Mam prawo - Grzegorz Kasdepke - ebook + książka

Mam prawo ebook

Grzegorz Kasdepke

4,4

Opis

Nie znajdziecie tu podniosłych słów czy atmosfery sali sądowej. U Grzegorza Kasdepke o prawach dziecka dyskutują... dzieciaki! Tematy podsuwa szkolna rzeczywistość, a rowiązań szukają sami uczniowie podczas prób do szkolnego przedstawienia. Gadają o wszystkim - szybko, prosto, z żartem i ciętą ripostą. Samodzielnie odkrywają, że Konwencja Praw Dziecka jest naprawdę o nich i dla nich.

Jestem głęboko przekonany, że opisane w książce codzienne perypetie szkolnego kółka teatralnego Konewka będą dobrym pretekstem do szerokiej dyskusji na temat praw dziecka. Wierzę, że nowe wydanie książki zagości w domowych i szkolnych biblioteczkach, a historie "z życia wzięte" i bohaterowie, z którymi najmłodsi mogą się utożsamiać, staną się wspaniałym źródłem wiedzy o prawach dziecka.

Marek Michalak

Rzecznik Praw Dziecka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 98

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (27 ocen)
15
9
3
0
0

Popularność




Grzegorz Kasdepke

Mam prawo!

czyli nieomal wszystko,

co powinniście wiedzieć o prawach dziecka,

a nie macie kogo zapytać!

© by Grzegorz Kasdepke

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka, layout i ilustracje:

Tomasz Kozłowski

Korekta:

Aneta Kunowska, Joanna Pijewska

Wydanie IV

drugie w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-7672-484-3

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2020

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

[email protected]

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Dziękuję mojemu synowi, Kacprowi, za to, że potrafi rozśmieszyć mnie nieomal zawsze i wszędzie, oraz pani Elżbecie Czyż z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka za to, że wylała mi na głowę kubeł zimnej wody i wskazała w książce liczne błędy i niedoskonałości.

Gdy zabierałem się przed laty do pisania Mam prawo, wiedziałem jedno: to nie będzie podręcznik, lecz zabawne czytadło – książka, po którą chętnie sięgną dzieci. O dziwo wcześniej nikt na to nie wpadł. Wprawdzie ukazywały się poważne publikacje dotyczące Konwencji o prawach dziecka, wszystkie jednak były kierowane do dorosłych. Dzisiaj, dekadę później, wchodząc do pierwszej lepszej księgarni, mam nielichą satysfakcję – Mam prawo zainspirowało wielu autorów do pisania o tym ważnym temacie. I bardzo dobrze. Uprzedzam jednak potencjalnych naśladowców, że prawa dziecka wciąż wzbudzają kontrowersje. Pamiętam lamenty – obecne także na łamach pewnego dziennika – że Kasdepke, zamiast o obowiązkach, bałamuci dzieci wiedzą o „niepotrzebnej konwencji” (sic!). Chwała Bogu, utonęły w morzu pozytywnych recenzji. Książka podoba się nie tylko dzieciom, ale i dorosłym, również nauczycielom – którzy traktują ją jako pretekst do rozmawiania o istotnych sprawach. Czytaj-my więc, śmiejmy się i rozmawiajmy – wszystkim to wyjdzie na zdrowie.

Ach, i jeszcze jedno! Większość bohaterów Mam prawo to autentyczne postaci. Także Barył, jeden z najsympatyczniejszych i najokrąglejszych kolegów mego syna. Ani w książce, ani w życiu nikt go nie wyśmiewał – swój pseudonim nosił z dumą godną Supermana. Słusznie. Był i jest pewnym siebie, radosnym i wartościowym młodym człowiekiem. Wspomniałem mu kiedyś, że pewien naindyczony bloger zażądał, abym w kolejnym wydaniu Mam prawo odchudził go i zmienił mu przezwisko. „Mam nadzieję, że pan tego nie zrobi?” – przestraszył się Barył. – „Chyba mam prawo być okrągły, no nie?”.

Pewnie, że masz prawo!

Grzegorz Kasdepke

książka ta nigdy by chyba nie powstała, gdyby nie mój syn, Kacper. Wprawdzie już dawno wymyśliłem, że trzeba ją napisać, ale co innego wymyślić, a co innego napisać, prawda? Wymyślanie jest przyjemne, a od pisania to tylko palce bolą.

– Palce bolą? – śmieje się Kacper. – Przyznaj, że po prostu nie wiedziałeś, jak to zrobić.

Nieprawda, wiedziałem!

Miałem taki oto pomysł: zamiast tłumaczyć, co to są prawa dziecka, napiszę o każdym z nich króciutkie opowiadanie. Miejscem akcji będzie plac zabaw, a bohaterami – grupa przedszkolaków.

Pojawił się jednak problem – nim skończyłem piąte opowiadanie, Kacper skończył przedszkole.

– Lepiej napisz o szkole – doradził. – Żaden uczeń nie zechce czytać o przedszkolakach.

– Dlaczego?! To będą zabawne opowiadania!

– Zabawne?! – zasapał Kacper. – Stroisz sobie żarty z praw dziecka?!

Wytłumaczyłem, że nie stroję żartów z praw dziecka, tylko chcę je zabawnie opisać, a to nie to samo. Był jednak pewien problem – jak pisać o prawach dzieci, żeby jednocześnie nie przestraszyć dorosłych?

– Przestraszyć dorosłych?! – osłupiał Kacper.

– No tak – westchnąłem. – Niektórzy twierdzą, że dzieci są teraz zbyt rozwydrzone. I że trzeba więcej mówić o obowiązkach niż prawach.

– Eee… – skrzywił się Kacper.

– No wiesz… – chrząknąłem. – Może i coś w tym jest. Ale obowiązki to jedno, a prawa to zupełnie co innego.

A potem zacząłem tłumaczyć gorączkowo, że prawa dziecka w żaden sposób nie godzą w autorytet rodziców, opiekunów czy nauczycieli. Przeciwnie – prawa dziecka stoją po ich stronie! Bo mówią, że – dajmy na to – tylko rodzice mogą decydować, w co dziecko będzie wierzyło, a nie państwo, w którym to dziecko mieszka. I tak dalej.

– Rozumiesz? – zapytałem podekscytowany.

– Mniej więcej – burknął Kacper. – Mam nadzieję, że to szczegółowo opiszesz.

Ba, ale jak?!

Na szczęście pomysł podsunęło mi wkrótce samo życie.

– Co tam w szkole? – zapytałem kiedyś Kacpra.

– Fajnie – odpowiedział. – Zapisałem się do kółka teatralnego. Robimy przedstawienie o prawach dziecka.

– Naprawdę? – zastrzygłem uszami. – Opowiesz?

– Na razie nie ma o czym – wyznał Kacper. – Chyba że o próbach.

I tak się zaczęło. Kacper opowiadał o kółku teatralnym, a ja wszystko skrzętnie notowałem. Próba po próbie. Tydzień po tygodniu. Miesiąc po miesiącu.

Jakiś czas potem okazało się, że napisałem książkę.

Grzegorz Kasdepke

Akcja K.O.T.

Nie każdy lubi teatr, ale też nie każdy jest na tyle szybki, aby uciec przed panią Elą. Mimo emerytalnego wieku i mocno zaokrąglonej figury, pani Ela podczas długiej przerwy sprawnie wyłapała kilkunastu najgłośniejszych osobników – i w ten właśnie sposób powstało szkolne koło teatralne.

– Muszę? – jęknął Barył z piątej klasy, wychodząc zza donicy z palmą. Wyglądał przy tym na tak zrozpaczonego, że trudno było nie podziwiać jego aktorskich talentów.

– Dziecko, nie musisz – zapewniła pani Ela, wlewając w serce Baryła odrobinę otuchy. – Ty chcesz! Tylko na razie nie zdajesz sobie z tego sprawy.

Baryłowi zrzedła mina, przez co wyglądał bardziej baryłkowato niż zwykle, ale widząc determinację na twarzy pani Eli, chwilowo zrezygnował z protestów. Nie mógł jednak nie wyrazić oburzenia z innego powodu.

– Dzieci to są w zerówce – zasapał. – A ja jestem wyższy nawet od pana wuefisty!

– Raczej cięższy – sprostowała pani Ela. – Poza tym wzrost o niczym nie świadczy.

Kolejny wielbiciel teatru ukrył się za marmurowym popiersiem Janusza Korczaka, patrona szkoły.

– Widzę cię – zaświergotała pani Ela.

– Mnie? – upewnił się Kornel z IVd.

– Czy mnie? – chciał wiedzieć jego przyjaciel, Kacper.

– Teraz widzę was obydwu – oznajmiła pani Ela. – Wychodźcie, dzieciaki.

Kornel i Kacper zamarli z oburzenia. „Dzieciaki”!

Skompletowanie reszty teatralnej ekipy przebiegło bez niespodzianek. Pani Ela, znająca szkolny budynek od prawie trzydziestu lat, doskonale wiedziała, gdzie należy szukać najbardziej uzdolnionych aktorów. Część z nich zawisła w szatni, udając kurtki i inne wierzchnie okrycia. Część zastygła w bezruchu, licząc na to, że zostaną wzięci za rzeźby. Niektórzy symulowali atak wyrostka robaczkowego. Inni udawali, że kompletnie nic nie słyszą. Byli i tacy, którzy z braku lepszego pomysłu schowali się w toalecie – ale nie przewidzieli, że może ich stamtąd wypłoszyć pan Stasio, chuderlawy ochroniarz. Tak czy siak, już dziesięć minut po rozpoczęciu akcji KOT (Kompletowanie Obsady Teatralnej) świetlica, w której miała odbyć się pierwsza próba, była pełna zrezygnowanych uczniów.

– Przede wszystkim chciałam wam pogratulować – zaczęła pani Ela. – Umykając przede mną, wykazaliście się pomysłowością, a wielu z was także prawdziwie aktorskim talentem.

– Dziękujemy – powiedział Alek, przypomniawszy sobie, że jest przecież prymusem.

– To ja wam dziękuję – odpowiedziała pani Ela. – Oszczędziliście mi sporo pracy. Zamierzałam przeprowadzić eliminacje, żeby sprawdzić, kto z was nadaje się do kółka teatralnego, a kto nie, ale widzę, że wszyscy się nadajecie.

Jęk, jaki towarzyszył jej ostatnim słowom, z trudem można było uznać za objaw radości.

– A dziewczyny? – zapytał Janek, zwany potocznie Don Juankiem. – Teatr bez aktorek?

– Aktorki zwykle same przychodzą – zapewniła go pani Ela. – To aktorów trzeba doprowadzać siłą.

Jakby na potwierdzenie tej starej prawdy drzwi świetlicy otworzyły się i do środka wkroczyło stadko chichoczących dziewczyn.

– A może ja nie chcę być aktorem?! – zbuntował się Barył.

Pani Ela spojrzała na niego zdziwiona.

– A nie chcesz? – zapytała.

– Nie powiedziałem, że nie chcę – zmieszał się Barył. – Gdybym jednak nie chciał, to co?

– To nic – wzruszyła ramionami pani Ela. – Kto nie chce, w każdej chwili może iść do klasy.

Zgromadzeni w świetlicy kandydaci na aktorów zaczęli spoglądać po sobie niepewnie. Iść do klasy? Tak po prostu? Mogą sobie wstać i wyjść?

– Możecie sobie wstać i wyjść – potwierdziła pani Ela. – Pozostałych informuję, że pan dyrektor zgodził się zwolnić was z dwóch ostatnich lekcji.

Świetlicę wypełniły radosne wrzaski.

– Poza tym obiecał zamówić nam pizzę – dodała pani Ela. – Na dobry początek.

Na twarzy Baryła odmalowała się wyraźna rozterka. Nim jednak zdążył coś powiedzieć, do świetlicy zajrzał wyraźnie zaniepokojony pan Stasio, ochroniarz.

– Wszystko w porządku? – zapytał panią Elę. – Słyszałem jakieś wrzaski.

– Mamy próbę teatralną – uspokoił go Barył. – Jak przyjedzie pizza, będzie ciszej.

– Pizza? – pan Stasio oblizał się łakomie. – Nie potrzebujecie więcej aktorów?

– To jest teatr tylko dla dzieci – zastrzegł Barył.

– Właśnie – poparł go Don Juanek.

– Czyli jestem już za stary? – pan Stasio spojrzał pytająco na panią Elę.

– A dawno pan skończył osiemnaście lat?

– Niedawno – zapewnił pan Stasio. – Jakieś trzydzieści lat temu.

– No to od trzydziestu lat nie jest pan dzieckiem.

Zapadła cisza.

Pan Stasio westchnął.

– Właściwie aktorów nam nie brakuje – odezwała się w końcu pani Ela. – Za to nie mamy jeszcze ani jednego widza… może pan się zgodzi?

– Bardzo chętnie – ucieszył się pan Stasio. – A z czym będzie pizza?

– Dzieci zdecydują – odpowiedziała pani Ela.

– Tylko nie „dzieci”! – usiłował protestować Kornel.

Na szczęście Kacper w porę go uciszył.

Teatr Konewka

Obawy Kacpra, że druga próba szkolnego koła teatralnego nie będzie już tak ciekawa jak pierwsza, okazały się, na szczęście, płonne – zaraz na jej początku doszło do potężnej awantury i wszyscy byli zadowoleni.

– Co to za nazwa „Szkolne koło teatralne”?! – zabulgotał Barył. – Powinniśmy nazywać się jakoś nowocześniej!

– „Koło” pasuje do twego brzucha – odezwała się złośliwa Dorotka, zwana Szpilą. – Chyba że wolisz „Szkolny balon teatralny”.

Barył poczerwieniał z gniewu – nim zdążył jednak coś powiedzieć, ubiegła go pani Ela.

– Dzieciaki, tylko bez złośliwostek, proszę! – zawołała. – Jeżeli macie jakiś pomysł na nazwę, to słucham.

– „Brzuchomówcy” – pisnęła Szpila, zerkając na Baryła.

– „Półmózgi” – warknął Barył, zerkając na Szpilę.

Pani Ela zgromiła ich wzrokiem.

– „Teatr na szóstkę” – zaproponował Alek, poprawiając swoją odznakę wzorowego ucznia.

– „Wybrańcy Bogów” – rzuciła artystycznie potargana Wiola.

– A może by tak… sympatyczniej? – Urszulka rozejrzała się niepewnie. – Na przykład „Teatr Stokrotka”?

– Trzymajcie mnie! – Barył złapał się za głowę. – To może od razu nazwijmy się „Krasnale”?!

– Albo „Skrzaty”! – wtrącił podekscytowany Jaś z pierwszej klasy.

Barył popatrzył na niego ciężkim wzrokiem.

– Uprzedzam – wycedził po chwili – nie wezmę udziału w niczym, co może mnie skompromitować.

Pani Ela westchnęła, zerkając dyskretnie na zegarek. Pierwszą próbę zdominowały kłótnie o to, która pizza jest najlepsza. Drugą – kłótnie o nazwę zespołu. Ciekawe, na której próbie dojdzie wreszcie do kłótni o repertuar.

Jej niewesołe rozmyślania przerwało głośne pukanie do drzwi. Wszyscy zawiśli wzrokiem na poruszającej się klamce.

– Może to znowu dostawca pizzy? – Barył popatrzył z nadzieją na panią Elę.

Ale to nie był dostawca pizzy – w drzwiach świetlicy ukazał się lekko zmieszany Tuan z IIIa.

– Mogą być i sajgonki… – wymamrotał Barył, przełykając odruchowo ślinę.

– Słucham? – Tuan popatrzył na niego ze zdumieniem.

– Lub kurczak w sosie słodko-kwaśnym – Barył przymknął oczy, oblizując się łapczywie. – A na deser banan w gorącej czekoladzie! Twój tata będzie sponsorował nasz teatr?

Osłupiały Tuan powiódł wzrokiem po świetlicy.

– Czyli to jest jednak próba teatru, tak? – zapytał. – Teatru Konewka?

– „Konewka”?! – Tym razem osłupieli wszyscy, włącznie z panią Elą.

– No co? Kacper mówił, że „Konewka” – wyjaśnił Tuan. – Chciałem się zapisać. Prawda, Kacper?

Zaczerwieniony Kacper wstał i poprawił fryzurę; odkąd zapuścił włosy, większość czasu spędzał na odgarnianiu ich z twarzy.

– Mała pomyłka… – chrząknął zakłopotany. – Zresztą wszystko przez mojego tatę. Powiedziałem mu o naszym teatrze, a tata zaraz wymyślił, żebyśmy zrobili przedstawienie o prawach dziecka. I zaczął opowiadać o konewce. A potem graliśmy z Tuanem w piłkę i opowiadałem i o teatrze, i o konewce, i chyba się Tuanowi pomieszało.

– O konewce czy o konwencji? – pani Ela parsknęła śmiechem. – Podejrzewam, że twój tata miał na myśli Konwencję o prawach dziecka. To taki dokument, który mówi o tym, że dzieci mają wiele różnych praw. A swoją drogą pomysł, żeby zrobić o nich sztukę, jest całkiem, całkiem…

Alek spojrzał z politowaniem na Kacpra i Tuana, a potem przybrał minę, która miała dać wszystkim do zrozumienia, że on, owszem, wie, co to jest Konwencja o prawach dziecka.