Lęk - Stefan Zweig - ebook

Lęk ebook

Stefan Zweig

5,0

Opis

Po blisko stu latach nieobecności, legendarny „Lęk” Stefana Zweiga wraca do polskich czytelników w nowym przekładzie Katarzyny Łakomik.

Irene ma wszystko: pozycję, zamożnego męża, ułożone życie i... kochanka – odskocznię od mieszczańskiej nudy. Gdy pewnego dnia drogę zachodzi jej obca kobieta żądająca zapłaty za milczenie, bezpieczny świat Irene zaczyna pękać. Każdy dzwonek do drzwi, każde spojrzenie męża staje się próbą nerwów, a lęk przejmuje nad nią władzę – krok po kroku, oddech po oddechu.

Zweig nie potrzebuje trupa ani detektywa, żeby trzymać czytelnika za gardło. Wystarczy mu ludzkie sumienie i zaczerpnięta od Freuda anatomia lęku, który z jednego kłamstwa potrafi zbudować więzienie.

Zbiór dopełniają melancholijne „Zapomniane marzenia” oraz tragiczna „Gwiazda nad lasem” – opowieści o pragnieniach, do których boimy się przyznać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 122

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



LĘK

Gdy Irene schodziła schodami, opuściwszy mieszkanie swojego kochanka, znów dopadł ją nagle ten niedorzeczny lęk. Czarna karuzela przeleciała jej ze świstem przed oczami, kolana skostniały w przerażającym odrętwieniu i musiała natychmiast przytrzymać się poręczy, żeby nie runąć przed siebie.

Nie był to pierwszy raz, kiedy odważyła się na tę niebezpieczną wizytę; nieobce jej były te nagłe dreszcze przeszywające całe ciało. Za każdym razem, ilekroć wracała do domu, choć broniła się przed tym w duchu, ulegała podobnym, bezpodstawnym atakom nieracjonalnego i śmiesznego lęku. Samo dotarcie na schadzkę było bez wątpienia łatwiejsze. Prosiła szofera, by zatrzymał się za rogiem; te kilka kroków do bramy kamienicy przebiegała w pośpiechu, nie oglądając się za siebie, a potem wbiegała prędko po schodach, wiedząc, że on już na nią czeka za drzwiami otworzonymi w pośpiechu, i ten pierwszy lęk, w którym płonęła również niecierpliwość, wnet roztapiał się w płomieniach namiętnego powitania.

Ale potem, kiedy już chciała wracać do domu, ogarniała ją ta mrożąca krew w żyłach, inna, nieodgadniona groza, podsycana teraz także przeszywającym poczuciem winy i tym niedorzecznym urojeniem, że każde obce spojrzenie na ulicy pragnie wyczytać z jej twarzy, skąd idzie, i skwitować jej zażenowanie zuchwałym uśmieszkiem. Ostatnie minuty spędzane w jego towarzystwie zatruwał już narastający niepokój, zrodzony z przeczucia tego zamętu; gdy tylko poczuła w sobie potrzebę, by stamtąd wyjść, jej ręce w nerwowym pośpiechu zaczynały się trząść, w swoim roztargnieniu wychwytywała jedynie pojedyncze słowa padające z jego ust, odpierając spóźnione przejawy jego namiętności. Precz, precz, byle jak najdalej stąd, uciec z jego mieszkania, z jego domu, z tej przygody do swojego spokojnego, mieszczańskiego świata. Ledwie ośmielała się spojrzeć w lustro w obawie przed podejrzliwością własnego spojrzenia, a jednak musiała sprawdzić, czy żaden nieład w jej stroju nie zdradza namiętności tej godziny. I jeszcze te ostatnie słowa, daremne próby, by ją uspokoić, które w tej nerwowości ledwie do niej trafiały, i ta ostatnia sekunda nasłuchiwania za dającymi jej jeszcze schronienie drzwiami, czy aby nikt nie wchodzi ani nie schodzi po schodach. Na zewnątrz jednak już czaił się na nią lęk, już się niecierpliwił, by ją dopaść, i z taką mocą zaciskał swoje cugle na jej sercu, że za każdym razem pokonywała te parę stopni jakby na jednym oddechu, czując, że gorączkowo zebrane siły lada moment ją opuszczą.

Stała tam teraz przez minutę z zamkniętymi oczami, zachłannie wdychając chłód klatki schodowej o zmierzchu. Wtem z jakiegoś górnego piętra dobiegł ją łoskot zatrzaskiwanych drzwi. Natychmiast zebrała się w sobie i rzuciła pędem w dół schodów, a jej dłonie mimowolnie zacisnęły się kurczowo na gęstym woalu. Teraz czekał ją jeszcze ten ostatni, najstraszliwszy moment: zgroza wyjścia obcą bramą na ulicę i możliwość narażenia się na dociekliwe pytanie przechodzącego przypadkiem znajomego, skąd wyszła, co zmusiłoby ją do zawiłego i ryzykownego kłamstwa. Spuściła głowę niczym skoczek, który przymierza się do rozpędu, po czym rzuciła się ku półotwartej bramie.

Tam zderzyła się nagle z kobietą, która najwyraźniej zamierzała w tym samym momencie wejść do środka.

– Pardon – przeprosiła speszona, usiłując jak najprędzej wyminąć nieznajomą. Ale ta zagrodziła jej drogę i popatrzyła na nią z gniewem, a zarazem nieskrywaną pogardą.

– No, wreszcie udało mi się ją przyłapać! – wykrzyknęła bezceremonialnie swoim prostackim głosem. – A mawiają, że taka z niej przyzwoita kobieta… Pewnie… Nie dość jej jednego męża, tego całego majątku i wszystkiego… to jeszcze musi wykraść biedaczce kochanka…

– Na litość boską… co pani… pani jest w błędzie… – jąkała się Irene, po czym podjęła niezręczną próbę ucieczki, lecz kobieta rozstawiła swoje masywne ciało na całą szerokość wejścia i wycedziła do niej jazgotliwie:

– Nie, wcale się nie mylę… Dobrze panią znam! Pani właśnie wyszła od Eduarda, a on jest mój! Wreszcie udało mi się panią dorwać. Teraz już wiem, dlaczego ostatnio ma dla mnie tak mało czasu… Przez panią… podła…!

– Na litość boską! – przerwała jej Irene łamiącym się głosem. – Niechżeż pani nie krzyczy. – Mimowolnie cofnęła się w głąb korytarza.

Kobieta spojrzała na nią szyderczo. Ten roztrzęsiony lęk, ta ewidentna bezradność Irene zdawały się sprawiać nieznajomej satysfakcję, bo teraz mierzyła swoją ofiarę wzrokiem, z pewnym siebie, pogardliwym i triumfującym uśmieszkiem. Barwa jej głosu nabrała jakiejś rozdętości, niemal ociężałości.

– A więc tak właśnie wyglądają te zamężne panie, te eleganckie, wytworne damy, kiedy wychodzą, żeby wykradać innym mężczyzn. Zasłonięte woalem, a jakże! Żeby potem mogły przed każdym udawać przyzwoite kobiety…

– Czego… Czego pani ode mnie chce? Nawet pani nie znam… Muszę już iść…

– Iść… Pewnie, a jakże! Do szanownego małżonka… do ciepłej izby strugać wytworną damę… żeby służąca pomogła jej się rozebrać… Ale to, jak tacy jak my sobie radzą, czy sczeźnie z głodu, to już nie obchodzi tak wytwornej damy… Takim jak ja odbiorą ostatnią rzecz, takie z nich przyzwoite kobiety…

Irene zebrała się w sobie, pod wpływem nagłego impulsu sięgnęła do portmonetki i chwyciła banknoty, które wpadły jej pod palce.

– Proszę… niech pani to weźmie… ale niech mnie już pani puści… Nigdy więcej tu nie wrócę… przysięgam pani.

Kobieta zabrała pieniądze, spoglądając na Irene gniewnym wzrokiem.

– Nierządnica – mruknęła pod nosem.

Irene wzdrygnęła się na to słowo, ale zaraz potem zobaczyła, że kobieta przepuszcza ją w drzwiach, więc, oszołomiona i zdyszana, natychmiast rzuciła się do wyjścia, niczym samobójca skaczący z wieży. Przedzierając się przez tłum do stojącego za rogiem samochodu ze wzrokiem utkwionym w ziemię, czuła, jak obce, powykrzywiane w potwornych grymasach twarze prześlizgują się obok niej. Niczym bezwładna masa runęła na siedzenie, po czym wszystko w niej zesztywniało i znieruchomiało, a gdy skonfundowany szofer wreszcie zadał swojej osobliwej pasażerce pytanie, dokąd ma się udać, przez moment wpatrywała się w niego pustym wzrokiem, póki do jej oszołomionego umysłu nie dotarł sens jego słów.

– Na Dworzec Południowy – wyrzuciła z siebie szybko i nagle przejęta myślą, że tamta kobieta może ją śledzić, dodała: – Prędko, prędko, niech się pan pospieszy!

Dopiero w trakcie jazdy poczuła, jak głęboką ranę to spotkanie zostawiło w jej sercu. Dotknęła swoich dłoni, które bezwładnie zwisały wzdłuż ciała, skostniałe i zziębnięte, jakby pozbawione życia, i naraz zaczęły nią wstrząsać tak silne dreszcze, że całe jej ciało poczęło się trząść. Jakaś gorycz wzbierała w jej gardle, poczuła mdłości, a jednocześnie bezsensowną, pustą złość, która niczym spazm pragnęła się wyrwać z jej klatki piersiowej. Nagle zapragnęła zacząć krzyczeć i okładać pięściami wszystko wokół siebie, żeby tylko uwolnić się od zgrozy tego wspomnienia, które wbiło się w jej mózg niczym hak: tej ordynarnej twarzy z szyderczym śmiechem, tych wyziewów podłości, które unosiły się z cuchnącego oddechu proletariuszki, tych wulgarnych ust wypluwających jej w twarz prostackie słowa pełne nienawiści i groźnie podniesionej, czerwonej pięści, którą kobieta się jej odgrażała. Mdłości wzbierały w Irene coraz mocniej, konwulsje podchodziły coraz wyżej do jej gardła, a rozpędzony samochód targał jej ciałem na boki. I już miała nakazać szoferowi, by zwolnił, gdy przypomniała sobie, że może nie mieć przy sobie dość pieniędzy, by mu zapłacić, gdyż wszystkie banknoty oddała przecież szantażystce. Prędko dała szoferowi znak, by zatrzymał wóz, po czym, ku ponownemu zdumieniu mężczyzny, nagle wysiadła. Na szczęście reszta drobnych okazała się wystarczająca.

Jednak zaraz potem poczuła się zagubiona w tej obcej dzielnicy, w tym gąszczu zabieganego tłumu, który każdym słowem i spojrzeniem sprawiał jej fizyczny ból. Jej miękkie od lęku kolana niechętnie stawiały kolejne kroki, ale musiała przecież dotrzeć do domu, więc zebrawszy w sobie wszystkie siły, z nadludzkim trudem brnęła do przodu, od jednego zaułka do drugiego, czując się, jakby brodziła w grzęzawisku albo w śniegu sięgającym kolan. Przybywszy wreszcie na miejsce, rzuciła się schodami na górę, zrazu w nerwowym pośpiechu, który jednak natychmiast pohamowała, by swoim roztrzęsieniem nie zwracać na siebie uwagi domowników.

Dopiero gdy służąca zabrała od niej płaszcz i Irene usłyszała, jak jej mały synek pokrzykuje podczas zabawy z młodszą siostrą w pokoju obok, a jej wzrok uspokoił się na widok bezpiecznego domowego zacisza, zdołała ponownie przywdziać maskę opanowania, choć pod jej powierzchnią, w głębi jej napiętej piersi, wciąż jeszcze przelewały się bolesne fale wzburzenia. Zdjęła woal i wytężając siłę woli, rozchmurzyła twarz, by nie wzbudzać żadnych podejrzeń, po czym przekroczyła próg jadalni, gdzie przy nakrytym do kolacji stole siedział nad gazetą jej małżonek.

– Późno, moja droga, późno… – przywitał ją z lekkim wyrzutem, po czym wstał i pocałował ją w policzek, co mimowolnie wzbudziło w niej krępujące poczucie zawstydzenia. Gdy zasiedli do stołu, zapytał obojętnym tonem, ledwo odrywając wzrok od gazety: – Gdzie byłaś tak długo?

– Byłam… u… u Amélie… Miała coś do załatwienia… więc wybrałam się razem z nią – dodała, czując w sobie gniew na własną niefrasobliwość podczas wymyślania tak nieudolnego kłamstwa.

Zazwyczaj już wcześniej starannie opracowywała przemyślny wykręt, wymykający się każdej możliwości sprawdzenia, ale przez ten dzisiejszy lęk całkiem o tym zapomniała, była więc zmuszona do tej nieudolnej improwizacji. A co, jeśli – przemknęło jej nagle przez myśl – mąż zacznie telefonować po znajomych i wypytywać, tak jak to niedawno mieli okazję widzieć w spektaklu teatralnym…?

– Co z tobą? Wydajesz się jakaś podenerwowana… Czemu nie zdejmiesz kapelusza? – zapytał małżonek.

Wzdrygnęła się, czując się ponownie przyłapana na swoim skonfundowaniu. Pośpiesznie wstała, wyszła do swojego pokoju, aby zdjąć kapelusz, i dostrzegłszy w lustrze swoje niespokojne spojrzenie, wbiła w nie wzrok. tak długo, aż znów stało się pewne i opanowane. Dopiero wtedy wróciła do jadalni.

Służąca przyszła z kolacją i wieczór zaczął wreszcie przypominać wszystkie inne; może był nieco bardziej milczący i mniej ożywiony niż zazwyczaj – był wieczorem niemrawej, nużącej, co rusz rwącej się rozmowy. Jej myśli nieustannie zawracały w kierunku, z którego przybyła, i zawsze wzdrygała się z przerażenia, gdy dochodziły do tej minuty, do zatrważającej bliskości szantażystki. Wówczas za każdym razem podnosiła wzrok, by odnaleźć ukojenie, z czułością obejmując spojrzeniem bliskie jej duszy przedmioty, każdy umieszczony w pokoju wedle wagi i znaczenia w pamięci, a wtedy powracało do niej nieznaczne uspokojenie. Zegar ścienny, nieśpiesznie przemierzający milczenie swym stalowym krokiem, niepostrzeżenie oddawał jej sercu coś ze swego miarowego, pozbawionego trosk i pewnego rytmu.

Nazajutrz, gdy jej mąż udał się do swojej kancelarii, dzieci poszły na spacer, a ona w końcu została sama, przeraźliwe spotkanie z perspektywy czasu straciło wiele ze swojej grozy w jasnym blasku przedpołudnia. Irene najpierw przypomniała sobie, że miała na twarzy bardzo gruby woal i że owa kobieta nie mogła dostrzec ani rozpoznać jej rysów. Spokojnie rozważyła wszelkie środki zapobiegawcze. Pod żadnym pozorem nie zawita ponownie do mieszkania swojego kochanka – i to zapewne wyeliminuje najbardziej prawdopodobną możliwość tego rodzaju napaści. Pozostawało tylko ryzyko przypadkowego spotkania z tą kobietą, ale nawet ono było nikłe, gdyż nie mogła przecież wczoraj za nią podążyć, jako że Irene uciekła z tamtego miejsca taksówką. Jej nazwisko i miejsce zamieszkania pozostały dla nieznajomej tajemnicą, więc nie było powodu, by Irene mogła się obawiać w jakikolwiek inny sposób wiarygodnego rozpoznania jej przysłoniętej twarzy.

Irene była jednak przygotowana w najgorszym razie i na taki wypadek. Wówczas, nie będąc już ściśnięta imadłem lęku, po prostu zachowałaby – jak natychmiast postanowiła – spokój, wyparłaby się wszystkiego, stwierdziłaby z chłodem, że zaszła pomyłka, a ponieważ trudno byłoby udowodnić ową wizytę inaczej niż podówczas na miejscu, mogłaby także oskarżyć tę kobietę o szantaż. Nie na darmo Irene była małżonką jednego z najznamienitszych adwokatów w całej okolicy. Z jego rozmów z kolegami po fachu usłyszała dość, by wiedzieć, że wszelkie wymuszenia trzeba ukrócić natychmiast, zachowując jak najzimniejszą krew, bo każde wahanie, każdy objaw niepokoju ze strony prześladowanego tylko umacnia przewagę napastnika.