Leśne pejzaże - Joanna Szarańska - ebook
NOWOŚĆ

Leśne pejzaże ebook

Joanna Szarańska

0,0

24 osoby interesują się tą książką

Opis

Lata sześćdziesiąte. Krystyna i jej córka wyruszają do Krakowa, szukając ucieczki od przeszłości. Zamiast nowego początku czeka je jednak upadek – oszukane i okradzione trafiają do podkrakowskiej wsi, gdzie muszą nauczyć się żyć od nowa.
 
W opuszczonej chacie pod lasem znajdują schronienie, ale nie spokój. Odrzucona przez ludzi Krystyna coraz bardziej zanurza się w świecie natury i własnej wrażliwości. Jednak kiedy w jej życiu pojawia się tajemniczy rzeźbiarz, los zaczyna pisać dla niej zupełnie nowy scenariusz.
 
Leśne pejzaże to przejmująca historia o samotności, potrzebie miłości i wyborach, które potrafią naznaczyć całe życie – ale też o tym, że nawet pośród trudnych doświadczeń można odnaleźć własną drogę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 399

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Kolekcje



Copyright © Joanna Szarańska, 2025

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka inicjująca: Zuzanna Sołtysiak

Redaktorka prowadząca: Marta Kujawa

Marketing i promocja: Judyta Kąkol

Redakcja: Katarzyna Dragan

Korekta: Magdalena Białek, Magdalena Owczarzak

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografie na okładce: © Levente Bodo | Getty Images

Fotografia autorki na skrzydełku: © Adam Słowikowski

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68800-33-3

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Od autorki

Droga czytelniczko, drogi czytelniku,

powieść ta stanowi klamrę domykającą historię malarki wiosennych łąk. Nie wymaga znajomości cyklu Leśne pejzaże, ale jeśli mimo wszystko zamierzasz sięgnąć po te książki, przeczytaj je w następującej kolejności: Malarka wiosennych łąk, Piastunka letnich snów, Rzeźbiarka jesiennych mgieł, Pieśniarka zimowych pól, a na koniec – Leśne pejzaże.

Dzięki temu nie odkryjesz wszystkich tajemnic już na początku i lektura sprawi Ci więcej przyjemności.

Kwiatuszek

wrzesień 1965 roku

Wóz kolebał się na wyboistej drodze, a o ławkę woźnicy rytmicznie postukiwała zawieszona na haczyku lampa, która jednak nie działała – zabrakło do niej nafty, ale kobieta podejrzewała, że nawet gdyby wlano stosowną ilość paliwa i zapalono knot, przez okopcone ścianki klosza nie przedarłby się nawet najlichszy promyk światła. Woźnicy i koniowi jazda w półmroku zdawała się jednak wcale nie przeszkadzać. Połączeni jakimś tajemnym porozumieniem pokonywali kolejne odcinki traktu, bez wahania brnąc przez zarośla i kląskające błotem grzęzawiska.

Z wysokości ławeczki pasażerka z zainteresowaniem obserwowała mijane wsie. Piękne to były okolice: pełne pagórków i dolin poprzecinanych równymi pasami pól, pastwisk oraz zagajników. Osady składały się głównie z drewnianych, bielonych chat, rzadziej pobudowanych z cegły, krytych przeważnie słomą albo gontami, z budynkami gospodarczymi przylegającymi do chałup. Obejścia były otoczone niskimi sztachetami, obrośniętymi bzem i jaśminem, niektóre były szczerbate niczym usta starca, inne pochyłe i skrzypiące, zielonkawe od mchu. Każde siedlisko obrastały drzewa: tu wierzba, tam brzoza, gdzie indziej rząd jabłoni lub grusz, gdzieniegdzie prawdziwe olbrzymy – kasztany albo lipy – rozpościerały nad pokryciami konary niczym opiekuńcze ramiona. Kobieta patrzyła na nie i kiwała głową ze zrozumieniem, bo wierzyła, że potężne, zdrowe drzewo wyrasta w ziemi pełnej życiodajnych sił, a jego krążące pod powierzchnią soki dzielą się tym błogosławieństwem z całym otoczeniem.

Dziewczynka tuliła się do boku kobiety; a to wyciągała przed siebie palec i wskazywała szybujące po niebie ptaki, a to rozdziawiała buzię w zachwycie nad błękitem przydrożnej kapliczki poświęconej Maryi. Zazwyczaj jednak wlepiała zalękniony wzrok w pochyłe plecy woźnicy. Odzywała się rzadko, a jeśli już wyrwało jej się z gardła jakieś zrozumiałe słowo, to i tak ginęło w gąszczu ciemnych kędziorów rozsypanych po ramionach matki.

Kiedy jednak słońce zbliżyło się do widnokręgu i zalało miedzianym światłem okoliczne wzgórza, chłód znad łąk począł się wciskać pod dzierganą chustę, którą matka nasunęła małej na ramiona, a mgły otuliły świat srebrzystą woalką, przykrywając przy okazji ciekawe wszystkiego oczy. Najpierw zasnęła dziewczynka – powieki zatrzepotały jak skrzydła motyla, wargi szepnęły coś niewyraźnie i mała główka opadła na poduszkę z kruczych splotów. Wkrótce senność upomniała się również o Krystynę. Nie pomogło uparte dźwiganie się do pionu. Długa podróż, skwar wrześniowego dnia, kłęby pyłu unoszącego się z traktu, oblepiającego twarz, włosy i ubranie, wciskającego się do ust, nosa oraz oczu, a także miarowe kołysanie wozu sprawiły, że wsparta o niekształtny tobołek, tuląc do piersi posapującą córeczkę, zapadła w niespokojny sen.

Przebudziła się, gdy wóz stanął z lekkim szarpnięciem. Dookoła panowały już ciemności, tylko z rozświetlonych okien budynku, przed którym się zatrzymali, biło rzęsiste, ciepłe światło. Zalewało kawałek gościńca, podwórze i tkwiącą pośrodku kamienną studnię. Woźnica szedł z wiadrem w kierunku poidła, a koń parskał niecierpliwie, grzebiąc kopytem w gliniastym podłożu. Pasażerka spróbowała wyprostować ramiona i cicho jęknęła. Dopiero teraz poczuła, jak mocno zdrętwiało skulone w jednej pozycji ciało! Lekko szturchnęła kolanko dziewczynki, uznawszy, że powinny skorzystać z postoju, by rozprostować kości, a może i pójść na stronę… Kto wie, kiedy nadarzy się kolejna okazja. Nie miała pojęcia, gdzie się znajdują, a woźnica zniknął gdzieś za węgłem budynku i nie mogła go o to zapytać.

Niezgrabnie zsunęła się z wozu i trzymając małą za rękę, przeszła parę kroków w stronę rozświetlonych okien. Zza uchylonych drzwi na obłoku tytoniowego dymu i smrodu wódki niosła się ku nim kakofonia męskich śmiechów i wrzasków. Gospoda, pomyślała z niechęcią i szybko odwróciła się na pięcie. Brodząc po kostki w błocie, podreptały w głąb okrytego gęstym mrokiem podwórka. Wzrok powoli oswajał się z ciemnością; Krystyna rozróżniła kontury niskiego murku i zbitego z desek chlewika, z którego dobiegało stłumione chrumkanie. Ale żadnej wygódki w zasięgu wzroku nie było. Może będzie przy drugiej ścianie budynku, może w środku? Zniechęcona, zawróciła i pomógłszy dziewczynce przeskoczyć ceglany murek, zanurkowała w cieniu zarośli. Tam zrobiły, co trzeba, podtarły się listkami, uporządkowały ubrania, a Krystyna przy okazji sprawdziła jeszcze, czy mały skórzany woreczek, przyszyty po wewnętrznej stronie paska od spódnicy, dobrze się trzyma. Wróciły w samą porę, by ujrzeć, jak woźnica sięga przez sękate szczeble po leżący przy ławce tobołek.

– Co pan robi?! – krzyknęła Krystyna, po czym wyrwała mężczyźnie zawiniątko i przytuliła je do piersi.

– A co panienka taka nerwowa? Dzieje się co?

– To moje. – Rzuciła okiem na rogi tobołka, upewniając się, że pozostały zawiązane. Wyglądało na to, że mężczyzna nie zdążył położyć łapy na jej rzeczach. Przypomniała sobie, jak przez całą podróż smarkał na drogę, po czym ocierał opuchnięty nochal wierzchem dłoni, i wzdrygnęła się z obrzydzeniem. – Moje! Zapłatę za drogę pan odebrał!

– Zapłatę, zapłatę… – burknął pod nosem.

– Jak było umówione! – dopowiedziała w złości.

– Panienka patrzy na mnie jak na złodzieja jakiego, a ja przecie ino pomóc chciałem. Pomyślałem, że ciężkie, to zdejmę, żeby się panienka z tym sama nie mordowała. I przypilnuję, co by jaka chytra ręka nie sięgnęła jak po swoje!

– Nie trzeba zdejmować. I ja sama przypilnuję! Na chwilę tylko odeszłam, żeby później niepotrzebnie jazdy nie przeciągać.

Mężczyzna zsunął czapkę na tył głowy i podrapał się po czole.

– Tyle że to już koniec jazdy. Przynajmniej dla mnie.

Krystyna otworzyła szerzej oczy.

– Ale jakże to? Przecież mówił pan, że jedzie na Kraków!

– Ano tak, na Kraków! – Pokiwał energicznie głową. – Ale nie do samego miasta. Na co mnie tam?

– Ale przecież pan mówił! Pieniądze wziął!

Wzrok woźnicy stwardniał.

– A co?! – warknął. – Za podwózkę wziąłem, może nie?! Zgodziłem się panienkę z dzieciakiem na wóz zabrać? Zgodziłem! Dołożyłem szkapinie ciężaru? Ano dołożyłem! To się zapłata należała jak psu buda! Ani grosza nie oddam! – Pomachał jej przed nosem zaciśniętą pięścią, po czym splunął na ziemię. Podniesiony głos spłoszył dziewczynkę, schowała się za nogami matki, wczepiając kurczowo paluszki w materiał spódnicy. – Tak się mi za dobre serce dziękuje! Za to, że zamiast w szczerym polu zostawić, pod samą karczmę podwiozłem?!

– Ale… Ale co my tu zrobimy? Gdzie się podziejemy?

– A to już nie moja rzecz! Panienka do karczmy pójdzie, o nocleg spyta, a może się i inny wozak trafi, co akurat do samiuśkiego Krakowa pojedzie? Tu niedaleko, w lesie, tartak stoi, więc jeden za drugim wozy do miasta jeżdżą!

– Ale pan przecie mówił… Ja tak zrozumiałam… A już nie mam pieniędzy… – szepnęła, walcząc ze łzami.

Mężczyzna wzruszył ramionami okrytymi burą kufajką, rozłożył ręce na znak, że w żaden sposób jej nie pomoże, i niecierpliwie odwrócił się ku drzwiom karczmy. Najpewniej zwietrzył woń alkoholu, bo oblizał spierzchnięte usta. Pchnięta ostatnim aktem desperacji, kobieta uczepiła się jeszcze jego łokcia, gotowa błagać, żeby jej oddał chociaż część pieniędzy. Przecież zapłaciła mu za podwózkę do Krakowa, a on ani pisnął, że wysadzi ją pod jakąś przydrożną speluną, gdzie diabeł mówił dobranoc! Głos jednak uwiązł jej w gardle, a mężczyzna, marszcząc brwi, strzepnął jej rękę tak mocno, że Krystyna się zatoczyła i z trudem ustała na nogach.

– A co mnie to obchodzi? Nie moja to rzecz, co panienka ma, a czego nie! Swoje zrobiłem i teraz chcę w spokoju odsapnąć! Dość mam tego brzęczenia, jakby mi wściekła osa nad uchem latała! Wynocha!

Jedna z wielkich niczym bochny, zniszczonych i niezbyt czystych dłoni zawisła tuż nad głową wyglądającej zza matczynych pleców dziewczynki. Rysy kobiety stężały, ciemne oczy zwęziły się w szparki. Z pochyloną nisko głową i odsłoniętymi zębami przypominała teraz szykującego się do ataku drapieżnika.

– Łapy precz! – wysyczała groźnie.

Nalana twarz woźnicy poczerwieniała. Zamachał w powietrzu rękoma, lecz przezornie z dala od stojących na podwórzu pasażerek.

– Poszła mi stąd, cyganicho jedna! Grozić będziesz? Mnie? Wartko nogami ruszaj, bo po widły do stajni skoczę!

– Pieniądze – powtórzyła.

Pchnął ją tak nagle i silnie, że nie zdołała utrzymać równowagi. Upadła w błotnistą breję, ciągnąc za sobą pochlipującą dziewczynkę. Ta od razu wtuliła się w ramiona matki. Krystyna przygarnęła ją mocno do siebie, drugą ręką siłując się z długą, wilgotną od wieczornego chłodu i oblepioną błotem spódnicą, by zakryć obnażone łydki. Nie spuszczała przy tym ognistego spojrzenia z oblicza rozgniewanego mężczyzny. Ten splunął, wykonał obraźliwy gest, dając jej jasno do zrozumienia, że figę od niego dostanie, i zniknął za drzwiami rojnej, głośnej knajpy.

Krystyna przez krótką chwilę kołysała małą w ramionach, szepcząc słowa pocieszenia, po czym odsunęła ją na długość ręki i skrajem chustki otarła z umorusanej twarzyczki ślady błota, smarków i łez.

– Musimy stąd iść, kwiatuszku, to zły człowiek – powiedziała, przy każdym słowie ściskając lekko ramiona dziewczynki, jakby chciała, by wyraźnie zapisały się w jej głowie. – Gdzie nasz tobołek?

– Tu – wychlipała dziewczynka. Jej głosik przypominał piszczenie przerażonej myszy.

– Dobrze. A koszyk?

– Na wozie.

– Bierzmy go szybko i w drogę. Ty weź koszyk. O tak, przez ramię przełóż. Wygodnie? – dopytywała. – Dzielna z ciebie dziewczynka. Silna i mądra!

Przygładziła jeszcze sztywną, jakby drucianą czuprynkę, po czym chwyciła małą za rękę i pociągnęła w stronę gościńca. Ale gdy opuściły oświetlone podwórko i wstąpiły w gęstniejące ciemności, dziewczynka zaparła się bosymi stopami i nie chciała zrobić ani kroku więcej.

– A dokąd, matusiu?

– Widzisz przecie, że noc się zbliża. Trzeba nam bezpiecznego schronienia poszukać.

– To może tam? – Dziewczynka obrzuciła tęsknym spojrzeniem rozświetlone okna budynku, za którego drzwiami zniknął woźnica.

– Nic dobrego by nas tam nie czekało. Zresztą nie mamy pieniędzy na goszczenie się w takich przybytkach…

– A tu? – Drobna rączka uczepiła się paska spódnicy, za którym krył się skórzany mieszek.

Kobieta zacisnęła usta i odsunęła dłoń córki.

– Jak nawet coś tam jest, to nie po to, żeby przetrwonić w gospodzie! To wszystko, co mamy! Na nasze przyszłe życie, w nowym miejscu! No, chodź! – Przyciągnęła dziewczynkę. – Zastukamy do jakiejś chałupy, może dobrzy ludzie pomogą.

– Pomogą?

– Daj Bóg. – Kobieta skinęła głową. – Może miejsce do spania wskażą, choćby i w stajni przy bydlątkach? Albo mlekiem i chlebem poczęstują?

Wzmianka o pachnącej pajdce chleba sprawiła, że oczy dziewczynki rozbłysły. Bez dalszych protestów dała się wziąć za rękę i poprowadzić ku skupisku domów na górce. Wędrowniczki pięły się ku nim w srebrzystej poświacie księżyca, prowadzone poszczekiwaniem psów, wonią dymu z kominów oraz nikłym światłem przenikającym zza osłoniętych okien.

Dostępu do pierwszego gospodarstwa broniło żółte psisko z gorejącymi ślepiami i paszczą pełną ostrych, pokrytych pianą zębów. Naparło na ogrodzenie z taką furią, aż żerdzie płotu zatrzeszczały ostrzegawczo. Obeszły to miejsce szerokim łukiem, odprowadzane basowym ujadaniem olbrzyma.

Naprzeciwko stał niewielki domek zwrócony ścianą szczytową w stronę gościńca. Z wąskiego okienka padała wstęga bladożółtego światła. Krystyna uniosła się na palcach, by zerknąć nad płotem na podwórko. Gdy jej oczy zlokalizowały budę i drepczącego przy niej niewielkiego kundelka na uwięzi, śmiało pchnęła furtkę. Starannie zagrabiona ścieżka zawiodła je do drewnianego ganku. Z wąskiego świetlika nad drzwiami sączyła się jasna, ciepła poświata. Mimo to nikt nie odpowiedział na ich pukanie. Nikt poza mizernym kundelkiem, który na odgłos ich dobijania się do drzwi najwyraźniej przypomniał sobie, co należy do jego obowiązków, i podniósł larum.

Na psie zawodzenie natychmiast odpowiedzieli stróże innych podwórek. W asyście ich głosów matka i córka dalej wędrowały po wsi, szukając schronienia przed ciemnością i chłodem jesiennej nocy. Do niektórych domów stukały, do innych nawet nie próbowały podchodzić. Parę drzwi się rozwarło, parę od razu zatrzasnęło. Na nieśmiałe zapytania kręcono głowami, robiono smutne miny, rozkładano ręce. Z każdym kolejnym krokiem twarz Krystyny posępniała, a zmęczona dziewczynka powłóczyła nogami coraz wolniej i coraz głośniej chlipała w rękaw. Gdy doszły do skraju wsi, wzrok, już przywykły do nocnych cieni, wyłuskał kontury dwóch ostatnich gospodarstw, samotnych, na uboczu.

Jedno z nich sprawiało wrażenie zaniedbanego i ubogiego. Furtka trzymała się na pojedynczym zawiasie, a pokrzywy przy płocie przewyższały nawet Krystynę. Pod rosnącymi wzdłuż ścieżki jabłoniami zalegały na wpół zgniłe owoce, wydzielające słodkawy zapaszek, od którego dziewczynkę aż zakręciło w nosie. Mimo to tęsknie spoglądała w kierunku sąsiedniego obejścia: ceglanego domku na podmurówce, z którego komina unosił się dym o przyjemnym, żywicznym zapachu. Och, jak cudownie byłoby zajrzeć do środka! Pobuszować w ogródku otoczonym niskim płotkiem, odnaleźć na grządce słodką marchewkę! Dziewczynka szarpnęła matkę za spódnicę i wskazała bródką przyjazne siedlisko, ale Krystyna tylko rzuciła okiem i ruszyła w stronę zarośniętej ścieżki i smutnego domu wśród drzew.

– Od biednego prędzej pomocy zaznasz niż od bogatego, kwiatuszku – pouczyła dziewczynkę, przygniatając podeszwą trzewika wybujałe chwasty.

Mała markotnie pokiwała głową, ale gdy matka mocowała się z oplecioną zielskiem furtką, raz jeszcze zerknęła na zadbany dom. Na podwórku właśnie zapaliła się lampa, odsłaniając postać rosłego mężczyzny. Dziewczynka mocniej pociągnęła matkę za rękaw. Ta omiotła spojrzeniem gospodarza opartego o sztachety płotu, zacisnęła usta i stanowczo pociągnęła córkę w przeciwnym kierunku.

Dziewczynka westchnęła i z rezygnacją podreptała za matką, choć dom, do którego zmierzały, trochę ją przerażał. Wydawał się opuszczony. Smutny. Ciemności nie rozpraszało żadne światełko, jedynie księżyc odbijał się w szybkach trójdzielnych okien, a od drzwi nie napływał najlżejszy obłok gotowanej kolacji. W obejściach, które odwiedzały wcześniej, do ich nozdrzy docierały różne smakowite zapachy: odsmażanych ziemniaków, gotowanego mleka, twarogu, czerwonego barszczu, kapusty. A tu nic, tylko mdląco-słodkawa woń fermentujących jabłek.

Czy ktoś tu w ogóle mieszkał?

Okazało się, że tak. Zarośnięta ścieżka zaprowadziła je do wąskiego ganeczku, gęsto obrośniętego bzami. Stała tu prosta ławka, zbita z poszarzałego drewna, pozbawiona oparcia, za to przytulnie ukryta wśród powoli rzednącej zieleni. Na ławce siedziała zgarbiona kobieta w czerni. W ciemnościach naprawiała sztukę odzieży rozciągniętą na sterczących, chudych kolanach. Cienka igła błyskała w jej palcach niczym burzowa błyskawica. Dziewczynka śledziła to zafascynowana: chuda świeczka w mosiężnym lichtarzyku dawała jedyne światło, a mimo to igła za każdym razem trafiała dokładnie tam, gdzie trzeba.

Krystyna stanęła w odległości kilku kroków od ukrytej w gęstwinie ławki i przez chwilę obserwowała szyjącą.

– Poczekaj tu na mnie – powiedziała do córki i przerzuciwszy tobołek na drugie ramię, ruszyła ku kobiecie. – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus… – zaczęła i zniżyła głos, jakby nie chciała, aby jego brzmienie dotarło do uszu małej towarzyszki.

I rzeczywiście, to, co usłyszała dziewczynka, bardziej przypominało szelest liści na wietrze lub trzepot skrzydeł spłoszonego gołębia niż ludzką mowę. Początkowo wytężyła słuch, próbując wyłuskać choć pojedyncze słowa, w końcu jednak znudzona przykucnęła na ścieżce i za pomocą znalezionego patyka turlała leżące w gęstej trawie spady. Niektóre owoce wyglądały całkiem nieźle, były tylko lekko obite i brudne. Dziewczynka otarła jedno jabłko o brzeg sukienki i uniosła do nosa. Pachniało ziemią, opadłymi liśćmi, ale również słońcem i letnim sadem. Ślinianki w ustach zareagowały na tę apetyczną woń prawdziwym gejzerem wilgoci. Dłoń zaciśnięta na jabłku odruchowo powędrowała ku kieszonce na przedzie sukienki, zanim jednak zdążyła ukryć owoc w fałdach materiału, powróciła matka. Popatrzyła na dziecko z góry i pokręciła głową.

– To nie nasze – powiedziała krótko.

– Chce mi się jeść, matusiu – zaprotestowała dziewczynka, ale posłusznie rozwarła dłoń.

Uwolnione jabłko poturlało się po trawie i przylgnęło wytartym bokiem do innych owoców, jakby szukało w nich pocieszenia. Dziewczynka przyglądała mu się z takim żalem, że Krystyna pogłaskała ją po sztywnych włosach.

– Zaraz coś dostaniesz – zapewniła.

– Ale tu leży przecież tyle jabłek. – Zatoczyła dłonią wokół siebie.

– Może i tak, ale nikt ci ich nie dał. Zapamiętaj, nie wolno wyciągać ręki po cudze.

Dziewczynka spoglądała na nią oczami pełnymi wątpliwości. Jak to? Przecież ciągle podnosiły coś z ziemi. Albo zrywały ze zwieszających się nad głowami gałęzi. Orzechy, dzikie czereśnie, maliny…

– To co innego – odparła poważnie Krystyna, jakby czytała w myślach córki. A może ostatnie słowa rzeczywiście wyślizgnęły się z ust dziewczynki? – To owoce lasu. Dar matki natury. Dar Boga.

– To Boga czy matki natury?

– Wedle mojego to jedno i to samo, kwiatuszku. Wszystko, co na tym świecie, pochodzi od Boga. My, ludzie znaczy, i wszystko, co nas otacza. Przyroda, zwierzęta, rośliny, pogoda… Każdy obłok na niebie, ziarenko piasku, źdźbło, kropla wody i kamyk na drodze.

– I obite jabłka w trawie – dopowiedziała dziewczynka, marszcząc małe czółko.

Krystyna uśmiechnęła się łagodnie i potarmosiła kosmyk sterczący nad uchem córki.

– I obite jabłka w trawie – przyznała, a w jej ciemnych oczach zamigotały przekorne ogniki. – Ale jabłka obiły się, kiedy spadły z jabłoni, prawda? A tę zasadziła i pielęgnowała czyjaś ręka. To czyjeś podwórko, więc jabłka niech tu pozostaną. A ty chodź! – Wyciągnęła rękę do dziewczynki.

– Dokąd?

Krystyna ruchem głowy wskazała bliżej nieokreślony kierunek.

– Gospodyni pozwoliła nam przenocować w stodole.

Buzia dziewczynki się wydłużyła.

– W stodole? – szepnęła z żalem.

– A co to, pierwszy raz na sianie nocować będziemy? – zaśmiała się matka. – W sąsieku się przytulimy. Gospodyni mówiła, że jakieś derki i koce wiszą tam na kołkach, więc nocny chłód nas nie pokąsa. Za późno już innego noclegu szukać, córeńko. Okolica nam nieznana, nieprzyjazna. Ludzie obcy, na przybyszów wilkiem patrzą. Rano wyruszymy w dalszą drogę.

– Do miasta? – Dziecięca buzia znów się rozjaśniła.

Przez wiele dni podróży Krystyna snuła niekończące się opowieści, z których niczym z porannej mgły wyłaniał się cel ich wędrówki: czarowny Kraków. Kraina szczęśliwości i dobrobytu, z majestatycznym zamkiem na wzgórzu, pięknymi kamienicami pnącymi się w niebo oraz zakładami i sklepami, gdzie kupić można było wszystko, czego dusza zapragnęła. Piękne sukienki, błyszczące buciki i spinki. Zabawki, książki, łakocie. Eleganckie meble i naczynia. Chrupiące obwarzanki. Ulice były tam wolne od błota, gnojówki płynącej wzdłuż płotu czy krowich placków zalegających na rozwidleniu dróg, gdzie kiedyś zamarudziła ospała Krasula. Bogato zdobione budynki z wykuszami i ornamentami dumnie wznosiły się ku niebu, a między nimi wyrastały nowe domy o strzelistych dachach sięgających ponad korony drzew. Wszędzie zieleńce i parki z huśtawkami, i wijąca się przez miasto szeroką wstęgą Wisła… Dziewczynka, która dotychczas widywała głównie bezkresne pola i łąki, a jedyną wycieczkę w swym krótkim życiu odbyła do najbliższego miasteczka, z trzema wąskimi uliczkami, kościołem, szkołą, urzędem i sklepem spółdzielczym w przeszklonym pawilonie, nawet nie potrafiła sobie wyobrazić Krakowa. Ale z każdym kolejnym słowem Krystyny galicyjskie miasto rosło w jej oczach, a ona stawała się coraz bardziej łasa na matczyne opowieści o życiu, które wkrótce rozpoczną.

Z dala od domu.

Z dala od ubogiej wsi.

I od pogardy, która spotykała je tam na każdym kroku.

Gdy, trzymając się za ręce, przeszły przez porośnięte wilgotną trawą podwórze i dotarły do wrót stodoły, spojrzała z nadzieją na matkę.

– Opowiesz mi, dokąd zmierzamy, matusiu?

– Opowiem – obiecała Krystyna, mocując się z ryglem przy podwójnych drzwiach. – Najpierw jednak rozłożymy derki na sianie i przygotujemy sobie miejsce do spania.

Parę chwil później leżały w przytulnym gniazdku umoszczonym w pachnącym, choć nieco kłującym sianie. Za prześcieradła i okrycia służyły im przetarte derki znalezione na boisku stodoły, za poduszki zaś – tobołek Krystyny. W ślad za nimi przez szpary w ścianach wcisnął się do sąsieku księżyc; jego długie, przypominające lodowate sople promienie przecinały belki i malowały na sianie ruchome mozaiki. Wszechobecny kurz wciskał się dziewczynce do nosa i ust, kichnęła raz i drugi, a wtedy coś przemknęło nad ich głowami. Usłyszały cichy, ale wyraźny chrobot. Mała zesztywniała, ale Krystyna mocniej przycisnęła ją do siebie.

– Spokojnie, córeńko, to tylko myszka… Wtargnęłyśmy do jej domu, pewnie ją spłoszyłyśmy.

– Boję się…

– Niepotrzebnie, przecież jest mniejsza od ciebie.

– Ale… taka szybka! – Dziewczynka wlepiła wzrok w ciemny kąt stodoły. – Opowiesz mi? – przypomniała sobie po chwili.

– O myszach?

– Nie! – zachichotała dziewczynka. – O naszym domu. Tym nowym.

Krystyna przytaknęła, lecz wciąż w milczeniu wpatrywała się w ciemność. Po omacku odnalazła długie źdźbło, chwilę obracała je między palcami, później zaś delikatnie przytknęła do gładkiego policzka córki. Dziewczynka otrząsnęła się radośnie i spróbowała je złapać, ale dłonie matki były zwinne i szybkie, a gibkie siano co rusz wywoływało kolejne łaskotki. Wraz z narastającą falą dziecięcego śmiechu popłynęły słowa kobiety.

– Nie wiem jeszcze, gdzie trafimy ani jak będzie wyglądał nasz dom. Może będzie wysoki na kilka pięter? Albo maleńki jak kurnik? Może będzie miał bielone ściany i drewniane podłogi? Albo prawdziwe tapety i kręte schody? – Urwała nagle i zachmurzyła się, jak gdyby coś ją zaniepokoiło, zaraz jednak się rozpogodziła. – Nie mam pojęcia, jaki będzie, kwiatuszku, ale jestem pewna, że będziemy w nim bezpieczne i szczęśliwe. Tylko pomyśl… – Lekko odsunęła główkę dziewczynki i wsparła się na łokciu. – Duże, pełne świateł, kolorów i zapachów miasto. Pamiętasz, jak byłyśmy w miasteczku, na targu? Pamiętasz, jak przystanęłaś pod drzwiami piekarni i przykleiłaś nos do szyby? Poruszałaś nim jak króliczek, co młodą marchewkę zwietrzył w ogródku! Wypatrywałaś oczy za obwarzankami z makiem…

– Tak. – Na wspomnienie ulubionego przysmaku dziewczynka głośno przełknęła ślinę.

Kobieta sięgnęła po leżący na sianie tobołek i sprawnie rozsupłała wiązanie. Wydobyła ze środka mniejszy pakunek, obwiązany płócienną serwetką przyschnięty chleb i kilka suszonych jabłek. Nie przerywając opowieści, podsunęła dziewczynce jedzenie.

– W Krakowie podobne piekarnie spotkamy, a nawet lepsze. Na Rynku w cukierni łakocie robią, ciastka, pomadki, makaroniki… choć chodzą tam głównie zamożniejsi, ale my też się wybierzemy. Do Wentzla na lody, a do Jamy Michalikowej na pączki z różaną konfiturą i na kawę. Mówią, że tam spotykają się artyści i poeci, śmieją się, opowiadają bajki, a ściany ozdobione są obrazami. I można kupić lemoniadę.

– Lemoniadę?

– Tak, kwiatuszku. Podobno jest bardzo kwaśna, ale orzeźwiająca, jak kompot z rabarbaru! Ale wpierw zjedz kawałek chlebka! Żebyś miała siłę. Wiem, zeschnięty, ale wyobraź sobie, że trzymasz w ręku świeżutkiego rogala od pani Hali!

Dziewczynce zaświeciły się oczy i posłusznie ugryzła czerstwe pieczywo. Z trudem przełknęła. Kobieta usiadła na posłaniu.

– Pójdę poszukać na podwórku studni, przyniosę wody…

– Nie idź, matusiu, boję się!

– Przecież zaraz się zadławisz! Owiń się ciaśniej derką. Zaraz wrócę.

Krystyna powoli wysunęła się z sąsieku i podeszła do wrót stodoły. Gdy je uchyliła, jej oczom ukazał się niski stołeczek, jakiego nieraz używa się podczas udoju, a na nim prosta taca zastawiona świeżym chlebem, mlekiem, a nawet smażonymi jabłkami w glinianym garnczku. Więc jednak posmakuje Rozalka tutejszych jabłek, pomyślała Krystyna z zadowoleniem, zaraz jednak zganiła się w duchu, bo przecież postanowiła unikać imienia córki. W rozmowach z napotkanymi po drodze ludźmi, ale i w myślach, gdzie nierzadko prowadziła gorące dyskusje sama ze sobą. Im mniej śladów po sobie zostawią, tym bezpieczniej będzie dla nich obu. Zwłaszcza że i tak rzucają się w oczy: dwie samotne podróżniczki – młoda kobieta o cygańskiej urodzie i mała dziewczynka uczepiona jej długiej, kolorowej spódnicy.

Krystyna była gotowa na wszystko, byle wreszcie dotrzeć do miasta. Tam, w ludzkim gąszczu, staną się anonimowe, wręcz niewidzialne. Chciała nawet obciąć piękne czarne sploty, już uniosła nożyczki do ucha, gdy nagle dopadła do niej przestraszona Rozalia, nierozumiejąca, co matka chciała uczynić przy pomocy groźnie błyskającego ostrza. Wtedy jej ręka zadrżała i narzędzie z brzękiem upadło na ziemię.

Krystyna otrząsnęła się ze wspomnień i pewniej ujęła tacę. Gdy zrobiła krok w głąb stodoły, jej uszu dobiegł trzask łamanej gałązki. Znieruchomiała. Odwróciła głowę i czujnie przeczesała wzrokiem osrebrzone blaskiem księżyca podwórko, niczego jednak nie dostrzegła. Uznała, że to gospodyni po przyniesieniu im kolacji wracała do domu, i uspokojona ruszyła do córki.

Na widok świeżego chleba, mleka, a przede wszystkim prażonych owoców dziewczynka wprost pisnęła z uciechy. Palcem rozsmarowała przetwory na skibce chleba i zachłannie wpakowała ją do ust, po czym popiła mlekiem. Gdy obie najadły się już tak, że ich brzuchy zrobiły się ciężkie jak kamienie nad rzeką, Krystyna przytuliła do siebie senną córeczkę, zanurzyła twarz w pachnącym sianem tobołku i zasnęła.

Bolesne przebudzenie

Ze snu wyrwał ją ból. Pulsował tuż nad prawym uchem, promieniował przez kość jarzmową aż do szczęki i podbródka. W pierwszej chwili pomyślała, że córeczka znów wymierzyła jej przez sen kuksańca: odkąd opuściły dom, sypiała niespokojnie, rzucała się na boki rękami i nogami, tocząc nieustanny pojedynek z nocnymi marami. Nie raz wpakowała Krystynie pięść do oka albo zbombardowała kolanami jej żebra lub łono. Ale mocne szarpnięcie, które kobieta poczuła w tej chwili, zupełnie nie pasowało do szamotaniny dziecka. Uświadomiła sobie, że czyjaś dłoń brutalnie tarmosi jej ciało, usiłując wedrzeć się pod spódnicę. Natychmiast się poderwała i zacisnęła nogi, ale wtedy poczuła na piersi obezwładniający ciężar, a jej twarz owionął gorący, kwaśny oddech. Poczuła, jakby sam diabeł wyczołgał się z dołu z siarką i chuchnął jej w twarz piekielnymi oparami. Odwróciła twarz z obrzydzeniem, równocześnie naprężając ciało, aby zrzucić z siebie napastnika.

– Spokojnie leż, kurwo, bo inaczej dzieciaka ci ubiję! – usłyszała złowieszczy pomruk.

Posłusznie znieruchomiała, a oprawca, wyraźnie zadowolony, że groźba odniosła skutek, wrócił do obmacywania jej ciała. Szorstka dłoń podkasała spódnicę i brutalnie rozwarła uda. Młoda kobieta leżała sztywna ze strachu i obrzydzenia, wstrzymując oddech, by nie czuć smrodu starego potu, zjełczałego tłuszczu i przetrawionej gorzałki. Nie była za to w stanie powstrzymać parcia na pęcherz i ciepła strużka moczu pociekła jej po udach. Napastnik wymacał wilgotne miejsce i nieświadomy, co zaszło, mlasnął jej do ucha z zadowoleniem.

– No, ty chętna suczka… Mokra i chętna! Leż spokojnie, to włos z głowy nie spadnie ani tobie, ani twojemu bękartowi.

Ale na przekór temu wplótł palce jednej ręki w czarne pukle i mocno szarpnął, przygwożdżając jej głowę do posłania. Krystyna jęknęła; zaszklone oczy okryła mgła. Udało się jej jednak przekręcić nieco głowę na lewo i przez łzawą zasłonę dostrzec skuloną w sianie Rozalkę. Oczy dziewczynki były rozwarte z przerażenia, jakby wstrzymywała oddech. Leżała nieruchomo, wtulona w siano, lecz czujna, w jej spojrzeniu widać było czające się napięcie. Do otumanionego bólem i strachem umysłu młodej matki dotarło, że jeśli czegoś nie zrobi, i to natychmiast, dziecko nie wytrzyma i sprowadzi na siebie nieszczęście. Pokręciła lekko głową, sygnalizując córce, by się nie ruszała, sama zaś zmusiła się, by spojrzeć na mężczyznę. W nikłym świetle księżyca przesączającym się przez szpary w ścianie stodoły dostrzegła pooraną zmarszczkami twarz, szeroki nos rozdymający się przy każdym chrapliwym oddechu, mięsiste wilgotne wargi, między którymi błyszczał ohydny różowy jęzor. Uświadomiła sobie, że już widziała to zwierzę… Zwierzę? Zaśmiała się gorzko w duchu. Bestia, która wyrywała jej włosy z głowy, równocześnie gmerając palcami przy pasku podtrzymującym spodnie, nie zasługiwała na to miano!

Tymczasem gwałciciel popadał w coraz większą irytację. Drżące paluchy nie mogły sobie poradzić ze sprzączką pasa. Musiał puścić włosy kobiety i pomóc sobie drugą ręką. Pas się poluzował, spodnie zsunęły, a po udzie Krystyny prześlizgnęło się coś obślizgłego i gorącego. Wstrząsnął nią dreszcz, z trudem stłumiła jęk wstrętu. A on, uznawszy to za wyraz rozkoszy, uśmiechnął się lubieżnie i wcisnął jej rękę między nogi, by zerwać bieliznę i utorować sobie drogę do najintymniejszych zakamarków ciała. Nie zaciskał już dłoni na jej włosach, więc mogła poruszać głową. Ostrożnie rozejrzała się wokół, szukając czegoś, co mogłaby wykorzystać do obrony. Poluzowanej deski, zapomnianych grabi, wbitego w ścianę sierpa… Ale nic takiego nie było, a obleśne dłonie mężczyzny sunęły coraz wyżej, brutalniej, jakby czerpał satysfakcję z zadawania jej bólu, kaleczenia skóry, pozostawiania na niej otarć, siniaków i szram. W pewnym momencie dłoń pociągnęła za pas spódnicy, materiał się rozerwał, a ręka napastnika natrafiła na skórzany woreczek. Krystyna zajęczała z rozpaczy – w tym niepozornym zawiniątku kryła się cała przyszłość jej i córki. Mężczyzna chwilowo stracił zainteresowanie jej ciałem, rozsupłał zdobyczną sakiewkę, zaszeleścił banknotami i brzdęknął monetami. Nagle zamarł, a jego palce znów zacisnęły się na twarzy Krystyny, wymuszając na niej, by spojrzała mu w oczy.

– A cóż to…? Komuś to, kurwo, ukradła? – warknął, strzykając jej w twarz gęstą śliną.

Gdy nie odpowiedziała, trzasnął ją na odlew w twarz i zaczął szarpać bluzkę. Wtem poczuła na szyi ostry czubek noża.

– Masz tego więcej? Schowałaś? Co?! Mów, brudna suko, bo cię rozpłatam i bebechy wytrząsnę na wierzch!

Do Krystyny dotarło, że znalazły się w nie lada tarapatach. Teraz nie chodziło już tylko o zwierzęcą, rozpasaną chuć, która od wieków targała chłopami, przekonanymi, że mogą używać kobiecych ciał według własnego kaprysu. Do głosu doszła chciwość, zimna i bezlitosna. Ten bydlak naprawdę zamierzał ją zabić. A jeśli to zrobi, kto wie, co uczyni z Bogu ducha winną dziewczynką! Tylko co mogła zrobić? Jak się uratować?

– W bucie – wyrzęziła przez zdrętwiałe ze strachu wargi. – Pod cholewką…

– W bucie, gadasz…

Zamachał jej nożem przed nosem, chcąc pewnie, by obraz ostrza dobrze zapisał się w pamięci przerażonej kobiety, po czym zsunął się z niej rakiem, ciężko posapując. To nasza jedyna szansa, pomyślała, gdy wyciągał rozcapierzone palce ku jej trzewikowi. Innej nie będzie. I zanim zdążył zacisnąć dłoń na jej łydce, spięła się cała i resztką sił, nadwątlonych bólem i strachem, kopnęła. Celowała w pierś, lecz czubek buta uderzył oprawcę w szyję, tuż pod wydatnym jabłkiem Adama. Agresor kwiknął, chwycił oburącz za obolałe miejsce, po czym runął ciężko na siano, skąd stoczył się na klepisko boiska i z głuchym łupnięciem wylądował na plecach. Jęknął cicho, wyraźnie ogłuszony.

Nie było czasu do stracenia. Krystyna wygrzebała się z siana, złapała rączkę pobladłej z przerażenia córki i razem rzuciły się do ucieczki. Gdy opuszczały sąsiek, dłoń młodej matki musnęła ścianę z bali. Na palcach pozostały lepkie ślady wilgoci. Popatrzyła z trwogą na rozciągniętego na ziemi mężczyznę. Musiał uderzyć głową o bale, gdy wytaczał się z siana. W nikłym świetle księżyca, przeciskającego się przez szpary stodoły, krew sącząca się z jego czoła wyglądała niemal jak smoła.

Krystyna wzięła córkę na ręce i wybiegła ze stodoły. Przemknęła przez kobierzec gnijących jabłek, wypadła na drogę i pognała w ciemność. Nie do siedzib ludzkich, gdzie wcześniej nijakiej pomocy nie zaznała, nie do karczmy, w której cwany kozak biesiadował za pieniądze otrzymane za podwózkę, lecz tam, gdzie kojąco szumiały wysokie zarośla i drzewa, obiecując schronienie. Do ostoi, której w mroku jej oczy jeszcze nie dostrzegały, ale którą zmysły wyczuwały bezbłędnie. Do lasu.

Sama nie wiedziała, jak długo biegły. Droga pod ich stopami co rusz się zmieniała: błotnista, nierówna ścieżka szybko ustąpiła miejsca miękkiej, łagodnie wznoszącej się łące, oplecionej zaroślami najpewniej wyznaczającymi granice czyjegoś pola, aż w końcu wkroczyły w gęstwinę drzew, gdzie musiały torować sobie przejście przez warstwy liści i spróchniałych gałązek. Ale nawet tutaj nie zrobiły przystanku, parły naprzód. Co parę kroków Krystyna rzucała czujne spojrzenia na boki, dociskając do siebie pochlipującą dziewczynkę. Bez celu podążały w stronę wyraźniejszego blasku księżyca.

Szły, szły i szły. Czasem Krystyna zbierała resztki sił i przyspieszała kilka kroków, jakby nieszczęsną stodołę i kryjące się w niej niebezpieczeństwo chciała zostawić jak najdalej za sobą. Przy którymś drzewie zabrakło jej sił, by wyżej unieść nogę, zaczepiła czubkiem trzewika o wystający korzeń i runęła na ściółkę, w ostatniej chwili przytomnie skręcając ciałem, by nie przewrócić i nie przygnieść córki, którą ciągnęła za sobą. Biodro przeszyła błyskawica bólu – leżąca na ziemi gałąź rozharatała do krwi odsłonięte udo. Ale dziewczynka była cała, chwała Bogu. Podniosła się z objęć ciężko dyszącej Krystyny, usiadła na liściach, podkuliła zmęczone nogi i zapłakała.

– Ciii, nie trzeba płakać – uspokajała ją Krystyna, podciągając się na ziemi i opierając plecami o pień dębu. – Nic się nie stało.

– Ale, matusiu… – Dziewczynka piąstkami rozsmarowywała łzy po opuchniętej i brudnej twarzyczce. – Mój koszyk…

Dopiero w tej chwili młoda kobieta zreflektowała się, że opuszczając w pośpiechu stodołę, zostawiły wśród siana wszystkie swoje rzeczy: tobołek z osobistymi drobiazgami, koszyk, a nawet dzierganą chustę, która chroniła małą przed chłodem. Przed oczami stanęła jej postać mężczyzny mocującego się z rzemykami sakiewki… Nie miały nic. Po prostu nic!

W oczach Krystyny zakręciły się łzy. Obróciła twarz, aby ukryć je przed córką.

– To nic, kwiatuszku… Kupimy ci taki sam w Krakowie.

– A grzebyk?

– Też. Odpoczęłaś? Chyba trzeba nam iść dalej… – powiedziała, ale wbrew tym słowom nie ruszyła się z miejsca.

Dziewczynka podpełzła do niej i ufnie oparła główkę o jej obolałe ramię, układając się wygodnie pod brodą matki. Źdźbła siana wplątane w sztywną czuprynkę ukłuły Krystynę w szyję. Przypomniała sobie chłód ostrza na skórze i zadrżała.

W sakiewce było wszystko, co miały, cała nadzieja na nowe życie w Krakowie.

– Bolą mnie nóżki – poskarżyła się dziewczynka. – I mam mokrą sukienkę.

– Ja też – powiedziała Krystyna i lekko się uśmiechnąwszy, przygarnęła córeczkę bliżej. – Rano poszukamy jakiejś strugi i się umyjemy. A teraz… zamknij oczka i odpocznij…

– Tu?

– Tak, myślę, że pod tym pięknym dębem będzie nam dobrze. Popatrz, jak roztacza nad nami opiekuńcze ramiona konarów!

– Zimno…

– Przytul się mocniej, córeńko.

– A opowiesz jeszcze raz…?

– Opowiem, opowiem…

Nad stawem

Gdy Krystyna otworzyła oczy, świat tonął już w świetlistych barwach poranka. Starając się nie zbudzić dziewczynki, ostrożnie przeciągnęła zdrętwiałe z zimna kończyny i uważnie rozejrzała się dokoła. Nie znajdowały się w gęstwinie lasu, jak się jej wydawało, lecz na jego skraju, wyznaczonym sylwetkami rosłych dębów. Zaledwie kilka drzew dzieliło je od rozległej łąki porośniętej wysoką trawą i złocistym wrotyczem. Poranne mgły sunęły nad nią niczym chmury po niebie, a najwięcej oparów kłębiło się w zagłębieniu terenu gęsto obrośniętym tatarakiem. Z pewnością ukryła się tam sadzawka, pomyślała i mimo przejmującego chłodu natychmiast zapragnęła zanurzyć dłonie w lodowatej wodzie, by zmyć wrażenie brudu oraz lepkości pozostawione przez intruza.

Wysunęła z objęć córeczkę i delikatnie ułożyła ją na ściółce. Z czułością i głębokim żalem w sercu patrzyła na zaróżowione policzki, delikatne, sine powieki zakończone wachlarzykami rzęs, a także przypominające zawijasy malunki łez na brudnych policzkach. Moja córeńka, pomyślała tkliwie. Gdzie los nas zawiedzie? Jakie życie nas czeka w tym okrutnym i fałszywym świecie?

Kiedy się poruszyła, materiał spódnicy boleśnie otarł udo. Zakasała fałdę, odsłaniając brzydką, zaognioną przy brzegach szramę. Powinna oczyścić ranę, i to jak najszybciej. Może na brzegu znajdzie parę listków babki, które mogłaby zmiażdżyć i przyłożyć?

Bez dalszej zwłoki wynurzyła się spomiędzy drzew i stanęła na granicy łąki i lasu. Uderzyło ją dzikie i pierwotne piękno tego miejsca. Otaczały ją wysokie drzewa, głównie mocarne dęby, ale dostrzegła także parę srebrzystych brzóz i wyniosłych chudych topoli. Te ostatnie zrzucały już szaty i złociste sercowate liście spływały na ziemię w asyście cichutkiego szelestu. Z gęstej, niekoszonej trawy mrugało do niej szmaragdowe wodne oko. Nie była to leśna sadzawka, jak zakładała, lecz prawdziwy staw z pomostem i ławką na brzegu. Nad jego powierzchnią unosiły się czarowne mgiełki, pląsające wokół trzcin, przybierające różnorakie kształty i kiwające ku niej, jakby ją chciały ku sobie przyciągnąć. Wpatrywała się w nie urzeczona, a jej serce wypełniały przedziwne uczucia. Jakaś niezrozumiała tęsknota, ból, pragnienie, czułość… Tak niewiele brakło, by jej oczy już nigdy nie cieszyły się blaskiem słońca, a pod jej powiekami na wieki zasklepiło się ohydne oblicze napastnika! Krystyna pochyliła głowę, walcząc z napływającymi do oczu łzami, i wyszeptała słowa dziękczynnej modlitwy.

Przemknęła jej myśl, że skoro staw, pomost i ławka są zadbane, to może to miejsce nie jest takie odludne… i poczuła niepokój. Stanęła na palcach, wyciągnęła ciało i rozejrzała się nad falującymi łanami traw. W zasięgu wzroku nie było żadnych budynków, jednak zauważyła ścieżkę biegnącą środkiem łąki i ginącą w gęstwinie drzew w oddali. Za ich zasłoną mogły znajdować się zabudowania.

Czas naglił. Rozsznurowała trzewiki i rzuciła je na trawę, podkasała spódnicę po pas, po czym, nie zważając na lodowate ostrza siekające ciało, ostrożnie weszła do wody. Zimno przeszywało ją na wskroś, w piersi wzbierał krzyk, więc uniosła pięść i tak długo zaciskała na niej zęby, aż pierwszy szok minął. Schyliła się, nabrała w dłonie krystalicznie czystej wody i umyła się dokładnie, szorując skórę szorstko, niemal boleśnie. Pewnym krokiem wyszła na brzeg. Zdjęła bluzkę, umyła pachy, szyję oraz dekolt. Wytargała spod spódnicy halkę – była porwana, do tego napastnik pozostawił na niej ohydny tłusty odcisk. Nie chciała mieć jej na sobie, rozdarła ją więc do końca i narzuciła bluzkę na nagie piersi. Gdy poczuła się czysta, przeczesała trawę w poszukiwaniu babki lancetowatej. Kilka listków zmiażdżyła znalezionym przy pomoście kamieniem, nałożyła zielonkawą maź na ranę i przewiązała pasami materiału z halki. Na bosaka, z butami w jednej ręce i resztkami bielizny w drugiej, wróciła do córki.

Dziewczynka nadal drzemała, gdy pod stopami Krystyny zachrzęściły żołędzie. Natychmiast otworzyła oczy, podciągnęła się i usiadła w swojej ulubionej pozycji, na piętach.

– Gdzie byłaś, matusiu? – zapytała zaniepokojona.

– Poszłam się obmyć. Tu niedaleko, na łące, jest piękny staw.

– Prawdziwy? Są w nim ryby?

– Ryby, żaby i inne Boże stworzenia – roześmiała się.

Dziewczynka uwielbiała zwierzęta i podczas podróży żywo interesowała się wszystkim, co miało skrzydła, ogon albo kopyta. Nawet najdzikszy pies rzucający się do płotu wywoływał u niej szeroki uśmiech.

– A ja też mogę pójść?

– Tak, ale musisz być cichutko jak myszka… Taka całkiem niegroźna i mięciutka… – dodała Krystyna, zauważywszy nagłe wzdrygnięcie się córki. Nietoperze i myszy były jedynymi zwierzętami, których się bała. – I umyć się szybciutko. Chodź! – Zachęcająco wyciągnęła dłoń.

Dziewczynka ujęła ją ufnie i razem wróciły na brzeg, gdzie Krystyna pomogła małej doprowadzić się do porządku. Z upraniem poplamionej moczem odzieży musiały jednak poczekać na bardziej sprzyjające okoliczności. Pełzające po niebie słońce było jasne, ale o tej porze nie dawało ciepła. Po umyciu umorusanej twarzyczki i czarnych od kurzu rąk dziewczynka szczękała zębami. Wróciły do kryjówki pod dębem i Krystyna podzieliła się z córeczką swoimi zamiarami.

– Zostawisz mnie, matusiu? – pisnęło przestraszone dziecko.

Kobieta pokręciła głową.

– Tylko na chwilę, kwiatuszku. Muszę wrócić do stodoły. Po nasze rzeczy. Potrzebujemy ich – tłumaczyła cierpliwie.

– Znajdziesz grzebyk?

Krystyna przytaknęła. Wiedziała, jak bardzo dziewczynka go sobie ceniła, lecz w jej delikatnym uśmiechu splotły się ciepło i troska. Utrata starej pamiątki, choć bolesna, była ich najmniejszym problemem. W tobołku niosła przecież parę sztuk odzieży na zmianę, w tym cieplejszy sweter włóczkowy i grube rajtuzy dla małej. W szopie została także dziergana chusta, która w drodze wielokrotnie służyła im za okrycie, a w koszyku… resztka chleba i prażonych jabłek. Myśl o jedzeniu ścisnęła ją w środku; żołądek zaprotestował cicho, ale dobitnie.

No i sakiewka… Jeśli istniał choć cień szansy, że ogłuszony napastnik umknął z boiska, nie położywszy na niej łapy, musiała wrócić i spróbować odzyskać pieniądze.

– A jeśli ten zły pan tam będzie? – zapytała dziewczynka.

Krystyna potrząsnęła głową.

– Na pewno nie. – Starała się brzmieć pewnie, ale myśl o ponownym spotkaniu kogokolwiek ze wsi kładła się cieniem na jej słowach.

Nie wiedziała, co stało się potem, czy napastnik wstał, czy ktoś go znalazł. Może cała wieś już huczała o tym, co się wydarzyło w stodole… Ten okrutnik musiał pochodzić z okolicy. Szedł za nimi od karczmy albo wypatrzył je, gdy szukały pomocy w osadzie. Jeśli odzyskał przytomność, mógł opowiedzieć swoją wersję zdarzeń i bez trudu postawić siebie w roli ofiary. Ona, obca, nie miałaby co liczyć na zrozumienie czy współczucie mieszkańców.

– Nie martw się, kwiatuszku. Zakradnę się od pola, nikt mnie nie zauważy. Raz-dwa do ciebie powrócę!

– A jeśli nie wrócisz?

Krystyna uniosła brwi.

– A czemu bym miała nie wrócić?

Dziewczynka przygryzła wargę i podciągnęła nogi do siebie. Małe dłonie zacisnęły się na trawie, a oczy zaszkliły łzami.

Krystyna uklękła obok, położyła dłoń na ramieniu córki i ujęła jej policzki.

– Posłuchaj mnie uważnie, kwiatuszku. Nie wychodź stąd nigdzie i czekaj na mnie. Rozumiesz?

Dziewczynka skinęła głową, próbując powstrzymać drżenie.

– Wrócę tak szybko, jak tylko zdołam. Gdybym… – Krystyna przełknęła ślinę, by poluzować ściśnięte gardło. – Gdybym nie wróciła do zachodu słońca, pójdź tamtą ścieżką… – Wskazała łąkę i staw.

– Ale dokąd?

– Na końcu tej ścieżki stoi śliczny domek.

Mała pokręciła głową.

– Byłaś tam?

– Nie, ale wiem, że tam stoi. Mały domek, jak z bajki. Zastukasz do drzwi i powiesz, że się zgubiłaś. Rozumiesz? I obiecaj mi, że nie pobiegniesz za mną do wsi!

– Ale… – Na końcach smolistych rzęs dziewczynki zawisły łzy, błyszczące jak perły.

– Nie bój się, na pewno wrócę. Nie wychodź z lasu i z nikim nie rozmawiaj, słyszysz?

Dziewczynka przytaknęła, pociągając nosem. Krystyna rozejrzała się dokoła i przy samej granicy lasu dostrzegła olchę o nisko zwisających gałęziach, wciąż gęsto pokrytych zielonymi liśćmi. Pod jej rozłożystym konarem miękka trawa tworzyła naturalne posłanie. U stóp drzewa rozrosły się krzaki jeżyn, jeszcze pełne ciemnofioletowych owoców. Krystyna podprowadziła tam córkę.

– Zajadaj owoce i czekaj na mnie, wnet powrócę.

Dziewczynka chciała protestować, w końcu jednak głód wygrał i przysunęła się do krzaczka. Pierwszy owoc wsunęła między drżące wargi niepewnie, szybko jednak zasmakowała w leśnej słodyczy i po chwili pałaszowała, aż się jej uszy trzęsły. Krystyna obserwowała ją jeszcze przez chwilę, po czym powoli wycofała się w głąb lasu.