Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Amok to szał, to szaleństwo które ogarnia człowieka, gdy już nie radzi sobie z własnymi emocjami, gdy otaczający go świat staje się ciemny, nieznośny, nieludzki…
Amok to efekt narastającego sprzeciwu, niezgody na otaczającą rzeczywistość, to stan psychiczny człowieka, ogarniętego wielką namiętnością, wielkim gniewem, wielkim napięciem.
Stefan Zweig – niekwestionowany mistrz opisywania emocji pokazuje do czego owe namiętności potrafią nas doprowadzić. Miłość, nienawiść, dobro i zło mogą jednako wywieść nas na manowce….
Znakomite pisarstwo ukryte w kilku nowelach, które stanowią kanon światowej literatury.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 269
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału Der Amokläufer
Copyright © 2026, MG
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.
ISBN 978-83-8241-197-3
Projekt okładki: Anna Slotorsz
Na okładce wykorzystano zasoby Adobe Stock (© Omeris, © aura studio, © Vintage Studio)
Redakcja: MR
Korekta: Michał Gniazdowski
Skład: Jacek Antoniuk
[email protected]@gmail.com
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Podziemie żądz, rozewrzyj swe podwoje!
Pójdźcie, postacie – kanwo śnień i skargi –
na moich złóżcie wasze drżące wargi
i pijcie krew mą i oddechy moje!
Po co się kryć wam między światłocienie?
Wynijdźcie, dumne na swych serc gehennę:
Kto kocha miłość, kocha też cierpienie –
co was zasmuca, dla mnie jest bezcenne.
Jedynie przepaść namiętności da ci
twej duszy duszę, gdy ją z bólem zbrata –
a ten się najdzie, kto się całkiem straci.
Rozgorzej! W ogniach twoich namiętności
we własnej głębi ujrzysz głębie świata –
a tajemnica drogę ci rozprości.
Tłumaczył Leon Koppen
W marcu roku 1912 w porcie neapolitańskim przy wyładowywaniu towarów z okrętu powracającego z Indii zdarzył się dziwny wypadek, o którym gazety doniosły w długich i fantastycznie zredagowanych sprawozdaniach. Pomimo że znajdowałem się jako pasażer na „Oceanii”, nie mogłem być świadkiem tego osobliwego przypadku, tak samo jak i inni, albowiem stało się to nocą podczas wyładowywania węgla, kiedy wszyscy wysiedliśmy na ląd, by uniknąć przykrego hałasu, i zabawialiśmy się w lokalnych kawiarniach i teatrach.
W każdym razie ja osobiście myślę, że niektóre przypuszczenia, których wtedy nie wyjawiłem publicznie, prawdopodobnie mogłyby rzucić promyk światła na te irytujące sceny, a czas, który odtąd upłynął, pozwala mi użyć pewnej rozmowy, która miała bezpośrednio miejsce przed wspomnianym epizodem.
Kiedy chciałem w biurze okrętowym w Kalkucie zamówić sobie miejsce na „Oceanii”, pragnąc powrócić do Europy, urzędnik wzruszył ramionami z politowaniem i rzekł, że na razie nie jest w stanie dać mi wiążącej odpowiedzi, czy zapewni mi osobną kabinę, bo wszystkie miejsca na okręcie są teraz, tuż przed porą deszczową, całkowicie wykupione, ale że oczekują jeszcze w tej kwestii telegramu z Singapuru.
Następnego dnia oświadczył mi na wstępie, że na szczęście może mi zaproponować miejsce, co prawda to bardzo podła kabina, pod pokładem w samym śródokręciu, ale jest. Byłem już naprawdę zniecierpliwiony i chciałem jak najprędzej wrócić do domu, więc nie wahałem się długo i kazałem ją sobie zamówić.
Okazało się, że urzędnik miał całkiem dokładne informacje. Okręt był przepełniony, a kabina rzeczywiście podła, mała, prostokątna dziura, wtłoczona w pobliże silnika, oświetlona jedynie mętnym błyskiem okrągłej szyby okienka.
W zgęstniałym, zduszonym powietrzu czuć było olej i pleśń; ani na sekundę nie można było uciec przed hałasem elektrycznego wentylatora podobnego do stalowego nietoperza, który dostał wścieklizny i krąży, brzęcząc nad głową. Z dołu jęczała i sapała maszyna, niczym zdyszany tragarz, noszący bezustannie po tych samych schodach węgiel, a z góry słyszało się bez przerwy kroki ludzi przechadzających się po pokładzie. Toteż uciekłem stamtąd na powietrze w chwili, gdy tylko zdołałem wrzucić mój kuferek w ten stęchły grób z szarych belek. Wchodząc na górę, jak ambrę wdychałem w siebie słodkawy, miękki wiatr, który wiał ponad falą z lądu.
Ale na pokładzie także panowała ciasnota i niepokój; migało się i trzepotało w powietrzu od ludzi, którzy z drgającą nerwowością zamkniętej bezczynności paplali bezustannie i chodzili ciągle tam i z powrotem. Szczebiocząca kokieteria i żarty kobiet, nieustanne krążenie w kółko po ciasnym przejściu na pokładzie, gdzie w gadatliwym niepokoju falowała gawiedź, by się bezustannie znowu spotykać – wszystko to mnie, nie wiem dlaczego – bolało. Widziałem dopiero co nowy, przedziwny świat, wchłaniałem w siebie w szalonej gonitwie szybko po sobie zmieniające się obrazy – a teraz chciałem to wszystko przemyśleć, rozdzielić, uporządkować, naśladując pewien kształt, odwzorować w myślach to, co dopiero pochłonąłem wzrokiem, ale na tym ciasnym bulwarze nie było ani chwili spokoju i wytchnienia. Litery w książce rozpływały się pod zmieniającymi się wciąż cieniami przechodzących. Na tej pełnej ruchu ulicy okrętowej nie sposób było pozostać samemu ze sobą. Próbowałem przez trzy dni – daremnie; patrzyłem z rezygnacją na ludzi, na morze, ciągle to samo, niebieskie i puste: jedynie podczas zachodu słońca naraz oblane kolorami. A ludzi znałem wszystkich na pamięć, już kiedy minęło trzy razy po dwadzieścia cztery godziny. Każda twarz była mi znajoma aż do przesytu, ostry śmiech kobiet przestał mnie drażnić, hałaśliwe kłótnie dwóch sąsiadujących ze mną holenderskich oficerów już mnie nie gniewały. Pozostawała tylko ucieczka: ale kabina była gorąca i duszna, a w salonie produkowały się na fortepianie młode Angielki, rąbiąc niemiłosiernie walce. Nagle zdecydowany wywróciłem cały dotychczasowy porządek, zanurzyłem się w kajucie już po południu, odurzywszy się przedtem kilkoma szklankami piwa, żeby kolację i nieodzowne tańce przespać.
Kiedy się przebudziłem, było całkiem ciemno i duszno w małej trumnie, która mi służyła za kabinę. Wyłączyłem wentylator, tłuste i wilgotne powietrze przylepiało mi się do skroni. Moje zmysły były odurzone, potrzebowałem kilku minut, żeby sobie przypomnieć, gdzie się znajduję. Musiało już być dobrze po północy, bo nie słyszałem ani muzyki, ani nieustającego nigdy odgłosu kroków na pokładzie; tylko maszyna, to nigdy nieprzestające oddychać serce Lewiatana, pchało, dysząc, skrzypiące ciało okrętu w niewidomą dal.
Po omacku wydostałem się na pokład. Było pusto, a kiedy podniosłem wzrok ponad ziejący parą wierzchołek komina i fantastycznie błyszczące maszty, naraz magiczna jasność zalała mi oczy. Niebo promieniało, wydawało się, jakby aksamitna zasłona zakrywała tam w górze jakieś niebywałe światło, jakby te skrzące się gwiazdy były tylko otworami i szparami, poprzez które błyszczała ta nieopisana jasność. Nigdy nie widziałem takiego nieba jak tej nocy, tak jaśniejącego, tak twardego, stalowo niebieskiego, a jednak skrzącego, kapiącego, szumiącego, tryskającego światłem, które szło z księżyca i gwiazd, a które jednak zdawało się palić w tajemniczym wnętrzu. Biały lak migotał jaskrawo w świetle księżyca, wszystkie brzegi okrętu na tle aksamitnociemnego morza, liny, reje, wszystkie kontury rozpływały się w tym falującym świetle; niejako w próżni zdawały się wisieć światła na masztach i ponad nimi okrągłe oko okrętu, ziemska, żółta gwiazda pomiędzy promieniejącymi gwiazdami nieba.
Ponad moją głową zawisła czarodziejska konstelacja gwiazd, Krzyż Południa przybity do niewidzialnej przestrzeni diamentowymi gwoździami, unosząc się pozornie w powietrzu, gdy tymczasem okręt ciężko oddychającą piersią, lekko drżąc, stwarzał ruch, na dół i do góry, jak olbrzymi pływak przez ciemne fale pchając swój kadłub. Stałem i patrzyłem w niebo: miałem uczucie, jakbym był w kąpieli, gdzie gorąca woda płynie z góry, tylko że to było światło, białe i ciepłe, które zalewało mi ręce, ramiona i głowę, miękko otaczając i w jakiś dziwny sposób wciskając się do wnętrza, bo naraz wszystkie ciemne zakątki mojej duszy się rozjaśniły. Odetchnąłem swobodnie, lekko, i nagle olśniony uczułem na wargach orzeźwiający trunek – powietrze ciepłe, fermentujące, łatwo upajające powietrze, w którym tchnął oddech owoców i woń dalekich wysp, i po raz pierwszy, odkąd się znalazłem na tych deskach, uczułem świętą rozkosz – marzenia i tę zmysłową ochotę, by moje ciało oddać jak kobieta tej miękkości, która mnie otaczała. Chciałem się położyć i wznieść wzrok ku tym białym hieroglifom. Ale wszystkie leżaki i krzesła były usunięte, na całym pokładzie nie było gdzie usiąść i pomarzyć. Pomału dostałem się na sam przód okrętu, oślepiony światłem, które coraz gwałtowniej mnie przenikało.
To wapiennobiałe, jaskrawo palące się światło bolało mnie prawie, pragnąłem gdzieś zakopać się w cieniu, leżąc na jakiejś macie, nie czując tego blasku, odbijającego się w przedmiotach. Poprzez żelazne zwoje, potykając się na linach, doszedłem nareszcie aż do tramu, spojrzałem na dół, gdzie przednia część okrętu nurzała się w czarnej wodzie, a roztopione światło księżyca tryskało pianą po obu stronach. Pług ten podnosił się ciągle i opadał w czarne falujące skiby morza; odczuwałem wszystkie katusze zwyciężonego żywiołu, odczuwałem całą rozkosz ziemskiej siły w tej błyskotliwej grze fal. W zapatrzeniu zapomniałem o czasie. Czy stałem tu już od godziny, czy tylko od kilku minut? Na dół i do góry, na dół i do góry kołysała mnie olbrzymia kołyska okrętu – poprzez czas. Czułem tylko w sobie, że przychodziło na mnie zmęczenie, które było prawie rozkoszą. Chciałem spać i śnić, ale nie chciałem oddalić się z tego czarodziejskiego koła i wracać do mojej trumny. Mimowolnie wyczułem pod nogami zwój lin. Usiadłem z zamkniętymi oczami, ale nie pełnymi cienia, bo przed nimi, nad nimi płynął srebrny blask. W dole słyszałem cichy szum wody, a nad sobą, niedosłyszalnym dźwiękiem – biały prąd tego świata. I stopniowo wchodził mi ten szum w krew; nie czułem już, czy żyję, i nie wiem, czy był to mój własny oddech, czy dalekie bicie serca okrętu; płynąc, rozpływałem się w tym niespokojnym szumie polarnego świata.
Suchy cichy kaszel w pobliżu sprawił, że zerwałem się na równe nogi. Przerażony przebudziłem się z moich upajających marzeń. Oczy moje oślepłe od białego światła, które jaśniało ponad dotychczas zamkniętymi powiekami, chciały się czegoś doszukać w ciemności; tuż naprzeciw mnie, w cieniu ściany okrętowej, błysnęło coś jakby refleks okularów, a teraz rozgorzała wielka okrągła iskra – żar z fajki. Kiedy tam siadałem, patrząc jedynie na pianą oblany przód okrętu i w górę na Krzyż Południa, nie zauważyłem widocznie tego sąsiada, który tu musiał siedzieć cały czas bez ruchu. Mimo woli, jeszcze z przytłumionymi zmysłami, wyrzekłem po niemiecku:
– Przepraszam.
– Ależ proszę – odpowiedział głos z ciemności również po niemiecku.
Nie umiem opisać, jak dziwne i nieprzyjemne było to siedzenie w milczeniu blisko siebie w ciemnościach jeden obok drugiego, nie widząc się nawzajem. Miałem wrażenie, jakby ten człowiek patrzył na mnie ustawicznie tak samo, jak ja się na niego patrzyłem. Ale tak silne było to biało błyszczące światło ponad nami, że jeden drugiego nie mógł widzieć poza zarysem konturów w cieniu. Zdawało mi się tylko, że słyszę oddech i syczący szmer ssania fajki.
To milczenie było nie do zniesienia. Odszedłbym najchętniej, ale wydawało mi się to za gwałtowne, za nagłe. Zakłopotany wyjąłem papierosa. Zapałka syknęła i przez chwilę zadrgał promyk światła w ciasnej przestrzeni. Zobaczyłem poza okularami obcą twarz, której nigdy dotąd na okręcie nie widziałem, przy żadnym posiłku, w żadnym korytarzu. Czy to nagłe światło było przykre dla oczu, czy też była to halucynacja, ale twarz ta wydała mi się przerażająco wykrzywiona, diabelsko ponura. Ale zanim spostrzegłem pojedyncze szczegóły, ciemność połknęła znowu spiesznie oświetlone linie i jak uprzednio widziałem jedynie kontury jakiejś ciemnej, wciśniętej w ciemność postaci i niekiedy okrągły płomień ognistego pierścienia fajki w powietrzu. Żaden z nas nie mówił, a to milczenie było parne i duszące, jak podzwrotnikowe powietrze.
Wreszcie nie mogłem tego dłużej znieść, wstałem i powiedziałem grzecznie:
– Dobranoc.
– Dobranoc – odpowiedział z ciemności ochrypły, twardy, zardzewiały głos.
Potykając się, posuwałem się z trudem naprzód, poprzez liny okrętowe koło słupów. Nagle usłyszałem za sobą odgłos szybkich, niepewnych kroków. Był to człowiek, który siedział ze mną przed chwilą. Mimowolnie stanął, ale nie przybliżył się, w ciemności czułem tylko jakby strach i przygnębienie w sposobie jego kroków.
– Przepraszam – powiedział potem prędko – jeżeli ośmielę się zwrócić do pana z prośbą. Ja... ja... – jąkał się i nie mógł mówić dalej z zakłopotania – ja... ja... mam osobiste... całkiem osobiste powody unikania ludzi... śmierć osoby... usuwam się od tego towarzystwa na okręcie... nie mówię tu o panu, nie... nie... Prosiłbym tylko... Byłbym panu ogromnie zobowiązany, gdyby pan nikomu na okręcie nie mówił, że mnie tutaj widział... Mam, jak powiedziałem, osobiste powody, które mi wzbraniają szukać teraz towarzystwa ludzi... tak... Byłoby mi przykro, gdyby pan wspomniał, że mnie... że tu ktoś w nocy... że... ja...
Słowa znowu uwięzły mu w gardle. Widząc jego zmieszanie, zapewniłem go z największym pośpiechem, że spełnię jego prośbę. Podaliśmy sobie dłonie. Potem wróciłem do mojej kajuty i zasnąłem snem ciężkim, dziwnie poplątanym bałamutnymi widziadłami.
Dotrzymałem przyrzeczenia i nie mówiłem nikomu o osobliwym spotkaniu, pomimo że pokusa była niemała. Bo podczas podróży morskiej najmniejsza drobnostka staje się zdarzeniem: żagiel na horyzoncie, delfin w skoku, nowo odkryty flirt, przelotny żart. Przy tym dręczyła mnie ciekawość dowiedzenia się czegoś więcej o tym tajemniczym podróżnym, szukałem na liście okrętowej nazwiska, które mogłoby należeć do niego, przypatrywałem się ludziom, czy mogli pozostawać z nim w jakimkolwiek związku; zawładnęła mną nerwowa niecierpliwość, przez cały dzień czekałem właściwie tylko na wieczór, myśląc, czy go znowu spotkam. Zagadkowe psychologiczne rzeczy mają nade mną po prostu niepokojącą przewagę, drażnią mnie aż do krwi, chciałbym wszędzie dociekać związków, a dziwaczni ludzie potrafią mnie tylko przez swą obecność rozpalić aż do namiętności, namiętności niemniejszej niż chęć posiadania kobiety. Dzień mi się dłużył i kruszył w palcach. Położyłem się wcześniej do łóżka: wiedziałem, że zbudzę się o północy, że mnie to zbudzi.
I rzeczywiście, otworzyłem oczy o tej samej porze co poprzedniego dnia. Na zegarku obydwie wskazówki pokrywały się w jednej jaśniejącej linii. Prędko wyszedłem z parnej kabiny w jeszcze duszniejszą noc.
Gwiazdy błyszczały jak wczoraj i sypały przenikliwe światło na drżący okręt. Wysoko ponad nami płonął Krzyż Południa. Wszystko było jak wczoraj – w krajach podzwrotnikowych dni i noce są bliźniaczo do siebie podobne, inaczej niż w naszej umiarkowanej strefie – tylko we mnie nie było tego miękkiego, płynnego, sennego ukołysania co wczoraj. Coś mnie ciągnęło, bałamuciło i wiedziałem, gdzie mnie ciągnie: do czarnych zwojów lin na przodzie okrętu, czy znowu siedzi tam bez ruchu ów tajemniczy podróżny. Z góry zabrzmiał głos okrętowego dzwonu. To mnie porwało naprzód. Szedłem krok za krokiem, niechętnie ulegając wewnętrznemu głosowi. Jeszcze nie doszedłem do tramu, gdy nagło drgnęło tam coś, jak czerwone oko: fajka. A więc był.
Mimo woli przestraszyłem się i stanąłem. W następnej chwili poszedłbym już dalej, gdy wtem ruszyło się coś w ciemności, coś wstało, zrobiło dwa kroki i nagle usłyszałem tuż przy sobie jego uprzejmy i przybity głos:
– Proszę wybaczyć – powiedział – pan prawdopodobnie znowu pragnął pójść na swoje miejsce; miałem wrażenie, że pan chciał uciec, kiedy mnie pan zobaczył. Proszę, niech pan usiądzie, ja odejdę.
Pospieszyłem z odpowiedzią, że może tam zostać i że tylko dlatego zawahałem się, bo nie chciałem mu przeszkadzać.
– Mnie pan nie przeszkadza – powiedział z pewną goryczą – przeciwnie, jestem szczęśliwy, że nie będę skazany na samotność. Od dziesięciu dni nie mówiłem z nikim ani słowa... właściwie już od lat... i może dlatego mi to tak ciężko przychodzi... bo się już prawie dławię tym, co sam musiałem połykać. Nie mogę siedzieć już sam w kabinie... w tej trumnie... nie mogę... a ludzi jeszcze nie znoszę, bo się przez cały dzień śmieją... tego nie mogę słuchać... teraz... śmiech ten dochodzi mnie nawet w kabinie i zatykam sobie uszy... prawda, że pan nic nie wie, i cóż to zresztą może obchodzić obcych...
Przerwał znowu i rzekł potem nagle i prędko:
– Ale ja pana nie chcę trudzić... niech mi pan wybaczy moją gadatliwość.
Ukłonił się i chciał odejść, ale ja sprzeciwiłem się temu gwałtownie.
– Pan mi zupełnie nie przeszkadza. Jestem naprawdę szczęśliwy, że mogę parę cichych słów z kimś zamienić... Chce pan papierosa?
Wziął. Podałem mu ogień. W świetle, od czarnej ściany okrętu, odbiła się jego twarz, ale tym razem całkiem do mnie zwrócona: oczy spoza okularów badały moją twarz łapczywie z obłąkaną mocą. Ogarnęło mnie przerażenie. Czułem, że ten człowiek chce mówić i musi mówić. I wiedziałem, że ja muszę milczeć, by mu dopomóc.
Usiedliśmy znowu. Miał tam drugie krzesło, które mi ofiarował. Nasze papierosy iskrzyły się i w sposobie, jak pierścień światła z jego papierosa drżał w ciemnościach, widziałem, że jego ręka się trzęsie. Ale milczałem i on milczał.
Potem jego głos odezwał się z cicha:
– Czy pan jest bardzo zmęczony?
– O nie, całkiem nie.
Głos w ciemności zawahał się znowu:
– Chciałbym pana o coś zapytać... właściwie chciałbym panu coś opowiedzieć. Czuję dobrze, jak to głupio z mojej strony kierować się do pierwszego, kogo spotkałem, ale... jestem... jestem w strasznym położeniu... doszedłem do tego, że muszę koniecznie z kimś mówić... inaczej zmarnieję, zginę... Wiem, że mi pan nie pomoże... ale jestem już po prostu chory od tego milczenia... a chory jest zawsze śmieszny dla innych.
Przerwałem mu i poprosiłem, żeby się nie męczył. Niech mi tylko opowie, nie mogę mu naturalnie niczego obiecać, ale przecież zawsze istnieje obowiązek niesienia pomocy bliźniemu.
– Obowiązek... niesienia pomocy bliźniemu... Więc pan także sądzi... pan także, że się ma obowiązek... obowiązek niesienia zawsze pomocy...
Trzy razy powtórzył to zdanie. Niechęcią napełniał mnie ten tępy, zawzięty sposób powtarzania. Czy ten człowiek był obłąkany? Może tylko pijany!
Jak gdybym głośno wypowiedział to przypuszczenie, rzekł naraz całkiem innym tonem:
– Pan mnie może będzie miał za wariata albo pijanego. Nie, wariatem jeszcze nie jestem – jeszcze nie. Tylko słowa, które pan wypowiedział, tak dziwnie mnie uderzyły... tak dziwnie, bo to właśnie jest to, co mnie teraz męczy, mianowicie, czy ma się obowiązek, obowiązek...
Znowu zaczął się jąkać. Potem przerwał nagle i zaczął na nowo:
– Jestem mianowicie lekarzem. W moim położeniu często zdarzają się takie fatalne wypadki... powiedzmy, na granicy, kiedy się nie wie, czy ma się obowiązek... mianowicie nie zawsze istnieje tylko jeden obowiązek, obowiązek wobec innych, ale także obowiązek wobec siebie, wobec państwa i nauki... Trzeba pomagać... naturalnie, od tego się jest... ale tego rodzaju zasady są tylko teoretyczne... Gdzie granica? Pan jest dla mnie obcym człowiekiem i ja jestem panu obcy, ale proszę pana, żeby pan milczał o tym, że mnie pan tu spotkał... dobrze... pan milczy, pan spełni ten obowiązek... A teraz pana proszę, by pan ze mną rozmawiał, bo moje milczenie mnie dławi... i pan jest w tej chwili gotów mnie słuchać... dobrze, ale to wszystko jest łatwe... Ale gdybym pana poprosił, żeby mnie pan porwał i strącił z okrętu... wtedy kończy się uprzejmość i gotowość niesienia pomocy. Gdzieś się kończy... tam gdzie się zaczyna własne życie i własna odpowiedzialność... gdzieś się musi kończyć... gdzieś ustaje ten obowiązek...
Ale może właśnie u lekarza nie śmie ustać? Czy lekarz musi być koniecznie tym pomagającym całemu światu zbawicielem, tylko dlatego że posiada dyplom z łacińskimi wyrazami, czy musi oddać życie i wlać wodę w swoją krew, jeżeli jakaś... czy jakiś, ktoś przyjdzie i chce, by był szlachetny, dobry, gotowy do pomocy? Tak, gdzieś ustaje ten obowiązek... tam, gdzie się już nie ma sił... tam...
Zamilkł na chwilę i porwał się znowu:
– Przepraszam pana, jestem taki podniecony... ale nie jestem pijany... jeszcze nie pijany... to mi się także ostatnio zdarza, przyznaję się panu szczerze... w tej piekielnej samotności... Niech pan pomyśli, siedem lat żyłem tylko między zwierzętami i krajowcami... Wtedy zapomina się mówić spokojnie. Kiedy się raz otworzy zaporę, wtedy przelewa się wszystko... Ale niech pan poczeka... wiem już... chciałem pana zapytać... chciałem panu opowiedzieć taki wypadek: czy ma się obowiązek pomóc... tak całkiem bezinteresownie, w czystej intencji pomóc, czy... Zresztą obawiam się, czy to nie będzie trwało za długo. Czy pan naprawdę nie jest zmęczony?
– Nie, całkiem nie.
– Dziękuję panu... Nie napije się pan?
Szukał czegoś w ciemności. Coś zabrzęczało, dwie czy trzy, w każdym razie kilka butelek, które stały obok niego. Ofiarował mi szklaneczkę whisky, w której umaczałem usta, podczas gdy on od razu wychylił całą. Przez chwilę milczenie stanęło między nami, jak mur. Wtem dzwon okrętowy wybił wpół do pierwszej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
