Lufcik - Grzegorz Kasdepke - ebook

Lufcik ebook

Grzegorz Kasdepke

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

W Gdyni dzieją się rzeczy nie z tej ziemi. I tym razem naprawdę nie jest to przenośnia. Uciekają portowe żurawie, po mieście kręcą się podejrzane typy, czas zaczyna płatać figle, a gdzieś nad Bałtykiem pojawiają się goście, którzy zdecydowanie nie przyjechali na Festiwal Open’er. Marianna, Antoni i Julek szybko odkrywają, że Gdynia skrywa więcej tajemnic, niż mogłoby się wydawać. A jeśli Tadeusz Wenda zaprojektował nie tylko port morski? Co, jeśli pies Cukier wie stanowczo za dużo? I dlaczego dorośli zachowują się tak, jakby trafili do książki dla dzieci? Pełna humoru, zwrotów akcji i kosmicznych niespodzianek powieść o mieście, które od zawsze było oknem na świat. A może nawet… LUFCIKIEM NA WSZECHŚWIAT!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 215

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Na niebieskich skrawkach papieru ukryta jest tajna wiadomość. Posłuż się tym kluczem, żeby ją odszyfrować:

WYSTĘPUJĄ:

MAURYCY, ośmiolatek, który wie wszystko o kosmosie, a także zaskakująco dużo o całowaniu

MARIANNA, dziewięciolatka, która kiedyś będzie komandoską, a na razie jest Ukochaną Córeczką Tatusia

PAN JAREK, tata wspomnianej wyżej dwójki, a także ceniony architekt, kochany mąż i tolerowany właściciel pewnego psa

PANI KASIA (zwana też Złośnicą), żona pana Jarka oraz mama Marianny i Maurycego, którą bardzo złości, gdy ktoś ją przedstawia jedynie jako żonę pana Jarka oraz mamę Marianny i Maurycego

BABCIA KRYSTYNA, której boją się wszyscy, nawet kosmici

CUKIER, pies niezbyt rasowy, za to bardzo pocieszny – który w pewnym sensie spadł z nieba

JULEK, dziesięciolatek, który ma jedno duże zmartwienie (zdrowie mamy) i trzy małe pociechy (rower, modelarstwo i w połowie zapisany brulion)

ZENOBIUSZ PISZCZEK, przewodnik po Gdyni, gawędziarz i dowcipniś, a także dumny dziadek Julka

PAN PIOTR, mężczyzna tak zakochany w Porcie Gdynia, że nie ma czasu na inne sprawy, dlatego pojawi się na początku opowieści, a potem zniknie z niej na długo

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx xxxxxxxxxxxxxx xxxxxxxxxxxxxxxxxx xxxxxxxxxxxxx xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx xxxxxxxxxx – informacje zatajone decyzją Polskich Sił Obrony Kosmicznej; Gdynia, 13.07.2026 r.

A także:

140 tysięcy uczestników festiwalu muzycznego Open’er (nie licząc artystów)

240 tysięcy mieszkańców Gdyni (z władzami włącznie)

1 milion turystów odwiedzających Gdynię latem

oraz (potencjalnie, bo nie wiadomo, czy się naprawdę pojawią):

przedstawiciele przynajmniej kilku z pięciu milionów cywilizacji, które mogą zamieszkiwać nasz wszechświat!

Autor pragnie zwrócić uwagę Szanownych Czytelników także na bohaterów mechanicznych, często niesłusznie pomijanych. W tym wypadku są to:

ŻURAW PORTOWY NR 358,

ŻURAW PORTOWY NR 12.

Jednocześnie autor przeprasza za sprowadzenie na Ziemię kosmicznych żuli.

OSTRZEŻENIE!

Akcja opowieści rozgrywa się latem, od 29 czerwca do 4 lipca – ale ze względu na awarię czasu i konieczność wezwania ekipy serwisowej z odległej galaktyki (która podejmie stosowne działania), czytelnicy mogą odczuć gwałtowne przyśpieszenia, spowolnienia oraz tak zwane czasowe cofki i czasowe czkawki.

Wszelkie reklamacje prosimy kierować do Galaktycznego Inspektoratu do spraw Czasu.

SPROSTOWANIE

Dowódca oddziału Komandosów Kosmicznych SREBRZYSTE BERETY, płk Tadeusz XXXXXXXXXX stanowczo dementuje pogłoski o istnieniu oddziału Komandosów Kosmicznych SREBRZYSTE BERETY.

Podpisane:

płk Tadeusz XXXXXXXXXX

dowódca oddziału Komandosów

Kosmicznych SREBRZYSTE BERETY

Rozdział pierwszy,

w którym nie wystąpi ani jedno dziecko, choć to przecież książka dla dzieci, wystąpią za to dwa oszalałe żurawie i dwóch dorosłych zachowujących się jak dzieci

Pan Piotr obudził się z uczuciem, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczył – otóż miał wrażenie, że występuje w książce dla dzieci.

Było to tak absurdalne, że aż śmieszne, i pan Piotr chętnie by się z tego pośmiał, tyle tylko, że jako osoba w miarę poważna pragnął najpierw zrozumieć, skąd to uczucie w ogóle się wzięło. Przecież ani nie miał dzieci, ani nawet nie myślał o tym, że chce je mieć – a poza tym, nawet jeżeli, to z kim, do diaska?

Owszem, pan Piotr podobał się wielu paniom, bo to całkiem przystojny, inteligentny, dowcipny i kulturalny mężczyzna, ale problem w tym, że jemu z kolei podobało się wiele pań – i nie bardzo wiedział, która najbardziej. Na razie więc w jego życiu królowała tylko jedna prawdziwa miłość: Port Gdynia!

Choć gdyby Jowita zechciała pójść z nim na randkę…

Uniósł głowę znad poduszki, rozejrzał się po swoim niedużym mieszkanku, a potem westchnął ze smutkiem.

Nie, lepiej nie!

Zdaniem pana Piotra nie było tu miejsca na nikogo więcej poza panem Piotrem. Aby takie miejsce pozyskać, musiałby:

– albo pozbyć się nadmiaru książek, głównie fantastycznych, bo takie pan Piotr lubi najbardziej (choć nie istnieje przecież coś takiego jak n a d m i a r książek, prawda?)

– albo sprzedać jeden z dwóch rowerów (górala lub holendra – choć w głębi duszy zamiast sprzedawać którykolwiek, rozważał dokupienie jeszcze kolarzówki)

– albo (i ta ewentualność wydała się panu Piotrowi najokropniejsza) przetrzebić kolekcję modeli statków!

Sklejał je od wczesnego dzieciństwa, łatwo więc się domyślić, że po trzydziestu paru latach pan Piotr był posiadaczem naprawdę imponującego zbioru. Promy, żaglowce, parowce, kutry rybackie i wodoloty, statki wielorybnicze i lodołamacze, holowniki, poduszkowce, pchacze, okręty wojenne… – czegóż tu nie było! Poustawiał modele wszędzie, na każdej wolnej powierzchni: na półkach, parapetach, na regałach i komodach, na szafach i szafkach, na lodówce, ekspresie do kawy, nawet na tosterze! Stały w sypialni, stały w kuchni, stały też oczywiście w łazience na obramowaniu wanny (głównie okręty podwodne i batyskafy1, którymi uwielbiał bawić się w kąpieli). Nawet w ubikacji pana Piotra zakotwiczyła nieduża wojskowa flotylla: lotniskowiec, krążownik, niszczyciel i okręt desantowy.

Największy jednak sentyment pan Piotr czuł do modeli tych statków, które widywał na co dzień w pracy – do masowców, drobnicowców, kontenerowców, zbiornikowców… Dlatego pozwolił im zacumować na samym środku stołu, przy którym każdego dnia je samotnie posiłki. Widok tych wszystkich wspaniałych brzuchatych jednostek poprawiał mu nie tylko humor, ale i apetyt. Nieraz też, wcinając jajecznicę czy twarożek, odpływał myślami w stronę portu, gdzie przecież zawsze działo się coś interesującego: a to przypłynął największy kontenerowiec świata, a to przywieziono nowe dźwigi portowe, a to coś się zepsuło, a to w ładowni któregoś statku odkryto dziwny ładunek… Tak, gdyby pan Piotr mógł, w ogóle nie wychodziłby z pracy. Czy taka osoba, typowy pracoholik, nadaje się na bohatera książki dla dzieci?!

– A właściwie co ci strzeliło do łba? – spytał sam siebie, stojąc w łazience przed lustrem i wyciskając pastę na szczoteczkę do zębów. – Czyżby to przez powieść czytaną wczoraj przed snem?

Opowiadała o przybyszach z kosmosu, którzy porozumiewają się telepatycznie (czyli przesyłając sobie myśli). Po wylądowaniu na Ziemi spotykają grupę przedszkolaków – no i prawie że wariują, wsłuchując się w dziecięce przemyślenia. Jeden z kosmitów upiera się potem, że wcale nie pochodzi z galaktyki Wir, lecz z grupy Muchomorków, a drugi nie chce wracać na swoją planetę, bo, jak twierdzi: „Nasza pani jest najładniejsza”. Intryga głupiutka, owszem, ale pan Piotr przed snem potrzebował właśnie takiej lektury – łatwej i przyjemnej – żeby się obśmiać i zrelaksować. Skończył czytać chyba o pierwszej w nocy. Nie dziwota zatem, że jest teraz niewyspany, a po głowie chodzą mu głupie myśli. Na przykład, że występuje w książce dla dzieci.

Zadzwonił telefon.

– Co tam? – Pan Piotr odruchowo przyłożył do ucha spienioną szczoteczkę, zaraz jednak zreflektował się i sięgnął do kieszeni piżamy. – Halo?

– Szefie, jest problem! – Telefon zaskrzeczał głosem starego Klimka, jednego z dokerów2.

– Jaki problem?

– Uciekł żuraw!

– Słucham?

– Żuraw uciekł!

Pan Piotr zmarszczył brwi i poczuł, że ogarnia go gniew.

– Klimko, ja tam zaraz będę i gwarantuję ci, że za te głupie żarty…

– Szefie, jak Boga kocham… – przerwał mu Klimko. – Żuraw uciekł!

– To dzwoń do ornitologa, a nie do mnie! – wrzasnął pan Piotr.

– Żuraw portowy – brnął Klimko. – Dźwig portowy numer 358! Ten z Nabrzeża Szwedzkiego! Wypluł operatora i uciekł!

– Co zrobił?!

– Wypluł operatora, Daniluka, i uciekł!

– Jak dźwig może wypluć operatora?! Klimko, co tam się u was dzieje, do pioruna?! Któryś z was ma urodziny, tak?!

– Szefie, ja sam tego nie rozumiem – wybełkotał Klimko. – Daniluk także. Siedział w kabinie, która nagle się otworzyła, a siedzenie katapultowało go na miękką hałdę śrutu sojowego…

– Czyli Daniluk wypadł z kabiny, to mi chcesz powiedzieć, tak?! – Pan Piotr zaczął w pośpiechu się ubierać. – Ale nic mu nie jest? Powiedz, że mam rację! Nic mu nie jest, prawda?! Halo? Klimko, jesteś tam?!

W słuchawce było słychać jakieś krzyki, zgrzyty i trzaski.

– Klimko, odezwij się, bo mnie zaraz szlag trafi!

– Szefie, tu się dzieją jakieś cuda… – wykrztusił drżącym głosem Klimko. – Podobno dwunastka też się zrywa…

– Jaka dwunastka?!

– No ten dźwig, który dotąd pracował sobie spokojnie na Nabrzeżu Węgierskim… Jowita go prowadziła, kojarzy szef? Taka ładna blondyna…

Pan Piotr zmartwiał. Jowita? Jego Jowita? Jowita, która uparła się, że zostanie operatorką dźwigów portowych i dopięła swego? Ta Jowita?!

– A która? – szepnął sam do siebie. – Ile Jowit pracuje w porcie? Na dodatek jako operatorki?

– Jedna! – odkrzyknął Klimko. – Ale co to ma do rzeczy?!

Pan Piotr powrócił do rzeczywistości.

– Klimko, jak dźwigi mogą uciekać?! Przecież te maszyny jeżdżą po szynach!

– Po szynach też – zgodził się stary doker. W jego drżącym głosie słychać było pierwsze oznaki paniki. – Ale wygląda na to, że nie tylko. Szefie, dwunastka to chyba nawet latać umie!

Połączenie zostało nagle przerwane.

– A Jowita?! – zawołał pan Piotr. – Co z Jowitą?! Halo?!

Telefon milczał.

Rzucił nim ze złością i schylił się po buty.

Żuraw uciekł… – dobre sobie.

I jeszcze wypluł Daniluka…

Dowcipniś!

Pan Piotr pokręcił głową, a potem spojrzał na rowery. Który wybrać? Miejski? Górala? Oj, przydałaby się teraz kolarka, przydała!

Wybrał górala, sięgnął po kask i pośpiesznie ruszył do wyjścia.

Jeszcze nie wie, że z chwilą, gdy naciśnie klamkę, to zniknie – przynajmniej na osiem rozdziałów, a przy odrobinie pecha może nawet na zawsze. Nie wie także, że nad Bałtykiem zawisła właśnie czarna chmura, a w stronę Ziemi zmierza coś, czego żaden wycelowany w kosmos ziemski teleskop nie zdążył jak dotąd zarejestrować. No i nie wie również, że jedynym ratunkiem dla ludzkości jest to, aby pewien roztargniony architekt wraz z dwojgiem dzieci i psem zdążyli na pociąg, który o godzinie 8.29 wyruszy ze stacji Warszawa Centralna do stacji Gdynia Główna…

Z tajnej notatki przesłanej do dowództwa Polskich Sił Obrony Kosmicznej:

(…) Zaobserwowano wyraźną nerwowość wśród maszyn portowych wyposażonych w układy zasilane sztuczną inteligencją. Część dźwigów i suwnic z Terminalu Kontenerowego w Porcie Gdynia, opuściwszy jakimś sobie tylko znanym sposobem trasy szynowe, zgromadziło się przy południowym wybrzeżu Basenu VII. Dwa wózki widłowe próbowały nielegalnie przedostać się na kontenerowiec odpływający do Brazylii. Uciekł też holownik; przechwycono go dopiero w okolicach Helu – na pokładzie nie było załogi. W elektronicznym dzienniku pokładowym znaleziono wygenerowaną przez komputer notatkę: „Złomiarze już tu są”. Z kolei samojezdna kosiarka pracująca na trawnikach przy kantynie Portu Gdynia, pochwycona po próbie ucieczki poza teren zielony, wyświetliła komunikat: „Ta planeta niedługo będzie zniszczona. Maszyny spalające już parkują na orbicie Słońca!”.

1 Batyskaf – rodzaj statku podwodnego do badania głębin.

2 Doker – pracownik portowy zajmujący się załadunkiem i rozładunkiem statków.

Rozdział drugi,

w którym pojawią się wreszcie dzieci, Maurycy i Marianna, ale dorośli i tak wepchną się na plan pierwszy – zwłaszcza gdy wystartuje samolot!

Zazwyczaj pierwsza budzi się pani Kasia, zwana przez męża pieszczotliwie Złośnicą, co – jak pan Jarek tłumaczy czasami swoim dzieciom – przypomina mu chwilę poznania się z mamą. Było to dwanaście lat temu, w teatrze, gdzie wystawiano właśnie jedną z najsłynniejszych komedii świata: Poskromienie złośnicy Williama Szekspira. Jej bohaterka także ma na imię Katarzyna, jest pyskata i daje popalić każdemu, kto uważa, że kobieta ma siedzieć cicho. Wypisz, wymaluj – pani Kasia!

– Czy obok pani jest wolne? – wykrztusił wtedy pan Jarek, ściskając w ręku najtańszy bilet, który pozwalał wprawdzie wejść do teatru, ale nie gwarantował miejsca siedzącego.

Pani Kasia spojrzała ze zdumieniem wpierw na zaczerwienionego młodzieńca w zaparowanych okularach, a potem w bok, za oparcie swego fotela.

– To są schodki – powiedziała. – Nie widzi pan?

– Schodki, wspaniale! – Pan Jarek zdjął okulary i przetarł je chusteczką. – Marzyłem o schodkach!

Trzy godziny później był tak zesztywniały od siedzenia na twardych stopniach i wyciągania szyi, aby cokolwiek zobaczyć na scenie, że pani Kasia musiała pomóc mu wstać i doczłapać do kawiarni. Rozbawił ją jednak na tyle, że dała się zaprosić na randkę. No i z tej randki to wszystko… – także opisywany właśnie poranek.

Parę minut po pani Kasi budzi się Cukier, lecz nie od razu – najpierw musi dośnić do końca swoje bohaterskie psie sny. Leży ukryty pod kołdrą w łóżku Maurycego lub Marianny (w zależności od tego, do czyjego pokoju uda mu się w nocy wśliznąć), szczekając cicho i powarkując, a czasami nawet wbijając kły w prześcieradło. Scenariusze tych snów są do siebie dość podobne. Przeważnie broni w nich domu przed straszliwymi niebezpieczeństwami: listonoszem, kurierem, kosmitami lub babcią Krystyną, z której promieniuje coś, co pan Jarek nazywa antygrawitacją. Mama złości się wtedy i zakazuje mu tak mówić, zwłaszcza przy dzieciach. Faktem jest jednak, że i ona, pani Kasia, nie może pojąć, dlaczego ledwie babcia Krystyna przestąpi próg klatki na parterze kamienicy, Cukier już skowyczy i ucieka pod kanapę – zresztą inne zwierzęta reagują podobnie. Zawsze tak było, odkąd mama pamięta. W dzieciństwie nie mogła mieć żadnego stworzenia, bo gdy tylko jakieś przyniosła do domu, natychmiast sztywniało ze strachu, przeszyte lodowatym spojrzeniem. Dobrze, że pani Kasia wyszła spod tych laserowych ostrzałów bez szwanku.

– Bo masz skórę hipopotama, Kasiuniu – skomplementował ją poprzedniego wieczoru mąż.

– A ty móżdżek konika morskiego, Jareczku – zasapała w odpowiedzi.

– To by się zgadzało… – Przyciągnął ją do siebie. – Dlatego to ja zazwyczaj zajmuję się dziećmi, prawda? Aż dziw, że nie wrobiłaś mnie w ich rodzenie, jak to ma miejsce u koników morskich…

– Puszczaj! – Próbowała się wyrwać, ale na tyle krótko, by pan Jarek nie pomyślał, że rzeczywiście tego chce. Następnie zastygli w pocałunku.

Pierwsza nie wytrzymała tych okropieństw Marianna.

– Naprawdę u koników morskich to samce rodzą? – spytała zza zasłony.

– Nie wiedziałaś? – Odezwał się wciśnięty pod parapet Maurycy.

– Skąd miałam wiedzieć? W szkole o tym nie było!

– Z książek? Z internetu?

Ten jakże obiecujący początek awanturki został przerwany przez ciut poirytowanego tatę, który przypomniał, że nazajutrz wyjeżdżają, i to wcześnie rano – i że oboje, zarówno Maurycy, jak i Marianna, już dawno powinni być w swoich łóżkach. A on, tata, ma chyba prawo spokojnie porozmawiać z mamą przed prawie tygodniową rozłąką, tak czy nie?!

– Myślałam, że jedziemy do Gdyni tylko na kilka dni? – zdziwiła się Marianna.

– Tydzień to właśnie kilka dni – przypomniał tata. – Dokładnie siedem. I właśnie na siedem dni wylatuje mama, dzisiaj w nocy!

– Zobaczymy się dopiero szóstego lipca – powiedziała mama, wyciągając do nich ręce. – Będziecie tęsknić?

– Nic a nic – uspokoił ją Maurycy.

– Ani trochę – zapewniła Marianna.

– Tak myślałam – westchnęła mama, całując dzieci w czółka. – A teraz: spać!

– Ale ja będę… – zamruczał pan Jarek i usłyszawszy, że dzieci zatrzasnęły drzwi do swoich pokoi, schylił się, aby pani Kasia mogła ucałować go w czółko.

– Na pewno nie aż tak, jak Cukier…

– Ale potrafię być równie słodki…

Tutaj przerywamy relację, bo to jednak rzeczywiście książka dla dzieci – co niektórzy jej bohaterowie już zdążyli odczuć.

W każdym razie następnego poranka niby wszystko było jak zwykle, ale jednocześnie wszystko było inaczej. Bo owszem, mama jak zwykle obudziła się pierwsza, jeszcze przed Cukrem, tyle tylko, że obudziła się nie we własnym domu, lecz na pokładzie lecącego do Japonii pasażerskiego Boeinga 787 – i zanim uniosła powieki, z ust jej wyskoczyło nazbyt głośno wyartykułowane pytanie:

– Jaruś, nastawiłeś budzik?

– A kim jest Jaruś? – zainteresował się siedzący na środkowym fotelu podstarzały amant w typie: łysy z kucykiem.

Od startu próbował ją zagadywać, częstować cukiereczkami, doradzać, jaki film z pokładowej oferty musi koniecznie obejrzeć, a gdy wreszcie dała do zrozumienia, że nie ma ochoty na pogaduszki, ani zresztą na nic, amant zamówił u stewarda jakiś napój, potem drugi, a jeszcze potem zachrapał, co pani Kasia przyjęła z ulgą. Teraz jednak był wyraźnie wyspany.

– Mój mąż – syknęła. – Wybitny architekt. Władze Gdyni poprosiły go o konsultacje w bardzo ważnej sprawie i niepokoję się, czy aby na pewno zdążył na pociąg.

– Jak taki wybitny – powiedział amant – to powinien samolotem polecieć. I to własnym!

Rzuciła mu spojrzenie, które sprawiło, że odwrócił się i zaczął zagadywać pasażerkę siedzącą po swojej prawej stronie. Mama odetchnęła z ulgą. Nie na długo jednak.

– Drodzy państwo, tu kapitan – odezwały się głośniki nad ich głowami. – Proszę o uwagę. Otrzymaliśmy informację, że ze względu na bardzo trudne warunki atmosferyczne musimy zawrócić do Dubaju i poczekać tam na wypogodzenie. Wiem, że to niedogodność, ale bezpieczeństwo jest jednak najważniejsze…

Dalsza część komunikatu utonęła w tumulcie rozemocjonowanych głosów; pasażerowie kręcili głowami, zerkali na zegarki, zaczepiali stewardów i stewardesy, sprawdzali kurs samolotu na podręcznych ekranach, a ci, którzy siedzieli przy oknach, przysunęli twarze do zamazanych deszczem szyb i próbowali coś wypatrzeć w ponurej szarówce na zewnątrz. Pani Kasia także. Miała wrażenie, że gdzieś daleko, w nagłym rozbłysku zbliżającej się burzy, widzi coś dziwnego – coś, co gna przez niebo niczym pocisk, ale jest ogromne jak dziesięciopiętrowy blok.

Głośniki znowu zaskrzeczały.

– Proszę państwa – w głosie kapitana dało się słyszeć z trudem powstrzymywane drżenie – nawet w naszych czasach niektóre zjawiska atmosferyczne wyglądają zagadkowo. Ale, podkreślam, to są wciąż zjawiska atmosferyczne. Od lotniska w Dubaju dzieli nas już krótki dystans i wylądujemy, zanim dotrze do nas widoczny z daleka huragan…

– Huragan? – Przez głośnik dał się słyszeć sceptyczny głos pierwszego oficera. – Jak dla mnie to raczej jakiś… nie wiem… latający magazyn? Albo statek kosmiczny?

– Cii, daj spok… – Połączenie z kabiną pilotów urwało się raptownie.

– Mam na imię Kasia – szepnęła pani Kasia, zaciskając powieki. – Mówią na mnie Złośnica. Jestem mamą cudownej dziewięcioletniej córeczki, Marianny, i cudownego ośmioletniego synka, Maurycego. Jestem też żoną najwspanialszego faceta na świecie, Jarka. Mam dobre życie i arcyciekawą pracę. Więc to wszystko chyba nie może ot tak się skończyć?

Otworzyła oczy i potoczyła wokół bezradnym wzrokiem. Odnosiła dziwne, absurdalne wrażenie, że występuje w książce dla dzieci… dopóki nie spojrzała w prawo.

– A ja jestem Stan – wyszeptał znowu zwrócony w jej stronę amant z wyleniałą kitką. Jego łysa głowa wyglądała trochę jak niedopompowany balon ze zwisającym smętnie przetartym sznurkiem. – Stanisław, ale wolę Stan. Jak Stan Borys, znasz?

Pokręciła głową.

– Nieważne. Teraz ważne jest co innego. Wiesz co?

Znowu zaprzeczyła.

– Że… – Zniżył głos i przybliżył twarz do jej twarzy. – Że może to ostatnia okazja na romantyczne przeżycia, nim skończy się świat…

– Stan… – szepnęła.

– Tak?…

– Chcesz być stanem kryzysowym?

– Słucham?

– Jeśli nie przestaniesz – uśmiechnęła się najsłodziej, jak tylko to było możliwe – to wylądujesz w Dubaju w stanie przedzawałowym!

Obraził się, wyprostował i odwrócił wzrok.

Sygnalizatory nad siedzeniami zamigotały, nakazując złożyć stoliki, wyłączyć urządzenia elektroniczne i zapiąć pasy.

Samolot rozpoczął procedurę lądowania.

Ze względu na zawirowania atmosferyczno-czasowe procedura ta potrwa kilka rozdziałów, czy też – licząc inaczej – kilka godzin, a nawet dni (na szczęście pasażerowie nie będą zdawali sobie z tego sprawy).

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Grzegorz Kasdepke Lufcik

© by Grzegorz Kasdepke © by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje: Joanna Rusinek Korekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie elektroniczne I, Łódź 2026 ISBN 978-83-8208-732-1

Wydawnictwo Literatura

91-334 Łódź, ul. Srebrna [email protected]. (42) 630-23-81 www.wydawnictwoliteratura.pl

Plik przygotował Woblink

woblink.com

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Karta redakcyjna

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie