i w skupieniu wpatrywało się w plansze, raz po raz wydając wrzaski radości lub pełne zawodu westchnienia.

Flinn pchnęła metalowe drzwi i ruszyła do tylnej części pociągu. Entuzjastyczne okrzyki i skoczna muzyka natychmiast ucichły.

Końcowe wagony składały się z wąskich korytarzy i małych przedziałów. Tutaj znajdowały się pomieszczenia, których Flinn jeszcze nigdy nie widziała: w wagonie klubowym było mnóstwo zamkniętych drzwi, a tak zwany ostatni wagon miał jedne drzwi, których nie wolno nikomu otwierać.

W wagonach sypialnych, przez które właśnie przechodziła, panowały cisza i czarowny spokój. Niezliczone zdjęcia absolwentów wypełniały ściany przy drzwiach wejściowych do przedziałów i obok okien po przeciwnej stronie korytarza.

– Jak się miewacie? – spytała Flinn, nie mając na myśli nikogo konkretnego. Metalowe litery pod ramkami fotografii natychmiast załopotały jak niecierpliwe skrzydełka. Z „Emmeline Pankhurst” ułożył się wyraz „samostanowienie”, a z „Marie Curie” jak zwykle „pasja badawcza”.

Flinn uśmiechnęła się z zadowoleniem. Wciąż nie mogła się nacieszyć tymi drobnymi magicznymi sztuczkami, których nie brakowało w pociągu.

Ale zaledwie dwa kroki dalej uśmiech na jej twarzy nagle zgasł. W przytłumionym popołudniowym świetle zmierzała z naprzeciwka jakaś postać. Na tle złotożółtych ściernisk przesuwających się za oknami wydawała się duża i kanciasta. Jej ciemne włosy były sztywne od pyłu węglowego, a przy pasku poplamionych olejem roboczych spodni pobrzękiwały różnego rodzaju narzędzia.

Flinn rozpoznała od razu: to Fedor. Woń oleju, sadzy i brzoskwiń wdarła się do jej nosa jak zapach szczęścia.

– Cześć – powiedziała z ożywieniem.

Jego głos był głęboki i szorstki.

– Hej.

Przez chwilę patrzył na nią ucieszony. Pochylił się i uniósł rękę, jakby chciał jej dotknąć. Flinn poczuła mrowienie w całym ciele. Fedor chyba zauważył, jak działa na nią jego obecność, i z nieswoją miną odwrócił wzrok, pocierając kark dłonią.

– Nie powinnaś teraz iść do Daniela – przestrzegł ją cicho. – Właśnie wyrzucił mnie ze swojego gabinetu.

Flinn zamrugała z irytacją.

– Dlaczego?

Jako pracownikowi pociągu, Fedorowi wolno było wszystko wiedzieć i wszystko widzieć. Chyba że chodziło o coś niebezpiecznego – albo tajnego. Serce Flinn zaczęło bić szybciej.

– Chodzi o Jontego? O Pawie fantomowe?

Przypomniała sobie stary bilet brata, szary, okopcony kawałek papieru. Domyślała się, co oznaczają widoczne na nim ślady po ogniu: Jonte zniknął z Ekspresu Międzykontynentalnego w pełnym biegu. W środku nocy. Podobnie jak niezliczone Pawie przed nim. Nikt nie miał pojęcia, jak to się mogło stać.

Fedor tylko pokręcił w milczeniu głową, jakby żałował, że w ogóle się do niej odezwał. Kiedy przecisnął się obok, nie powiedział już ani słowa.

Flinn stała w miejscu i patrzyła za nim. Obserwowała, jak pchnął metalowe drzwi na początku wagonu i wyszedł na platformę. Ani razu się nie obejrzał.

Nagle szczęście nabrało mdłego zapachu. Jeszcze kilka dni temu Flinn wierzyła, że w powietrzu między nią a Fedorem jest coś więcej niż tylko węglowy pył i przesycona sadzą para. Wyczuwała między nimi więź jak kompas wyczuwa magnetyczne trzeszczenie świata. A teraz? Teraz Fedor odszedł i nie zamienił z nią ani słowa więcej, a ona nie miała pojęcia z jakiego powodu.

Wiedziała tylko tyle: Fedor Kulikow jest już piętnastolatkiem, czyli jest od niej starszy o dwa lata. Dwa lata temu zamiast na uczniowską egzystencję Pawia zdecydował się na pracę w kotłowni pociągu. Flinn do dzisiaj nie pojmowała dlaczego. Ekspres Międzykontynentalny to najprzytulniejsze, najszlachetniejsze i najbardziej magiczne miejsce, jakie zna. Kto nie chciałby chodzić w nim do szkoły?

Nie miała czasu zastanawiać się nad tym dłużej. W korytarzu przed izbą chorych rozległy się słowa niczym szept duchów: „Moja decyzja... wszystko mi jedno, co robią inni...”.

Zaczęła nasłuchiwać. W tym miejscu wszystko wydawało się beznadziejne. Tu zalatywało zastojem i ciszą. Mimo to Flinn usłyszała ciche mamrotanie: „Od dzisiaj będę nosić wyłącznie szpilki... zejdź mi z drogi!”.

Ostrożnie przesunęła na bok drzwi do izby chorych i zajrzała do małego, zalanego słońcem pomieszczenia. W ciągu minionych dni zaglądała tu często, ponieważ na łóżku pod oknem leżała nieprzytomna Garabina – jej szkolna koleżanka, ekspresowa gwiazda i prawdziwy hank. Tak Pawie nazywają uczniów, którzy zagalopowywali się w swoich planach.

Garabina miała zamknięte oczy, jej długie lśniące włosy leżały rozpostarte na poduszce jak u śpiącej księżniczki. Oddychała płytko, ale równomiernie.

Flinn usłyszała teraz całkiem wyraźnie: „Nie dam sobą komenderować... na moim koncie jest dosyć pieniędzy! Nie potrzebuję was!”.

Dopiero po sekundzie zorientowała się, że to Garabina mamrocze pod nosem. To, co mówiła, było dla niej typowe – aroganckie i bezwzględne. Flinn wykrzywiła twarz w grymasie. A czego innego się spodziewała? Że w wyniku wypadku sprzed sześciu dni ta dziewczyna raptem stanie się miła i sympatyczna? Kompletnie nieprawdopodobne!

Zasunęła drzwi przedziału, przemierzyła korytarz do końca, przebiegła przez kolejną platformę między wagonami i niedługo potem znalazła się pod drzwiami gabinetu dyrektora. Zza kolorowej szklanej mozaiki dochodził czyjś podniesiony głos:

– A co, jeśli on nas ubiegnie? Jeżeli ją znajdzie, będziemy skończeni!

Serce Flinn waliło tak mocno, że niemal nie rozumiała poszczególnych słów. To był głos Berta Willmaua, nauczyciela zachowania. Miała z nim lekcje dopiero raz, ale to wystarczyło, by nabrać przekonania, że tego profesora nie należy traktować poważnie. Jednak w tym momencie brzmiał wyjątkowo serio.

– Musimy działać, i to już! – zażądał Willmau nadzwyczaj głośno. – Cree nie może dostać jej w swoje łapy. Zrobiłby z niej potwora!

Gdy Flinn w końcu zapukała do drzwi, jej serce trzepotało niespokojnie. Nie chciała podsłuchiwać tej rozmowy. Odkąd się dowiedziała, że Daniel Wheeler jest nie tylko dyrektorem Ekspresu Międzykontynentalnego, ale także jej ojcem, w ogóle już nie miała pojęcia, co o nim sądzić. Od początku uważała go za dziwnie spłoszonego, jedynie jego spojrzenie wydawało jej się osobliwie intensywne.

– Wejść – z przedziału dobiegł gorączkowy i podszyty przerażeniem głos Daniela. Flinn nie była zaskoczona, gdy znalazłszy się w środku, przyłapała go na tym, jak obok uchylonego okna pospiesznie gasił papierosa.

Chociaż gabinet był interesującym, zagraconym pokojem, Flinn nie potrafiła oderwać wzroku od obu mężczyzn.

– Czy rozmawiają panowie o Jontem? – spytała nerwowo. – Kim albo czym jest Cree?

Willmau gapił się na nią jak na ducha. Przez ułamek sekundy Flinn żałowała, że nie posłuchała Fedora. Przypuszczała, że Daniel zaraz wyrzuci ją z biura tak samo jak jego. Po chwili odchrząknął niespokojnie i wykrzyknął:

– Flinn! – Uśmiech rozjaśnił mu twarz, jakby jej imię było przyciskiem, którym uruchamia się lampkę. – Wejdź, wejdź. I usiądź. Do widzenia, Bert. Pomówimy później.

Flinn zmarszczyła czoło. Daniel sprawiał wrażenie dziwnie ożywionego na jej widok. I czyżby podciął sobie włosy?

– Mogą panowie spokojnie rozmawiać dalej – zwróciła się najuprzejmiej do Willmaua, który jak zawsze był ubrany w zbyt ciasne dżinsy i skurczony sweter z dwoma wyhaftowanymi tygryskami. Nie zważając na jej słowa, wykrzywił twarz i wypadł z przedziału. Drzwi zatrzasnęły się za nim tak mocno, że zdobiący je szklany witraż aż zadzwonił z wyrzutem.

– Pan Willmau ma rację. Musimy odnaleźć Jontego i wszystkie pozostałe Pawie fantomowe – oznajmiła Flinn, siadając na krześle przed biurkiem. Był to duży, okazały stół, który tkwił pośrodku pokoju jak jakaś tłusta żaba, a wiele małych szuflad w jego nogach kryło najrozmaitsze rupiecie. W zadumie dodała po chwili: – Może Jonte leży w jakimś szpitalu albo od dawna żyje gdzieś poza pociągiem?

Daniel zmarszczył czoło.

– Pracownicy Centrali Międzynarodowej sprawdzili wszystkie szpitale. Szukali zaginionych Pawi po całym świecie. Nie natrafili na żaden ślad.

Flinn nie zamierzała łatwo się poddać.

– A o co chodzi z tym Cree? Willmau wymienił to słowo...

– Nie powinnaś bez przerwy podsłuchiwać pod drzwiami – przerwał jej Daniel. Wydawał się rozgoryczony. Pospiesznie usiadł na swoim miejscu za biurkiem i wskazał na sześciokątną lampę stojącą na blacie między nimi. Sprawiała wrażenie ciężkiej i topornej, świeciła złocistym światłem. Tysiące złotych punkcików tańczyło ospale w jej wnętrzu.

– To jest lampa Humphry’ego – wyjaśnił Daniel. – Technolog magii sir Humphry Davy podarował ją dwieście lat temu założycielowi naszej szkoły. Jeśli świeci złociście, wtedy wszystko jest w porządku.

Flinn przeniosła spojrzenie z lampy na Daniela i z powrotem. Złocisty blask sprawiał, że jego twarz wyglądała niezwykle delikatnie i młodo.

– Pewnie jest zepsuta – zasugerowała Flinn. W końcu nie można chyba uznać, że to w  p o r z ą d k u, iż z Ekspresu Międzykontynentalnego zniknął Jonte i wielu innych Pawi.

Jednakże złociste światło lampy wywołało w niej po chwili nieoczekiwane doznanie: w jej łagodnym blasku poczuła się dziwnie beztroska i oszołomiona, lekka i senna. Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Lecz gdy pociąg nagle podskoczył na złączeniu torów, ocknęła się ze stanu błogości. Zadziwiona potrząsnęła głową.

– To jej zawdzięczamy dobry nastrój na pokładzie – powiedział Daniel, patrząc na lampę.

Flinn zmrużyła oczy, patrząc pod światło.

– A czy to nie jest przypadkiem twoje zadanie? – odparła.

Daniel nie zareagował na jej słowa. Pospiesznie wysunął jedną z szuflad biurka.

– Proszę. Oto twoja nowa dokumentacja szkolna. – Jak czarodziej wyciąga królika z kapelusza, tak on wyjął z szuflady tekturową beżową teczkę i położył ją przed sobą.

Flinn niechętnie odwróciła wzrok od lampy i przymrużyła oczy. Teczka, jak na założoną dopiero kilka dni temu, wyglądała na bardzo ciężką i zniszczoną od częstego czytania. Jak tajemnica, którą każdy zna.

– Co w niej jest? – spytała sceptycznie.

Daniel ruchem ręki zbagatelizował jej pytanie.

– Nie mam pojęcia, nigdy nie czytam dokumentacji uczniowskiej – stwierdził. – Ale nasza Centrala Międzynarodowa zawsze bardzo rzetelnie zbiera wszystkie fakty, żebyśmy dokładnie wiedzieli, z kim będziemy mieli do czynienia. Czy to prawda, że w szkole panny Schlechtfeld siódmego maja przedostatniego roku podpaliłaś jakieś drzwi? Podobno została z nich tylko kupa popiołu.

Flinn zamarła. Przypomniała sobie, jak wszystkie hieny z jej starej szkoły, wyśmiewając się i natrząsając z niej, zamknęły ją w toalecie dla chłopców. Pełzające uczucie paniki, które ją wtedy ogarnęło, nadal w niej żyło.

Dziś już nie wiedziała, co się potem stało – poza tym, że kilka minut później w gabinecie panny Schlechtfeld otrzymała upomnienie z powodu uszkodzenia mienia. Jeszcze teraz, tutaj, w Ekspresie Międzykontynentalnym, trzęsła się na tamto wspomnienie. W starej szkole wandalizm nie był niczym szczególnie rzadkim. Natomiast w pociągu-internacie nie zachowywano się w taki sposób.

– Czyli jednak czytałeś moją teczkę! – zarzuciła mu Flinn z pałającymi policzkami.

Daniel pokręcił przecząco głową i zaczął grzebać w szufladzie w drugiej nodze biurka.

– Nie ja, tylko Curly – wyjaśnił.

Flinn zesztywniała. Jeszcze tego brakowało! Przecież ten straszny człowiek jej nie cierpi. Ciekawe, co zrobi z  informacjami o niej?

Daniel rzucił na biurko garść różnych drobiazgów: prostokątną plakietkę z logo szkoły (literami EM i stylizowanym pawiem), klucz do jej nowego przedziału sypialnego, spis zasad szkolnych i małą metalową, płaską legitymację uczniowską.

– Zawsze pokazuje się na niej nazwa szkoły w pobliżu dworca, na którym się zatrzymujemy w niedziele. To praktyczne rozwiązanie, żeby uspokoić ciekawskich zawiadowców stacji – wyjaśnił Daniel, mrugając.

Flinn spojrzała na klucz. Nie po raz pierwszy zadała sobie pytanie, z kim przyjdzie jej dzielić przedział. A jeśli nowa towarzyszka nie będzie mogła jej znieść i w nocy po kryjomu będzie jej robić głupie kawały? Tak jak kiedyś przyrodni bracia w Weidenborstel. To znaczy wszyscy oprócz Jontego.

– A teraz mam dla ciebie jeszcze coś specjalnego... – Daniel zniknął w drzwiach do swojego prywatnego przedziału. Flinn słyszała, jak czegoś w nim szuka. Po chwili pojawił się w gabinecie ze staroświecką skórzaną torbą w rękach. Flinn poczuła zastały zapach dymu i papieru. – To moja stara szkolna teczka – powiedział, wyciągając ją zdecydowanym ruchem w jej stronę.

Flinn z wahaniem sięgnęła po nią. Skóra pod palcami wydawała się zużyta i miękka. Ale mimo zarysowań i zadrapań teczka wyglądała na elegancką i droższą od wszystkiego, co kiedykolwiek miała.

– Hmm... – bąknęła z ociąganiem. Jeśli to ma być prezent, wypadałoby okazać wdzięczność, ale jeżeli nie, wtedy podziękowanie z jej strony postawiłoby Daniela w niezręcznej sytuacji, zmuszając go do darowania jej tej teczki.

Podczas gdy wciąż się zastanawiała, pociągiem szarpnęło.

Flinn wpadła z impetem na biurko Daniela. Szeroki blat wbił jej się w brzuch jak cios boksera. Jęknęła. Wysoki, przenikliwy odgłos kół zwalniających z piskiem na metalowych szynach wypełnił powietrze, po czym ekspres raptownie się zatrzymał i zaległa cisza.

Daniel zerwał się przerażony.

– Zabieraj teczkę i uciekaj stąd – polecił, podczas gdy sam wybiegł już z gabinetu i szybko ruszył korytarzem.

Flinn usłyszała trzask ciężkich metalowych drzwi wagonu, a potem metaliczne stukanie, gdy Daniel schodził po trzech stopniach na skraj toru.

Pospiesznie wepchnęła swoją legitymację i wszystkie inne nowe rzeczy do skórzanej teczki. Chociaż lampa Humphry’ego nadal świeciła ciepłym złotem, ona jej nie wierzyła. Kto to taki ten sir Humphry Davy? Nigdy o nim nie słyszała.

Z mundurkiem szkolnym pod pachą i z ciężkim skórzanym paskiem na ramieniu przeszła do sąsiedniego wagonu.

W korytarzu przed salą chorych zalegała pełna napięcia cisza. Garstka uczniów tłoczyła się przy oknach. Zdezorientowana Flinn przecisnęła się przez grupę piątoklasistów i przyłożyła czoło do szyby. Na zewnątrz syczała para i przesłaniała widok małego dworca gdzieś na peryferiach Mazowsza. Bezpośrednio pod oknem zobaczyła otoczoną niezliczonymi walizkami w leopardzi wzór krępą, barczystą kobietę w kamizelce wędkarskiej, sztruksowych spodniach i kapeluszu safari. Wyglądała na równie krągłą i ospałą jak królowa pszczół wśród swego roju. W jednej ręce trzymała bardzo cienką laseczkę, którą skierowała w stronę ekspresu jak batutę. Przez ułamek sekundy Flinn pomyślała, że kobieta zatrzymała nią pociąg. Ale to przecież niemożliwe.

– Trzynaście walizek! Ciekawa jestem, co w nich jest – rozległ się jasny głos Pegs. – Raczej nie zwykłe ciuchy, bo te bagaże wyglądają na dużo cięższe.

Flinn obejrzała się szybko za siebie. Jej najlepsza przyjaciółka przepychała się przez grupę piątoklasistów. Dzięki swojemu energicznemu sposobowi bycia i jaskrawemu strojowi sprawiała wrażenie chodzącej feerii barw. W jej krótkich albinotycznych włosach tkwiła niebieska kokarda upięta z niesamowitej ilości tiulu. Flinn uważała, że Pegs wygląda z nią jak miotełka do kurzu na dwóch nogach.

– Uczniowie mogą mieć tylko jedną walizkę – poskarżyła się przyjaciółka. – Moim zdaniem to trochę niesprawiedliwe. Musiałam na przykład oddać rodzicom futro. Oczywiście nie prawdziwe. Takie zielone i kudłate.

Jeśli gdzieś pojawiała się Pegs, można było być pewnym, że wkrótce niedaleko znajdzie się też Kasim.

– Skąd masz tę skórzaną teczkę? – spytał, ledwie przecisnął się do nich obu przez tłum uczniów. Jak w każdy weekend miał na sobie spodnie z dziurami, jaskrawą koszulę i bransoletki z różnego rodzaju nitami. Ale najbardziej ze wszystkiego podobały się Flinn jego niebieskozielone włosy, które migotały i iskrzyły nad opaloną skórą, jakby były naładowane elektrycznie.

Pegs zerknęła na nową torbę Flinn.

– Mam nadzieję, że to nie jest prawdziwa skóra – powiedziała surowo, odwracając się znowu do okna. – Ta kobieta wygląda jak traperka o kiepskim guście. Nie potrzebujemy tu żadnej łowczyni!

Flinn przypomniała sobie nową czerwoną trasę kolejową, którą widziała na suficie w bibliotece. Myśl o tym, że jest tak daleko od swojego domu w Weidenborstel, wprawiła jej serce w trzepotanie podobne do tego, z jakim złote litery zmieniały się na ramach okien pociągu: Hohenwulsch, Spreewald i Lubusz – nazwy miejscowości i regionów, które dotychczas przemierzył Ekspres Międzykontynentalny i które we wnętrzu Flinn rozgałęziały się jak kreski i litery na mapie.

– A może będziemy potrzebować kogoś takiego do ochrony przed dzikimi zwierzętami? – zasugerowała. – Bo jedziemy do Rosji. Tajga, tundra... no wiecie. Nieskończone przestrzenie. Co byśmy zrobili, gdybyśmy na którymś dworcu natknęli się na gigantycznego łosia albo niedźwiedzia?

Pegs pokręciła ze śmiechem głową.

– Prędzej zasypie nas śnieg!

Dudniący głos z końca wagonu sprawił, że wszyscy podskoczyli.

– Śnieg? W środku złotej jesieni? Powiedz no, w jakiej żałosnej szkole się tego nauczyłaś? W Miedzianym Zamku?

Flinn drgnęła. Metalowe drzwi były otwarte, a na platformie za nimi stała przysadzista traperka w pozie zdobywczyni nowego kontynentu.

– Jesteśmy w Ekspresie Międzykontynentalnym – krzyknęła ze zgrozą. – Oczekuję odrobinę więcej wiedzy!

Potężną dłonią odgarnęła do tyłu potargane rzadkie włosy. One sprawiały, że wyglądała na starszą, niż prawdopodobnie była – mogła mieć około czterdziestki. Jej masywna postać w nieprzyjemny sposób przypominała Flinn Curly’ego.

Kobieta zmierzyła wzrokiem najpierw ją, a potem grupę piątoklasistów za jej plecami, zignorowała Kasima, jakby go tam wcale nie było, i na koniec utkwiła wzrok w Pegs.

– Które z was to dziecko tygrysa? – huknęła znowu kobieta. – Mam nadzieję, że nie ta pstrokata śnieżna fretka!

Ciemna opaska na włosy zsunęła się głęboko na jasne czoło Pegs niczym barometr nastroju. Żaden z Pawi się nie odezwał. W powietrzu wisiała dezorientacja.

– Flinn – powiedział Daniel, który właśnie wtargał do wagonu pierwszą z trzynastu waliz – bądź tak dobra i zanieś swoje nowe rzeczy do własnego przedziału, dobrze? – Zatrzasnąwszy za sobą stalowe drzwi, aby rześkie jesienne powietrze nie zdążyło wychłodzić wagonu, zwrócił się do zgromadzonych uczniów: – Za pięć minut ruszamy dalej. Marino, poinformuj, proszę, Curly’ego, żeby załadował pozostałe dwanaście walizek prosto do wagonu bagażowego.

Flinn, Kasim i Pegs odwrócili się, aby odejść.

Pegs uniosła brwi.

– Prosto do wagonu bagażowego? – powtórzyła szeptem. – To ona nie chce rozpakować swoich rzeczy?

– Bardzo dziwne – zgodził się z nią Kasim, w zamyśleniu wsuwając ręce do kieszeni spodni.

– Jeszcze chwileczkę! – zaskrzeczała za nimi traperka. Flinn ogarnęła obawa, że ta kobieta będzie skrzeczeć tak za każdym razem, kiedy tylko otworzy usta. Jak źle nastrojone skrzypce. – Czy ten Flinn to może dziecko tygrysa? Obiecał mi pan, Danielu. Niech pan o tym nie zapomina!

Flinn wciągnęła głowę między ramiona. Nie miała zielonego pojęcia, kim jest ta kobieta ani o czym mówi. Ogarnęło ją jednak złe przeczucie, że dowie się tego szybciej, niżby chciała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki