Wydawca: Sine Qua Non Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 405 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ludzie znikąd - Michael Calvin

Fascynujące spojrzenie na pracę skautów piłkarskich!

Talent Wilshere’a odkryty przez skauta Arsenalu, występującego przypadkowo w roli… sędziego. Wyścig o podpis Sterlinga między Chelsea, Liverpoolem a Manchesterem City. Joe Hart odpuszczony przez Tottenham i adnotacja do występu młodziutkiego Henry’ego: „Tym strzałem prawie zabił gołębia”.

Witaj w ukrytym świecie futbolu. Skauci są wszędzie, ale mimo że podejmują decyzje warte miliony, zawsze pozostają w cieniu. Dowiedz się, jak pracują. Przeczytaj, jak wyławiają najbardziej utalentowanych zawodników. Zobacz, jak naprawdę wygląda ich życie.

Michael Calvin przemierzył Wielką Brytanię wzdłuż i wszerz. Rozmawiał z byłymi nauczycielami, listonoszami, a nawet taksówkarzami, którzy postanowili wieść życie „ludzi znikąd”. I spędzić wiele długich, samotnych godzin w poszukiwaniu piłkarskich talentów.

Książka nagrodzona tytułem Sportowej Książki Roku 2014 w Wielkiej Brytanii.

***

Książka, którą musisz przeczytać.
„The Times”

Ta książka oferuje unikalną perspektywę, która pozwala poznać i zrozumieć system rekrutacji piłkarzy. Z jednej strony pełna jest anegdot i zakulisowych opowieści, które kibice kochają, z drugiej pokazuje pracę skautów piłkarskich w niespotykany dotąd sposób: jako zwykłą, żmudną i ciężką, choć bez wątpienia potrzebną.
Tomasz Pasieczny, skaut Arsenalu

Zastanawialiście się czasem, skąd się biorą piłkarskie gwiazdy? Ile w tym szczęścia, ile ciężkiej pracy, a ile… przypadku? Jak w ogóle wygląda wygładzany nieustannie przez speców od marketingu świat futbolu za kulisami? Oto opowieść o brudnej futbolowej wojnie prowadzonej przez „ludzi znikąd” i opowiedzianej przez dziennikarza tak dobrego, że gdyby był piłkarzem, dostałby angaż w jakimś Realu czy Barcelonie. Oczywiście pod warunkiem, że wcześniej dostrzegłby go skaut i że ten skaut zostałby jeszcze wysłuchany.
Michał Okoński, twórca bloga Futbol jest okrutny i autor książki pod tym tytułem

Michael Calvin swoją książką potwierdził, że jak nikt potrafi przedstawić specyficzną część środowiska piłkarskiego. Dzięki lekturze poznacie charakterystykę pracy skautów, ich problemy, ale też drogę ku przyszłości. Warto, by zauważono i zainspirowano się nią również w polskim futbolu.
Michał Zachodny, Łączy Nas Piłka

Przecież to jest nienormalne. Jedziesz setki kilometrów do zapyziałej dziury, żeby na obdrapanym stadionie zobaczyć grę nieudaczników, z których jeden na sto tysięcy ma szansę zostać piłkarzem. I ten moment, kiedy zdajesz sobie sprawę z tego, że to rozumiesz…
Radosław Rzeźnikiewicz, Kartofliska.pl

BIOGRAM

Michael Calvin – jest jednym z najlepszych brytyjskich dziennikarzy piszących o sporcie. Jego teksty goszczą na łamach „Daily Telegraph”, „The Times”, „The Mail on Sunday” i „Independent on Sunday”. Pracował w ponad 80 krajach, skąd relacjonował najważniejsze sportowe wydarzenia, w tym siedem igrzysk olimpijskich i sześć finałów piłkarskich mistrzostw świata. Nagrodzony tytułem Sportowego Dziennikarza Roku za depesze, które pisał, będąc członkiem załogi jachtu biorącego udział w wyścigu dookoła świata. Dwukrotnie okrzyknięty Sportowym Reporterem Roku.

Jego książka Ludzie znikąd została nagrodzona w 2014 roku tytułem Sportowej Książki Roku dziennika „The Times”. Calvin stał się pierwszym autorem, który otrzymał tytuł ponownie – rok później wygrał plebiscyt za biografię napisaną z rugbistą Garethem Thomasem.

W 2015 roku druga książka z jego futbolowej trylogii, Living on the Volcano, która pokazuje, jak wielkiej presji poddawani są menedżerowie, została nominowana w plebiscycie William Hill Sports Book of the Year. Z kolei wspomnienia Joeya Bartona No Nonsense, które współtworzył, dwa lata później obwołano Sportową Autobiografią Roku w Wielkiej Brytanii. Jego najnowsze dzieło, No Hunger in Paradise, w którym opisuje młodzieżową piłkę nożną, stało się natychmiast bestsellerem „Sunday Timesa”.

Opinie o ebooku Ludzie znikąd - Michael Calvin

Fragment ebooka Ludzie znikąd - Michael Calvin

Moim ‌dzieciom – Nicholasowi, Aaronowi, ‌Williamowi i Lydii. ‌Podążajcie za ‌swoimi marzeniami.

PODZIĘKOWANIA

Skauci są ‌zawsze na ‌służbie. Właśnie skończyłem rozmowę ‌telefoniczną ‌z Melem Johnsonem. ‌Wspomniałem, ‌że ‌wybieram się ‌na ‌ostatni mecz na ‌Underhill, specyficznym stadioniku, na ‌którym ‌od ‌106 lat występowała drużyna ‌Barnet.

– Ach – zreflektował się. – ‌Może ‌mi pan ‌wyświadczyć ‌przysługę. Grają ‌z Wycombe. Opowie mi pan, ‌jak się spisał ich ‌bramkarz? Chłopak ‌nazwiskiem Ingram. ‌Ma ‌18 lat, ‌jakieś ‌190 centymetrów ‌wzrostu, rozegrał ‌może ‌pół tuzina meczów. ‌Słyszę o nim dobre ‌rzeczy. ‌Spróbuję go obejrzeć ‌w ostatniej ‌kolejce sezonu.

Tak się ‌złożyło, że wcześniej rozmawiałem ‌z Johnem ‌Griffinem. Powiedział mi, ‌że ‌Peter Taylor, selekcjoner ‌reprezentacji Anglii ‌do lat 20, obserwuje ‌Charlesa Dunne’a, bocznego obrońcę ‌Wycombe, i rozpływał się nad ‌potencjałem Matta ‌Ingrama.

– Oddaliśmy ‌go na ‌osiem miesięcy ‌do Oxford City, a w pierwszej ‌drużynie jest ‌dopiero ‌od sześciu tygodni, ale ‌go ‌stracimy – powiedział. – ‌Już teraz szperam ‌gdzie ‌się da, szukając następcy.

Mel ‌Johnson to „najmilszy człowiek ‌w piłce”, jak ‌powiedziała Caroline ‌Shea, asystentka ostatnich ‌34 menedżerów Queens Park ‌Rangers, zaprosiwszy ‌mnie na filiżankę ‌herbaty przed jednym z niezliczonych ‌wywiadów, które przeprowadziłem ‌na ‌potrzeby tej książki. Griffin ‌niewiele mu ‌ustępuje, lecz ‌mówiąc szczerze, niewielu skautów ‌nie ‌polubiłem. Dziękuję ‌wszystkim, którzy obdarzyli mnie czasem i zaufaniem. Wiele zawdzięczam zwłaszcza Jamiemu Johnsonowi, synowi Mela, bo to on podsunął mi pomysł tej książki, gdy gawędziliśmy w gabinecie menedżera Millwall. Mam nadzieję, że przebija przez nią mój szacunek dla ich fachu oraz moje zainteresowanie sprawami, które wiążą się luźno z procesem sprowadzania piłkarzy.

Nie czytalibyście tego, gdyby nie wsparcie, jakie otrzymałem od Bena Dunna. Cenię jego mądrość i przezorność, a nieczęsto można spotkać te cechy u kibica West Hamu. Jego zespół w wydawnictwie Century jest na miarę Ligi Mistrzów. Wielkie dzięki dla Julii Twaites, Beli Cunha, Glenna O’Neilla oraz Natalie Higgins. Porady prawne Duncana Calowa były nieocenione. Mój agent literacki, Paul Moreton, również mocno mnie wspierał.

Na pewnym etapie pracy nad książką przytłoczył mnie ogrom zebranego materiału. Wtedy na scenę, z lewej strony, wkroczył mój anioł stróż, Caroline Flatley. Moja była asystentka w Angielskim Instytucie Sportu właśnie opuszczała BBC, aby dołączyć do władz Brytyjskiego Związku Kolarskiego, znalazła wszakże czas, aby spisać ostatnie 27 godzin wywiadów. To dziewczę z północy próbowało rozszyfrować bristolski szwargot Gary’ego Penrice’a – trudno o większy szok kulturowy.

Wycofałem się do kornwalijskiej wioski Nancledra oraz wiejskiej chatki Smithy’ego, aby nadać kształt początkowym rozdziałom. Dziękuję Margaret i Markowi Taylorom, że tolerowali tego nieogolonego pustelnika, którego zegar biologiczny wysiadł. Dlatego też muszę nade wszystko wspomnieć o wsparciu ze strony rodziny. Nie pojmuję, jakim cudem moja żona, Lynn, wytrzymała ze mną, gdy pomysł tej książki dojrzewał. W szale pisania przyprawiłem ją o więcej bezsennych nocy niż którekolwiek z naszych dzieci, a więc Nicholas, Aaron, William i Lydia.

Obiecuję, że więcej wam tego nie zrobię, aż do następnego razu.

Michael Calvin, kwiecień 2013 

ROZDZIAŁ 1 INICJACJA

Mel Johnson wziął herbatę, bez mleka i cukru, i usiadł plecami do ściany, przy okrągłym stole stojącym najbliżej drzwi. Jego oczy biegały szybko i bez ustanku – szacował ryzyko. Był przyjazny i uważny, ale w pomieszczeniu na pierwszym piętrze siedziby klubu Staines Town znajdowało się 83 innych skautów. Jego praca polegała na tym, żeby wiedzieć, nad czym pracują.

Szeroki, kpiący uśmiech. Zauważył, że Pete Oszukaniec siedzi samotnie, mocując się z leżącym na talerzu kawałkiem kurczaka. Billy Bufet pałaszował frytki z ryżem i pastą curry, która miała kolor i konsystencję roztopionego karmelu. Ajatollah knuł coś ze swoimi zwolennikami, którzy otoczyli go zwartą grupą, a ich zgodne spojrzenia sugerowały, o czym mowa i dokąd zmierza dyskusja.

Agenci krążyli po sali w poszukiwaniu zwykłych plotek i poufnych informacji, którymi można by się potem wymienić. W jednym z nich, z wyglądu niewyróżniającym się niczym oprócz liliowego swetra z golfem, Johnson rozpoznał Billy’ego Jenningsa, byłego napastnika, który pomógł West Hamowi zdobyć w 1975 roku Puchar Anglii. Farbowana blond fryzura typu „krótko z przodu, długo z tyłu”, znana mi ze zdjęć, które wklejałem jako uczeń do albumu, zmniejszyła się do półkola wokół uszu, niczym u mnicha.

Prym wiedli wysłannicy futbolu reprezentacyjnego, jak Brian Eastick, trener ze sztabu reprezentacji Anglii do lat 20, czy Mark Wotte, dyrektor ds. szkolenia w szkockiej federacji. Pomieszczenie szumiało od spekulacji i ostrożnych rozmów. Przypominało to punkt zakładów bukmacherskich przy bocznej uliczce w jakimś mieście. Mężczyźni, przeważnie w średnim wieku i czujni jak jeden mąż, mieli blade oblicza świadczące o tym, że zaliczyli zbyt wiele takich zimowych wieczorów spędzonych w drodze.

Wprosiłem się do ich świata, miejsca światła i cienia. Byli Ludźmi Znikąd – jak ich nazwałem – wszechobecnymi, a jednak bezimiennymi, członkami ukrytego plemienia futbolu. Starszyzna, do której należał Johnson, odpracowała swoje w największych klubach. Nowicjuszom płacono 25 pensów za kilometr, a ich opinie wpływały na decyzje dotyczące graczy wartych 10 milionów funtów albo więcej. Wszystkim zagrażała technologia oraz nowa religia – analityka.

Tacy ludzie zajmują poczesne miejsce w mitologii współczesnej piłki. W zawodowej hierarchii nie stoją może wysoko, ale posiadają moc spełniania marzeń. Nie istnieje podręcznik, do którego mogliby się stosować, ani dyplom, który mogliby otrzymać za znajomość alchemicznej formuły stworzenia klasowego piłkarza. Studiują zawodników w sposób intymny, wnikliwy i wysoce indywidualny. Muszą rozważyć niuanse charakteru i wyuczone umiejętności piłkarza, a następnie dopasować to wszystko do profilu i wewnętrznej kultury klubu, którego są przedstawicielami.

Wszyscy wiedzą, co robią skauci, jednakże nikt tak naprawdę nie rozumie, dlaczego to robią, i nikt nie wie, kim są. Ich anonimowość jest czymś niespotykanym we współczesnym futbolu, tej krzykliwej globalnej karuzeli, która skłania do tego, aby analizować ją na jej własnych, lukratywnych zasadach. Skauci dostarczają gwiazd, a zarazem pozostają oporni wobec tego systemu. W najlepszym wypadku są niewyraźnymi postaciami, osądzanymi na podstawie mylnych wrażeń, jak golfowi wózkarze, o których mawiano, że solidnie popijają, a nocują w żywopłotach. Stanowią zamknięty zakon, raczej wskutek okoliczności niż z powodu własnej filozofii.

Każdy, kto kiedykolwiek stał, drżąc z zimna, przy bocznej linii boiska, albo siedział, krzycząc, w ostatnich rzędach na trybunie, myśli, że potrafi wykonać ich pracę. Czy przeciętny kibic futbolu zdecydowałby się na tak chaotyczny styl życia, to zupełnie inna sprawa. Bycie opłacanym za oglądanie do 10 meczów w tygodniu to może coś, o czym fantazjuje czwartoklasista, umierając z nudów na popołudniowej lekcji algebry, w rzeczywistości jednak praca się dłuży, a rodzina kręci nosem. Skauci posilają się w biegu, żyją w nerwach, a dostają, względnie licząc, grosze.

Jakby na przekór temu, postanowiłem się im przyjrzeć i „przeżyć to sam”, ponieważ wierzyłem, że ich rola jest w istocie romantyczna. Podczas roku z okładem, jaki spędziłem w trasie, urzekło mnie to, co składa się na proces piłkarskiego odkrycia. Widziałem chłopców, których boiskowa dojrzałość wprawiała w osłupienie, oraz młodzieńców potrafiących skorzystać – w lepszych okolicznościach – z drugiej szansy i zabłysnąć. Byłem przy tym, gdy nasiona wrodzonego talentu zaczynały kiełkować; to może się zdarzyć w parku albo na amatorskim klepisku. Może ten kwiat zakwitnie na stadionach świata, ale przyzywa jedynie tych, którzy rozumieją jego potencjał.

Skauci są nigdzie i wszędzie. Są rywalami, ale pozostają w bliskich relacjach. Pokazali mi lęki i dziwactwa tej nieco kazirodczej społeczności. Wydają surowe, czasem niemiłe sądy, wszakże trzeba pamiętać, że cały świat piłki obchodzi się brutalnie z tymi, którzy go tworzą. Co stanowi o odrębności skautów? Raz po raz przychodziła mi do głowy kwestia, którą wypowiada – grany przez Paula Newmana – Butch Cassidy w filmie Butch Cassidy i Sundance Kid: „Ja mam wizję, a reszta świata nosi okulary dwuogniskowe”.

W tamten środowy wieczór, 15 lutego 2012 roku, Chelsea podejmowała West Ham w trzeciej rundzie młodzieżowego Pucharu Anglii. Nastolatkowie, o których zabiegano, rozpieszczając ich, zanim weszli w dorosłość, nawykli do tego, że się im dogadza, choćby dowożąc na Wheatsheaf Road luksusowym autokarem pierwszej drużyny. Jeden za drugim z wystudiowaną obojętnością przemierzyli malutki parking, mijając obszerne okno sali gimnastycznej, za którym pracujący za niewolnicze pensje mieszkańcy przedmieścia mordowali się na ruchomych bieżniach.

Był to doniosły wieczór dla klubu z ligi Conference South, nawet jeśli jego patron, telewizyjny astrolog Russell Grant, nie mógł przybyć na mecz z powodu nieprzewidzianych okoliczności. Na pobliskich ulicach powstały korki, a kibice miejscowego klubu, zwani Staines Massive (co było do przewidzenia, bo tak nazywał się lokalny gang w filmie z Alim G), stawili się na stadionie w liczbie ponad 1500. Następnego wieczoru, podczas quizu połączonego ze zbiórką funduszy, miało niemal zabraknąć wystarczającej liczby uczestników.

Od zespołu Chelsea oczekiwano, że potwierdzi sens istnienia klubowej akademii, która pochłonęła ponad 60 milionów funtów, przez pierwsze osiem lat swojego istnienia nie dając pierwszej drużynie żadnego pewniaka do wyjściowej jedenastki. Jej roczny budżet wynosił osiem milionów funtów, a więc znacznie więcej niż budżety wielu zawodowych klubów spoza Premier League. W jednego gracza drużyny młodzieżowej, brazylijskiego napastnika Lucasa Piazóna, zainwestowano 10 milionów funtów. Działacze West Hamu wierzyli, nie chwaląc się tym zbytnio, że zdołają wychować nowe złote pokolenie, przepojone zasadami i wartościami, które w tym klubie hołubiono, nie było na to jednak żadnych gwarancji.

Dla niektórych występ w młodzieżowym Pucharze Anglii miał być największym osiągnięciem w karierze. W akademiach piłkarskich trenuje około 10 tysięcy chłopców. Mniej więcej jeden procent z nich będzie zarabiać na życie, grając w piłkę. Dwie trzecie graczy, którym w wieku 18 lat oferuje się zawodowy kontrakt, w wieku 21 lat znajduje się już poza profesjonalnym futbolem. Skauci przybyli po to, by niejako grzebać w odpadkach; ich zadaniem było skrzętnie wykorzystać fakt, że trener okazał się mało przewidujący albo działaczom zabrakło cierpliwości. Szukali oznak, śladów, że mają do czynienia z niedocenianymi talentami, które inni mogą przeoczyć.

Johnson, główny skaut Liverpoolu na południową Anglię, dokonywał ponownej oceny zawodników, którzy mieli potencjał, by się jeszcze rozwinąć. Jego syn Jamie, główny skaut Millwall, był jednym z wielu przedstawicieli zawodowych drużyn spoza Premier League, obserwujących kandydatów do długoterminowego wypożyczenia. Dean Austin, właśnie zatrudniony w niepełnym wymiarze przez Bolton Wanderers, poszukiwał młodzieńców, których można by z zyskiem odsprzedać.

Austin, dawny boczny obrońca Tottenhamu, lękał się o swoją przerwaną karierę trenerską, bo w sposób zaskakujący utknęła w martwym punkcie. Był menedżerem w Football Conference, półprofesjonalnych rozgrywkach, a w Southendzie łączył szkolenie z pozyskiwaniem piłkarzy, po czym został asystentem Brendana Rogersa w Watfordzie i Reading. Od czasu odejścia z Crystal Palace w maju 2011 roku szukał posady menedżera i był przygotowany, aby nadal bić głową w szklany sufit.

– To mój młody gniewny – określił go z sympatią Johnson.

– Po prostu kocham wychodzić na boisko treningowe – powiedział silnym, przekonującym głosem Austin.

Mark Anderson przybył prosto z kolejnej porannej zmiany na budowie, gdzie pełnił funkcję głównego kierownika. Piłka była jego odskocznią, a mitycznego ptaka – symbol Liverpoolu – nosił na pikowanej kurtce z dumą, mimo że skauci przeważnie unikają w pracy takich demonstracji. Był dumny, że pracuje dla tak wielkiego klubu jak Liverpool, jako skaut obserwujący młodzież, i biło od niego poczucie niespełnienia. On także usilnie pragnął odzyskać pełny etat w świecie futbolu.

Steve Gritt od niespełna roku pracował jako główny skaut drużyny Bournemouth. Podczas gdy Alan Curbishley, jego były partner w menedżerskim duecie, przechodził przez istny czyściec, jakim jest posada komentatora, on kontynuował karierę, prowadząc choćby Charlton, Brighton i Millwall. Ostatnio szefował akademii Charltonu, co mogło mu się przydać, niemniej nadal przeżywał szok kulturowy.

– Gdy razem z Curbsem zaczynałem karierę menedżera 20 lat temu, skautingiem zajmowali się właśnie menedżerowie – rzekł, ściągając sznurki obszytego futrem kaptura przy pikowanej kurtce. – Dzisiaj tak nie jest. Tak wielu ludzi zdaje się na opinie swoich skautów. To zabawne, bo płacą za błędy skautów. Szczerze mówiąc, ta praca trochę otworzyła mi oczy. Nawet menedżerowie tak naprawdę nie zdają sobie sprawy, co robią skauci, jak ciężko pracują. Oglądają mecze przy każdej pogodzie, o dowolnej porze. Nie docenia się ich tak, jak na to zasługują.

Skauci usadowili się, gdzie tylko mogli, na liczącej 300 miejsc siedzących głównej trybunie. Nie wybuchali śmiechem jak inni, gdy piłka znikała w sąsiadujących z boiskiem ogrodach. Byli ślepi na to, jak osobliwe jest otoczenie. Za jedną z bramek pełniły wartę ciasno obsadzone cyprysowce Leylanda, wiecznie zielone symbole angielskiej klasy średniej. Za drugą wznosiły się świeżo wybudowane domy, zgrabne i równe niczym bochenki chleba na piekarniczej półce, choć narażone na kontakt z piłką po niecelnych strzałach.

Podczas przestojów w grze Anderson zdawał mi relację z brudnej futbolowej wojny. Skautom przebijano opony w samochodach, gdy działacze jakiegoś małego klubu nabrali podejrzeń, że chce im się podprowadzić młodego zawodnika, i czuli się dotknięci, jak twierdzili, urzędową chciwością zespołów Premier League z ich Programem Szkolenia Wybitnych Piłkarzy (EPPP, Elite Player Performance Plan).

– Wokół jest dużo agresji – opowiadał. – Robi się paskudnie. Wiele klubów nie wpuszcza nas do siebie.

Plan, w myśl którego stworzono cztery kategorie klubowych akademii, opracowali przedstawiciele sześciu zespołów Premier League, w tym Arsenalu, Manchesteru United i Chelsea. Selekcja, można powiedzieć, dokonała się sama, skoro akademie pierwszej kategorii musiały mieć roczny budżet w wysokości 2,3 miliona funtów oraz zatrudniać co najmniej 18 pełnoetatowych pracowników. Bogatsze kluby zostały zwolnione z obowiązku ograniczenia się do graczy mieszkających nie dalej niż 90 minut drogi od siedziby akademii.

Nagą interesowność się wybacza, gdy na wybitnym 14-latku można zarobić nawet dwa miliony funtów. EP3, jak ów plan nazywa się w branży, został podobno narzucony siłą, ponieważ Premier League zagroziła zawodowym klubom z niższych lig, że jeśli go nie przyjmą, utracą tak zwaną dotację solidarnościową, która wynosi łącznie 5,4 miliona funtów. Opór tych ostatnich, choć zrozumiały, bo EP3 pozwala skautom podbierać nawet dziewięcioletnich chłopców za marne grosze, był daremny.

Można powiedzieć, że młodzi piłkarze figurują w jadłospisie, a ceny są ustalone. Zamiast płacić siedmiocyfrowe kwoty największe kluby muszą tylko uiścić trzy tysiące funtów za każdy rok spędzony przez nowo sprowadzonego zawodnika w akademii innego klubu, gdy miał on od 9 do 11 lat. Rekompensata za wyszkolenie gracza w wieku od 12 do 16 lat wynosi tylko 12 tysięcy funtów rocznie. Klubom Premier League, które przy łącznych dochodach w wysokości 2,3 miliarda funtów narobiły 361 milionów funtów długów, opłacało się przedstawić to anarchiczne rozwiązanie jako szansę.

Johnson, człowiek powściągliwy i działający według rytuału, zajął się swoją dokumentacją. Złożył kartkę formatu A4 na czworo i zapisał na niej nazwiska i numery piłkarzy oraz ustawienie drużyn, niebieskim i czerwonym atramentem. Później schowa ją, jak tysiące innych, w jednej z przeznaczonych do tego walizek, które trzyma w garażu. Czasem notował też w skrótowej formie swoje skojarzenia, dopisując obok jakiegoś nazwiska „przypomina X”. Tak na przykład Taylor Miles, który w 43. minucie zdobył wyrównującą bramkę dla West Hamu, został na wieczność zestawiony z Craigiem Bellamym. Wprawdzie nie wyglądał jak rozwścieczona tchórzofretka, ale również biegał za dwóch i miał podobny instynkt strzelecki.

Gdy Johnson się odzywał, odruchowo zasłaniał usta trzymanym w prawej ręce oficjalnym arkuszem ze składami, aby nie usłyszał go nikt obcy. Miał delikatny, ale stanowczy głos.

– W tej pracy człowiek jest zdany wyłącznie na siebie – wyjaśnił. – Można się poczuć bardzo samotnie. Tak naprawdę nie ma się przyjaciół, ma się znajomych wśród skautów, ale po prawdzie to nie są przyjaciele. To trochę tajemny świat. Próbujemy nie mówić sobie nawzajem, kogo obserwujemy, ale na ogół to całkiem oczywiste.

Jego uwagę zwróciło dwóch siedzących z tyłu młodzieńców, z których jeden był najwyraźniej pochłonięty swoim iPadem, a drugi wytrzeszczał oczy, wysyłając esemesa ze smartfona.

– Można poznać, że to agenci – mruknął z ledwo dostrzegalnym ruchem głowy. – To ci, którzy wciąż wiszą na telefonie. Wcale nie oglądają meczu. Oni są tu po to, żeby odwiedzać gabinety, wszystko widzieć i się pokazywać.

Jego synowi, Jamiemu, początkowo wpadł w oko John Swift, elegancki i smukły rozgrywający Chelsea. Umiejętnie szukał gry, mądrze podawał i był wystarczająco zaawansowany technicznie, by swobodnie operować piłką na małej przestrzeni.

– Młody gość, w typie Gary’ego Gardnera, tato – rzucił, mając na myśli innego nieopierzonego pomocnika, z Aston Villi.

– Dobry piłkarz, ale na poziomie akademii – padła odpowiedź. – Zadaj sobie pytanie: „Czy uratuje mi posadę, gdybym go zabrał do klubu z Championship albo League One?”. Nie. Przez niego tę posadę stracisz.

Swift natychmiast przestał się liczyć.

Starszy z mężczyzn przyglądał się temu, jak piłkarze są zbudowani, może prawdopodobnie z powodów genetycznych.

– Spójrz na Elliotta Lee, syna Roba. Skóra zdarta z ojca, nie? Ale ma wielki tyłek. Nie jest atletą. – Nie przebierał w słowach, a jego sądy były srogie: – Spójrz na bramkarzy. Jeden to chłop jak dąb, ale tchórz. Drugi świetnie broni strzały, ale jest zbyt mały. Ich błędy przyprawiają o ból głowy.

Mnie przypadł do gustu Todd Kane z Chelsea, boczny obrońca w nowoczesnym stylu. Był silny, śmiały i agresywny, a jego dośrodkowania z bocznych rejonów boiska sprawiały rywalom kłopoty.

– Ten chłopak może zrobić karierę. Pierwszy klub, który mi przychodzi do głowy, to Brentford. Jest w typie Nicky’ego Shoreya. Robi to co trzeba na tej pozycji. Problem to jego wzrost, nie wyobrażam sobie, żeby pilnował długiego słupka w meczach na najwyższym poziomie. Ale będzie z niego porządny zawodowiec.

W ostrożności Johnsona była logika, poparta 27-letnim doświadczeniem.

– Ich pięć minut nie trwa długo, a oni się poszturchują i obijają. To okrutny świat. Mają tylko jedną szansę, żeby komuś zaimponować. Jest zbyt dużo meczów, zbyt dużo graczy, aby dłużej się nimi zajmować. Gdy pracujesz dla Liverpoolu, spędzasz wiele czasu na wykreślaniu nazwisk z listy.

Islam Feruz, szybki jak wiatr niewielki cofnięty napastnik, zasłużył na łagodniejsze potraktowanie, zdobywając bramkę przecudnej urody. Przejął piłkę na środku połowy przeciwnika, ograł czterech próbujących go powstrzymać rywali i wpadłszy w pole karne, przerzucił piłkę nad wybiegającym bramkarzem West Hamu.

– A niech mnie diabli! – wykrzyknął Johnson. – Nie spodziewałem się tego. To było w stylu Diego Maradony.

Feruz był dzieckiem swoich czasów. Urodził się jako jedynak w rodzinie somalijskich uchodźców, którzy przenieśli się do Glasgow, uprzednio uciekłszy z Tanzanii do Londynu, a w wieku 12 lat uniknął deportacji dzięki wstawiennictwu trenera juniorów Celticu, śp. Tommy’ego Burnsa. Zadebiutował w pierwszej drużynie, mając 14 lat, w meczu ku pamięci Burnsa, człowieka niezwykle szlachetnego w świecie rządzonym przez płytkie, doraźne interesy.

Nie minęło 18 miesięcy, a działacze Chelsea, korzystając z luki prawnej, porwali go na południe. Świadomi konkurencji ze strony Manchesteru City, ulokowali całą rodzinę w bloku mieszkalnym nieopodal klubowego ośrodka treningowego w Cobham.

Ponoć chłopak zarabiał 10 tysięcy funtów miesięcznie, miał też własną stronę internetową, gdzie obwieszczono: „Islam Feruz będzie sławny”. Wotte, po którym można by się spodziewać, że będzie nieco rozważniejszy, z miejsca porównał go do Romário. Na pięć minut przed końcem meczu, przy stanie 2:2, większość skautów już dość się napatrzyła. Jedynie Anderson został, aby zobaczyć zwycięstwo Chelsea w rzutach karnych po tym, jak spotkanie skończyło się po dogrywce wynikiem 3:3.

– Co na mnie czeka w domu? – zapytał z szelmowskim uśmiechem. – Będę tutaj, pomogę im pozamiatać.

Rzucił się w wir pracy, nawiązując i podtrzymując kontakty z agentami, rodzicami i szkoleniowcami. Był tak wygadany, że mógłby w tej konkurencji reprezentować Anglię, przede wszystkim jednak umiał słuchać. On również potrafił się zakrzątnąć po pokoju pełnym rozmówców jak pszczoła zbierająca pyłek kwiatowy.

Johnson pierzchnął do samochodu w towarzystwie Steve’a McCalla, głównego skauta Ipswich. Jego uwagi („Ten Nat Chalobah cierpi na chorobę typową dla Chelsea. Ma wszystko co trzeba, ale jest zbyt wyluzowany”) okazały się, co wymowne, zasłoną dymną. Jak wyjawił dopiero kilka miesięcy później, odnotował sobie fakt, że ów obrońca szybko myśli, mądrze się porusza i swobodnie operuje futbolówką. Polecił go jako kandydata na defensywnego pomocnika, jakiego szukał Liverpool.

Johnson został ściągnięty na Anfield przez Damiena Comolliego, dla którego pracował jako główny skaut w Tottenhamie. Pozyskał Garetha Bale’a z Southampton, ale stracił posadę, gdy drużynę objął Harry Redknapp. Była to jego pierwsza dymisja, odkąd zajął się skautingiem – jako „fanatyk futbolu”, jak sam siebie określił – w 1985 roku. W następnym roku, w Wielki Piątek, doradził działaczom Norwich City, aby podpisali kontrakt z pewnym 11-letnim rozgrywającym, którego wypatrzył w zmaganiach o Kanarkowy Puchar (Canaries Cup), gdzie chłopiec wystąpił w barwach Ridgeway Rovers.

David Beckham istotnie otrzymał zaproszenie na testy w zespole z Carrow Road, trafił jednak do piłkarskiej szkółki Tottenhamu, zanim znalazł się w Manchesterze United, a wielkie korporacje uczyniły z niego niemal świętego. Wtedy, jako chłopiec, najbliżej mu było do Leyton Orient i ten klub także bezskutecznie o niego zabiegał, a teraz zrządzeniem losu następny mecz Johnsona w roli skauta miał się odbyć właśnie na Brisbane Road, gdzie kadra Anglii do lat 19 podejmowała rówieśników z Czech.

Johnson zatrzymał samochód w jednej z pobliskich ulic usianych szeregowymi domkami i wstąpił do kiosku po miejscową gazetę.

– Wszyscy mnie za to łajają, nawet Damien – zachichotał z siebie – ale ja zawsze kupuję gazetę, bo a nuż trafi się jakiś smakowity kąsek. Człowiek nigdy nie wie, czego się dowie.

Wrócił do samochodu i przez godzinę analizował skład Czechów na swoim iPadzie, po czym, na 35 minut przed pierwszym gwizdkiem, wkroczył do Loży Olimpijskiej.

Skauci pożerali kanapki z szynką i musztardą, wraz z obowiązkowymi frytkami, snując opowieści o tym, jakimi to są mistrzami podstępów i uników. Najbardziej spodobała mi się historia pewnego prawego obywatela, który był tak przemyślny i zarazem obłudny, że jednocześnie obserwował rozgrywki juniorskie z polecenia Portsmouth, oceniał mecze pierwszej drużyny dla Newcastle oraz śledził ligi amatorskie dla Wolverhampton Wanderers. W żadnym klubie nie wiedziano, że pracuje także dla dwóch pozostałych.

Johnson wolał towarzystwo Clive’a Allena ze sztabu szkoleniowego Tottenhamu.

– Był dla mnie dobry w Spurs – wyjaśnił. – Wciąż dzwonił, żeby się dowiedzieć, jak się miewam po tym, jak mnie zwolnili. Takich rzeczy się nie zapomina.

Rozmawiali o napastniku Harrym Kanie. Wyśmienicie sobie radził na wypożyczeniu w Millwall, prowadzonym przez Kenny’ego Jacketta, który wcześniej pracował z Johnsonem w Watfordzie i QPR. Jedyna wątpliwość – czy jest dość szybki, by grać na najwyższym poziomie – została rozwiana, gdy wspomniano Teddy’ego Sheringhama, który nadrabiał niedostatek dynamiki piłkarską inteligencją.

– Kocham to miejsce – stwierdził Johnson, gdy spoglądaliśmy na muzealny eksponat, jak można nazwać opuszczoną dawną trybunę główną. – Tutejsi kibice są najzabawniejsi. Byłem tu, gdy pewnego dnia zaczęli śpiewać „Widzimy, jak robicie pranie” pod adresem ludzi z mieszkań na rogu. To prawdziwy klub ze wspaniałymi ludźmi.

Wspomnienie starej herbaciarni imienia byłego zawodnika Leyton Orient, Johna Chiedoziego, oraz legendarnych dziwacznych zachowań Johna Sittona, dawnego trenera tego klubu, wywołało uśmiech na jego twarzy.

Stuart Pearce, który następnego wieczora, jako tymczasowy menedżer, miał poprowadzić reprezentację w meczu z Holandią na Wembley, skinął głową, mijając nas pospiesznie ze swoim orszakiem. Johnson rozmawiał z nim o futbolu w poprzednim tygodniu, w gabinecie Jacketta na stadionie The Den, teraz wszakże, gdy rozdano składy, a on sam wyciągnął własną kartkę A4, zajął się innym zespołem.

– Angielskich chłopców znamy bardzo dobrze – wytłumaczył. – Teraz mam okazję przyjrzeć się Czechom. Pobili kilka świetnych drużyn.

Wnet skupił się na bramkarzu Lukášu Zimie, wysokiej i szczupłej ofierze piłkarskiej mody, grającym w mandarynkowym stroju i prawie całkiem pomarańczowych butach. Johnsonowi pozostało jeszcze tylko udzielenie mi reprymendy.

– Nie oglądaj meczu, oglądaj człowieka – pouczył. – Śledzisz grę, zupełnie jak trenerzy, którzy przychodzą ze mną. Skauci studiują jednego człowieka. Pomijam innych graczy, choć jeśli piłka jest na drugim końcu boiska, patrzę kątem oka, na wypadek gdyby ktoś spytał mnie o zdanie. W tym fachu nie możesz śledzić piłki.

Z początku czułem się trochę nieswojo, ale to było proste i niesłychanie skuteczne. Tak wnikliwe oglądanie Zimy okazało się dziwnie intymną czynnością. Z nieznanego nazwiska na kartce ze składami przeistoczył się w konkretną istotę ludzką. Poznałem jego nawyki, ukazała mi się też złożoność charakteru Czecha. Nieświadomie wzbudził we mnie sympatię i zrozumienie.

Johnson był zachwycony.

– Spójrz na niego. Jest skoncentrowany. Cały czas porozumiewa się z partnerami. Dba o szczegóły. Jest zapobiegliwy, myśli. Dobre warunki fizyczne. Podoba mi się. Podoba mi się jego brawura. Kilka razy rzucił się ludziom pod nogi. Wiem, że piąstkuje, ale wszyscy zagraniczni bramkarze tak robią, zwłaszcza juniorzy.

Kiedy to mówił, po źle rozegranym ataku Czechów do szybkiego kontrataku ruszyli Anglicy. Harry Kane na własnej połowie przyjął piłkę na pierś, zagrał na prawo do Rossa Barkleya i popędził naprzód, by na krawędzi pola karnego przejąć podanie zwrotne, a następnie płaskim strzałem posłać piłkę przy słupku do siatki.

Johnson przemówił niczym właściciel, z pewnością siebie i troską w głosie:

– Bramkarz nie mógł nic zrobić. Nie miał nikogo przed sobą. Ten chłopiec z Celticu, lewy stoper, męczy się jak licho. To nie wina bramkarza, że obrońcy nie radzą sobie z wysokimi piłkami.

W przerwie wszyscy zgadzali się, że Czesi są „beznadziejni”. Lil Fuccillo, dyrektor techniczny Luton, perorował wszem wobec:

– Barça to, Barça tamto. Zaczyna mi się robić niedobrze. Musimy w tym kraju grać tak, żeby wykorzystywać swoje atuty.

Johnson, zamiast przyłączyć się do tego swoistego Towarzystwa Płaskiej Ziemi z Bedfordshire, zbliżył się do Dave’a Holdena, bardzo doświadczonego skauta Arsenalu, który bardzo się przyczynił do pozyskania Aleksa Oxlade’a-Chamberlaina przez Kanonierów.

Ta para rozumiała się w mig („Niewielu ciekawych graczy, prawda?”), obaj też wiedzieli, że takich luźnych pogawędek nie należy traktować zbyt poważnie. Zaczęli omawiać sprawy wykraczające poza oglądany mecz, a mianowicie to, jak wpajać młodzieży tajniki futbolu. Holden, były nauczyciel, który zachował mocny północno-wschodni akcent, dowodził:

– Piłkarze dostrzegają, kto najlepiej gra. Dopuszczą do grupy młodziaka, jeśli coś w nim zobaczą. Zawodnicy rzucają też wyzwania trenerom. Wiedzą, że jeśli trenerowi brakuje umiejętności, wyróżniający się gracz dostosuje się poziomem do reszty.

Plotki miały zasięg globalny. Jaap Stam dobrze się wywiązywał z roli skauta Manchesteru United na Brazylię, przy tym mocno promując Dedé, środkowego obrońcę Vasco da Gama. Barcelona zapewniła sobie prawo pierwokupu 39 młodych piłkarzy Boca Juniors. Glenn Roeder, były menedżer Newcastle, dołączył do zespołu skautów Aston Villi. Zanim ta litania wieści z rynku pracy dobiegła końca, rozpoczęła się druga połowa meczu.

Dołączył do nas Anderson, skaut Liverpoolu do spraw juniorów, który wykrzyknął: „To znowu nasz chłopak!”, gdy Todd Kane zacentrował w pełnym biegu, pozwalając koledze z Chelsea, Patrickowi Bamfordowi, na podwyższenie prowadzenia drużyny angielskiej strzałem głową w dolną część bramki. Innym zadaniem Johnsona było obserwowanie skrzydłowego Nathana Redmonda, który został wprowadzony do gry jako rezerwowy, w połowie drugiej odsłony spotkania.

– Przypatrz mu się – doradził. – Nie będzie się specjalnie starał. Bardziej będzie zajmować go sobotni występ w barwach Birmingham oraz w pucharowej powtórce przeciw Chelsea w następnym tygodniu.

Rzeczywiście, Redmond zagrał powściągliwie, by nie rzec leniwie. Mało wniósł do gry, nie licząc niespiesznego podbicia piłki oraz kilku krótkich sprintów, tam gdzie akurat niewiele się działo. Były wszelkie powody, by znowu opuścić stadion jeszcze przed ostatnim gwizdkiem.

Johnson raz jeszcze w oszczędny sposób dzielił się wiedzą. Nikt nie wyczuł, że interesuje się bramkarzem.

– W tej pracy dowcip polega na tym, żeby nigdy nikomu nie zdradzić, co się myśli ani jak się pracuje. Niejeden chętnie by skorzystał z tego, co się wie.

Jego sprawozdanie z występu Zimy, który już wcześniej został zakupiony przez Genoę ze Slavii Praga, znalazło się w systemie klubu z Anfield o drugiej w nocy, ze wskazaniem, aby Czecha obejrzał włoski skaut Liverpoolu.

Było to jedno z 200 podobnych sprawozdań złożonych w tamtym tygodniu. Czy zostało potraktowane z uwagą, na jaką zasługiwało, to zupełnie inna sprawa.

ROZDZIAŁ 2 CHŁOPCY BILLY’EGO

Woń kordytu tłumił słodki zapach świeżych lilii, roznoszący się po holu ośrodka treningowego Melwood, gdzie gwardia honorowa mężczyzn w mocno średnim wieku tuliła do piersi albumy, uświęcone gryzmołami supergwiazd i podstarzałych graczy, którzy nigdy nie spełnili oczekiwań. Popiersie z brązu oraz inskrypcja wyryta na polerowanym granicie i sięgająca od podłogi po sufit żądały należnego hołdu dla heroicznych sprzeczności Liverpool Football Club.

Napis głosił: „Przede wszystkim chciałbym być pamiętany jako bezinteresowny człowiek, który się starał i martwił, aby inni także mogli okryć się chwałą i który zbudował rodzinę ludzi mogących dumnie nosić głowę i mówić: »Jesteśmy Liverpoolem«”. Zamaszystym pismem na miedzianej płytce podpisano: „Billy Shankly”.

Pod fasadą jednomyślności była to dysfunkcyjna rodzina. Miało się wrażenie, że jest podzielona przez daremny romantyzm, rozbuchane emocje oraz usankcjonowaną ignorancję. Piłkarski klub hołdujący socjalistycznym ideałom górniczej społeczności Ayrshire, która ukształtowała charakter Shankly’ego, istniał teraz wyłącznie w wyobraźni swoich zwolenników. Stanowił – niczym publiczna służba zdrowia stworzona przez Nye Bevana – niemożliwy do zachowania ideał, relikt kulturowych przemian.

Sytuacja społeczna przejmowała grozą. Hrabstwo Merseyside, co dało się przewidzieć, było pogrążone w recesji. Opuszczony plac budowy znajdujący się naprzeciw wejścia, wokół którego w pogodny, chłodny dzień zebrali się wspomniani mężczyźni, został zabity deskami. Melwood było chronione przez trzy pasma drutu kolczastego, rozciągnięte ponad murem złożonym z prostokątnych kawałów prasowanego betonu. Wokół bezbarwnych trzypiętrowych bloków, pozostałości po polityce mieszkaniowej lat 60., rozstawiono tabliczki z ponurą wiadomością: „Zakaz gry w piłkę”.

Mel Johnson nie był tu częstym gościem, ale rozumiał, co jest grane. Szanował menedżera Kenny’ego Dalglisha, poważał też piłkarską filozofię symbolizowaną przez słynny pokój trenerów – Anfield Boot Room. Reprezentował jednak współczesność, był człowiekiem dyrektora sportowego, Damiena Comolliego, którego e-maile, wysyłane o czwartej nad ranem, nieraz bywały sygnałem do rozpoczęcia pracy.

– Damien oczekuje, że człowiek będzie pracował tak ciężko jak on – wyjaśnił. – To oznacza, że trzeba być przygotowanym na dziwne pory i dziwne podróże, ale dla tego gościa chce się dać z siebie wszystko.

Nie wszyscy byli tego zdania. Comolli ma opinię kontrowersyjnego człowieka. Zna się na piłce, jest przenikliwy, ale ponoć w Arsenalu nie był tak ważną postacią, jak sam twierdził. W Tottenhamie pozyskiwał dobrych graczy, ale niespecjalnie rozumiał się z menedżerem Martinem Jolem. Miał swoich krytyków w Saint-Étienne, klubie rozdzieranym przez polityczne waśnie. Jednakże nowych amerykańskich właścicieli Liverpoolu przekonały jego autentyczne powiązania z mistrzem koncepcji Moneyball, Billym Beane’em, którego Comolli poznał jako student. Rozdźwięk między tradycją a innowacjami pogłębiał się niepostrzeżenie, ale nieuchronnie.

Moneyball stanowiła olśnienie dla pewnego typu właścicieli, zwabionych tym, że globalizacja angielskiej piłki może przynieść krociowe zyski. Byli żądni podobnego sukcesu, jaki odniósł Beane, którego Oakland Athletics zostali rewelacją baseballowych rozgrywek dzięki nowemu sposobowi rekrutacji zawodników, opartemu na analizie pomijanych wcześniej statystyk i obalaniu obiegowych mądrości. Comolli wszedł w to, na długo zanim Hollywood zrobiło na podstawie książki Michaela Lewisa (od której środowisko analityków wzięło swoją nazwę) film z Bradem Pittem w roli głównej.

Comolli czekał u szczytu otwartych schodów prowadzących do jego pracowni. Od razu było widać, że ma coś z kameleona: garnitur pasował do korporacyjnej szarości dywanu pokrywającego podest, a rozpięta pod szyją pasiasta koszula, jakkolwiek ze spinkami od Paula Smitha, była droga, ale zwyczajna. Oto niezależny człowiek, przyzwyczajony do tego, aby – na ile to możliwe – nie odkrywać kart. Starał się głównie we wszystkim nawiązywać raczej do dawnych osiągnięć niż niepotwierdzonych czy niewygodnych dla niego opinii.

Gabinet Comolliego odzwierciedlał jego charakter i styl życia. Stojąca w rogu podręczna walizka świadczyła o tym, jak wygląda jego harmonogram: tego rana wrócił z kontynentalnej Europy, gdzie w ciągu pięciu dni obejrzał sześć meczów w pięciu krajach. Nie było tu wielu oznak ludzkiego ciepła, nie licząc dwóch niewielkich rodzinnych zdjęć, zrobionych podczas wakacji na plaży, lecz schowanych za wyglądającą dość osobliwie w tym miejscu pamiątkową futbolówką. Na stoliku do kawy, obok luksusowej skórzanej sofy, leżała francuska książka Le But (Gol). Na ścianie wisiało oprawne w ramki dwustronicowe oświadczenie dla prasy, które informowało o jego przybyciu na Anfield. Na wierzchu tacki ze schludnie ułożoną korespondencją leżał Plan Szkoleniowy Akademii na sezon 2012/13.

Zachowywał się stosownie do swojej ważnej pozycji. Nadzorował politykę rekrutacyjną Liverpoolu i co tydzień organizował telefoniczną konferencję z udziałem sześciu głównych specjalistów. Na miejscu, w Anglii, działali Johnson na południu oraz Alan Harper, były pomocnik Evertonu, na północy. Steve Hitchen, mieszkający w Le Mans, był aktywny na całym świecie, między innymi prowadząc siatkę skautów na terenie Europy. Pozyskiwaniem młodzieży do akademii zajmowali się Frank McParland i Stuart Webber, wspierani przez Davida Mossa, dawnego skrzydłowego Luton. Wszyscy posiadali własne siatki skautów, znajomości i informatorów.

Comolli zaciągał po europejsku, czym dziwnie przypominał byłego menedżera Liverpoolu, Gerarda Houlliera. Tłumaczył:

– Jest to połączenie pokory, która pozwala mi powiedzieć, że nie jestem wszystkowiedzący i mogę się mylić, oraz pewności siebie, dzięki czemu ufam decyzjom, jakie podejmuję. Trzeba to wyważyć. Wyniosłem to z pobytu w Spurs. W pewnym momencie za bardzo odsunąłem się od pracowników skautingu. Nie dość ich słuchałem. To był błąd, którego nie powtórzę. W ostateczności to ja poniosę odpowiedzialność. Ja będę krytykowany. Człowiek musi mieć grubą skórę. Ale nie mam z tym problemu. Nie obchodzi mnie, co o mnie mówią. Ludzie muszą zrozumieć, że gdy podejmujemy decyzję w sprawie piłkarza, który potem odnosi sukces, robimy to według tych samych reguł co w sprawie piłkarza, który potem zawodzi. Może być dziesięć tysięcy powodów, dlaczego mu się nie udało, oraz jeden powód, dlaczego tamtemu się udało. Nasz profesjonalizm, sposób, w jaki patrzymy na zawodnika, wszystko jest dokładnie takie samo, bez względu na to, czy potem jest sukces, czy porażka. W skautingu nie ma reguł, ponieważ ma się do czynienia z ludźmi. Inteligencja emocjonalna jest bardzo ważna, ale nie jest to jedyna rzecz, jakiej potrzeba w tym fachu. To specjalność, która stanowi jedno wielkie wyzwanie. Co sześć miesięcy robimy przegląd systemu. Czy nasza strategia jest właściwa? Czy mamy odpowiednich ludzi? Czy musimy się przystosować? Jakiego rodzaju piłkarzy obserwujemy? Czy działamy z wystarczającym rozmachem w Ameryce Południowej? Albo w Azji? Każdy pracuje inaczej. Niektórzy dyrektorzy sportowi nie jeżdżą na mecze, ale ja to robię i oglądam wiele spotkań na wideo. Wkraczam do akcji na samym końcu. Naprawiam ewentualne błędy. Miejscowy skaut ogląda zawodnika – albo stwierdza: „Jestem do niego przekonany”, albo mówi: „Chciałbym, żeby zobaczył go ktoś jeszcze”. Wtedy jedzie drugi człowiek. Jeśli mecz odbywa się za granicą, to jedzie Steve. Jeśli Steve powie mi: „Jestem do niego przekonany”, wtedy jadę sam zobaczyć zawodnika i podejmuję decyzję. Czasem mówi: „Chcę, żebyś go obejrzał”. Nie sądzę, żeby chodziło tylko o zaufanie, ale częściowo tak. Jeśli Mel jedzie obejrzeć piłkarza poleconego przez trzech skautów, który moim zdaniem jest wystarczająco dobry, i mówi, że jest za słaby, to wysłucham go, żeby zrozumieć, dlaczego tak twierdzi. To wyzwanie, mierzenie się z odmiennymi opiniami. Kiedy rozmawiałem z Arsène’em, powiedział mi fantastyczną rzecz: „Im dłużej jestem w piłce, tym mniej ją rozumiem”. Tak powiedział sam Arsène Wenger. Więc kimże ja jestem, wie pan, żeby nie mieć pokory? Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby nie okazywać pokory. To niemożliwe. Mogę się wypowiadać tylko o futbolu, ale to pewnie dotyczy ludzi sukcesu w dowolnej dziedzinie.

Były to piękne słowa, wzniosłe uczucia, które jednak należało ostro zweryfikować. Nader logicznie brzmiał utarty pogląd, głoszony szeptem w herbaciarniach i korytarzach, że reputacja Comolliego, jako orędownika piłkarskiej analityki, doprowadzi go do konfliktu z Dalglishem, wybitnym przedstawicielem starej szkoły futbolowych menedżerów. Obaj mężczyźni przedstawiali dzielące ich różnice jako atuty, dowodząc, że współpracuje im się dobrze, w atmosferze wzajemnego zaufania i szacunku, lecz takie pobożne życzenia rzadko bierze się poważnie w równie cynicznym środowisku, co świat profesjonalnej piłki nożnej.

Alex Smithies był jednym ze strażników klubowego sumienia. Pracował w Liverpoolu bez przerwy, odkąd w 1979 roku zatrudnił go Bob Paisley, i rozumiał znaczenie nagromadzonej podczas 50 lat funkcjonowania w piłce wiedzy. Mieszkał w Newcastle i specjalizował się w rozpoznaniu najbliższego rywala, ale ponieważ był najbardziej zaufanym skautem Dalglisha, to on ostatecznie sprawdzał graczy, których najbardziej chciano kupić. Działał na linii frontu, gdzie statystyków uważano za generałów dowodzących z fotela.

– Kilka dni temu byłem na spotkaniu z Kennym i jeden z młodych ambitnych chciał się wykazać. Kenny powiedział mu: „W tym klubie zdajemy się na oczy i uszy”.

Te dziewięć słów wyznaczyło pole bitwy. Dalglish nauczył się, jak ważny jest subiektywny osąd piłkarskiego speca, a szacunek kolegów ma wartość ponadczasową. Comolli, wiedziony instynktem oraz swoimi skłonnościami, wierzył w obiektywność surowych danych, które dopełniała fachowa wiedza nowego pokolenia biegłych merytorycznie i kształconych na uniwersytetach analityków, takich jak jego podopieczny Michael Edwards, który łączy matematyczne algorytmy z futbolem z krwi i kości. Był nazbyt wyrobiony w zakulisowych gierkach, aby nie wyczuć jawnej ironii w moim chytrym stwierdzeniu, że Dalglish „jest tradycyjnym brytyjskim menedżerem”.

Szczerze mówiąc, nietrudno było złamać zasady.

– Nie podoba mi się ta definicja – rzekł, pochylając się, aby równie dobitną mową ciała podkreślić wagę swoich słów. – Kenny jest niezwykle postępowy i ma bardzo, bardzo otwarty umysł na wszystko, co nowe. Jeśli się nie mylę, zanim przerwał karierę menedżera, nigdy nie zatrudniał trenera od przygotowania fizycznego. Teraz, kiedy wrócił, mamy ich pięciu. Przekonał się do tego pomysłu. Ufa ludziom. Ze skautingiem jest tak samo. Powiedział: „Wcześniej nie potrzebowałem skautów. Nie potrzebowałem nikogo za granicą. Teraz liczy się cały świat”. Prawdziwy Kenny nie jest tradycjonalistą. Jest postępowy.

Na Anfield szeptano i szemrano; otwarta krytyka Dalglisha i jego niezłomnej wiary w brytyjskich piłkarzy, kosztujących krocie na rozgorączkowanym rynku transferowym, nie wchodziła w grę, ponieważ był legendą klubu. Liczby jednak, jak się zdawało, się nie zgadzały. Osiemdziesiąt pięć milionów funtów, które zapłacono za Andy’ego Carrolla, Jordana Hendersona, Charlie Adama i Stewarta Downinga, pogłębiło problemy wywołane rozrzutnością klubu za kadencji Rafy Beníteza. Transakcje te nie spełniały wymogów modelu Moneyball, choć Comolli nie bez racji dowodził, że należy je oceniać po trzech, czterech latach. Najbliższa przyszłość Liverpoolu zależała od tego, czy utrzyma się niełatwy kompromis, a w klubie nagle zapanuje niecodzienna cierpliwość i dalekowzroczność.

Aczkolwiek nie doszło jeszcze do ostatecznej rozgrywki, Comolli perorował z żarliwością misjonarza:

– Dla ludzi, którzy mają wystarczająco otwarte umysły, rewolucja już się wydarzyła. Może się tylko coraz bardziej rozprzestrzeniać. Osiągnęliśmy taki punkt, że jesteśmy dość zaawansowani, jeśli chodzi o dostępne dane, aby uczynić realny postęp. Obecnie osiem zespołów Premier League albo korzysta ze statystyków, albo właśnie ich zatrudnia. Bardzo trudno przewidzieć, czy ta liczba się powiększy. Kluby mają wewnętrzną dynamikę i własną politykę. Można zatrudnić statystyka. Ale na jakim poziomie on funkcjonuje? Jakie ma kontakty z ludźmi podejmującymi odpowiednie decyzje? Znam niektóre takie szczegóły, ale nie wszystkie. Gdy Michael Edwards przebywał w Ameryce, nie był tam sam. Władze Fulham przysłały swojego człowieka. Everton też. West Brom również. Dlatego codziennie rozmawiam z Michaelem. Gdy pierwszy raz pojechałem na spotkanie z Billym Beane’em w Oakland, dostałem największą lekcję w życiu. Zrozumiałem, w jak wielkim stopniu można, i trzeba, znać swoich zawodników. Masz dane o przygotowaniu fizycznym, taktycznym, technicznym. Ściągając graczy do pierwszej drużyny, kierujemy się dwoma rzeczami: dostępnością i ceną. Jeśli wiemy, że gdzieś jest wybitny zawodnik, ale nie gra na pozycji, o którą nam chodzi, albo w stylu, którego w danej chwili szukamy, i tak regularnie śledzimy jego grę. W rzeczywistości jednak skupiamy się na graczach, którzy będą wzmocnieniem dla pierwszej drużyny. Na świecie jest niewielu zawodników potrafiących zapewnić zespołowi awans do Ligi Mistrzów albo zabłysnąć w Premier League w barwach klubu o takim dziedzictwie i ambicjach jak Liverpool. Właściwie możemy sobie pozwolić na każdego, kogo tylko zapragniemy, ale jak wielu spośród najlepszych piłkarzy da się kupić? Można skreślić tych z United, City, Barcelony, Realu Madryt. Trudno byłoby kogoś wyciągnąć z Chelsea albo Arsenalu. Kto pozostaje na otwartym rynku? Dlatego musimy mieć obszerną bazę danych. Zarządzanie tą wiedzą jest wyzwaniem samym w sobie. Michael ogromnie nam pomógł przy organizacji tego. Sprawił, że nie utonęliśmy w danych. Co się tyczy doświadczonych zawodników, ocenia się ich pod względem taktycznym, technicznym, fizycznym i mentalnym. Po przeanalizowaniu tych czterech rzeczy należy się zastanowić, czy dany piłkarz pasuje do filozofii zespołu. Czy tego chce nasz menedżer? W pewnym sensie człowiek nie wie, co dostaje, gdy kogoś zatrudnia, czasem jednak można spędzić trochę czasu w towarzystwie kupowanego gracza. Ocenia się jego pochodzenie, rodzinę i agenta. Często mawiam: „Powiedz mi, kto jest twoim agentem, a powiem ci, kim jesteś”. Daleko nam do psychologów, ale gdy wykonuje się tę pracę przez dłuższy czas, można przejrzeć osobowość piłkarza. Nie wie się jednak, czy sprosta oczekiwaniom, czy też nie udźwignie ciężaru gry w wielkim klubie. Najlepszym sposobem na rozszyfrowanie tej zagadki, na sformułowanie rozsądnej prognozy na temat tego, kim dany gracz może się stać, jest zrobienie tego, co robią w Ameryce z draftem, przeprowadzając testy psychologiczne. Do czegoś takiego nigdy tu nie dojdzie, bo ma się do czynienia z cudzą własnością.

Oraz czyimś synem. Wszyscy zainteresowani udawali, że nie dostrzegają, jak wątpliwe pod względem moralnym są takie szaleńcze poszukiwania największych młodych talentów. Rywalizacja była zaciekła, toteż w tym malutkim światku wykorzystywano do maksimum choćby najmniejszą przewagę. Menedżer MK Dons Karl Robinson, który spędził osiem lat jako trener w akademii Liverpoolu, wydatnie przyczynił się do tego, że Sheyi Ojo podpisał kontrakt z dawnym klubem Robinsona zamiast z działaczami Chelsea, przekonanymi, że ich oferta półtora miliona funtów za tego ucznia jest wystarczająca. Połowę tej sumy kosztowało Liverpool sprowadzenie Jerome’a Sinclaira, kolejnego 14-letniego napastnika, z akademii West Bromwich Albion.

Mel Johnson spożytkował swoją przyjaźń z menedżerem Wycombe Wanderers Garym Waddockiem, z którym pracował wcześniej w QPR, aby pozyskać następne cudowne dziecko, Jordona Ibe’a. Otrzymał cynk na dzień przed tym, jak 15-latek zadebiutował w pierwszej drużynie w spotkaniu z Sheffield Wednesday, i zmienił później plany, by ujrzeć, jak chłopak dostaje żółtą kartkę za to, że świętował zdobycie bramki razem z rodzicami, na głównej trybunie. Johnson na starcie uzyskał przewagę czasu nad konkurentami z Tottenhamu i Manchesteru United i natychmiast polecił go Comolliemu. Obejrzał każdy z jego 11 meczów z rosnącą trwogą, zanim Liverpool wyłożył 500 tysięcy funtów za drzemiący w Ibie potencjał.

Jednakże pewne nazwisko wymawiano w Melwood ściszonym głosem, jak gdyby taka rewerencja miała uchronić jego właściciela przed okrutnymi kaprysami losu. Chodziło o Raheema Sterlinga. Liverpool, zarówno klub, jak i całe miasto, uwielbia frapujące historie o kimś skazanym na pożarcie, i nie widziałem tak rozbudzonych oczekiwań od ponad dwóch dekad. Wówczas, na spotkaniu towarzyskim, o którego celu dawno zapomniano, siedziałem obok Iana St. Johna i słuchałem jak zahipnotyzowany opowieści o 12-latku znanym po prostu jako „Michael”.

Historia Michaela Owena była prosta: syn eksfutbolisty, przywiązany do swojej zżytej rodziny, która pretendowała do klasy średniej. Sterling miał trudniejszą przeszłość; to historia o dziecku z getta, zawdzięczającym wszystko mądrości i miłości matki, Nadine, która w pojedynkę wychowała czworo dzieci w skrajnie trudnych warunkach. Owen pogodził się z faktem, że został towarem, lecz nikt nie wiedział, czy Sterling jest dość dojrzały, by dać sobie radę z byciem celebrytą, co zdawało się nieuniknione.

Jego podróż rozpoczęła się w Maverley, jednym z najbardziej zaniedbanych miejsc na Jamajce, gdzie aż roi się od przestępstw z użyciem broni, a narkotykowe gangi wymierzają doraźną sprawiedliwość. Grywał w uliczną bitkę, anarchiczną odmianę futbolu o płynnych regułach, na ulicy o złowrogiej nazwie Reaper Road, zanim w wieku sześciu lat wyemigrował wraz z rodziną. Został przeniesiony w miejsce, gdzie panowały podobne obyczaje, na osiedle św. Rafała, znajdującym się w cieniu stadionu Wembley.

Żołnierze św. Rafa, tzw. gang krwi powiązany z Załogą Mozarta, toczyli walki z Gangiem Podejrzanych z sąsiedniego osiedla Stonebridge. Doszło do eskalacji przemocy, jak poinformowała policja, baronowie narkotykowi z tak zwanych gangów yardies wynajęli importowanych z Jamajki zawodowych zabójców, aby ci położyli morderczy kres walkom pomiędzy różnymi frakcjami miejscowych dealerów kokainy typu crack. Sterling nie zdołał się zadomowić w zwykłej szkole podstawowej z powodu problemów z zachowaniem, znalazł jednak zbawienie w szkole specjalnej Vernon House oraz młodzieżowej drużynie Alfa i Omega.

Stopniowo uporał się ze swoim wybuchowym charakterem, a choć pracownicy opieki społecznej zaszufladkowali go jako ucznia potrzebującego specjalnej placówki pedagogicznej, to miał talent do piłki. Gra go pochłaniała: podkreślała jego pracowitość i wzmacniała kruche poczucie wartości. Matka nauczyła go, jak ważny jest szacunek wobec siebie i innych. W wieku 11 lat dołączył do szkółki piłkarskiej Queens Park Rangers i nie minęły trzy lata, a błyszczał w drużynie 18-latków. Obok szybkości i ciągu na bramkę niewiarygodnie operował piłką, jakby tańczył w balecie. Liczba widzów na meczach urosła z 50 do 500.

Mark Anderson, skaut Liverpoolu do spraw juniorów, został poinformowany o tym fenomenie przez brata, Lee. Po raz pierwszy ujrzał Sterlinga w meczu z Crystal Palace.

– Nie wierzyłem własnym oczom – powiedział. – Miał pewne braki, ale to był najlepszy piłkarz, jakiego widziałem w życiu. Natychmiast zanotowałem jego nazwisko i obejrzałem go niezliczoną ilość razy. W każdym meczu dokonywał czegoś wyjątkowego, pokazał mi wszystko.

Frank McParland, dyrektor akademii Liverpoolu, zareagował identycznie i zaczęło się polowanie.

Chelsea, Arsenal i Manchester City również się nim interesowały, lecz Sterling był osobliwie niewinny. Nie zawiadomił QPR, że pod swoje skrzydła nieoficjalnie wziął go Tom Walley, rutynowany trener juniorów, który wyszkolił takich reprezentantów Anglii, jak Ashley Cole i David James. Walley nie miał ukrytych zamiarów; Sterling go po prostu oczarował.

– Szukałem czegoś odrobinę niezwykłego, nieprzeciętnego – wspominał. – I znalazłem jego.

Sterling regularnie uczestniczył w spontanicznie organizowanych przez Walleya grach, które odbywały się na boisku wyrysowanym w ogrodzie na tyłach domu Tima Sherwooda, koordynatora do spraw technicznych w Tottenhamie. Zorganizowano mecz testowy między zespołem Tottenhamu do lat 15 a reprezentacją szkół londyńskiej gminy Brent, z udziałem Sterlinga, który, jak sądzono, był dostępny za 200 tysięcy funtów. To niesamowite, ale Spurs odprawili go z kwitkiem, albowiem trenerzy akademii byli podzieleni w sprawie jego długofalowego potencjału i z powodu wyzwań związanych z jego pochodzeniem. Działacze Fulham byli pewni, że wkrótce go pozyskają. „Przyjęliśmy Raheema w siedzibie klubu i kompletnie nas zatkało, gdy Liverpool zainteresował się chłopcem” – przyznał Barry Simmonds, ich główny skaut. Anderson i McParland z powodzeniem wyłożyli rodzinie Sterlinga oraz jego przyjaciołom, że w najlepszym interesie Raheema będzie przeprowadzka za milion funtów do hrabstwa Merseyside. Na miesiąc przed 15. urodzinami został zakwaterowany u „domowych rodziców” oraz umieszczony w piątej klasie w szkole Rainhill w St Helens.

Comolli, który przyznał, że ma opory przed ściąganiem graczy z wyraźnymi problemami społecznymi, zaprezentował intrygujący obiektywizm:

– Chętnie podejmujemy ryzyko w sprawie młodych talentów. Czas pokaże, czy młodzi zawodnicy mają wszystko, czego potrzeba. W ich przypadku nie stosujemy statystyk, bo nie mamy żadnych danych. Polegamy więc tylko na oczach skauta. Tak samo było z Garethem Bale’em, gdy przyszedł do Tottenhamu. Polegaliśmy na oczach Mela, na moich oczach. Oczywiście trochę się angażuję, ale co się tyczy wielkich zakupów, młodych graczy o głośnych nazwiskach, to nie jeżdżę, by ich oglądać. Gdy zjawiają się w klubie, przeważnie ich nie znam, lecz ufam ludziom, z którymi pracuję. Mel i Frank już ich obejrzeli. Tak jak pięciu czy sześciu innych skautów.

– Jeśli mocno się o kogoś staramy i uważamy, że damy radę go kupić, zadaję moim ludziom prowokacyjne pytania: „Jak on wypada w porównaniu z tamtym? Jakie są warunki? Czy cena jest wygórowana? Czy sprawdziliście, skąd pochodzi?”. Potem przychodzi do mnie Frank i mówi: „Warunki są następujące”. Wtedy ja mówię „tak” lub „nie”. Jeśli chodzi o młodych zawodników, to uważamy, że posiadamy filozofię gry, którą można bardzo łatwo podsumować. Gramy w stylu „podaj i biegnij”. Chcemy się utrzymywać przy piłce. Chcemy zdolnych graczy, którzy wpasują się w ten schemat, którzy zrobią coś niecodziennego pod bramką przeciwnika. Tak więc jeśli mówimy o Raheemie albo o Jordonie, to oni właśnie tacy są.

Jego rezerwa nie pasowała do tej targanej namiętnościami dyscypliny sportu i takiegoż klubu, który przechodził okresowy napad autoanalizy. Czyżby Comolli nigdy nie doświadczył chwili, gdy coś pojmujemy, krzycząc „Eureka!”, albo głębokiej satysfakcji, jak po stosunku seksualnym? W końcu się uśmiechnął.

– Raz, z Cristiano Ronaldo. Pracowałem w Arsenalu. Byłem jedynym skautem na turnieju Montaigu we Francji. To najlepszy turniej dla zespołów do lat 16 w Europie. Portugalia grała z Japonią w czwartkowe popołudnie. W przerwie zadzwoniłem do znajomego z Portugalii i powiedziałem: „Właśnie ujrzałem kogoś niesłychanego, muszę wiedzieć o nim wszystko”. To było niebywałe…

Powiedział to rzewnie, prawie z miłością, była to jednak przelotna słabość.

– Osobisty rozwój ma kolosalne znaczenie – oświadczył bardziej znajomym, rzeczowym tonem. – Nie jestem tą samą osobą, tym samym czynnym skautem, którym byłem 15 lat temu. Zebrałem doświadczenia, co czyni człowieka inteligentnym; albo bardziej inteligentnym, powinienem powiedzieć. Zwracam teraz uwagę na rzeczy, którymi się wcześniej nie przejmowałem. Z Arsène’em łączyła mnie nić porozumienia. Wiedziałem dokładnie, jak pracuje. Wiedziałem dokładnie, jak myśli. Wiedziałem dokładnie, jak chce grać, jakich piłkarzy chce mieć. Weźmy dla przykładu Robina van Persiego. Gdy ściągaliśmy go do Arsenalu, w poprzednim klubie był przeważnie rezerwowym. Razem ze Steve’em Rowleyem, głównym skautem, jeździłem i oglądałem go po 10, 15, 20 minut. Byliśmy kompletnie oszołomieni jego talentem. Naciskaliśmy, wciąż na nowo, żeby Arsenal go pozyskał. Za czapkę gruszek. Naturalnie, że miał wady. Miał kłopoty z subordynacją. Miał to i owo, ale zawsze uważałem, że jeśli damy tego gracza Arsène’owi, on zrobi z niego kogoś wyjątkowego. W skautingu nienawidzę sztywnych reguł. Kluby mi mówią: „Robimy to, robimy tamto, robimy siamto”. Nienawidzę tego, bo nie ma reguł, absolutnie żadnych reguł. Oglądałem Roberta Pirèsa czternaście razy i przekonał mnie za czternastym razem. Oglądałem go w meczach u siebie i na wyjeździe. W drużynie narodowej i w klubie. Gdy było zimno i gdy było gorąco. Na prawej stronie, na lewej, w środku. W każdych okolicznościach, jakie można sobie wyobrazić. Nie byliśmy tylko pewni, czy jest dość odporny psychicznie. Pojechałem go obejrzeć w przeddzień narodzin mojej pierwszej córki. Gdy wróciłem do domu, musiałem od razu zawieźć żonę do szpitala. Omal nie przegapiłem narodzin pierwszego dziecka. Robert grał w barwach Marsylii na wyjeździe z Sedanem. Gdyby Marsylia przegrała, spadłaby do drugiej ligi. Może pan sobie wyobrazić tę presję, to tak, jak gdyby spadł Manchester United. Robert zagrał fenomenalnie. Poniósł zespół na swoich barkach. Był fantastyczny. Nazajutrz, ze szpitala, czekając na narodziny dziecka, zadzwoniłem do Arsène’a i rzekłem: „Mam dwie wiadomości. Pierwsza jest taka, że jesteśmy w szpitalu. Moje dziecko jest w drodze. Po drugie, Pirès – niech pan go kupi”.

Choć mówił w sposób wyważony, był to strumień świadomości. Sprzeczności charakteru Comolliego objawiły się bez zapowiedzi, niczym nagła burza na morzu. Miał niepodważalną, rozległą wiedzę, ale czuł potrzebę, żeby się wytłumaczyć. Tak jakby tego znamienitego profesjonalistę ogarnęła próżność. Maska opadła.

– Nie jestem człowiekiem zasad – zarzekał się. – Ludzie mówią o wartości. Wartość? Można ją znaleźć wszędzie. Czy znaleźliśmy i stworzyliśmy wartość, kupując Luisa Suáreza za 22 miliony euro? Oczywiście, że tak. Wszyscy widzieli, co potrafi, ale to my po niego sięgnęliśmy. To my postanowiliśmy coś z tym zrobić. Billy Beane jest podobny do wszystkich poznanych przeze mnie ludzi związanych ze sportem, których poznałem. Ma niespożytą energię. Nic nie jest w stanie go zatrzymać. Będę czuwał, by struktura naszego klubu się nie zmieniła. Nadal będziemy potrzebować skauta w kaszkiecie. Nie zgadzam się z ludźmi, którzy twierdzą, że klub potrzebuje tylko kilku dzieciaków z laptopem. Oni nie rozumieją, o co chodzi. Poszli obejrzeć Moneyball w kinie albo przeczytali książkę. Najlepszy użytek ze statystyk robią ci, którzy mają siatkę sprawnych i kompetentnych skautów oraz sprawny i kompetentny dział analiz. Niewątpliwie chodzi o połączenie tych dwóch rzeczy. Najlepsze zespoły baseballowe korzystają z jednego i drugiego. To jest coś, czego ludzie nie pojmują. Yankees mają 21 statystyków, ale stworzyli też siatkę bardzo obrotnych, kompetentnych skautów. Red Sox zatrudniają Billa Jamesa, tego guru. Posiadają statystyków na miejscu. To bardzo, bardzo bystrzy ludzie. Ale mają 50 skautów na całym świecie. Byłem zdumiony. Działają w Azji, na Karaibach i w Australii. Mają skauta w Europie, który zajmuje się Holandią. Tak szeroki zasięg skautingu jest bardzo, bardzo ważny. Robiąc i jedno, i drugie, poczynimy lepsze inwestycje i ograniczymy ryzyko popełnienia błędu. Nie wierzę w korzystanie tylko ze skautingu albo tylko z danych. To ogranicza możliwości.

Emocjonalny szkwał dobiegł końca. Wypadło udać się na drugą stronę miasta Liverpool, opuszczając klub, który stworzył Billy Shankly, lecz któremu nowy kształt nadał Billy Beane. Shankly snuł marzenia, podczas gdy Beane analizował liczby. Pod przewodnictwem Comolliego Liverpool szastał pieniędzmi, podczas gdy Oakland Athletics grali doskonale, ponieważ zostali mistrzami kontroli finansów. Kiedy Comolli przemawiał, Dalglish brylował w ośrodku dla mediów w Melwood. Stwierdził, że tylko „piekielnie dobry piłkarz” stanowiłby wzmocnienie dla jego zespołu.

Wóz albo przewóz.