Opis

Albert Hofmann (1906–2008) był szwajcarskim chemikiem, członkiem Komitetu Noblowskiego i byłym dyrektorem Oddziału Badań fabryki leków Sandoz.

19 kwietnia 1943 roku o 16:20 Albert Hofmann dokonał auto-eksperymentu, przyjmując wynalezioną przez siebie substancję – LSD. Wydarzenie to na zawsze odmieniło jego życie.

Wkrótce LSD stało się znane na całym świecie, stanowiąc eksperymentalny lek, przedmiot dyskusji psychiatrów i filozofów, a także jeden z fundamentów ruchu hippisowskiego.

LSD – dla jednych stało się synonimem chemicznej drogi do Nirwany, dla drugich – szatańskim narkotykiem, a dla jeszcze innych – narzędziem posiadającym niesłychany potencjał w badaniu naszej świadomości. Aldous Huxley umierając poprosił swoją żonę o podanie mu właśnie LSD...

Łatwo można powiedzieć, że jeśli chodzi o tę substancję, wszystko wymknęło się spod kontroli.

Jednak jak do tego wszystkiego doszło? Jak wyglądały narodziny „cudownego narkotyku”?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 241

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Al­bert Hof­mann

LSD... moje trud­ne dziec­ko

Hi­sto­ria od­kry­cia „cu­dow­ne­go nar­ko­ty­ku”

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

LSD – mein Sor­gen­kind. Die Ent­dec­kung einer »Wun­der­dro­ge«

Tłu­ma­cze­nie: Krzysz­tof Le­wan­dow­ski

Ko­rek­ta: M.B., Mar­ty­na So­bót­ka

Pro­jekt okład­ki: Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Kon­wer­sja do wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

© 1979, 2001 Klett-Cot­ta - J.G. Cot­ta’sche Bu­ch­han­dlung Na­chfol­ger

GmbH, Stut­t­gart

© Co­py­ri­ght for Po­lish trans­la­tion by Krzysz­tof Le­wan­dow­ski

© Co­py­ri­ght for Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Cień Kształ­tu 2016

ISBN 978-83-60685-26-6

Do­ło­ży­li­śmy wszel­kich sta­rań, aby książ­ka była wol­na od błę­dów, je­śli jed­nak ja­kieś nam umknę­ły, po­pro­si­my o wia­do­mość – z chę­cią po­pra­wi­my je przy do­dru­ku!

Wy­daw­nic­two CIEŃ KSZTAŁ­TU

ul. Że­rom­skie­go 5 m. 64

01-887 War­sza­wa

tel./fax: 22 835-24-07

e-mail: wy­daw­nic­[email protected]­tu.pl

http://www.cien-ksztal­tu.pl

Przedmowa

Ist­nie­ją ta­kie prze­ży­cia, o któ­rych więk­szość z nas woli mil­czeć, gdyż nie od­no­szą się do co­dzien­nej rze­czy­wi­sto­ści i nie pod­da­ją ra­cjo­nal­nym wy­ja­śnie­niom. Nie wy­wo­łu­ją ich ja­kieś szcze­gól­ne zda­rze­nia ze­wnętrz­ne, są one ra­czej zwią­za­ne z na­szym ży­ciem we­wnętrz­nym. Naj­czę­ściej lek­ce­wa­ży­my je, trak­tu­jąc jako wy­two­ry wy­ob­raź­ni, i nie do­pusz­cza­my ich do świa­do­mo­ści. I na­gle, w spo­sób nie­zwy­kły, za­chwy­ca­ją­cy lub alar­mu­ją­cy, zna­ne nam oto­cze­nie ule­ga trans­for­ma­cji, ujaw­nia się nam w no­wym świe­tle, na­bie­ra wy­jąt­ko­we­go zna­cze­nia. Prze­ży­cie tego ro­dza­ju może być sła­be i ulot­ne jak mu­śnię­cie po­wie­trza, ale może też od­ci­snąć się głę­bo­ko w na­szych umy­słach.

Jed­no z za­uro­czeń tego ro­dza­ju przy­tra­fi­ło mi się w dzie­ciń­stwie i do dzi­siaj po­zo­sta­ło żywe w mo­jej pa­mię­ci. Zda­rzy­ło się to pew­ne­go ma­jo­we­go ran­ka – nie pa­mię­tam już, któ­ry to był rok, lecz wciąż je­stem w sta­nie wska­zać do­kład­nie miej­sce tego wy­da­rze­nia, znaj­du­ją­ce się na le­śnym szla­ku, pro­wa­dzą­cym na Mar­tins­berg, po­wy­żej Ba­den, w Szwaj­ca­rii. Kie­dy spa­ce­ro­wa­łem tam po­mię­dzy świe­żo za­zie­le­nio­ny­mi drze­wa­mi, roz­świe­tlo­ny­mi po­ran­nym słoń­cem i wy­peł­nio­ny­mi pta­sim śpie­wem, wszyst­ko na­raz po­ja­wi­ło się ską­pa­ne w nie­zwy­kle czy­stym świe­tle. Czy przy­czy­ną tego było coś, cze­go po pro­stu wcze­śniej nie za­uwa­ży­łem? A może od­kry­wa­łem wio­sen­ny las we wła­ści­wej mu po­sta­ci? Świe­cił naj­cu­dow­niej­szym bla­skiem, prze­ma­wia­jąc do ser­ca w taki spo­sób, jak­by chciał mnie ob­jąć swo­im do­sto­jeń­stwem. By­łem wy­peł­nio­ny nie­opi­sa­nym po­czu­ciem ra­do­ści, jed­no­ści i bło­gie­go bez­pie­czeń­stwa.

Nie mam po­ję­cia, jak dłu­go sta­łem tam ocza­ro­wa­ny. Kie­dy ru­szy­łem da­lej, przy­po­mi­nam so­bie tyl­ko nie­po­kój, któ­ry po­czu­łem, gdy blask po­wo­li nik­nął. W jaki spo­sób tak re­al­na i prze­ko­nu­ją­ca wi­zja, tak bez­po­śred­nio i głę­bo­ko od­czu­ta, mo­gła się tak szyb­ko skoń­czyć? I w jaki spo­sób mógł­bym się nią z kimś po­dzie­lić, do cze­go skła­nia­ła mnie prze­peł­nia­ją­ca mnie ra­dość, sko­ro wie­dzia­łem, że żad­ne sło­wa nie są w sta­nie od­dać tego, co zo­ba­czy­łem? Wy­da­wa­ło się dziw­ne, że jako dziec­ko zo­ba­czy­łem coś tak wspa­nia­łe­go, coś, cze­go do­ro­śli z pew­no­ścią nie do­świad­czy­li, gdyż ni­g­dy nie sły­sza­łem, aby o czymś ta­kim wspo­mi­na­li.

W okre­sie dzie­ciń­stwa jesz­cze kil­ka razy prze­ży­wa­łem po­dob­nie eu­fo­rycz­ne sta­ny pod­czas wę­dró­wek przez lasy i łąki. To wła­śnie te do­świad­cze­nia ukształ­to­wa­ły zrę­by mo­je­go świa­to­po­glą­du i prze­ko­na­ły mnie o ist­nie­niu cu­dow­nej, po­tęż­nej i nie­zgłę­bio­nej rze­czy­wi­sto­ści, któ­ra po­zo­sta­wa­ła ukry­ta przed co­dzien­nym spoj­rze­niem.

Moim czę­stym zmar­twie­niem tam­tych dni była wąt­pli­wość, czy kie­dy­kol­wiek, już jako do­ro­sły, będę w sta­nie po­dzie­lić się z kimś tymi do­świad­cze­nia­mi; czy będę miał oka­zję prze­ka­zać swo­je wi­zje po­przez po­ezję czy ma­lar­stwo. Lecz wie­dząc, że nie zo­sta­łem stwo­rzo­ny na po­etę czy ar­ty­stę, po­dej­rze­wa­łem, że będę zmu­szo­ny za­cho­wać te cen­ne prze­ży­cia wy­łącz­nie dla sie­bie.

Nie­ocze­ki­wa­nie – nie­le­d­wie przez przy­pa­dek – i dużo póź­niej, kie­dy by­łem już w śred­nim wie­ku, te wi­zyj­ne do­świad­cze­nia z dzie­ciń­stwa po­łą­czy­ły się z mo­imi za­ję­cia­mi za­wo­do­wy­mi.

Chęć uzy­ska­nia wglą­du w struk­tu­rę i esen­cję ma­te­rii spo­wo­do­wa­ła, że wy­bra­łem za­wód ba­da­cza-che­mi­ka. Po­nie­waż od dziec­ka in­te­re­so­wa­łem się świa­tem ro­ślin, po­sta­no­wi­łem spe­cja­li­zo­wać się w skład­ni­kach ro­ślin lecz­ni­czych. Po­dą­ża­jąc tym za­wo­do­wym tro­pem, za­ją­łem się sub­stan­cja­mi psy­cho­ak­tyw­ny­mi, po­wo­du­ją­cy­mi ha­lu­cy­na­cje, któ­re w pew­nych wa­run­kach mo­gły wy­wo­ły­wać sta­ny wi­zyj­ne po­dob­ne do tych spon­ta­nicz­nych prze­żyć, któ­re opi­sa­łem. Naj­waż­niej­sza z tych ha­lu­cy­no­gen­nych sub­stan­cji sta­ła się zna­na jako LSD. Sub­stan­cje ha­lu­cy­no­gen­ne jako ak­tyw­ne związ­ki, bę­dą­ce przed­mio­tem znacz­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia na­uki, zna­la­zły za­sto­so­wa­nie w ba­da­niach me­dycz­nych, w bio­lo­gii i psy­chia­trii, a póź­niej, zwłasz­cza po­przez LSD, sze­ro­ko wnik­nę­ły w kul­tu­rę nar­ko­ty­ko­wą.

Stu­diu­jąc li­te­ra­tu­rę zwią­za­ną z moją pra­cą, sta­łem się świa­do­my, jak wiel­kie i uni­wer­sal­ne zna­cze­nie po­sia­da do­świad­cze­nie wi­zyj­ne. Peł­ni ono do­mi­nu­ją­cą rolę nie tyl­ko w mi­sty­cy­zmie i hi­sto­rii re­li­gii, ale tak­że w twór­czym pro­ce­sie ar­ty­stycz­nym, w li­te­ra­tu­rze i na­uce. Now­sze ba­da­nia wy­ka­zu­ją, że wie­lu lu­dzi do­świad­cza wi­zji w co­dzien­nym ży­ciu, choć więk­szo­ści z nas nie uda­je się roz­po­znać ich zna­cze­nia i war­to­ści. Mi­stycz­ne prze­ży­cia po­dob­ne do tych, któ­re za­zna­czy­ły się w moim dzie­ciń­stwie, nie są naj­wi­docz­niej wca­le ta­kie rzad­kie.

W dzi­siej­szych cza­sach daje się za­uwa­żyć duże za­in­te­re­so­wa­nie osią­ga­niem prze­żyć mi­stycz­nych, wi­zyj­ny­mi wglą­da­mi w głęb­szą, peł­niej­szą rze­czy­wi­stość, niż ta, któ­ra jawi się na­szej ra­cjo­nal­nej, co­dzien­nej świa­do­mo­ści. W celu prze­kro­cze­nia na­sze­go ma­te­ria­li­stycz­ne­go spo­so­bu uj­mo­wa­nia świa­ta, po­dej­mo­wa­ne są róż­no­rod­ne wy­sił­ki – nie tyl­ko przez oso­by przy­stę­pu­ją­ce do wschod­nich ru­chów re­li­gij­nych, lecz tak­że przez za­wo­do­wych psy­chia­trów, któ­rzy z głę­bo­kie­go du­cho­we­go prze­ży­cia czy­nią pod­sta­wo­wą za­sa­dę te­ra­pii.

Po­dzie­lam po­gląd wie­lu współ­cze­śnie ży­ją­cych lu­dzi, że kry­zys du­cho­wy ogar­nia­ją­cy wszyst­kie sfe­ry za­chod­nie­go spo­łe­czeń­stwa prze­my­sło­we­go może być za­że­gna­ny je­dy­nie po­przez zmia­nę na­sze­go wy­obra­że­nia o świe­cie. Po­win­ni­śmy po­ko­nać ma­te­ria­li­stycz­ny i du­ali­stycz­ny po­gląd, że lu­dzie i śro­do­wi­sko są od sie­bie od­dzie­le­ni oraz przy­jąć do wia­do­mo­ści rze­czy­wi­stość ogar­nia­ją­cą wszyst­ko, tak­że do­świad­cza­ją­ce ego. Po­win­ni­śmy tym sa­mym uświa­do­mić so­bie ist­nie­nie sfe­ry, w któ­rej lu­dzie czu­ją jed­ność z oży­wio­ną na­tu­rą i z ca­łym stwo­rze­niem.

Wszyst­ko, co może się przy­czy­nić do ta­kiej fun­da­men­tal­nej zmia­ny w na­szym po­strze­ga­niu rze­czy­wi­sto­ści, musi w związ­ku z tym za­słu­gi­wać na szcze­rą uwa­gę. Naj­waż­niej­szy­mi wśród tych pro­po­zy­cji są róż­ne me­to­dy me­dy­ta­cji, za­rów­no re­li­gij­nej, jak i świec­kiej, któ­re mają na celu po­głę­bie­nie oglą­du rze­czy­wi­sto­ści po­przez ca­ło­ścio­we do­świad­cze­nie mi­stycz­ne. Inną waż­ną, choć cią­gle bu­dzą­cą licz­ne kon­tro­wer­sje, ścież­ką, pro­wa­dzą­cą do tego sa­me­go celu, jest uży­cie ha­lu­cy­no­gen­nych psy­cho­far­ma­ceu­ty­ków, po­sia­da­ją­cych wła­ści­wość zmie­nia­nia sta­nów świa­do­mo­ści. LSD zna­la­zło ta­kie za­sto­so­wa­nie w me­dy­cy­nie, w psy­cho­ana­li­zie i psy­cho­te­ra­pii, wspo­ma­ga­jąc pa­cjen­tów w do­strze­ga­niu praw­dzi­we­go zna­cze­nia ich pro­ble­mów.

Ce­lo­we pro­wo­ko­wa­nie mi­stycz­nych do­świad­czeń, szcze­gól­nie przy uży­ciu LSD i po­dob­nych związ­ków ha­lu­cy­no­gen­nych, za­wie­ra – w prze­ci­wień­stwie do spon­ta­nicz­nych do­świad­czeń wi­zyj­nych – za­gro­że­nia, któ­rych nie wol­no umniej­szać. Prak­ty­cy mu­szą wziąć pod uwa­gę szcze­gól­ne skut­ki uży­cia tych sub­stan­cji, a zwłasz­cza ich zdol­ność do wpły­wa­nia na świa­do­mość, naj­skryt­szą esen­cję na­sze­go bytu. Do­tych­cza­so­wa hi­sto­ria LSD po­ka­zu­je wy­star­cza­ją­co wy­raź­nie, ja­kie ka­ta­stro­ficz­ne skut­ki mogą na­stą­pić, gdy głę­bo­ki efekt dzia­ła­nia tej sub­stan­cji jest nie­wła­ści­wie oce­nio­ny, gdy jest ona myl­nie trak­to­wa­na jako uprzy­jem­nia­ją­cy ży­cie nar­ko­tyk. Za­nim eks­pe­ry­ment z LSD może stać się zna­czą­cym do­świad­cze­niem, mu­szą być przed­się­wzię­te szcze­gól­ne, we­wnętrz­ne i ze­wnętrz­ne, za­bie­gi. Złe i nie­wła­ści­we uży­cie spra­wi­ły, że LSD sta­ło się moim trud­nym dziec­kiem.

Moim pra­gnie­niem, wy­ra­żo­nym tą książ­ką, jest przed­sta­wie­nie peł­ne­go ob­ra­zu LSD: hi­sto­rii jego po­wsta­nia, dzia­ła­nia oraz zwią­za­nych z nim nie­bez­pie­czeństw, oraz prze­ciw­sta­wie­nie się ro­sną­ce­mu nad­uży­wa­niu tego nie­zwy­kłe­go spe­cy­fi­ku. Mam przez to na­dzie­ję po­ło­żyć szcze­gól­ny ak­cent na po­ten­cjal­ne uży­cie LSD, któ­re po­win­no być zgod­ne z jego cha­rak­te­ry­stycz­nym dzia­ła­niem. Wie­rzę, że kie­dy lu­dzie w przy­szło­ści na­uczą się roz­sąd­niej wy­ko­rzy­sty­wać ha­lu­cy­no­gen­ny po­ten­cjał LSD – w od­po­wied­nich wa­run­kach, w prak­ty­ce me­dycz­nej i w po­łą­cze­niu z me­dy­ta­cją – wte­dy moje trud­ne dziec­ko może stać się dziec­kiem cu­dow­nym.

Roz­dział 1

Jak powstało LSD

W ob­sza­rze na­uko­wej ob­ser­wa­cji szczę­ście

sprzy­ja tyl­ko tym, któ­rzy są go­to­wi

Lo­uis Pa­steur

Cią­gle sły­szę lub czy­tam, że LSD zo­sta­ło od­kry­te przez przy­pa­dek. To tyl­ko część praw­dy. LSD zo­sta­ło po­wo­ła­ne do ist­nie­nia w ra­mach re­gu­lar­ne­go pro­gra­mu ba­daw­cze­go, a „przy­pa­dek” zda­rzył się znacz­nie póź­niej, kie­dy LSD mia­ło pra­wie pięć lat. Wów­czas to do­świad­czy­łem jego nie­prze­wi­dy­wal­ne­go dzia­ła­nia w swo­im wła­snym cie­le lub ra­czej – w swo­im wła­snym umy­śle.

Oglą­da­jąc się wstecz na prze­bieg mo­jej ka­rie­ry za­wo­do­wej w celu prze­śle­dze­nia zna­czą­cych wy­da­rzeń i de­cy­zji – mo­gą­cych mieć wpływ na moją pra­cę, któ­ra za­owo­co­wa­ła syn­te­zą LSD – stwier­dzam, że naj­bar­dziej de­cy­du­ją­cym kro­kiem był tu wy­bór miej­sca za­trud­nie­nia po ukoń­cze­niu stu­diów che­micz­nych. Gdy­by moja de­cy­zja była inna, wów­czas ta sub­stan­cja, któ­ra sta­ła się zna­na ca­łe­mu świa­tu, mo­gła­by ni­g­dy nie zo­stać stwo­rzo­na. A za­tem, aby opo­wie­dzieć hi­sto­rię po­wsta­nia LSD, mu­szę do­tknąć nie­co te­ma­tu mo­jej ka­rie­ry che­mi­ka, gdyż te dwa pro­ce­sy są ze sobą nie­ro­ze­rwal­nie po­wią­za­ne.

Wio­sną 1929 roku, po ukoń­cze­niu stu­diów che­micz­nych na uni­wer­sy­te­cie w Zu­ry­chu, za­trud­ni­łem się w far­ma­ceu­tycz­no-che­micz­nym la­bo­ra­to­rium na­uko­wym za­kła­dów San­doz w Ba­zy­lei jako współ­pra­cow­nik pro­fe­so­ra Ar­tu­ra Stol­la, za­ło­ży­cie­la i dy­rek­to­ra od­dzia­łu far­ma­ceu­tycz­ne­go. Wy­bra­łem to sta­no­wi­sko, gdyż za­pew­nia­ło mi oka­zję pra­cy z pro­duk­ta­mi na­tu­ral­ny­mi, pod­czas gdy dwie inne ofer­ty pra­cy z firm che­micz­nych z Ba­zy­lei były zwią­za­ne z pra­cą w dzie­dzi­nie che­mii syn­te­tycz­nej.

Pierw­sze ba­da­nia che­micz­ne

Już moja pra­ca dok­tor­ska w Zu­ry­chu pod kie­run­kiem pro­fe­so­ra Pau­la Kar­re­ra dała mi oka­zję re­ali­zo­wa­nia mo­ich za­in­te­re­so­wań w ob­sza­rze che­mii związ­ków po­cho­dze­nia zwie­rzę­ce­go i ro­ślin­ne­go. Uży­wa­jąc soku żo­łąd­ko­wo-je­li­to­we­go śli­ma­ka win­nicz­ka, prze­pro­wa­dzi­łem en­zy­ma­tycz­ną re­duk­cję chi­ty­ny, ma­te­ria­łu bu­dul­co­we­go, z któ­re­go są zbu­do­wa­ne sko­ru­py, skrzy­dła i szczyp­ce owa­dów, sko­ru­pia­ków i in­nych zwie­rząt niż­szych. By­łem w sta­nie wy­wieść che­micz­ną struk­tu­rę chi­ty­ny z pro­duk­tu roz­pa­du w po­sta­ci cu­kru za­wie­ra­ją­ce­go azot, uzy­ska­ne­go w wy­ni­ku tej re­duk­cji. Chi­ty­na oka­za­ła się być ana­lo­giem ce­lu­lo­zy, ma­te­ria­łu bu­dul­co­we­go ro­ślin. Ten waż­ny wy­nik, uzy­ska­ny za­le­d­wie trzy mie­sią­ce od roz­po­czę­cia ba­dań, do­pro­wa­dził mnie do uzy­ska­nia dok­to­ra­tu „z wy­róż­nie­niem”.

Kie­dy za­trud­ni­łem się w za­kła­dach San­do­za, ze­spół od­dzia­łu far­ma­ceu­tycz­no-che­micz­ne­go był cią­gle nie­wiel­ki. Czte­rej che­mi­cy ze stop­nia­mi dok­to­ra pra­co­wa­li przy ba­da­niach, trzej zaś – w pro­duk­cji.

W la­bo­ra­to­rium Stol­la zna­la­złem za­ję­cie, któ­re cał­ko­wi­cie sa­tys­fak­cjo­no­wa­ło mnie jako che­mi­ka-ba­da­cza. Ce­lem, jaki przy­świe­cał pro­fe­so­ro­wi Stol­lo­wi przy two­rze­niu la­bo­ra­to­riów ba­daw­czych od­dzia­łu far­ma­ceu­tycz­no-che­micz­ne­go, była izo­la­cja czyn­ni­ków ak­tyw­nych po­pu­lar­nych ro­ślin lecz­ni­czych, aby wy­pro­du­ko­wać czy­ste prób­ki tych sub­stan­cji. Jest to szcze­gól­nie istot­ne w od­nie­sie­niu do ro­ślin lecz­ni­czych, któ­rych skład­ni­ki ak­tyw­ne są nie­sta­bil­ne lub któ­rych moc waha się znacz­nie, co utrud­nia usta­le­nie wła­ści­wej daw­ki. Gdy jed­nak ak­tyw­ny czyn­nik jest osią­gal­ny w czy­stej po­sta­ci, moż­li­wa sta­je się pro­duk­cja trwa­łych far­ma­ceu­ty­ków, któ­rych daw­kę moż­na do­kład­nie okre­ślić przez wa­że­nie. Ma­jąc to na uwa­dze, pro­fe­sor Stoll wy­brał do dal­szych ba­dań sub­stan­cje po­cho­dze­nia ro­ślin­ne­go o roz­po­zna­nej war­to­ści, uzy­ska­ne z ta­kich ro­ślin, jak na­parst­ni­ca (Di­gi­ta­lis), urgi­nia mor­ska (Scil­la ma­ri­ti­ma) i spo­rysz żyta (Se­ca­le cor­nu­tum), któ­re – mimo nie­sta­bil­no­ści i nie­pew­ne­go do­zo­wa­nia – mia­ły jed­nak nie­wiel­kie za­sto­so­wa­nie w me­dy­cy­nie.

Moje pierw­sze lata pra­cy w la­bo­ra­to­riach San­do­za były po­świę­co­ne nie­mal wy­łącz­nie ba­da­niom ak­tyw­nych skład­ni­ków urgi­nii mor­skiej. W pra­ce te wpro­wa­dził mnie dr Wal­ter Kre­is, je­den z pierw­szych współ­pra­cow­ni­ków pro­fe­so­ra Stol­la. Naj­waż­niej­sze skład­ni­ki tej ro­śli­ny ist­nia­ły już w czy­stej for­mie, a ich ak­tyw­ne czyn­ni­ki zo­sta­ły z nie­zwy­kłą wpra­wą wy­dzie­lo­ne i oczysz­czo­ne przez dr. Kre­isa, po­dob­nie jak skład­ni­ki na­parst­ni­cy weł­ni­stej (Di­gi­ta­lis la­na­ta).

Ak­tyw­ne skład­ni­ki urgi­nii mor­skiej na­le­żą do gru­py gli­ko­zy­dów na­ser­co­wych (gli­ko­zy­dy: sub­stan­cje za­wie­ra­ją­ce cu­kier) i słu­żą, po­dob­nie jak skład­ni­ki ak­tyw­ne na­parst­ni­cy, le­cze­niu nie­wy­dol­no­ści ser­ca. Gli­ko­zy­dy na­ser­co­we są sub­stan­cja­mi o bar­dzo du­żej mocy dzia­ła­nia. Po­nie­waż ich daw­ka lecz­ni­cza nie­wie­le róż­ni się od daw­ki tru­ją­cej, szcze­gól­nie waż­ne w tym przy­pad­ku jest do­kład­ne do­zo­wa­nie, moż­li­we dzię­ki czy­stym skład­ni­kom.

Kie­dy za­czy­na­łem pra­cę ba­daw­czą, pre­pa­rat far­ma­ceu­tycz­ny za­wie­ra­ją­cy gli­ko­zy­dy Scil­li był już wpro­wa­dzo­ny przez San­do­za do te­ra­pii, jed­nak­że struk­tu­ra che­micz­na za­war­tych w nim ak­tyw­nych skład­ni­ków, z wy­jąt­kiem cu­krów, po­zo­sta­wa­ła w znacz­nym stop­niu nie­zna­na.

Moim głów­nym wkła­dem w ba­da­nia Scil­li, w któ­rych uczest­ni­czy­łem pe­łen en­tu­zja­zmu, było ob­ja­śnie­nie che­micz­nej struk­tu­ry wspól­ne­go szkie­le­tu wy­stę­pu­ją­cych w niej gli­ko­zy­dów po­przez po­ka­za­nie z jed­nej stro­ny róż­nic w sto­sun­ku do gli­ko­zy­dów na­parst­ni­cy, z dru­giej zaś – ich struk­tu­ral­nych związ­ków z tok­sycz­nym skład­ni­kiem wy­izo­lo­wa­nym z gru­czo­łów skór­nych ro­puch. W 1935 roku te ba­da­nia zo­sta­ły na pew­nym eta­pie za­koń­czo­ne.

Po­szu­ku­jąc no­we­go ob­sza­ru ba­dań, po­pro­si­łem pro­fe­so­ra Stol­la o umoż­li­wie­nie mi kon­ty­nu­acji ba­dań nad al­ka­lo­ida­mi spo­ry­szu, któ­re on roz­po­czął w 1917 roku, i któ­re w 1918 roku do­pro­wa­dzi­ły do izo­la­cji er­go­ta­mi­ny.

Er­go­ta­mi­na – od­kry­ta przez Stol­la – była pierw­szym al­ka­lo­idem spo­ry­szu uzy­ska­nym w czy­stej che­micz­nie po­sta­ci. Choć zwią­zek ten szyb­ko za­czął od­gry­wać zna­czą­cą rolę w te­ra­pii (pod na­zwą han­dlo­wą Gy­ner­gen) jako śro­dek ho­me­osta­tycz­ny wy­ko­rzy­sty­wa­ny w po­łoż­nic­twie oraz jako lek prze­ciw mi­gre­nie, ba­da­nia che­micz­ne spo­ry­szu w la­bo­ra­to­riach San­do­za zo­sta­ły za­wie­szo­ne po wy­dzie­le­niu er­go­ta­mi­ny i okre­śle­niu do­świad­czal­nie jej wzo­ru su­ma­rycz­ne­go. Tym­cza­sem, na po­cząt­ku lat trzy­dzie­stych, la­bo­ra­to­ria an­giel­skie i ame­ry­kań­skie za­czę­ły okre­ślać che­micz­ną struk­tu­rę al­ka­lo­idów spo­ry­szu. Od­kry­to też wte­dy nowy, roz­pusz­czal­ny w wo­dzie al­ka­lo­id spo­ry­szu, któ­ry po­dob­nie mógł być wy­dzie­lo­ny z mat­czy­ne­go roz­two­ru uzy­ska­ne­go w pro­ce­sie pro­duk­cji er­go­ta­mi­ny. Są­dzi­łem więc, że czas naj­wyż­szy, aby San­doz wzno­wił ba­da­nia che­micz­ne al­ka­lo­idów spo­ry­szu, któ­re sta­wa­ły się istot­ne, bo­wiem w prze­ciw­nym ra­zie gro­zi­ła nam utra­ta po­zy­cji li­de­ra w ba­da­niach me­dycz­nych.

Pro­fe­sor Stoll zgo­dził się na moją pro­po­zy­cję, choć to­wa­rzy­szy­ły temu pew­ne oba­wy: „Mu­szę cię ostrzec przed trud­no­ścia­mi, wo­bec któ­rych sta­niesz, zaj­mu­jąc się al­ka­lo­ida­mi spo­ry­szu. Są to sub­stan­cje nie­zwy­kle wraż­li­we, ła­two ule­ga­ją roz­pa­do­wi i są mniej sta­bil­ne niż ja­kie­kol­wiek skład­ni­ki, z któ­ry­mi mia­łeś do czy­nie­nia pod­czas pra­cy z gli­ko­zy­da­mi na­ser­co­wy­mi. Ale mo­żesz spró­bo­wać”.

Tak więc klam­ka za­pa­dła i za­ją­łem się dzie­dzi­ną ba­dań, któ­re sta­ły się za­sad­ni­czym wąt­kiem mo­jej ka­rie­ry za­wo­do­wej. Ni­g­dy nie za­po­mnę twór­czej ra­do­ści i nie­cier­pli­we­go ocze­ki­wa­nia, ja­kie czu­łem, po­dej­mu­jąc ba­da­nia al­ka­lo­idów spo­ry­szu – ob­sza­ru po­szu­ki­wań w tam­tych cza­sach sto­sun­ko­wo mało zna­ne­go.

Spo­rysz

Po­moc­ne w tym miej­scu by­ło­by przy­to­cze­nie kil­ku pod­sta­wo­wych in­for­ma­cji na te­mat sa­me­go spo­ry­szu1. Jest on pro­du­ko­wa­ny przez niż­sze grzy­by (Cla­vi­ceps pur­pu­rea), któ­re ro­sną jako pa­ra­zy­ty na ży­cie, rza­dziej na in­nych zbo­żach i dzi­kich tra­wach.

Ziar­na za­ata­ko­wa­ne przez ten grzyb sta­ją się z po­cząt­ku ja­sno­brą­zo­we, a po­tem zmie­nia­ją się w za­krzy­wio­ne, fio­le­to­wo­brą­zo­we strą­ki (skle­ro­cje), któ­re wy­do­sta­ją się z łu­ski z miej­sca, gdzie było ziar­no. Spo­rysz jest kla­sy­fi­ko­wa­ny bo­ta­nicz­nie jako skle­ro­cjum – for­ma, któ­rą przyj­mu­je w zi­mie. Spo­rysz żyta (Se­ca­le cor­nu­tum) jest na wie­le spo­so­bów uży­tecz­ny me­dycz­nie.

Spo­rysz po­sia­da bar­dziej fa­scy­nu­ją­cą hi­sto­rię niż inne spe­cy­fi­ki, w wy­ni­ku któ­rej jego zna­cze­nie ule­gło cał­ko­wi­tej prze­mia­nie: od tru­ci­zny, któ­rej się lę­ka­no, po war­to­ścio­we le­kar­stwo sprze­da­wa­ne w dro­gich skle­pach. Na sce­nę hi­sto­rii spo­rysz za­wi­tał we wcze­snym śre­dnio­wie­czu jako przy­czy­na epi­de­mii ma­so­wych za­truć, któ­re do­ty­ka­ły ty­sią­ce lu­dzi ży­ją­cych w tam­tych cza­sach. Ob­ja­wy za­tru­cia, któ­re­go zwią­zek ze spo­ry­szem nie był przez dłu­gi czas lu­dziom zna­ny, były dwo­ja­kie­go ro­dza­ju: gan­gre­no­we i kon­wul­syj­ne. Po­pu­lar­ne okre­śle­nia tego za­tru­cia – ta­kie jak mal des ar­dents, Sa­cer Ignis, He­ili­ges Feu­er czy ogień św. An­to­nie­go – od­no­szą się do gan­gre­no­wej for­my tego za­tru­cia. Pa­tro­nem ofiar za­tru­cia spo­ry­szem jest św. An­to­ni i to jego za­kon jako pierw­szy zaj­mo­wał się tego ro­dza­ju pa­cjen­ta­mi.

Aż do nie­daw­na świa­dec­twa wy­bu­chów „epi­de­mii” za­tru­cia spo­ry­szem no­to­wa­no w więk­szo­ści kra­jów eu­ro­pej­skich, włą­cza­jąc w to nie­któ­re ob­sza­ry Ro­sji. Wraz z po­stę­pem w rol­nic­twie i od cza­su stwier­dze­nia w XVII w., że chleb za­wie­ra­ją­cy spo­rysz był ich przy­czy­ną, czę­stość i za­sięg epi­de­mii za­tru­cia spo­ry­szem znacz­nie się zmniej­szy­ły. Ostat­nia wiel­ka epi­de­mia zda­rzy­ła się na te­re­nach po­łu­dnio­wej Ro­sji w la­tach 1926–19272.

Pierw­sze wzmian­ki o me­dycz­nym wy­ko­rzy­sta­niu spo­ry­szu po­cho­dzą z roku 1582, z ziel­ni­ka Ada­ma Lo­nit­ze­ra (Lo­ni­ce­ru­sa), le­ka­rza miej­skie­go z Frank­fur­tu, któ­ry wy­mie­nia go jako śro­dek na przy­śpie­sze­nie po­ro­du. Cho­ciaż spo­rysz, jak stwier­dza Lo­nit­zer, był uży­wa­ny od pra­daw­nych cza­sów przez po­łoż­ne, lek ten tra­fił do ofi­cjal­nej me­dy­cy­ny do­pie­ro w 1808 roku, w wy­ni­ku pra­cy ame­ry­kań­skie­go le­ka­rza Joh­na Ste­arn­sa

Ac­co­unt of the Pu­tvis Par­tu­riens, a Re­me­dy for Qu­ic­ke­ning Child­birth. Uży­cie spo­ry­szu jako środ­ka przy­śpie­sza­ją­ce­go po­ród nie trwa­ło jed­nak dłu­go, jako że le­ka­rze sta­li się wkrót­ce świa­do­mi du­że­go za­gro­że­nia dla dziec­ka. Za­gro­że­nie to zwią­za­ne było głów­nie z nie­pew­no­ścią co do daw­ki, któ­rej prze­kro­cze­nie pro­wa­dzi­ło do skur­czów ma­ci­cy. Z tego po­wo­du uży­cie spo­ry­szu jako leku w po­łoż­nic­twie zo­sta­ło ogra­ni­czo­ne do przy­pad­ków krwa­wie­nia po­po­ro­do­we­go.

Do­pie­ro w pierw­szej po­ło­wie dzie­więt­na­ste­go wie­ku, w na­stęp­stwie po­ja­wie­nia się spo­ry­szu w licz­nych far­ma­ko­pe­ach, zo­sta­ły pod­ję­te pierw­sze pró­by wy­izo­lo­wa­nia z nie­go sub­stan­cji ak­tyw­nych. Jed­nak­że żad­ne­mu z ba­da­czy, któ­rzy zaj­mo­wa­li się tym za­gad­nie­niem w cią­gu na­stęp­nych stu lat, nie uda­ło się wy­od­ręb­nić wła­ści­wych sub­stan­cji od­po­wie­dzial­nych za dzia­ła­nie lecz­ni­cze spo­ry­szu. W 1907 roku An­gli­cy G. Bar­ger i F.H. Carr jako pierw­si wy­od­ręb­ni­li ze spo­ry­szu ak­tyw­ny, al­ka­lo­ido­wy pre­pa­rat, któ­ry na­zwa­li er­go­tok­sy­ną, gdyż po­sia­dał wła­ści­wo­ści w więk­szym stop­niu tok­sycz­ne niż lecz­ni­cze. (Pre­pa­rat ten nie był jed­no­rod­ny, lecz sta­no­wił mie­sza­ni­nę kil­ku al­ka­lo­idów, co wy­ka­za­łem trzy­dzie­ści pięć lat póź­niej). Nie­mniej jed­nak far­ma­ko­log H.H. Dale od­krył, że er­go­tok­sy­na – poza od­dzia­ły­wa­niem na ma­ci­cę – sty­mu­lu­je tak­że ujem­nie wy­dzie­la­nie ad­re­na­li­ny w au­to­no­micz­nym sys­te­mie ner­wo­wym, co mo­gło pro­wa­dzić do lecz­ni­cze­go wy­ko­rzy­sta­nia al­ka­lo­idów spo­ry­szu. Do­pie­ro jed­nak wy­od­ręb­nie­nie er­go­ta­mi­ny przez A. Stol­la (o czym wcze­śniej wspo­mi­na­łem) spra­wi­ło, że al­ka­lo­idy spo­ry­szu za­czę­ły znaj­do­wać sze­ro­kie za­sto­so­wa­nie w lecz­nic­twie.

Wspo­mnia­ne już okre­śle­nie che­micz­nej struk­tu­ry al­ka­lo­idów spo­ry­szu w ame­ry­kań­skich i an­giel­skich la­bo­ra­to­riach roz­po­czę­ło nową erę w ba­da­niach tej sub­stan­cji we wcze­snych la­tach trzy­dzie­stych. W.A Ja­cobs i L.C. Cra­ig z In­sty­tu­tu Roc­ke­fel­le­ra w No­wym Jor­ku, po­słu­gu­jąc się me­to­dą roz­kła­du che­micz­ne­go, wy­izo­lo­wa­li i opi­sa­li wspól­ny szkie­let wszyst­kich al­ka­lo­idów spo­ry­szu. Na­zwa­li go kwa­sem li­zer­go­wym. Po­tem na­stą­pi­ło za­sad­ni­cze od­kry­cie przy­dat­ne za­rów­no w che­mii, jak i w me­dy­cy­nie: wy­dzie­le­nie trwa­łe­go, ba­zo­we­go związ­ku o spe­cy­ficz­nym dzia­ła­niu na ma­ci­cę. Do­nie­sie­nie o tym od­kry­ciu zo­sta­ło opu­bli­ko­wa­ne rów­no­le­gle i cał­kiem nie­za­leż­nie przez czte­ry in­sty­tu­cje, w tym tak­że przez la­bo­ra­to­ria San­do­za. Zwią­zek ten, bę­dą­cy al­ka­lo­idem o sto­sun­ko­wo pro­stej struk­tu­rze, zo­stał na­zwa­ny przez A. Stol­la i E. Burc­khard­ta er­go­ba­zy­ną (jest zna­ny tak­że jako er­go­me­try­na lub er­go­no­wi­na). Po­przez re­duk­cję er­go­ba­zy­ny W.A. Ja­cobs i L.C. Cra­ig uzy­ska­li kwas li­zer­go­wy i pro­pa­no­lo­ami­nę jako pro­duk­ty roz­kła­du.

Uzna­łem za naj­waż­niej­szy cel mo­jej pra­cy syn­te­zę tego al­ka­lo­idu po­przez che­micz­ne po­łą­cze­nie dwóch skład­ni­ków er­go­ba­zy­ny: kwa­su li­zer­go­we­go i pro­pa­no­lo­ami­ny (zo­bacz wzo­ry struk­tu­ral­ne w do­dat­ku).

Nie­zbęd­ny dla tych ba­dań kwas li­zer­go­wy mu­siał być wy­dzie­lo­ny z roz­kła­du in­ne­go al­ka­lo­idu spo­ry­szu. Jako ma­te­riał wyj­ścio­wy dla dal­szych prac wy­bra­łem er­go­ta­mi­nę, gdyż tyl­ko ona była do­stęp­na w czy­stej po­sta­ci al­ka­lo­idu i pro­du­ko­wa­na w ki­lo­gra­mo­wych ilo­ściach przez wy­dział pro­duk­cji le­karstw. Za­bra­łem się do dzie­ła z 0.5 g er­go­ta­mi­ny, któ­rą otrzy­ma­łem od pra­cow­ni­ków z wy­dzia­łu pro­duk­cji. Kie­dy w celu za­twier­dze­nia wy­sła­łem for­mu­larz z za­mó­wie­niem we­wnętrz­nym do pro­fe­so­ra Stol­la, po­ja­wił się w moim la­bo­ra­to­rium z re­pry­men­dą: „Je­śli chcesz zaj­mo­wać się al­ka­lo­ida­mi spo­ry­szu, mu­sisz za­zna­jo­mić się z tech­ni­ka­mi mi­kro­che­mii. Nie do­pusz­czę do tego, że­byś mar­no­wał tak wiel­kie ilo­ści mo­jej cen­nej er­go­ta­mi­ny do swo­ich ba­dań”.

Wy­dział pro­duk­cji opar­tej na spo­ry­szu wy­ko­rzy­sty­wał do wy­twa­rza­nia er­go­ta­mi­ny spo­rysz po­cho­dze­nia szwaj­car­skie­go, a tak­że por­tu­gal­ski, z któ­re­go otrzy­my­wa­no bez­po­sta­cio­wy pre­pa­rat al­ka­lo­ido­wy po­dob­ny do wspo­mnia­nej er­go­tok­sy­ny uzy­ska­nej przez Bar­ge­ra i Car­ra. Po­sta­no­wi­łem wy­ko­rzy­stać ten mniej cen­ny su­ro­wiec do uzy­ska­nia kwa­su li­zer­go­we­go. Al­ka­lo­id ten, otrzy­ma­ny z wy­dzia­łu pro­duk­cji, na­le­ża­ło na­stęp­nie oczy­ścić, za­nim mógł być wy­ko­rzy­sta­ny do roz­kła­du na kwas li­zer­go­wy. Ob­ser­wa­cje po­czy­nio­ne w trak­cie oczysz­cza­nia do­pro­wa­dzi­ły mnie do przy­pusz­cze­nia, że er­go­tok­sy­na nie jest jed­no­rod­nym związ­kiem, ale mie­sza­ni­ną kil­ku al­ka­lo­idów. W dal­szej czę­ści książ­ki przed­sta­wię, jak da­le­kie kon­se­kwen­cje mia­ły te ob­ser­wa­cje.

Mu­szę w tym miej­scu zro­bić krót­ką dy­gre­sję i opi­sać wa­run­ki pra­cy oraz tech­ni­ki, ja­ki­mi po­słu­gi­wa­li­śmy się w tam­tych cza­sach. Uwa­gi te mogą za­in­te­re­so­wać współ­cze­snych ba­da­czy-che­mi­ków, któ­rzy są przy­zwy­cza­je­ni do dużo lep­szych wa­run­ków pra­cy.

Pre­zen­to­wa­li­śmy się nad­zwy­czaj skrom­nie. Pry­wat­ne la­bo­ra­to­ria uwa­ża­ne były za rzad­ką eks­tra­wa­gan­cję. Pod­czas pierw­szych sze­ściu lat mo­jej pra­cy w za­kła­dach San­do­za dzie­li­łem pra­cow­nię z dwo­ma ko­le­ga­mi. Trzej che­mi­cy, każ­dy z jed­nym asy­sten­tem, pra­co­wa­li­śmy w jed­nym po­miesz­cze­niu przy trzech róż­nych te­ma­tach: dr Kre­is – przy gli­ko­zy­dach po­bu­dza­ją­cych czyn­ność ser­ca, dr Wie­de­mann – któ­ry roz­po­czął pra­cę nie­mal w tym sa­mym cza­sie, co ja – przy barw­ni­ku li­ści – chlo­ro­fi­lu – i w koń­cu ja – przy al­ka­lo­idach spo­ry­szu. Pra­cow­nia była wy­po­sa­żo­na w dwa gra­wi­ta­cyj­ne wy­cią­gi (ko­mo­ry wy­po­sa­żo­ne w od­pro­wa­dze­nie), któ­re za­pew­nia­ły mniej niż sku­tecz­ną wen­ty­la­cję dzię­ki wy­ko­rzy­sta­niu cie­pła pło­mie­nia gazu. Kie­dy zwró­ci­li­śmy się do sze­fa o wy­po­sa­że­nie wy­cią­gów w wen­ty­la­to­ry, od­mó­wił, uza­sad­nia­jąc to tym, że wen­ty­la­cja gra­wi­ta­cyj­na wy­ko­rzy­stu­ją­ca cie­pło pło­mie­nia w zu­peł­no­ści wy­star­cza la­bo­ra­to­riom Wil­l­stät­te­ra.

Pod­czas ostat­nich lat pierw­szej woj­ny świa­to­wej pro­fe­sor Stoll był w Ber­li­nie i Mo­na­chium asy­sten­tem świa­to­wej sła­wy che­mi­ka, lau­re­ata na­gro­dy No­bla, pro­fe­so­ra Ri­char­da Wil­l­stät­te­ra, z któ­rym pro­wa­dził ba­da­nia pod­sta­wo­we nad chlo­ro­fi­lem i asy­mi­la­cją dwu­tlen­ku wę­gla. Nie było chy­ba dys­pu­ty z pro­fe­so­rem Stol­lem, w któ­rej nie wspo­mi­nał­by swo­je­go sza­cow­ne­go na­uczy­cie­la, pro­fe­so­ra Wil­l­stät­te­ra, i pra­cy w jego la­bo­ra­to­rium.

Tech­ni­ki pra­cy, do­stęp­ne w tam­tych cza­sach (po­czą­tek lat trzy­dzie­stych) che­mi­kom zaj­mu­ją­cym się che­mią or­ga­nicz­ną, nie róż­ni­ły się w isto­cie od tech­nik sto­so­wa­nych przez Ju­stu­sa von Lie­bi­ga sto lat wcze­śniej. Naj­więk­szy od tam­tych cza­sów roz­wój do­ko­nał się dzię­ki wpro­wa­dze­niu przez B. Pre­gla mi­kro­ana­li­zy, umoż­li­wia­ją­cej roz­po­zna­nie skła­du związ­ku, kie­dy do dys­po­zy­cji jest za­le­d­wie kil­ka mi­li­gra­mów tej sub­stan­cji, pod­czas gdy wcze­śniej po­trze­ba jej było kil­ku cen­ty­gra­mów. Nie ist­nia­ła wte­dy żad­na inna ze zna­nych dzi­siaj tech­nik fi­zy­ko-che­micz­nych do­stęp­nych współ­cze­snym na­ukow­com, któ­re stwo­rzy­ły cał­kiem nowe moż­li­wo­ści okre­śle­nia struk­tu­ry związ­ku i zmie­ni­ły me­to­dy pra­cy, czy­niąc ją szyb­szą i wy­daj­niej­szą.

Pod­czas pierw­szych prac nad spo­ry­szem i w ba­da­niach gli­ko­zy­dów Scil­li uży­wa­łem sta­rych tech­nik od­dzie­la­nia i oczysz­cza­nia z cza­sów Lie­bi­ga: eks­trak­cji frak­cyj­nej, frak­cyj­ne­go wy­trą­ca­nia i kry­sta­li­za­cji, i temu po­dob­nych. Wpro­wa­dze­nie do ba­dań chro­ma­to­gra­fii ko­lum­no­wej, jako pierw­szy krok na dro­dze uno­wo­cze­śnia­nia tech­nik la­bo­ra­to­ryj­nych, było wiel­ce po­moc­ne, ale do­pie­ro w póź­niej­szych mo­ich ba­da­niach. W pierw­szych, pod­sta­wo­wych ba­da­niach spo­ry­szu, ma­ją­cych na celu okre­śle­nie struk­tu­ry związ­ku (w dzi­siej­szych cza­sach ba­da­nia ta­kie prze­pro­wa­dza­ne są szyb­ko i ele­ganc­ko za po­mo­cą me­tod spek­tro­sko­pii – UV, IR, NMR – i rent­ge­no­gra­fii struk­tu­ral­nej), mu­sie­li­śmy cał­ko­wi­cie po­le­gać na sta­rych me­to­dach la­bo­ra­to­ryj­nych che­micz­ne­go roz­kła­du i de­ry­wa­ty­za­cji.

Kwas li­zer­go­wy i jego po­chod­ne

Kwas li­zer­go­wy oka­zał się być sub­stan­cją ra­czej nie­sta­bil­ną i jego sta­bi­li­zo­wa­nie przy uży­ciu pod­sta­wo­wych rod­ni­ków nie było ła­twe. Sto­su­jąc tech­ni­kę zna­ną jako prze­gru­po­wa­nie Cur­tiu­sa, od­kry­łem w koń­cu pro­ces uży­tecz­ny przy łą­cze­niu kwa­su li­zer­go­we­go z ami­na­mi. Uży­wa­jąc tej me­to­dy, wy­pro­du­ko­wa­łem dużą licz­bę związ­ków kwa­su li­zer­go­we­go. Z kom­bi­na­cji kwa­su li­zer­go­we­go z pro­pa­no­lo­ami­ną otrzy­ma­łem zwią­zek iden­tycz­ny z al­ka­lo­ido­wą er­go­ba­zy­ną, otrzy­my­wa­ną z na­tu­ral­ne­go spo­ry­szu. W ten spo­sób do­ko­na­na zo­sta­ła pierw­sza syn­te­za – czy­li sztucz­na pro­duk­cja – al­ka­lo­idu spo­ry­szu.

Zda­rze­nie to nie mia­ło zna­cze­nia wy­łącz­nie na­uko­we­go, po­le­ga­ją­ce­go na po­twier­dze­niu che­micz­nej struk­tu­ry er­go­ba­zy­ny. Mia­ło też zna­cze­nie prak­tycz­ne, gdyż er­go­ba­zy­na – sub­stan­cja he­mo­sta­tycz­na o spe­cy­ficz­nym ute­ro­to­nicz­nym dzia­ła­niu na ma­ci­cę – wy­stę­pu­je w spo­ry­szu tyl­ko w bar­dzo ma­łych ilo­ściach. Przy po­mo­cy syn­te­zy po­zo­sta­łe al­ka­lo­idy, wy­stę­pu­ją­ce ob­fi­cie w spo­ry­szu, mo­gły być te­raz prze­kształ­ca­ne w uży­tecz­ną dla po­łoż­nic­twa er­go­ba­zy­nę.

Po tych pierw­szych suk­ce­sach ze spo­ry­szem moje ba­da­nia po­szły w dwóch kie­run­kach. Po pierw­sze, pró­bo­wa­łem po­lep­szyć wła­ści­wo­ści lecz­ni­cze er­go­ba­zy­ny po­przez zmia­ny rod­ni­ka ami­no­al­ko­ho­lo­we­go. Wspól­nie z ko­le­gą, dr. J. Pey­erem, opra­co­wa­li­śmy pro­ces eko­no­micz­nej pro­duk­cji pro­pa­no­lo­ami­ny i in­nych al­ko­ho­li ami­no­wych. I rze­czy­wi­ście, przez za­stą­pie­nie pro­pa­no­lo­ami­ny za­war­tej w er­go­ba­zy­nie bu­ta­no­lo­ami­ną uzy­ska­na zo­sta­ła ak­tyw­na sub­stan­cja, któ­ra prze­wyż­sza­ła na­tu­ral­ne al­ka­lo­idy swo­imi wła­sno­ścia­mi lecz­ni­czy­mi. Ta ulep­szo­na er­go­ba­zy­na zna­la­zła za­sto­so­wa­nie sze­ro­ko w świe­cie jako nie­za­wod­ny ute­ro­to­nik i he­mo­sta­tyk, wy­stę­pu­ją­cy pod na­zwą han­dlo­wą Me­ther­gi­ne i jest dzi­siaj wio­dą­cym le­kiem sto­so­wa­nym w po­łoż­nic­twie.

Na­stęp­nie wy­ko­rzy­sta­łem moją pro­ce­du­rę syn­te­zy do wy­pro­du­ko­wa­nia no­wych związ­ków kwa­su li­zer­go­we­go, nie po­sia­da­ją­cych już tak zde­cy­do­wa­ne­go dzia­ła­nia ute­ro­to­nicz­ne­go, co do któ­rych moż­na było się spo­dzie­wać, że na ba­zie struk­tu­ry che­micz­nej ujaw­nią się ich inne wła­ści­wo­ści lecz­ni­cze. W 1938 roku wy­pro­du­ko­wa­łem dwu­dzie­stą pią­tą sub­stan­cję tej se­rii po­chod­nych kwa­su li­zer­go­we­go: die­ty­lo­amid kwa­su li­zer­go­we­go, w skró­cie LSD-25, do za­sto­so­wań la­bo­ra­to­ryj­nych.

Pla­no­wa­łem syn­te­zę tego związ­ku z na­dzie­ją uzy­ska­nia sty­mu­la­to­ra krą­że­nia i od­de­chu (ana­lep­ty­ka). Tego ro­dza­ju wła­ści­wo­ści sty­mu­lu­ją­cych moż­na było ocze­ki­wać po die­ty­lo­ami­dzie kwa­su li­zer­go­we­go, gdyż wy­ka­zy­wał on po­do­bień­stwa che­micz­nej bu­do­wy do zna­ne­go w tam­tym cza­sie ana­lep­ty­ka – die­ty­lo­ami­du kwa­su ni­ko­ty­no­we­go (Co­ra­min). Te­sty LSD-25 prze­pro­wa­dzo­ne w od­dzia­le le­ków San­do­za, któ­rym kie­ro­wał wów­czas pro­fe­sor Ernst Ro­th­lin, wy­ka­za­ły jego sil­ne od­dzia­ły­wa­nie na ma­ci­cę, nie­co tyl­ko słab­sze (ok. 70%) od dzia­ła­nia er­go­ba­zy­ny. W dal­szej czę­ści ra­port z ba­dań stwier­dzał, że zwie­rzę­ta do­świad­czal­ne wy­ka­zy­wa­ły ob­ja­wy nie­po­ko­ju pod­czas eks­pe­ry­men­tu. Nowa sub­stan­cja nie wzbu­dzi­ła jed­nak szcze­gól­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia wśród far­ma­ko­lo­gów i le­ka­rzy, w związ­ku z czym ba­da­nia nie były kon­ty­nu­owa­ne.

Przez na­stęp­nych pięć lat nikt nie sły­szał nic wię­cej o sub­stan­cji zwa­nej LSD-25. W tym cza­sie moja pra­ca ze spo­ry­szem po­stą­pi­ła na­przód, wkra­cza­jąc na nowe te­re­ny. Oczysz­cza­jąc er­go­tok­sy­nę, sub­stan­cję wyj­ścio­wą przy otrzy­my­wa­niu kwa­su li­zer­go­we­go, po­wzią­łem – jak już wspo­mnia­łem – przy­pusz­cze­nie, że ten al­ka­lo­ido­wy pre­pa­rat nie jest jed­no­rod­ny. Sta­no­wi on ra­czej mie­sza­ni­nę róż­nych sub­stan­cji. Moje wąt­pli­wo­ści co do jed­no­rod­ne­go cha­rak­te­ru er­go­tok­sy­ny zo­sta­ły jesz­cze wzmoc­nio­ne, gdy pod­czas pro­ce­su jej uwo­dor­nie­nia (uwo­dor­nie­nie: włą­cze­nie wo­do­ru do da­ne­go związ­ku che­micz­ne­go) otrzy­ma­no dwa cał­ko­wi­cie róż­ne związ­ki, pod­czas gdy uwo­dor­nie­nie jed­no­rod­ne­go al­ka­lo­idu er­go­ta­mi­ny przy­nio­sło w wy­ni­ku tyl­ko je­den zwią­zek. Po­sze­rzo­ne i sys­te­ma­tycz­ne ba­da­nia ana­li­tycz­ne do­mnie­ma­nej mie­szan­ki er­go­tok­sy­no­wej do­pro­wa­dzi­ły w koń­cu do wy­od­ręb­nie­nia z tej sub­stan­cji trzech jed­no­rod­nych skład­ni­ków. Je­den z tych trzech che­micz­nie jed­no­rod­nych al­ka­lo­idów er­go­tok­sy­ny oka­zał się być iden­tycz­ny z al­ka­lo­idem wy­od­ręb­nio­nym nie­wie­le wcze­śniej w wy­dzia­le pro­duk­cji, na­zwa­nym przez A. Stol­la i E. Burc­khard­ta er­go­kry­sty­ną. Dwa po­zo­sta­łe al­ka­lo­idy były cał­kiem nowe. Pierw­szy z nich na­zwa­łem er­go­kor­ni­ną, a dla dru­gie­go, wy­od­ręb­nio­ne­go jako ostat­ni, któ­ry dłu­gi czas po­zo­sta­wał ukry­ty w roz­two­rze mat­czy­nym, wy­bra­łem na­zwę er­go­kryp­ty­na (od grec­kie­go sło­wa kryp­tos, czy­li ukry­ty). Póź­niej usta­lo­no, że er­go­kryp­ty­na wy­stę­pu­je w dwóch po­sta­ciach izo­me­trycz­nych, któ­re zo­sta­ły roz­róż­nio­ne jako alfa- i beta-er­go­kryp­ty­na.

Roz­wią­za­nie pro­ble­mu er­go­kryp­ty­ny mia­ło zna­cze­nie nie tyl­ko na­uko­we, ale tak­że spo­re zna­cze­nie prak­tycz­ne. Po­wstał dzię­ki temu waż­ny lek. Trzy uwo­dor­nio­ne al­ka­lo­idy er­go­tok­sy­ny, któ­re otrzy­ma­łem w wy­ni­ku tych ba­dań: di­hy­dro­er­go­kry­sty­na, di­hy­dro­er­go­kryp­ty­na i di­hy­dro­er­go­kor­ni­na, wy­ka­za­ły me­dycz­nie uży­tecz­ne wła­ści­wo­ści pod­czas te­stów prze­pro­wa­dzo­nych przez pro­fe­so­ra Ro­th­li­na w od­dzia­le le­ków. Z tych trzech związ­ków zo­stał spo­rzą­dzo­ny lek o na­zwie Hy­der­gi­ne, słu­żą­cy po­bu­dze­niu krą­że­nia w okła­dzie ob­wo­do­wym oraz po­pra­wie­niu funk­cji mó­zgo­wych w scho­rze­niach ge­ria­trycz­nych. Hy­der­gi­ne oka­za­ła się z tego po­wo­du sku­tecz­nym le­kiem w ge­ria­trii i jest dzi­siaj jed­nym z naj­waż­niej­szych far­ma­ceu­ty­ków pro­du­ko­wa­nych w za­kła­dach San­do­za.

Di­hy­dro­er­go­ta­mi­na, któ­rą do­dat­ko­wo uzy­ska­łem w wy­ni­ku tych ba­dań, zna­la­zła rów­nież za­sto­so­wa­nie w lecz­nic­twie jako śro­dek sta­bi­li­zu­ją­cy krą­że­nie i ci­śnie­nie krwi, pod na­zwą han­dlo­wą Di­hy­der­got.

O ile dzi­siaj pra­wie wszyst­kie waż­ne pro­jek­ty na­uko­we są re­ali­zo­wa­ne przez ze­spo­ły ba­da­czy, o tyle opi­sa­ne wy­żej ba­da­nia nad al­ka­lo­ida­mi spo­ry­szu pro­wa­dzi­łem wy­łącz­nie ja sam. Na­wet póź­niej­sze wdra­ża­nie che­micz­nych pro­ce­dur zwią­za­nych z udo­sko­na­la­niem pro­duk­tów han­dlo­wych po­zo­sta­wa­ło w mo­ich rę­kach – mó­wię tu o przy­go­to­wa­niu du­żych pró­bek le­ków prze­zna­czo­nych do ba­dań kli­nicz­nych oraz o do­pra­co­wy­wa­niu pro­ce­dur słu­żą­cych ma­so­wej pro­duk­cji ta­kich le­ków, jak Me­ther­gi­ne, Hy­der­gi­ne i Di­hy­der­got. Do­ty­czy­ło to na­wet kon­tro­li ana­li­tycz­nej przy opra­co­wy­wa­niu pierw­szych form tych trzech le­ków w po­sta­ci roz­two­ru, am­pu­łek i ta­ble­tek.

Moja po­moc w tym cza­sie skła­da­ła się z asy­sten­ta-la­bo­ran­ta, po­moc­ni­ka la­bo­ra­to­ryj­ne­go, a póź­niej, do­dat­ko­wo, z jesz­cze jed­ne­go asy­sten­ta-la­bo­ran­ta i tech­ni­ka-che­mi­ka.

Od­kry­cie psy­chicz­ne­go efek­tu dzia­ła­nia LSD

Roz­wią­za­nie pro­ble­mu er­go­tok­sy­ny mia­ło bar­dzo ko­rzyst­ne na­stęp­stwa, opi­sa­ne tu tyl­ko w za­ry­sie, i otwo­rzy­ło dro­gę do sze­rzej za­kro­jo­nych ba­dań. A ja wciąż nie mo­głem za­po­mnieć sto­sun­ko­wo mało in­te­re­su­ją­ce­go LSD-25. Szcze­gól­ne prze­czu­cie – że sub­stan­cja ta może mieć jesz­cze inne wła­ści­wo­ści niż te ujaw­nio­ne po pierw­szych ba­da­niach – tknę­ło mnie w pięć lat po pierw­szej syn­te­zie, i skło­ni­ło do tego, aby jesz­cze raz wy­pro­du­ko­wać LSD-25 w celu prze­sła­nia prób­ki do dal­szych te­stów w wy­dzia­le le­ków. Było to cał­kiem nie­zwy­kłe – z re­gu­ły sub­stan­cje eks­pe­ry­men­tal­ne były raz na za­wsze skre­śla­ne z pro­gra­mu ba­dań, je­śli tyl­ko uzna­no, że nie mają za­sto­so­wa­nia przy pro­duk­cji le­ków.

W związ­ku z tym wio­sną 1943 roku po­wtó­rzy­łem syn­te­zę LSD-25. Po­dob­nie jak przy pierw­szej syn­te­zie, wią­za­ło się to z pro­duk­cją tyl­ko kil­ku cen­ty­gra­mów związ­ku.

W koń­co­wym eta­pie syn­te­zy, pod­czas oczysz­cza­nia i kry­sta­li­za­cji die­ty­lo­ami­du kwa­su li­zer­go­we­go do po­sta­ci wi­nia­nu (soli kwa­su wi­no­we­go), moja pra­ca zo­sta­ła na­gle prze­rwa­na nie­zwy­kłym do­zna­niem. A oto opis tego wy­da­rze­nia, po­cho­dzą­cy z ra­por­tu, jaki w tam­tym cza­sie prze­sła­łem pro­fe­so­ro­wi Stol­lo­wi:

„W ostat­ni pią­tek, 16 kwiet­nia 1943 roku, wcze­snym po­po­łu­dniem, by­łem zmu­szo­ny prze­rwać pra­cę w la­bo­ra­to­rium i udać się do domu z po­wo­du nie­zwy­kłe­go uczu­cia nie­po­ko­ju i lek­kich za­wro­tów gło­wy. W domu po­ło­ży­łem się do łóż­ka i za­pa­dłem w cał­kiem przy­jem­ny na­strój jak­by odu­rze­nia, cha­rak­te­ry­zu­ją­cy się szcze­gól­nym po­bu­dze­niem wy­ob­raź­ni. W sta­nie po­dob­nym do snu, z ocza­mi za­mknię­ty­mi (blask dzien­ne­go świa­tła spra­wiał mi przy­krość), chło­ną­łem zmy­sła­mi nie­prze­rwa­ny stru­mień fan­ta­stycz­nych ob­ra­zów i nie­zwy­kłych kształ­tów z moc­ną, ka­lej­do­sko­picz­ną grą ko­lo­rów. Po mniej wię­cej dwóch go­dzi­nach do­zna­nie to stop­nio­wo za­ni­kło”.

Było to jed­na­ko­woż nie­zwy­kłe do­świad­cze­nie – za­rów­no w aspek­cie swe­go na­głe­go po­cząt­ku, jak i nie­zwy­kłe­go prze­bie­gu. Wy­da­wa­ło się, że jego przy­czy­ną mógł być ja­kiś ze­wnętrz­ny czyn­nik tok­sycz­ny; do­my­śla­łem się jego związ­ku z sub­stan­cją, z któ­rą pra­co­wa­łem w tam­tym cza­sie – z wi­nia­nem die­ty­lo­ami­du kwa­su li­zer­go­we­go. Lecz to pro­wa­dzi­ło do na­stęp­nej kwe­stii: jak to się mo­gło stać, że wchło­ną­łem tę sub­stan­cję? Z po­wo­du zna­nej tok­sycz­no­ści związ­ków po­cho­dze­nia spo­ry­szo­we­go za­wsze skru­pu­lat­nie dba­łem o za­cho­wa­nie w pra­cy oby­cza­ju sta­ran­no­ści. Odro­bi­na roz­two­ru mo­gła, być może, ze­tknąć się z koń­ca­mi mo­ich pal­ców pod­czas pro­ce­su kry­sta­li­za­cji i śla­do­wa ilość tej sub­stan­cji mo­gła wnik­nąć do or­ga­ni­zmu przez skó­rę. LSD-25 mu­sia­ło być sub­stan­cją o nie­zwy­kłej wprost mocy, je­śli rze­czy­wi­ście było przy­czy­ną tego dzi­wacz­ne­go do­świad­cze­nia. Wy­da­wa­ło się, że ist­nie­je je­den tyl­ko spo­sób, aby się o tym prze­ko­nać. Zde­cy­do­wa­łem się na eks­pe­ry­ment na so­bie sa­mym.

Eks­pe­ry­ment na so­bie sa­mym

17:00: Po­czą­tek za­wro­tów gło­wy, uczu­cie nie­po­ko­ju, za­bu­rze­nia w wi­dze­niu, ozna­ki pa­ra­li­żu, chęć śmia­nia się.

Uzu­peł­nie­nie z dnia 21 kwiet­nia: Do domu na ro­we­rze. Mię­dzy godz. 18:00 – 20:00 naj­po­waż­niej­szy kry­zys. (Zo­bacz: ra­port spe­cjal­ny).

To były za­pi­ski z mo­je­go dzien­ni­ka la­bo­ra­to­ryj­ne­go. Ostat­nie sło­wa pi­sa­łem z wiel­kim tru­dem. Od­tąd było już dla mnie ja­sne, że przy­czy­ną nie­zwy­kłe­go prze­ży­cia z ostat­nie­go piąt­ku było LSD, gdyż zmia­na do­znań była tego sa­me­go ro­dza­ju, choć tym ra­zem stan ten był dużo in­ten­syw­niej­szy. Wie­le wy­sił­ku mu­sia­łem wkła­dać w to, aby mó­wić z sen­sem. Po­pro­si­łem mo­je­go la­bo­ran­ta, któ­ry był po­in­for­mo­wa­ny o tym, że prze­pro­wa­dzam eks­pe­ry­ment na sa­mym so­bie, aby eskor­to­wał mnie do domu. Po­je­cha­li­śmy ro­we­ra­mi, gdyż z po­wo­du ogra­ni­czeń wo­jen­nych po­dró­że sa­mo­cho­da­mi były za­ka­za­ne. W dro­dze do domu mój stan za­czął przy­bie­rać nie­po­ko­ją­ce for­my. Wszyst­ko w polu wi­dze­nia fa­lo­wa­ło i było znie­kształ­co­ne jak w krzy­wym zwier­cia­dle. Mia­łem rów­nież wra­że­nie by­cia nie­zdol­nym do ru­sze­nia się z miej­sca, choć – jak opo­wia­dał mi póź­niej la­bo­rant – je­cha­li­śmy bar­dzo szyb­ko. W koń­cu, gdy cali i zdro­wi do­tar­li­śmy do domu, z tru­dem zdo­ła­łem po­pro­sić mego to­wa­rzy­sza o spro­wa­dze­nie le­ka­rza do­mo­we­go i przy­nie­sie­nie mle­ka od są­sia­dów.

Mimo kon­ster­na­cji i sta­nu po­mie­sza­nia mia­łem prze­bły­ski ja­sne­go i ra­cjo­nal­ne­go my­śle­nia, wy­bie­ra­jąc mle­ko jako śro­dek od­tru­wa­ją­cy o dzia­ła­niu ogól­nym.

Za­wro­ty gło­wy i po­czu­cie sła­bo­ści były w tym mo­men­cie tak sil­ne, że nie by­łem w sta­nie utrzy­mać się na no­gach i mu­sia­łem po­ło­żyć się na so­fie. Moje oto­cze­nie ule­gło te­raz prze­kształ­ce­niu i przy­bra­ło po­stać jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­ją­cą. Wszyst­ko w po­ko­ju wi­ro­wa­ło, a zna­ne przed­mio­ty i me­ble przy­bie­ra­ły gro­te­sko­we, prze­peł­nia­ją­ce lę­kiem for­my. Wszyst­ko było w cią­głym ru­chu, po­ru­szo­ne jak­by we­wnętrz­nym nie­po­ko­jem. Ko­bie­ta z są­siedz­twa, któ­rą le­d­wie roz­po­zna­łem, przy­nio­sła mi mle­ko – w cią­gu wie­czo­ra wy­pi­łem go po­nad dwa li­try. Nie była już pa­nią R., lecz ra­czej nie­przy­ja­zną, pod­stęp­ną wiedź­mą w ko­lo­ro­wej ma­sce.

Jesz­cze gor­sze niż te de­mo­nicz­ne trans­for­ma­cje ze­wnętrz­ne­go świa­ta oka­za­ły się zmia­ny, któ­re spo­strze­głem w so­bie, w swo­jej we­wnętrz­nej isto­cie. Każ­dy wy­si­łek woli, każ­da pró­ba za­koń­cze­nia tej dez­in­te­gra­cji ze­wnętrz­ne­go świa­ta i roz­pusz­cze­nia wła­sne­go ego, zda­wa­ły się stra­tą cza­su. Za­wład­nął mną de­mon, któ­ry wziął w po­sia­da­nie moje cia­ło, umysł i du­szę. Pod­ska­ki­wa­łem i krzy­cza­łem, pró­bu­jąc uwol­nić się od nie­go, ale wkrót­ce to­ną­łem znów, le­żąc bez­rad­nie na so­fie. Sub­stan­cja, z któ­rą chcia­łem po­eks­pe­ry­men­to­wać, zwy­cię­ży­ła mnie. Był to de­mon, któ­ry po­gar­dli­wie trium­fo­wał nad moją wolą. Ogar­nął mnie śmier­tel­ny strach, że sta­nę się nie­po­czy­tal­ny. Prze­by­wa­łem w in­nym świe­cie, in­nym miej­scu, in­nym cza­sie. Cia­ło wy­da­wa­ło się po­zba­wio­ne uczuć, po­zba­wio­ne ży­cia, obce. Czyż­bym umie­rał? Czy to było to przej­ście? Cza­sem wy­da­wa­ło mi się, że prze­by­wam poza swo­im cia­łem i z tego miej­sca, jako ze­wnętrz­ny ob­ser­wa­tor, ja­sno po­strze­gam wiel­ki dra­mat swo­jej sy­tu­acji. Nie zo­sta­wi­łem na­wet li­stu do ro­dzi­ny (żona z trój­ką na­szych dzie­ci po­je­cha­ła tego dnia z wi­zy­tą do swo­ich ro­dzi­ców miesz­ka­ją­cych w Lu­cer­nie). Czy kie­dy­kol­wiek do­my­ślą się, że nie pod­ją­łem swo­je­go eks­pe­ry­men­tu bez­myśl­nie, w spo­sób nie­od­po­wie­dzial­ny, tyl­ko z naj­więk­szą uwa­gą, i że ta­kie­go wy­ni­ku nie moż­na było prze­wi­dzieć? Mój lęk i roz­pacz sta­wa­ły się co­raz więk­sze nie tyl­ko z tego po­wo­du, że mło­da ro­dzi­na stra­ci ojca, lecz tak­że z oba­wy, że w sa­mym środ­ku obie­cu­ją­ce­go i przy­no­szą­ce­go owo­ce roz­wo­ju będę mu­siał po­rzu­cić nie­za­koń­czo­ne ba­da­nia che­micz­ne, któ­re tak wie­le dla mnie zna­czy­ły. A oto inna idea, któ­ra po­ja­wi­ła się, peł­na cierp­kiej iro­nii: je­stem zmu­szo­ny przed­wcze­śnie opu­ścić ten świat, gdyż to ja wpro­wa­dzi­łem do świa­ta die­ty­lo­amid kwa­su li­zer­go­we­go.

W tym cza­sie, kie­dy przy­był dok­tor, szczyt de­pre­sji był już poza mną. Mój la­bo­rant po­in­for­mo­wał le­ka­rza o moim eks­pe­ry­men­cie na so­bie sa­mym, gdyż ja sam nie by­łem w sta­nie skle­cić sen­sow­ne­go zda­nia. Po­trzą­snął gło­wą w za­kło­po­ta­niu, gdy pró­bo­wa­łem opi­sać śmier­tel­ne nie­bez­pie­czeń­stwo gro­żą­ce memu cia­łu. Nie stwier­dzał żad­nych nie­zwy­kłych ob­ja­wów poza nie­zwy­kle roz­sze­rzo­ny­mi źre­ni­ca­mi. Puls, ci­śnie­nie krwi i od­dech były w nor­mie. Nie wi­dział żad­nych po­wo­dów, aby prze­pi­sać ja­kieś le­kar­stwo. Za­miast tego za­pro­wa­dził mnie do łóż­ka i stał, ob­ser­wu­jąc mnie. Po­wo­li wra­ca­łem z nie­sa­mo­wi­te­go, nie­zna­ne­go świa­ta do bez­piecz­nej, co­dzien­nej rze­czy­wi­sto­ści. Hor­ror ze­lżał i ustą­pił miej­sca po­czu­ciu tym więk­sze­go szczę­ścia i wdzięcz­no­ści, im bar­dziej po­wra­ca­ło zwy­kłe po­strze­ga­nie i my­śle­nie, i im bar­dziej na­bie­ra­łem prze­ko­na­nia, że nie­bez­pie­czeń­stwo cho­ro­by umy­sło­wej mam już za sobą.