Leoś - Magdalena Kaliszewicz - ebook

Leoś ebook

Magdalena Kaliszewicz

0,0

Opis

Tomaszkiewiczowie długo się wahają, czy powinni mieć psa. Obowiązki wydają im się ogromne, a odpowiedzialność zbyt duża. Jednak kiedy ulegają namowom Toli i w ich życiu pojawia się mały niesforny Leoś, wszystko zmienia się w jednej chwili. Ku swojemu zdziwieniu odkrywają, że to, co miało być trudnym wyzwaniem, staje się źródłem codziennych uśmiechów, nowych przygód i ciepła, jakiego wcześniej nie znali. 

Ta opowieść przypomina, że czasem warto zrobić krok w nieznane, by odkryć, że prawdziwa radość znajduje się tam, gdzie najmniej się jej spodziewamy – w najprostszych momentach dnia.

 

Magdalena Kaliszewicz – absolwentka bibliotekoznawstwa Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Od kilku lat mieszka w Anglii. Mama Ali i Leosia. Wierzy, że w zwykłych dniach można odnaleźć pełnię szczęścia. Wdzięczna i radosna; niepoprawna optymistka. Kocha góry, zwierzęta i... czekoladę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 29

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ilustracje: Katarzyna Rzędzian

Projekt okładki, skład, przygotowanie do druku: EJ Design

Redakcja: Magdalena Misuno

Korekta: Pan Wydawca | IW

Przygotowanie wersji elektronicznej: Epubeum

 

Copyright © by Magdalena Kaliszewicz 2026

Copyright © by Pan Wydawca 2026

 

ISBN 978-83-68622-22-5

 

Wszystkie wydarzenia, postacie i miejsca są fikcyjne.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środowiskach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody twórcy.

 

wydanie 1

Gdańsk 2026

 

Pan Wydawca sp. z o. o.

ul. Wały Piastowskie 1/1508

80-855 Gdańsk

PanWydawca.pl

Leoś urodził się w Newcastle, a w zasadzie na obrzeżach tego miasta, w małej miejscowości zwanej Birtley. Jak przystało na prawdziwego Brytyjczyka, pochodził z bardzo zacnej psiej rodziny, której głową był mały inteligentny kudłaty czarny pudel, a mamą wysoka szczupła brązowa cocker-spanielka. Luluś nosił więc zaszczytne miano psa rasy mieszanej, potocznie zwanej cockapoo.

Zastanawiając się, jak najlepiej opisać Leosia, ciśnie się na usta jedno: CUDNY.

Leoś był CUDNY!

Był również: uroczy, śliczny, nieziemski, przyjazny, kudłaty, puchaty, miluśny, całuśny i przytulaśny, ale ogólnie rzecz ujmując: był CUDNY.

Rozdział I

Decyzja o zakupie psa

Państwo Tomaszkiewiczowie, czyli tata Grzegorz, mama Ania i mała psotna śliczna dziewczynka o imieniu Tola, mieszkali w cichej i spokojnej okolicy w środkowej Anglii, w miasteczku Silkstone.

Tata Grzegorz, inżynier, zajmował się od rana do nocy pracą nad projektami mostowymi. Z ochotą wstawał rano, podśpiewując w kuchni, robił kawę, zjadał pokaźne śniadanie i biegł do swoich obowiązków w biurze.

Tola była pod każdym względem wyjątkowa. Miała dziesięć lat, długie blond włosy, niebieskie bystre oczy, smukłe ciało i głowę pełną niezwykłych pomysłów. Była mądra, sprytna, błyskotliwa i niezwykle utalentowana w wielu dziedzinach sportu. Najbardziej na świecie kochała piłkę nożną i tenis. Jej talent dostrzegali wszyscy. Każdy, kto znał Tolę, uważał, że była niezwykła.

Mama Ania to energiczna i silna czterdziestolatka, która ciągle uważała się za nastolatkę, zawsze miała ręce pełne roboty. Była optymistką z dużą energią do życia. Lubiła wstawać wcześnie, przyrządzać śniadanie dla swojej rodziny i cieszyć się każdym dniem, każdą chwilą swojego życia.

Dom Tomaszkiewiczów często pachniał świeżo pieczonym ciastem ze śliwkami, ciepłym obiadem i ciętymi kwiatami, którymi Ania uwielbiała dekorować kuchnię. W kuchni mama spędzała większą część swojego dnia. Krzątając się tu i ówdzie, wykonywała z radością swoje codzienne obowiązki. Kiedy jednak i tata, i Tola znikali za zamkniętymi drzwiami, czuła się coraz bardziej samotna…

– Wiesz, Aniu, myślę, że już czas, abyśmy na spokojnie porozmawiali o psie – powiedział pewnej niedzieli tata, kiedy Tola szykowała się do snu.

– Tak. Myślę, że nie możemy już dłużej unikać tego tematu – przyznała mama i ciężko westchnęła.

Tomaszkiewiczowie uklęknęli do wspólnej modlitwy, jak zawsze czynili to przed snem, zmówili pacierz i złożyli podziękowania, za wszystkie dobre rzeczy, które przytrafiły im się tego dnia.

Tola tej nocy bardzo szybko zasnęła, bez zbędnego przeciągania i odkładania snu na później, jak miała to w swoim zwyczaju czynić każdego dnia. Dziś było jednak inaczej – jak gdyby czuła, że coś jest na rzeczy, jakby czuła, że coś się święci. Że coś znaczącego może się niebawem wydarzyć.

Musicie wiedzieć, że Tola marzyła o psie. Marzyła, odkąd była maleńkim dzieckiem. Jeśli miała wpływ na to, jakiego pluszaka ma dostać w prezencie, to zawsze – ale to zawsze – był to pies. Półka w pokoju Toli uginała się od pluszowych psiaków, różnej wielkości i różnych ras. Były dalmatyńczyki, owczarki niemieckie, corgi, jamniki, pitbule, kundelki i labradory. Miała też książki o psach i pieski porcelanowe, pieski na baterie, pieski z magnesami, pieski klockowe, plastelinowe, papierowe, dmuchane i do kolorowania, ale ciągle nie było tego jednego, jedynego. Tego prawdziwego. Ciepłego, kudłatego, szczekającego, do którego można się przytulić, który zamerda ogonem na przywitanie, który poliże językiem na poprawienie humoru.

Kiedy Tola już spokojnie spała, Grzegorz usiadł w fotelu z komputerem na kolanach. Po chwili dołączyła do niego Ania i, podając mu kubek gorącej herbaty, westchnęła.

– Proszę, przyda ci się. Coś czuję, że czeka nas długa noc.

Tata nieśmiało się uśmiechnął, odchylił ekran komputera i oczom mamy ukazał się ogromny czarno-brązowy owczarek niemiecki.

– Czyś ty zupełnie oszalał?! – wrzasnęła mama, chyba nawet zbyt głośno.– Owczarek niemiecki? Czy ty sobie zdajesz sprawę, jaki to jest olbrzym? Czy wiesz, jakich rozmiarów jest nasz dom i jaki malusieńki mamy ogród? – Nie dowierzając ciągle w to, co widzi, z dezaprobatą pokręciła głową.

Zmieszany tata dość szybko zdał sobie sprawę ze swojego nienajlepszego wyboru. Przetarł twarz ręką i mruknął pod nosem:

– No, może masz rację, to chyba niezbyt trafiony pomysł… Chyba dałem się zbytnio ponieść naleganiom Toli.

– Więc jak? Jesteś gotowy na konkretne, realne propozycje? – pytała Ania, tym razem już swoim naturalnym, ciepłym i pełnym miłości głosem.

W odpowiedzi dostała tylko nieśmiały uśmiech Grzegorza.

Musicie wiedzieć, że rodzice Toli już nie raz zaczynali rozmowę o psie. Nigdy jednak nie ustalali niczego konkretnego ani nie dochodzili do żadnych wniosków.

Tym razem stało się jednak zupełnie inaczej.

Rozdział II

Wybór psa

Tego wieczora rodzice spędzili jeszcze kilka długich godzin, przeglądając przeróżne ogłoszenia z ofertami psów na sprzedaż. Obejrzeli dziesiątki ślicznych pyszczków różnych ras, maści i kolorów, ale żaden nie skradł ich serca.

Poczynili pewne założenia co do wielkości psa i budżetu, jaki mogą na niego przeznaczyć. Ustalili między sobą także podział obowiązków w opiece nad psem. Po raz setny upewnili się, czy aby na pewno wiedzą, jaki ogrom odpowiedzialności na nich spadnie, gdy w ich domu faktycznie pojawi się czworonożny przyjaciel. W teorii niby wiedzieli o psach wszystko, ale Ania czuła pewien niepokój.

– Słuchaj – zaczęła Ania. – Wiem, że ten pies to będzie głównie mój obowiązek. Ty i Tola jesteście ciągle poza domem, więc siłą rzeczy całe to zamieszanie spadnie na mnie. Nie będę ukrywać, że się denerwuję. Przecież wiesz, że nigdy nie miałam psa. Że nie wiem, jak się nim zająć…

– Będzie dobrze – mruknął tata, nadal przeglądając oferty. – Wiesz, że ci we wszystkim pomogę – oznajmił tak optymistycznie i radośnie, jakby opieka nad psem była najprostszym i najłatwiejszym zadaniem na świecie.

Mama westchnęła po raz tysięczny tego wieczora i powiedziała w końcu:

– Dobrze, niech będzie, zgadzam się! Ale na pewnych warunkach – dodała szybko. – To ja wybieram rasę. Ja będę z nim w domu najczęściej, więc biorę na siebie najwięcej odpowiedzialności ze wszystkich jego mieszkańców. – Rzuciła w stronę taty takie spojrzenie, że już nic nie mógł odpowiedzieć poza kiwnięciem głową z pełną aprobatą.

Podał mamie laptop, a ta bez wahania wpisała coś na klawiaturze. Po chwili oddała go tacie, mówiąc:

– Proszę. Ma być ten! Dokładnie taki sam albo żaden! Żaden inny nie wchodzi w grę! Zrozumiano? – powiedziała bardzo stanowczo, prawie jakby dobijała interesu z jakaś obcą osobą.

Tata zerknął w monitor. Odchylił głowę w prawą stronę, po chwili przesunął ją lekko na lewo. Przez dłuższą chwilę nic nie mówił. A później cicho oznajmił:

– Nooo… całkiem ładny…

– Nie ładny, a śliczny! – stwierdziła mama trochę obrażona, że jej pomysł nie zwalił taty z nóg.

Na zdjęciu widniał średniego wzrostu, brązowy, kudłaty, słodziutki i piękny cockapoo.

– Ten albo żaden – zawyrokowała mama na tyle stanowczo, że tata zrozumiał, że dalsza rozmowa nie ma już sensu.

Uśmiechnął się, westchnął i zapytał:

– To co? Rozumiem, że znalezienie identycznego szczeniaka pozostawiasz mnie?

– Widzę, że rozumiemy się bez słów, kochanie – rzuciła Ania przez ramię, kierując się w stronę kuchni.

Następnego dnia rano tata zadzwonił z pracy do mamy:

– Słuchaj, znalazłem niezłą gromadkę cockapoo. Suczka się właśnie oszczeniła i ma dziewięcioro małych. Dzwoniłem do właściciela, ale zostały im już tylko cztery szczeniaki. Trzeba się szybko decydować, bo schodzą jak świeże bułeczki.

Mama poczuła ekscytację i coś jakby załaskotało ją w brzuchu.

– Dobrze, w takim razie kiedy możemy obejrzeć te pozostałe?

– Nie, Aniu, nie rozumiesz – tłumaczył tata. – Nie ma możliwości oglądania. Jest bardzo duże zainteresowanie. Możemy wybrać na podstawie zdjęć, wpłacić depozyt i odebrać szczeniaka w sobotę.

– W sobotę? – Nie dowierzała mama. – W tę sobotę odebrać psa wybranego na podstawie zdjęć i mieć go już na zawsze? – pytała jakby samą siebie.

– Ania! Decyzja: bierzemy czy nie. Nie ma czasu do stracenia.

– Prześlij mi, proszę, zdjęcia – powiedziała mama i odłożyła słuchawkę.

Miała wielki mętlik w głowie, ale gdzieś w głębi duszy czuła się spokojna i opanowana. „Nie denerwuj się, Aneczko, wszystko będzie dobrze. Decyzja podjęta, damy radę. To przecież nie może być takie trudne, tysiące ludzi mają psa. Tola jest jedynaczką, dzieci dobrze rozwijają się z psami. Oddychaj, oddychaj...” – powtarzała sama do siebie, tak jakby jeszcze raz musiała to sobie sama wytłumaczyć.

Z dalszych przemyśleń wybił ją odgłos przychodzących wiadomości. To były zdjęcia tych czterech szczeniaków. Ania wesoło uśmiechała się na widok uroczego rodzeństwa. Im więcej zdjęć oglądała, tym bardziej jej twarz była rozpromieniona. Energicznie wybrała numer do taty i oznajmiła:

– Najbardziej podoba mi się ten bladobeżowy, z ciemną kropką nad lewym okiem. Ten, który podgryza ucho swojego brata. A tobie, który najbardziej przypadł do gustu? – zapytała podekscytowana.

W słuchawce panowała przez moment głucha cisza, bo tata był osobą, bardzo opanowaną i ważącą słowa.

– Nooo może być – zgodził się po dłuższej chwili. – Myślę, że to całkiem niezły wybór – powiedział bez wielkiego entuzjazmu i dodał, że w takim razie dzwoni ustalić szczegóły z właścicielami.

Chwilę to trwało, kiedy do mamy znowu zadzwonił telefon.

– Aniu… – Grzegorz nie miał dobrych wiadomości. – Wszystkie szczeniaki zostały już sprzedane albo zarezerwowane. Nie martw się, na pewno niebawem znajdziemy nowego.

Podczas obiadu w domu Tomaszkiewiczów atmosfera nie była zbyt radosna. Tylka Tola biegała ze swoją stałą energią między kuchnią a salonem, podskakując radośnie. Nie zdawała sobie sprawy, że dzisiejszego ranka psie sprawy zaszły aż tak daleko.

 

Koniec bezpłatnego fragmentu.

Magdalena Kaliszewicz – absolwentka bibliotekoznawstwa Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Od kilku lat mieszka w Anglii. Mama Ali i Leosia. Wierzy, że w zwykłych dniach można odnaleźć pełnię szczęścia. Wdzięczna i radosna; niepoprawna optymistka. Kocha góry, zwierzęta i czekoladę.

Tomaszkiewiczowie długo się wahają, czy powinni mieć psa. Obowiązki wydają im się ogromne, a odpowiedzialność zbyt duża. Jednak kiedy ulegają namowom Toli i w ich życiu pojawia się mały niesforny Leoś, wszystko zmienia się w jednej chwili. Ku swojemu zdziwieniu odkrywają, że to, co miało być trudnym wyzwaniem, staje się źródłem codziennych uśmiechów, nowych przygód i ciepła, jakiego wcześniej nie znali. 

Ta opowieść przypomina, że czasem warto zrobić krok w nieznane, by odkryć, że prawdziwa radość znajduje się tam, gdzie najmniej jej się spodziewamy – w najprostszych momentach dnia.