Madly - Ava Reed - ebook + książka
BESTSELLER

Madly ebook

Reed Ava

4,2

37 osób interesuje się tą książką

Opis

Ona, czyli June – pewna siebie i własnego uroku, śliczna, nieskazitelna, zawsze perfekcyjnie umalowana, bezczelna, zadziorna, chaotyczna.

On, czyli Mason - bogaty playboy, arogancki, nonszalancki, przemądrzały i twardy.

June pod skorupą twardzielki skrywa ogromną wrażliwość i równie wielki sekret, który jej zdaniem nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego. Dlaczego mężczyzna zainteresowany czymś więcej, niż tylko przygodą na raz, nie ma u niej szans?

Mason ma w nosie fakt, że June ciągle go spławia. Traktuje ich relację jak pełną napięcia grę, w której prędzej czy później wygra, bo on zawsze zwycięża. Pragnie czegoś więcej niż tylko spędzenia z June nocy. A June po raz pierwszy zastanawia się, co by się stało, gdyby zburzyła swoje mury...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 437

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (79 ocen)
45
15
14
3
2
Sortuj według:
Asior23

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała książka o miłości, przyjaźni i akceptacji siebie .Bawi i wzrusza niejednokrotnie polecam serdecznie ❤
00
ana174

Nie oderwiesz się od lektury

Pozycja godna uwagi! Historia dwójki bohaterów, którzy muszą radzić sobie z trudami bycia dzieckiem, a przede wszystkim z trudnymi rodzicami. Możemy tutaj zrozumiec jaki wpływ mają na nas opinie innych, jak radzić sobie z brakiem samoakceptacji, a przede wszystkim jak stawiać temu czoła. Polecam!
00
Menelka91

Całkiem niezła

W książce zaciekawiła mnie okładka , skromna , tajemnica … okładkę oceniam lepiej niż cała książkę. Główna bohaterka za bardzo użalającej się nad swoim problemem , zapatrzona w siebie . Akcja rozkręciła się dopiero na samym końcu … jak dla mnie ciężka do czytania .
00
kiniamisia

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
DominikaCzyta

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna. Bohaterowie mają swoje tajemnice, które prowadzą do wielu nieporozumień, przez co często się ranią. Poruszony jest ciężki temat samoakceptacji. Bo kiedy rodzina wywiera na nas wielki wpływ, samemu ciężko jest się odnaleźć. Ale bohaterowie mogą liczyć na swoich przyjaciół. I nie ważne więzi krwi, ale więzy serca ❤️
00

Popularność




Tytuł oryginału: Madly

Redakcja: Dorota Matejczyk

Korekta: Marta Tojza, Renata Kuk

Skład i łamanie: Robert Majcher

Opracowanie graficzne polskiej okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © 2020 by Bastei Lübbe AG, Köln

Ilustracja na okładce © 2020 by Rhett PodersooProjekt okładki © Andrea Janas – andreajanas.com

Zdjęcie Autorki © Ava Reed

Copyright for the Polish edition © 2021 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-8266-026-5

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Prolog

Większość ludzi śmieje się z rzeczy, których nie rozumie, i zakłada, że to, czego nie znamy, nie istnieje. Póki nie natkną się na to oko w oko… Dopiero wtedy rozumieją to naprawdę.

Mason

Zakochałem się w June, kiedy z bezczelnym błyskiem w oku wylała drinka na moją elegancką koszulę od dobrego projektanta.

W pierwszej chwili wzięła mnie za kogoś innego. Nie miała pojęcia, kim jestem. Gdy wracam myślami do tamtego wydarzenia, z uśmiechem potrząsam głową. Nawet dzisiaj. Przypominam sobie ogień w jej spojrzeniu, gniewny głos, którym oznajmiła, że mam spadać i że nigdy w życiu dla mnie nie zajęczy – chociaż, na Boga, przysiągłem sobie, że prędzej czy później jednak do tego dojdzie.

Kiedy wtedy przed nią stałem, myślałem o zaciągnięciu jej do łóżka, kiedy jednak ruszyła w moją stronę i z dumnie uniesioną głową przykleiła mi kawałek ananasa do klatki piersiowej, zapragnąłem, by była obecna w moim życiu. Chciałem ją poznać. Koniec końców zapewne właśnie dlatego zaproponowałem jej najlepszej przyjaciółce, Andie, pracę w moim klubie, choć wcale jej wtedy nie znałem. Chciałem ponownie zobaczyć June. Za wszelką cenę.

A do tego, przyznaję, naprawdę rozpaczliwie potrzebowałem kogoś do pomocy za barem.

Zaczęło się bardzo obiecująco.

Na tę myśl śmieję się sucho i dolewam sobie whisky. To już chyba czwarta szklaneczka. Chyba, nie liczyłem.

Dzisiaj klub jest zamknięty. Nie ma tu nikogo, tylko ja daremnie usiłuję zalać troski alkoholem. A przecież piję rzadko. Każdy jednak ma chwile słabości. Ja mam ją teraz. Dzisiaj. Podobnie jak każdego innego cholernego dnia, odkąd znam June.

Upijam spory łyk. Alkohol pali mnie w usta i przełyk. Bardzo dobrze.

Rozbity, wkurzony na cały ten bajzel, który wydarzył się w ciągu ostatnich dni, a zwłaszcza teraz, prostuję się, rozpinam koszulę pod szyją i… A niech to szlag! Rozpinam kamizelkę, ściągam ją, ciskam na kontuar, szybko przeczesuję włosy palcami. Mam w nosie, jak wyglądam. Mam w nosie, co jeszcze się dzisiaj wydarzy. Najpierw muszę pogodzić się z tym, że mi się nie udało. Straciłem June. I ciągle nie wiem, jak sobie z tym poradzić…

Bardzo mi przykro. Przestań próbować… Proszę, nigdy więcej. Ja po prostu nie mogę.

Każde wyszeptane przez nią słowo było jak katastrofa atomowa. Jak uderzenie komety. Jak ta chwila tuż przed wypadkiem, gdy wszystko nieruchomieje, świat wypełnia grzmot i rzeczywistość rozpada się na kawałki.

Nie zamierzam przyjąć tego do wiadomości, bo tak bardzo chcę June w moim życiu, że to pragnienie mnie obezwładnia. Chcę się budzić u jej boku, chcę widzieć jej śmiech, gdy ją rozbawię albo, niech jej będzie, bo ją śmieszę, chcę rzucić jej świat do stóp i brać ją w ramiona, i…

Z trudem przełykam ślinę, zaciskam powieki, zwieszam głowę i błagam los, by pozwolił mi obudzić się z tego koszmaru. Chcę krzyczeć, przeklinać, na czym świat stoi i rozwalić klub na kawałki. W tej chwili nic dla mnie nie znaczy. Jest mi równie obojętny jak firma i oczekiwania mojego ojca, majątek na moim koncie czy moja przyszłość, bo nie ma w niej June. W tej chwili liczy się tylko to.

Idiota ze mnie. Siedzę tu i użalam się nad sobą jak ci wszyscy żałośni faceci, którzy zakochali się i całkowicie stracili głowę z miłości. Zdecydowanie jestem jednym z nich.

Typem, którym nigdy nie chciałem się stać…

Czuję lekkie pulsowanie w skroniach, whisky pomaga, kołysze mnie i otula jak ciężki koc. W moich myślach ponownie zjawia się June, nie mogę przed nią uciec.

– Cholerny świat! – Zrywam się na równe nogi, chwytam szklankę, ciskam nią o ścianę za ladą, w wielkie lustro przy półkach z alkoholami.

Na tafli pojawiają się rysy.

Trzask, szczęk, brzęk.

Okruchy. Wszędzie okruchy.

– Cholera! – powtarzam, przyciskam dłonie do oczu i z głośnym jękiem opadam na wysoki stołek barowy.

Walczyłem, póki mogłem. Wierzyłem, że w głębi duszy ona tego pragnie. Teraz już wiem: przyciąganie to nie wszystko. Bo June nie chce ze mną być. Muszę to uszanować. Kiedyś będzie lepiej. Kiedyś będzie dobrze. Jednak teraz myślę w kółko tylko o jednym: straciłem ją.

Rozdział 1

Każdy chciałby uwierzyć, że istnieje powód, dla którego jest taki, a nie inny…

June

Pewnych rzeczy nie da się zmienić, nieważne jak bardzo się tego pragnie i jak bardzo się stara. Można tylko z nimi żyć. I próbować o nich zapomnieć albo przynajmniej zepchnąć na dno świadomości. Uzmysławiam to sobie każdego dnia, ilekroć patrzę na swoje odbicie w lustrze. I nienawidzę tego.

Chociaż nie, żeby tego nienawidzić, brakuje mi już sił. Po prostu tego żałuję. Cholernie żałuję. A to różnica.

Z westchnieniem sięgam po szczotkę i rozczesuję włosy. Znowu trochę urosły, ale nadal są znacznie krótsze niż te, które nosiłam dawniej. Obcięłam je pod wpływem impulsu, zanim Andie przyjechała do Seattle. Wiele lat długie włosy były mi tarczą, okryciem. Jak wierny, osłaniający przed światem towarzysz, którego pozbawiłam się sama, nie zastanawiając się nad tym zbytnio.

Minęło kilka tygodni, zanim przyzwyczaiłam się do nowej fryzury, ale zdążyłam ją polubić i od tego czasu regularnie podcinam włosy.

Przyglądam się sobie z każdej strony w średniej wielkości lusterku na moim stoliku. Na biurku, które nie zasługuje na tę nazwę. Służy mi przede wszystkim jako toaletka, bo jedynie we własnym pokoju czuję się w miarę bezpiecznie. Tylko tutaj mam dość spokoju, żeby zmyć makijaż albo żeby go nałożyć. Tak jak teraz.

Szczotka ląduje w jednym z koszyczków, w których trzymam niezliczone tusze do rzęs, szminki, trochę różu i inne drobiazgi. Wyciskam odrobinę kremu na dłoń i delikatnie wklepuję w twarz. Tym samym przygotowuję skórę na to, co musi znosić już od lat – zaraz nałożę na nią bardzo drogi podkład kryjący. Który oczywiście, jeśli wierzyć reklamom, wygląda całkowicie naturalnie i jest niemal niezauważalny.

Żałośnie mała tubka kosztuje około sześćdziesięciu dolarów. Czasami wystarcza mi na tydzień, o ile obchodzę się z nią bardzo oszczędnie, nie poprawiam makijażu w ciągu dnia i nie nakładam go ponownie, co właśnie teraz chcę zrobić. Grubo ponad dwieście dolców miesięcznie idzie na sam podkład. Gdyby to były moje pieniądze, nie bolałoby mniej, tylko inaczej. Chciałabym poszukać pracy, niby zabieram się do tego już od wielu tygodni, ale zawsze coś krzyżuje mi szyki, a większość moich zarobków szłaby właśnie na makijaż. Byłoby trudno, jednak wówczas zerwałabym kontakt z rodzicami, szczególnie z mamą. Przykre, że nie łączy nas już nic więcej poza tym. Zapewne to jeden z powodów, dla których ciągle się na to nie zdobyłam. Ciągle liczyłam, że…

Prycham pogardliwie, zaciskam usta w wąską kreskę i oddycham głęboko przez nos.

Moja ręka porusza się automatycznie, opuszki palców dotykają lewego policzka, przesuwają się po kości policzkowej, coraz niżej, na szczękę i brodę, na szyję, przez lewy obojczyk, aż do nasady piersi. Gdybym zamknęła oczy, może mogłabym zapomnieć, że ta część mojego ciała istnieje naprawdę. To jednak zapewne nie miałoby znaczenia. Bo ona tam jest. Wściekle czerwona, rozpalona jak płomień w ciemności, jak wino rozlane na jasnym dywanie.

To ma swoją nazwę. Naevus flammeus. Znane także jako znamię naczyniowe płaskie, a mniej oficjalnie – znak ognia lub plama z wina porto. Na początku może to zabrzmieć ekscytująco jak coś wyjątkowego, może nawet wzbudzić zaciekawienie, ale w końcu to nic innego jak wada, piętno, które mi towarzyszy, odkąd sięgam pamięcią. I już zawsze tak będzie.

Zdaję sobie sprawę, że się nie powiększa, zresztą to niemożliwe. Jednak czasem odnoszę takie wrażenie. Zdarzają mi się koszmary, w których plama, która i tak jest wielkości mniej więcej trzech dłoni, rozrasta się, rozlewa, aż pochłania mnie całą i nie zostaje już nic.

A przecież już się nie przejmuję… Prawda?

Szybko nakładam fluid, rozprowadzam go gąbeczką po skórze. Maluję się metodycznie, mam doświadczenie, koncentruję się i widzę, jak wściekle czerwona skóra znika pod warstwą kamuflażu. Mój drogi podkład matujący zasłania wszystko, co powinien, a także całą resztę. Na przykład piegi na nosie czy malutką bliznę u nasady włosów. Łatwo się rozprowadza, nie plami, a miejsca przejścia są niemal niewidoczne.

Minęło trochę czasu, zanim znalazłam podkład idealny. Taki, który nie całkiem wysusza skórę, nie doprowadza jej do stanu z okresu dojrzewania, jest wodoodporny i po całym dniu wygląda jeszcze w miarę świeżo. Podkład, który nawet po dwunastu godzinach maskuje wszystko, nie pęka, nie kruszy się.

Poszukiwania lekarstwa na moją skazę, a później idealnego sposobu jej maskowania zaczęły się w przypadku mojej mamy już kilka miesięcy po tym, jak się urodziłam, gdy znamię stawało się coraz bardziej widoczne. Szybko się okazało, że zostanie ze mną na zawsze i nie da się go usunąć ani zmniejszyć laserem. To wszystko przyprawiało mnie wyłącznie o ból. Sama zaczęłam szukać rozwiązania, kiedy miałam mniej więcej dziewięć lat. To wiek, w którym dzieci potrafią być bardzo okrutne. To wiek, w którym moja mama doszła do wniosku, że naprawdę nie może robić nic innego, niż mnie ukrywać. Co powiedzą ludzie, nasi nieliczni sąsiedzi, nauczyciele czy, przede wszystkim, jej klienci dążący do perfekcji za wszelką cenę? Co powie świat? Przy tym w całej tej sprawie moja matka jest największym problemem. Dopóki istnieje skaza na mojej skórze, zawsze będzie patrzeć na mnie i ciągle sobie przypominać, że zawiodła. Stworzyła coś nieidealnego, czego nie da się naprawić. I dlatego od lat do dzisiaj robi, co w jej mocy, by ukryć ten błąd, by chociaż czasami o nim zapomnieć. A ja poszłam w jej ślady. Kiedy nie mam makijażu, ilekroć zerkam w lustro, widzę to samo co moja matka – coś, co powinno być ukryte.

Gotowa. Nic nie przebija, żadna plamka, żaden ślad, żadna nierówność. Fałszywy obraz, który przez lata doprowadziłam do perfekcji.

Szybkim ruchem poprawiam linię brwi, maluję tuszem jasne rzęsy, żeby w ogóle było je widać. Odrobina błyszczyku na usta i proszę bardzo. Makijaż skończony. Do tego puder i spray utrwalający. Gotowe.

Odwracam się, patrzę na telefon na łóżku i widzę, że dzwoniła Andie. Miałyśmy się spotkać w klubie przed jej zmianą i trochę pogadać, zanim w środku rozpęta się piekło, ale kolejny raz zapomniałam o bożym świecie.

– Cholera – mamroczę i chcę do niej napisać, gdy pojawia się wiadomość od niej.

Spóźniasz się. Czekam w klubie. Co powiesz na to, by w czasie ferii zacząć nowy trend: mniej makijażu?

Niezła próba.Może innym razem. Przebieram się i wychodzę. Przepraszam, że na mnie czekałaś.

Nie ma sprawy. Do zobaczenia!

Andie wie, podobnie jak ja, że nie będzie innego razu. Ten jeden w liceum wystarczył. To był jeden z najgorszych dni w moim życiu, chociaż miałam u boku Andie.

Jest czerwiec, koniec trzeciego semestru. Na szczęście moja współlokatorka nie mogła się doczekać momentu, kiedy stąd wyjedzie, i wreszcie zostawiła mnie samą. Nie znosi mnie, odkąd przespałam się z typem, w którym była zakochana. Czyli mniej więcej od mojego pierwszego tygodnia w Seattle.

Gdybym wiedziała, że to jej facet, w życiu nie poszłabym z nim

do łóżka, ale Sara ciągle jest o to wściekła. Przyznaję, od tamtej pory jestem ostrożniejsza, jeżeli chodzi o szybkie numerki.

Mówiąc krótko, to był najgorszy początek, jaki mogłabym sobie wyobrazić.

Że już nie wspomnę o tym, że zaczęłam pierwszy semestr na uniwersytecie Harbour Hill bez Andie i tym samym przez kawał czasu byłam sama. Po tej aferze z Sarą nadal tak jest, także ze względu na to, że od zawsze mam kłopoty z nawiązywaniem nowych znajomości. W przypadku Coopera, Dylana i Masona było inaczej. Ale to wyjątek. Andie była tam i w pewnym sensie to ona nas połączyła. Jednak i chłopcy nie wiedzą, jaka jestem naprawdę. Odkrycie się przed niewłaściwymi ludźmi – na to ryzyko nie decyduję się już od bardzo dawna.

Nagle rozlega się pukanie do drzwi. Zdumiona ściągam brwi.

Większość lokatorów akademika wybyła, podobnie jak Sara. Nie spodziewam się nikogo, jednak stukanie ponownie wybrzmiało – energiczniejsze, bardziej stanowcze.

Wzdycham zdenerwowana, może także odrobinę zła, ale zaraz podchodzę do drzwi. W życiu nie dotrę do klubu na czas.

– Już idę! – krzyczę, otwieram… I gapię się na karton. Karton na dwóch nogach?

– Stevens… Panna June Stevens? – Zza pudła wyłania się niski facecik i stawia paczkę na podłodze.

– Tak – odpowiadam po chwili wahania.

Chyba niczego nie zamawiałam?A może jednak? Nerwowo szukam w pamięci, lecz nic mi nie przychodzi do głowy. Skoro niczego nie zamówiłam, w takim razie… O nie!

Znowu.

– Proszę tu podpisać. – Kurier z uśmiechem podsuwa mi malutkie urządzenie, którym zeskanował kod z boku paczki. Ciągle zdumiona pochylam się, podpisuję i rzucam niby od niechcenia:

– Nie wie pan, od kogo to? Ani co jest w środku?

– Przykro mi, ale nie. – Potrząsa głową i patrzy na mnie smutnymi oczami jamnika.

– Dobra, dzięki. Zaraz się dowiem. – To rzeczywiście było durne pytanie. Jakby kurierzy znali zawartość dostarczanych przesyłek.

– Miłego wieczoru. – Wymieniam czytnik na paczkę i sama już nie wiem, co mnie bardziej zbija z tropu: tajemniczy, mimo sporych rozmiarów, lekki karton w moich dłoniach czy uprzejmość młodego kuriera. Nigdy nikt nie dostarczył mi przesyłki z takim promiennym uśmiechem.

Po jego wyjściu zamykam drzwi kopnięciem i kładę paczkę na kanapie. Jeżeli ją rozpakuję, spóźnię się jeszcze bardziej. Zagryzam wargę, splatam ręce na piersi i przez chwilę myślę intensywnie…

– Oj tam. – Rozrywam opakowanie. Wiem doskonale, że ciekawość nie dałaby mi spokoju przez cały wieczór. Zmyłabym się z klubu pod byle pretekstem, żeby wrócić do domu i rozpakować przesyłkę. Wolę tego oszczędzić i Andie, i sobie.

Szelest i trzask. Otwieram pudło. Co to jest, do cholery?

Gałęzie. Ktoś przysłał mi ogromny pęk gałęzi. Z otwartą buzią gapię się na cieniutkie ciemnobrązowe gałązki owinięte pasteloworóżową, lśniącą wstążką.

I wtedy dostrzegam kuleczki. Malutkie, jasne, śliczne kuleczki. Dotykam ich delikatnie i nie mogę uwierzyć, co czuję. Cudowne okrągłe i owalne, naturalnie białe na tle brązowych gałęzi, są mięciutkie. Jak futerko.

Ostrożnie wyjmuję wiązankę z kartonu. Widzę, że na wstążce coś jest. Wizytówka. Prosty bilecik. Rozchylam go i słowo, które dostrzegam, sprawia, że coś we mnie pęka.

Kotku. Jest napisane: kotku.

Utwierdzam się w podejrzeniach.

– Ten idiota. Ten cholerny, wkurzający, arogancki… – wyrywa mi się. Rzucam bukiet na kanapę i idę do siebie. Energicznie chwytam za telefon.

Słyszę sygnał, a potem, jak przyjmuje połączenie.

– Mason! Ty… – Jestem tak wkurzona, że nie mogę go nawet porządnie zwymyślać.

Słyszę jego cichy śmiech, niski i ciemny.

– Mógłbyś mi łaskawie wyjaśnić, po co mi przysyłasz wiecheć badyli? Albo jeszcze lepiej, czemu w ogóle cokolwiek mi ciągle wysyłasz? Nie potrzebuję tego, Mason. Ani kwiatów, ani czekoladek, ani zaproszeń do kina, teatru czy gdzie tam jeszcze. – No dobra, z pralinami to przesada, były naprawdę pyszne. Kwiaty też, ale o tym nie musi wiedzieć. Chodzi o zasadę. Takie rozmowy prowadzę z nim cały czas, odkąd Cooper i Andie są razem. Wydaje mi się, że pamięć mu szwankuje. Jakby nie był w stanie zapamiętać moich słów, do jasnej cholery.

– Pomyślałem sobie, że ci się spodobają. To kotki wierzby, bazie. Twarde i zarazem miękkie, wyjątkowe. Jedyne w swoim rodzaju. Przypominają mi ciebie.

– Doprowadzasz mnie do szału, wiesz o tym?

– Umów się ze mną, June.

Przewracam oczami i złoszczę się na niego, że tak bardzo to wszystko utrudnia.

– Nie.

– Znowu cię o to poproszę. – Śmieje się ponownie, a ja staram się myśleć o czymś innym, bo w tej chwili widzę go doskonale oczami wyobraźni. Jego spojrzenie i dołeczki w policzkach.

– Jeżeli sprawia ci to przyjemność, proszę bardzo. Ale nie licz, że kiedykolwiek usłyszysz inną odpowiedź.

– Zobaczymy, kotku, zobaczymy… Na razie.

– Nie mów tak do mnie, ty durniu! – Robi to celowo. Jestem o krok od wybuchu, on jednak rozłącza się bez słowa.

Dlaczego akurat on jest właścicielem najfajniejszego klubu w mieście?

Mason Greene. Żałuję, że wtedy nie utopił się w moim koktajlu albo nie udławił ananasem.

Odkładam telefon na łóżko, ściskając nasadę nosa, idę do saloniku, patrzę na bazie i koniec końców porzucam myśl, by się ich pozbyć. Są na swój sposób naprawdę ładne. Podobają mi się. Choć trudno mi to przyznać. W życiu nie zdradzę tego Masonowi.

Co teraz? Wstawić do wody czy przeżyją bez niej? Przyglądam się im uważnie i zauważam, że są suszone. Świetnie, i tak nie mam wazonu, w którym mogłabym umieścić ten bukiet. Dlatego opieram go o ścianę przy biurku i mam nadzieję, że będzie tak stał. Szybko zbieram resztki kartonu i w końcu podchodzę do szafy z ubraniami, żeby przygotować strój na dzisiejszy wieczór. Zazwyczaj najpierw wybieram ciuchy, potem robię makijaż, dzisiaj jednak musi być inaczej. Byłam zbyt pogrążona w myślach, zagapiłam się i usiadłam przy toaletce w szlafroku.

Stoję przy otwartej szafie, gapię się na jej zawartość i nic na to nie poradzę, znowu odpływam myślami. Zaczęły się wakacje. W przeciwieństwie do Andie, która pracuje w klubie, spędza czas z Cooperem, Skarpetą, a czasami z Dylanem i Netfliksem albo ze mną, tym samym zawsze ma coś do roboty, ja nie mam… Nic. Po prostu nic. I jeszcze te praktyki. To najgorsze, bo do początku czwartego semestru muszę odbyć obowiązkowe praktyki w zakresie marketingu, organizowania eventów albo zarządzania biurem. Mają one trwać co najmniej cztery tygodnie, wykładowca dał nam to jasno do zrozumienia. A w tym wypadku: więcej znaczy więcej. Odpycham od siebie panikę, bo po pierwsze zajęłam się tym za późno, a po drugie, i ważniejsze, zgubiłam potwierdzenie odbycia praktyk, które miałam w kieszeni. Muszę wymyślić coś nowego, jeżeli chcę się dostać na wszystkie zajęcia w nowym semestrze, inaczej się cofnę, a przy odrobinie pecha to może oznaczać koniec stypendium. Bo zawsze znajdą się ludzie lepsi, szybsi, mądrzejsi i piękniejsi od ciebie. Zawsze. Tego nauczyło mnie życie. Brutalnie.

Z utratą praktyki i być może odebraniem dofinansowania łączyłyby się inne problemy. Oprócz braku pieniędzy słabo byłoby się tłumaczyć, dlaczego nie udało mi się utrzymać stypendium. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by spełnić moje marzenie i razem z Andie otworzyć własną firmę. Jeżeli to mi się nie uda, to…

Nie, teraz nie mogę o tym myśleć. Ktoś prędzej czy później odpowie na moje ogłoszenie, ktoś musi. Nie poddam się!

Dumnie unoszę głowę, wyciągam ciuchy z szafy, decyduję się ostatecznie na dżinsy boyfriendy, które luźno opadają na biodra, i słodką koszulkę. Gdzieś tutaj mam jeszcze pasujące szpilki, tak, na pewno gdzieś są. O proszę! Triumfalnie wyciągam je z szafy.

Jedną ręką usiłuję się ubrać, drugą sięgam po komórkę. Zaciskam zęby, gdy widzę godzinę. Andie nienawidzi tego, że wiecznie się spóźniam. Cholera. Naprawdę nie robię tego celowo. Nie pojmuję, jakim cudem ciągle do tego dochodzi.

Z przekleństwem na ustach wybieram numer korporacji taksówkowej i mam nadzieję, że samochód potrafi latać, żeby Andie nie wydrapała mi oczu. Mogłabym wziąć grata, ale zaparkowanie nim w centrum miasta to mordęga. Poza tym dobrze zrobi mi drink. Albo dwa… Byle bez ananasa.

Rozdział 2

Co za ironia, że rzeczy, których potrzebujemy najmniej, trafiają do nas najszybciej…

Mason

– Ty? Tutaj? – Andie omiata mnie tym swoim wszystkowiedzącym spojrzeniem, w jej głosie słychać ton, który zdążyła opanować niemal do perfekcji. Podchodzę do kontuaru, mijając pierwszych gości. Odkąd przyłapałem ją na gorącym uczynku, jak nocowała w magazynie klubu, bo nie miała gdzie się podziać, nabrała odwagi. Wydaje się bardziej swobodna. Zapewne przyczynił się do tego Cooper. Uzupełniają się, a jednocześnie wcale nie ograniczają. Prawdziwe z nich gaduły, w każdym razie w porównaniu z tym, jacy byli dawniej. Kto by pomyślał?

Krzywię się odruchowo, a Andie nie spuszcza ze mnie z oka, jednocześnie wycierając blat.

– Wydajesz się zdziwiona. – Siadam na barowym stołku i patrzę, jak poprawia okulary na nosie. Uśmiecha się rozbawiona.

– Moja wina – przyznaje. – Zapomniałam, że ci mówiłam, że June dzisiaj przyjdzie.

Skłaniam się lekko.

– A ponieważ jestem fantastycznym szefem, masz dzisiaj krótszą zmianę, chociaż to piątek.

– Och, Masonie, najbardziej wielkoduszny szefie wśród szefów! – odpowiada z teatralnym gestem, przy czym ściereczka wypada z jej dłoni i zaledwie o centymetry mija głowę Jacka. Na szczęście on jest do tego stopnia zajęty rozmową z klientem, że tego nie zauważa.

Śmiejemy się oboje, Andie sięga po szmatkę.

– Ale poważnie – zaczyna, daje sobie spokój ze sprzątaniem i stawia przede mną butelkę mojego ulubionego piwa korzennego. – Co jest?

– Musisz się wyprowadzić i rzucić pracę. Za dobrze mnie znasz – mamroczę, zanim upiję łyk. Jest June, Andie wie o tym od dawna. Właściwie podejrzewam, że wiedzą o tym wszyscy. Całkowicie straciłem głowę dla June i jej niewyparzonego języka, temperamentu i inteligencji. Choć to mało powiedziane.

Uwielbiam, kiedy się ze mną drażni i nie wycofuje się. Uwielbiam, że ma w nosie moje nazwisko i fakt, że jestem właścicielem tego klubu, podobnie jak zawartość mojego portfela czy stan mojego konta. Chcę jej zaimponować, bo mój majątek nie robi na niej wrażenia. I dlatego, że naprawdę ją lubię.

– To co zawsze.

– Aha. W takim razie to co zawsze właśnie wkracza na parkiet – informuje mnie szeptem.

Cholera. Cały się spinam. Jeszcze przed sekundą czepiałem się nadziei, że mi przejdzie, liczyłem, że… Sam nie wiem! Że nad tym zapanuję? Że z czasem będę o niej mniej myślał i nie zachowywał się jak chory z miłości nastolatek, ilekroć usłyszę jej imię? Tymczasem jest coraz gorzej.

Andie grozi jej palcem.

– Spóźniłaś się! Jak można spóźniać się prawie dwie godziny? Nie zmuszaj mnie do kolejnego kazania, June. – Głos Andie zagłusza muzykę taneczną, i to piosenkę, która akurat mi się podoba.

Kolejny łyk, jeszcze jeden. Odstawiam butelkę, wreszcie odwracam się w lewo i natychmiast odnajduję ją wzrokiem.

Cholera, jestem w dupie. Nie mam najmniejszych szans.

Sunie po parkiecie w butach na nieprzyzwoicie wysokich obcasach. Dzisiaj ma na sobie luźne dżinsy, w których pokazuje się rzadko, ale mnie i tak się podoba. Podobnie jak obcisła koszulka, która podkreśla wszystko to, co w innych miejscach skrywają spodnie – fantastyczną, jak dla mnie, figurę. Z jej ramienia zwisa malutka torebeczka. Skruszone spojrzenie wielkich oczu przeznaczone jest wyłącznie dla Andie, mnie po prostu ignoruje. Włosy opływają jasnymi falami jej twarz, a to, jak w tej chwili przygryza te słodkie wargi…

Chrząkam, nakładam maskę, która stanowi moją drugą skórę i która mnie w pewnym sensie chroni.

June podchodzi do nas, wstaję uprzejmie.

– Naprawdę mi przykro, musisz mi uwierzyć. Miałam trochę kłopotów przy ubieraniu. – Chwyta Andie za ręce. Przyjaciółka uśmiecha się promiennie. Widzę to wyraźnie, najpierw jednak zaciska usta i pozwala June paplać.

– Właściwie to jego wina!

Rozbawiony krzyżuję ręce na piersi, gdy June nagle łypie oskarżycielsko w moją stronę. Siada na barowym stołku.

– Doprawdy? Nie przypominam sobie, bym w jakikolwiek sposób powstrzymywał cię przed ubraniem się… Chociaż właściwie nie miałbym absolutnie nic przeciwko temu.

Celowo pochylam się lekko i obserwuję ją przy tym uważnie. Widzę jej spojrzenie, gdy z udawaną pogardą przesuwa po mnie wzrokiem i jednocześnie pali oczami, dostrzegam ledwie zauważalny rumieniec, który jak zwykle wykwita na jej dekolcie. Patrzę na jej klatkę piersiową, która unosi się i opada w szybkim tempie. Niemal czuję złość, która w niej wzbiera. Wisi w powietrzu jak burza. Rozkoszuję się tym. Drażnieniem June, irytowaniem jej i kuszeniem.

– Wiesz cholernie dobrze, co mam na myśli – syczy. – Zdekoncentrowałeś mnie tymi badylami! – Krótka chwila, by zagubienie ustąpiło rozbawieniu w oczach Andie. Zakrywa usta dłonią, by nie stracić panowania nad sobą i nie wyśmiać najlepszej przyjaciółki.

– Na rany boskie, przysięgam, zrobiłbym to chętnie. W sumie najchętniej jedną gałęzią. Albo konarem. Najlepiej moim. – Nic na to nie poradzę. June sama się podkłada i nie sposób oprzeć się pokusie. Niczego mi nie ułatwia. Niczego. Pod żadnym względem.

– Mason! Nie wkurzaj mnie. Powiedz lepiej, co mam zrobić z tym zielskiem. – Jej usta drżą podejrzanie, co oznacza, że być może prezent podobał jej się bardziej, niż chce przyznać.

W tym momencie z magazynku wychodzi Cooper i odwraca naszą uwagę od tego jakże fascynującego spektaklu.

Co za szkoda.

– Cześć – mówi tylko. Można by pomyśleć, że zwraca się do wszystkich, ale tak naprawdę ma nas w nosie. Idzie do Andie, do centrum swojego wszechświata, przyciąga ją do siebie i całuje tak, jak to robi od dnia, od kiedy są razem – czule, z tęsknotą i ostrzegawczo. Każdy pocałunek oznacza: ona jest moja. Do cholery, rozumiem go. Zazdroszczę mu.

Nie spodziewałem się, że po tylu latach jeszcze poczuję coś takiego. Dopóki nie poznałem June. Dopóki Cooper i Andie nie zostali parą.

Dopijam do dna piwo korzenne, odstawiam flaszkę na kontuar i uśmiecham się głupkowato. Andie po raz ostatni całuje mojego najlepszego przyjaciela, a potem bierze butelkę, unikając mojego wzroku. Jest taka słodka.

Cooper uderza dłonią o blat tuż przed moim nosem, pyta, czy wszystko w porządku, ale cały czas ogląda się za Andie.

– Nie jest źle. Chcesz się urwać z Andie wcześniej? Bo wiesz, o północy dołączy do nas Ian, więc możecie wtedy wyjść.

– Nie, zostanę do końca. Andie i June zostają, będę oblewać początek wakacji. Później wrócę z nią do domu. A ty?

– Też pewnie zostanę. – Uśmiechamy się do siebie.

– Powinienem się martwić?

– Pytasz o to od wielu miesięcy.

– I już to powinno dać ci do myślenia.

– Bierz się do roboty, Cooper. Mówię to jako twój szef.

Śmieje się i wyzywa mnie od dupków, a potem leniwym krokiem podchodzi do Andie, by ustalić coś z nią i Jackiem. Podczas ostatniej inwentaryzacji wyszło na jaw kilka braków, ale ogarniemy to. Susie już się tym zajęła.

Kocham ten klub. Stworzyłem go, włożyłem w niego niezliczone godziny pracy, mnóstwo energii i zaangażowania, choć przyznaję, że w ciągu ostatnich tygodni niewiele o nim myślałem. Nie tylko z powodu June, niestety. Przede wszystkim ze względu na ciągłe telefony i maile od mojego ojca, który po prostu nie daje mi spokoju. Wciąż gada o mojej przyszłości i pyta, co właściwie chcę robić w życiu.

Abstrahując od pieniędzy, zadaję sobie pytanie, czy za dwadzieścia lat ciągle widzę siebie jako właściciela klubu? Czy na tym kończy się moja droga zawodowa? To miejsce to moje życie, znaczy dla mnie więcej, niż umiałbym to wyrazić, jednak zastanawiam się po prostu, czy tak będzie zawsze. Czy to mi wystarczy, czy może pragnąłbym czegoś jeszcze w swojej karierze.

To pochłania mnie bardziej, niżbym chciał.

Na razie jednak odpycham tę myśl od siebie i odwracam się ponownie w lewo, do najbardziej fascynującej kobiety na świecie, która ignoruje mnie z klasą.

I dlatego przysuwam się bliżej.

– Przyznaj, kotku, prezent bardzo ci się spodobał.

Prycha pogardliwie, lekko przechyla głowę. Cokolwiek robi, zawsze wygląda czarująco.

– Ani odrobinę. Więc przestań wreszcie przysyłać mi różne rupiecie. Bez względu na to, co to jest, marnujesz tylko swoje pieniądze i moje nerwy.

Przysuwam się ze stołkiem jeszcze bliżej, tak że siedzę tuż koło niej. Tak blisko, że June się peszy, czego oczywiście nie przyzna, ale nie na tyle, by poczuła się zagrożona. Otacza mnie zapach jej perfum, ożywczy i zarazem ciężki, bo zmieszany z cytrynowo-oliwkowym aromatem jej szamponu. Gdyby nie ostatnie resztki rozsądku i przyzwoitości, a także cień kręgosłupa, wtuliłbym po prostu nos w jej włosy.

– Nie masz nic do roboty, Mason?

– Na twoje szczęście, nie. – Mam mnóstwo do roboty, ale na pewno nic lepszego. Bo co mogłoby konkurować z June?

– Mógłbyś zabrać się do pracy albo wyrwać jakąś dziewczynę, a mnie dać spokój. W końcu garsoniera jest bliziutko. – W jej głosie słychać coś na kształt obrzydzenia. Zapewne Andie jej o tym powiedziała, bo wiedziałbym, gdyby June tam była. Garsoniera. Gdyby wiedziała…

– Zazdrosna?

– Chciałoby się, co?

– Och, kotku. – Przesuwam rękę w prawo, po kontuarze, tuż obok niej, pochylam się coraz bardziej w jej stronę. Odwzajemnia moje spojrzenie, a potem odchyla głowę do tyłu, nie ucieka wzrokiem, a ja muszę się uśmiechnąć. A przecież wcale nie jest mi do śmiechu, bo coś ściska mnie za gardło, na pierwszy plan wysuwa się pragnienie, by ją objąć i pocałować. Coraz trudniej mi zapanować nad tym odruchem.

Spotykamy się nosami, mrugam szybko, wpatrzony w jej jasnozielone oczy.

– Kiedy o tobie marzę, nie przejmuję się takimi głupstwami – szepczę i zauważam, że w moim głosie pojawiła się chrypka. Jest niższy. Nieruchomieję, klub i jego goście nikną gdzieś w tle.

To jest chwila, w której przypominam sobie, ile razy już próbowałem. Jak wtedy, po wieczorze gier, gdy June prawie doprowadziła mnie do szaleństwa. Bo nie mogła przegrać, ale jeszcze gorzej szło jej tłumaczenie haseł w Tabu. Andie i Cooper nie byli jeszcze parą. Chciałem im dać chwilę na osobności. Jakimś cudem udało mi się namówić June, by razem ze mną wyprowadziła psa. Cały czas widzę ją przed sobą, jak tam stoi, lekko wstawiona, i czeka na taksówkę. Jak nie wsiadła od razu, tylko… zawahała się. A ja zaryzykowałem. Podszedłem do niej, pochyliłem się odrobinę, odnalazłem jej wzrok. Nasz oddech niósł się echem w nocy, miałem wrażenie, że ktoś zatrzymał świat. Jeszcze jeden krok. Z trudem przełknąłem ślinę.

– Przestań, Mason – szepnęła. Zatrzymałem się. Przestałem, choć język jej ciała, jej wzrok, wszystko mi mówiło, że wcale tego nie chce. Chciałem zrezygnować i wtedy to ona pochyliła się do mnie i nagle była bliżej. Wstrzymałem oddech, otworzyłem szeroko oczy, bo jej usta były tak blisko, a pragnienie, by ją pocałować, paliło jak ogień, ale nie ruszyłem się z miejsca. Zamknęła oczy. Podniosłem prawą rękę. Chciałem jej dotknąć, chciałem odgarnąć włosy z policzka za ucho, i wtedy wymierzyła mi policzek. Głośno, szybko, mocno.

Dzisiaj jest tak samo.

Powinienem się wycofać, zanim posunę się za daleko.

Jednak w tym momencie June popełnia błąd. Patrzy na moje usta. Za długo i o jeden raz za dużo. I dlatego odważnie zakrywam jej dłoń swoją i niemal się dławię oddechem, gdy jej nie cofa. Chciałbym się teraz cieszyć, ale przechodzę piekło. Osobiste piekło, w którym June daje mi do zrozumienia, że jednak mam szansę, by po chwili znowu mi ją odebrać.

– Mason Greene! – Słysząc moje nazwisko, wzdrygam się, podobnie jak June. Szybkim ruchem odsuwa się, jakby uniknęła strumienia gorącej lawy. Zapewne dotarło do niej, co mogło się stać. Co już się niemal wydarzyło…

Z udawaną nonszalancją odwracam się do mężczyzny, który spieprzył ten moment, zanim zrobiła to June.

Cholera. To Griffin. Griffin Davis. Obecny doradca i protegowany mojego ojca. Co on tu robi, do licha?

June odwraca się, a ja najchętniej udusiłbym Griffina gołymi rękami. Niech znika stąd jak najszybciej.

Tymczasem Andie stawia przed June kolorowy koktajl.

– Nie widzieliśmy się od wieków. Co słychać? Nie chciałem przeszkadzać. – Oczywiście, że chciał.

Griffin staje koło mnie, wyciąga rękę, a jednocześnie bezczelnie gapi się na June. Unoszę się natychmiast. Ściskam jego dłoń w milczeniu, wściekły, dyskretnie staję między nim a June, rozdzielam ich na tyle, na ile to możliwe. Teraz jesteśmy tego samego wzrostu. Przynajmniej rozmawiam z nim jak równy z równym.

– Co cię sprowadza, Griffin? Czego chcesz? – pytam uprzejmie, ale nie mam ochoty na te wszystkie oficjalne bzdury. Na pewno nie przyjechał bez powodu.

Przygląda mi się pogardliwie. Sam ciągle jest tym samym oślizgłym węgorzem, którego mam w pamięci. Nażelowane jasne włosy, opalenizna z solarium, koszula niewarta swojej ceny. Lada chwila zademonstruje szpanerskie, obrzydliwe zachowania, do których zdążyłem już przywyknąć.

– Od razu przechodzisz do rzeczy, jak widzę. Nie zmieniłeś się.

– Dziękuję. – Obaj wiemy, że to nie komplement.

– Pomyślałem sobie, że wpadnę zobaczyć, co tu stworzyłeś i dlaczego nie chcesz wrócić do pracy w rodzinnej firmie. Chciałem na własne oczy zobaczyć, dlaczego to ja awansuję. – Jezu, na widok jego uśmiechu i idiotycznie białych zębów chce mi się rzygać.

– Super. W takim razie możesz już iść.

– Wiedziałeś, że to ja stanę na czele firmy, jeżeli odmówisz? Właściwie powinienem ci podziękować. Dziękuję, że wybierasz tę zasmarkaną budę i dziwaczny styl życia, a nie stanowisko w szanowanej firmie. A Alan ma się dobrze, jeżeli cię to w ogóle obchodzi. – Jego głos zagłusza dźwięki muzyki.

Pieprzony dupek. Jeszcze trochę, a już całkiem zniknie między pośladkami mojego ojca, Alana Greene’a. Faceta, który nie może dać mi spokoju i na wszelkie możliwe sposoby próbuje zarazić mnie swoją wielką miłością, czyli firmą Greene Company. Holding wart miliardy dolarów. Ja jednak nie chcę. Wystarczy, że widuję się z ojcem w święta, i to wyłącznie dlatego, że wyrzuty sumienia nie dają mi spokoju. Bo tylko on został mi z rodziny.

Za żadne skarby nie poświęcę się, jak on, liczeniu pieniędzy, nie stanę się bezwzględny i bezlitosny. A już na pewno nie będę przedkładał firmy, martwego tworu, nad najbliższe mi osoby.

Odwzajemniam spojrzenie Griffina. Nie mamy o czym rozmawiać, nie jest wart nawet jednego słowa. Jeżeli zaraz nie wyjdzie, każę go wyrzucić. Tutaj ja rządzę.

– Fajnie było cię zobaczyć. Ze względu na dawne czasy. – Griffin robi krok i… znowu patrzy na June. Nie jestem w stanie się powstrzymać, podążam za jego wzrokiem. Odwróciła się w naszą stronę, przygląda się nam bezczelnie, dumnie unosi głowę. Tym razem nie we mnie jest wycelowany jej gniew.

Griffin wykrzywia usta.

– Znowu próbujesz? To tylko strata czasu. – Jego śmiech jest jak młot pneumatyczny. Wibruje mi w uszach, ale też uciska klatkę piersiową, pozbawia tlenu. Zaciskam pięści, a potem czuję dłoń na ramieniu i słyszę śmiech June.

Wstała, podeszła do mnie. Nie sądzę, żeby słyszała słowa Griffina. A może? Mimo to jest tutaj…

W pierwszej chwili jestem w takim szoku, że otwieram i zamykam usta jak ryba wyjęta z wody. Brwi Griffina niemal dotykają nasady jego włosów.

– No popatrz, popatrz. – Arogancko wbija ręce w kieszenie spodni.

– Cześć, jestem June. – Ten słodziutki ton nie oznacza niczego dobrego. Znam go już. Zazwyczaj używa go, kiedy działam jej na nerwy. Tym razem jednak dotyczy to kogoś innego. Podczas gdy ja nie jestem w stanie sklecić kilku sensownych słów, June zaciska palce na moim ramieniu, opiera się o mnie, czuję, jak przesuwa dłonią po moich plecach. Co ona wyprawia? Co chce zrobić?

– Griffin. Jestem… Starym przyjacielem rodziny. – Przyjacielem. Sam nie wiem, śmiać się czy przewracać oczami. To pasożyt, nic więcej.

Spinam się, ale June zaciska dłoń, jakby to wyczuła i chciała mnie uspokoić.

– Griffin – mruczy, pochyla się i jest tak blisko niego, że z najwyższym trudem panuję nad wzbierającą zazdrością.

June oszałamia, jest jak rosiczka. W tej chwili wyczuwa to także Griffin, bo niemal wbrew sobie wychodzi naprzeciw, nie może oderwać od niej wzroku, widzę fascynację w jego oczach. Przynajmniej póki June nie powie, co o nim sądzi.

– Zachowujesz się jak najgorszy dupek. Jesteś obrzydliwy. Czas jest bezcenny, ty na razie ciągle wspinasz się po szczeblach kariery, a Mason już jest szefem. Więc bardzo proszę, daj nam teraz spokój. – O rany. Chyba zakochałem się w niej jeszcze bardziej.

– Mason nie ma pojęcia, jak się obchodzić z kobietą taką jak ty.

Centymetry dzielą ich twarze, gdy June zagryza dolną wargę, a potem bez ostrzeżenia jednym szybkim ruchem odwraca się i pokonuje dzielącą nas odległość. I całuje mnie. Mój mózg staje w ogniu.

Co tu się dzieje?

Czuję na ustach jej ciepłe, miękkie wargi, jej dłonie na policzkach. Nasze spojrzenia odnajdują się. Mam pustkę w głowie. Jestem jak sparaliżowany. Na to nie byłem, nie jestem przygotowany. Od miesięcy o niczym innym nie marzę, niczego bardziej nie pragnąłem niż tej chwili, a teraz? Jestem nieprzygotowany! Przecież to kpina.

June wtula się we mnie, smakuje śmietaną i kokosem, zapewne za sprawą koktajlu, który niedawno wypiła.

Czy to się dzieje naprawdę?

Rozdział 3

Ilekroć wydaje ci się, że całkowicie panujesz nad swoim życiem, wydarza się coś szalonego, co udowadnia, że nie panujesz absolutnie nad niczym…

June

Bez paniki. Nie mogę teraz spękać. To tylko pocałunek, tylko pocałunek, zwykły pocałunek… Z Masonem.

Dalej, Mason. Zrób coś, zaklinam go bez słów, bo stoi jak skamieniały. W takim wypadku ten zadufany dupek obok nas nigdy w to nie uwierzy. W tym momencie jednak Mason patrzy na mnie tymi piwno-zielonymi oczami tak zagubiony, jak ja się teraz czuję.

Delikatnie przesuwam wargami po jego ustach, wmawiam sobie, że to nic takiego. Zwykła akcja ratunkowa. Pomoc dla przyjaciela w potrzebie. Przy czym wmawiam sobie, że robię to tylko dlatego, że ten cały Griffin patrzył na niego z góry i traktował jak ostatniego śmiecia. Nie żebym zrozumiała cokolwiek z tego, o czym rozmawiali, ani o co chodzi, ale nawet ślepy zorientowałby się od razu: nie znoszą się. Przede wszystkim ten Griffin bardzo jasno dawał to Masonowi do zrozumienia. A fakt, że pozwolił sobie na to akurat tutaj, w klubie Masona, tylko pogarsza sytuację.

Mason wyraźnie czuł się nieswojo. Nie mogłam w tych okolicznościach zostawić go samego.

W momencie kiedy ten dupek zmierzył mnie wzrokiem i zapytał, czy należę do Masona, jakby nie mógł w to uwierzyć, jakby było to całkowicie nie do pomyślenia, coś we mnie pękło. Zdaję sobie sprawę, że lepiej byłoby po prostu wypić koktajl i się nie mieszać. Zapewne istniały też inne rozwiązania niż pocałunek, ale żadne nie okazałoby się równie skuteczne. Żadne nie udowodniłoby Griffinowi tak wyraźnie, że myli się całkowicie.

Owszem, Mason to idiota i działa mi na nerwy, doprowadza do szaleństwa, ale to także przyjaciel. Przynajmniej w pewnym sensie. I jeżeli ktoś ma prawo się na niego złościć i na niego wrzeszczeć, to właśnie ja. Tylko ja! A nie jakiś wyżelowany gnojek, którego ego jest większe, niż mogłoby mu to wyjść na dobre.

Mój żołądek ściska się boleśnie. Jestem tak spięta, że chyba dostanę skurczów całego ciała, jeżeli Mason w końcu nie ruszy się z miejsca.

Przesuwam kciukami po jego policzkach, w górę i w dół. Ostatnia próba, zanim się poddam i od niego odsunę, bo to bzdura. Niech sam sobie radzi z tym dupkiem…

I wtedy to czuję.

Mason obejmuje mnie, kładzie dłoń na mojej szyi, przesuwa na kark, znaczy skórę ognistą linią, drugą rękę kładzie mi na plecach. Przyciąga mnie, przyciska do siebie tak, że z zaskoczenia niemal tracę równowagę na wysokich obcasach.

Jakby się w końcu obudził.

Rozluźniam się odruchowo, a przecież nie ma ku temu najmniejszego powodu. Żadnego powodu, by zatracać się w ramionach Masona, do jasnej cholery!

Zamyka oczy, porusza wargami, zabiera mnie ze sobą w podróż, gdy pogłębia pocałunek, a jednocześnie w mojej głowie rozlega się ostrzegawczy krzyk, że powinnam przerwać to jak najszybciej. Zamiast tego także i ja w końcu zamykam oczy, wychodzę mu na spotkanie i w momencie, gdy stykają się nasze języki, wyrywa mi się westchnienie, które sprawia, że się wzdrygam. Mason zauważa to wszystko. Moja reakcja sprawia, że obejmuje mnie jeszcze mocniej, obejmuje mnie całą i całuje tak, jakby to była ostatnia rzecz, którą może w życiu zrobić.

Skłamałabym, mówiąc, że mi się to nie podoba. Skłamałabym, mówiąc, że nie odpowiada mi jego bliskość, że nie umie całować. Jesteśmy jak dwa trybiki, które idealnie do siebie pasują. Ale to naprawdę fatalny pomysł. Co właściwie wpadło mi do głowy?

Wyczuwam grę jego mięśni. Wbijam palce w jego ramiona, dotykam barków i… Czuję jego podniecenie, napiera na mój brzuch.

To jest dokładnie ta chwila, w której odzyskuję jasność myślenia i unoszę powieki.

Natychmiast przerywam pocałunek, odpycham Masona, chociaż nie do końca mogę wyzwolić się z jego objęć. W każdym razie nie teraz, dopóki ciągle czuję zapach, smak i ciepło jego ciała. Oszałamia mnie jak opioidy. Cały czas mnie obejmuje, podtrzymuje. Pozwalam na to.

Oddycham za szybko, za głośno, za nerwowo, gdy patrzymy sobie w oczy i zastanawiam się, co mu chodzi po głowie. Co mnie chodzi po głowie…

– W takim razie mam nadzieję, że dobrze ci będzie z frajerem. – Dobiega gdzieś z daleka głos Griffina. Mam go w nosie. Oboje po prostu go ignorujemy.

W tej chwili mamy inne problemy.

Ledwie Mason odsuwa się ode mnie, cofa o krok, przestaje mnie dotykać, robi mi się zimno. W środku klubu, wśród spoconych tłumów.

– Poszedł – wyrywa mi się. Super. Bardzo inteligentny, elokwentny, wyważony komentarz. Cała ja.

– Tak. – Mason ma ochrypły głos. Przewierca mnie pytającym spojrzeniem. Najchętniej odwróciłabym głowę i uciekła bez słowa.

– Dobrze.

Muszę stąd wyjść, bo jest coraz gorzej. Zamiast ruszyć się z miejsca, mamroczę jeszcze:

– Straszny dupek. – Mason uśmiecha się. Nikt nie wygląda równie kusząco z leciutkim uśmiechem na ustach, nikt nie przyprawia mnie o… Dość! Zabraniam moim myślom iść w zakazanym kierunku.

– To prawda.

Spokojnie mógłby powiedzieć coś więcej. To był tylko żart? Myśli, że robię to dla każdego?

Wkurzam się. Na niego, na siebie, na tę idiotyczną reakcję. Teraz Mason zapewne uważa, że czegoś od niego chcę, że może jednak jego prezenty przyniosły jakiś skutek.

Opieram ręce na biodrach i łypię na niego groźnie.

– Bardzo proszę, Mason. W każdej chwili służę pomocą.

Zamiast głupiego komentarza, złośliwej uwagi czy żarciku dostaję szczery uśmiech, który wyprowadza mnie z równowagi. I równie rozbrajające:

– Dzięki, June. – Zanim Mason zostawi mnie samą i oddali się przez tłum w kierunku swojego kantorka. Mam moją odpowiedź. Wie doskonale, że nie zrobiłabym tego dla każdego… Szczerze mówiąc, jeszcze kilka sekund temu nie wiedziałam, że zrobiłabym to nawet dla niego.

Mason mnie dotykał. Na szyi. Po lewej stronie. To ja podeszłam do niego, to ja zaczęłam i niczym się nie przejmowałam. W momencie pocałunku nie miało to znaczenia, nawet o tym nie myślałam. Nie bałam się. Nie cofnęłam się.

To niebezpieczne. To mnie przeraża.

Czuję się jak w jednej z tamtych chwil z czasów nastoletnich, gdy skończył mi się podkład i nie miałam pojęcia, gdzie w środku Montany zdobędę go na szybko. Albo jak dostałam okresu w szkole średniej, w lecie, gdy miałam na sobie białą spódnicę. Mieszanina zaskoczenia, paraliż, panika.

Oddycham głęboko, biorę się w garść, na ile to możliwe, i po raz ostatni patrzę na Masona, zanim zniknie wśród rozbawionych gości.

Straciłam okazję, by go zapytać, kim właściwie był ten obrzydliwy typ.

Jakimś cudem ponownie siedzę na barowym stołku, nad moim koktajlem, i widzę, że Andie przygląda mi się z szeroko otwartą buzią.

– Czy ja…? Czy to…?

– Tak jest – odpowiadam. Najwyraźniej w przeciwieństwie do mnie moja przyjaciółka ma problemy z wyartykułowaniem swoich myśli, ja jednak wiem doskonale, o co chciała zapytać. I chociaż mój mózg ciągle spowija mgła, krótkie odpowiedzi działają znakomicie. Maksymalny efekt, minimalny wysiłek umysłowy.

Niestety Andie szybko dochodzi do siebie.

– Jak to jest, że na chwilę spuszczam cię z oczu i natychmiast całujesz Masona? Ty?

– To nic takiego. – Szybko upijam łyk koktajlu. Super, piję tak łapczywie, że niemal się krztuszę.

– A on o tym wie? – Moja przyjaciółka ze sceptyczną miną pucuje swoje okulary. Wkłada je i komicznie porusza nosem.

– Nie jest idiotą. – Z zadumą odstawiam szklankę.

Parska śmiechem.

– Nie? Przecież w kółko mu to wmawiasz.

Z westchnieniem ukrywam twarz w dłoniach, aż uda mi się mniej więcej zapanować nad sobą i swoimi myślami.

– To nic nie znaczy. Nie wiem, kim był ten typ, ale zachowywał się skandalicznie, jakby Mason nie był wart… Czegoś albo kogoś. To nasz przyjaciel, Andie. Coś we mnie pękło i po prostu musiałam mu pomóc. – Wzruszam ramionami.

– Rozumiem. Ty jako pierwsza ruszasz przyjaciołom na odsiecz, nie pytasz, po co i dlaczego. Tylko że… Dlaczego to musiał być akurat pocałunek? I to taki pocałunek, June. To nie było nic. Jestem z Cooperem i wiem coś o takich pocałunkach.

– Wyzwalacz. Krótkie spięcie. Inaczej nie umiem tego wyjaśnić. Nieważne, koleś poszedł i cieszę się, że udało mi się go przepłoszyć. – Z uśmiechem wznoszę toast, ale Andie tylko kręci głową i wraca do pracy, ja tymczasem staram się dobrze bawić i cieszyć na nadchodzące wakacje. I absolutnie nie doszukiwać się w tej sytuacji czegoś, czego tam nie ma.

Kilka godzin później Andie wreszcie kończy pracę i dosiada się do mnie po drugiej stronie kontuaru.

– To niby tylko krótka zmiana, a i tak padam z nóg. – Z westchnieniem zaplata włosy na nowo. Lustruję jej strój. Znowu ma na sobie tę straszliwą koszulę drwala. Musi być przeklęta. Nigdy się nie porwie, chyba że wezmę sprawy w swoje ręce. Już od dawna mam taki zamiar… Ale ten koszmar będzie trwał bez końca. Ledwie zauważalnie kręcę głową i uśmiecham się pod nosem. Przynajmniej Andie jest szczęśliwa.

– Sporo się dzisiaj działo, nic dziwnego, że jesteś ledwo żywa. Czy mimo to chcesz potańczyć? A może wolisz zostać przy barze i pogadać? Tak czy siak, najpierw ktoś powinien postawić ci drinka. – Jak na zawołanie zjawia się Cooper i stawia przed nią szklankę zimnej wody z cytryną. Nie do zniesienia, jaki on jest troskliwy. Uśmiecham się jednak, bo naprawdę bardzo się cieszę ich szczęściem. Naprawdę.

– Jak na rozkaz – komentuje Andie tę sytuację, uśmiecha się i upija łyk. – Jezu, jak mi to dobrze robi. Co jest? Dlaczego tak na mnie patrzysz?

– Przypomina mi się nasz pierwszy wieczór w klubie i woda, którą wypiłaś dokładnie w tym miejscu. Pierwsze spotkanie z Masonem i Cooperem. Twój pierwszy dzień w Seattle i wszystko, co wydarzyło się od tego czasu.

– A wydarzyło się cholernie dużo – przyznaje ze śmiechem. – Teraz idzie nam fantastycznie, studia w porządku, nasze zmartwienia jakby zmalały. W życiu na coś takiego nie liczyłam.

Kiwam głową.

– Mam rację? – dopytuje Andie i już wiem, że nie ma sensu unikać tego tematu.

– Niby tak. Tylko ta sprawa z praktykami nie daje mi spokoju.

– A co z tą agencją niedaleko Space Needle? Brali cię pod uwagę. Myślałam, że to już załatwione?

– Wybrali kogoś innego – przyznaję cichutko. No dobra, nie do końca powiedziałam jej wszystko, co się wydarzyło.

– Ale jak to? Chyba nie mogą robić takich rzeczy!

– Owszem, mogą. – Dopijam do dna lemoniadę, którą zamówiłam godzinę temu, od niechcenia bawię się szklanką. Wzdycham głośno. – Na sam koniec miałam trzech konkurentów.

Na twarzy mojej przyjaciółki oburzenie ustępuje zdumieniu.

– A nie mówiłaś, że wszystko już załatwione? Nie rozumiem, wydawało mi się… Coś mi umknęło?

– Nie. – Szybko kiwam głową. – Ja też myślałam, że wszystko załatwione. Rozmowa przebiegła gładko, byłam pełna optymizmu, w euforii. Trzy tygodnie temu dostałam mejla, w którym napisali, że na razie wszystko wygląda dobrze i nie sądzą, żeby coś stało na przeszkodzie, żebym odbyła u nich praktyki. Że wszystko przygotują. A potem dostałam odmowę. Najwyraźniej trzymali mnie w odwodzie, gdyby odpadł ich faworyt. Niestety nie odpadł. – Cholera, kiedy mówię to na głos, boli jeszcze bardziej. Majstruję przy dziurze na kolanach dżinsów, słucham zmieniającej się muzyki i obserwuję grę klubowych świateł.

Obok dziewczyny piją tequilę, więc dociera do nas zapach cytryn i sztucznej mgły.

– Jezu, June. Dlaczego mi od razu nie powiedziałaś? Dlaczego nie omówiłaś ze mną wszystkich możliwości? – Andie przykrywa moją dłoń swoją. – Znajdziemy ci coś innego. Zobaczysz.

– Mam nadzieję. Jest coraz mniej miejsc. Obdzwoniłam już prawie wszystkie firmy w Seattle. Albo nie mają miejsc dla praktykantów, albo z zasady nikogo nie przyjmują.

– Posłuchaj, skoro ja znalazłam pracę i mieszkanie po takim ciężkim początku, kiedy moje życie stało na głowie, ty na pewno znajdziesz miejsce na praktyki. – Ściska moją dłoń.

Oczywiście… Oczywiście Andie ma rację. Musi ją mieć.

– Dlaczego nie zrobisz praktyk tutaj?

– Tutaj? U Masona? – Zaskoczona marszczę czoło. – To jest klub. Jak niby mam tu zrealizować założenia praktyk?

– Na pewno coś wymyślimy. Na przykład mogłabyś pomóc w zarządzaniu albo przygotować i zrealizować nowy tygodniowy projekt. Szczerze mówiąc, ja także myślałam o klubie, mając w perspektywie praktyki w przyszłym semestrze. – Wzrusza ramionami. – Na pewno udałoby ci się tu coś rozkręcić.

– Nie sądzę. – Za żadne skarby świata nie będę tygodniami tańczyć tak, jak Mason mi zagra. Z frustracji zapewne spaliłabym tę budę po pięciu minutach.

– To był tylko pomysł. Może… Kiedy nie będzie innej opcji?

Zdaję sobie sprawę, że chce mi pomóc. Kiwam głową, a Andie uśmiecha się radośnie. Brak innych opcji oznacza, że stracę stypendium i tym samym nie zostanie mi inna, ale to żadna alternatywa. Wcześniej w życiu nie brałabym czegoś takiego pod uwagę. Najpierw jednak odezwę się jeszcze do każdej możliwej firmy i agencji.

Andie musi mieć tego świadomość, więc wyjaśniam, jak poważna jest moja sytuacja. Moja przyjaciółka komentuje to jednak jednym krótkim:

– Poczekaj.

Super. Brzmi niemal tak, jakby życzyła mi, by najgorszy scenariusz stał się faktem. Po tym pocałunku… Jak niby miałoby się to udać? Mimo tego nasuwa mi się pytanie, czy to możliwe. Musiałabym przekonać wykładowcę, by zaakceptował praktyki w klubie, i wykazać, w jakim stopniu spełniają jego wymogi. Jeśli chodzi o zarządzanie eventami, to naprawdę nie byłby problem.

Nie. To się nie może wydarzyć. Mason i ja? To po prostu nie wchodzi w grę.

Sobotni poranek. Spałam fatalnie. I to pomimo faktu, że łóżko Andie jest po prostu boskie. O niebo wygodniejsze niż moje, a jej nowy przytulny pokoik naprawdę uwielbiam. Całe to mieszkanie to jedno wielkie marzenie, tutaj szybko się uspokajam. Ale dzisiaj nie.

Moją głowę za bardzo zaprzątają praktyki, a inne części ciała – Mason.

Przeciągam się, ziewam na całe gardło. Dzisiaj ma być ładny dzień, słoneczny, bez chmur i wyjątkowo także bez deszczu. Pierwsze promienie już zaglądają do pokoju Andie przez nowe cienkie zasłonki, spływające aż do podłogi. Kupiłyśmy je zaledwie w zeszłym miesiącu. To był ostatni szlif, by pokój stał się doskonały.

Skarpeta chrapie mi przy uchu, co jakiś czas popiskuje cicho. Zapewne śni mu się szalony sen i dlatego przebiera małymi nóżkami, jak często mu się to zdarza. Powinnam właściwie wstać, by się rozejrzeć, ale ciągle jeszcze nie obudziłam się do końca. Wciąż czuję zmęczenie i znużenie, które zostawiła po sobie źle przespana noc.

W zadumie wpatruję się w biały sufit.

Andie śpi dzisiaj u Coopera, pewnie oboje jeszcze się nie obudzili. No, on może tak, ale ona raczej nie i zapewne z tego powodu Cooper także jeszcze długo nie wstanie. Według Andie sen to jeden z najpiękniejszych aspektów życia. Ja nie wytrzymałabym w łóżku dłużej niż do dziewiątej, choćby od tego zależało moje życie. Mogłabym policzyć na palcach jednej ręki, ile razy w ogóle mi się to przydarzyło. Zazwyczaj nie potrzebuję budzika i budzę się między szóstą a siódmą. W weekendy także, i przyznaję, czasami zazdroszczę Andie jej beztroskiego snu.

Dzisiaj na przykład chętnie ponownie wtuliłabym się teraz w pościel i ukryła tutaj. Lepsze to niż wstać i martwić się praktykami. To za bardzo frustrujące. Gdzie ja teraz znajdę miejsce na praktyki?

– Ale nic się samo nie załatwi – mamroczę, ziewam jeszcze raz i wysuwam nogi spod kołdry.

Miałam rację, Skarpeta śni. Ruchy jego pyszczka i łapek przywołują uśmiech na moją twarz. Słodki psiak. Słodki i przede wszystkim rozpuszczony. Zdążył się dorobić psiego posłania w każdym pokoju. Tutaj, u Coopera, u Dylana, a nawet u Masona, tak twierdzi Andie. Jest psim królem. Tylko u mnie nie ma na czym spać, więc albo zabieram posłanie od Andie, albo Skarpeta śpi w nogach mojego łóżka.

Wstaję cichutko, nie chcę go obudzić, gdy na paluszkach idę do szafy. Sięgam po torebkę, którą powiesiłam na klamce, a w której mam zapasowy podkład. Z dna szafy wyjmuję stertę ciuchów, która zawsze na mnie czeka. Andie za każdym razem kładzie tam coś czystego i eleganckiego. Specjalnie dla mnie.

Potem podchodzę do jej biurka i otwieram dolną szufladę po prawej stronie. Tam przechowuje dla mnie zapasowe akcesoria do makijażu, a także inne drobiazgi. Wszystko po to, żebym mogła u niej bez problemów nocować.

Wzdycham i uśmiecham się pod nosem. Andie jest zbyt dobra jak na ten świat.

Objuczona jak osioł zakradam się do łazienki. Nie chcę nikomu przeszkadzać. Udaje mi się to niemal bezszelestnie, bo nie mam szczególnej ochoty nikogo spotkać, nie teraz, kiedy tak wyglądam. A już na pewno nie Masona.

Kiedy nocuję u Andie, rzadko zmywam makijaż, także na noc. Za bardzo się boję, czy następnego ranka ktoś nie zobaczy mojej odkrytej twarzy. Nie czuję się pewnie. Jakbym była mniej warta. Dla Andie to nic wielkiego, ale o sobie nie mogę tego powiedzieć. I tak będzie już zawsze. Dlatego rzadko u niej nocuję.

W łazience zamykam drzwi, odkładam wszystko i sięgam po jeden ze starannie złożonych ciemnych ręczników na półkach. Andie oczywiście posortowała je według koloru i rozmiaru. Pewnych skłonności nie może się pozbyć, ale też nie chce. I w porządku. Takie, jak to, tylko dodają jej uroku. A dla osoby tak chaotycznej jak ja to autentycznie dar od losu, jeśli chodzi o planowanie. Bez Andie byłabym w kropce. Na szczęście także w przyszłości chcemy pracować razem, we własnej firmie, gdzie będę mogła skupić się na moich mocnych stronach. Więc raczej nie na żmudnych i pracochłonnych przygotowaniach, lecz na realizacji zadań. Andie i ja, teoria i praktyka.

Przechylam głowę na prawo, patrzę na swoje odbicie w wielkim, podłużnym lustrze nad dwiema umywalkami i jak zwykle dziwię się, do czego zdolny jest mój podkład. W takich chwilach dochodzę do wniosku, że jest wart swojej ceny. Oczywiście teraz nie maskuje już idealnie, miejscami się starł, ale moje znamię widać tylko, jeżeli się wie, gdzie jest. Wtedy można dojrzeć jego zarysy. A i tak ktoś niewtajemniczony wziąłby je za odciśniętą poduszkę czy podrażnienie skóry, które zaraz zniknie.

Wilgotną chusteczką zmywam większość makijażu, reszty pozbędę się później, pod prysznicem, żeby chociaż przez chwilę skóra mogła swobodnie oddychać. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to optymalne rozwiązanie, ale jedyne, które wchodzi w grę.

Spokojnie myję zęby, rozbieram się, boso człapię do kabiny, odkręcam wodę pod ogromnym prysznicem, obok którego stoi cudowna wanna, i od wewnątrz zamykam przeszklone drzwi.

W kabinie jest więcej guzików niż na kuchence, dlatego Andie woli się kąpać w wannie. Jeżeli już bierze prysznic, jest szybki i prosty. Używa tylko zwykłej końcówki. Ale ilekroć tu jestem, wykorzystuję wszystkie funkcje tego cudeńka i rozkoszuję się nimi w całej rozciągłości. To czysty luksus, a przy tym tyle tu miejsca, że spokojnie zmieściłoby się pięć osób bez cienia klaustrofobii.

Majstruję przy jednym z guzików i oto woda z prysznica przestaje tryskać, teraz mży delikatnie jak po letniej burzy. Zamykam oczy, cieszę się wodą na skórze, pozwalam, by mnie ogrzała, a potem namydlam się, zmywając z siebie resztkę znużenia i makijażu.

W końcu niechętnie wyłączam wszystko, bo i tak sterczę tu już zdecydowanie zbyt długo. Poza tym jestem tylko gościem i nie powinnam przesadzać. Jednak dzisiaj rano było mi to bardzo potrzebne. Za to śpieszę się z całą resztą, wycieram szybko ciało i włosy, zanim sięgnę po suszarkę. Ubieram się. Potem krem i podkład, jak co dzień. Z każdą warstwą wraca moja pewność siebie.