Wydawca: Sol Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 344 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Luizę pilnie sprzedam - Danuta Noszczyńska

Luizę od zawsze wychowywał Tatuś. Dbał o nią jak mógł i utrzymywał z tego, na czym sam znał się najlepiej - z hazardu i drobnych przekrętów. W dniu jej dwudziestych pierwszych urodzin postanowił wprowadzić córkę w fascynujący świat gier. Niestety, szczęście im nie sprzyja - przegrywają duże pieniądze.

W dodatku cudze. Zemsta jest nieunikniona, chyba że zwrócą dług. Najlepszym pomysłem na szybkie zdobycie forsy wydaje im się… oszustwo matrymonialne. Następuje teraz szereg przezabawnych perypetii będących udziałem tytułowej bohaterki, która wcale nie ma zamiaru wpadać w ramiona podstarzałego nuworysza, próbuje więc zdobyć pieniądze w inny, niekoniecznie legalny sposób.
Ostrzegamy: nie jest to książka dla miłośników ponurego realizmu!

Czy prawdą jest, że Danuta Noszczyńska hiopnotyzuje lekkością pióra? tak. Autorka pisze o kobietach i dla kobiet. Przy jej książkach potrafią zrelaksować się czytelniczki w różnym wieku. Katarzyna Zarecka, Przystań Literacka

Opinie o ebooku Luizę pilnie sprzedam - Danuta Noszczyńska

Fragment ebooka Luizę pilnie sprzedam - Danuta Noszczyńska

Copyright © Danuta Noszczyńska 2010

Redakcja:

Mariola Będkowska

Okładka:

Anna Lenartowicz

Korekta:

Urszula Przasnek

Warszawa 2012

ISBN 978-83-62405-58-9

Wydawca:

Wydawnictwo SOLMonika Szwaja • Mariusz Krzyżanowski 05-600 Grójec, Duży Dół 2awydawnictwo@wydawnictwosol.pl

ePub i Redakcja techniczna:

Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteauxatelier@duchateaux.pl

Wszystkie postaci występujące w książce są fikcyjne, a opisane zdarzenia nigdy nie miały miejsca. Mimo to imiona i nazwiska bohaterów oraz nazwy miejscowości zostały na wszelki wypadek zmienione.

I. Orzeł czy resz­ka?

– Ta­tuś… a mo­że by jed­nak spró­bo­wać ina­czej? – spy­ta­łam tak bar­dziej re­to­rycz­nie.

– Ina­czej? A jest ja­kieś ina­czej? – od­parł oj­ciec z dość po­wierz­chow­ną tro­ską w gło­sie. – Wał­ko­wa­li­śmy prze­cież ten te­mat wie­lo­krot­nie. I sa­ma do­brze wiesz: nie ma żad­ne­go ina­czej. Po­za tym obie­ca­łaś. Przy­się­głaś. Nie martw się, ja­koś to wszyst­ko się uło­ży...

– Obie­ca­łam – wes­tchnę­łam głę­bo­ko, sta­ra­jąc się uwie­rzyć, że uda mi się z te­go na­sze­go, wspól­ne­go zresz­tą, pla­nu wy­wi­nąć.

A w każ­dym ra­zie do­pro­wa­dzić do sy­tu­acji, że wilk bę­dzie… ca­ły i owca… nie­skon­su­mo­wa­na. W koń­cu to nie śre­dnio­wie­cze ja­kieś al­bo in­ne ro­ko­ko, aże­by pan­na w mo­im wie­ku za mąż we­dług ro­dzi­ciel­skiej wo­li szła. Swo­jej cał­ko­wi­cie wbrew. Ale na­sza sy­tu­acja te­go wy­ma­ga­ła, a czas na­glił... I oj­ciec nie miał in­ne­go po­my­słu, ja, na­wia­sem mó­wiąc, też nie. Fakt, że obo­je z ta­tu­siem prze­rżnę­li­smy na au­to­ma­tach po­wie­rzo­ny mu przez Strasz­ne­go Ma­fio­za ka­pi­tał, ra­zem wdep­nę­li­śmy w ta­ra­pa­ty z per­spek­ty­wą bra­ku da­chu nad gło­wą i pod­sta­wo­we­go po­ży­wie­nia, i tyl­ko ja mo­głam nas wy­star­cza­ją­co pręd­ko z te­go am­ba­ra­su wy­cią­gnąć. W spo­sób pro­sty, jed­nak nie­ko­niecz­nie przy­jem­ny…

– Patrz! Patrz, jak on pięk­nie do cie­bie pi­sze, jak się…

– …mig­da­li i wy­ckli­wia! – pod­rzu­ci­łam kwa­śno, wy­szar­pu­jąc oj­cu z dło­ni sfa­ty­go­wa­ną bia­łą ko­per­tę. – Mógł­by się przy­naj­mniej po­fa­ty­go­wać i wy­na­jąć ja­kie­goś ży­we­go tłu­ma­cza, bo coś mi się zda­je, że po­śred­ni­kiem je­go mi­ło­snych wy­znań był pro­gram kom­pu­te­ro­wy!

– „Mo­ja ty pur­cha­wecz­ko słod­ka – od­czy­ta­łam na głos, ak­cen­tu­jąc od­po­wied­nio – drgam ca­ły z nie­cier­pli­wo­ści, abym mógł gę­bę two­ją oso­bli­wą obej­rzeć, zmiaż­dżyć twą ki­bić do­oko­ła, do oł­ta­rzu za­cią­gnąć i za­płod­nić na­tych­miast, co nam do­po­móż, wiel­ki Lord, świę­ty Spi­ry­tus, Je­zus Chry­stus i ca­ły Trój­nik”.

– Mam na­dzie­ję – do­rzu­ci­łam z ro­sną­cym nie­sma­kiem – że cho­dzi­ło mu ra­czej o tru­ska­wecz­kę niż o pur­cha­wecz­kę. On mnie chce za­płod­nić, ty sły­szysz?

– Nie, chy­ba o tur­ka­wecz­kę. – Ta­tuś za­my­ślił się głę­bo­ko. – Daw­niej tak się ma­wia­ło. A za­pład­niać cię wca­le nie mu­si. Już... two­ja w tym, bab­ska rzecz...

– Daw­niej??? Kie­dy daw­niej?! To ileż ten mój lu­by ma lat?

– Czy to waż­ne? – Ta­tuś po­dej­rza­nie szyb­ko spu­ścił wzrok. – Jak cię chce za­pład­niać, to chy­ba jest jesz­cze re­pro­duk­cyj­ny… Ale prze­cież... eee... nie o je­go fi­zycz­ne wa­lo­ry nam tu­taj idzie.

Wście­kłam się. Do gra­nic wrze­nia, roz­pacz­li­wie, ale… bez moż­li­wo­ści wy­krzy­cze­nia mo­jej wście­kło­ści. Cza­sem w ży­ciu tak jest, że naj­dzie na czło­wie­ka ja­kiś mus bez­względ­ny, wo­bec któ­re­go nic nie za­ra­dzisz i je­dy­ne, co mo­żesz, to zwie­sić łeb. I wście­kać się na sie­bie. Nie na ta­tu­sia. Bo czu­łam się od­po­wie­dzial­na, do­ro­sła, go­to­wa przy­naj­mniej do wzię­cia na swo­je bar­ki po­ło­wy te­go, z czym do­tych­czas zma­gał się ta­tuś w po­je­dyn­kę.

Kie­dy zmar­ła mo­ja ma­ma, mia­łam za­le­d­wie pół­to­ra ro­ku, ta­tuś dwa­dzie­ścia dwa. Nie wiem, na co zmar­ła, ta­tuś też nie wie. I nikt nie wie. Mo­że na gry­pę. A mo­że na za­wał. Ta­tuś mó­wi, że­by się w tym nie grze­bać, bo co to da? Ra­cja… Naj­waż­niej­sze, że ja­koś obo­je prze­trwa­li­śmy. Ży­li­śmy z te­go, co ta­tuś umiał naj­bar­dziej, czy­li z ha­zar­du. Prze­waż­nie ogry­wał lu­dzi na ba­zar­kach w „trzy kar­ty”, za­ro­bek był mo­że nie­wiel­ki, ale pew­ny. W każ­dym ra­zie da­wał chleb po­wsze­dni i coś do chle­ba. Naj­chęt­niej jed­nak ta­tuś gry­wał w po­ke­ra, bo tu moż­na by­ło sko­sić nie­zły szma­lec, jak mu się uda­ło wmon­to­wać w od­po­wied­nie to­wa­rzy­stwo. Ale nie gar­dził też roz­mai­ty­mi za­kła­da­mi, usta­wio­ny­mi, rzecz ja­sna, przez nie­go sa­me­go. Nie żad­ne tam pił­kar­skie czy in­ne lot­to, gdyż ta­tuś za­wie­rzał głów­nie spry­to­wi rąk wła­snych i umy­słu. W grun­cie rze­czy ta­tuś był uczci­wym i cha­rak­ter­nym fa­ce­tem. Ni­g­dy nie się­gnął po cu­dze, bo prze­cież wy­gra­ną de­li­kwent mniej lub bar­dziej chęt­nie sam po­da­wał mu do rę­ki… Wszyst­ko by­ło, jak ma­wiał: „tip-top, mu­cha nie sia­da i pod pa­ra­graf nie pod­pa­da”.

Dla­te­go, kie­dy trzy ty­go­dnie te­mu, z so­bo­ty na nie­dzie­lę prze­rżnę­li­śmy z ta­tu­siem po­spo­łu ca­łe czte­ry­sta ty­sia­ków, bę­dą­cych, jak się oka­za­ło, wła­sno­ścią Strasz­ne­go Ma­fio­za, wpa­dli­śmy w pa­ni­kę. Od tej fe­ral­nej no­cy bez­u­stan­nie kom­bi­no­wa­li­śmy, jak wyjść z tej przy­krej sy­tu­acji. W przer­wie na my­śle­nie twór­cze snu­li­śmy roz­ma­ite do­mnie­ma­nia, co ta­ki Ma­fio­zo nam mo­że, jak spra­wa się ryp­nie. Pew­ne­go wie­czo­ru, pod wpły­wem ja­kiejś wy­jąt­ko­wo przy­krej i nie­este­tycz­nej wi­zu­al­nie wa­ria­cji, ta­tu­sia olśni­ło. Uznał, że pój­dzie­my w ma­try­mo­nium! Oże­ni się al­bo on, al­bo ja: na ko­go wy­pad­nie, na te­go bęc! Rzu­ci­li­śmy więc mo­ne­tą. Wy­pa­dło na mnie... Ta­tuś za­brał się do wer­to­wa­nia ogło­szeń pra­so­wych, ja prze­cze­sy­wa­łam kom­pa.

– Có­ruś… – Ta­ta wy­rwał mnie z po­nu­rej za­du­my, kła­dąc mi rę­kę na ra­mie­niu. – Weź ty to mo­że… ja­koś… ca­ło­ścio­wo roz­waż. Pod „za” i „prze­ciw”, co?

– Ale ty mnie wca­le nie mu­sisz prze­ko­ny­wać! – Jed­nym gwał­tow­nym ru­chem ra­mie­nia strzą­snę­łam z sie­bie je­go dłoń. – Ja wiem, co mam ro­bić!

– Ale mnie jest nie­mi­ło…

– Mnie też jest nie­mi­ło. I ty mi tu te­raz wy­rzu­ta­mi oczu nie mydl. Do­brze wiesz, że to nic nie da!

– No…

– Bę­dzie, co bę­dzie!

– No…

– I ja uwa­żam, ge­ne­ral­nie, że nam to ogło­sze­nie z nie­ba spa­dło!

Ta­tuś roz­pro­mie­nił się wy­raź­nie i się­gnął po ga­ze­tę, któ­rą trzy­mał i ho­łu­bił jak re­li­kwię.

– „Pan Izy­dor Chle­bo­bier­ski, bez na­ło­gów, ma­jęt­ny, gor­li­wy pa­trio­ta, po­szu­ku­je mło­dej, zdro­wej i przy­stoj­nej pan­ny pol­skiej krwi z dzia­da pra­dzia­da (naj­mniej do szó­ste­go po­ko­le­nia). Cel – ma­try­mo­nial­ny” – prze­czy­tał z na­bo­żeń­stwem. – A ty, dziec­ko, Po­lka je­steś, ro­do­wi­ta. Te sześć po­ko­leń da się udo­wod­nić, jak amen w pa­cie­rzu. I czy to nie cud, że to­bą za­in­te­re­so­wał się wła­śnie? Prze­cież pa­nien­ki mu­sia­ły od­pi­sy­wać na ten anons ca­ły­mi zgra­ja­mi! Cud! I... wo­la Bo­ża...

– Cud, ta­tu­siu. Cud – wes­tchnę­łam, od­wra­ca­jąc oczy. – Cud jak cho­le­ra!

– No! – ucie­szył się ta­tuś, jak­by nie wy­czu­wa­jąc iro­nii w mo­im gło­sie. – Pa­nią bę­dziesz, Lu­izo, na wło­ściach! Prze­cież ten Izy­dor to szlach­ciu­ra ja­kiś! Z pew­no­ścią ma za­mek, mo­że i kil­ka... Al­bo choć­by dwór. For­sy jak sia­na, służ­bę w li­be­riach i li­mu­zy­nę. Mo­że i kil­ka… Co by nie po­wie­dzieć – roz­ma­rzył się na ca­łe­go – do­bry chłop, ten Izy­dor. War­to­ści na­ro­do­we so­bie ce­ni, pro­ro­dzin­ne.. i te­go… eee... ho­nor! Bóg, oj­czy­zna i ki­szo­ne ogór­ki! On ci wszyst­ko zre­kom­pen­su­je, zo­ba­czysz!

– Wiesz co, ta­tuś? – Skrzy­wi­łam się nie­znacz­nie. – Ty już przy­naj­mniej nic nie mów. Obo­je wie­my, jak jest...

Bo na­wet, gdy­by zna­lazł się ja­kiś in­ny, bar­dziej es­te­tycz­ny spo­sób wyj­ścia na pro­stą, cza­su jest za ma­ło i miecz Do­me­sto­sa for­mal­nie już ma­ja­czył nam nad gło­wa­mi… Ma­fio­zo mógł la­da dzień upo­mnieć się o swo­je...

Ta­tuś syk­nął bo­le­śnie przez zę­by.

– A więc, do ro­bo­ty, có­recz­ko... I niech cię pa­tron­ka two­ja ma w swej opie­ce!

Pra­wie przez ca­łą noc nie mo­głam za­snąć. Jak tyl­ko zmru­ży­łam oko, za­czy­nał ma­ja­czyć mi pod ko­pu­łą ja­kiś ob­le­śny sta­ruch na zmia­nę ze Strasz­nym Ma­fio­zem, któ­rzy uga­nia­li się za mną do utra­ty tchu w ce­lach cał­ko­wi­cie od­mien­nych. Już w koń­cu sa­ma nie wie­dzia­łam, co lep­sze: tor­tu­ry Ma­fio­za czy umi­zgi po­czwar­ne­go, ob­śli­nio­ne­go star­ca...

My­śla­łam tak­że o pew­nym pe­cho­wym dniu, dniu mo­ich dwu­dzie­stych pierw­szych uro­dzin, w któ­rym na­py­ta­li­śmy so­bie z ta­tu­siem tej bie­dy... Do tej po­ry oj­ciec kon­se­kwent­nie trzy­mał mnie z da­la od swo­jej „pra­cy”, ale wów­czas, w mo­je uro­dzi­ny, coś mu for­mal­nie od­bi­ło!

– No, cór­ko – rzekł z ta­jem­ni­czym uśmie­chem. – Od dziś je­steś już do­ro­sła. To zna­czy, nie tyl­ko me­try­kal­nie, ale w ogó­le, pod każ­dym wzglę­dem doj­rza­ła. Bo mó­wi się, że do­pie­ro w dwu­dzie­stym pierw­szym ro­ku czło­wiek jest w peł­ni doj­rza­ły.

– Do cze­go? I gdzie się tak mó­wi? – spy­ta­łam tro­chę bez­myśl­nie, bo aku­rat, o ile so­bie przy­po­mi­nam, czy­ta­łam bar­dzo pa­sjo­nu­ją­cy ar­ty­kuł w „Se­kre­tach ser­ca”.

– Do wszyst­kie­go – od­parł ta­ta tro­chę zbyt ogól­nie. – I w ogó­le, tak się mó­wi.

– Ale dla­cze­go? – spy­ta­łam znad ga­ze­ty. – Dla­cze­go ty, wła­śnie dzi­siaj mnie o tym in­for­mu­jesz?

– Bo za­mie­rzam urzą­dzić ci nie­za­po­mnia­ny wie­czór. Za­bie­ram cię do ka­sy­na!

No i urzą­dził. Jak bab­cię dryp­cię! Nie po­wiem, że­bym opie­ra­ła się ja­koś za bar­dzo, bo ka­sy­no za­wsze by­ło miej­scem, któ­re chcia­łam zo­ba­czyć od środ­ka, po­sma­ko­wać tych emo­cji, któ­re nie­rzad­ko sta­wa­ły się przy­czyn­kiem dra­ma­tów i tra­ge­dii, zo­ba­czyć, jak to jest i co w tym jest, że wcią­ga... Te­go wła­śnie nie umia­łam po­jąć. Jak nie­pa­lą­cy, któ­ry nie po­tra­fi zro­zu­mieć pa­la­cza, jak abs­ty­nent, dla któ­re­go przy­mus pi­cia jest rów­nie abs­trak­cyj­ny jak... świę­ta We­ro­ni­ka na wi­tra­żu w na­szym ko­ście­le! Po pro­stu – mo­żesz się wy­si­lać do ostat­nich bo­le­ści, a i tak nie je­steś w sta­nie od­czuć te­go, co czu­ją in­ni al­bo jak pa­trzą na świat.

Dla­te­go chy­ba ta­tuś mó­wił mi o tej doj­rza­ło­ści, bo praw­do­po­dob­nie nie umiał się wy­ra­zić bar­dziej wprost: że li­czy na to, że się za bar­dzo nie wcią­gnę. Ale ja się, nie­ste­ty, wcią­gnę­łam, już te­go pierw­sze­go wie­czo­ru. No cóż, w koń­cu oj­cow­skie ge­ny nie idą w las...

Wy­pi­li­śmy na dzień do­bry po dwa du­że nur­ki z wi­śniów­ką na spi­ry­tu­sie, i po-szło! Ta­tuś bie­gał tyl­ko i roz­mie­niał wciąż no­wą stów­kę, a przy for­sie był, jak ma­ło kie­dy... Przy cu­dzej for­sie, nie­ste­ty. Kie­dy wy­szli­śmy z przy­byt­ku rześ­kim świ­tem, mia­łam w kie­sze­ni rap­tem sto trzy­dzie­ści osiem zło­tych, ta­tuś ra­czej nie wię­cej. A ile­śmy prze­rżnę­li?

– Ile­śmy prze­rżnę­li, ta­tu­siu? – spy­ta­łam jesz­cze cał­kiem bez­tro­sko, wciąż na­pę­dza­na wi­śniów­ką na spi­ry­tu­sie to­pio­ną w moc­nym pi­wie, ty­to­nio­wym dy­mem, wo­nią per­fu­mo­wa­ne­go po­tu i mie­sza­ni­ną dźwię­ków, któ­rej skła­do­we trud­no by wy­li­czyć.

– Jed­no ci po­wiem, mo­je dziec­ko – ta­tuś nie­po­ko­ją­co za­stygł na środ­ku tro­tu­aru – kto mie­czem wo­ju­je, od mie­cza gi­nie, eup! – oznaj­mił me­ta­fo­rycz­nie i rów­nie me­ta­fo­rycz­nie bek­nął ku bez­kre­snym prze­stwo­rzom.

– To zna­czy? – Po­cią­gnę­łam go za rę­kaw, wpro­wa­dza­jąc z po­wro­tem w nie­mra­wy ruch po­su­wi­sty. – Zgra­li­śmy się jak mop­sy, tak? Je­ste­śmy go­li, zna­czy się?

– Wię­cej niż go­li... epp... có­recz­ko! – Ta­ta bek­nął po­now­nie, ale tym ra­zem ja­koś bez prze­ko­na­nia. – Wy­bacz mnie, sta­re­mu dur­nio­wi, i nie wspo­mi­naj źle, kie­dy... zło­żę łeb pod tram­waj!

Zła­pa­łam go nie­mal w ostat­niej chwi­li, osa­dza­jąc nie­chcą­cy oraz ze spo­rym im­pe­tem na bru­ko­wa­nym chod­ni­ku. Czu­jąc, że coś tu jest nie tak, i to bar­dzo, usia­dłam obok.

– No to ga­daj! – za­żą­da­łam gru­bym i do­no­śnym gło­sem.

Wów­czas ta­tuś opo­wie­dział mi o Strasz­nym Ma­fio­zie. O tym, jak pew­ne­go ra­zu w ka­sy­nie, nad ra­nem, pe­wien dziw­ny fa­cet ser­decz­nie zbra­tał się z nim, usku­tecz­nia­jąc licz­ne bru­der­sza­fty i in­ne kur­tu­azje, przy czym ta­tuś jesz­cze nie wie­dział, z kim ma do czy­nie­nia. W za­sa­dzie w ka­sy­nie nikt się z ni­kim nie bra­ta, a już z pew­no­ścią nie ob­ła­pia po pi­ja­ku, de­kla­ru­jąc do­zgon­ne uczu­cie. Już sa­mo to po­win­no by­ło ta­tu­sia tknąć, ale nie tknę­ło.

– On so­bie mnie upa­trzył na swo­ją ofia­rę! – jęk­nął ta­tuś, wkła­da­jąc so­bie sko­ła­ta­ną gło­wę po­mię­dzy ko­la­na. – Wi­dać z gę­by mi ja­koś sym­pa­tycz­nie pa­trzy­ło... Al­bo nie, on mu­siał wie­dzieć, że ja tam ra­czej nie cha­dzam – zmie­nił na­gle zda­nie.

Ta­tuś rze­czy­wi­ście by­wał w ka­sy­nie nie­zmier­nie rzad­ko, po­wie­dzia­ła­bym na­wet: oka­zjo­nal­nie. W tym mo­men­cie jed­nak prze­sta­łam ocze­ki­wać, że co­kol­wiek z tej je­go męt­nej ga­da­ni­ny poj­mę i za­żą­da­łam kon­kret­nych kon­kre­tów.

– No i on w któ­rymś mo­men­cie sko­czył na rów­ne no­gi, we­tknął mi pacz­kę z for­są za pa­zu­chę i uciekł – stre­ścił się ta­tuś.

– Nie ro­zu­miem...

– Pew­nie ktoś na nie­go czy­hał. I on zo­ba­czył te­go ko­goś, żal mu się ta­kiej ku­py for­sy zro­bi­ło, jak­by co, ro­zu­miesz, więc zro­bił so­bie ze mnie de­po­zyta.

Opar­łam się ple­ca­mi o ple­cy ta­tu­sia i jak on pod­cią­gnę­łam ko­la­na pod bro­dę, sta­ra­jąc się zaj­mo­wać jak naj­mniej miej­sca na tro­tu­arze, gdyż mia­sto za­czy­na­ło się po­wo­li za­lud­niać i co rusz ktoś się o nas po­ty­kał.

– Je­steś pe­wien, że to ma­fio­zo był? – upew­ni­łam się na wszel­ki wy­pa­dek.

– Có­ruś… – wes­tchnął ta­ta dra­ma­tycz­nie. – Uwierz, że wiem. Ro­bię w bran­ży ład­nych pa­rę lat i ży­cie mnie na­uczy­ło, że gra­czy moż­na po­dzie­lić na trzy ka­te­go­rie: wy­gra­nych, prze­gra­nych i ta­kich jak ja, śred­nich pty­siów. Prze­gra­ni to prze­gra­ni, ja – to ja, ale ci, co z te­go in­te­re­su wy­cho­dzą z na­praw­dę gru­bym szmal­cem, nie są zwy­kły­mi śmier­tel­ni­ka­mi. A już na pew­no nie ci, co mu­szą w pod­sko­kach ucie­kać!

– To mo­że nie jest tak źle – szep­nę­łam. – Mo­że ktoś go już daw­no uka­tru­pił, co? I w ogó­le, skąd on wie, ko­mu od­dał pacz­kę z for­są, sko­ro obaj by­li­ście zro­bie­ni w si­wy dym? I skąd wie, od ko­go ją po­wi­nien ode­brać?

– A, nie, tak pięk­nie to nie jest. – Ta­tuś nie­bez­piecz­nie prze­giął się na bok. – Za­nim on się ze­rwał, spi­sał so­bie mo­je da­ne oso­bo­we. Imię, na­zwi­sko, ad­res, wsio! I jesz­cze na od­chod­nym na­stra­szył. Strrr­rasz­nie na­stra­szył!

– Pa­mię­tasz cho­ciaż, jak wy­glą­dał?

– No… pew­nie…

– Jak?

– Strrrr­rasz­nie – oznaj­mił ta­tuś, zwi­nął się w kłę­bek i za­czął chra­pać.

Te­go, co usły­sza­łam, nie mo­głam w ża­den spo­sób ogar­nąć ro­zu­mem ani in­nym szó­stym zmy­słem. Ba, nie mo­głam na­wet w to uwie­rzyć, ale skąd by ta­tuś w ta­kim ra­zie miał czte­ry­sta pa­to­li? Wo­bec po­wyż­szej nie­wia­do­mej zmu­si­łam się i uwie­rzy­łam...

Dzi­siaj, w ob­li­czu nie­uchron­ne­go, któ­re zmie­rza­ło ku mnie wiel­ki­mi, Izy­do­ro­wy­mi kro­ka­mi, ani w gło­wie by­ło mi po­da­wa­nie cze­go­kol­wiek w wąt­pli­wość. Mi­mo iż ca­ła ta he­ca za­wie­ra­ła jesz­cze spo­ro lo­gicz­nych luk, wy­ni­ka­ją­cych z luk pa­mię­cio­wych zro­bio­ne­go w si­wy dym ta­tu­sia…

Po­go­dzo­na z fak­tem, że tej no­cy nie­da­ne mi bę­dzie cho­ciaż się zdrzem­nąć, wy­sko­czy­łam z łóż­ka, przej­rza­łam po raz ko­lej­ny mój nie­wiel­ki ba­gaż, wzię­łam prysz­nic, a na­stęp­nie zno­wu przej­rza­łam ba­gaż. Ot, po­dróż­ny nie­zbęd­nik mło­dej dziew­czy­ny: pa­rę ciu­chów, tro­chę bie­li­zny i ko­sme­ty­ki. Tor­bę pa­ko­wa­łam pod dyk­tan­do ta­tu­sia, któ­ry uwa­żał, że im mniej do niej upcham, tym wię­cej zy­skam od mo­je­go ma­jęt­ne­go na­rze­czo­ne­go. Jak sie­rot­ka Ma­ry­sia, eks­po­nu­jąc głów­nie swo­je ubó­stwo i nie­win­ność...

Oka­za­ło się, że ta­tuś też nie mo­że spać, do­trwa­li­śmy więc obo­je do mniej wię­cej przy­zwo­itej go­dzi­ny i uda­li­śmy się do ko­ścio­ła na po­ran­ną mszę. Mu­szę przy­znać, że co jak co, ale wy­cho­wa­nie ta­tuś dał mi sta­ran­ne, ka­to­lic­kie. Obo­je by­li­śmy głę­bo­ko wie­rzą­cy i su­mien­nie prak­ty­ku­ją­cy. Mo­dli­łam się więc te­raz bar­dzo gor­li­wie, pro­sząc Ja­sną Pa­nien­kę, aby ja­kimś cu­dem wy­ba­wi­ła nas z opre­sji, na przy­kład pod­su­wa­jąc ta­tu­sio­wi nad­przy­ro­dzo­ną moż­li­wość ogra­nia ko­goś na te czte­ry­sta ka­wał­ków. Al­bo że­by ktoś po wyj­ściu z ko­ścio­ła ta­ką ka­sę zgu­bił, a my zna­leź­li. Al­bo... że­by cho­ciaż przy­szedł mi do gło­wy ja­kiś ge­nial­ny plan awa­ryj­ny! Do po­łu­dnia by­ło w koń­cu jesz­cze pa­rę go­dzin, bo po­tem to już tyl­ko czar­na roz­pacz. Ta­tuś przy­ga­dał ja­kiś wóz, któ­ry miał mnie za­wieźć do umó­wio­ne­go ho­te­lu w Gdań­sku, gdzie od pa­ru dni re­zy­do­wał już Izy­dor, by na dzień do­bry zmiaż­dżyć mnie oraz za­płod­nić...

Ta­tuś mo­dlił się chy­ba o to sa­mo co ja, bo w prze­rwach, kie­dy nie zie­wał, zgrzy­tał zę­ba­mi i wy­trzesz­czał oczy. Nie­ste­ty – ani on, ani ja nie zo­sta­li­śmy wy­słu­cha­ni.

II. Po­rwa­nie kon­tro­lo­wa­ne

Do­kład­nie o dwu­na­stej ze­ro osiem roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi.

– A... ccco to jest? – wy­ją­ka­łam na wi­dok wbi­ja­ją­cych się nam do miesz­ka­nia trzech osi­łów jed­na­ko­wej ma­ści i po­stu­ry.

W pierw­szej chwi­li po­my­śla­łam, że to szarp­nię­ty na czte­ry­sta ka­wał­ków Ma­fio­zo już ko­goś na nas na­słał.

– Two­ja ob­sta­wa! – od­parł ta­tuś za­do­wo­lo­ny. – Pro­szę, wchodź­cie chło­pa­ki. – Sze­ro­kim ge­stem od­su­nął mnie od drzwi i dość ła­god­nie, jed­nak­że z bu­ta po­trak­to­wał mój ba­gaż.

– Ja­ka ob­sta­wa? Ale ja... nie...

– No, właź­cie, właź­cie. – Oj­ciec z każ­dym z nich wy­ko­nał kla­sycz­ne­go niedź­wiad­ka. – A to jest mój skarb, któ­ry bę­dzie­cie eskor­to­wać.

– Ta­tusss­siu! – syk­nę­łam zdez­o­rien­to­wa­na i zła.

– Znie­ście ba­gaż chło­pa­ki, ja się tym­cza­sem z dziec­kiem po­że­gnam. – Ta­tuś po raz ko­lej­ny zi­gno­ro­wał mnie kom­plet­nie.

Osi­ły by­ły wiel­kie, opa­słe i tę­pe na gę­bach.

– Słu­chaj, có­recz­ko – ta­tuś roz­wiał mój nie­po­kój tuż po ich wyj­ściu – oni są jak koń z klap­ka­mi na oczach, któ­ry do­cią­gnie wóz na miej­sce, choć­by się wa­li­ło i pa­li­ło.

– A po co mi oni? Nie ufasz mi? – za­py­ta­łem z pre­ten­sją.

– Ufam! Oczy­wi­ście, że ci ufam – ob­ru­szył się ta­tuś. – Ale, jak to mó­wią, strze­żo­ne­go Pan Bóg strze­że! Nie prze­żył­bym, gdy­by po dro­dze coś ci się sta­ło.

– Ccco? Co mo­gło­by mi się stać? – Po­czu­łam nie­przy­jem­ne ła­sko­ta­nie w żo­łąd­ku.

– Ojej! Co­kol­wiek mia­ło­by się stać, to się nie sta­nie. Za­dba­łem o to so­lid­nie.

Mó­wiąc to, ta­tuś rów­nie so­lid­nie przy­tu­lił mnie do sie­bie, za­pew­nił, że mam się o nie­go nie mar­twić i że bę­dzie­my w kon­tak­cie.

Moi to­wa­rzy­sze po­dró­ży by­li zu­peł­nie nie­ab­sor­bu­ją­cy. Nie­mal na­tych­miast po umiesz­cze­niu mnie oraz sie­bie w dość sfa­ty­go­wa­nym, zie­lo­nym mer­ce­de­sie va­nie za­ję­li się spo­ży­wa­niem ka­na­pek. Je­dli tak i je­dli przez ład­nych kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów, nie wy­da­jąc z sie­bie żad­nych dźwię­ków po­za ciam­ka­niem i chrum­ka­niem. By­ło mi to jak naj­bar­dziej na rę­kę, bo nie chcia­ło mi się z ni­mi ga­dać. Po­sta­no­wi­łam się zdrzem­nąć. Te kil­ka­set ki­lo­me­trów, któ­re by­ły przede mną, da­wa­ło na­dzie­ję na ode­spa­nie za­rwa­nej no­cy. Uło­ży­łam się więc w mia­rę wy­god­nie, ob­ser­wu­jąc chłop­ta­siów spod pół­przy­mknię­tych po­wiek. Chy­ba za­czy­na­łam ich po­wo­li roz­róż­niać. Na wła­sny uży­tek na­zwa­łam ich ro­bo­czo: Trom­bo­cyt, Leu­ko­cyt i Ni­fu­rok­sa­zyd. Cze­mu tak? Po­ję­cia nie mia­łam. I choć nie mia­łam rów­nież po­ję­cia, co ozna­cza­ły po­wyż­sze ter­mi­ny ani też gdzie się z ni­mi spo­tka­łam, ko­ja­rzy­ły mi się z czymś krwa­wym, a tak­że nie­po­ha­mo­wa­nym i nie­obli­czal­nym. Jak moi to­wa­rzy­sze. Na wy­pa­dek, gdy­by nie by­ło mi da­ne po­znać, jak się na­praw­dę wa­bią, po­sta­no­wi­łam im te ksyw­ki ja­koś ład­nie zdrob­nić. Ot, choć­by: Trom­bek, Le­jek i Ni­fuś.

Trom­bek był z nich naj­szer­szy w ba­rach. Był tak­że bar­dziej ły­sy niż po­zo­sta­li. Reszt­ki wło­sia Lej­ka, ja­kie mi­ło­sier­nie po­zo­sta­wił mu fry­zjer, su­ge­ro­wa­ły, że był on blon­dy­nem. Miał też bar­dziej szpi­cza­stą gę­bę od swo­je­go kom­pa­na, więk­szy nos i gru­by łań­cuch na szyi. Srebr­ny. Ni­fuś na­to­miast był od nich obu ta­ki jak­by bar­dziej... wszerz. Jak oglą­da­ny w pa­no­ra­micz­nym te­le­wi­zo­rze. Nie, że­by był grub­szy, czy coś ta­kie­go. Był ta­ki ra­czej od­gór­nie spłasz­czo­ny: o ni­skim czo­le, sze­ro­kiej fa­cja­cie z od­sta­ją­cy­mi usza­mi, od do­łu koń­czą­cej się bez­po­śred­nio na dol­nej war­dze. I też był szcząt­ko­wym blon­dy­nem.

Tak so­bie ich kon­tem­plo­wa­łam, że­by o ni­czym in­nym nie my­śleć i spro­wo­ko­wać na­dej­ście snu. A kie­dy obej­rza­łam so­bie już wszyst­ko, co by­ło w za­się­gu mo­je­go wzro­ku, i sen cią­gle nie nad­cho­dził, za­czę­łam kle­pać bez­myśl­nie pod no­sem za­pa­mię­ta­ny w dzie­ciń­stwie wier­szyk: „Pan So­bie­ski miał trzy pie­ski, czer­wo­ny zie­lo­ny i nie­bie­ski”. Zro­bi­łam so­bie na­wet z nie­go coś w ro­dza­ju gry, pró­bu­jąc po każ­dym po­wtó­rze­niu do­strzec wśród sa­mo­cho­dów ja­dą­cych z na­prze­ciw­ka po­dob­ną kom­bi­na­cję ko­lo­ry­stycz­ną. To nie­wia­ry­god­ne, ale przy ta­kiej ilo­ści i róż­no­rod­no­ści aut, ja­kie jeż­dżą dziś po na­szych dro­gach, przez co naj­mniej go­dzi­nę tej idio­tycz­nej za­ba­wy nie uda­ło mi się to ani ra­zu! W koń­cu mi się znu­dzi­ło i wró­ci­łam do mo­ich osi­łów, a po­tem już zu­peł­nie spu­ści­łam z wo­dzy kar­ne do­tych­czas my­śli.

Cze­go ta­tuś się bał? No bo chy­ba nie te­go, że nie tra­fię na miej­sce. Ani te­go, że zrej­te­ru­ję i uciek­nę. No więc... cze­go? Ko­go? Strasz­ne­go Ma­fio­za? Bo­że mój, Bo­że – wpa­dłam w mi­mo­wol­ny po­płoch. Ale co on by mi... i dla­cze­go... – O Chry­ste Prze­naj­święt­szy! – wy­rwa­ło mi się na głos, co spo­wo­do­wa­ło pierw­szy ży­wy od­ruch mo­jej świ­ty: trzy ły­se pa­ły jed­no­cze­śnie od­wró­ci­ły się w mo­ją stro­nę, by po chwi­li obrać znów kie­ru­nek zgod­ny z po­zy­cją ka­dłu­bów. No tak! – wró­ci­łam do po­przed­nich roz­wa­żań. Ma­fio­zo mógł­by mnie prze­cież po­rwać po dro­dze, ja­ko gwa­ran­cję od­zy­ska­nia swo­jej for­sy! Ta­ka od­wrot­na for­ma oku­pu. Okupu. Okup. To sło­wo ja­koś nie da­wa­ło mi spo­ko­ju, ci­snąc się na­chal­nie do gło­wy. Ale cze­mu? I na­gle: bang! Olśnie­nie! No ja­sne, okup! Bo gdy­by te­raz ktoś mnie po­rwał dla oku­pu, z pew­no­ścią ocho­czo za­pła­cił­by za mnie Izy­dor, i gdy­by, zu­peł­nym przy­pad­kiem wy­no­sił aku­rat czte­ry­sta ka­wał­ków, to... To... – czasz­ka for­mal­nie pę­ka­ła mi te­raz z wy­sił­ku – to... by­ło­by jak raz dla Ma­fio­za! I wów­czas ze­ro zmur­sza­łych Izy­do­rów, ze­ro ob­mier­z­łych ma­ria­ży, miaż­dże­nia i za­pład­nia­nia! Tyl­ko ja­ką si­łą po­ry­wacz od­dał­by ten okup mnie? I kto w ogó­le mógł­by mnie po­rwać? – py­ta­łam sa­ma sie­bie, czu­jąc, że je­stem cał­kiem bli­sko od­po­wie­dzi na te wszyst­kie py­ta­nia…

– Chwi­la! Chwi­la, pa­no­wie! – wrza­snę­łam, usta­wia­jąc się gwał­tow­nie do pio­nu. – Mu­si­my się jak naj­szyb­ciej za­trzy­mać! Mnie się chce jeść. I pić! I siiiii­kać!!!!

W tym mo­men­cie Le­jek, na­wet nie obej­rzaw­szy się za sie­bie, dał so­lid­nie po ha­mul­cach.

Za­trzy­ma­li­śmy się na przy­droż­nym par­kin­gu, gdzie moż­na by­ło się po­si­lić kieł­ba­są z roż­na, a tak­że, przy pew­nej do­zie sa­mo­za­par­cia, sko­rzy­stać z mu­ro­wa­ne­go wy­chod­ka. Za­mó­wi­łam jed­ną por­cję z buł­ką i musz­tar­dą oraz ka­wę. Chłop­cy, cał­kiem nie­daw­no po­si­le­ni ka­nap­ka­mi, wzię­li dla sie­bie iden­tycz­ne ze­sta­wy, przy czym Trom­bek po­dwój­ny.

– Da­le­ko jesz­cze, praw­da? – za­szcze­bio­ta­łam mi­lut­ko, wpy­cha­jąc za­dek po­mię­dzy drew­nia­ną ła­wę i chy­bo­tli­wą ław­kę.

– Mniam­hum – od­parł po dłuż­szej chwi­li Le­jek z peł­ną gę­bą.

– Och, już się for­mal­nie nie mo­gę do­cze­kać! – cią­gnę­łam nie­zra­żo­na. – Ten mój na­rze­czo­ny jest po pro­stu ba­je­eeecz­nie bo­oooga­ty! Od ra­zu ob­sy­pie mnie zło­tem i bry­lan­ta­mi!

Chłop­cy spoj­rze­li po so­bie bez­na­mięt­nie i jak na ko­men­dę za­ką­si­li buł­ka­mi.

– No to co? Ta­ki ka­wał dro­gi przed na­mi, a my bę­dzie­my tak mil­czeć? Mo­że by­śmy się trosz­kę za­przy­jaź­ni­li? – Za­mru­ga­łam nie­win­nie.

– Nam się nie wol­no przy­jaź­nić. Kly­jent nasz pan – od­parł za wszyst­kich Ni­fuś.

– A wła­śnie, tak a pro­pos... e... kly­jenta. – Po­chy­li­łam się w je­go stro­nę. – Du­żo wam ta­tuś... te­go... że tak po­wiem... za tę eskor­tę uiścił?

– Pa­nien­ka py­ta, ile nam He­niek za tom ro­bo­te kop­snął – ob­ja­śnił Le­jek.

– Ta­jem­ni­ca – burk­nął Ni­fuś, marsz­cząc brwi. – Się pa­nien­ka nie cie­ka­wi.

– No ja­sne! – Za­chi­cho­ta­łam cie­niut­ko. – Pew­nie nie za du­żo i w do­dat­ku, że tak po­wiem, na ze­szyt?

– Bo co?

– Bo ta­tuś tak ma. Go­tów­ką ra­czej nie grze­szy, chy­ba li­czy na to, że go mój na­rze­czo­ny za­si­li.

– Tak czy in­a­czy, za­war­lim umo­wę i He­niek za­pła­ci. Po ro­bo­cie.

– No ja­sne, ja­sne – przy­tak­nę­łam pręd­ko. – Za­pła­cić za­pła­ci. W koń­cu boi się o mnie, jak ma­ło o co. Je­stem prze­cież je­go ka­pi­ta­łem na przy­szłość, za­bez­pie­cze­niem na sta­re la­ta. Mó­wi­łam wam już, ja­ki ten mój na­rze­czo­ny bo­ga­ty?

– Mniam­hum...

– On też for­mal­nie trzę­sie się o mnie jak o skarb naj­cen­niej­szy. Bo gdy­by ktoś mnie po­rwał... Ro­zu­mie­cie? Jak­by się ktoś do­wie­dział, że ten mój lu­by ta­ki ma­jęt­ny, a ja, je­go oczko w gło­wie, tak so­bie ja­dę, a on tam cze­ka, usy­cha­jąc z tę­sk­no­ty...

Chy­ba po­le­cia­łam za pręd­ko i moi chłop­cy w któ­rymś mo­men­cie nie na­dą­ży­li, bo nie do­strze­głam w ich fa­cja­tach na­wet cie­nia za­in­te­re­so­wa­nia.

– Ej! – Spró­bo­wa­łam ru­szyć z po­sad ich sza­re ko­mór­ki, wa­ląc pię­ścią w ła­wę. – Chcia­łam po­wie­dzieć, że to do­brze, że mnie eskor­tu­je­cie, bo jesz­cze byko­muś przy­szło do głowy porwać mnie dla okupu, nie? Ale na szczę­ście nikt nie wie, że mój na­rze­czo­ny za­płacił­by za mnie każ­de pie­niądze! Nie ty­le, co mój ta­tuś wam. Tyl­ko sto ra­zy ty­le!

Po tych sło­wach opar­łam się wy­god­nie i za­czę­łam z uwa­gą śle­dzić twa­rze mo­ich to­wa­rzy­szy. Po kil­ku al­bo i kil­ku­na­stu se­kun­dach Le­jek za­stygł w bez­ru­chu z roz­dzia­wio­ną pasz­czą i buł­ką w gar­ści, na­stęp­nie wstał.

– Idzie­my do ki­bla – za­rzą­dził krót­ko.

– Ale mnie się nie chce – za­opo­no­wał Ni­fuś.

– Idzie­my! – uparł się Le­jek. – Nie bę­dę sta­wał po dro­dze każ­de­mu jed­ne­mu na szcza­nie! Pa­nien­ka też!

Ru­szy­łam po­słusz­nie w kie­run­ku ozna­czo­ne­go kół­kiem przy­byt­ku, jed­nak, gdy tyl­ko chłop­cy znik­nę­li za drzwia­mi mę­skiej „to­a­le­ty”, zmie­ni­łam kie­ru­nek i za­cza­iłam się za win­klem.

– ... no i co z te­go? – wy­ła­pa­łam strzęp wy­po­wie­dzi Ni­fu­sia.

– Jak co z te­go? – ob­ru­szył się Le­jek. – Nie sły­sza­łeś, co mó­wi­ła?

W tym miej­scu je­go po­cząt­ko­wo pod­nie­sio­ny głos prze­ro­dził się w le­d­wie sły­szal­ny szept.

– E, tam... – po­wąt­pie­wał Trom­bek. – Ku­pa za­cho­du i ty­la. I nie wia­do­mo, co to war­te.

– Jak nie wia­do­mo? Jak nie wia­do­mo? Ku­pę szmal­cu, co nie? – go­rącz­ko­wał się Le­jek.

– ...ale... gdzie by­śmy ją scho­wa­li?

– ...ciot­kę pod Bia­łym­sto­kiem. Strasz­ne to za­du­pie jest, aku­rat­nie w sam raz...

Nie­ste­ty, w tym pa­sjo­nu­ją­cym mo­men­cie od­głos dźwięcz­ne­go, po­trój­ne­go stru­mie­nia za­czął ury­wać się i przy­ci­chać, wo­bec cze­go mu­sia­łam jak naj­szyb­ciej po­rzu­cić swo­je sta­no­wi­sko i po­ki­cać ukrad­kiem w stro­nę dam­skie­go wy­chod­ka.

– Hej­ka! – Za­ma­cha­łam przy­jaź­nie do pod­cho­dzą­cych męż­czyzn.

Od­ma­cha­li mi nie­mra­wo i jak­by na­wet po­nu­ro.

– A, co tam! Jak nas już tak los po­łą­czył, Lu­iza je­stem! – Wy­cią­gnę­łam rę­kę w kie­run­ku bli­żej nie­spre­cy­zo­wa­nym.

– Ja... – Ni­fuś za­mie­rzał chy­ba od­wza­jem­nić pre­zen­ta­cję, urwał jed­nak bar­dzo szyb­ko, wal­nię­ty przez Lej­ka pod że­bro. – Ta­jem­ni­ca! – Za­sko­czył nad wy­raz szyb­ko, po czym mi­ja­jąc miej­sce na­szej bie­sia­dy, zła­pał nie­do­je­dzo­ny ka­wał kieł­ba­sy i wpa­ko­wał ją so­bie w usta.

Te­raz nie my­śla­łam już o spa­niu. Du­ma­łam nad tym, jak po­win­nam się za­cho­wać, kie­dy się zo­rien­tu­ję, że zo­sta­łam po­rwa­na. I kie­dy po­win­nam się zo­rien­to­wać. Bo gdy­bym na przy­kład pu­ści­ła ten fakt mi­mo uszu i oczu, by­ło­by ra­czej po­dej­rza­ne, na­wet dla nich. Prze­cież nie mo­głam być aż tak głu­pia... I nie by­łam! Ta­tuś nie za­pew­nił mi być mo­że grun­tow­ne­go wy­kształ­ce­nia, ale wy­po­sa­żył mnie we wro­dzo­ną in­te­li­gen­cję, spryt, a tak­że w ży­cio­wo uży­tecz­ną wie­dzę. Szko­łę, co praw­da, ukoń­czy­łam, z ma­tu­rą na­wet, ale tyl­ko dzię­ki te­mu, że dwu­krot­nie po­wta­rza­łam tę sa­mą kla­sę i z eg­za­mi­nem doj­rza­ło­ści przy­szło mi się zmie­rzyć aku­rat wów­czas, gdy zo­stał ob­ję­ty amne­stią... For­mal­ny cud! Za­wsze z ta­tu­siem głę­bo­ko wie­rzy­li­śmy w cu­da. Zresz­tą, mniej­sza z tym. Obec­nie tak­że li­czy­łam na cud.

Pod­nio­słam gło­wę i ro­zej­rza­łam się do­oko­ła. Tak jak prze­wi­dzia­łam, Le­jek zmie­nił tra­sę. Na bank nie je­cha­li­śmy w kie­run­ku Gdań­ska. Po­sta­no­wi­łam więc po­czy­nić drob­ne przy­go­to­wa­nia na roz­ma­ite ewen­tu­al­no­ści. Wy­grze­ba­łam z tor­by ko­mór­kę i ła­do­war­kę, te­le­fon wy­ci­szy­łam, po czym ca­ły ten sprzęt upchnę­łam dys­kret­nie w biu­sto­no­szu. Za­czę­łam też de­mon­stro­wać pierw­sze ob­ja­wy nie­po­ko­ju, wier­cąc się na sie­dze­niu bądź wy­cią­ga­jąc gwał­tow­nie szy­ję w stro­nę przed­niej szy­by, zwłasz­cza w cza­sie mi­ja­nia ta­blic in­for­ma­cyj­nych i dro­go­wska­zów. Ni­fu­sio­wi chy­ba się udzie­li­ło, bo przy każ­dej ta­kiej ak­cji wo­dził ocza­mi za mo­im wzro­kiem i jak ja wier­cił się na sie­dze­niu. Po pew­nym cza­sie udzie­li­ło się i Tromb­ko­wi, któ­ry z wy­raź­ną roz­ter­ką na gę­bie za­czął co­raz czę­ściej ob­ra­cać się w mo­ją stro­nę.

– A wy co? – wku­rzył się Le­jek. – Ro­ba­ków na­gle do­sta­li po ty kieł­ba­sie, czy jak?

– Nie... Go­rą­co – sap­nął Trom­bek, a na­stęp­nie ro­ze­brał się z kurt­ki i za­tkał nią do­kład­nie pra­wą przed­nią szy­bę.

Przyj­rzał się kry­tycz­nie swo­je­mu dzie­łu, a po­tem zdjął jesz­cze swe­ter. I ko­szu­lę. Uszczel­niw­szy w ten spo­sób wszyst­ko, co się da­ło, zo­stał już tyl­ko w siat­ko­wym pod­ko­szul­ku. Le­jek z nie­sma­kiem ob­ser­wo­wał w lu­ster­ku je­go po­czy­na­nia, ale ich nie ko­men­to­wał. Za­sta­no­wi­łam się w związ­ku z tym, czy na­dal bę­dę mu­sia­ła się zo­rien­to­wać w sy­tu­acji, czy też mo­gę so­bie bier­nie cze­kać nie­wia­do­me­go fi­na­łu ca­łej he­cy. W za­sa­dzie Trom­bek uła­twił mi spra­wę na ty­le, że gdy­bym by­ła ja­kaś nie­po­ciu­ma­na, mo­gła­bym wca­le nie kap­nąć się, co jest gra­ne. Nie­ste­ty, ten ga­moń w któ­rymś mo­men­cie po­sta­no­wił uchy­lić tro­chę szy­bę, wsku­tek cze­go mi­ster­nie uwi­ta przez nie­go kon­struk­cja ru­nę­ła w jed­nej se­kun­dzie. I to aku­rat w mo­men­cie, kie­dy mi­ja­li­śmy wiel­ką jak sto­do­ła ta­bli­cę z in­for­ma­cją: Bia­ły­stok 48 km.

– Co to jest? – za­wy­łam nie­mal cał­kiem na­tu­ral­nie. – Do­kąd pa­no­wie mnie wio­zą???

– A bo... na tra­sie ob­jazd jest – wy­du­kał Trom­bek, wy­ci­ska­jąc jak nie­zbyt do­rod­ną cy­try­nę ca­ły swój in­te­lekt.

– No­ooo... To fe­eeest ob­jazd, jak stąd do Gdań­ska – sko­men­to­wa­łam kwa­śno. – Ale po co?

– Ro... ro­bo­ty dro­go­we chi­ba – wy­si­lił się Ni­fuś.

– Gu­zik! – wrza­snę­łam na ca­ły re­gu­la­tor. – Po­rwa­li­ście mnie, tak?!!! Dla oku­pu? O, ja nie­szczę­sna! Zwie­rzy­łam się wam, po­chwa­li­łam, a wy, jak ostat­nie dra­nie, jak ban­da trut­ni! – Bia­do­li­łam, na­krę­ca­jąc się co­raz bar­dziej.

– Ci­cho! – wrza­snął Le­jek. – Bo zwią­żem i za­kne­blu­jem! Sza! Ale to już!

Na ta­kie po­sta­wie­nie spra­wy zbun­to­wa­łam się na ca­łe­go. Od­cze­ka­łam na od­po­wied­ni mo­ment, któ­ry wła­śnie za­ma­ja­czył na ho­ry­zon­cie. Oto wła­śnie z po­bli­skie­go ko­ścio­ła wy­sy­pał się rój wier­nych i ru­szył na przej­ście dla pie­szych.

– Ban­dy­ci wstręt­ni!!! – wrza­snę­łam, jak tyl­ko Le­jek za­trzy­mał wóz, po czym na­tych­miast wy­sko­czy­łam na ze­wnątrz i po­pę­dzi­łam w przy­droż­ne chasz­cze.

Za mną z nad­spo­dzie­wa­nym re­flek­sem wy­sko­czył Trom­bek, a po chwi­li tak­że i Ni­fuś. Le­jek na­to­miast za­wró­cił au­to z pi­skiem opon i ru­szył wzdłuż mie­dzy, klnąc siar­czy­ście przez otwar­te okno. Le­cia­łam ino świst, chwi­la­mi na­wet zyg­za­kiem, jak prak­ty­ko­wa­no na fil­mach gang­ster­skich. Mia­łam tak ucie­kać, że­by im nie uciec, a je­dy­nie na­brać w ich oczach jesz­cze więk­szej war­to­ści. Ale cóż z te­go, kie­dy na­gle stra­ci­łam zdro­wy roz­są­dek i ucie­ka­łam tak, że­by im wła­śnie uciec? Mo­je no­gi ro­bi­ły po pro­stu to, do cze­go je Pan Bóg stwo­rzył, w do­dat­ku tak do­brze, jak ni­g­dy do­tąd. Na­gle, odro­bi­nę przede mną zza mie­dzy wy­ło­nił się je­den ły­sy łeb, dru­gi za­szedł mnie z le­wej. Do­sko­na­ły mo­ment, że­by ska­pi­tu­lo­wać. Ale nie!!! Mnie po­nio­sło w stro­nę pa­są­cych się ko­ni. Zła­pa­łam się moc­no si­wej grzy­wy, cu­dem ja­kimś wsko­czy­łam ru­ma­ko­wi na grzbiet i da­waj, ko­pać go i szar­pać, gdzie po­pa­dło. Koń, wbrew wszyst­kie­mu za­cho­wał się jak idio­ta. Za­miast ru­szyć przed sie­bie ostrym ga­lo­pem, jak to so­bie wy­obra­ża­łam, za­czął ki­cać jak spło­szo­ny za­jąc ze zwie­szo­nym łbem i unie­sio­nym ku gó­rze za­dem. Ani na ta­kim je­chać, ani z nie­go zleźć... W ja­kimś de­spe­rac­kim prze­bły­sku uświa­do­mi­łam so­bie, że mu­si mieć pew­nie spę­ta­ne przed­nie no­gi... Wcze­pi­łam więc jak naj­moc­niej pal­ce w je­go si­wą grzy­wę i cze­ka­łam, co bę­dzie. Aku­rat nad­bie­gły ły­so­le i sta­nę­ły jak dwie le­lu­je, nie bar­dzo wie­dząc, jak mnie zdjąć z tej roz­ju­szo­nej ga­dzi­ny. Z prze­ciw­nej stro­ny, war­cząc nie­mi­ło­sier­nie, nad­cią­gał zie­lo­ny mer­ce­des van. Wszyst­ko po­to­czy­ło się tak szyb­ko. Na­gle zo­ba­czy­łam nad so­bą ka­wał błę­kit­ne­go nie­ba, a pod so­bą roz­ło­ży­sty krzak gło­gu...

– Pa­tron­ko mo­ja, miej mnie w opie­ce! – wrza­snę­łam wprost w ten nie­biań­ski błę­kit.

A po­tem na­sta­ła ciem­ność...

– I co? Co, pa­nie dok­to­rze? – py­tał ktoś nie­spo­koj­nym gło­sem nie­wy­raź­nej po­sta­ci.

– Na szczę­ście nic jej nie jest. Ko­ści ma ca­łe, na­rzą­dy we­wnętrz­ne też. Jest tro­chę po­obi­ja­na, to wszyst­ko. Do we­se­la się za­goi, he, he!

– No to świet­nie, do­sko­na­le! – Nie­spo­koj­ny głos zmie­nił się w jed­nej chwi­li w ra­do­śnie spo­koj­ny.

Po­tem wszyst­ko za­czę­ło się ode mnie od­da­lać, aż cał­ko­wi­cie uci­chło. Bo­lał mnie każ­dy naj­mniej­szy mię­sień, każ­dy cen­ty­metr skó­ry i włos na cie­le. Po­my­śla­łam, że pew­nie mam gry­pę. W cza­sie gry­py wszyst­ko tak czło­wie­ka bo­li. Ro­zej­rza­łam się ostroż­nie do­oko­ła, usi­łu­jąc so­bie przy­po­mnieć, skąd wziął się ten dok­tor, do ko­go na­le­żał dru­gi głos i w ogó­le, gdzie ja je­stem i dla­cze­go. Ani nie­bie­skie ścia­ny, ani wi­szą­ce na nich ki­li­my i ob­ra­zy, ani sza­fa, stół, ani ło­że, w któ­rym le­ża­łam, nic nie by­ło mi ani zna­jo­me, ani ob­ce. Spró­bo­wa­łam prze­wró­cić się na bok, ale pa­skud­ny ból ca­łe­go cia­ła na­tych­miast od­wiódł mnie od te­go za­mia­ru.

– Jak się czu­jesz, skar­beń­ku? – za­skrze­cza­ło mi coś u wez­gło­wia, dość ni­sko i ochry­ple.

Roz­po­zna­łam ten głos. No to je­ste­śmy w do­mu – ucie­szy­łam się w my­ślach. No ja­sne! Je­stem prze­cież u bab­ci, na wsi. Mam tu do­koń­czyć gim­na­zjum, bo z mo­je­go mnie wy­wa­li­li rów­niut­ko z koń­cem ubie­głe­go ro­ku!

– Le­piej, ba­bu­niu – od­par­łam z czu­ło­ścią w gło­sie. – Chy­ba mia­łam gry­pę, co?

– Nnn­no...

– A co po­wie­dział dok­tor? Że już do­brze?

– Nnn­no...

– Czy ty cze­goś przede mną nie ukry­wasz, sta­rusz­ko?

– A skąd! – Bab­cia wy­ło­ni­ła się zza wez­gło­wia, obe­szła ło­że i sta­nę­ła na wprost mnie.

Mia­ła na so­bie bia­ły, siat­ko­wy pod­ko­szu­lek, be­żo­we ber­mu­dy i gru­ba­śne, strasz­nie owło­sio­ne gi­ry. Pew­nie ty­le co przy­szła z po­la, bie­dacz­ka, i nie zdą­ży­ła się ochę­do­żyć...

– Bab­ciu, dłu­go już tak le­żę? – za­nie­po­ko­iłam się nie­co.

– A, nie... Nie bar­dzo... – od­par­ła nie­zde­cy­do­wa­nie i czmych­nę­ła do kuch­ni.

W chwi­lę po­tem zza drzwi da­ły się sły­szeć licz­ne gło­sy, kon­fe­ru­ją­ce jak­by w pod­nie­ce­niu. Kur­czę, a jak to nie gry­pa? A je­śli do­le­ga mi coś znacz­nie gor­sze­go? Coś... na co się umie­ra? – Prze­ra­zi­łam się cał­kiem na se­rio.

– Bab­ciu!!! – krzyk­nę­łam w stro­nę drzwi. – Ba­aaab­ciu!

Sta­rusz­ka przy­by­ła nie­mal na­tych­miast. Tym ra­zem mia­ła na so­bie de­de­ro­no­wą po­dom­kę w po­lne ma­ki, a na gło­wie chust­kę z dłu­ga­śny­mi frędz­la­mi.

– Po­wiedz mi, ko­cha­na, ca­łą praw­dę! – za­żą­da­łam sta­now­czo. – Co mi jest? Czy to rak? Ja umie­ram?

– Ale no co ty! – wy­skrze­cza­ła bab­cia z wy­raź­ną ulgą. – Zwy­kła gry­pa. A na­wet już po gry­pie!

– Wszyst­ko mnie bo­li!

– I jesz­cze tro­chę po­bo­li. – Zza sze­ro­kich ple­ców bab­ci wy­sko­czył dok­tor ze słu­chaw­ka­mi na szyi. – Nie martw się, dziec­ko. To nor­mal­ne. Leż i od­po­czy­waj, a wszyst­ko ustą­pi w swo­im cza­sie. Mo­że już za pa­rę dni, no, mo­że ty­go­dni...

Na te sło­wa bab­cia spio­ru­no­wa­ła dok­to­ra wzro­kiem.

– ...a mo­że go­dzin... – do­rzu­cił me­dyk szyb­ko. – Tak czy owak, naj­waż­niej­szy jest spo­kój. Sen i od­po­czy­nek, od­po­czy­nek i sen!

– Na­praw­dę? – wy­ję­cza­łam bez prze­ko­na­nia.

– Na­praw­dę. Leż so­bie i się re­lak­suj! – za­or­dy­no­wał dok­tor i wy­szedł.

– A gdzie dzia­dziuś? – spy­ta­łam płacz­li­wie. – Jesz­cze w po­lu?

– Ja­ki zno­wu dzia­dziuś?! – skrzek­nę­ła bab­cia, ca­ła jak­by w ner­wach.

– No jak to? Mój dzia­dziuś, twój mąż. W po­lu?

– Nie! Kro­wę doi! Jak wy­doi, to przyn­dzie – wark­nę­ła i wy­szła.

Trosz­kę się uspo­ko­iłam. W koń­cu by­łam wśród swo­ich, pod tro­skli­wą opie­ką. Wi­dać w cza­sie wy­so­kiej go­rącz­ki prze­sta­łam tro­chę kon­tak­to­wać z oto­cze­niem, ale, jak po­wie­dział dok­tor, wszyst­ko wra­ca­ło do nor­my. I cia­ło bo­la­ło jak­by mniej... Po­wo­li od­wró­ci­łam się na bok, ale wów­czas coś mnie za­czę­ło uwie­rać nie­mi­ło­sier­nie w oko­li­cach płuc. Wło­ży­łam ostroż­nie rę­kę do biu­sto­no­sza i na­ma­ca­łam pod pier­sia­mi ja­kieś dwa pro­sto­kąt­ne urzą­dze­nia oraz zwój cie­niut­kie­go ka­bla. A to co ta­kie­go, u li­cha? – zdzi­wi­łam się nie­po­mier­nie. – Roz­rusz­nik ser­ca czy ja­kaś in­na cho­le­ra? Uzna­jąc w koń­cu ową ma­szy­ne­rię za ja­kiś nie­zbęd­ny, me­dycz­ny przy­rząd, upchnę­łam wszyst­ko po­rząd­niej pod cyc­ka­mi i zo­sta­wi­łam w spo­ko­ju. Ogar­nę­ło mnie po­czu­cie ab­so­lut­ne­go bez­pie­czeń­stwa i bło­gie­go spo­ko­ju. Za­wsze tak by­wa­ło, kie­dy spę­dza­łam czas u dziad­ków, ko­cha­nych, do­brych sta­rusz­ków… Przy­mknę­łam po­wie­ki. Ból udrę­czo­ne­go cia­ła, wszel­kie nie­po­ko­je i lę­ki za­czę­ły na­gle od­pły­wać ode mnie, ra­zem ze świa­do­mo­ścią ota­cza­ją­ce­go mnie świa­ta.

*

Kie­dy się obu­dzi­łam, drzwi do kuch­ni by­ły otwar­te na oścież. Bab­cia z dzia­dziu­siem sie­dzie­li przy sto­le i łu­ska­li groch. – Och, ja­kiż to siel­ski wi­dok! – po­my­śla­łam z czu­ło­ścią. Dziad­ko­wie nie­odmien­nie wzru­sza­li mnie wza­jem­nym sto­sun­kiem do sie­bie, jak te dwa go­łą­becz­ki, któ­re nie od­stę­po­wa­ły sie­bie na krok. I w pra­cy, i w od­po­czyn­ku, w zdro­wiu, cho­ro­bie, szczę­ściu i nie­szczę­ściu. By­łam prze­ko­na­na, że oni na­dal ko­cha­ją się do­kład­nie tak sa­mo jak w dniu ślu­bu... I ja­cy by­li do sie­bie po­dob­ni! Obo­je krę­pi, przy­sa­dzi­ści, o du­żych, ru­mia­nych twa­rzach i błę­kit­nych oczach ocie­nio­nych krza­cza­sty­mi brwia­mi…

Ba­bu­nia mia­ła na so­bie tę sa­mą co wczo­raj po­dom­kę, tyl­ko in­ną chust­kę, bez frędz­li. Dzia­dziuś – fla­ne­lo­wą ko­szu­lę w czer­wo­no-czar­ną kra­tę i czap­kę uszan­kę na kró­li­czym fu­trze. Kie­dy tyl­ko sta­rusz­ko­wie do­strze­gli, że już nie śpię, jak na ko­men­dę uśmiech­nę­li się do mnie sze­ro­ko.

– Dzień do­bry, skar­becz­ku – ode­zwa­ła się bab­cia. – Jak się spa­ło?

– Wy­śmie­ni­cie, ba­bu­niu – prze­cią­gnę­łam się z lu­bo­ścią. – Co dzi­siaj bę­dzie na śnia­da­nie?

– No, co bę­dzie dziś na śnia­da­nie, sta­rusz­ko? – spy­tał dzia­dzio.

Bab­cia spoj­rza­ła na mnie z głę­bo­ką za­du­mą. Dzia­dziuś uśmiech­nął się do niej ser­decz­nie i jed­no­cze­śnie za­sa­dził jej pod sto­łem so­lid­ne­go ko­pa w ko­la­no. Ba­bu­nia wy­szcze­rzy­ła ra­do­śnie zę­by i kuk­snę­ła sta­rusz­ka pod że­bra. – Oj, fi­gla­rze, fi­gla­rze – po­my­śla­łam cie­plut­ko i rów­nież uśmiech­nę­łam się ser­decz­nie.

– Mo­że... za­mó­wi­my piz­zę? – wy­skrze­cza­ła po chwi­li.

– Chcia­łaś chy­ba po­wie­dzieć ko­bie­to: upie­cze­my piz­zę! – Dzia­dzio pu­ścił do mnie oko i wal­nął bab­cię z li­ścia w czo­ło.

– No co wy? Bez prze­sa­dy, wy­star­czy mi paj­da swoj­skie­go chle­ba z ma­seł­kiem i ku­bek mle­ka od Ża­bu­li!

Ko­cha­ni sta­rusz­ko­wie. My­ślą chy­ba, że sko­ro ja mia­sto­wa, to już tyl­ko fast fo­oda­mi ży­wić się chcę… A ja na­praw­dę lu­bię ta­ką od­mia­nę: wszyst­ko pro­sto od kro­wy i od ku­ry.

Bab­cia wsta­ła od sto­łu i za­czę­ła krzą­tać się po kuch­ni. Dzia­dziuś za­miótł usła­ną gro­chem oraz łu­pi­na­mi pod­ło­gę, wrzu­cił wszyst­ko ra­zem do ka­mion­ko­wej mi­sy i wy­szedł przed cha­łu­pę.

– Na­ści! Po­sil się nie­bo­go. – Ba­bu­nia po­sta­wi­ła na szaf­ce obok łóż­ka ta­lerz z po­sma­ro­wa­ny­mi ma­słem paj­da­mi chle­ba i ku­bek mle­ka. – My te­raz ze sta­rym pój­dziem w po­le, a ty leż i ni­g­dzie nie łaź. Ku­ruj się, jak dok­tor przy­ka­zał!

– Do­brze, ba­bu­niu.

– Ni­ko­go tu nie wpusz­czaj i z ni­kim nie ga­daj!

– Do­brze.

– Jak­byś chcia­ła do ki­bla, to z sie­ni, pierw­sze drzwi na pra­wo.

– O? To nie ma­cie już wy­chod­ka? Do­ro­bi­li­ście się ła­zien­ki? – Zdzi­wi­łam się nie­co, bo za­wsze do tej po­ry go­spo­dar­stwo dziad­ków dys­po­no­wa­ło je­dy­nie drew­nia­nym sra­czy­kiem w po­dwór­ku.

– Sam... Sa­ma zro­bi­łam. Prze­ro­bił... am ze śpi­żar­ki.

– Sa­ma zro­bi­łaś ła­zien­kę, bab­ciu?

Bab­cia spoj­rza­ła na mnie jak­by tro­chę za­sko­czo­na czy ra­czej zmie­sza­na.

– Kto zro­bił, to zro­bił! Grunt, że du­py na mróz nie trza wy­sta­wiać, nie? – pod­su­mo­wa­ła fi­lo­zo­ficz­nie i wy­szła.

Po śnia­da­niu po­sta­no­wi­łam osza­co­wać swo­je si­ły i przejść się odro­bi­nę po obej­ściu. Po sa­mej cha­łu­pie tyl­ko, po­mna ostrze­żeń i przy­ka­zań ba­bu­ni. Na po­czą­tek po­sta­no­wi­łam obej­rzeć so­bie ła­zien­kę. Luk­su­sów nie by­ło, nie by­ło rów­nież na co na­rze­kać. Ot, zwy­czaj­na, wiej­ska ła­zien­ka: z wan­ną, umy­wal­ką i klo­ze­tem. Umy­łam się, ucze­sa­łam i wró­ci­łam do łóż­ka. Po dro­dze wzię­łam so­bie z pół­ki pierw­szą lep­szą książ­kę. Przej­rza­łam z grub­sza pa­rę stron, ale ni­jak nie mo­głam sku­pić się na lek­tu­rze. Coś mi wy­raź­nie prze­szka­dza­ło! Ukle­pa­łam po­du­chy, wy­gła­dzi­łam pie­rzy­nę, ale to wciąż jak­by nie by­ło to. Ro­zej­rza­łam się po po­ko­ju i... omal nie pa­dłam na za­wał! W ką­cie, obok sza­fy, spo­czy­wał so­bie na krze­śle ja­kiś na bia­ło ubra­ny, ja­sno­wło­sy mło­dzie­niec i wpa­try­wał się we mnie in­ten­syw­nie.

– A ty... kto? – spy­ta­łam, nie wiem cze­mu, szep­tem.

– Ja? – zdzi­wił się mło­dzie­niec i ro­zej­rzał na bo­ki.

– No. Ty.

– Mam cię pil­no­wać.

– O? A kto ci ka­zał? Moi dziad­ko­wie?

– Nnnn... Nie – od­parł mło­dzie­niec i uśmiech­nął się głu­pa­wo.

– No więc, coś ty za je­den? Anioł Stróż?

– Tak, tak! – po­twier­dził z za­pa­łem. – Anioł Stróż. A wła­ści­wie... nie­zu­peł­nie. Je­stem two­ją pa­tron­ką.

– Mo­ją pa­tron­ką?! – krzyk­nę­łam, pod­pie­ra­jąc się na łok­ciu. – Czy ty my­ślisz, że ja przez tę cho­ro­bę ro­zum po­stra­da­łam i mo­żesz mi tu wci­skać do­wol­ne bzde­ty?!!!

– Nie, to nie! – ob­ra­ził się mło­dzie­niec. – Ale ja to­bie mó­wię, mam cię pil­no­wać. I chro­nić, że­by ci się nic nie sta­ło! Na dru­gi raz mo­żesz so­bie mnie wo­łać, aż się za­chły­śniesz, ja już do cie­bie nie przyj­dę!

– Ja cie­bie wo­ła­łam?! Ja??? – Aż mnie za­tka­ło ze wzbu­rze­nia.

– A, tak! Wo­ła­łaś, ję­cza­łaś, bia­do­li­łaś – wy­sa­pał mło­dzie­niec z sa­tys­fak­cją. – Pa­tron­ko mo­ja, miej mnie w opie­ce! Pa­tron­ko, do­po­móż! – za­kwi­lił. – Nie pa­mię­tasz?

– Nie...

– No to jak nie pa­mię­tasz, to nie mów!

– Za­raz, za­raz... Ale ty prze­cież je­steś fa­ce­tem, nie? – Spoj­rza­łam na nie­go po­dejrz­li­wie.

– Ow­szem – przy­znał, pro­stu­jąc się god­nie. – A czy ty so­bie wy­obra­żasz, że pa­tron­kę moż­na so­bie ot, tak, z rę­ka­wa wy­trze­pać? Dar­łaś się, jak­by cię ze skó­ry łu­pa­li, a czas na­glił. W każ­dej chwi­li mo­głaś zejść!

– Śmier­tel­nie?

– No pew­nie, że śmier­tel­nie. Nie by­ło kie­dy szu­kać do­kład­niej. Lu­iz je­stem.

– A ja... Lu­iza...

– No i sa­ma wi­dzisz!

Wła­ści­wie skłon­na by­łam mu na­wet uwie­rzyć, bo wie­rzy­łam w ży­cie nad­przy­ro­dzo­ne, du­chy, anio­ły i in­ne che­ru­bi­ny.

– No do­bra – od­par­łam po chwi­li. – Dla­cze­go ja cię w ta­kim ra­zie wi­dzę? A o ile wiem, nie po­win­nam.

– Z dwóch po­wo­dów – za­sę­pił się Lu­iz. – Bo, po pierw­sze, ja... nie je­stem jesz­cze za bar­dzo do­świad­czo­ny. Do­pie­ro prak­ty­ku­ję. Po dru­gie, masz pe­wien spe­cy­ficz­ny dar. A po trze­cie, gdy­by to pierw­sze z tym dru­gim po­łą­czyć, tak wła­śnie wy­cho­dzi. Że mnie wi­dzisz. Cza­sem.

– Eeee... I co? Bę­dziesz od dzi­siaj plą­tał się przy mnie przez ca­łe ży­cie? – spy­ta­łam z mie­sza­ni­ną po­wąt­pie­wa­nia i nie­chę­ci.

– Mam na­dzie­ję, że nie. Tyl­ko do cza­su, aż wyj­dziesz z... opre­sji.

– O?! To ja je­stem w opre­sji?

– A nie je­steś?

– A je­stem?

Lu­iz spoj­rzał na mnie z po­wa­gą i po­dra­pał się po rzad­kim, zło­ci­stym za­ro­ście.

– Nic nie pa­mię­tasz? – spy­tał szep­tem.

– Oczy­wi­ście, że pa­mię­tam! Przy­je­cha­łam do dziad­ków, że­by od wrze­śnia pójść tu do szko­ły. Ale za­cho­ro­wa­łam na gry­pę. A wła­śnie, ja­ki to mie­siąc?

– Wrze­sień. Ósme­go – wes­tchnął Lu­iz z nie­zro­zu­mia­łą tro­ską na twa­rzy.

– Mat­ko Prze­naj­święt­sza! – Od­ru­cho­wo ze­rwa­łam się z łóż­ka. – To ja aż tak dłu­go cho­ro­wa­łam? Ga­daj, pa­tron­ko od sied­miu bo­le­ści!

– Naj­waż­niej­sze, że nic ci nie jest.

– To zna­czy, by­ło aż tak źle?

– Go­rzej wy­glą­da­ło, niż by­ło...

W tym mo­men­cie za oknem da­ły się sły­szeć ja­kieś ha­ła­sy, tu­pa­nia, ludz­kie gło­sy i szcze­ka­nie psa. Po chwi­li do cha­łu­py we­szli bab­cia i dzia­dziuś. Rzu­ci­łam okiem w stro­nę sza­fy, ale Lu­iza już tam nie by­ło. Znik­nął...

– I jak tam, skar­beń­ku? – za­skrze­cza­ła bab­cia.

– Do­brze, już chy­ba je­stem cał­kiem zdro­wa. Nic mnie nie bo­li i nie mam na­wet go­rącz­ki! – po­chwa­li­łam się za­do­wo­lo­na.

– To świet­nie! Bar­dzo świet­nie. – Bab­cia spoj­rza­ła wy­mow­nie na dziad­ka.

– Bar­dzo świet­nie – po­wtó­rzył uśmiech­nię­ty dzia­dek. – W ta­kim ra­zie, ba­bo, do ga­rów! Szy­kuj no po­rząd­ny obiad dla wnu­si!

– Chwi­la – wark­nę­ła bab­cia. – Daj od­po­cząć, bo nóg nie czu­ję!

Bab­cia po­drep­ta­ła w stro­nę sto­łu, z obu kie­sze­ni po­dom­ki wy­ję­ła po flasz­ce War­ki Strong, ze­rwa­ła zę­ba­mi kap­sel, upi­ła pa­rę ły­ków i za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa.

– Och! – wes­tchnę­ła z roz­ko­szą. – Te­go mi by­ło trze­ba! Chodź sta­ry, wal­niem bro­wa­ra i za­ja­ra­my po szlu­gu!

I znów uczu­łam to cie­peł­ko wo­kół ser­ca, wi­dząc, jak oni ra­zem pięk­nie wy­glą­da­ją! Bo ani wiek, ani in­ne nie­do­god­no­ści i pro­ble­my ży­cio­we nie uję­ły im ni­cze­go z tej we­wnętrz­nej, mło­dzień­czej ra­do­ści...

Z za­my­śle­nia wy­rwa­ła mnie bab­cia, wno­sząc do po­ko­ju ta­cę z obia­dem.

– Już? Tak szyb­ko? – zdzi­wi­łam się.

– Ano, szyb­ko. Ra­nom pod­go­to­wa­ła, te­ra... do­go­to­wa­łam i już! O, pro­szę! Ku­ra, ziem­nia­ki i te­go… e… ka­pu­sta!

Na mo­je oko owa ku­ra do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ła ud­ka z KFC. Rów­nie zna­jo­mo wy­glą­dał ze­staw su­ró­wek. Tyl­ko ziem­nia­ki by­ły... jak ziem­nia­ki. Miej­sca­mi na­wet w mun­dur­kach...

– A to... wa­sza ku­ra by­ła? – spy­ta­łam, wpa­tru­jąc się w ta­lerz.

– Na­sza, a jak­że! Na­sza! – po­twier­dzi­ła bab­cia sta­now­czo. – Dzia­dek ją ra­no zła­pał, ja­żem... e... ze skó­ry ob­ra­ła, i w gar!

– Jed­ną???

– Jed­ną. Star­czy ci chy­ba, nie? – Bab­cia spoj­rza­ła na mnie z nie­po­ko­jem.

– No pew­nie, że star­czy, a na­wet zo­sta­nie.

Spoj­rza­łam wy­mow­nie na ta­lerz, na któ­rym obok fu­ry ziem­nia­ków spo­czy­wa­ło… sie­dem ku­rzych udek i ca­ła ko­pa su­rów­ki.

Po po­łu­dniu przy­szedł dok­tor i dość po­bież­nie mnie zba­dał. Zaj­rzał do gar­dła, obej­rzał źre­ni­ce, zmie­rzył ci­śnie­nie. Za­da­wał mi też mnó­stwo py­tań: o mo­ich ro­dzi­ców, dzie­ciń­stwo, prze­by­te cho­ro­by, szko­łę, krew­nych, zna­jo­mych, w koń­cu za­py­tał, czy mam chło­pa­ka. Od­po­wie­dzia­łam zgod­nie z praw­dą, że nie, bo mam prze­cież do­pie­ro trzy­na­ście lat, więc na tym po­prze­stał. Po­tem dłu­go roz­ma­wiał w kuch­ni z dziad­ka­mi. Wca­le nie mia­łam za­mia­ru pod­słu­chi­wać, ale mó­wi­li na ty­le gło­śno, że frag­men­ty ich roz­mo­wy do mnie do­cie­ra­ły, ale i tak nie­wie­le z niej ro­zu­mia­łam. Naj­pierw bab­cia krzy­cza­ła na dok­to­ra, że jest du­reń i bę­cwał, a dzia­dek ją uspa­ka­jał, po­tem dzia­dek go ob­so­ba­czał, a bab­cia uci­sza­ła. Dok­tor po­wie­dział na ko­niec, że trze­ba jej stwo­rzyć na­tu­ral­ne wa­run­ki, ta­kie, któ­re zna i czu­je się w nich bez­piecz­nie, chro­nić ją przed stre­sem i przy­kro­ścia­mi. Wów­czas wszyst­ko pręd­ko wró­ci do nor­my, ale kon­kret­nie to on nie wie kie­dy. Po wyj­ściu dok­to­ra bab­cia i dzia­dek ga­da­li już tyl­ko mię­dzy so­bą. Dzia­dek uwa­żał, że trze­ba ją od­dać ta­ką, ja­ka jest, bo nie wia­do­mo, kie­dy to się skoń­czy. Bab­cia zaś by­ła zda­nia, że for­sę do­sta­ną tyl­ko za to­war peł­no­war­to­ścio­wy, więc na­le­ży się wstrzy­mać. W koń­cu obo­je do­szli do wspól­ne­go wnio­sku, że jed­nak się wstrzy­ma­ją, ale mu­szą po­wia­do­mić go­ścia, o co bie­ga i ja­kie są wa­run­ki trans­ak­cji. I to nie­zwłocz­nie, bo jesz­cze go­tów zna­leźć so­bie in­ny to­war i z for­sy bę­dzie gów­no...

Le­ża­łam i my­śla­łam, o co też im cho­dzi. Do­szłam wresz­cie do wnio­sku, że o ja­łów­kę od Ża­bu­li. Przy­po­mnia­ło mi się, jak wio­sną dziad­ko­wie pla­no­wa­li, co też za­ku­pią do go­spo­dar­stwa za pie­nią­dze uzy­ska­ne z jej sprze­da­ży... A ten dok­tor to pew­nie ro­bi tu­taj jed­no­cze­śnie za we­te­ry­na­rza, dla­te­go tak na­le­gał, aby naj­pierw o ga­dzi­nę po­rząd­nie za­dbać, a po­tem do­pie­ro wieźć na targ...

Na­gle sta­ło się coś nie­po­ję­te­go! Obie mo­je pier­si za­czę­ły drgać i pul­so­wać, po­war­ku­jąc przy tym z ci­cha. Zja­wi­sko na­stę­po­wa­ło po so­bie re­gu­lar­nie, z nie­wiel­ki­mi prze­rwa­mi. Na po­czą­tek do­kład­nie za­mar­łam. Ale kie­dy to tak trwa­ło i trwa­ło, ze­bra­łam się na od­wa­gę i od­chy­la­jąc nie­co mi­secz­ki biu­sto­no­sza, zaj­rza­łam do środ­ka. Tak, jak się do­my­śli­łam, spraw­cą ca­łe­go te­go am­ba­ra­su był apa­rat, któ­ry praw­do­po­dob­nie za­mon­to­wał mi dok­tor. Mia­łam wiel­ką ocho­tę wy­wlec to na wierzch i do­kład­nie so­bie obej­rzeć, ale ba­łam się coś po­psuć. Wy­si­li­łam więc umysł i po róż­nych za i prze­ciw do­szłam do wnio­sku, że jest to pew­nie ja­kiś re­gu­la­tor ude­rzeń ser­ca al­bo ci­śnie­nia krwi. I że w mo­men­cie, kie­dy to ko­niecz­nie, on się uru­cha­mia i po­bu­dza. Za­do­wo­lo­na z uku­tej na szyb­ko teo­rii po­sta­no­wi­łam nie wy­py­ty­wać o nie dziad­ków.

Ra­no czu­łam się jesz­cze le­piej. Zde­cy­do­wa­nie wra­ca­łam do sił! Kie­dy bab­cia i dzia­dek wy­szli w po­le, wzię­łam let­nią ką­piel, ubra­łam się i po­sta­no­wi­łam przejść się po wsi. Nie­ste­ty, jak tyl­ko prze­kro­czy­łam próg cha­łu­py, dro­gę za­stą­pi­ła mi mo­ja pa­tron­ka.

– Wra­caj! – syk­nę­ła groź­nie. – To nie­bez­piecz­ne!

– Co jest nie­bez­piecz­ne, spa­cer po wsi? – zdzi­wi­łam się i ze­zło­ści­łam jed­no­cze­śnie.

– Ow­szem.

– Bo?

– Za­łóż, że ja wiem le­piej!

– Za­kła­dam, ale chcę spró­bo­wać!

– Nie!

– A co, za­trzy­masz mnie si­łą? Wła­śnie, a czy cie­bie w ogó­le da się po­ma­cać? – Wy­cią­gnę­łam przed sie­bie rę­kę, na co Lu­iz od­sko­czył jak opa­rzo­ny.

– Wejdź do środ­ka, po­ga­da­my – za­pro­po­no­wał z wi­docz­ną ura­zą.

Chcąc nie chcąc, uda­łam się za nim po­słusz­nie. Lu­iz umo­ścił się na swo­im krze­śle, ja przy­sia­dłam na brze­gu łóż­ka.

– Na­praw­dę nic nie pa­mię­tasz? – spy­tał znów o to sa­mo.

– Ale o co ci cho­dzi?

– No... na przy­kład, że spa­dłaś z ko­nia...

– Ja? Z ko­nia? Chy­ba ty sam spa­dłeś z ko­nia!

– Za­sta­nów się.

Nie wiem, co ta je­go ga­da­ni­na mia­ła ozna­czać, ale spró­bo­wa­łam się za­sta­no­wić.

– Su­ge­ru­jesz, że mia­łam wy­pa­dek?

– To nie był wy­pa­dek. Ktoś te­go ko­nia pod­ciął.

– Osza­la­łeś? Skąd wiesz?

– Od... ko­nia, oczy­wi­ście – od­parł Lu­iz, pa­trząc mi pro­sto w oczy.

– Koń ci po­wie­dział???

– Koń.

– Wiesz co? Daj ty mnie świę­ty spo­kój, do­brze?! Nie wiem, coś ty so­bie umy­ślił ani kim je­steś, ale mnie się wi­dzi, że al­bo ty nie je­steś przy zdro­wych zmy­słach, al­bo ja...

– Prze­ciw­nie. Aku­rat my obo­je je­ste­śmy przy zdro­wych, tyl­ko ty jak­by chwi­lo­wo przy... nie­kom­plet­nych. Dok­tor mó­wi, że trze­ba cię te­raz bar­dzo oszczę­dzać, ale ja oso­bi­ście był­bym za te­ra­pią szo­ko­wą.

– Jaje­stem zdro­wa! – wy­ce­dzi­łam zgło­ska po zgło­sce. – Nic mi nie jest, czu­ję się wy­śmie­ni­cie.

– Ja­sne. Fi­zycz­nie je­steś zdro­wa jak, że tak po­wiem... koń.

– Zna­czy się, że co? Z gło­wą mam coś nie tak? Osza­la­łam?

– Nie. Stra­ci­łaś pa­mięć i le­piej, że­byś ją od­zy­ska­ła, za­nim te opry­chy coś ci zro­bią.

– Bo spa­dłam z ko­nia? Ja­kie opry­chy???

– Wła­śnie. Opry­chy, któ­re po­rwa­ły cię dla oku­pu.

– O-kup! Oooookup! Ok... ok... up! – po­wtó­rzy­łam ten wy­raz kil­ka­krot­nie, bo za­brzmiał mi ja­koś tak zna­jo­mo, tak... bli­sko!

– Do­kład­nie tak. Okup – po­twier­dził Lu­iz.

– Ja­kie opry­chy? Gdzie one są? – Ro­zej­rza­łam się nie­spo­koj­nie.

– Wszę­dzie. Wszę­dzie do­oko­ła. I pro­szę cię, wy­sil łe­pe­ty­nę, bo jak przyj­dzie co do cze­go, na­wet ja nie bę­dę mógł ci po­móc.

Nie wie­rzy­łam w te bred­nie, rzecz ja­sna, ale na wszel­ki wy­pa­dek za­mknę­łam oczy i spró­bo­wa­łam się sku­pić. Na po­czą­tek na ko­niu. Zo­ba­czy­łam róż­ne ko­nie: gnia­de, ka­re, si­we, du­że, ma­łe, po­cią­go­we i wy­ści­go­we. Ża­den jed­nak nie wy­dał mi się szcze­gól­nie prze­ko­nu­ją­cy.

– Ej, to bez...