Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Dalsze dramatyczne losy bohaterów dwóch czarodziejskich statków, piratów i ich kapitana oraz młodych potomków słynnych kupieckich rodzin. Kennit nadal marzy o własnym żywostatku, lecz najpierw musi uporać się z wyzwolonymi niewolnikami i groźnymi morskimi wężami. Althea zrobi wszystko, by odzyskać ukochaną "Vivacię"; Wintrow pragnie wrócić do klasztoru; Malta za wszelką cenę usiłuje "być dorosła", lecz podejmuje dziecinne decyzje, które na zawsze zmienią jej życie.
W powieści rzeczywistość miesza się z magią, smutek z radością, a w kulminacyjnym momencie ludzi, żywostatki i węże połączy niezwykła więź.
Cykl: Kupcy i ich żywostatki, t. 1, cz. 2
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Tczewie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 737
Rok wydania: 2007
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Robin Hobb
CZARODZIEJSKI STATEK
CZĘŚĆ 2: JESIEŃ, ZIMA
Tłumaczenie Ewa Wojtczak
Wydawnictwo MAG
Warszawa 2007
Tytuł oryginału:
Ship of Magic. The Liveship Traders, Book 1
Copyright © 1998 by Robin Hobb
Copyright for the Polish translation
© 2007 by Wydawnictwo MAG
Redakcja:
Urszula Okrzeja
Korekta:
Magdalena Górnicka
Ilustracja na okładce:
Stephen Youll
Projekt typograficzny, skład i łamanie:
Tomek Laisar Fruń
Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Jacek Olesiejuk
ul. Kolejowa 15/17, 01-217 Warszawa
tel./fax (22) 631-48-32, (22) 632-91-55, (22) 535-05-57
www.olesiejuk.pl,www.oramus.pl
ISBN 978-83-7480-045-7
Wydanie II
Wydawca:
Wydawnictwo MAG
ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa
tel./fax (0-22) 8134743
e-mail: [email protected]
http://www.mag.com.pl
JESIEŃ
ROZDZIAŁ 1. W NOWEJ ROLI
Gdy statek wspiął się na falę, jego dziób się uniósł, jak gdyby żaglowiec zamierzał się wznieść aż do udręczonego nieba. Sa jeden wie, że wystarczy taki deszcz, by zatopić statek. Przez długą chwilę Althea nie widziała niczego poza niebem, a w kolejnej sekundzie pędzili już na oślep w dół wysokiej, stromej fali aż do głębokiego rowu. Dziewczynie wydawało się, że wpadną w następną wznoszącą się falę, zanurkują i zielona woda zaleje pokład. Uderzenie szarpnęło masztem i reją, do której przylgnęła Althea. Zdrętwiałe palce dziewczyny przesunęły się po mokrym, zimnym materiale żagla. Owinęła wokół stóp linkę brzeżną, napięła mięśnie nóg i chwyciła się mocniej. W tym momencie statek wspiął się na kolejną ścianę wody.
– Ath! Ruszaj się! – Głos dochodził spod nóg Althei. Spojrzała w dół i dostrzegła Grzywacza. Stary marynarz stał na szczeblach drabinki wantowej i wytrzeszczał na nią oczy, przysłaniając twarz przed wiatrem i deszczem. – Masz kłopoty, chłopcze?
– Nie. Idę – odkrzyknęła. Była zziębnięta, przemoczona i niewiarygodnie zmęczona.
Marynarze, którzy wykonali swoje zadania, zsuwali się po takielunku na pokład. Althea na chwilę przywarła do masztu, a gdy poczuła wystarczający przypływ sił, również ruszyła w dół. Sztorm nadciągnął na początku jej wachty. Kapitan rozkazał ściągnąć i zwinąć żagle. Najpierw uderzył deszcz, potem zerwał się wiatr tak potężny, że prawie pozrywał liny. Gdy marynarze dotarli na pokład, czekało ich kolejne zadanie – musieli zrefować żagle gniezdne. Sztorm wzmagał się, jak gdyby w odpowiedzi na ich wysiłki. Althea oraz inni marynarze wspinali się po całym takielunku niczym mrówki po pływających gruzach. Wypełniali jeden rozkaz po drugim, zwijając, refując i składając kolejne pasy płótna. Dziewczyna przestała w pewnej chwili myśleć i tylko wypełniała docierające do jej uszu wywrzaskiwane rozkazy. Skupiła się na swoim zadaniu, a jej ręce niemal same pakowały mokre żagle i je zabezpieczały. Zadziwiające, co potrafi robić ciało, mimo że umysł człowieka drętwieje ze znużenia i strachu. Ręce i stopy Althei funkcjonowały bez zarzutu, niczym świetnie wytresowane zwierzęta, które na przekór żywiołowi postanowiły utrzymać swą bezwolną panią przy życiu.
Powoli dotarła na dół. Większość marynarzy zdążyła się już ukryć pod pokładem. Pytanie Grzywacza było bardzo uprzejme. Dziewczyna nie wiedziała, dlaczego stary ma na nią oko. Była mu wdzięczna, choć równocześnie czuła się poniżona.
W pierwszych dniach po zaokrętowaniu się na ten statek Althea bardzo się starała wyróżnić. Usiłowała pracować więcej, szybciej i lepiej. Cudownie się czuła, będąc znowu na pokładzie. Nie przeszkadzało jej ani ciągle to samo kiepskie jedzenie, ani przepełnione i cuchnące kajuty, nawet prymitywni towarzysze rejsu. Liczyło się tylko to, że wróciła na morze, pracowała, i że na końcu podróży dostanie kartę pokładową, którą będzie mogła rzucić Kajowi w twarz. Pokaże mu! Tak! A później odzyska statek i jak najszybciej wypłynie nim w rejs.
Miała najlepsze chęci, ponieważ jednak jej nowy „dom” okazał się statkiem rzeźniczo-przetwórczym, prędko uświadomiła sobie własny brak doświadczenia; w dodatku była mała i znacznie słabsza od mężczyzn. Kapitan „Żniwiarza” nie zamierzał szybko przemieszczać się z portu do portu, by dostarczyć towary (tak działo się w przypadku statków handlowych); jego celem było krążenie po wodach w poszukiwaniu łupów. Statek miał o wiele większą załogę niż handlowce tej samej wielkości, gdyż poza marynarzami płynęli nim myśliwi, rzeźnicy, specjaliści od oporządzania skór i pakowania mięsa oraz oleju. Z tego też względu takie statki były bardziej zatłoczone i brudne. Althea starała się pracować prędko i dobrze, lecz sama determinacja nie wystarczała, by zostać najlepszym marynarzem w tym śmierdzącym padliną miejscu. Dziewczyna wiedziała, że od zaokrętowania się na tym statku ogromnie usprawniła swe umiejętności i wytrzymałość, ale zdawała sobie również sprawę z faktu, że nadal nie można by jej nazwać (jak mawiał jej ojciec) „rasowym chłopcem pokładowym”. Szczerze mówiąc, powoli ogarniała ją rozpacz. Po jakimś czasie zapomniała nawet o smutku i niezadowoleniu, a teraz żyła po prostu z dnia na dzień i myślała jedynie o codziennej pracy.
Althea była jednym z trzech „chłopców” na pokładzie statku rzeźniczego. Pozostałym dwóm – młodym krewnym kapitana – wyznaczano łatwiejsze zadania. Obaj usługiwali przy stole kapitańskim i oficerskim i nie raz, nie dwa trafiały im się całkiem przyzwoite resztki ze stołu. Często również pomagali kucharzowi przygotowywać posiłki dla załogi. Najbardziej zazdrościła im tego, że większość czasu spędzali pod pokładem, nie dość że poza zasięgiem burz, to także blisko ciepłego pieca. Na Altheę, szczuplutkiego „młodzieńca”, spadały wszystkie pozostałe prace chłopca pokładowego. Sprzątała, przynosiła kubły z rozmokłym śniegiem i smołą, a także biegła wszędzie tam, gdzie potrzebowano pomocnika. Musiała przyznać, że nigdy w życiu nie pracowała tak ciężko.
Teraz jeszcze przez moment mocno przytrzymała się masztu, czekając, aż przetoczy się kolejna fala. Stąd do kajuty w skrajniku dziobowym poruszała się skokami. Co jakiś czas zatrzymywała się, łapała powietrze i chwytała się lin lub relingu, by woda nie zmyła jej z pokładu. Od kilku dni panowała zła pogoda. Zanim rozpoczął się ten sztorm, Althea naiwnie wierzyła, że nie może już być gorzej. Doświadczeni marynarze twierdzili, że jesień na Zewnętrznym zawsze się tak objawia. Przeklinali Kanał i krzyczeli do Sa, by zakończył burzę, a równocześnie stale sobie opowiadali o gorszych sztormach, które przetrwali na znacznie podlejszych i słabszych statkach.
– Ath, chłopcze! Ruszaj się szybciej, jeśli chcesz dostać dziś wieczorem jakiś posiłek z kuchni! A o ciepłym jedzeniu możesz już zapomnieć!
Słowa Grzywacza miały stanowić pogróżkę, ale mimo ostrego tonu, stary marynarz stał na pokładzie i bacznie obserwował każdy krok Althei. Później zeszli razem pod pokład, szczelnie zatrzaskując za sobą właz. Dziewczyna zatrzymała się na chwilę, by otrzeć wodę z twarzy i wyżąć gruby warkocz. Potem poszła za mężczyzną w stronę mesy.
Jeszcze kilka miesięcy temu nazwałaby to miejsce zimnym, wilgotnym i cuchnącym. Teraz jednak stanowiło jej przystań i zastąpiło dom. Nie wiał tu wiatr, a żółte światło latarni wyglądało niemal gościnnie i serdecznie. Althea usłyszała odgłosy towarzyszące wydawaniu posiłku – klekot drewnianej chochli w kociołku – i ruszyła po swoją porcję.
Na pokładzie „Żniwiarza” nie było kwater dla załogi. Każdy mężczyzna znajdował sobie po prostu miejsce do spania i tam się kładł. Najatrakcyjniejszych miejsc trzeba było bronić pięściami. Jedno z nich, które najbardziej interesowało marynarzy, znajdowało się w środku ładowni. Tu jeden z chłopców pokładowych przynosił kocioł z jedzeniem i racjonował posiłki między schodzących z wachty marynarzy. Stołów nie było, a miejsce do siedzenia stanowiły kufry. Tym, którzy ich nie mieli, pozostawało oprzeć się o wielką beczkę z olejem, jedyny sprzęt w pomieszczeniu. Za talerze marynarzom służyły drewniane deseczki, oczyszczane po posiłku palcami albo chlebem, jeśli go mieli (zwykle jadali suchary). Zwłaszcza podczas sztormu istniała niewielka szansa, że kucharz spróbuje upiec kilka bochnów.
Althea przedarła się przez dżunglę suszących się ubrań. Mokre koszule i spodnie zwisały ze wszystkich kołków i haków, choć w wilgotnym pomieszczeniu i tak nie schły. Dziewczyna zrzuciła nieprzemakalny, wygrany w zeszłym tygodniu od Oya płaszcz i zawiesiła go na kołku, który nazywała własnym.
Pogróżka Grzywacza nie była czcza. Zanim Althea podeszła do kotła, stary marynarz już się obsługiwał i jak każdy członek załogi nakładał sobie pełny talerz, nie myśląc o tych, którzy przyjdą po nim. Dziewczyna wzięła pustą deseczkę i czekała spokojnie, aż Grzywacz się odsunie. Wydawało jej się, że mężczyzna specjalnie się ociąga, starając się skłonić ją do głośnych narzekań, Althea jednak nauczyła się już cierpliwości i nie dawała się sprowokować. Każdy marynarz mógł do woli poszturchiwać chłopca pokładowego. Nie musieli się z tego tłumaczyć i nikt nie zwracał uwagi na jęki poszkodowanego. W obecnej sytuacji lepiej więc było zacisnąć zęby i przyjąć połowę chochli zupy niż protestować, ryzykując zamiast kolacji wytarmoszenie uszu. Grzywacz nadal pochylał się nad kociołkiem i dokładał kolejne porcje na deseczkę, grzebiąc w resztkach jedzenia. Althea przełknęła ślinę i czekała na swoją kolej.
Kiedy marynarz zobaczył, że dziewczyna zachowuje spokój, lekko się uśmiechnął i powiedział:
– No dalej, chłopcze. Zostawiłem ci kilka większych kawałków na dnie. Wyczyść kocioł, a potem odnieś go kucharzowi.
Althea wiedziała, że stary wyświadcza jej swego rodzaju przysługę. Mógł wziąć wszystko, poza najgorszymi odpadkami i nikt nie zwróciłby mu uwagi. Zadowolona wycofała się z kociołkiem do swojego kąta.
Biorąc pod uwagę okoliczności, miała dobre miejsce. Wcisnęła swój skromny dobytek w narożnik, który powstał w miejscu zetknięcia się ściany kadłubu z podłogą. Tu rozwiesiła hamak. Żadnemu z marynarzy nie byłoby tu wygodnie, nawet ona sama nie mogła stanąć prosto. Zauważyła jednak, że tutaj nikt jej nie niepokoi.
Usiadła zatem na hamaku w swoim kącie i zabrała się do jedzenia.
Zaczerpnęła łyżką rosołu, który pozostał na dnie kotła, i wypiła go. Nie był gorący – właściwie miał postać tłuszczu skrzepłego w małe kleksy pływające na powierzchni płynu – ale był cieplejszy niż deszcz na dworze i jej smakował. Grzywacz rzeczywiście zostawił dla niej kilka kawałków o nieokreślonym smaku. Ziemniaki, rzepa, a może niedogotowane kluski ziemistego koloru. Dla Althei nie miało to znaczenia. Wyjmowała większe kawałki palcami i zjadała. Na koniec wyskrobała resztki do czysta twardymi sucharami.
Nie przełknęła jeszcze ostatniego kęsa, gdy poczuła ogromne znużenie. Była zziębnięta, mokra i straszliwie obolała. Najchętniej wślizgnęłaby się pod koc, owinęła nim szczelnie i zamknęła oczy. Jednakże Grzywacz kazał jej odnieść kucharzowi kociołek. Dobrze wiedziała, że nie może zasnąć. Nie mogła się wymigać od obowiązku. Zastanawiała się, czy może stary marynarz nie przymknąłby oka na jej niedopatrzenie... Ale nie... Poza tym, gdyby kucharz się poskarżył, na pewno by oberwała. Nie mogła się narażać na lanie. Jęknęła więc tylko cicho i wyczołgała się z hamaka, przyciskając do piersi kociołek.
Aby dotrzeć do kuchni, musiała przebiec przez smagany wichrem i deszczem pokład. Pokonała odległość dwoma wielkimi susami, starając się zachować równowagę i utrzymać kociołek. Gdyby wypadł za burtę, załoga sprawiłaby jej takie manto, że dziewczyna pożałowałaby, że nie skoczyła za nim do wody.
Kiedy stanęła pod drzwiami kuchni, musiała kopać i walić, bo głupi kucharz zamknął się od środka. Wreszcie ją wpuścił, obrzucając gniewnym spojrzeniem. Bez słowa podała mu kociołek i starała się nie zerkać tęsknie na ogień w palenisku. Osoba faworyzowana przez kucharza mogłaby tu zostać na tyle długo, by się rozgrzać. Marynarz naprawdę uprzywilejowany mógłby nawet powiesić w kuchni koszulę czy parę spodni; na pewno by tu wyschły. Althea bynajmniej nie była pupilką kucharza i gdy tylko oddała mu kociołek, wyprosił ją za drzwi.
W drodze powrotnej źle oceniła odległość. Później obwiniała za ten fakt kucharza, który przegonił ją z kuchni w nieodpowiednim momencie. Tak czy owak, sądziła, że uda jej się pokonać pokład jednym susem. Niestety, statek skakał akurat na fali i dziewczyna poczuła, jak z jej mokrych palców wysuwa się lina, której chciała się przytrzymać. Fala po prostu podcięła Althei nogi i dziewczyna upadła na brzuch. Ślizgając się po pokładzie, kopała i walczyła dziko, próbując się czegoś chwycić. Oczy i nos zalewała jej woda. Althea nic nie widziała i nie mogła złapać tchu, by wołać o pomoc. Po długiej jak wieczność chwili uderzyła bokiem głowy w reling. Cios zamroczył ją i ogłuszył. Przez moment obiema rękoma trzymała się tylko kurczowo relingu, leżąc na brzuchu na pokładzie. Kaskady morskiej wody przelewały się nad nią, a dziewczyna z całych sił przywarła do mokrych desek statku. Nie mogła podnieść głowy dostatecznie wysoko, by zaczerpnąć powietrza. Wiedziała także, że jeśli wstanie dopiero wtedy, gdy woda całkowicie spłynie z pokładu, powali ją następna fala. Jeżeli nie podniesie się teraz, nie podniesie się już nigdy. Próbowała się poruszyć, lecz nogi trzęsły jej się jak galareta.
Nagle poczuła silne szarpnięcie do tyłu.
– Zatykasz luki odpływowe! – rozległ się czyjś głos. Ktoś trzymał Altheę za kark, jak ogłuszonego kociaka. Jej twarz smagał wiatr i szalejący deszcz, ale zanim zdołała to sobie uświadomić, miała już tyle wody w ustach i nosie, że zaczęła się krztusić. – Trzymaj się! – usłyszała krzyk mężczyzny, więc kurczowo objęła nogami i rękoma jego uda. Zdążyła szybko nabrać powietrza, po czym uderzyła w nich fala.
Althea poczuła, jak jej ciało drży pod uderzeniem wody, i pomyślała, że za chwilę ona i jej towarzysz znajdą się w morzu. Jednakże w następnym momencie ściana wody się cofnęła. Mężczyzna dał jej znak, by go puściła, po czym ruszył biegiem po pokładzie, ciągnąc dziewczynę za sobą. Trzymał ją za warkocz i za koszulę. Doholował Altheę do masztu. Gdy dostrzegła znajomą szorstką linę, chwyciła ją i zaczęła się wspinać. Kolejna fala przetoczyła się pod nimi. Dziewczyna się zakrztusiła, wypluwając nieco morskiej wody. Wydmuchała nos w dłoń, potem strząsnęła z niej wydzielinę.
– Dziękuję ci – powiedziała, gdy już zaczerpnęła tchu.
– Ty głupi, mały szczurze pokładowy! O mało nie zabiłeś i siebie, i mnie. – W głosie mężczyzny gniew mieszał się ze strachem.
– Wiem. Przepraszam. – Mówiła głośno, by przekrzyczeć sztorm.
– Przepraszasz? To chyba nie wystarczy. Natrzaskam ci po gębie, może wtedy zrozumiesz swój błąd.
Podniósł pięść, a Althea zasłoniła twarz i czekała na cios. Nie zamierzała się buntować przeciwko zwyczajom panującym na statkach. Po chwili otworzyła oczy, by sprawdzić, dlaczego mężczyzna jej nie uderzył.
W mroku dostrzegła jego twarz. To był Arogant.
Wyglądał na bardziej wstrząśniętego niż wtedy, gdy ratował jej życie.
– A niech cię, mała. Nie rozpoznałem cię.
Wzruszyła ramionami. Nie patrzyła mu w oczy. Kolejna fala przetoczyła się przez pokład, potem dziób statku zaczął się wznosić.
– No więc, jak się masz? – Arogant mówił cicho, jak gdyby się obawiał, że ktoś podsłucha ich rozmowę.
Wszak oficerowie nie mieli zwyczaju odbywać przyjacielskich pogawędek z chłopcami pokładowymi. Kiedy na początku rejsu odkrył obecność Althei, kazał jej unikać wszelkich kontaktów ze sobą.
– Jak widzisz – odparła cicho Althea, niezadowolona z sytuacji. Nagle zapałała niechęcią do Aroganta – nie za jakiś jego konkretny gest, lecz dlatego że widzi ją w takim stanie. Ależ musiał nią pogardzać! – Radzę sobie. Dzisiejszy dzień też przeżyję.
– Pomógłbym ci, gdybym mógł. – Z jego tonu wywnioskowała, że nadal się na nią gniewa. – Ale wiesz, że nie mogę. Jeśli będę się tobą interesował, ludzie zaczną coś podejrzewać. Dałem już wszystkim do zrozumienia, że nie obchodzą mnie kontakty z... mężczyznami. – Był zakłopotany.
Althea zastanowiła się nad ironią losu. Trwali przyciśnięci do takielunku na statku w samym środku burzy, a ten mężczyzna – który zresztą jeszcze przed chwilą chciał ją stłuc – nie potrafił rozmawiać z nią o sprawach damsko-męskich, ponieważ nie chciał jej zgorszyć.
– Na takim statku jak ten każdy przejaw życzliwości z mojej strony wobec ciebie zostanie zinterpretowany w jeden sposób. Potem jakiś marynarz również może się tobą zainteresować. A gdyby się dowiedzieli, że jesteś kobietą...
– Nie musisz się tłumaczyć. Nie jestem głupia – przerwała jego wyjaśnienia Althea. Czyżby Arogant nie rozumiał, z kim jego rozmówczyni dzieli kwaterę?
– Doprawdy? W takim razie, co robisz na tej łajbie? – Ostatnie cierpkie słowa rzucił przez ramię, zeskakując z takielunku na pokład. Zwinny jak kot, szybki jak małpa, prędko dotarł na dziób statku. Althea nadal przywierała do liny i patrzyła za nim.
– To samo co ty – odparła uszczypliwie. Fakt, że Arogant jej nie usłyszał, nie miał znaczenia.
Po następnej fali dziewczyna podążyła za jego przykładem, choć nie zeskoczyła ani z takim wdziękiem, ani tak zręcznie. Kilka minut później znalazła się pod pokładem.
Wszędzie wokół niej było słychać odgłosy przetaczającej się wody. „Żniwiarz” skakał na falach niczym baryłka.
Althea westchnęła ciężko i jeszcze raz starła wodę z twarzy i obnażonych ramion. Wyżęła warkocz, potrząsnęła mokrymi stopami, po czym wsunęła się do swojego narożnika. Przemoczone ubranie ziębiło jej skórę. Przebrała się pośpiesznie w strój, który był zaledwie mocno wilgotny, następnie wykręciła koszulę i spodnie, później strząsnęła je i powiesiła na kołku, by ociekły, wreszcie wyjęła koc. Był mokry i zalatywał pleśnią, lecz co wełna, to wełna – mokra czy nie, dawała ciału nieco ciepła. Zresztą Althea nie miała innego sposobu, by się ogrzać. Owinęła się kocem, skuliła i wpatrzyła w ciemność. Z powodu przysługi Grzywacza niemal się utopiła i straciła pół godziny, które powinna poświęcić na sen. Z tą myślą zamknęła oczy i spróbowała zasnąć.
Mimo że była tak bardzo znużona, sen nie chciał przyjść. Starała się odprężyć, ale nijak jej się to nie udawało. Uznała, że powodem jej bezsenności jest rozmowa z Arogantem. To, co powiedział, w jakiś dziwny sposób przypomniało jej o sytuacji, w której się znalazła. Na statku często przez kilka dni widywała młodego marynarza jedynie przelotnie i z daleka. Nigdy nie miała dyżuru na jego wachcie; ich drogi i obowiązki rzadko się krzyżowały. A poza Arogantem nic nie przypominało jej o dawnych czasach, dzięki czemu potrafiła żyć z godziny na godzinę i po prostu starać się przetrwać. Całą uwagę poświęcała jedynie swojej roli chłopca pokładowego, a jej myśli nie sięgały dalej niż do następnej wachty.
A dziś... Przejrzała się w twarzy Aroganta, a zwłaszcza w jego oczach, które okazały się bardziej okrutne niż jakiekolwiek lustro, i uświadomiła sobie, że młodemu marynarzowi jest jej po prostu żal. Patrząc w jego oczy, dostrzegła kim się teraz stała i, co gorsza, kim się nie stała, choć powinna była. Widziała w nich także (i było to chyba najbardziej przykre ze wszystkiego) potwierdzenie słów Kaja. Tak, również w opinii Aroganta Althea była tylko małą zepsutą pieszczoszką swego ojca, która dla zabawy przyjęła na jakiś czas rolę żeglarza. Dziewczyna przypomniała sobie ze wstydem, jak jeszcze niedawno dumnie skakała po olinowaniu „Vivacii”. Szczerze powiedziawszy, wykonywała to zadanie przeważnie podczas ciepłych, letnich dni, a ilekroć się zmęczyła lub znudziła, mogła po prostu porzucić takielunek i znaleźć sobie przyjemniejsze zajęcie. Spędzenie godziny czy dwóch na splataniu końców liny lub szyciu płótna znacznie się różniło od sześciogodzinnego szaleńczo pośpiesznego zszywania rozdartego żagla, który musiał jak najszybciej wrócić na maszt. Matka Althei niepokoiła się w swoim czasie o zgrubienia i szorstkość dłoni córki; teraz ręce dziewczyny były tak stwardniałe i skóra tak gruba, jak niegdyś podeszwy jej stóp, a podeszwy stóp miała popękane i czarne.
Ogólnie rzecz biorąc, w marynarskim życiu przeszkadzały jej cechy delikatnej kobietki. Odkryła, że nigdy nie będzie naprawdę dobrym marynarzem, ponieważ niezależnie od tego, jak twarda i wytrzymała się stanie, zawsze będzie jej brakowało typowej dla mężczyzn siły. Aby otrzymać pracę na „Żniwiarzu”, podała się za czternastoletniego chłopca. Gdyby została na statku przez rok, wszyscy wokół zauważyliby, że ich chłopiec pokładowy nie rośnie, nie tężeje i nie staje się silniejszy. Zwolniliby ją i skończyłaby w jakimś dalekim obcym porcie, bez żadnych perspektyw.
Otworzyła oczy i wpatrzyła się w mrok. Zanim wypłynęli, zamierzała na końcu tego rejsu poprosić o kartę zaokrętowania. Jej plany w tym względzie nie uległy zmianie i sądziła, że prawdopodobnie dostanie kartę, coraz częściej jednakże zastanawiała się, czy ten kawałek skóry z pieczątką statku wystarczy. Posiadałaby wówczas dowód poparcia ze strony jednego kapitana i mogłaby ów dowód wykorzystać, by skłonić Kaja do dotrzymania nieprzemyślanej przysięgi. Zaczęła się bać, czy nie byłby to płytki triumf. Karta pokładowa potwierdzi jedynie, że Althea przetrwała rejs, a to jej nie wystarczało. Teraz pragnęła się sprawdzić i dowieść wszystkim – nie tylko swemu szwagrowi – że potrafi dobrze wykonywać zawód, który sobie wybrała, że jest świetnym żeglarzem, mało tego: że jako kapitan zasługuje na powszechny szacunek. Kiedy rozmyślała nad całą sprawą, uświadamiała sobie, że postąpiła niemądrze. Pomysł, który w Mieście Wolnego Handlu wydawał jej się odważny a nawet zuchwały, teraz uznała za dziecinny i głupi. No bo co takiego zrobiła? Uciekła po prostu na morze, przyjmując pierwszą zaoferowaną jej pracę.
Zapytała siebie o przyczynę takiej decyzji. Dlaczego tak postąpiła? Dlaczego nie udała się na pokład któregoś z innych żywostatków i nie poprosiła o stanowisko majtka? Czy załatwiono by ją odmownie, tak jak twierdził Arogant? A może spałaby teraz na deskach pięknego handlowca pływającego po Kanale Wewnętrznym? Skąd wziął się pomysł zaokrętowania jako osoba anonimowa? Cóż, chciała się sprawdzić nie podpierając się nazwiskiem i ojcowską reputacją. Jakiś czas temu, w letnie wieczory, gdy siadywała po turecku na tyłach sklepu Amber w rodzinnym mieście, szyjąc sobie marynarskie spodnie, pomysł wydawał jej się porywający, teraz – jedynie dziecinny.
Amber bardzo jej pomogła. Bez jej pomocy przy szyciu, bez pracy u niej i wspólnych posiłków, Althea nigdy nie zdołałaby zrealizować tego przedsięwzięcia. Nagła przyjaźń od początku intrygowała dziewczynę. Teraz przyszło jej do głowy, że może artystka chciała ją po prostu narazić na niebezpieczeństwo. Althea pogłaskała zawieszone na rzemyku na szyi jajo węża. Drewniany wisiorek prawie ogrzał jej palce i dziewczyna potrząsnęła głową. Nie. Amber była prawdziwą przyjaciółką, jedną z nielicznych, jakie Althea kiedykolwiek miała. Przyjęła ją do siebie na kilka dni pod koniec lata, pomogła jej wykroić i uszyć chłopięcy strój. Co więcej, sama wkładała męskie ubranie i uczyła Altheę, jak się poruszają, chodzą i siadają mężczyźni. Wyjaśniła dziewczynie, że była kiedyś aktorką w małej trupie i grywała zarówno role kobiet, jak i mężczyzn.
„Musisz wydobywać głos z głębi” – instruowała Altheę, kłując ją pod żebrami. „Jeśli już będziesz musiała mówić. Staraj się wszakże jak najczęściej milczeć. Nie zdradzisz się wówczas, a mężczyźni szybciej cię zaakceptują. Wszyscy cenią osoby, które potrafią słuchać innych. Bądź dobrym słuchaczem, a ta zaleta skompensuje wszystkie twoje wady”.
Amber nauczyła dziewczynę również owijać piersi, by nie były widoczne (materiał ściągający wyglądał jak dodatkowa koszulka) oraz pokazała, jak składać ciemne skarpety i używać ich jako podpasek w trakcie miesiączki.
„Brudne skarpety zawsze można jakoś wytłumaczyć” – powiedziała jej. „Dbaj o higienę. Pierz swoje ubrania dwukrotnie częściej niż pozostali, a po pewnym czasie ludzie przestaną się dziwić. Naucz się też mniej spać, ponieważ będziesz wstawała przed innymi albo kładła się ostatnia. Musisz się przecież kiedyś myć, a do tego potrzebujesz odosobnienia. I co najważniejsze, nikomu nie ufaj i z nikim się nie dziel swoim sekretem. Takiej tajemnicy nikt nie dotrzyma. Jeśli choć jeden mężczyzna na pokładzie dowie się, że jesteś kobietą, wkrótce dowiedzą się wszyscy”.
W tej jednej sprawie Amber prawdopodobnie się myliła. Arogant wiedział, kim jest Althea i nie zdradził jej. Przynajmniej do tej pory, pomyślała zgryźliwie i uśmiechnęła się z goryczą.
Na swój własny sposób, Arogancie, postępuję zgodnie z twoją radą. Narodziłam się ponownie jako chłopiec. I nie nazywam się Vestrit.
Arogant leżał na koi i wpatrywał się w przeciwległą ścianę, która znajdowała się bardzo blisko jego twarzy. Był czas, pomyślał ponuro, kiedy nie wziąłbym tej kajuty nawet jako szafy na ubrania. Teraz wiedział, jakim luksusem jest nawet najmniejsze pomieszczenie, którego nie trzeba dzielić z nikim innym. Szczerze mówiąc, nie było tu miejsca dla drugiej osoby, ale młody marynarz i tak się cieszył, że ma własną koję, na której nie sypia nikt poza nim. W pomieszczeniu było także kilka kołków na ubrania, a jeden z narożników okazał się dostatecznie duży, by pomieścić jego morski kufer. Na koi Arogant mógł się podeprzeć o graniczną listwę i spać prawie spokojnie, ilekroć tylko nie miał wachty. Kajuty kapitana i pierwszego oficera były znacznie większe i lepiej usytuowane, nawet na takiej kiepskiej łajbie jak ta. Często jednak drugi i trzeci oficer nie mieli kwater lepszych niż załoga, toteż młodzieniec był zobowiązany za ten maleńki kącik i nie przeszkadzała mu nawet świadomość, że przypominają mu o śmierci trzech jego poprzedników.
Zaokrętował się jako zwyczajny marynarz, więc pierwszą część rejsu spędził na przepychankach w dziobówce wraz z resztą załogi. Szybko uprzytomnił sobie, że przewyższa współtowarzyszy podróży nie tylko doświadczeniem, ale i zapałem do pracy. „Żniwiarz” był statkiem rzeźniczo-przetwórczym ze Świeczna, miasta leżącego daleko na północ od Jamaillii. Rozpoczął rejs wczesną wiosną. Na pokładzie znajdowała się wówczas zaledwie garstka zawodowych żeglarzy oraz wielu niedoświadczonych mężczyzn, których usiłowano przyuczyć do zawodu marynarza. Niektórzy z nich trafili tu za długi – wierzyciele sprzedali ich kapitanowi, by na pokładzie odpracowali to, co byli winni. Innych – przeważnie złodziei – wykupiono z więzień satrapy. Zresztą pozostali szybko nauczyli ich moresu, gdyż w ciasnych kwaterach na pokładzie nie było mowy o tolerancji wobec osób okradających współmieszkańców. Tak czy owak, załoga bynajmniej nie pracowała z ochotą, a wielu mężczyzn w ogóle nie powinno się na tym statku znaleźć – na pierwszy rzut oka było widać, że nie przeżyją trudów rejsu.
Gdy „Żniwiarz” dotarł do Miasta Wolnego Handlu, jedna trzecia pierwotnej załogi wykruszyła się z powodu chorób, wypadków lub aktów przemocy, do których od czasu do czasu dochodziło na pokładzie. Pozostałe dwie trzecie uczyły się żeglować, polować na żółwie i słonolubne wieloryby mieszkające w południowych zatokach i lagunach. Nie należało oczywiście mylić tych ludzi z zawodowymi myśliwymi i futrzarzami zdejmującymi skóry z upolowanych zwierząt, ci bowiem większą część rejsu spędzali próżniaczo i względnie wygodnie w suchych kajutach. Mniej więcej tuzin mężczyzn nigdy nie dotknął lin ani nie stanęło na wachcie. Obijali się i czekali na dni rzezi i krwi, kiedy to pracowali z pasją, czasami niemal całą dobę przez kilka kolejnych dni, zwłaszcza jeśli polowanie się udało. Nie byli żeglarzami i właściwie nie należeli do załogi. Nie groziła im śmierć, chyba żeby zatonął cały statek albo zaatakowało ich jakieś zwierzę.
Statek płynął na północ, starając się omijać Wyspy Pirackie. Przez cały rejs tropiono, zabijano, oporządzano zwierzynę, magazynowano mięso i skóry. Do Miasta Wolnego Handlu „Żniwiarz” wpłynął, by uzupełnić czystą wodę i jedzenie oraz dokonać niezbędnych (lecz niezbyt kosztownych) reperacji, a pierwszy oficer uzupełnił braki w załodze. Był to jeden z ostatnich portów przed Wyspami Jałowymi, ku którym się kierowali.
Obszar między Miastem Wolnego Handlu i Wyspami Jałowymi słynął zarówno z częstych sztormów, jak i z mnóstwa morskich ssaków, które zbierały się tu jesienią przed zimową wędrówką. W dodatku były tłuste po letnim obżarstwie, a lśniąca sierść młodych kusiła futrzarzy. Warto było ryzykować spotkanie z jesiennym sztormem dla takich zdobyczy: gładkiego futra, grubej warstwy tłuszczu i – pod nią – chudziutkiego, ciemnoczerwonego mięsa, smakującego równocześnie morzem i lądem. Beczki z solą, które wypełniały ładownię, kiedy statek opuszczał Świeczno, wkrótce zapełnią się solonymi płatami zdobytego mięsa; obok staną baryłki z olejem, a zdjęte skóry, posypane solą i grubo zwinięte, będą czekały na garbowanie.
Ładunek powinien być tak bogaty, żeby właściciele „Żniwiarza” tańczyli z radości. Wtedy dłużnicy, którzy odpracują długi, wrócą do Świeczna jako wolni ludzie. Myśliwi i futrzarze zapewne dostaną procent od utargu, by wystarczyło im pieniędzy do następnej pory polowań, a i kieszenie marynarzy zadźwięczą monetami; mężczyźni wydadzą pieniądze na alkohol i kobiety, a potem, gdy wszystko przepuszczą, znowu pożeglują ku Wyspom Jałowym.
Niezłe życie, pomyślał Arogant z lekką drwiną. A przy tym jakie wspaniałe stanowisko sobie zdobył! Wcale nie pracował na nie ciężko. Po prostu wpadł w oko najpierw oficerowi, a potem kapitanowi. Kiedy straszliwa burza zmiotła z pokładu dwóch marynarzy i okaleczyła trzeciego, Arogant wydawał się najbardziej obiecującym kandydatem na oficerską posadę.
Przyszła mu teraz do głowy osobliwa myśl. Przecież to nie jego wina, że otrzymał swoje stanowisko i zakres obowiązków po zabitym marynarzu... Jaki był prawdziwy powód jego dzisiejszego niepokoju? Althea. Althea Vestrit, córka jego dobroczyńcy, leżała teraz skulona pod mokrym kocem w ładowni wśród brudnych, nieokrzesanych mężczyzn.
– Nic nie mogę na to poradzić – jęknął głośno, jak gdyby w ten sposób uspokajał sumienie.
Nie widział dziewczyny, gdy wsiadała na pokład w Mieście Wolnego Handlu. Zresztą, nawet gdyby ją dostrzegł, mógłby jej nie rozpoznać. Musiał przyznać, że dobrze udawała chłopca pokładowego.
Po raz pierwszy zorientował się (a raczej zaczął podejrzewać), że dziewczyna jest na pokładzie, wcale nie na jej widok. Widywał „Athela” w przelocie wiele razy i nie przyszło mu do głowy, że to Althea. Mocno nasunięta na czoło czapka i męski strój wystarczyły do uwiarygodnienia roli chłopca pokładowego. Aroganta zastanowiło coś innego – pewnego dnia zobaczył linę zamocowaną na haku specyficznym podwójnym węzłem używanym przez kapitana Vestrita i jego córkę. Młody marynarz nie skojarzył wówczas tych faktów, lecz gdy dzień czy dwa później wychodził na pokład przed wachtą, usłyszał z takielunku znajome pogwizdywanie. Uniósł wzrok i spostrzegł w gnieździć znajomą postać, która machała, pragnąc mu zwrócić na coś uwagę. Rozpoznał ją natychmiast.
O, Althea, pomyślał spokojnie i dopiero chwilę później zdał sobie sprawę z tego, co zobaczył. Nie dowierzając, zagapił się na nią z na wpół otwartymi ustami. Tak, to była ona, nie mógł się mylić. Poznał dziewczynę po szczególnym stylu pracy przy linkach brzeżnych. Spojrzała w dół i na jego widok szybko odwróciła twarz. Stąd wiedział, że spodziewała się tej chwili i obawiała.
Znalazł pretekst, by poczekać przy podstawie masztu, aż Althea zejdzie na pokład. Minęła go w odległości nie mniejszej niż długość ramienia, posyłając mu jedno błagalne spojrzenie. Zacisnął zęby i nie odezwał się. Nie rozmawiał z nią od tamtej pory aż do dzisiejszego wieczoru. Odkąd ją rozpoznał, był przekonany, że dziewczyna nie przeżyje tej podróży. Sądził, że prędzej czy później zdradzi się, że jest kobietą, lub popełni jakiś błąd na pokładzie i straci życie. Mówił sobie, że to jedynie kwestia czasu. Uważał też, że szybka śmierć byłaby dla Althei najlepszym wyjściem.
Dzisiejszego wieczoru jego przypuszczenia się potwierdziły. Uśmiechnął się ponuro. Ta dziewczyna tylko się szamocze. Po prostu nie jest dość silna, by wykonywać wyznaczoną jej pracę, a przynajmniej nie tak szybko, jak wymagał tego pierwszy oficer. Nie, nie, chyba nie chodziło o brak siły i muskulatury, Althea bowiem potrafiła wykonywać w dostatecznym stopniu swoje zadania, chociaż nieco wolniej niż mężczyźni. Wprawdzie nawet dłuższe o kilka centymetrów ręce i parę kilogramów ciała pomagało marynarzowi w pracy, ale to nie słabość dziewczyny drażniła Aroganta. Althea po prostu tu nie pasowała – była jak koń zaprzęgnięty do wozu wraz z wołami.
Poza tym przyszła na pokład zwyczajnego drewnianego galionu z żywostatku (w dodatku jej rodzinnego żywostatku). Czy rozumiała różnicę? Czarodrzewowe łajby (przynajmniej większość) chętnie ułatwiały wykonanie każdego zadania, podczas gdy martwe drewno utrudniało je. Mimo że „Vivacia” została ożywiona dopiero teraz, Arogant od pierwszej chwili, gdy wszedł na jej pokład, wiedział, że ów statek posiada coś w rodzaju świadomości. Nie żeglowała wprawdzie sama, ale on stale odnosił wrażenie, że nie przydarzały jej się żadne bezsensowne incydenty, do których w takiej chwili na pewno doszłoby na drewnianym statku. Na ciężkim, powolnym żaglowcu, takim jak „Żniwiarz”, praca nie szła płynnie. Czasami zadania, które pierwotnie nie wydawały się trudne, wymagały ogromnego wysiłku. Na przykład, wymiana zawiasu – z pozoru nic prostszego, a tu w trakcie pracy okazywało się, że wadliwy zawias umieszczony jest w na wpół zgniłym drewnie, którym również trzeba się było zająć. I tak dalej.
Tak, tak – rozmyślał Arogant – na pokładzie tej łajby nic nie jest proste.
Jak gdyby w odpowiedzi na ową myśl, usłyszał mocne stukanie do drzwi. Nie miał teraz wachty, wobec tego od razu nastawił się na kłopoty.
– Nie śpię! – krzyknął, po czym wstał, podszedł do drzwi i je otworzył.
Na szczęście, w progu nie stał oficer, który namawiałby go na dodatkową pracę w tę sztormową noc, lecz Grzywacz. Stary marynarz wszedł z wahaniem. Woda spływała mu po twarzy i kapała z włosów.
– No i? – zapytał Arogant.
Mężczyzna zmarszczył brwi.
– Trochę mnie boli ramię – oświadczył.
Arogant był na statku odpowiedzialny za opiekę medyczną. Kiedy się zatrudniał, kapitan wyjaśnił mu, że lekarz pokładowy wypadł za burtę podczas którejś ze sztormowych nocy. Gdy odkryto, że młody marynarz potrafi przeczytać napisy na etykietkach w apteczce, natychmiast powierzono mu opiekę nad rozmaitymi buteleczkami i pudełkami zawierającymi lekarstwa. Co prawda, Arogant wątpił w skuteczność wielu z tych medykamentów, ale używał ich zgodnie z opisem.
Teraz więc po prostu skierował się do skrzyni z miksturami, która zajmowała w jego kajucie niemal tyle miejsca, co jego własny morski kufer, a następnie włożył rękę pod koszulę i odszukał wiszący na szyi kluczyk. Wreszcie otworzył apteczkę i marszcząc czoło, wpatrywał się w leki. Po chwili wyjął brązową butelkę z wyszukaną zieloną etykietką. Ukradkiem spojrzał na napis w nierównym świetle latarni.
– To chyba to samo, co ci dałem ostatnim razem – oświadczył. Uniósł butelkę, pokazując ją Grzywaczowi.
Marynarz przyglądał się jej, jak gdyby usiłował odcyfrować zupełnie niezrozumiały dla niego napis, w końcu wzruszył ramionami.
– Nalepka była zielona – przyznał – więc pewnie masz rację.
Arogant wyjął gruby korek i wytrząsnął na dłoń pół tuzina zielonkawych pigułek. Pomyślał, że wyglądają jak jelenie bobki. Nie zaskoczyłoby go, gdyby naprawdę okazały się łajnem. Wrzucił trzy z powrotem do butelki, a pozostałe trzy podał staremu.
– Weź je wszystkie. Poproś kucharza o pół miarki rumu do popicia. I niech ci pozwoli posiedzieć w ciepłej kuchni, aż zaczną działać. Powołaj się na mnie.
Rysy mężczyzny natychmiast złagodniały. Kapitan Sierp nie pozwalał pić na pokładzie, więc Grzywacz prawdopodobnie napije się dziś po raz pierwszy od opuszczenia Miasta Wolnego Handlu. Na myśl o alkoholu i ciepłej kuchni twarz starego się rozjaśniła. Arogant miał przez chwilę wątpliwości, potem się jednak zastanowił i doszedł do wniosku, że nawet jeśli pigułki nie zadziałają, Grzywacz na pewno poczuje się lepiej w cieple, a mocny rum pozwoli mu przespać ból.
Kiedy stary marynarz odwracał się do wyjścia, Arogant zmusił się, by zapytać:
– Syn mojego kuzyna... wiesz, prosiłem cię, żebyś miał na niego oko... Dobrze się sprawuje?
Grzywacz wzruszył ramionami, potem potrząsnął ręką z pigułkami.
– Och, tak, nieźle. To chętny chłopak. – Stary położył rękę na zasuwie. Chciał jak najszybciej pójść po obiecany rum.
– A zatem – Arogant kontynuował wbrew sobie – zna swoją robotę i dobrze ją wykonuje?
– Och, tak, panie. Właśnie tak. Jak już mówiłem, to dobry chłopak. Mam na Athela oko i pilnuję, żeby nic mu się nie przydarzyło.
– To dobrze. Cieszę się. Mój kuzyn będzie z niego dumny. – Zawahał się. – Tylko niech chłopak nie dowie się o mojej prośbie. Nie chcę, żeby miał nadzieję na lżejsze traktowanie.
– Tak, panie. Dobrze. I dobranoc. – Grzywacz wyszedł i zatrzasnął za sobą drzwi.
Arogant zamknął oczy i głęboko zaczerpnął tchu. Tylko tyle mógł zrobić dla Althei – poprosić tak godnego zaufania człowieka jak Grzywacz, by się nią choć trochę opiekował.
Młody marynarz zamknął zasuwę, potem apteczkę, wrócił na koję i ciężko westchnął. Tylko tyle mógł zrobić dla dziewczyny. Naprawdę, tylko tyle. Tak.
Wreszcie udało mu się zasnąć.
***
Prawy nie lubił takielunku. Starał się ze wszystkich sił ukryć tę niechęć przed Torgiem, ale niestety, mężczyzna miał nieomylny instynkt tyrana. W rezultacie tuzin razy dziennie wymyślał powód, dla którego chłopiec musiał się wspinać na maszt. A kiedy wyczuwał, że kolejne powtórki nie robią już na Prawym wrażenia, dokładał dodatkowe zadania, na przykład zaniesienie jakiegoś przedmiotu do bocianiego gniazda; oczywiście gdy chłopiec wracał na pokład, oficer natychmiast wysyłał go z powrotem po ten przedmiot. Ostatnio wpadł na nowy pomysł, toteż Prawy musiał wspiąć się na sam szczyt masztu, przylgnąć do niego kurczowo i czekać na rozkaz powrotu. Była to najbardziej bezmyślna, najgłupsza i najłatwiejsza do przewidzenia tortura. Zresztą chłopiec nie spodziewał się po Torgu niczego innego. Trudniej natomiast było mu zrozumieć, dlaczego reszta załogi bez mrugnięcia okiem akceptuje jego mękę. Jeśli w ogóle ktoś zwracał uwagę na „ćwiczenia” Prawego, zwykle obserwował je z rozbawieniem. Nikt nie interweniował.
Gdy chłopiec przywarł do masztu i patrzył w dół, przyszło mu do głowy, że Torg właściwie oddaje mu przysługę. Wiatr pędził obok niego, żagiel się wydymał, a naprężona lina, na której wisiał Prawy, jęczała. Wysokość masztu wyolbrzymiała każdy skręt i każdy ruch płynącego statku. Choć chłopiec nie lubił przebywać tu, na górze, to po raz pierwszy poczuł osobliwe ożywienie, choć nie była to jeszcze radość. Rzucono mu wyzwanie, a on je okpił. Pozostał sobą. Nie zmienił się. Zmrużywszy oczy, wsłuchiwał się w ogłuszający ryk wiatru i przez chwilę rozważał myśl, czy rzeczywiście nie tu jest jego miejsce. Może gdzieś w głębi duszy nie był kapłanem, lecz żeglarzem.
Nagle usłyszał niegłośny, ale jakiś dziwny hałas. Wibrujący metal. Zastanowił się, co było tego powodem, i serce zaczęło mu bić nieco szybciej. Powoli ruszył ku drabince wantowej, jednocześnie szukając źródła dźwięku. Wiatr go zwodził – raz odgłos wydawał się chłopcu bliższy, raz dalszy. Dopiero po kilku chwilach zauważył zmiany w tonie i rytmie dźwięku spowodowane nasilaniem się bądź słabnięciem pędu wiatru. Prawy dotarł do bocianiego gniazda i chwycił się kurczowo bocznej ścianki.
W punkcie obserwacyjnym leżał Łagodny, skulony w wygodnej pozycji embrionalnej. Przymknąwszy oczy, grał na małym grzebieniu. Trzymał go na sposób marynarski, a gdy w niego dmuchał, jego palce tańczyły po metalowych zębach niczym po klawiszach. Chłopiec był skupiony na muzyce, lecz jego oczy badawczo sondowały horyzont.
Prawy sądził, że Łagodny go nie widzi, jednak w chwilę później tamten omiótł go szybkim spojrzeniem i jego palce znieruchomiały.
– Co? – zapytał, nie odsuwając grzebienia od ust.
– Nic. Masz wachtę?
– Coś’ w tym rodzaju. Nie bardzo jest co pilnować.
– A piraci? – ośmielił się zapytać Prawy.
Łagodny parsknął w odpowiedzi.
– Zazwyczaj nie niepokoją żywostatków. Och, słyszałem w Krainie Miedzi plotki, że ścigali jednego czy drugiego, przeważnie jednak zostawiają nas w spokoju. Rzadko który drewniany żaglowiec potrafi dogonić żywostatek, no chyba że na czarodrzewowym płyną ofiary losu zamiast załogi. Zresztą tego typu pościg i tak nie ma sensu. Walka jest zacięta, a nawet kiedy piraci zwyciężą, cóż z tego mają? Żywostatek nie zechce dla nich popłynąć. Sądzisz, że „Vivacia” pozwoliłaby wejść na pokład obcym i zaakceptowałaby nieznajomego kapitana? Nie ma mowy!
– Nie ma – zgodził się Prawy. Był przyjemnie zaskoczony jawnym przywiązaniem Łagodnego do statku i jego dumą z „Vivacii”. Cieszył się także z tego, że chłopiec w ogóle z nim rozmawia. Łagodny wydawał się mile połechtany zachwytem i wytężoną uwagą Prawego, ponieważ chytrze przymykał oczy i kontynuował:
– Osobiście sądzę, że piraci wyświadczają nam przysługę.
Prawy zagryzł wargę.
– Naprawdę? – zapytał
– No cóż, jak by ci to wytłumaczyć... Nie zszedłeś na brzeg w Krainie Miedzi, prawda? Widzisz, słyszeliśmy tam, że od pewnego czasu piraci zaczęli atakować statki przewożące niewolników. Podobno przejęli przynajmniej jeden, a kapitanowie pozostałych są przerażeni. Hm, kończy się jesień, a na wiosnę Kraina Miedzi będzie bardzo potrzebowała dużo niewolników, by zajęli się orką i siewem. Piraci pozbawią miasto zwykłych dostaw, a potem my zacumujemy z pierwszorzędnym ładunkiem i będziemy dyktować ceny. Dostaniemy za nasz transport tak dużo, że prawdopodobnie popłyniemy prosto do domu, do Miasta Wolnego Handlu.
Łagodny uśmiechnął się i z satysfakcją pokiwał głową, jak gdyby miał otrzymać spory procent od sprzedaży żywego towaru. Prawy pomyślał, że jego kolega tylko powtarza to, co usłyszał od starszych członków załogi, i nic nie powiedział. Zapatrzył się w dal ponad falującą wodą. Bolało go serce i ten ból nie miał nic wspólnego z morską chorobą. Ilekroć myślał o Jamaillii i wyobrażał sobie, jak jego ojciec kupuje niewolników, odczuwał straszliwy smutek. Cierpiał z powodu tego, co ma się zdarzyć, i czuł się winny.
Po chwili Łagodny odezwał się ponownie.
– Zdaje mi się, że Torg znowu kazał ci tu wejść?
– Tak. – Prawy przeciągnął się, zaskakując tym ruchem siebie samego, a potem szybko chwycił się liny. – Już mi to tak bardzo nie przeszkadza.
– Widzę. Po to właśnie tacy jak Torg nas prześladują. – Kiedy Prawy uniósł lekko brwi, Łagodny uśmiechnął się do niego. – Ach, sądziłeś, że tę torturę wymyślono specjalnie dla ciebie? Nie. Torg lubi się czepiać wszystkich. Na jądra Sa, lubi dręczyć wszystkich! I zawsze uchodzi mu to na sucho. Natomiast zmuszanie chłopca pokładowego do wielokrotnej wspinaczki na maszt to po prostu tradycja. Początkowo tego nienawidziłem. Gdy się zaokrętowałem, oficerem na „Vivacii” był Arogant. Nazywałem go synem maciory. Kiedy zauważył, że denerwują mnie jego polecenia, postarał się, żebym każde zadanie kończył wspinaczką na bocianie gniazdo. „Chcesz jeść, właź na górę”, mawiał do mnie. I musiałem się wspinać na maszt, a potem kręciłem się tu tak długo, aż znalazłem swój kubełek z jedzeniem. Psiakrew, naprawdę nienawidziłem wtedy Aroganta. Byłem tak przerażony i powolny, kiedy prawie zawsze odnajdywałem zupełnie zimny posiłek, często wymieszany z deszczem. Ale po jakimś czasie – tak samo jak na tobie – przestało to robić na mnie wrażenie.
Zamyślony Prawy milczał. Palce Łagodnego znowu zatańczyły na klawiszach, wygrywając żwawą melodię.
– Czy to znaczy, że Torg nie czuje do mnie nienawiści? Że mam do czynienia z czymś w rodzaju ćwiczenia?
Łagodny prychnął.
– Och, nie, na to nie licz. Torg naprawdę cię nienawidzi, bo nienawidzi każdego, komu się zdaje, że jest od niego mądrzejszy, a o to nietrudno na tym pokładzie. Ale równocześnie nasz prześladowca zna swoją pracę i wie, że jeśli chce utrzymać posadę, musi zrobić z ciebie żeglarza. I, wierz mi, że nauczy cię czego trzeba. Sprawi, że nauka będzie bolesna i maksymalnie nieprzyjemna, lecz w końcu cię wyszkoli.
– Jeśli jest taką znienawidzoną kreaturą, dlaczego mój... dlaczego kapitan trzyma go na stanowisku drugiego oficera?
Łagodny wzruszył ramionami.
– Spytaj swego tatę – odparł, a potem się uśmiechnął, niemal obracając własne słowa w żart. Po chwili podjął: – Słyszałem, że Torg pływa już od jakiegoś czasu z kapitanem i kiedyś bardzo mu pomógł podczas jednego strasznego rejsu na jakimś statku. Kiedy więc Kaj objął „Vivacię”, wziął Torga ze sobą. Może nikt inny nie chciał go zatrudnić, a on sam czuł się zobowiązany. A może Torg ma ładne, zwarte pośladki.
Słysząc to ostatnie zdanie, Prawy rozdziawił usta. Łagodny jednakże znowu się uśmiechał.
– Hej, nie bierz tego tak poważnie. Nic dziwnego, że wszyscy uwielbiają ci dokuczać. Z taką miną zawsze będziesz ulubionym celem ich ataków.
– Ależ to mój ojciec – zaprotestował Prawy.
– Cha, cha, cha. Nie kiedy służysz na statku. Tu jest tylko twoim kapitanem. I to całkiem niezłym, choć nie tak dobrym jak Ephron. A niektórzy z nas nadal sądzą, że po starym Vestricie żaglowiec powinien przejąć Arogant. Ale Kaj jest w porządku.
– Dlaczego więc powiedziałeś o nim... coś takiego? – Prawy był szczerze zaskoczony.
– Ponieważ to kapitan – cierpliwie wyjaśnił Łagodny. – Marynarze zawsze tak mówią, nawet jeśli kogoś lubią. Wiedzą przecież, że dowódca może im dokopać, kiedy tylko zechce. Hej, powiedzieć ci coś? Kiedy się dowiedzieliśmy, że stary Vestrit odchodzi i na jego miejsce przyjdzie ktoś nowy, wiesz, co zrobił Wygodny?
– Co?
– Poszedł do kuchni, wziął kapitański kubek na kawę i do niego nasikał! – W szarych oczach Łagodnego zaigrały radosne iskierki. Czekał na reakcję Prawego.
– Znowu się ze mną drażnisz! – Wbrew sobie Prawy się uśmiechnął.
To, co przed chwilą usłyszał, było wstrętne i poniżające, a równocześnie zbyt niegodziwe, by w to uwierzył. Jak jeden człowiek może zrobić coś takiego drugiemu, którego w dodatku jeszcze nie poznał. Tylko za to, że ten ktoś miał zostać jego kapitanem?! Nieprawdopodobne. A równocześnie... zabawne. Nagle chłopiec coś zrozumiał. Okrucieństwem i złośliwością byłoby zrobić coś takiego mężczyźnie, którego się zna, lecz obcemu człowiekowi, od którego niedługo będzie zależało twoje życie... Spoglądasz potem na niego i wyobrażasz sobie, jak pije swoją śmierdzącą kawę... Prawy patrzył w bok. Nie wiedział, skąd na jego twarzy wziął się szeroki uśmiech, ale go czuł. No, no, no, Wygodny zrobił to jego ojcu.
– Załoga robi takie rzeczy kapitanowi i oficerom. Niech sobie nie myślą, że są bogami, a my łajnem.
– Czy w takim razie... sądzisz, że oni o tym wiedzą?
Łagodny uśmiechnął się.
– Trudno długo pływać na statkach i nie wiedzieć, co się dzieje. – Zagrał jeszcze kilka nut, potem wzruszył ramionami. – Pewnie uważają, że akurat im to się nie przydarza.
– Więc nikt im nigdy o tym nie mówi – powiedział Prawy.
– Jasne, że nie. Kto miałby im powiedzieć? – Znowu zagrał fragment melodii, po czym nagle przerwał. – Ty chyba tego nie zrobisz, co? Wiesz, on jest w końcu twoim tatą i... – Zawiesił głos, kiedy uświadomił sobie, że może się posunąć za daleko.
– Nie, oczywiście, że nie powiem. – Na twarzy Prawego pojawił się głupi uśmieszek, gdy dodał złośliwie: – Właśnie dlatego, że jest moim ojcem.
– Chłopak pokładowy?! Chłopcze, rusz tyłek i zejdź tu do mnie! – zaryczał Torg z pokładu.
Prawy zaczął długą wędrówkę w dół. Łagodny pochylił się lekko i chwilę go obserwował, potem zawołał:
– Używasz zbyt wielu słów! Wystarczy powiedzieć, że Kaj jest jak wrzód na dupie.
– To też – zgodził się Prawy.
– Ruszaj się, chłopcze! – zawył Torg i Prawy skupił całą uwagę na powolnym schodzeniu.
Tej nocy, kiedy medytował nad upływającym dniem, zastanowiło go własne zachowanie. Dlaczego śmiał się z okrucieństwa? Dlaczego godził się na upodlenie drugiego człowieka? Gdzie był w tym Sa? Poczuł się winny, ale szybko odsunął ponure myśli. Prawdziwemu kapłanowi Sa poczucie winy przydaje się na nic, zaciemnia jedynie obraz. Jeśli z jakiegoś powodu marnie się czuje, powinien ustalić ten powód i go wyeliminować. Złe samopoczucie i poczucie winy sugerują, że kapłan nie pracuje nad sobą, a zatem w każdej chwili może powtórnie popełnić ten sam błąd. Prawy leżał nieruchomo w ciemnościach i dumał nad przyczynami swego uśmiechu. Po raz pierwszy od wielu lat zadał sobie pytanie, czy jego sumienie nie jest zbyt kruche, czy nie ono stało się barierą między nim i jego współtowarzyszami.
– To, co dzieli ludzi, nie ma związku z Sa – powiedział cicho.
Nie zdążył jednakże przypomnieć sobie źródła cytatu (nie pamiętał, czy w ogóle pochodzi z ksiąg), ponieważ zasnął.
***
Po raz pierwszy dostrzegli Wyspy Jałowe w chłodny, bezchmurny poranek. Płynąc na północny wschód, przenieśli się z jesieni w zimę, z umiarkowanie chłodnej pogody w bezustanną mżawkę i mgłę. Wyspy Jałowe pojawiły się na horyzoncie, widoczne nie jako wyspy, lecz jedynie punkty otoczone spienionymi, białymi bałwanami. Zresztą Wyspy rzeczywiście były nizinne, wręcz płaskie i składały się na nie głównie skaliste plaże i piaszczyste równiny, które jedynie z rzadka przewyższały linię przypływu. Althea słyszała, że znajduje się tam niemal wyłącznie piasek i karłowata roślinność. Nie miała pojęcia, dlaczego morskie niedźwiedzie wybierają ten rejon. Płynęły tam, by walczyć, parzyć się i wychowywać młode. Przypływały co roku, mniej więcej o tej porze, a tuż za nimi zjawiały się statki rzeźnicze z myśliwymi, którzy spędzali setki wielkich zwierząt w jedno miejsce i zabijali. Althea mrużyła oczy przed unoszącymi się w powietrzu słonymi drobinkami pyłu wodnego i zastanawiała się, co za instynkt sprowadza tu niedźwiedzie każdego roku mimo wspomnień związanych z krwią i śmiercią.
„Żniwiarz” podpłynął do archipelagu wysp od strony zawietrznej w południe. Niestety, najlepsze kotwicowisko zdążył już zająć jeden z konkurencyjnych statków. Kapitan Sierp przeklął „Karnego”, a winą za spóźnienie obarczył własną załogę i statek. Rzucono kotwice, a wtedy z odrętwienia i bezczynności przebudzili się myśliwi. Althea słyszała jeszcze kilka dni temu, jak spierali się o to, który oszukiwał przy kartach. Nic ją nie obchodzili, choć mieli niewyparzone gęby i bywali wobec niej złośliwi, gdy im usługiwała jako chłopiec pokładowy. Nie była wcale zaskoczona, że teraz zwrócili się przeciwko sobie; wpływ na ich zachowanie miało z pewnością długotrwałe przebywanie w ciasnych kwaterach i bezczynność. Zresztą sposób, w jaki się do siebie odnosili, również jej nie interesował.
Do pewnego momentu sądziła, że grupa myśliwych i futrzarzy nie ma z nią nic wspólnego. Niestety, okazało się inaczej.
Statek bezpiecznie cumował na kotwicowisku. Althea cieszyła się pierwszym względnie spokojnym od kilku tygodni dniem. Formalnie nie miała wachty. Większość marynarzy spała, toteż Althea postanowiła skorzystać z dziennego światła i ładnej pogody, by pocerować niektóre części garderoby. Szycie przy świetle latarni szybko męczyło jej oczy, poza tym pod pokładem stale panowała nieprzyjemna duchota. Dziewczyna znalazła sobie cichy kącik od strony zawietrznej. Nie wiało tutaj, a słońce cudownie przygrzewało, chociaż w powietrzu można już było wyczuć nadejście zimy. Właśnie zaczęła wycinać kwadraty płótna z najbardziej zniszczonych spodni, by załatać nimi drugą parę, kiedy usłyszała, jak oficer wywrzaskuje „jej” imię.
– Athel! – ryczał mężczyzna.
Dziewczyna skoczyła na równe nogi.
– Jestem, panie! – odkrzyknęła, nie dbając o robótkę, która spadła z jej kolan na pokład.
– Przygotuj się do zejścia na brzeg. Pomożesz futrzarzom. Brakuje im ludzi. No, żywo!
– Tak, panie – odparła, ponieważ była to jedyna możliwa odpowiedź.
Mimo że serce zamarło jej w piersi, ruszała się szybko. Chwyciła robótkę, zaniosła ją pod pokład i odłożyła na bok, by ją skończyć przy jakiejś’ niemożliwej do przewidzenia następnej okazji. Wcisnęła zgrubiałe stopy w filcowane skarpety i ciężkie buty. Na bosaka nie najlepiej się chodziło po pokrytych pąklami skałach. Althea naciągnęła włóczkową czapkę mocniej na uszy i pośpiesznie wspięła się z powrotem na pokład. O mało się nie spóźniła, ponieważ żurawiki właśnie podnosiły łodzie. Wskoczyła do pierwszej z brzegu i zajęła miejsce przy wiośle.
Marynarze wiosłowali, a myśliwi garbili ramiona i pochylali głowy, chcąc uniknąć kontaktu z pyłem wodnym i lodowatym wiatrem. Uśmiechali się do siebie, zapewne na myśl o nieodległym polowaniu, ulubione łuki przyciskali czule do piersi, trzymając je z dala od wody, natomiast natłuszczone kołczany ze strzałami kołysały się leniwie w płytkiej wodzie zęzy łódki. Althea pochylała się ciężko nad wiosłem, próbując dopasować ruchy do reszty zespołu. Łodzie „Żniwiarza” płynęły ku skalistym brzegom archipelagu, w każdej siedziała grupka myśliwych, futrzarzy i żeglarzy. W przelocie dziewczyna dostrzegła Aroganta w jednej z łodzi i doszła do wniosku, że zapewne będzie odpowiedzialny za grupę marynarzy na lądzie. Postanowiła, że nie da mu powodu, by zwrócił na nią uwagę. Zresztą ona ma pracować z myśliwymi i futrzarzami, toteż raczej się nie spotkają. Przez chwilę się zastanawiała nad swoimi ewentualnymi zadaniami, potem stwierdziła, że szkoda czasu na rozmyślania. Co będzie, to będzie. Zapewne bardzo szybko dowie się wszystkiego.
Konkurencyjny żaglowiec, który wybrał sobie najlepsze kotwicowisko, objął również w posiadanie główną wyspę. Zgodnie z tradycją statki nie naruszały granic terytoriów łowieckich, prowadziło to bowiem do morderczych bójek, a zatem zmniejszenia zysków. Na wysepce, do której podpłynęła łódź Althei, nie było ludzi. Skaliste plaże wydawały się puste, jedynie na płyciznach wylegiwało się kilka bardzo starych niedźwiedzic. Dorosłe samce najwyraźniej rozpoczęły już wędrówkę na miejsca zimowania. Althea wiedziała, że w środku wyspy, na piaszczystych równinach można znaleźć młodsze samice wraz z urodzonym w tym roku potomstwem. Tam na pewno się zatrzymają niedźwiedzie, by zapolować na ławice ryb i zjeść tyle, by wystarczyło im tłuszczu i sił na całą długą podróż.
Myśliwi i futrzarze pozostali w łodziach, podczas gdy wioślarze skakali na płycizny, chwytali za górne krawędzie nadburć i wyciągali łódki na brzeg. Starali się dopasować ruchy do fal, które pomagały im przesuwać łódź i unikać ostrego skalistego dna. Althea dotarła do plaży wraz z nimi. Przemoczone buty ziębiły jej stopy.
Kiedy wyszła na brzeg, szybko się dowiedziała, jakie są jej obowiązki, ponieważ myśliwi i futrzarze natychmiast obarczyli ją wszystkimi dodatkowymi łukami, kołczanami, nożami i ostrzałkami. Gdy ruszyła za myśliwymi w głąb lądu zaskoczył ją fakt, że myśliwi i futrzarze idą tak szybko i tak swobodnie ze sobą gawędzą. Do tej pory uważała, że na polowaniu trzeba się podkradać w ciszy i skupieniu.
Gdy dotarli na szczyt pierwszego wzniesienia, pojawiło się przed nimi nizinne wnętrze wyspy. Grupki niedźwiedzi morskich spały na piasku i w gęstym zagajniku. Ledwie zauważały stojących na wzgórzu mężczyzn. Te, które w ogóle otworzyły oczy, obserwowały zbliżających się ludzi z równie małym zainteresowaniem, z jakim patrzyły na ptaki-gnojowniki, z którymi dzieliły terytorium.
Myśliwi zajęli pozycje, a Althea mogła zdjąć z ramion kołczany. Stała za łowcami, którzy napinali łuki i wybierali cele. Potem w kierunku wielkich zwierząt pofrunął morderczy deszcz strzał. Trafione zwierzęta ryczały i niezdarnie kręciły się w miejscu, po czym padały i umierały, żadne wszakże najwyraźniej nie skojarzyło, że za ich ból i śmierć odpowiedzialni są ludzie stojący na wzniesieniu nad nimi. Rzeź odbywała się bez pośpiechu, myśliwi wybierali jeden cel po drugim, napinali łuki i strzelali. Najchętniej celowali w gardła, często strzały o szerokich grotach trafiały w tętnice. Krew lała się strumieniami, wielkie stworzenia wykrwawiały się na śmierć, lecz ich miękkie futra pozostawały nietknięte. Śmierć nie następowała szybko, nie była też bezbolesna. Althea nigdy nie widziała rzezi, nawet na znacznie mniejszą skalę. Mdliło ją, a jednak stała i patrzyła, starając się nie okazać wstrętu.
Myśliwi zabijali w sposób metodyczny, a po wysłaniu ostatnich strzał zeszli, by powyjmować je z martwych ciał. Futrzarze ruszyli za oprawcami niczym sępy na polu bitewnym. Pozostałe przy życiu zwierzęta ze smutkiem opuściły zabitych towarzyszy oraz umierające osobniki, które nieszczęśliwie porykiwały, resztkami sił walcząc o życie. Żywe niedźwiedzie najwyraźniej nadal nie odczuwały paniki, były jedynie poirytowane, że ktoś przeszkadza im w odpoczynku. Lekko zdenerwowany przywódca myśliwych spojrzał na Altheę.
– Sprawdź, dlaczego jeszcze nie przynieśli beczek z solą – warknął w pewnym momencie, jak gdyby dziewczyna ociągała się z wykonaniem wcześniej otrzymanego zadania.
Althea ruszyła, usłyszawszy tę komendę, bardzo zadowolona, że opuszcza miejsce rzezi.
Futrzarze zabrali się już do pracy. Obdzierali nieżywe zwierzęta ze skóry, wycinali ozory, serca i wątroby, odrzucali jelita, segregowali mięso i układali je na skórach. Zręczne mewy już przybywały na ucztę.
Ledwie dziewczyna wspięła się na wzniesienie, dostrzegła marynarza. Szedł ku niej, tocząc przed sobą beczkę z solą. Za nim, rzędem, podążali inni. Jedna grupa wtaczała na wzgórze pełne beczki, a równocześnie druga ekipa transportowała puste baryłki na brzeg. Na całej wyspie wrzała praca i Althea doszła do wniosku, że na pokładzie bezpiecznie zakotwiczonego „Żniwiarza” pozostało zapewne tylko kilka niezbędnych osób. Wszyscy inni zajmowali się przeładowywaniem, przewożeniem bądź toczeniem beczek i baryłek. Za chwilę zajmą się załadunkiem mięsa i skór, które następnie przewiozą na statek. Praca zakończy się dopiero wraz z napełnieniem wszystkich beczek i baryłek.
– Chcą soli – oznajmiła marynarzowi pchającemu pierwszą beczułkę.
Nawet się nie potrudził, by odpowiedzieć. Odwróciła się i biegiem wróciła do swojej grupy. Myśliwi zdążyli już pokonać kolejną grupę niedźwiedzi, a futrzarze oporządzić połowę pierwszej partii.
Tak wyglądał początek pierwszego z pozoru niekończącego się rzędu krwawych dni. Altheę obarczano zadaniami, których inni nie mieli czasu wykonywać. Pakowała serca i ozory do głównej beczki, przed ułożeniem soląc każdy organ. Ubranie dziewczyny było lepkie, sztywne i zabarwione na brąz od krwi, lecz niewiele się różniło od strojów większości osób. Dłużnicy z Jamaillii, najpierw przyuczeni do żeglarki, teraz nauczyli się zawodu rzeźnika. Odkrawali od mięsa kawały żółtawego tłuszczu i pakowali je do czystych baryłek, które przenoszono z powrotem na statek. Potem obierali do kości tusze. Mocno nasolone płaty ciemnoczerwonego mięsa układali w beczkach, na wierzch sypali dodatkową warstwę soli, po czym zamykali beczki. Czyścili skrobakami skóry z przeoczonego przez futrzarzy tłuszczu i mięsa, potem w spodnią stronę wcierali grubą warstwę soli. Tak rozłożone skóry suszyły się przez jeden dzień, następnie strząsano z nich sól, a potem je odwracano, rolowano i zabierano na statek w postaci zwojów. Zespoły rzeźników przesuwały się powoli naprzód, pozostawiając za sobą upstrzone czerwienią kości i stosy wnętrzności. Morskie ptaki zlatywały się zewsząd na ucztę, ich krzyki łączyły się z jękami zabijanych niedźwiedzi. Althea miała nadzieję, że w miarę upływu czasu zdoła się uodpornić na krwawą działalność myśliwych, lecz z każdym mijającym dniem ich „praca” wydawała jej się potworniejsza, choć równocześnie bardziej zwyczajna. Powtarzała sobie, że taka powszechna rzeź tych zwierząt odbywa się co roku, lecz nie potrafiła. Nawet stosy zbielałych kości na polach śmierci nie przekonywały jej, że w ubiegłym roku odbywała się tu rzeź na identyczną skalę. Starała się o tym nie myśleć, tylko wykonywać swoje obowiązki.
Na wyspie powstał prowizoryczny obóz (w tym samym miejscu, co rok temu), pod osłoną skalnej formacji nazywanej „smokiem”. Namiot wykonano z kawałka żagla. Dawał schronienie i osłaniał przed wiatrem ognisko, przy którym można się było ogrzać i ugotować posiłek. Wiatr nadal przynosił słodkie i ciężkie zapachy krwi i rzezi, jednakże wszyscy zgodnie przyznawali, że na wyspie jest przyjemniej niż w dusznych kwaterach mieszkalnych na statku. Ogniska dymiły, ponieważ mężczyźni palili głównie żywicznymi gałęziami z gęstych zarośli oraz nielicznymi kawałkami drewna wyrzuconego przez morze na brzeg. Codziennie gotowano wątroby morskich niedźwiedzi. Althea wraz z innymi cieszyła się z odmiany w diecie.
W pewnym sensie dziewczyna była zadowolona ze swego nowego statusu. Pracowała teraz dla myśliwych i futrzarzy, miała zatem inne zadania niż reszta załogi „Żniwiarza”. Nie zazdrościła marynarzom ciężkiej pracy – musieli wtaczać pełne beczki na wzniesienie ponad skalistą plażą, a potem przenosić je z powrotem na statek, targać na pokład i ustawiać w ładowni. Była to monotonna, wyczerpująca harówka, która nie miała wiele wspólnego z żeglarstwem, a jednak żaden marynarz „Żniwiarza” nie mógł się od niej wymigać. Althea natomiast wypełniała polecenia myśliwych i futrzarzy: ostrzyła noże, wyjmowała strzały z martwych zwierząt, soliła i pakowała serca i ozory, rozkładała skóry, wcierała w nie sól, potrząsała nimi, zwijała i wiązała, pokrywała płaty mięsa solą i układała warstwami w beczkach. Skóra rąk na pewno popękałaby jej od krwi i soli, gdyby nie były pokryte zwierzęcym tłuszczem.
Utrzymywała się ładna pogoda, było wprawdzie wietrznie i zimno, lecz na szczęście nie padały deszcze, które mogłyby spowodować uszkodzenie zarówno skór, jak i mięsa. Potem, któregoś popołudnia chmury zakipiały na niebie, przesuwając się szybko od horyzontu ku wyspom. Zerwał się jeszcze silniejszy wiatr. Myśliwi nadal polowali, niemal nie zauważając zbierających się na horyzoncie wysokich i czarnych jak góry chmur. Dopiero gdy zaczął padać deszcz ze śniegiem, porzucili łowy i zaczęli gniewnie popędzać futrzarzy i pakowaczy, by kończyli pracę, zanim mięso, tłuszcz i skóry będą się nadawały jedynie do wyrzucenia. Althea nie miała pojęcia, w jaki sposób można się oprzeć burzy, ale uczyła się szybko. Oddarte od mięsa skóry zrolowano wraz z grubą warstwą soli. Wszyscy mężczyźni oddali się pracy futrzarzy, rzeźników i pakowaczy. Ona także otrzymała ostry, rzeźnicki nóż. Pochyliła się nad jeszcze ciepłym ścierwem i zaczęła je rozcinać od gardzieli do ogona.
W ostatnich dniach wystarczająco się napatrzyła, by zatracić wrażliwość, kiedy wszakże oddzielała mięso od grubej warstwy, przez chwilę czuła odrazę. Zwierzęce zwłoki pod jej rękoma były ciepłe i zwiotczałe, a gdy je rozcięła, poczuła powiew śmierci i padliny. Powoli się hartowała. Szerokie, płaskie ostrze rzeźnickiego noża łatwo wchodziło między tłuszcz i skórę, odkrawając je od mięsa. Drugą rękę Althea mocno zaciskała na miękkim futrze. Pierwszą skórę przedziurawiła w dwóch miejscach, ponieważ działała zbyt szybko. Potem się odprężyła i skupiła na pracy, toteż następną skórę udało jej się wyciąć ładnie i prosto. Miała wrażenie, że obiera jamailliańską pomarańczę i uświadomiła sobie, że wystarczy poczytać o budowie zwierzęcia, patrzeć, gdzie skóra jest gruba, a gdzie cienka, i sprawdzać obecność tłuszczu.
Przy czwartym zwierzęciu Althea nabrała pewności siebie. Zadanie nagle okazało się łatwe, a ona była w tym dobra! Przechodziła bardzo prędko od sprawionej przez siebie tuszy do kolejnych zwłok, a krew i smród padliny przestały budzić odrazę. Długi ruch przecinający skórę, szybkie jej zdjęcie, potem natychmiastowe patroszenie. Serce i wątrobę odcinała dwoma cięciami, a reszta wnętrzności odpadała od mięsa i skóry. Najmniej przyjemne wydawało jej się wycinanie ozora – musiała otworzyć niedźwiedzią paszczę, włożyć rękę do środka, schwycić ciągle jeszcze ciepły, mokry jęzor i odrąbać go od podniebienia. Kusiło ją, by go pominąć, wiedziała jednak, jak cennym jest przysmakiem.
W pewnym momencie uniosła głowę i rozejrzała się wokół siebie, patrząc przez zasłonę z kropel deszczu i płatków śniegu. Zimny deszcz smagał ją po plecach i ściekał na oczy, ale do tej pory nie zdawała sobie z tego sprawy. Nagle uprzytomniła sobie, że wszyscy pozostali rzeźnicy usiłują za nią nadążyć. Zostawiła za sobą szeroki szlak sprawionych zwłok. W oddali dostrzegła, że jeden z myśliwych podchodzi do oficera i bezceremonialnie wskazuje na nią. Zrozumiała, że jest tematem ich rozmowy. Pochyliła się nad kolejnym ścierwem i zabrała do pracy, mrugając, by usunąć z powiek krople deszczu, który zalewał jej twarz. Poczuła dumę. To była brudna, wstrętna i potwornie niewdzięczna robota, lecz Althea potrafiła wykonać ją dobrze. Od dawna nie była tak zadowolona z siebie i dopiero teraz zrozumiała, jak bardzo w ostatnich dniach brakowało jej samoakceptacji.
Nieco później nadeszła chwila, kiedy rozejrzała się wokół i nie dostrzegła żadnych niesprawionych zwłok. Wstała powoli i potrząsnęła obolałymi rękoma. Wytarła nóż o zakrwawione spodnie, a następnie wyciągnęła dłonie przed siebie, by lodowaty deszcz zmył z nich krew oraz kawałki tłuszczu i mięsa. Wytarła ręce o koszulę, potem odrzuciła z oczu wilgotne włosy. Obejrzała się na mężczyzn, którzy nadal pracowali. Ktoś przyturlał do Althei beczkę z solą, potem przyszedł drugi marynarz z pustą baryłką. Kiedy ten ostatni stanął obok niej, wymienili spojrzenia. To był Arogant. Uśmiechnęła się do niego.
– Dobra robota, prawda?
Starł krople deszczu z twarzy, później odparł cicho:
– Na twoim miejscu wolałbym nie przyciągać niczyjej uwagi. Twoje przebranie nie wytrzyma bliższej obserwacji.
Jego upomnienie ją zirytowało.
– Może jeśli się okażę wystarczająco dobra w tej pracy, nie będę potrzebowała przebrania.
W oczach Aroganta pojawiło się niedowierzanie i przerażenie. Otworzył w końcu beczkę z solą, dał Althei gestem do zrozumienia, żeby przystąpiła do solenia skór, i dodał:
– Jeśli te dwunożne stworzenia zaczną podejrzewać, że jesteś kobietą, wykorzystają cię, jeden po drugim. Będą obojętni bardziej niż podczas tej masakry. Nawet gdy cię uznają za świetnego futrzarza, nie znajdą powodu, by cię nie wykorzystać jako dziwki. Uznają, że skoro znalazłaś się wśród nich, przyzwalasz na takie traktowanie.
Wypowiedziane cichym, poważnym głosem stwierdzenie zmroziło Altheę bardziej niż lodowaty deszcz. W tonie Aroganta wyczuła pewność, wobec której czuła się bezradna. Odeszła więc pośpiesznie ku mężczyźnie z beczką, po czym wzięła się do solenia ozora i serca ostatniego sprawionego zwierzęcia. Podczas pracy trzymała głowę nisko, jak gdyby osłaniając oczy przed deszczem, i starała się o niczym nie myśleć. O niczym! Czuła, że gdyby się zastanowiła nad przeszłymi zdarzeniami, przeraziłaby się.
Kiedy wróciła do obozu, po raz pierwszy zrozumiała nazwę skały. W ukośnym, wieczornym świetle naprawdę przypominała straszliwego smoka. Althea nie dostrzegła tego przedtem, ponieważ nie spodziewała się, że stwór mógłby leżeć na plecach, trzymając przednie łapy kurczowo przyciśnięte do czarnej piersi, a skrzydła rozłożone na ziemi. Ogromne ciało wyginało się w agonii. Dziewczyna przystanęła na niskim pagórku i zapatrzyła się w „smoka”. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Kto wyrzeźbił coś takiego i dlaczego, u licha, obozowali obok tej straszliwej skały? Nagle nieznacznie zmieniło się światło przedzierających się przez zachmurzone niebo ostatnich promieni i zerodowana skała wypiętrzona na cienkiej glebie stała się już tylko osobliwie ukształtowanym głazem; jego płaszczyzny przypominały teraz jakieś bliżej nieokreślone, leżące zwierzę. Althea otworzyła usta i wypuściła powstrzymywane do tej chwili powietrze.
– Na pierwszy rzut oka mrozi krew w żyłach, co? – spytał stojący obok Grzywacz.
Słysząc jego głos, wzdrygnęła się.
– Trochę – przyznała, potem wzruszyła ramionami z chłopięcą nonszalancją. – A jednak to tylko skała.
Grzywacz obniżył głos.
– Taki jesteś tego pewien? Powinieneś mu się kiedyś wspiąć na pierś i przyjrzeć z bliska. Tamta część to przednie łapy... Wiedz, że zaciskają się kurczowo na drzewcach strzały czy też na tym, co z niej zostało. Tak, tak, chłopcze, to jest kadłub żywego smoka, pokonanego w czasach, gdy świat był bardzo młody. Gnije tu powoli od tamtego czasu.
– Smoki nie istnieją – oświadczyła drwiąco Althea.
– Doprawdy? Nie opowiadaj takich rzeczy ani mnie, ani żadnemu innemu żeglarzowi, który bywał przed laty w Królestwie Sześciu Księstw. Widywałem tam smoki, nie jednego i nie dwa. Całe ich stado przelatywało na moich oczach niczym gęsi. Były w rozmaitych jaskrawych kolorach i różniły się od siebie kształtem. Widziałem taki klucz nie raz, lecz dwa razy. Niektórzy mawiają, że to smoki sprowadziły do nas węże, ale to nieprawda. Podczas rejsu na południe widziałem węże już przed wieloma laty. Dziś jest ich znacznie więcej i lud zaczął wierzyć w ich istnienie. Zresztą, kiedy popływasz na tych wodach tak długo jak ja, dowiesz się o wielu sprawach, które istnieją, choć miało z nimi kontakt zaledwie parę osób.
Althea zaśmiała się sceptycznie.
– Proszę bardzo, Grzywaczu, możesz sobie ze mnie kpić. To bardzo śmieszne – odparowała.
– Przeklęty szczeniak! – zawołał mężczyzna, szczerze znieważony. – Nauczył się szybko obdzierać misia ze skóry i zaraz myśli, że pojadł wszystkie rozumy i może lepszym od siebie odpowiadać impertynenckim tonem. – Odwrócił się i wielkimi krokami zszedł z wzniesienia.
Althea ruszyła za nim powoli. Powiedziała sobie, że musi się nauczyć zachowywać bardziej naiwnie. Miała przecież udawać czternastolatka płynącego w swoją pierwszą podróż morską. Jeśli chciała, by Grzywacz pozostał po jej stronie, nie trzeba psuć mu zabawy, nawet gdy sobie z niej pokpiwał. Postanowiła, że następnym razem, kiedy stary wda się w morską opowieść, będzie bardziej otwarta i wysłucha go do końca. Warto mieć przyjaciela na pokładzie „Żniwiarza”.
***
Do swojego czwartego portu „Vivacia” dotarła w późnojesienny wieczór. Światło słoneczne, przedarłszy się przez chmury, padało z ukosa na miasto. Prawy stał na pokładzie dziobowym. Miał teraz obowiązkową wieczorną godzinę z „Vivacią”. Pochylił się nad relingiem obok niej i patrzył na białe wieże miasta przytulonego do maleńkiego portu. Chłopiec milczał, tak jak mu się to ostatnio często zdarzało, nie czuł się wszakże nieszczęśliwy. „Vivacia” błogosławiła Łagodnego całym sercem. Odkąd obdarzył Prawego przyjaźnią, chłopiec stał się bardziej towarzyski i lepiej mu się układało.
Nie wyglądał jeszcze na wesołego, lecz przynajmniej zyskał na pewności siebie i bardziej przypominał chłopca pokładowego. „Vivacia” pamiętała, że Łagodny od początku był śmiały, tryskał energią i miał skłonności do figli. Ilekroć znalazł chętną widownię, zmieniał się po prostu w pokładowego żartownisia. Teraz, gdy uzyskał status marynarza, nieco spoważniał. W porównaniu z nim Prawy straszliwie cierpiał i było widać, że nie ma serca do żeglarki. Ignorował albo niewłaściwie pojmował dowcipy marynarzy, a jego wieczne przygnębienie odpychało każdego, kto chciał się do niego zbliżyć. Teraz, kiedy zdarzało mu się reagować uśmiechem na kpiny pokładowych błaznów, łatwiej go akceptowano na statku. Marynarze chętniej udzielali mu porad lub ostrzegali, dzięki czemu nie popełniał błędów, które jeszcze bardziej by mu utrudniły życie. Z wolna osiągał maleńkie sukcesy i coraz szybciej się uczył. Po kilku pochwałach albo słowach uprzejmej, koleżeńskiej zachęty zaczął się czuć jak członek załogi. Niektórzy zauważali teraz, że jego łagodna natura i delikatny sposób bycia nie są objawami słabości. „Vivacia” coraz bardziej w niego wierzyła.
Spojrzała na niego. Czarne włosy wysunęły się z warkocza i przysłoniły mu oczy. Widok ten sprawił galionowi ból, ponieważ zobaczył w Prawym cień Ephrona Vestrita. Tak wyglądał późniejszy kapitan, gdy był w tym wieku. „Vivacia” odwróciła się i wyciągnęła rękę do swego małego przyjaciela.
– Podaj mi dłoń – powiedziała do niego cicho i o dziwo chłopiec jej posłuchał.
Wiedziała, że nie rozwiała się jeszcze jego podejrzliwość wobec niej, ponieważ młody kapłan nie miał pewności, czy jest ona dziełem Sa, czy też nim nie jest. Teraz wszakże, gdy Prawy wsunął świeżo zgrubiałą rękę w jej dłoń i galion zacisnął ogromne palce wokół jego palców, stali się nagle jednością.
Chłopiec popatrzył na miasto oczyma dziadka. Ephron kochał ten port i mieszkańców wyspy. Lśniące, białe iglice wież i kopuły miasta ogromnie zaskakiwały, gdy się wzięło pod uwagę niewielkie rozmiary tej osady. Najwięcej Kaj maran żyło pod zielonym okapem lasu. Ich domy były małe, zielone i niskie. Tutejsi ludzie nie uprawiali pól, nie mieli prywatnych terenów. Wszyscy bez wyjątku byli myśliwymi lub zajmowali się zbieractwem. Z miasta nie wychodziły żadne brukowane ulice, tylko kręte ścieżki odpowiednie dla pieszego ruchu i ręcznych wózków. Tubylcy wydawaliby się ludem bardzo prymitywnym, gdyby nie ich maleńka stolica na Wyspie Pazurzej. Nad tym miastem pracowali inżynierowie. W białym centrum nie postawiono więcej niż trzydzieści budynków (poza nimi jedynie mnóstwo kiosków na targowej ulicy oraz proste drewniane baraki, które stały frontem do nabrzeża i służyły kupcom), lecz każdy z nich był przykładem architektonicznego i rzeźbiarskiego cudu. Dziadek Prawego zawsze starał się znaleźć czas, by przespacerować się po marmurowym sercu miasta i przyjrzeć rzeźbionym twarzom bohaterów, przedstawiającym fragmenty legend fryzom oraz tukom, po których pięły się i wiły roślinne płaskorzeźby.
– Och, Sa, widzę to dzięki tobie, te polerowane marmury... Bez ciebie i jego... och, tak, rozumiem. Przypominają trochę moje witraże. Światło błyszczy w nich, podświetlając pracę wykonaną przez moje ręce. W nich naprawdę pięknie gra światło...
