Mądra  głowa zna przysłowia - Renata Piątkowska - ebook + audiobook
Opis

Wesołe opowiadania o sytuacjach z życia wziętych, które można zilustrować przysłowiem lub związkiem frazeologicznym o przenośnym znaczeniu. Dużo dobrej zabawy, a przy okazji sporo wiedzy!
Czy wiesz, co to znaczy „przebierać jak w ulęgałkach” lub „wyświadczyć komuś niedźwiedzią przysługę” i dlaczego tak się mówi w pewnych sytuacjach? A dlaczego strach ma wielkie oczy? Czy naprawdę gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść? I co wspólnego mają żarty z solą,  a książki z oknami, a tym bardziej słowo z kobyłką?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 61

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © 2013 by Renata Piątkowska

Copyright © Wydawnictwo BIS 2012

ISBN 978-83-7551-353-0

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84

e-mail: bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

Magda przytrzymywała naleśniki widelcem i ostrożnie kroiła je nożem. Trzeba przyznać, że choć była jeszcze niezbyt dużą Madzią, całkiem nieźle jej szło. Pilnowała, by nie pobrudzić się dżemem, który zdradziecko wypływał z naleśników, i żeby nie poplamić obrusu kompotem. Nagle rzuciła widelec i odskoczyła od stołu z piskiem.

– Fuj, mucha! Wielka! Okropna! – wrzasnęła.

– Mucha? Mucha w naleśniku? – zdziwiła się mama i zajrzała na talerz Madzi.

To, co tam zobaczyła, każdemu mogło odebrać apetyt. Pod naleśnikiem czaiła się czarna mucha. Była podejrzanie duża, miała sztywne, plastikowe skrzydełka i patrzyła na mamę szklanym okiem. Z bliska było widać, że jest sztuczna, ale z pewnej odległości wyglądała jak prawdziwa i Madzia dała się nabrać. O to właśnie chodziło Szymkowi. Siedział przy stole uśmiechnięty od ucha do ucha i nic sobie nie robił z tego, że Magda się obraziła i pokazała mu język. Oczywiście musiał obiecać mamie, że nie będzie więcej straszył siostry i że w ogóle będzie grzeczny i da sobie spokój z żartami. I nie chodziło tu tylko o te niedojedzone naleśniki. Mama miała na myśli też to, co Szymek zrobił niedawno w autobusie. Od czasu tego zdarzenia mama dwa razy obejrzy krzesło, zanim usiądzie, i do dziś żałuje, że wtedy w autobusie nie przyszło jej to do głowy. Ale trudno się dziwić – była zmęczona, dźwigała dwie ciężkie torby z zakupami i z trudem utrzymywała równowagę. Zwłaszcza na zakrętach, gdy wszyscy pasażerowie napierali na siebie i przechylali się raz w jedną, raz w drugą stronę. Wtedy jakiś uprzejmy pan, który miał miejsce siedzące, wstał i ustąpił je mamie. Podziękowała i właśnie miała usiąść, gdy Szymek jednym szybkim ruchem położył na plastikowym krzesełku małą czarną poduszeczkę. To był ostatnio jego największy skarb. Na pierwszy rzut oka ta poduszeczka wydawała się całkiem zwyczajna, ale gdy się na niej usiadło, rozlegał się taki specyficzny dźwięk. Coś jakby stado słoni puściło serię przeokropnych bąków. Mama w ogóle nie zauważyła, na co siada, ale gdy już opadła na miejsce, autobusem wstrząsnęły bąki o niespotykanej sile. Nie było ani jednej osoby, która nie spojrzałaby na mamę ze zdziwieniem i oburzeniem. Niektórzy kręcili tylko głowami, a ci, co stali bliżej, mówili:

– O fuj – i mimo tłoku starali się odsunąć jak najdalej. Mama czerwona jak rzodkiewka próbowała się tłumaczyć:

– Ale ja nie. To znaczy, to nie ja...

Potem poderwała się na równe nogi, Szymek złapał poduszeczkę i wysiedli na najbliższym przystanku. Chłopiec nie miał wątpliwości, że to był bardzo dobry żart, i obiecał sobie, że jeszcze nie raz wykorzysta swoją czarną, czarodziejską poduszkę.

Z czasem figle Szymka nikogo już nie dziwiły, może dlatego, że rodzice do nich przywykli, a może dlatego, że mieli poczucie humoru. W końcu jednak Szymek przesadził i było tak, jak w tym przysłowiu: Z żartami jak z solą, nie przesadź, bo zabolą. Zabolało Madzię. Zaczęło się od tego, że poskarżyła się bratu:

– Wiesz, jestem najmniejsza w całym przedszkolu. Nazywają mnie Mała Mi. Na wakacjach trochę urosłam, ale inni urośli jeszcze bardziej i dalej jestem najniższa.

Szymek zrozumiał, że nadarza się okazja, by zażartować sobie z siostry. W jednej chwili miał gotowy plan.

– Jest prosty sposób, żebyś jeszcze dziś urosła ładnych parę centymetrów – powiedział.

– Naprawdę? – spytała Madzia z nadzieją i niedowierzaniem.

– No pewnie! Musimy tylko poszukać drożdży. Wiesz przecież, że jak mama dodaje je do ciasta, przykrywa ściereczką i stawia w ciepłym miejscu, to ciasto rośnie. Ty też urośniesz, jak posiedzisz sobie na drożdżach – zapewnił Szymek.

Drożdże znaleźli oczywiście w lodówce. Szymek rozłożył pod gorącym kaloryferem starą gazetę, rozsypał na niej pokruszone drożdże i polecił Madzi usiąść na nich i się nie wiercić. Żeby szybciej urosła, nakrył ją obrusem w kwiatki. Sam rozsiadł się na kanapie i oglądał sobie telewizję, zadowolony, że siostra mu nie przeszkadza i nie domaga się włączenia bajek. Z początku Madzia siedziała grzecznie, zadowolona, że rośnie, i że jutro nie będzie już najmniejsza w przedszkolu. Ale po jakimś czasie zaczęła się kręcić, było jej niewygodnie i za ciepło przy kaloryferze, z obrusem na głowie.

– Szymek, mogę już wstać? – pytała co chwila.

– Mowy nie ma. Siedź spokojnie i przestań się wiercić, bo nic z tego nie będzie – powtarzał za każdym razem.

Wreszcie spod obrusa rozległo się pochlipywanie.

– Ja już nie chcę – buczała Madzia.

– Przestań jęczeć, jak nie posiedzisz tyle, ile trzeba, to będziesz mniejsza nawet od Małej Mi – straszył Szymek.

Madzia siedziała i płakała. Było jej niewygodnie i okropnie ciepło. Spocona i rozżalona nie wiedziała, co robić. Posłuchać brata i zostać pod kaloryferem, czy wstać i stracić szansę na to, że urośnie? Nie umiejąc wybrać, męczyła się i wylewała łzy pod obrusem. Taką spłakaną, umazaną drożdżami Madzię znalazła w końcu mama. Potem było tak: mama uspokoiła córeczkę, przyniosła jej kompotu i nawet zmierzyła temperaturę. Szymek musiał wyłączyć telewizor, sprzątnąć ubabraną drożdżami gazetę i przeprosić siostrę. Bronił się, że to był tylko żart, ale mama nie chciała nawet tego słuchać. Była zła i Szymek, patrząc na nią i na zaczerwienioną od płaczu Madzię, musiał przyznać, że ten żart mu się nie udał. Siostra po chwili poczuła się lepiej, ale mamie zły humor nie minął do wieczora. Gdy przyszła pora kolacji, postawiła przed Szymkiem talerz z kanapkami i powiedziała:

– Pamiętaj, z żartami jak z solą – nie przesadź, bo zabolą.

Szymek sięgnął po kromkę z serem i pomidorem. Odgryzł spory kawałek i nagle, o fuj, poczuł w ustach okropny smak. Palił go język i szczypało w gardle. Spojrzał na kanapkę i dopiero teraz zauważył, że była posypana grubą warstwą soli.