Kwartalnik artystyczny 4/2023 (120) - Wojewódzka Biblioteka Publiczna – Książnica Kopernikańska w Toruniu - ebook

Opis

"Kwartalnik Artystyczny. Kujawy i Pomorze" to czasopismo adresowane do miłośników literatury, wydawane przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną - Książnicę Kopernikańską w Toruniu. Ukazuje się od 1993 roku. „Kwartalnik Artystyczny” przybliża utwory najwybitniejszych pisarzy, a także autorów młodszych pokoleń i debiutantów. Na jego łamach publikowane są wiersze, proza, eseje, szkice, rozmowy, ankiety, głosy i glosy, recenzje, noty o książkach oraz wkładki z fotografiami i reprodukcjami dzieł sztuki. Redaktorem naczelnym jest Krzysztof Myszkowski.

W skład Zespołu redakcyjnego wchodzą: Adam Bednarek, Stefan Chwin, Aleksander Fiut, Michał Głowiński, Marek Kędzierski, Julian Kornhauser i Leszek Szaruga.

 Na łamach pisma publikowali najwybitniejsi pisarze, między innymi: Czesław Miłosz, Wisława Szymborska, Tadeusz Różewicz, Julia Hartwig, Zbigniew Herbert, Gustaw Herling-Grudziński, Artur Międzyrzecki, Ryszard Kapuściński, Stanisław Lem, Jan Błoński, Adam Zagajewski, Janusz Szuber.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 304

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Wy­dawca: Wo­je­wódzka Bi­blio­teka Pu­bliczna – Książ­nica Ko­per­ni­kań­ska w To­ru­niu
Ad­res re­dak­cji: ul. Sło­wac­kiego 8, 87-100 To­ruń tel. 56 622 57 01 e-mail: kwar­tal­nik@ksia­znica.to­run.plwww.kwar­tal­nik.art.pl
Kwar­tal­nik Ar­ty­styczny. Ku­jawy i Po­mo­rze
ISSN 2720-7293
Pre­nu­me­rata: Anna Broda, tel. 56 622 66 42 wew. 105
Wa­runki pre­nu­me­raty 2023: • kra­jo­wej – 60 zł • za­gra­nicz­nej – 40 USD / 40 EUR
Cena eg­zem­pla­rza ar­chi­wal­nego (wraz z wy­syłką): • kra­jowa – 12 zł • za­gra­niczna – 10 USD / 8 EUR
Wpłaty pro­simy kie­ro­wać na konto: 72 1160 2202 0000 0003 5585 9625 „Kwar­tal­nik Ar­ty­styczny”
Pro­jekt okładki: Ewa Ba­the­lier
Ko­rekta: Be­ata Ant­czak-Sa­bala, Ka­ta­rzyna Du­najko
Skład: Ka­rol Cy­ra­no­wicz
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Dnia 29 wrze­śnia 2023 roku zmarł w War­sza­wie

Mi­chał Gło­wiń­ski

pi­sarz, kry­tyk

R.I.P.

.

Dnia 9 paź­dzier­nika 2023 roku zmarł w Kra­ko­wie

Ire­ne­usz Ka­nia

tłu­macz, pi­sarz

R.I.P.

.

Zmarł Mi­chał Gło­wiń­ski, ser­deczny przy­ja­ciel, za­wsze mo­głem li­czyć na jego radę i wspar­cie. W „Kwar­tal­niku Ar­ty­stycz­nym” był od po­czątku, a jed­nym z pierw­szych to­mów Bi­blio­teki Kwar­tal­nika jest jego nie­zwy­kły de­biut pro­za­tor­ski Czarne se­zony. W an­kie­cie Po co pi­szę? od­po­wie­dział: „Może dla­tego, by swoje do­świad­cze­nia, naj­strasz­niej­sze i dla mnie wciąż naj­waż­niej­sze w ży­ciu, upo­rząd­ko­wać i wresz­cie z sie­bie wy­rzu­cić. A może dla­tego, że uwa­żam, iż pa­mięć jest obo­wiąz­kiem”. Dru­ko­wa­li­śmy jego „małe prozy”, ko­lejne cy­kle, z któ­rych po­wsta­wały książki.

Zmarł Ire­ne­usz Ka­nia. Duch dzia­ła­jący po­śród słów, w bez­po­śred­niej bli­sko­ści i na od­le­głość. Po­dzi­wia­łem jego pracę, jej za­kres i do­sko­na­łość. W an­kie­cie Po co li­te­ra­tura? na­pi­sał: „Tra­we­stu­jąc jedno z naj­mą­drzej­szych przy­słów, ja­kich do­ro­biła się ludz­kość, można po­wie­dzieć, że nar­rare ne­cesse est, vi­vere non est ne­cesse” i po­wtó­rzył na trzy­dzie­sto­le­cie „Kwar­tal­nika”. W tym roku uka­zały się w jego prze­kła­dzie Sut­ta­ni­pāta i Dham­ma­pada, któ­rej frag­menty pre­zen­to­wa­li­śmy.

Zo­stały książki, mo­żemy z nimi być. Trzeba roz­nie­cać ogień, spła­cać dług.

Przy­po­mi­namy wiersz Mi­cha­ela Krügera War­szawa, ma­rzec w tłu­ma­cze­niu Ry­szarda Kry­nic­kiego z na­dzieją, że „szary kurz” znik­nie jak naj­szyb­ciej.

W pa­śmie róż­no­rod­nej i in­ten­syw­nej prozy dal­szy ciąg Dru­giego dzien­nika pa­ry­skiego Je­rzego An­drze­jew­skiego, nar­ra­cje Pio­tra Szewca, Marka Kę­dzier­skiego, Krzysz­tofa Siw­czyka, Ar­tura Przy­by­sław­skiego i Leszka Sza­rugi.

Z po­ezji prze­kłady wier­szy Ar­turo Gu­ti­ér­reza Plazy au­tor­stwa Kry­styny Ro­dow­skiej, wier­sze Jacka Deh­nela, Ad­riany Szy­mań­skiej, Anny Na­si­łow­skiej, Kry­styny Len­kow­skiej, An­drzeja Szuby, Zbi­gniewa Dmi­trocy i Pio­tra Piasz­czyń­skiego.

W Va­riach stali au­to­rzy i omó­wie­nia waż­nych ksią­żek.

Ży­czymy cie­ka­wej, in­spi­ru­ją­cej lek­tury.

Krzysz­tof Mysz­kow­ski

MI­CHAEL KRÜGER

w tłu­ma­cze­niu Ry­szarda Kry­nic­kiego

War­szawa, ma­rzec[1]

Bóg w swo­jej nie­skoń­czo­nej do­broci

stwo­rzył ma­łego czło­wieczka,

pana K, który roz­siadł się na ta­blicy Sądu Osta­tecz­nego

i kon­tro­luje rzeki w raju.

Pan K jest tak mały, że je­śli

chce się go wła­ści­wie zro­zu­mieć,

to trzeba się po­ło­żyć na ziemi.

Te­raz w sa­mym cen­trum mia­sta

bu­duje so­bie po­mnik, z ku­rzu,

po­my­ślany na całą wiecz­ność,

choć prze­cież musi wie­dzieć,

że wiecz­ność już ju­tro prze­mi­nie.

Py­ta­nie, skąd bie­rze ten kurz,

ten nie­skoń­cze­nie szary kurz,

który każe za­po­mnieć

o Pol­ski wiel­ko­ści i bla­sku.

AR­TURO GU­TI­ÉR­REZ PLAZA

w prze­kła­dzie Kry­styny Ro­dow­skiej

Rady sta­rego po­ety, który ni­gdy nie na­pi­sał wier­sza

Miej za­wsze na uwa­dze,

że tylko to, co istotne

prze­trwa w wier­szu

Za­cznij od re­zy­gna­cji

z ba­nału,

z nad­miaru, z wszyst­kiego co ob­ciąża

twój wiersz

Nie wa­haj się,

skreśl bez­zwłocz­nie

słowo „wiersz”

w wier­szu

Domy

Wia­domo –

domy mó­wią,

co ja­kiś czas zie­wają

i roz­pro­sto­wują ko­ści.

Cho­ciaż we­dług nie­któ­rych za­miesz­kują je du­chy

– byty, które nie znają ich ję­zyka lub go pro­fa­nują –

wszystko w nich

jest spo­ko­jem i się trzyma

dzięki tej sa­mej geo­me­trii,

którą wy­my­ślili nasi przod­ko­wie.

One także zo­stały zbu­do­wane

na wzór bo­ski, na ob­raz na­szych ciał;

dla­tego, któ­re­goś dnia

za­sty­gają nieme i pu­ste,

nie ma­jąc do kogo za­ga­dać,

aż cię­żar lat

przy­tło­czo­nych mil­cze­niem

ob­róci je w ru­inę.

Mo­dli­twa

Pi­szę do cie­bie list

bez ad­resu.

List pi­sany

na bia­łym brzegu nocy,

pod dyk­tando twego imie­nia.

Pi­szę,

na­śla­du­jąc głos któ­rego nie sły­chać w moim gło­sie.

Pi­szę twoją wła­sną ręką.

Do­ty­kam twych warg, za­sko­czo­nych,

ust które mó­wią we śnie mo­ich ust.

Warga przy war­dze,

ni­czym dwie prawdy wil­gotne, nowo na­ro­dzone.

W na­go­ści do­kład­nej tej nocy, pi­szę

do cie­bie ni­czym wierny wy­znawca: mo­dli­twę

bła­galną w świe­tle tej lampy.

Je­dy­nego świadka spo­wie­dzi

tej czy­stej kartki w któ­rej może je­steś.

Słowa

Ufam je­dy­nie sło­wom,

które po­tra­fią wąt­pić,

które na­dają rze­czom sens efe­me­ryczny,

ni­czym mo­sty na­wy­kłe

drżeć przy każ­dym kroku.

Ta­kim co żyją pod groźbą upadku.

Hu­ma­ni­tas

Każdy czło­wiek wie

że gdyby był pta­kiem

śpie­wałby,

nie mu­siałby się cze­sać,

nie gro­ma­dziłby cza­sów i gra­ma­tyk

by od­no­sić się do wiecz­no­ści.

Każde zwie­rzę,

dwu­nożne,

bra­ta­jące się z in­nymi po ludzku,

używa pa­sty do zę­bów,

mówi rano „dzień do­bry”

i jada

– je­śli nie re­gu­lar­nie –

to na sie­dząco.

Każdy osob­nik

z rodu Adama

po­ru­sza się w ra­mach wspól­noty

ni­czym cień tro­piący inne cie­nie.

Każdy czło­wiek,

re­pre­zen­tant obu ro­dza­jów

i ga­tunku „Homo sa­piens”

za­pa­mię­tuje liczby od 1 do 9,

do­piero po­tem 0,

pła­cze przy na­ro­dzi­nach

i żyje

mię­dzy sło­wem a snem,

wierny pra­daw­nemu dzie­dzic­twu.

No­tatki o pew­nym miej­scu

Po tej stro­nie ży­cia

słońce wstaje wcze­śniej,

choć nic o tym nie wie.

Po tej stro­nie gdy pada deszcz,

nie ma pa­ra­soli; wszy­scy czy­tają

chmury do­ty­kiem.

Nie trzeba prze­pły­wać rzeki

aby tu do­trzeć; po pro­stu

przy­sta­ną­łem, słu­cha­jąc ka­mieni.

Po tej stro­nie, przy­szło­ści nie było

ni­gdy, albo już tędy prze­szła,

za­gu­biła się bez­wied­nie w kie­sze­niach.

Po tej stro­nie ży­cia

zna­la­złem dzień,

miej­sce, gdzie je­stem.

Nota

Ar­turo Gu­ti­ér­rez Plaza (1962, Ca­ra­cas) – we­ne­zu­el­ski po­eta, ese­ista, wy­kła­dowca uni­wer­sy­tecki. Uro­dził się i wy­cho­wał w za­moż­nej ro­dzi­nie z klasy śred­niej, ode­brał sta­ranną edu­ka­cję. Jego dzia­dek był wy­bit­nym i zna­nym kom­po­zy­to­rem.

Wy­dał kil­ka­na­ście to­mów po­ezji, mię­dzy in­nymi: Al mar­gen de las ho­jas (Na mar­gi­ne­sie stron; Monte Avila, Ca­ra­cas 1991), De espal­das al rio (Ty­łem do rzeki; El pez so­lu­ble, Ca­ra­cas 1999), Prin­ci­pios de con­ta­bi­li­dad (Za­sady ra­chun­ko­wo­ści; Co­na­culta, Mek­syk 2000), Pa­sado en lim­pio (Prze­pi­sane na czy­sto; Equ­inoc­cio, Ca­ra­cas 2006), Cu­ida­des in­ten­si­vos (In­ten­sywne sta­ra­nia; Lu­gar co­mun, Ca­ra­cas 2014), El can­grejo er­mi­tano (Rak pu­stel­nik; Vi­sor, Ma­dryt 2020).

Zdo­był kilka li­czą­cych się w Ame­ryce Ła­ciń­skiej na­gród, mię­dzy in­nymi hi­spa­no­ame­ry­kań­ską na­grodę Sor Ju­any de la Cruz (Mek­syk 1999).

Współ­pra­cuje z wie­loma pi­smami aka­de­mic­kimi i li­te­rac­kimi. Obec­nie jest wy­dawcą i za­ło­ży­cie­lem pi­sma „La­tin Ame­ri­can Li­te­ra­ture To­day”, wy­da­wa­nego przez Uni­wer­sy­tet w Okla­ho­mie. Prze­kłady jego wier­szy i ese­jów fi­gu­rują w wielu an­to­lo­giach w kraju i za gra­nicą.

Po­etyc­kim zna­kiem toż­sa­mo­ści Ar­turo Gu­ti­ér­reza Plazy jest ja­sność, pre­cy­zja i ko­mu­ni­ka­tyw­ność. To po­ezja „dzien­nego świa­tła”, prze­ciw­sta­wia­jąca się jaw­nie tra­dy­cji her­me­tycz­nej, odzie­dzi­czo­nej po sur­re­ali­zmie. Ale tro­ska o kla­row­ność eks­pre­sji u tego po­ety nie ma nic wspól­nego z za­pi­sem ła­twym i pła­skim. To nie­ustanne, in­ten­sywne sta­ra­nie o efekt ja­sno­ści świa­tła prze­cinki w głę­bo­kim i mrocz­nym le­sie, ja­sno­ści za­gro­żo­nej do­okol­nym cha­osem. W ostat­nio wy­da­nym to­mie Rak pu­stel­nik co­raz do­no­śniej do­cho­dzi do głosu gniew po­ety, który staje się świad­kiem po­stę­pu­ją­cej de­struk­cji swo­jego kraju.

Do tej książki nie mam jesz­cze do­stępu. Za­cy­tuję tylko wy­jęte z niej zda­nie po­ety, za­cy­to­wane przez au­tora re­cen­zji kry­tycz­nej, opu­bli­ko­wa­nej w paź­dzier­ni­ko­wym nu­me­rze „Cu­ader­nos Hi­spa­no­ame­ri­ca­nos” w roku 2020: „I cho­ciaż­bym uciekł da­leko stąd / to uwię­zie­nie za­wsze bę­dzie moim”.

Kry­styna Ro­dow­ska

PIOTR SZEWC

Było

Mał­gosi

Cóż z tego, że ka­mie­nice na Sta­rym Mie­ście kru­szyły się i łusz­czyły, jakby do­tknęła je prze­wle­kła cho­roba, na którą nie było le­kar­stwa. Cóż z tego, że par­tery ka­mie­nic zaj­mo­wały sklepy z to­wa­rami tak po­spo­li­tymi, jak obu­wie, tka­niny czy sól i ma­ka­ron, a nad skle­pami miesz­kali lu­dzie tacy jak wszy­scy. Zna­jomi i nie­zna­jomi, coś o nich sły­sze­li­śmy, ale skąd mieć pew­ność, że nie zo­sta­li­śmy wpro­wa­dzeni w błąd... Mia­łem kilka lat i już wtedy pa­trzy­łem na ka­mie­nice z po­dzi­wem. W zwy­czaj­nym oto­cze­niu – rzeka, przed­mie­ścia, ko­ścioły, dwo­rzec au­to­bu­sowy – po dach wy­peł­nione rze­czami i spra­wami zwy­czaj­nymi, same ka­mie­nice po­zo­sta­wały nie­zwy­czajne. Le­piej po­wie­dzieć nie­zwy­kłe. Od chwili, gdy jesz­cze no­szono mnie na rę­kach, a póź­niej pro­wa­dzono, uwa­ża­jąc, że­bym się nie zgu­bił, krążę mię­dzy nimi, jak­bym nie mógł zro­bić kroku poza rzu­cany przez nie cień. Pro­ste li­nie ulic, miej­sca, gdzie się prze­ci­nają, ich na­zwy, zmie­nia­jące się szyldy skle­pów i twa­rze sprze­daw­ców, stop­nie zna­jo­mych scho­dów, je­den lub dwa, wy­szczer­bione lub nie, to te­ren na­wra­ca­ją­cych wspo­mnień, emo­cji, po­że­gnań i po­wi­tań. Wszystko na­raz i nie­jako w nad­mia­rze, czuję się jak w za­tło­czo­nej po­cze­kalni dworca au­to­bu­so­wego w bu­dynku Bramy Lu­bel­skiej przy póź­niej­szym placu Ste­fa­ni­desa, pierw­szego rek­tora Aka­de­mii Za­moj­skiej, a tu ani gdzie usiąść, ani przy­sta­nąć i w spo­koju ze­brać my­śli. Tłok, ha­łas i za­duch, kwa­śny za­pach bi­gosu, na sto­li­kach flaki, chleb i her­bata. Z gło­śnika nie­wy­raź­nie sły­chać, że za chwilę od­je­dzie au­to­bus do Szcze­brze­szyna. Ktoś się mar­twi, że nie ma już bi­letu do Lu­blina. I od razu prak­tyczna rada, że może bi­let uda się ku­pić u kie­rowcy. Jakby czas, który zwal­nia i przy­spie­sza, prze­kor­nie po­sta­no­wił urzą­dzić tu, w miej­scu ru­chli­wym, ha­ła­śli­wym i z ner­wową at­mos­ferą, przy­sta­nek słu­żący me­dy­ta­cjom. Mi­nione zda­rze­nia po­ja­wiają się nie­ocze­ki­wa­nie, wy­daje się, że przy­były zni­kąd, do ni­kogo i do ni­czego nie­przy­na­leżne (wiemy oczy­wi­ście, że to złu­dze­nie, a może błąd per­spek­tywy), po czym roz­cho­dzą się kon­cen­trycz­nie jak kręgi na wo­dzie. Nie­wiele, pra­wie nic ich nie łą­czy; ni­komu nie­po­trzebne, ni­czego nie­wy­ja­śnia­jące, mo­głyby ist­nieć sa­mo­dziel­nie, bez do­po­wie­dzeń czy próby wy­tłu­ma­cze­nia. Jedno tu, dru­gie tam, jedno wczo­raj­sze, inne sprzed pół­wie­cza z okła­dem. A jed­nak jest to ro­dzina, jak od­dzie­lone ścia­nami i ozna­czone szyl­dami sklepy czy urzędy. Może nic nie wie­dzą o swoim ist­nie­niu, ale czy mogą bez sie­bie żyć? A co my zro­bi­li­by­śmy bez nich? Gdy po­wierzchni wody nie mąci po­dmuch, do­tknię­cie pro­mie­nia sło­necz­nego czy pta­siego dzioba, kręgi są wy­raźne – wła­śnie zni­żam głowę i mrużę oczy – można je po­li­czyć, ich de­li­katna struk­tura fa­luje, może chcia­łaby się wy­co­fać, wra­ca­jąc nie­jako do źró­dła, z któ­rego się po­częła, jakby nie mo­gła się zde­cy­do­wać na je­den kształt i wy­raźny kie­ru­nek. Chwila wąt­pli­wo­ści, udręka ocze­ki­wa­nia. Serce przy­spie­sza, bo prze­cież od tego, co się za­raz sta­nie, wiele za­leży; to jest stawka o sprawy naj­waż­niej­sze. Czuję się jak pa­ją­czek, który z wi­szą­cego nad wodą li­ścia upadł na jej po­wierzch­nię, za­wio­dła bo­wiem pa­ję­cza ase­ku­ra­cja – nić, i jed­nym z ośmiu od­nóży zdo­łał się szczę­śli­wie chwy­cić ro­ze­dr­ga­nego kręgu, nie­pewny, jaki mu, pa­jącz­kowi, są­dzony dal­szy los. I gdzie to wszystko? Na lu­strze par­ko­wego stawu, dwa kroki od ko­ścioła Świę­tej Ka­ta­rzyny i ogro­dze­nia ogrodu zoo­lo­gicz­nego. Tym­cza­sem lu­stro stawu spo­kojne i nie­zmą­cone, za­pewne go­spo­dyni foka od­po­czywa w tra­wie na brzegu i na brzeg po­sta­no­wiły wyjść dwa ła­bę­dzie. Ko­bieta sie­dzi na ławce, obok bawi się dziecko. Ci­sza i spo­kój, kwitną róże, czerw­cowe słońce świeci.

Roz­glą­dam się, pa­trzę pod nogi i za­dzie­ram głowę. Jak pies z no­sem przy ziemi wę­szę, truch­tam przed sie­bie, za­wra­cam, za­glą­dam do bram, na Ba­zy­liań­skiej pach­nie mi – aku­rat zgłod­nia­łem – świeże pie­czywo. To pies mi nie­znany, bez­i­mienny, kun­del z ucię­tym ogo­nem, może bez­pań­ski, bo moje psy, Nero i Cy­gan, każdy w swoim cza­sie bie­gały po po­dwó­rzu w Czoł­kach i po oko­licz­nych bez­dro­żach, ob­wą­chi­wały stud­nię, koła wozu i wrota sto­doły, znały za­pach na­szych krów i koni. Cy­gan nie był bez­po­śred­nim na­stępcą Nero, dla­tego one nie miały szansy do­tknąć się czub­kiem wil­got­nego nosa, dać sy­gnału do biegu czy po­mer­dać ogo­nem na po­wi­ta­nie. Ża­den nie mógł być waż­niej­szy. Łą­czyło je to, że miesz­kały, je­den po dru­gim, w tej sa­mej bu­dzie: la­tem prze­wiew­nej, zimą cie­płej. Nie była to buda w zna­cze­niu do­słow­nym. Wej­ście do ich domu, który na­zy­wam budą, wy­cięte było w dol­nej czę­ści pół­noc­nej – od strony po­dwórka – ściany sto­doły, wy­ście­lało go siano lub miękka słoma. Na ulicy Pe­reca przy­kła­dam ucho do ściany jak do ula, wsłu­chuję się w puls ży­wego or­ga­ni­zmu: z wnę­trza do­cho­dzą od­głosy kro­ków, śmiech, po­je­dyn­cze słowa, z ra­dia płyną dźwięki zna­jo­mej me­lo­dii. Ale słowa, które sły­szę, ich sku­mu­lo­wany przez lata szum – czyli ener­gię, która przy­jęła po­stać na­kła­da­ją­cych się na sie­bie zdań, po­je­dyn­czych słów, śmie­chu, cza­sem pła­czu – nie ukła­dają się w zda­nia, w za­rys fa­mi­liar­nej czy to­wa­rzy­skiej fa­buły, i nie mam pew­no­ści, czy ci, któ­rzy je wy­po­wia­dają, nie uzna­liby mnie za in­truza. Może za­py­ta­liby, co tu ro­bię i skąd je­stem. A prze­cież na stan­cji, jak mó­wiono (słowo stan­cja po­kryło się pa­tyną), u pani Fran­ciszki Ko­wal­skiej miesz­kała, czy ra­czej po­miesz­ki­wała, Ma­ry­sia, wtedy uczen­nica szkoły kra­wiec­kiej. Za sprawą Ma­rysi dom na Pe­reca jest mi nie­obo­jętny. Pa­nienka jesz­cze nie­opie­rzona i tro­chę nie­śmiała, całe ży­cie przed nią, ktoś zde­cy­do­wał, że ma zo­stać kraw­cową. Gdzie szkoła miała sie­dzibę, ile miała uczen­nic, kim były na­uczy­cielki kra­wiec­kiego fa­chu? Gdzie po ukoń­cze­niu szkoły uczen­nice mo­gły zna­leźć za­trud­nie­nie? Łóżko w kuchni pod ścianą na pierw­szym pię­trze, ot, cała stan­cja. Ma­ry­się od­wie­dzała mama i raz po­dobno tam no­co­wała. Wiele bym dał, żeby je na stan­cji oby­dwie zo­ba­czyć i po­słu­chać, o czym roz­ma­wiają. Wcze­sne lata sześć­dzie­siąte, ja już je­stem na świe­cie. Jak tego dnia – ale jaki to był mie­siąc, jaka pora roku? – były ubrane, co ja­dły? Co je cie­szyło i czym się mar­twiły? Ja­kie były ich ma­rze­nia? Zdaje mi się, że tamte oko­licz­no­ści ży­cia Ma­rysi i mamy, od dawna już nie­ak­tu­alne, nie cał­kiem mi­nęły; jest miej­sce i na swój spo­sób są i one, dwie sio­stry. Po­wi­nie­nem pa­mię­tać pa­nią Ko­wal­ską, bo była na we­selu Ma­rysi, ale nie pa­mię­tam, a ona sama już nie żyje. Na cmen­ta­rzu pa­ra­fial­nym przy ulicy Pe­owia­ków nie­raz mi­ja­łem jej na­gro­bek. Ma­ry­sia przy­po­mina so­bie, że raz no­co­wała u miesz­ka­ją­cej w są­siedz­twie pani Ko­wal­skiej, zna­jo­mej dziad­ków, Zo­fii Kę­dzio­ro­wej; Kę­dzierka, jak mó­wi­li­śmy na nią, też już nie żyje. Zbyt dawne to sprawy, bym zdo­łał się do nich te­raz zbli­żyć i li­czyć na po­ufa­łość, na dys­kretne szep­nię­cie do ucha za­po­mnia­nego czy skry­wa­nego szcze­gółu, to zna­czy do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej po­nad tę wie­dzę, którą mam i któ­rej strzępy mogą jesz­cze do mnie do­trzeć. Ta­jem­nica musi po­zo­stać ta­jem­nicą. Garść nie­pre­cy­zyj­nie umo­co­wa­nych w ka­len­da­rzu fak­tów – bo który do­kład­nie rok, jaki mie­siąc, o kogo cho­dzi? – przy­wo­dzi na myśl uner­wie­nie li­ścia; ow­szem, ważne jest uner­wie­nie, ko­ja­rzy się z mapą naj­waż­niej­szych w ży­ciu li­ścia spraw, jego ga­tu­nek, czas, gdy ro­śnie i czas, gdy je­sie­nią zmie­nia ko­lor, ale gdzie się po­działa miękka, wy­peł­nia­jąca je tkanka? Tyle razy roz­cie­ra­łem ją w pal­cach i wą­cha­łem; ina­czej pach­nie liść mięty, ina­czej orze­cha wło­skiego... Miękka tkanka skła­dała się z nie­po­li­czo­nych czą­stek, a rola każ­dej cząstki była nie­za­stą­piona. Można ją od­two­rzyć? Wy­star­czy naj­sil­niej­sza wola? Za­sta­na­wia, dla­czego z upły­wem czasu ta­kie py­ta­nia zy­skują więk­szy cię­żar i dla­czego do­kła­damy tyle trudu, by się do mi­nio­nych spraw zbli­żyć. Tra­pią one i Ma­ry­się. – Ileż bym dała – sły­szę od niej – żeby tam, gdzie cho­dzi­łam, jesz­cze raz być. Żeby po­od­dy­chać tam­tym po­wie­trzem, spraw­dzić, czy wszystko do­brze za­pa­mię­ta­łam, czy ścieżka, którą cho­dzi­łam, skręca tam, gdzie skrę­cała wtedy...

Żad­nych zam­ków, mu­rów obron­nych ani in­nych oka­za­łych bu­dowli. Skąd mo­głem wie­dzieć, jak je zbu­do­wać, skoro nikt mnie tego nie na­uczył... O mo­rzu sły­sza­łem – tak, coś sły­sza­łem, no ale prze­cież go nie wi­dzia­łem, bo była to epoka sprzed te­le­wi­zora w domu. Je­śli nie wi­dzia­łem mo­rza, to i nie wi­dzia­łem plaży, na­wet tej nad rzeką. Tak, Gra­nicz­nik pły­nął nie­da­leko wśród łąk, w skali mo­jej ów­cze­snej wie­dzy i wy­obraźni łą­czył Sta­brów z Ła­pi­gu­zem, ale jego brzegi po­ra­stały trzcina, po­krzywa i trawa. Plaży z pia­skiem ani śladu. A ja mia­łem przy­do­mową pia­skow­nicę. Czy pia­skow­nica to jed­nak nie za duże słowo? Kilka me­trów od domu, na skraju po­dwórka oj­ciec lub dzia­dek (dziś nie wiem, który z nich), ło­patą po­głę­bił i usu­nął darń z nie­wiel­kiego ka­wałka gruntu i wy­sy­pał na niego pia­sek. Skąd pia­sek przy­był, nie wiem; w Czoł­kach go nie było. No i mia­łem pia­skow­nicę – a ta się dziecku na­le­żała – ma­lutką i wi­doczną z ku­chen­nego okna, żeby mieć mnie na oku. Grabki, wia­derka, ło­patki po­ja­wiły się, ale nie w kom­ple­cie i nie od razu. Na pewno były puszki, pa­tyki, wy­nie­sione z kuchni łyżki, fo­remki, któ­rymi bab­cia wy­ci­skała amo­niaczki. Prak­tycz­nie i wy­star­cza­jąco. Z wanny spod studni przy­no­si­łem w puszce wodę do pod­le­wa­nia za­go­nów. Po­mię­dzy nimi po­wsta­wały i upa­dały domy z pia­sku, sto­doły, po­dobny do ho­ry­szow­skiego ko­ściół, je­chały auta i fur­manki, do­cho­dziło do stłu­czek i wy­pad­ków, prze­wra­cały się gru­sze i kasz­ta­nowce. Po­ja­wiała się bie­dronka albo inny, nie­znany mi z na­zwy owad. Co dzień to samo – świat się ro­dził i od­cho­dził w nie­byt, działo się to bez wy­siłku, na­tu­ral­nie, jak od­dy­cha­nie. Taka była jedna z pierw­szych – po­ucza­jąca, choć nie je­stem pewny czy bo­le­sna – lek­cja nie­trwa­ło­ści rze­czy, nie­trwa­ło­ści świata re­al­nego i wy­obra­żo­nego, two­rzo­nego nie­zdar­nie, choć z pa­sją, z wiarą, że jest warty sta­ra­nia, no i ist­nie­nia w po­dwór­ko­wej mi­kro­skali. Przy­kro­ścią było roz­grze­by­wa­nie mo­ich bu­dowli i dróg przez kury; spo­łecz­ność kur żyła po­dług swo­ich za­sad, na po­dwórku, więc i w pia­skow­nicy, ro­biła, co chciała. Ale ku­rom wiele mo­głem wy­ba­czyć. Nie dość, że były mo­imi ulu­bio­nymi stwo­rze­niami, to były też czę­ścią go­spo­dar­skiej wspól­noty, a re­guły po­dwórka i go­spo­dar­stwa na­le­żało po pro­stu sza­no­wać. Czy z tą wie­dzą, czy z peł­nym re­spektu sto­sun­kiem do spraw go­spo­dar­skich się uro­dzi­łem? Pia­skow­nicę miała prze­jąć Mał­go­sia, ale to na­stą­piło za kilka lat, od tej pory moje miej­sce za­baw obo­jęt­nie omi­ja­łem albo prze­ska­ki­wa­łem, bo za­przą­tały mnie inne sprawy. Miej­sce pia­sku, gra­bek i ma­łych kop­ców waż­nych tylko przez rok lub dwa – mó­wiąc z prze­sadą, waż­nych przez chwilę, żeby do­peł­nił się dzie­cięcy żart – za­jęły kury, cie­lęta i koty. Bo hie­rar­chia waż­no­ści była nie­na­ru­szalna, prze­strze­ga­łem jej z prze­ko­na­niem, czyli z po­wagą. Pil­no­wa­łem kwok, które wy­sia­dy­wały jajka, a świeżo wy­klute pi­sklęta no­si­łem do pu­dełka na piecu chle­bo­wym, by tam się wy­grzały, wzmoc­niły i były bez­pieczne. Z barwy pu­chu wnio­sko­wa­łem, ja­kie będą miały pióra. Bab­cia mnie chwa­liła i na­gra­dzała. W cza­sach pia­skow­nicy nie wie­dzia­łem, co zna­czy ko­niec świata, a gdy­bym wie­dział, nie miał­bym nic prze­ciwko ta­kiej for­mie mo­jego ist­nie­nia, jak wtedy, aż po kres wszyst­kiego i wszyst­kich. Pa­trzę na moją pia­skow­nicę z bar­dzo da­leka, ona unosi się nad czo­łec­kim po­dwór­kiem jak mo­tyl. Mo­tyl trze­po­cze skrzy­dłami, a mnie się zdaje, że otrze­puje su­chy pia­sek. Zu­peł­nie jak ja, gdy pod­no­si­łem się znad do­piero ukoń­czo­nej bu­dowli i otrze­py­wa­łem z pia­sku dło­nie i ko­lana. Nie za­uwa­ży­łem, że zza sadu pana Kawy i spoza da­chu na­szego domu długą szyję wy­ciąga ni­cość, że ma kilka twa­rzy, po­tar­gane włosy, szare i za­pad­nięte oczy, uśmie­cha się szy­der­czo, a może chi­cho­cze. Ni­cość tro­piła urodę świata, chciała nad nią pa­no­wać, aby osta­tecz­nie po­gnę­bić. Tego też nikt mi jesz­cze nie po­wie­dział.

Po­lna droga, pro­wa­dząca przez ni­żej po­ło­żoną, po­łu­dniową część Czo­łek, za­czy­nała się od drogi głów­nej, zmie­rza­ją­cej do Sitna, za go­spo­dar­stwem Har­czu­ków, przed za­bu­do­wa­niami wu­jo­stwa Ko­prow­skich (wu­jek Sta­sio był młod­szym bra­tem babci Al­biny Szew­co­wej), obok sadu ob­sa­dzo­nego ja­bło­niami od­miany ma­li­no­wej. Wio­sną i la­tem pa­sły się tam przy­pięte do łań­cu­cha krowy. A o krok od miej­sca, w któ­rym po­lna droga brała pod ką­tem pro­stym po­czą­tek, ro­sła wy­soka, ra­chi­tyczna wierzba. Przy­brała po­stać drzewka, bo w skrę­tach, nie cał­kiem pro­sto śmi­gała w górę, a nie krze­wiła się, jak jej ze­brane w kępy ku­zynki na łące. Są różne od­miany wierzby, jaka była ta? Ma­rzec to czy kwie­cień, który rok? Skromna słu­żeb­nica drogi, pola i skraju sadu do tej chwili cze­kała, by po­ka­zać, co ma naj­pięk­niej­szego. Wio­sną ob­sia­dły ją żółto-zie­lone, dy­go­czące z zimna kotki; za­wie­szone wy­soko, więc nie­do­stępne, kotki od­da­wały usługi na­tu­rze i zdo­biły oko­licę. A pod wierzbą, na pewno w jej bli­skim są­siedz­twie, roz­le­wała się płytka, wy­peł­niona brudną wodą ka­łuża; woda stała ty­go­dniami i nie chciała wy­schnąć. Ro­bię pół­ob­rót, aku­rat sto osiem­dzie­siąt stopni: u pod­nóża gra­bo­wego szpa­leru – w par­te­ro­wym domu za gra­biną miesz­kała star­sza ode mnie kilka lat Jola – po dru­giej stro­nie głów­nej drogi ro­sły fiołki, całe ich mnó­stwo. Wi­dok ra­do­sny i nie­za­po­mniany. Inna od­słona piękna i skrom­no­ści. Wierz­bowe kotki i fiołki – to był znak roz­po­znaw­czy tego miej­sca i tej pory roku. Tak wiele drzew, krze­wów i in­nych ro­ślin ko­ja­rzy mi się z Czoł­kami: one też. I jesz­cze nie­wielki, wy­prze­dza­jący ruch w cza­sie. Kilka ty­go­dni póź­niej ka­łuża przy­sy­chała, ale nie do końca. Zla­ty­wały się do niej żółte i białe mo­tyle. Pew­nie prze­sadą by­łoby na­zwać je za Mic­kie­wi­czem ja­sną mgłą mo­ty­lów, gdy nie­ru­chome i ze zło­żo­nymi skrzy­deł­kami sie­działy na brzegu od­bi­ja­ją­cej świa­tło wody. Ga­siły pra­gnie­nie, a może ży­wiły się, kto je tam wie. Gdy się zbli­ża­łem, od­la­ty­wały. Wraz z nimi trze­po­tał, jakby się spło­szył, świat. Świat tak kru­chy i piękny nie chciał się spo­ufa­lać. Jego miesz­kańcy za­cho­wy­wali dy­stans, miej­sce w usta­lo­nym po­rządku, mnie za­pewne, jakże słusz­nie, nie uzna­wali za swo­jego. Żyli ra­zem, w bli­sko­ści i w róż­no­rod­no­ści ga­tun­ków, ale każdy tro­chę z osobna, bo taką za­sadę prak­ty­ko­wali; po­dobni, ow­szem, ale i każdy inny. Nie­wy­so­kie o tej po­rze roku słońce przy­po­mi­nało ma­ru­dera na wy­cieczce: przy­sta­wało, roz­gar­niało młode źdźbła trawy, cze­goś szu­kało na dnie Gra­nicz­nika, czyli Czar­nego Po­toku. Niby prze­su­wało się, ale przy­znał­bym, że nie zro­biło ani kroku. Cho­wało się za nie­zde­cy­do­wane chmury – bę­dzie dziś z nich kro­pić czy nie? Miało dużo czasu. Prze­tar­łem oczy: zie­lono i szaro. Ani zimno, ani cie­pło. Da­leko ter­ko­tał cią­gnik i ktoś ko­niem wy­je­chał na wio­senne prace. Oko­lica w swoim ryt­mie zmie­niała ko­lory, wi­doki, dźwięki, przy­sta­wała i ru­szała da­lej. Jak sze­roka, zie­lona szczotka ku wio­śnie wy­ry­wała się ozi­mina, a na skraju rowu kwi­tły mle­cze. Wła­śnie skrę­ci­łem w po­lną drogę, tędy można było iść do sklepu wujka Ma­gryty. – Tylko uwa­żaj na psy – prze­strze­gała mnie bab­cia. – Wu­jek Ma­gryta miał jedno oko szklane, ni­gdy nie wie­dzia­łem które. Cza­sem wu­jek z żoną, cio­cią Ireną, wiózł fur­manką chleb z Sitna, wy­cho­dzi­li­śmy na drogę, żeby ku­pić bo­che­nek pro­sto z fur­manki. Bo­che­nek okrą­gły, duży, ciężki. Pach­niał jak ża­den inny na świe­cie chleb. Naj­lep­szy ze śmie­taną i cu­krem albo ze skwar­kami. Czas szu­miał ci­chutko, strze­lała młoda trawa, z da­chów pod­ry­wały się go­łę­bie. Ży­cie przy­brało tu formę swo­bodną, a w isto­cie esen­cjo­nalną, lo­giczną i spójną, ja sam mo­głem się uwa­żać za jego skromną cząstkę; na­wet nie przy­pusz­cza­łem, że sprawy za­sad­ni­cze mogą być jed­no­cze­śnie pro­ste, przej­rzy­ste, oswo­jone w cy­klu po­wtó­rzeń.

Na ogród kwia­towy mó­wi­li­śmy ogró­dek. Słowo ogró­dek brzmiało piesz­czo­tli­wie i swoj­sko. Bo ogród to było co in­nego. Znaj­do­wał się za sto­dołą, czyli od po­łu­dnio­wej strony, i za za­chod­nią stroną obej­ścia, na dwóch każ­dego roku róż­nią­cych się po­wierzch­nią, prze­zna­czo­nych pod wa­rzywa za­go­nach. Ro­sły w nim bu­raki, ka­pu­sta, mar­chew, po­mi­dory, zda­rzało się, że bab­cia wy­sie­wała rzą­dek prosa prze­zna­czo­nego na pędzle. Gdy nie miała prosa ze swo­jej uprawy, go­towe pędzle ku­po­wała na za­moj­skich tar­go­wi­skach mama lub Ma­ry­sia. Tu i tam rósł sa­motny sło­necz­nik, a zda­rzało się, że cały rząd sło­necz­ni­ków, które od po­ranka do zmierz­chu „krę­ciły się za słoń­cem”. Pod sło­necz­ni­kami i tro­chę na ubo­czu pło­żyły się dy­nie. Pod­le­wa­łem je i spraw­dza­łem, jak ro­sną. Nie daj Boże, gdy po­lu­zo­wał się lub ze­rwał łań­cuch i do ogrodu tra­fiła krowa... Ale mowa o ogródku. Nie­duży, bar­dziej kwa­dra­towy niż pro­sto­kątny, mie­ścił się mię­dzy pół­noc­nym krań­cem domu a drogą. Przy dro­dze, w bez­po­śred­niej bli­sko­ści ogródka strze­gła oko­licy ogro­dzona płot­kiem ze szta­chet fi­gura, to zna­czy krzyż, z bia­łym, gli­nia­nym po­sąż­kiem Matki Bo­skiej umiesz­czo­nym w za­da­szo­nej skrzynce. Pod fi­gurą co roku w Boże Ciało na wy­no­szo­nym z miesz­ka­nia stole bu­do­wa­li­śmy oł­tarz. Obok rósł star­szy ode mnie kasz­ta­no­wiec, a kilka kro­ków da­lej brzoza, którą w dzie­ciń­stwie po­sa­dził młod­szy brat mamy, Lu­tek. Jesz­cze kilka drze­wek wi­śnio­wych i za­gu­biony w chasz­czach krzew bia­łej po­rzeczki, który plo­no­wał nie wię­cej niż gar­ścią owo­ców. Dom i ogró­dek dzie­lił sze­roki na kilka me­trów pas gruntu nie­pie­lę­gno­wa­nego, po­wie­dział­bym ni­czy­jego. Gdy by­łem mały, ro­sła na nim trawa. Z cza­sem pas stał się nie­do­stępny, za­ro­sły go zdzi­czałe ma­liny, po­krzywa. Ogród­kiem zaj­mo­wały się bab­cia i Ma­ry­sia. Wio­sną oczysz­czały go z chwa­stów, mo­ty­kami – mó­wi­li­śmy na nie mo­tyczki – spulch­niały ra­baty, wy­ty­czały ścieżki. Nim bab­cia z Ma­ry­sią we­szły z mo­tycz­kami do ogródka, już kwi­tły nar­cyzy. Ro­sły w równo od­da­lo­nych od sie­bie kę­pach wzdłuż obu stron ścieżki, a przy nich, w drob­niej­szych kę­pach, sza­firki. Nar­cyzy i sza­firki roz­po­czy­nały se­zon kwia­tów. Po­tem wy­sy­py­wały się inne ko­lory, kształty i za­pa­chy. Ma­jowe i czerw­cowe pi­wo­nie, bratki, łu­bin, krzew pur­pu­ro­wej róży, goź­dziki, aspa­ra­gus, białe i fio­le­towe floksy. Łu­bin – biały, żółty, ró­żowy, nie­bie­ski, o ko­lo­rach „po­śred­nich”, bę­dą­cych wy­ni­kiem krzy­żo­wa­nia się od­mian – rósł tam, gdzie chciał, sam wy­bie­rał dla sie­bie miej­sce w ogródku i poza ogród­kiem; bar­dzo mi się ta eks­pan­sja po­do­bała, świad­czyła o tym, jak bar­dzo łu­bin nie lu­bił mo­ty­czek, gra­bek, ogrod­ni­czej tro­skli­wo­ści, czyli jej nad­miaru. Po sa­dzonki łu­binu przy­cho­dziły są­siadki. A w Boże Ciało o płatki na pro­ce­sję pro­siły dziew­czynki, bab­cia po­zwa­lała zry­wać płatki bez ogra­ni­czeń. Żal mi było kwia­tów, ale mój sprze­ciw nie miał zna­cze­nia. Floksy ro­sły w kę­pach na za­chod­nim i wschod­nim krańcu ogródka. Miały mdławy, in­ten­sywny za­pach, bab­cia wsta­wiała je do fla­ko­nów w obu po­ko­jach i do sło­ików w ka­pliczce na krzyżu obok fi­gury Matki Bo­skiej. Gdy mama i Ma­ry­sia wra­cały do Za­mo­ścia, wio­zły cięż­kie, róż­no­barwne bu­kiety. Kwiaty w ogródku ro­sły i prze­kwi­tały, a z nimi i my. Mowa o in­nym cza­sie, przy­szłym, w ży­ciu mo­jej ro­dziny in­nej epoce. Co­raz star­szej babci mu­siało star­czyć sił na naj­ko­niecz­niej­sze przy­do­mowe obo­wiązki, gdy nie żył już dzia­dek, nie było krów ani ko­nia. Ogró­dek dzi­czał jak ma­liny za ścianą domu. Ścieżki za­ra­stały chwa­stami. Da­rem­nie szu­ka­jąc oca­le­nia, po­nad le­biodą i perzem, na dłu­gich ło­dy­gach ob­ra­cały się roz­czo­chrane, czer­wone głowy pi­wo­nii. Uwa­żam, że ogar­niała je trwoga. Ich krót­ko­trwały ży­wot mo­gło prze­dłu­żyć tylko na­sze spoj­rze­nie. Po­śród ja­skrów i krwaw­nika nie­równo wal­czyły o ży­cie goź­dziki. Po­wój du­sił floksy i pur­pu­rową różę. Ogró­dek umie­rał, ro­dziło się dzi­kie kró­le­stwo.

W bli­skim są­siedz­twie ogródka żył – kwitł, owo­co­wał, pusz­czał dzi­kie pędy, tra­cił li­ście i usy­chał – sad pana Kawy. Znaj­do­wał się na­prze­ciwko go­spo­dar­stwa dziad­ków po dru­giej stro­nie drogi – naj­pierw błot­ni­stej lub py­li­stej, bo były to wy­żło­bione w grun­cie ko­le­iny, póź­niej szu­tro­wej, wresz­cie as­fal­to­wej. Sad był duży, rów­nie długi, co w przy­bli­że­niu sze­roki, czyli w ob­ry­sie kwa­dra­towy. Od­ci­nek przy­le­ga­jący do drogi po­ra­stała rzadko przy­ci­nana, wy­bu­jała gra­bina, na którą z prze­sadą mó­wiono szpa­ler. A nad gra­biną gó­ro­wały dwie oka­załe, ale mocno już zde­for­mo­wane, po­ra­nione i spróch­niałe cze­re­śnie od­miany po­znań­skiej. Co roku, tro­chę po­ta­jem­nie, bo bez py­ta­nia o zgodę pana Kawy lub pani Ka­wo­wej, wspi­na­łem się na nie dla owo­ców, ale za­wsze szyb­sze ode mnie oka­zy­wały się szpaki. Oprócz dwu sę­dzi­wych drzew cze­re­śnio­wych po­śród gra­biny ro­sła aka­cja. Nie wiem, kiedy zo­stał po­sa­dzony sad, bo gdy się uro­dzi­łem, już był. I w mo­ich oczach na pewno był stary jak sami jego wła­ści­ciele – pan Kawa i jego żona Irena. Ro­sły w nim ja­bło­nie kilku od­mian (wśród nich re­nety, kosz­tele, gro­chówki), gru­sze, śliwy i wy­so­ko­pienne wi­śnie. Poza tym wielki jak gmach, roz­ga­łę­ziony orzech wło­ski – pa­tron go­spo­dar­stwa i oko­licy, i za sto­dołą jego mniej oka­zały, bo młod­szy brat. U stóp orze­cha se­niora stała za­rdze­wiała i omszała pompa że­la­zna z dłu­gim, wy­gię­tym ra­mie­niem, dolną część ra­mie­nia zdo­biła – nie wiem, czy była to tylko ozdoba – me­ta­lowa kula. Ale pompy Ka­wo­wie nie uży­wali; są­siedz­two obory spra­wiało, że woda była brudna. To dla­tego pan Kawa z wia­drami przy­cho­dził po wodę do dziad­ków. W sa­dzie żad­nego tłoku i za­gęsz­cze­nia: drzewa owo­cowe miały dla sie­bie wiele miej­sca, bo po­sa­dzono je tak, by ro­sły swo­bod­nie, nie za­cze­piały o sie­bie ga­łę­ziami, by mo­gły ob­fi­cie czer­pać po­karm i nie kon­ku­ro­wać o świa­tło. Roz­stawę rzę­dów po­zo­sta­wiono na tyle sze­roką, że prze­strzeń mię­dzy nimi zaj­mo­wały za­gony ziem­nia­ków i bu­ra­ków pa­stew­nych, by­wało, że na­wet zboża. Przez pe­wien czas je­den z za­go­nów użyt­ko­wał miesz­ka­jący w Kor­ne­lówce pan Za­wiła, upra­wiał na nim grykę. Część prze­strzeni mię­dzy drze­wami po­ra­stała trawa – od wio­sny do je­sieni pa­sła się na niej czarno-biała krowa pana Kawy. Trawę sku­bały gęsi i grze­bały się w niej kury. Sad ota­czał obej­ście Ka­wów. Naj­bli­żej drogi stał ob­szerny, par­te­rowy, drew­niany dom na pod­mu­rówce. W domu znaj­do­wały się dwie kuch­nie i trzy po­koje – w naj­więk­szym, za­raz za pro­giem, stał za­ku­rzony, roz­stro­jony for­te­pian. Miała na nim grać je­dyna córka Ka­wów, Bo­żena, nie pa­mię­tam jed­nak, żeby kie­dy­kol­wiek grała. Domu Ka­wów nie ma, a co się stało z czar­nym for­te­pia­nem? Za­cho­wał się mocą nie­zwy­kłego zbiegu oko­licz­no­ści czy cudu bo­daj je­den kla­wisz? Błąka się w naj­od­le­glej­szych stre­fach prze­strzeni i czasu je­den fał­szywy dźwięk? Na prawo od domu, za pompą i pod pa­ra­so­lem ko­rony wiel­kiego orze­cha, stała nie­wielka obora, po­chy­lona, ale sta­bilna siłą wie­lo­let­niego na­wyku trwa­nia wbrew, można po­wie­dzieć, go­spo­da­rzom, po­go­dzie i upły­wowi czasu. Miesz­kała w niej krowa, była też wy­dzie­lona część dla świni lub świń. A na lewo, za oka­za­łym, roz­ło­ży­stym i ku­li­stym krza­kiem ja­śminu, stał ciąg kilku po­miesz­czeń o róż­nym prze­zna­cze­niu: kur­nik (przed kur­ni­kiem znaj­do­wało się kilka okien in­spek­tów z po­łu­dniową wy­stawą), spi­chlerz, ko­mórka na na­rzę­dzia i po­miesz­cze­nie, o któ­rym Ma­ry­sia mówi, że na­zy­wano je wo­zow­nią. Pan Kawa nie miał ko­nia, co zna­czy, że nie miał go za mo­jego ży­cia. Być może koń czy ko­nie były u Ka­wów, nim się uro­dzi­łem, a je­śli był koń czy ko­nie, to naj­pew­niej mu­siał być i wóz, stąd na­zwa wo­zowni, jed­nak w moim po­ję­ciu na­zwa zo­stała nadana na wy­rost; wozu też nie wi­dzia­łem. Te­mat ko­nia na­biera szcze­gól­nego zna­cze­nia, Ma­ry­sia mówi mi bo­wiem, że oj­ciec pana Kawy był ko­wa­lem i że z lat wcze­snego dzie­ciń­stwa pa­mięta sto­jącą przy dro­dze kuź­nię; ja nie­stety kuźni czy tego, co mo­gło po niej po­zo­stać – po­dob­nie jak wozu – też nie wi­dzia­łem. Pół­nocną stronę po­dwórka za­my­kała sto­doła, w „mo­ich la­tach” za­zwy­czaj pu­sta, bo pan Kawa nie upra­wiał już zboża, może le­żało w niej tro­chę sta­rej słomy. My­ślę, że za­równo dom, jak i za­bu­do­wa­nia wraz z sa­dem ina­czej wy­glą­dały i funk­cjo­no­wały, gdy wraz z ro­dziną Ka­wów w jed­nym domu miesz­kała młod­sza sio­stra pana Kawy, Ma­ria Szwa­bowa, na­uczy­cielka, wdowa, matka córki i dwóch sy­nów. Nim się uro­dzi­łem, pani Szwa­bowa z dziećmi wy­je­chała do Szcze­cina, za­bra­kło jej go­spo­dar­skiej ręki, roz­sądku i za­po­bie­gli­wo­ści – aku­rat tych cech pan Kawa moim zda­niem nie miał. Dla­tego obej­ście Ka­wów z cza­sem co­raz bar­dziej pu­sto­szało, w któ­rymś roku za­bra­kło na­wet krowy; po po­dwórku i sa­dzie krę­ciły się tylko kury. Koło po­łowy lat sie­dem­dzie­sią­tych bab­cia re­gu­lar­nie od­wie­dzała swoją ciężko chorą, bę­dącą w po­de­szłym wieku matkę, a moją pra­babkę Ma­riannę Ja­wor­ską w Kor­ne­lówce. By­wało, że to­wa­rzy­szy­łem babci. Prze­cho­dzi­li­śmy wtedy przez po­dwórko i sad pana Kawy – da­lej te­ren nie­znacz­nie pod­no­sił się, by osią­gnąć roz­le­gły i ła­godny szczyt – czyli górę – po któ­rego dru­giej stro­nie roz­cią­gała się tak droga sercu babci Kor­ne­lówka. – Tylko nie za­glą­daj tam, bo może cię lis ugryźć – uprze­dzała mój za­miar bab­cia, bo chcia­łem uchy­lić wrota i zaj­rzeć do pu­stej sto­doły. A w opu­sto­sza­łej sto­dole za­miesz­kały lisy, miały norę i święty spo­kój. Ani razu jed­nak lisa nie zo­ba­czy­łem. Sto­dołę mi­ja­li­śmy spiesz­nym kro­kiem, mi­ja­li­śmy sad i za­go­nami, po ścier­ni­sku, zmie­rza­li­śmy ku gó­rze. Prze­mi­jały i po­wra­cały pory roku, drzewa w sa­dzie Ka­wów dzi­czały i próch­niały, je­sie­nią sy­pały się i gniły w tra­wie jabłka, roz­pa­dały się za­bu­do­wa­nia, ko­lejno od­cho­dzili go­spo­da­rze. Zo­stało, jak bab­cia mó­wiła, szczere pole. Za­sta­na­wiam się, czy jest to spra­wie­dliwe. Nie wiem.

Ran­kiem dzia­dek wszedł do domu i za­gad­nął bab­cię: – Matka, wi­dzia­łaś, co dzieje się na świe­cie? – Póź­niej zo­ba­czę – bab­cia od­po­wie­działa – te­raz mu­szę do­pil­no­wać kawy. – Na fa­jer­kach stał gar­nek z mle­kiem, bab­cia go­to­wała kawę zbo­żową. – No tak – dzia­dek na to – pew­nie nie uciek­nie. – Dzień był wio­senny, świe­tli­sty i o tej po­rze jesz­cze wil­gotny. Przy ścieżce na dro­dze od­bi­jała pro­mie­nie sło­neczne pu­sta bańka, którą zo­sta­wił wo­zak. Do obory do gniazd wla­ty­wały ja­skółki. W krza­kach bzu i na drze­wach owo­co­wych od­zy­wały się wró­ble, kury grze­bały w gnoju przed oborą, a dwie krowy i ja­łówka stały z opusz­czo­nymi gło­wami na pa­stwi­sku. Duży pies po noc­nym bie­ga­niu wy­po­czy­wał przed sto­dołą, mały po­ło­żył się na scho­dach sieni. Niebo było ja­sne i wy­so­kie. Ko­lo­rowo zro­biło się w ogródku za do­mem, świat od­dy­chał głę­boko, dwa ko­guty piały na prze­mian. Po­sze­dłem za sto­dołę. Jesz­cze nie obe­schła rosa, na mie­dzy stryja Adama zie­le­niła się gru­sza, a na łące, jak długa i sze­roka, roz­sia­dły się kępy wierzby – po nocy, gdy prze­mie­rzały oko­licę, każda wró­ciła na swoje miej­sce, by od­po­cząć. Za Gra­nicz­ni­kiem, po stro­nie Sta­browa i Ja­ro­sławca, z naj­więk­szej, jaką miało, konwi, niebo lało wodę. Silny i wy­soki stru­mień – wtedy nie wie­dzia­łem, co to jest wo­do­spad – opa­dał na trawę, na ogrody i sady, na as­fal­tową drogę, którą jeź­dzi­łem. Stru­mień bez końca, mi­go­tliwy, nie­po­ha­mo­wany, żywy. A po­nad stru­mie­niem wy­ła­niały się, ska­cząc po­je­dyn­czo, po dwa i po trzy del­finy i inne mor­skie stwo­rze­nia. Za­uwa­ży­łem sy­reny, byli też inni, nie­znani mi z na­zwy bra­cia sy­ren. Pod prąd pły­nęły i ob­ra­cały się w po­wie­trzu wiel­kie ryby. Ich łu­ski lśniły sre­brzy­ście w pro­mie­niach. Woda try­skała, pie­niła się i nie prze­sta­wała pły­nąć z góry na dół. Słońce znad stru­mie­nia wy­chy­lało się i myło w nim twarz. Otrze­py­wało z wody palce, kro­ple try­skały na psze­nicę i ziem­niaki, jakby ksiądz świę­cił za­gony. Rzu­cało na oko­licę wie­lo­krot­nie od­bite świa­tło. Z pół­nocy na po­łu­dnie i z po­łu­dnia na pół­noc nad stru­mie­niem le­ciały ła­bę­dzie i dzi­kie gęsi. Od­la­ty­wały i wra­cały do swo­ich miejsc. By­łem zbyt da­leko, żeby je sły­szeć, i nie sły­sza­łem od­głosu spa­da­ją­cej wody. Spoj­rza­łem na krowy i ja­łówkę, ale one na­wet nie pod­nio­sły znad pa­stwi­ska głowy. Ni­sko nad po­lami, nie­da­leko mnie, prze­la­ty­wał bo­cian, krewny Ikara. Dzień wy­ko­nał kilka kro­ków do przodu, może ob­ró­cił się wo­kół swej nie­wi­dzial­nej osi; je­śli się ob­ró­cił, to w którą stronę? Z po­dwórka po­de­rwały się go­łę­bie, za­to­czyły koło i usia­dły na sło­mia­nym da­chu sto­doły. Jakby ni­gdy nic: krowy na za­go­nie, bo­cian nad po­lem i go­łę­bie na da­chu. Dzieją się wo­kół nas, w na­szej obec­no­ści, różne sprawy, a my o nich nie wiemy. „A je­śli woda tu przy­pły­nie i za­leje Czołki...”, po­my­śla­łem ze stra­chem. „Do­kąd ucie­kać, co to bę­dzie?” Przed po­łu­dniem, gdy już niebo opróż­niło kon­wie i cał­kiem się wy­po­go­dziło, dzia­dek jesz­cze raz za­py­tał bab­cię: – No i wi­dzia­łaś? – Wi­dzia­łam, co roku to samo o tej po­rze. Nie wiem, czy się mar­twić, czy cie­szyć – od­po­wie­działa. I jesz­cze po­my­śla­łem: „Może jed­nak le­piej miesz­kać tu, nie w Sta­bro­wie”. Dzia­dek wi­dział, ja wi­dzia­łem, a bab­cia wie­działa.

Cią­gnie mnie w stronę sklepu z za­baw­kami. Sklep mie­ścił się w tym sa­mym pod­cie­niu, co cu­kier­nia Pa­chuty, tuż przy ulicy Le­nina, obec­nie Grodz­kiej. Grodzka brzmi go­dzi­wie, nie składa ide­olo­gicz­nej da­niny, nie sławi ko­goś, kto nie za­słu­guje na sza­cu­nek; bez reszty wpi­suje się w na­turę jej bu­dowli, na­strój, sam cha­rak­ter, to zresztą jedna z jej hi­sto­rycz­nych nazw. Wy­so­kość, na któ­rej znaj­do­wała się wi­tryna sklepu, po­zwa­lała, bym przez szybę pa­trzył na wy­sta­wione lalki i za­bawki-zwie­rzęta śmiało, a na­wet zu­chwale. Z pod­cie­nia wcho­dziło się do ma­łej, po­dob­nej do in­nych bramy, a do sklepu pro­wa­dziły drzwi po pra­wej stro­nie. A tu wszyst­kiego dużo i wszystko nie­do­stępne, za­bawki tło­czyły się na pół­kach po dru­giej stro­nie lady. No i za­pach – tka­nin, two­rzyw sztucz­nych, fa­brycz­nych no­wo­ści. Wspi­na­łem się na pal­cach, żeby być bli­żej. Małe i więk­sze pla­sty­kowe lalki, to zna­czy dziew­czynki star­sze i młod­sze, ubrane w ja­sne, ba­weł­niane su­kienki, blond włosy miały sple­cione w chude war­ko­czyki. Lalki oczami bez wy­razu pa­trzyły przed sie­bie – jak panny na wy­da­niu nie­pewne przy­szłego losu – może na mnie, i to nie było miłe. Bo jakże na to upo­rczywe spoj­rze­nie mo­głem od­po­wie­dzieć? Uśmiech­nięty pa­jac w ubranku w kratę sie­dział w ką­cie półki, chyba ni­komu się nie po­do­bał. Uda­wane uśmie­chy i barwne ubranka ma­sko­wały smu­tek i brak na­dziei na zmianę. Wy­dało mi się, że sprze­daw­czyni nie lubi la­lek i in­nych za­ba­wek, bo nie trak­to­wała ich z czu­ło­ścią. Brą­zo­wemu, plu­szo­wemu mi­siowi świe­ciły się czarne i przy­ja­zne oczy, miś wy­cią­gał do mnie krót­kie, wło­chate łapy. Już był pra­wie mój, bo mama za­py­tała: – Po­doba ci się? Chcesz mi­sia? – Ale ja wo­la­łem bia­łego z czar­nym dzio­bem, gu­mo­wego pin­gwina. – Nie, chcę pin­gwina – od­po­wie­dzia­łem bez na­my­słu i na pewno mamę roz­cza­ro­wa­łem. Bo mama ufała, że wy­bie­ra­jąc za­bawkę, prze­cież jej nie za­wiodę, jak­bym miał się ba­wić mi­siem rów­nież w jej imie­niu, dla­tego to, co jej się po­do­bało, po­wie­rzyła mo­jemu gu­stowi, czyli ka­pry­sowi je­dy­naka; na pewno miś się ma­mie po­do­bał. Jesz­cze się upew­niła, czy na pewno ma być pin­gwin, bo prze­cież miś jest plu­szowy i taki ładny. Ze sklepu wy­szli­śmy z pin­gwi­nem, oka­zało się, że ma w brzu­chu otwór, który po na­ci­śnię­ciu wy­daje pin­gwini głos. I mógł, jak to pin­gwin, pły­wać, więc bra­łem go do ką­pieli. Wy­pusz­cza­łem gu­mo­wego ptaka na wodę, którą na­peł­niona była wanna obok studni w Czoł­kach, z tej wanny piły krowy (były to jesz­cze czasy sta­rej Czar­nej, matki swej na­stęp­czyni o tym sa­mym imie­niu). W wan­nie umiesz­cza­łem ka­częta, żeby pin­gwin miał to­wa­rzy­stwo. Taki był mój zwie­rzy­niec cztero-, bo chyba nie pię­cio­latka. Gdy przy­szła pora prze­pro­wadzki, pin­gwina za­bra­łem do To­ma­szowa Lu­bel­skiego, ale tam ślad po nim za­gi­nął; być może ba­wiła się nim mała Mał­go­sia, ale nie je­stem tego pewny. Na pod­ło­dze po­ja­wiły się drew­niane klocki, z nich ukła­da­łem wi­ze­ru­nek ptaka kiwi lub cza­ją­cego się w azja­tyc­kiej dżun­gli ty­grysa. Ile kloc­ków li­czył kom­plet – sześć, osiem, wię­cej? Uło­że­nie tego wi­ze­runku było tak ła­twe, że ry­chło stało się nudne. Ptak kiwi za­wsze za­sty­gał w tej sa­mej po­zie, a ty­grys pod li­ściem palmy ca­łymi mie­sią­cami ani drgnął. Można bez końca ba­wić się kloc­kami?

Sprawa za­ba­wek – tego, ja­kie mia­łem i jaki był ich los – wraca, bo za­bawki mó­wią coś o mnie daw­nym i o mo­ich bli­skich. Nie mia­łem ich wiele, a to zna­czy, że nie były mi bar­dzo po­trzebne, nie pa­mię­tam żad­nej to­wa­rzy­szą­cej im uczu­cio­wo­ści, nu­dziły mnie, bo nie po­tra­fi­łem zna­leźć z nimi wspól­nego ję­zyka. Co in­nego za­glą­dać do żłobu w obo­rze, gdzie oko­ciła się kotka, a ja co dzień spraw­dza­łem, czy małe już wi­dzą. Co in­nego gła­ska­nie cie­lę­cia. Wkła­da­nie ręki pod kwokę w gnieź­dzie, żeby spraw­dzić, czy wy­kluło się pierw­sze pi­sklę. Ży­cie wo­kół mnie było cie­kaw­sze, bliżsi i dalsi są­sie­dzi, to, jacy byli, co o nich bab­cia z dziad­kiem mó­wili, ich sprawy, no i to­wa­rzy­sze­nie babci, słu­cha­nie, co dzia­dek zro­bił i co ma do zro­bie­nia. Od­pu­stowy kor­ko­wiec cie­szył mnie nie dłu­żej niż dzień, le­żał więc w szu­fla­dzie z kil­koma kor­kami, bym z niego wy­strze­lił i spło­szył wrony, gdy wio­sną ob­siądą za­gon po wy­sia­niu ogór­ków, lub spło­szył je­sie­nią wró­ble, gdy za­czną się do­bie­rać do peł­nych ma­kó­wek. Za­miast ba­wić się w wojnę z ró­wie­śni­kami, cho­dzi­łem na roz­mowy do pana Kawy, są­siada star­szego o kilka lat od dziadka. Pan Kawa po­ka­zy­wał mi roz­sadę po­mi­do­rów i pro­wa­dził do wy­sia­du­ją­cych jaja kwok. – Na ilu jaj­kach sie­dzi? – py­ta­łem pana Kawy, a on pod­no­sił kwokę i od­po­wia­dał: – Licz. – W sa­dzie to­wa­rzy­szy­łem panu Ka­wie, gdy doił krowę, ku­ca­łem obok niego. Doił na swój spo­sób, py­ta­łem więc babci: – Bab­ciu, a dla­czego pan Kawa ma­cza palce w mleku? – Bab­cia uśmie­chała się i nic nie od­po­wia­dała. No i żad­nego sprę­ży­no­wego bąka ani bla­sza­nej cię­ża­rówki. A ja­kie za­bawki miała mała mama i jej młod­sze ro­dzeń­stwo – Lu­tek i Ma­ry­sia? Cho­dzi o chude, ubo­gie lata po­wo­jenne. Miesz­kali w Czoł­kach, przez które pro­wa­dziła po­lna droga, w któ­rych nie było prądu ani sklepu, a au­to­bus pod­miej­ski z koń­co­wym przy­stan­kiem przy re­mi­zie po­ja­wił się na po­czątku lat sie­dem­dzie­sią­tych. Py­tam o za­bawki Ma­ry­się. – Ja­kie ja mo­głam mieć za­bawki? – Ma­ry­sia od­po­wiada py­ta­niem. – Mia­łam szma­cianą lalkę, ale Lu­tek ją roz­pruł, wy­sy­pały się tro­ciny i po lalce. Na me­ta­lo­wym prę­cie krę­ci­li­śmy fa­jerki, taka to była za­bawa. – A miał za­bawkę Lu­tek? – py­tam. – Miał drew­niany pi­sto­let, na­zy­wał go pe­pe­sza – mówi Ma­ry­sia. Py­ta­nie naj­waż­niej­sze: czym ba­wiła się mama? – Mama nie miała za­ba­wek – sły­szę. – Nie ba­wiła się z nami, wy­star­czała sama so­bie. – Brzmi to oso­bli­wie, choć z róż­nych ro­dzin­nych opo­wie­ści wy­ni­kało, że mama miała ta­kie wła­śnie uspo­so­bie­nie. Wo­lała być osobno, pew­nie nie in­te­re­so­wały jej za­bawy młod­szego ro­dzeń­stwa. Do­brze ją ro­zu­miem. Gdyby mama miała za­bawki, choćby szma­cianą lalkę, Ma­ry­sia na pewno by to za­pa­mię­tała. Po dru­giej stro­nie drogi miesz­kała jej ko­le­żanka, Ro­nia (Ro­nia Szwa­bowa była sio­strze­nicą pana Kawy). Ja­kimi spra­wami kilka lat po woj­nie w pod­za­moj­skiej wio­sce żyły ośmio- czy dzie­wię­cio­let­nie dziew­czynki? Trzy­mały się ra­zem, ra­zem prze­sia­dy­wały. Mama nie ża­ło­wała wy­dat­ków na moje za­bawki, prze­cież chciała mi ku­pić naj­pięk­niej­szego w skle­pie plu­szo­wego mi­sia. Czy roz­cza­ro­wa­łem ją, wy­bie­ra­jąc gu­mo­wego pin­gwina? Może, ale te­mat był za­mknięty.

W ro­ze­dr­ga­niu fal, na­kła­da­niu się, od­da­la­niu – swego ro­dzaju flir­cie, jaki pro­wa­dzą ze sobą istoty oży­wione – sło­wem, w ru­chu czasu, który od­bywa się w nas nie­ustan­nie, pa­nuje nie­po­rzą­dek. Jedno zda­rze­nie nie przy­staje do dru­giego, choć jesz­cze nie­dawno mie­li­śmy cał­ko­witą pew­ność, że łą­czą je więzy ści­słe, wręcz wa­run­ku­jące się, lo­giczne... Dzieje się coś, z czym z tru­dem ra­dzą so­bie – lub nie ra­dzą – zmysł po­znaw­czy i wie­dza ugrun­to­wana w do­świad­cze­niu. Ten zmysł i wie­dzę można na­zwać lor­netką oso­bi­stą i stwo­rzo­nym na pry­watny uży­tek szkłem po­więk­sza­ją­cym. Bywa, że za­wo­dzą, bywa, że to, co od nich otrzy­mu­jemy, bu­dzi wąt­pli­wo­ści. Gdy wy­szli­śmy ze sklepu z za­baw­kami na pod­cie­nie, za­pach­niała mi – tuż obok, na­le­żało zwró­cić się w stronę ulicy Or­miań­skiej – cu­kier­nia Pa­chuty. Kil­ka­na­ście lat póź­niej – czas ma tu de­cy­du­jące zna­cze­nie – sko­ja­rze­nia z cu­kier­nią mia­łem inne: nie sam ni­ski sto­pień progu, la­tem pa­nu­jący w bra­mie chłód, kształt me­ta­lo­wej klamki, far­tuszki i fa­son cza­pe­czek eks­pe­dien­tek, wresz­cie uno­szącą się w po­wie­trzu nutę szar­lotki czy kru­chość wa­fla, któ­rego de­li­katny smak łą­czył się na ję­zyku z lo­dami pi­sta­cjo­wymi. Cho­dzi o na­zwi­sko za­ło­ży­ciela cu­kierni, a za­tem i po­tocz­nej na­zwy za­kładu, mó­wiło się bo­wiem „u Pa­chuty”. Ciast­kar­nię za­ło­żył w roku 1931, prze­miany jego za­kładu to od­rębna hi­sto­ria. Miał na imię Bo­le­sław, jego na­stępcą i kon­ty­nu­ato­rem był syn Sta­ni­sław, i do lat, gdy Sta­ni­sław pro­du­ko­wał ciastka (po woj­nie rów­nież cu­kierki), przy­lgnęły moje do­świad­cze­nia i fan­ta­zje. Słowo Pa­chuta roz­bu­dzało ła­kom­stwo, po­wiedzmy in spe. Ozna­czało utrzy­maną w ry­zach re­cep­tury sło­dycz, wę­drówkę sma­ków – od cy­na­mo­no­wego przez wa­ni­liowy, cze­ko­la­dowy, orze­chowy, tru­skaw­kowy, wi­śniowy i cy­try­nowy, po ta­jem­nicę rumu i araku. Pa­chuta zna­czyło mięk­kość i de­li­kat­ność bi­tej śmie­tany w rurce, kre­mowo-je­dwa­bi­ste na­dzie­nie pty­sia, kru­chość bia­łej lub ró­żo­wej bezy. Do­my­sły, co cu­kier­nik do­dał do maku w ma­kowcu, i jak to moż­liwe, że za każ­dym ra­zem mak był taki sam, że nie­pod­ra­bialna nuta aro­matu cze­kała w po­go­to­wiu, aby się przy­po­mnieć w for­mie do­kład­nie ta­kiej, jaką za­pa­mię­ta­łem. Po­szu­ki­wa­nie ro­dzy­nek w ser­niku, zli­zy­wa­nie cu­kru pu­dru z wierzch­niej, zło­żo­nej z płat­ków cia­sta fran­cu­skiego war­stwy cia­stek owo­co­wych, aby nie stra­cić bo­daj odro­biny. De­li­kat­ność gło­sek w na­zwi­sku cu­kier­nika otwie­rała na nie­dzielne do­świad­cze­nie, gdy małą Mał­go­się i mnie za­bie­rali ro­dzice na Stare Mia­sto, do ogrodu zoo­lo­gicz­nego i parku, a w dro­dze po­wrot­nej do Pa­chuty lub do nie­da­leko zlo­ka­li­zo­wa­nej – Że­rom­skiego, obok Ba­zy­liań­skiej – kon­ku­ru­ją­cej z Pa­chutą cu­kierni Ła­dyń­skiego. W nie­dzielę było u Ła­dyń­skiego cia­sno. – Ile sztuk? – py­tała sprze­daw­czyni, bo ciastka ku­po­wa­li­śmy na wy­nos, a ona do­bie­rała wiel­kość kar­to­no­wego pu­dełka. W miesz­czą­cym się na­prze­ciwko sklepu-cu­kierni Domu Cen­tral­nym miesz­kał przed wojną Le­śmian. – Głodny je­steś? – za­py­tała mama. – Za­raz wra­camy do domu. – Nie – od­po­wie­dzia­łem i pod­nio­słem się na pal­cach, żeby spoj­rzeć poza oszkloną ga­blotę. Nie­wielki szary pa­ku­nek ob­wią­zany pa­pie­ro­wym sznur­kiem nio­słem ja. Za­mo­ścia­nie dy­wa­go­wali – nie­któ­rzy dziś jesz­cze dy­wa­gują – czy lep­sze były ciastka u Pa­chuty, czy u Ła­dyń­skiego. Nie mia­łem i nie mam w tej spra­wie zda­nia, moim zda­niem wy­nik kon­ku­ren­cji obu cu­kierni był re­mi­sowy. Wtedy, już dru­go­kla­si­ście, zda­wało mi się, że cu­kier­nie Pa­chuty i Ła­dyń­skiego będą ist­niały za­wsze – słod­kie sank­tu­aria w mie­ście sta­rym jak świat.

Na par­te­rze ka­mie­nicy przy ulicy Da­ni­łow­skiego znaj­do­wało się miej­sce ubo­gie i nie­zwy­kłe. Ma­lut­kie, cia­sne i pełne róż­no­ści. Nie­ogrze­wane i bez okna. Sklep pani Zo­fii Ma­li­now­skiej herbu Po­bóg, czyli, jak gło­sił szyld, „Dro­bia­zgi ga­lan­te­ryjne i różne”. Sprze­daw­czyni – wła­ści­cie­lem sklepu był jej brat, Pa­weł – uro­dziła się we Wło­dzi­mie­rzu w roku 1902, była kil­ka­na­ście lat star­sza od babci. Sklep miał mi do za­ofe­ro­wa­nia wię­cej niż póź­niej­szy ka­lej­do­skop. Oto­czona oszklo­nymi ga­blo­tami, za szklaną ladą sie­działa pani Ma­li­now­ska. Nie wiem, ja­kiego była wzro­stu i czy była tęga, ale wtedy, gdy mia­łem cztery, pięć czy sześć lat, wy­da­wała mi się ko­bietą do­rodną, silną i wład­czą, su­rowo pa­nu­jącą w kró­le­stwie lu­ster i lu­ste­rek, grze­bieni, sia­tek do wło­sów, spi­nek, łań­cusz­ków, bro­szek, bran­so­le­tek, pier­ścion­ków z tom­baku, to­re­bek, bla­sza­nych ze­gar­ków, a na­wet kor­ków do kor­kow­ców. One wszyst­kie pod­le­gały jej bez­wa­run­kowo i cał­ko­wi­cie, a pani Ma­li­now­ska była wład­czy­nią ab­so­lutną. Ściany sklepu zdo­biły wy­cięte z ga­zet por­trety gwiazd świa­to­wego kina: Bri­gitte Bar­dot, Giny Lol­lo­bri­gidy, So­phii Lo­ren i in­nych. Uosa­biana przez ak­torki sztuka, o któ­rej wię­cej sły­szano, niż ją znano, spo­ty­kała się z wy­two­rami rze­mio­sła użyt­ko­wego, tan­det­nego, po­spo­li­tego. Są­siedz­two słyn­nych ak­to­rek z lu­ster­kami, wstąż­kami, ko­ra­li­kami i bla­sza­nymi ze­gar­kami trwało w zgo­dzie, zro­zu­mie­niu, a może i po­ro­zu­mie­niu. Gdzie, je­śli nie w tym, jakby wy­ję­tym z ko­lo­ro­wego snu skle­pie – za ścianą, w po­dob­nej klitce sprze­da­wano rze­mieśl­ni­cze wy­roby z drewna i wi­kliny: ko­szyki, łyżki, mi­ski – ak­torki i przed­mioty mo­gły być bar­dziej u sie­bie? Bez dzie­le­nia włosa na czworo: za­równo ak­torki, jak i „dro­bia­zgi” pani Ma­li­now­skiej re­pre­zen­to­wały sztukę. Wy­soką i ni­ską – czę­sto tak ka­te­go­ry­zo­waną, choć nie je­stem pewny, czy za­sad­nie. Sztuka, i wy­soka, i ni­ska, kosz­to­wała – trzeba było za­pła­cić za bi­let do kina na film z Bri­gitte Bar­dot i za dziew­czyń­ską to­rebkę czy wstążkę. Kto sklep po­znał, ten wie, że lep­sze miej­sce nie mo­gło im się przy­da­rzyć – im, czyli ak­tor­kom i wstąż­kom. Pani Ma­li­now­ska rzą­dziła w nim de­spo­tycz­nie, cier­pli­wie i wy­ro­zu­miale. Spinka i klamra (ra­czej spinki i klamry) zdo­biły jej kru­czo­czarne, sta­ran­nie upięte włosy. Nie wiem już, czy bar­dziej po­dzi­wia­łem włosy pani Ma­li­now­skiej, czy liczne i oka­załe pier­ścionki na jej pal­cach. Mó­wiono, że miała pier­ścio­nek na każ­dym palcu, ale ja tego nie pa­mię­tam. Ona sama nie­wiele mó­wiła – ob­ser­wo­wała, czy w skle­pie nie dzieje się nic złego, czy ktoś nie pró­buje ukraść wi­siorka lub sznura ko­lo­ro­wych pa­cior­ków, lub nie stoi zbyt długo za ladą, co mu­sia­łaby uznać za akt pro­fa­na­cji przy­bytku. Czy czę­sto zda­rzały się kra­dzieże? Nie wiem, ale chyba nie były wy­jąt­kami, skoro pani Ma­li­now­ska tak pil­nie ba­czyła na od­wie­dza­ją­cych sklep. Na prośbę klien­tek wy­su­wała szu­fladę, żeby wy­jąć wstążki, agrafki, nici. Można po­pa­trzeć, ale na­leży ku­pić. Albo wyjść. W skle­pie obo­wią­zy­wała nie­wy­po­wie­dziana – choć kto wie... – za­sada, że to ładne, co się po­doba. Można tej za­sa­dzie od­mó­wić słusz­no­ści? Barwa za­moj­skiego czasu bez sklepu pani Ma­li­now­skiej by­łaby nie do wy­obra­że­nia. A na­prze­ciwko – tylko kil­ka­na­ście kro­ków – mie­ściły się ob­le­gane od wcze­snych go­dzin jatki. Fa­tal­nie za­opa­trzone, trudno było w nich ku­pić coś in­nego niż ko­ści na zupę. Wśród ja­tek jedna zwra­cała moją uwagę – tak da­wała o so­bie znać prze­kora – sprze­da­wano w niej mięso „mniej­war­to­ściowe” (zdaje się, że taka była pi­sow­nia). Mó­wiono o niej „ta­nia jatka”. I ona miała klien­tów. Bab­cia i mama ni­gdy do ta­niej jatki nie wcho­dziły.

Wio­sną mia­sto na­wie­dzały mewy. Pa­mię­tam je w cha­otycz­nym lo­cie – ptaki po­ja­wiały się z każ­dej strony – lo­cie po­zor­nie bez­ce­lo­wym, może zwia­dow­czym. Nie­mal jed­no­cze­śnie były nad ko­le­giatą, nad ki­nem Sty­lowy i nad dwor­cem au­to­bu­so­wym. Wy­krzy­ki­wały, może po swo­jemu miesz­kań­ców ostrze­gały. Sze­ro­kimi za­ko­sami omi­jały nie­wi­doczne, po­wietrzne bu­dowle, nur­ko­wały, jakby koń­cem skrzy­dła chciały do­tknąć ko­mina lub ra­mie­nia ko­ściel­nego krzyża, i w mil­cze­niu lub ha­ła­śli­wie wzbi­jały się, po czym zni­kały z oczu. Mewy były nie­przy­ja­ciół­kami go­łębi, bo je spę­dzały z da­chów i roz­ga­niały po oko­licy. Dłu­gie, wą­skie i sze­roko roz­po­starte skrzy­dła wy­glą­dały groź­nie, szyb­kość i nie­prze­wi­dy­walny kie­ru­nek lotu ja­wiły się jako za­gro­że­nie. Gdy mewy od­la­ty­wały, na niebo wra­cał spo­kój. Prze­lot bo­ciana nad po­łu­dnio­wym przed­mie­ściem – czyżby prze­la­ty­wał jesz­cze je­den Ikar? – do­da­wał wio­sen­nym chmu­rom ła­god­no­ści, a niebu do­sto­jeń­stwa. Jako znak na­tury pod­kre­ślał po­my­ślany przez lu­dzi rys re­ne­san­so­wej ar­chi­tek­tury. Bo­cian zdej­mo­wał z oko­licy lęk. Ja­skółki od­da­wały się kra­wiec­kiej po­win­no­ści i ce­ro­wały niebo. Wtedy bu­dziły się da­chy. Ich szczyty po­ru­szały się nie­znacz­nie i de­li­kat­nie, jak ga­łąź kasz­ta­nowca, na któ­rej usiadł grzy­wacz. Nie by­łem pewny: dach się po­ru­szył czy nie? Może wzma­gał się ruch wśród dzi­kich miesz­kań­ców stry­chów. Na ulicy Sta­szica dach się uniósł, na mo­ich oczach strych wcią­gnął haust po­wie­trza. Dla tego hau­stu za­bra­kło miej­sca mię­dzy kro­kwiami a stro­pem. Wy­wi­nął się dolny brzeg da­chu, jakby pod­nio­sła się ogra­ni­czona rynną warga, uka­zu­jąc nie zęby i dzią­sła, a przez mo­ment ciemne, pełne róż­nych przed­mio­tów wnę­trze. Opartą o ko­min dra­binę, krze­sło z wy­so­kim opar­ciem, kilka skrzyń, wy­pchany czymś wo­rek... Krótko je wi­dzia­łem – pew­nie nie zdo­łał­bym po­li­czyć do dzie­się­ciu – gdy dach bez­gło­śnie opadł, czy ra­czej osiadł, zaj­mu­jąc to samo, co przed chwilą miej­sce. I uniósł się, wy­ko­nu­jąc ćwierć­o­brót, jakby chciał się prze­mie­ścić, dach pię­tro­wej ka­mie­nicy na Rynku Wod­nym. I tu od­sło­nił się na krótko pa­nu­jący na stry­chu nie­po­rzą­dek, pro­sto­kątne lu­stro w drew­nia­nej ra­mie, dwie je­sionki czy inne okry­cia, te­raz hi­ber­nu­jące na wie­sza­kach jak nie­to­pe­rze. Fakt, że da­chy uno­siły się – jakby znie­cier­pli­wione od lat pa­nu­ją­cym sta­nem bez­ru­chu – był znany, ale mó­wiono o nim rzadko i pół­gęb­kiem; chyba miesz­kańcy nie do­wie­rzali temu, co wie­dzieli, a z mó­wie­nia o uno­szą­cych się da­chach nie mo­gło wy­nik­nąć nic do­brego. Działo się tak w zie­lo­nej po­rze roku, ale nie każ­dego dnia, od wio­sny do wcze­snej je­sieni. Da­chom udzie­lał się nie­po­kój na­tury, prze­loty pta­ków, kwit­nie­nie ro­ślin, ryk lwa, rże­nie ze­bry i inne od­głosy zwie­rząt w ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym. Da­chy czuły się czę­ścią świata, dla­tego nie dziwi, że za­cho­wy­wały się zgod­nie z jego ryt­mem; był czas ak­tyw­no­ści i czas od­po­czynku. Tak dzia­łał nie­na­zwany, ale nie­za­wodny me­cha­nizm. W jego ist­nie­nie trudno było wąt­pić.

Póź­niej­szym po­po­łu­dniem ruch na Sta­rym Mie­ście za­mie­rał. Nikt nie przy­cho­dził po chleb ani na ciastka. Pani Ma­li­now­ska za­mknęła drzwi sklepu, a do umiesz­czo­nej na ze­wnątrz ga­bloty z „dro­bia­zgami” le­piej było się nie zbli­żać. Na Ba­zy­liań­skiej, Or­miań­skiej, na Rynku Sol­nym i koło ja­tek bie­gały psy, zna­czyły swoje re­wiry, spraw­dzały, czy nic się w cza­sie ich nie­obec­no­ści nie zmie­niło. Stą­pa­jąc na pal­cach – ci­szej nie mo­gły – w bra­mach po­ja­wiały się koty. Były jak sfinksy – nie­ru­cho­miały i zmru­żo­nymi oczami wpa­try­wały się w prze­strzeń; może wi­działy coś, czego nie wi­dział nikt inny. Cze­goś wy­cze­ki­wały albo coś chciały prze­cze­kać. Ani oswo­jone, ani dzi­kie. Prze­my­kały się jak du­chy, ale du­chy czego? Miej­sca? Du­chy tych, któ­rzy tu kie­dyś miesz­kali? Wio­dły ży­wot skryty, ta­jem­ni­czy, nie wia­domo, czy przy­ja­zny lu­dziom, czy nie­chętny. Jako sa­mo­zwań­czy stróże za­rzą­dzały bra­mami i ka­mie­ni­cami. Prze­sia­dy­wały i le­żały na scho­dach; aby wejść na pię­tro, trzeba je było od­su­wać. Na ciem­nych pół­pię­trach błysz­czały ko­cie oczy, pa­no­wała ci­sza i uno­sił się zna­jomy za­pach. Zdaje się, że tych, któ­rzy po­ja­wiali się w bra­mach, koty trak­to­wały z obo­jęt­no­ścią. Li­czyły ich albo szpie­go­wały? Zimą na scho­dach było im cie­pło, a la­tem chłodno. Na ulice i poza Stare Mia­sto wy­cho­dziły w po­szu­ki­wa­niu po­ży­wie­nia. Ośmie­lał je ku­zyn, ry­czący w ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym lew. Po zmierz­chu, gdy ulice były ciemne jak niebo, wy­ła­niały się z bram i szyb­kim kro­kiem zmie­rzały do parku, za nad­sza­niec, w stronę za­ro­śli i rzeki. Na śmiet­ni­kach i w miej­scach, gdzie wy­le­wano nie­czy­sto­ści, znaj­do­wały je­dze­nie. Gdy go nie było – po­lo­wały. Ciem­ność gęst­niała, nie pa­liła się ani jedna la­tar­nia, za za­sło­nami w oknach le­dwo ja­rzyło się do­mowe świa­tło, na zwiad ru­szały nocne owady. Nad ogro­dem zoo­lo­gicz­nym i wo­kół ko­ścioła Świę­tej Ka­ta­rzyny krą­żyły nie­to­pe­rze. Wtedy oży­wiały się stry­chy. Na da­chach uchy­lały się okienka i luf­ciki, po­ka­zy­wały się w nich nie­zna­jome twa­rze. Jed­no­okie, wy­krzy­wione gry­ma­sem bólu lub cier­pie­nia, z unie­sio­nymi w uśmie­chu ustami. Tro­chę zwie­rzęta i tro­chę lu­dzie – ogniwo po­śred­nie, ale do żad­nego ga­tunku nie­przy­na­leżne. Spo­twor­niałe. Po­dobne do małp, ale prze­cież nie małpy. Wię­cej wie­dziano o nich w ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym, tam bo­wiem przy­szły na świat w wy­niku za­bro­nio­nego eks­pe­ry­mentu; nie­po­wo­dze­nie eks­pe­ry­mentu ska­zało je na wy­klu­cze­nie ze spo­łecz­no­ści zwie­rząt i wy­gna­nie poza klatki i ogro­dze­nie. Czyżby miały po­tom­stwo małpa i sza­kal? Stwory wy­cho­dziły na da­chy, sia­dały na szczy­tach i na ko­mi­nach. Uno­siły głowy i wpa­try­wały się w księ­życ i gwiazdy. Uno­siły ręce – czy też łapy – i da­wały so­bie i mia­stu znaki. Nie­które miały łyse, inne po­kryte zmierz­wio­nymi wło­sami głowy. Je­den ze stwo­rów, z dłu­gimi, krę­co­nymi i opa­da­ją­cymi na ra­miona i plecy wło­sami, sie­dział na wy­szczer­bio­nym ko­mi­nie z przy­tknię­tym do ust – a jed­nak były to usta – fle­tem. Grał. Dźwięki pły­nęły nie­skład­nie, nie łą­czyła ich me­lo­dia ani inny, ko­ja­rzący się z mu­zyką za­mysł. Ni­skie i wy­so­kie tony – może znak roz­po­znaw­czy, może skie­ro­wane do po­bra­tym­ców we­zwa­nie, by opu­ścili stry­chy – drżały w ciem­no­ści i jak pył opa­dały na da­chy i ulice. Taki był kon­cert jed­nego mu­zyka. Gdy stwo­rom znu­dziło się słu­chać i pa­trzeć na niebo, po ryn­nach scho­dziły na zie­mię. Szły na czte­rech ła­pach, pod­ska­ku­jąc i chro­ma­jąc, zni­kały za na­roż­ni­kami do­mów. Ci­chło chrzą­ka­nie i mru­cze­nie, bo tak się po­ro­zu­mie­wały. Nie miały imion, nie wie­dziano, ja­kiej są płci, nie wia­domo, do­kąd i po co po­szły. „Wię­cej nie wia­domo niż wia­domo”, na­pi­sał Adam Wa­żyk, i ja się z nim zga­dzam, gdy my­ślę o tych isto­tach.

Fot. Krzysz­tof Du­biel

JA­CEK DEH­NEL

Ciąg Fi­bo­nac­ciego

W osiem­dzie­siątą zo­stały pra­wie same dzieci,

wtedy, bo te­raz nie, w sie­dem­dzie­siątą

zresztą też, trzę­sące się ręce, roz­bie­lone tę­czówki,

jesz­cze w sześć­dzie­siątą było ich wię­cej,

me­dale w kla­pach, przy gar­son­kach,

ale już wtedy wy­glą­dali na od­dział

wy­sta­wiony do walki przez dom star­ców.

Pięć­dzie­siąta też była eme­rycka, wcze­śniej

nie po­dej­rze­wali, że sta­rym jest się przez tyle lat.

Czter­dzie­sta, trzy­dzie­sta to były jesz­cze ja­kieś

plany na przy­szłość, po dwu­dzie­stej

usie­dli gdzieś i mó­wili tylko o dzie­ciach,

przy dzie­sią­tej było tyle waż­niej­szych spraw

niż

punkt zero

kiedy, gdyby im to po­ka­zano,

gdy pot żło­bił brudną strużkę w ce­gla­nym pyle,

mach­nę­liby, mach­nę­łyby ręką, na mrzonkę, głu­potę,

na śmiesz­ność w ob­li­czu

tego.

Muy­bridge

dla P.T.

od­dech prędki ury­wany

wło­skami na udach czuję jak

na­pi­nają ci się ścię­gna pod ko­la­nami

do­kąd bie­gniesz przez ten sen że aż tak

jaki tam las jaka rzeka

go­nisz czy ucie­kasz?

na ile cię znam je­steś ści­gany

ale na do­brą sprawę

nie znam czło­wieka, któ­rym je­steś we śnie

ani ty sam nie znasz czło­wieka któ­rym w nim je­steś

ro­biłby rze­czy któ­rych ty i ja się bo­imy

ro­biłby rze­czy któ­rych ty i ja się wsty­dzimy

nie li­tuje się nie pyta nie czeka

i wszystko ucho­dzi mu jawą

Tok

Wielki po­eta od­biera na­grodę imie­nia in­nego wiel­kiego po­ety

wielki po­eta do­biega dzie­więć­dzie­siątki

inny wielki po­eta od ćwierć wieku nie żyje

Włosy ma siwe i rzad­kie ten wielki po­eta

mówi z wy­sił­kiem cho­dzi z wy­sił­kiem

żyje z wy­sił­kiem bo do tych krzy­ży­ków nie ma Szy­mona z Cy­reny

Kiedy ogromne głazy z hu­kiem spa­dają z urwi­ska

ła­two o la­ment że ta­kich już nie ro­bią że ostatni z wiel­kich

jest o tym osobna strona w słow­niku ko­mu­na­łów

Ale to­czą się spod szafy małe groszki pa­ciorki

nie­po­strze­że­nie z ci­chym ter­ko­tem

nikt ich nie po­znaje kiedy racz­kują kiedy sta­wiają pierw­sze li­tery

Ujmą w nie świat któ­rego jesz­cze nie ma

na spo­soby ja­kich jesz­cze nie ma

To­cząc się uro­sną w ta­kie same hu­czące głazy

i będą tak samo za­chwy­ca­jące

tylko kogo in­nego

i nad tym ten la­ment

Na cie­bie króle, pro­rocy

Więc

to jest ten dzień na który cze­ka­li­śmy o któ­rym ma­rzy­li­śmy który so­bie

opo­wia­da­li­śmy z nie­pew­nym nie­cier­pli­wym uśmie­chem:

dzień

w któ­rym się­gną­łem do kie­szeni ma­ry­narki nie­no­szo­nej od ze­szłego lata

i do­tkną­łem szorst­kiej ma­seczki zbęd­nej

Żółto-nie­bie­skie wstążki

te­raz ko­lej na was

MA­REK KĘ­DZIER­SKI

Søren

Przy­by­wała tu, przed pre­zbi­te­rium, zjeż­dża­jąc, nie­mal co­dzien­nie, na swoim osiołku, mówi Søren, i za­raz sam się po­pra­wia, nie, ra­czej w po­wo­zie, cią­gnię­tym przez jej ulu­bione zwie­rzęta po­cią­gowe, w oto­cze­niu nie­wiel­kiej świty, damy dworu też ko­rzy­stały z osioł­ków, kilku, dziś by się po­wie­działo ochro­nia­rzy, nie miało rąk... peł­nych ro­boty. Przy­by­wała bez fan­far. Tyl­nym wej­ściem wcho­dziła, od strony cmen­ta­rza, wprost do ja­dalni. Jej kró­lew­ska mość. High tea for Her Ma­je­sty, tak to okre­ślano w pa­ra­fii. Te­raz lud mówi five o’clock tea. Przy­by­wała z Ci­miez, z sy­ba­rycko po kró­lew­sku wy­god­nego ho­telu, no­men omen, Régina, a do­kład­nie Excel­sior Régina Pa­lace – czego tu nie było? – prąd elek­tryczny, cen­tralne ogrze­wa­nie, no­wo­cze­sna ka­na­li­za­cja, jak dzi­siaj, co ja mó­wię!, znacz­nie lep­sza niż dzi­siaj! All that for our be­lo­ved qu­een! Wo­kół Réginy po­wa­lał z nóg wonny aro­mat kwit­ną­cej ro­ślin­no­ści, choć w marcu nie było już mowy o mi­mo­zach, które tak so­bie uko­chała. Z okien ho­telu roz­ta­czał się cu­dow­nie nie­po­wta­rzalny wi­dok na ma­je­sta­tyczną Za­tokę Anio­łów, pa­no­rama jesz­cze nie­zmą­cona zwartą za­bu­dową, a więc z Ci­miez, dziel­nicy na wzgó­rzach, do pa­ra­fii, przy obec­nej rue de la Buffa, dwa kroki od mo­rza, Wik­to­ria do­cie­rała w ciągu kwa­dransa, a ra­czej trzech, to w końcu trzy ki­lo­me­try, po­pra­wia się Søren. Po­wrót, pod górkę, za­bie­rał za­pewne po­nad go­dzinę. W kie­runku mo­rza wszakże or­szak su­nął bez wy­siłku, jak arka No­ego, kiedy ustały opady. Po­tem trzeba było po­móc mo­nar­chini zsu­nąć się z osła na zie­mię. A ści­śle mó­wiąc, po­pra­wia się Søren, po­wstać z ma­łej bryczki i zstą­pić na żwi­rek po­dwórca przed ple­ba­nią. W trzeź­wiutko ciem­no­sza­rej, bądź ja­sno­czar­nej, obo­wiąz­ko­wej sukni z kry­no­liny, nie bez pew­nego wy­siłku, sta­tecz­nym kro­kiem, wkra­czała na ple­ba­nię, wi­tana już na kruż­ganku przez ple­bana. A po her­ba­cie przy­cho­dził czas na krótki od­po­czy­nek, nie­rzadko prze­cho­dzący w drzemkę. A po­tem on and on, da­lej, w kie­runku fal, które ude­rzały mia­rowo, sta­tecz­nie, o za­ło­żoną przez An­gli­ków – no, An­glo­sa­sów – wów­czas jesz­cze skromną, ale już ist­nie­jącą pro­me­nadę An­gli­ków. Dwa kroki od Holy Tri­nity, an­gli­kań­skiego ko­ścioła Świę­tej Trójcy.