Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Miasto Wolnego Handlu to centrum egzotycznego handlu, a także siedziba kupieckiej arystokracji słynącej ze swoich rzadkich i niezwykłych, wyrzeźbionych z czarodrzewu żaglowców, które w magiczny sposób, zmieniają się w żywe istoty. Powieść Carodziejski statek jest pierwszym tomem cyklu "Kupcy i ich żywostatki" opowiadającego o rozpaczliwej walce, jaką o czarodziejską "Vivacię" stoczy jedna z rodzin należących do grupy Pierwszych Kupców z pozbawionym skrupułów pirackim kapitanem. Walka to okrutna i desperacka, ale jej zwycięzca będzie kontrolował coś więcej niż tylko los i majątek jednej rodziny.
Cykl: Kupcy i ich żywostatki, t. 1. cz. 1
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Tczewie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 573
Rok wydania: 2007
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Robin Hobb
CZARODZIEJSKI STATEK
CZĘŚĆ 1: ŚRODEK LATA
Tłumaczenie Ewa Wojtczak
Wydawnictwo MAG
Warszawa 2007
Tytuł oryginału:
Ship of Magic. The Liveship Traders, Book 1
Copyright © 1998 by Robin Hobb
Copyright for the Polish translation
© 2007 by Wydawnictwo MAG
Redakcja:
Urszula Okrzeja
Korekta:
Joanna Figlewska
Ilustracja na okładce:
Stephen Youll
Projekt typograficzny, skład i łamanie:
Tomek Laisar Fruń
Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Jacek Olesiejuk
ul. Kolejowa 15/17, 01-217 Warszawa
tel./fax (22) 631-48-32, (22) 632-91-55, (22) 535-05-57
www.olesiejuk.pl,www.oramus.pl
ISBN 978-83-7480-044-0
Wydanie II
Wydawca:
Wydawnictwo MAG
ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa
tel./fax (0-22) 8134743
e-mail: [email protected]
http://www.mag.com.pl
PODZIĘKOWANIA
Autor pragnie podziękować Gale Zimmerman z „Software Alternatives” w Tacomie, stan Waszyngton za szybką i przepełnioną współczuciem pomoc w usunięciu wirusa komputerowego, który zjadł niemal całą tę powieść.
PROLOG. WĘŻOWISKO
Kieresz podniósł się gwałtownie z legowiska i dziko otrząsnął. W górę pofrunęła chmura maleńkich drobinek zmieszanej z piaskiem i błotem starej skóry, większe jej płaty opadły z węża niczym pozostałości snów po przebudzeniu. Długie, faliste ciało Kieresza powoli przybrało kształt ruchliwej pętli – stwór czochrał się, usiłując się pozbyć ostatnich skrawków starej powłoki. Gdy błotniste dno znieruchomiało, przywódca zlustrował wzrokiem dwa tuziny węży, które wygrzewały się wokół niego na przyjemnie szorstkiej ziemi. Potrząsnął wielką grzywiastą głową, a potem się przeciągnął, wyprężając wszystkie mięśnie ogromnego ciała.
– Czas – oświadczył głębokim, gardłowym głosem. – Nadszedł już czas.
Towarzysze Kieresza bacznie się w niego wpatrywali wielkimi zielonozłotomiedzianymi oczami.
– Dlaczego? – zapytała w imieniu całej grupy Szarpia. – Woda jest tu ciepła, jedzenie łatwe do zdobycia. Zima nie nadejdzie jeszcze przez sto lat. Dlaczego musimy stąd odejść?
Kieresz przez chwilę wił się spokojnie. Świeżo odkryte łuski błyskały olśniewająco w nasyconym błękitem słonecznym świetle, zwłaszcza wypolerowane długim muskaniem złote oka, biegnące przez całe ciało i nadające przywódcy wygląd starożytnego stworzenia. Potrafił sobie przypomnieć niektóre sprawy, sprawy z odległej przeszłości. Pamiętał je, niestety, nie do końca wyraźnie i nie zawsze układały się w logiczną całość. Jak wielu spośród tych, którzy rozumieli swoje czasy oraz posiadali wiedzę o wcześniejszych żywotach, Kieresz często bywał roztargniony i chaotyczny
Potrząsał grzywą tak długo, aż opary własnej paraliżującej trucizny stworzyły bladą poświatę wokół jego głowy. Połknął toksynę, po czym z rykiem wypuścił ją przez skrzela.
– Bo teraz nadeszła pora! – powiedział z uporem.
Pośpiesznie oddalił się od pozostałych, wystrzelił na powierzchnię, wznosząc się precyzyjniej i szybciej niż wodne pęcherzyki. Wysoko nad kłębowiskiem przebił górną granicę i wyskoczył na krótko w wielki Kraj Niedostatku, po czym ponownie zanurkował. Szaleńczo pływał wokół swoich towarzyszy, w milczeniu zataczając szybkie kręgi.
– Niektóre wężowiska już odpłynęły – oświadczyła Szarpia w zadumie. – Nie wszystkie, nawet nie większość, lecz wystarczająco wiele, byśmy dostrzegli ich brak, kiedy podnieśliśmy się w Kraj Niedostatku, by zaśpiewać. Może rzeczywiście nadeszła pora.
Sessurea umościł się wygodniej w błocie.
– A może wcale nie nadeszła – zauważył leniwie. – Sądzę, że powinniśmy poczekać, aż wyruszy wężowisko Kasztana. Kasztan jest... bardziej wiarygodny od Kieresza.
Leżąca obok niego Szarpia dźwignęła się nagle z błota. Połyskujący szkarłat jej nowej skóry wyglądał niesamowicie. Kasztanowate strzępy ciągle jeszcze zwisały z jej ciała. Oderwała wielki płat, przełknęła go i dopiero wtedy się odezwała.
– Skoro nie ufasz słowom Kieresza, może powinieneś się przyłączyć do Kasztana. W każdym razie ja podążam na północ za naszym przywódcą. Lepiej wyruszyć w pośpiechu niż za późno. Może warto wybrać się w drogę wcześniej, zamiast płynąć wraz z dziesiątkami innych wężowisk, tocząc z nimi walkę o pożywienie. – Poruszyła się wdzięcznie, układając ciało w węzeł i ścierając ostatnie fragmenty starej skóry. Potrząsnęła grzywą, potem odrzuciła głowę w tył. Jej przeraźliwy ryk wzburzył wodę. – Idę, Kiereszu! Podążę za tobą!
Podniosła się i przyłączyła do przywódcy, który nadal krążył w górze w wężowym tańcu. Pozostałe wielkie węże jeden po drugim, uwolniły długie ciała z przywierającego Wota i starej skóry.
Wszyscy, nawet Sessurea, wstali z głębin i zaczęli krążyć w ciepłej wodzie tuż pod powałą Krainy Obfitości, łącząc się w rytualnym tańcu. Podążą zatem na północ, z powrotem do wód, z których przybyli już tak dawno temu, że jedynie bardzo nieliczni zatrzymali wspomnienie tamtych wydarzeń.
ROZDZIAŁ 1. O PIRATACH I KAPŁANACH
Bystry szedł brzegiem, nie zważając na słone fale, które obmywały mu buty, lizały piaszczystą plażę i zalewały ślady stóp. Nie odrywał wzroku od nierównego pasa wyrzuconych przez wodę wodorostów, muszli i pniaków. Zaczął się odpływ i każda kolejna przykrywająca ląd fala była krótsza od poprzedniej. Kiedy słona woda się cofnie, na ciemnym piasku pojawią się starte fragmenty iłołupku i kępy wodorostów, które teraz jeszcze kryły się pod falami.
Po drugiej stronie Wyspy Innego Ludu, w Zatoce Omamów, kotwiczył dwumasztowy żaglowiec Bystrego, „Marietta”. Kapitan przywiódł go tam, gdy poranne wiatry przegnały z nieba ostatnie ślady burzy. Trwał jeszcze wtedy przypływ i ostre skały słynnej zatoczki niechętnie wyłaniały się spod spienionej zielonej piany. Ze statku Bystry i Gankis przypłynęli na gigu, przemknąwszy między pokrytymi pąklami skałami. Wysiedli na maleńkim półksiężycu ciemnej piaszczystej plaży, która całkowicie znikała, kiedy burzowe wiatry pędziły na nią ogromne fale. W górze majaczyły łupkowe klify, a rośliny zimozielone – tak ciemne, że wydawały się niemal czarne – chyliły się niepewnie, stawiając opór dominującym wiatrom. Nawet Bystremu, człowiekowi o stalowych nerwach, wspinaczka skojarzyła się z wkraczaniem w paszczę potwora. Bystry i Gankis zostawili chłopca pokładowego imieniem Opal na straży przy gigu, ponieważ niestrzeżonym statkom i łodziom w Zatoce Omamów często przytrafiały się dziwaczne i nieszczęśliwe wypadki.
Gdy kapitan rozkazywał Gankisowi pójść ze sobą, kątem oka dostrzegł paniczny strach w oczach pozostawianego przy wyciągniętej na brzeg łódce chłopca. Bystry i Opal wymienili spojrzenia, po czym kapitan zagapił się przez ramię na zalesione szczyty klifów, wreszcie wpatrzył się niespokojnie w miejsce postoju „Marietty”. Statek naprężał się na kotwicach, jakby pragnął dać się porwać nurtowi pędzącemu obok ujścia zatoczki.
O niebezpieczeństwach zagrażających odwiedzającym tę wyspę krążyły już legendy. Nie chodziło jedynie o „wrogie nastawienie” najlepszego kotwicowiska na wyspie ani o niesamowite wypadki, które przytrafiały się tu statkom i ich pasażerom. Całą wyspę chroniła osobliwa magia Innego Ludu. Bystry poczuł jej działanie natychmiast, gdy wraz z Gankisem ruszyli ścieżką prowadzącą z Zatoki Omamów na Plażę Skarbów. Jak na tak rzadko używaną trasę, czarny żużel był cudownie oczyszczony z opadłych liści i wszędobylskiego zielska. Na rosnące wokół idących, obciążone kryształowymi kropelkami liście paproci, kapały z drzew spóźnione krople deszczu, pozostałe po zeszłonocnej burzy. Powietrze było chłodne i rześkie. Jaskrawobarwne kwiaty – najniższe dorównywały wysokością człowiekowi – płonęły na tle półmroku zacienionego leśnego poszycia. Ponętne zapachy tych kwiatów unosiły się w porannym powietrzu, nakłaniając ludzi do porzucenia własnych poszukiwań i penetracji ich świata. Zdecydowanie mniej przyjazne wydawały się połyskujące pomarańczowe grzyby, które porastały pnie wielu drzew. Ich szokująca barwa przywodziła Bystremu na myśl głód pasożytów. Ścieżkę przecinała – podobnie jak paprocie, obwieszona delikatnymi kropelkami – pajęcza sieć, zmuszając wędrowców do schylenia się. Pająk, który siedział na brzegu splotu, był równie intensywnie pomarańczowy jak grzyby i prawie tak duży jak dziecięca pięść. W pajęczynie tkwiła uwięziona zielona rzekotka, szarpiąc się z lepkimi pasmami; pająk wszakże nie okazywał śladu zainteresowania. Przerażony Gankis cicho jęknął, przycupnąwszy, by przejść pod siecią.
Ścieżka prowadziła przez sam środek królestwa Innego Ludu. Właśnie w tym miejscu można było przekroczyć mgliste granice i zapuścić się na ich terytorium, jeśli tylko ktoś ośmieliłby się zboczyć z dobrze oznaczonej, wydeptanej przez ludzi ścieżki i wejść do lasu z zamiarem odszukania rdzennych mieszkańców wyspy. Jak głosiły opowieści, w czasach starożytnych do tej krainy przybywali bohaterowie, którzy z rozmysłem porzucali ścieżkę i wyruszali w głąb lasu, by rzucić wyzwanie przebywającym w swoich kryjówkach przedstawicielom Innego Ludu, szukać ich uwięzionej w jaskini mądrej bogini albo żądać różnych darów – takich jak zapewniające niewidzialność płaszcze czy też szable, w ostrzach których mieszkają płomienie i które potrafią przeciąć każdą tarczę. Bardowie, którzy ośmielili się przejść tę drogę, po powrocie do swych ojczyzn zadziwiali wszystkich głosem o mocy zdolnej strzaskać bębenek ludzkiego ucha albo umiejętnością topienia serc słuchaczy. Powszechnie znano starożytną opowieść o Kavenie Kruczowłosym, który spędził wśród Innego Ludu pół setki lat, aż wreszcie powrócił niemal niezmieniony, jak gdyby nie minął dla niego nawet jeden dzień, tyle że z włosami koloru złota, oczyma jak czerwone węgle i prawdziwymi pieśniami, opowiadającymi zawiłymi rymami o przyszłości.
Na tę myśl Bystry aż parsknął. Wszyscy znali owe starożytne bajania, on sam jednak nie słyszał o nikim, kto – za jego życia – odważyłby się opuścić ścieżkę. Jeśli istniał taki człowiek, nie opowiedział nikomu o swej przygodzie. Może nigdy nie wrócił, by chełpić się brawurą.
Pirat porzucił próżne rozważania. Przecież nie przybył na wyspę, by schodzić ze ścieżki, ale by pójść nią do samego końca. Wszyscy wiedzieli, co tam można znaleźć.
Schodził krętą żużlową dróżką, która wiła się wśród zalesionych wzgórz wnętrza wyspy, aż dotarł na trawiasty płaskowyż, otaczający rozległy łuk otwartej plaży. Tak wyglądał przeciwległy brzeg tej maleńkiej wysepki. Zgodnie z legendą, następnym portem dla kotwiczącego w tym miejscu statku mogło być jedynie piekło. Młody kapitan nie znalazł nigdzie ani jednej notatki o żadnym statku, który ośmieliłby się zakwestionować tę plotkę. Jeśli jakiś spróbował, informacja o jego zuchwałym postępku nie ujrzała światła dziennego.
Niebo miało barwę czystego, radosnego błękitu, z którego ostatniej nocy burza usunęła resztki chmur. Długą krzywiznę kamienno-piaszczystego brzegu przerywał jedynie słodkowodny strumień, spływający z wysokiej trawiastej skarpy; wił się po piasku, ostatecznie znikając w morzu. W oddali wznosiły się wyższe klify z czarnego iłołupku, otaczając wianuszkiem daleki kraniec półksiężycowego nadbrzeża. Jedna łupkowa skała w kształcie krzywej zębatej wieży sterczała samotnie nad niewielką plażą, ciągnącą się za regularnym pasem klifów. Przez wyłom w skałach można było dostrzec skrawek błękitnego nieba i niespokojne morze.
– Ostatniej nocy mieliśmy silny wiatr i wysokie fale przybrzeżne, panie. Niektórzy mawiają, że jeśli się chce wędrować po Plaży Skarbów, najlepiej pójść trawiastymi wydmami, o tam, wyżej... Mówią też, że po silnej burzy fale wyrzucają na brzeg różne rzeczy... tak kruche, że powinny się do szczętu roztrzaskać o skały, a jednak skarby mięciutko lądują na turzycy, tam na górze. – Gankis urywanym głosem wysapywał słowa, usiłując dotrzymać kroku swemu kapitanowi. By nadążyć za wysokim piratem, musiał nieźle przebierać nogami. – Mój wuj... a ściśle rzecz biorąc, mąż mojej ciotki, czyli matki mojej siostry... twierdził, że zna człowieka, który znalazł na górze małe drewniane pudełko, połyskliwie czarne i całe pomalowane w kwiaty. W środku znajdowała się maleńka szklana statuetka kobiety ze skrzydłami motyla. Nie było to szkło przezroczyste, nie, nie... i barwy skrzydeł wręcz wirowały w szkle. – Gankis przerwał opowieść i nieco pochylił głowę, patrząc ostrożnie na Bystrego. – Chciałbyś, panie, wiedzieć, co to oznaczało według Innego? – zapytał cicho.
Kapitan zatrzymał się i trącił butem fałdę mokrego piasku. Błysk złota. Pochylił się niedbale i zaczepił palcem o delikatny złoty łańcuszek. Kiedy pociągnął, z piaszczystej kryjówki wyskoczył medalionik. Bystry wytarł go do czysta o płócienne spodnie, a następnie z wprawą zajął się maleńkim zatrzaskiem. Wreszcie złote połówki się rozwarły. Morska woda wdarła się wprawdzie do środka, ale sportretowana twarz młodej kobiety ciągle uśmiechała się do pirata. Oczy promieniały wesołością, ale jakby nieco trwożliwie strofowały znalazcę. Mężczyzna chrząknął, po czym wepchnął medalionik do kieszeni brokatowej kamizelki.
– Kapitanie, wiem, że nie pozwolą panu go zatrzymać. Nikt nie może niczego zabrać z Plaży Skarbów – zauważył ostrożnie Gankis.
– Czyżby? – zapytał drwiąco Bystry.
Umyślnie mówił rozbawionym tonem, obserwując zakłopotanie starca, który nie wiedział, czy pirat sobie z niego kpi, czy też mu grozi. Gankis przestąpił z nogi na nogę, mimowolnie odsuwając się poza zasięg pięści kapitana.
– Tak mówią wszyscy, panie – odparł z wahaniem. – Że nikt nie zabiera do domu tego, co znajduje na Plaży Skarbów. Wiem na pewno, że przyjaciel mojego wuja nie zabrał. Gdy Inny obejrzał znalezisko i przepowiedział mu z niego los, przyjaciel wuja zszedł za tubylcem na plażę do skalnego klifu. Prawdopodobnie tego. – Gankis wskazał ręką odległe łupkowe urwiska. – Na jego powierzchni były tysiące małych dziur, które pan nazywa...
– Niszami – wtrącił Bystry znudzonym głosem. – Nazywam je niszami, Gankisie. Powinieneś trochę popracować nad językiem swojej matki.
– Tak, panie, to nisze. W każdej znajdował się skarb, tylko nieliczne były puste. Przedstawiciel Innego Ludu pozwolił temu człowiekowi przejść wzdłuż klifowej ściany i obejrzeć wszystkie skarby. Były tam rzeczy, panie, jakich sobie nawet nie potrafisz wyobrazić. Porcelanowe filiżanki wykończone fantazyjnymi pączkami róż, obrzeżone klejnotami złote puchary do wina, jaskrawo pomalowane małe drewniane zabawki i, och, panie, setki równie niewyobrażalnych przedmiotów, a każdy w osobnej niszy. I nagle przyjaciel mojego wuja zobaczył pustą niszę odpowiedniego rozmiaru i kształtu, po czym włożył do niej kobietę-motyla. Powiedział, że nigdy przedtem nie czuł się taki uczciwy, jak wtedy, gdy odkładał na miejsce ten maleńki skarb. Zostawił go tam, opuścił wyspę i wrócił do domu.
Bystry odchrząknął. W tym jednym dźwięku zawarł większą dawkę pogardy i lekceważenia, niż większość ludzi potrafiłaby skupić w całym potoku złorzeczeń. Gankis rozejrzał się lękliwie, po czym spuścił wzrok.
– On to powiedział, panie, nie ja. – Szarpnął pas podtrzymujący jego zniszczone spodnie, a potem dodał niechętnie: – Ten człowiek żyje trochę jakby w świecie snów. Przekazuje świątyni Sa jedną siódmą wszystkiego, co zarobi, a poza tym w służbę Sa oddał dwoje swoich najstarszych dzieci. Ci ludzie nie myślą w taki sposób jak my, panie.
– O ile ty w ogóle myślisz, Gankisie – skomentował jego słowa kapitan. Spojrzał w dal wzdłuż brzegu, lekko mrużąc jasne oczy, oślepiło go bowiem poranne słońce odbite od poruszających się fal. – Idź zatem na te swoje turzycowe klify, przejdź się nimi i przynieś mi to, co tam znajdziesz.
– Tak, panie.
Stary pirat odszedł ciężkim krokiem. Tylko raz odwrócił się i posłał swemu młodemu kapitanowi smutne spojrzenie. Potem wspiął się zwinnie po wąskiej skarpie na porośnięty gęstą trawą płaskowyż, który górował nad plażą, i podążył wzdłuż niego. Oczy Gankisa pilnie badały rozciągający się przed nim teren. Prawie natychmiast coś dostrzegł. Podbiegł do znaleziska i chwycił przedmiot, który zalśnił w słońcu. Wreszcie podniósł skarb pod światło i przyjrzał mu się, a wówczas na jego pokiereszowanej twarzy pojawiła się radość.
– Panie, panie, powinieneś zobaczyć, co znalazłem! – zawołał.
– Może byłbym w stanie, gdybyś mi to przyniósł, jak ci rozkazałem – zauważył rozdrażniony Bystry.
Jak pies wezwany przez swego właściciela, Gankis wrócił do kapitana. Brązowe oczy starego pirata lśniły młodzieńczymi iskierkami, obie ręce zaciskały się kurczowo na znalezisku. Zeskoczył lekko z niemal dwumetrowego uskoku na plażę i zaczął biec; jego pantofle grzęzły w piasku. Gdy Bystry patrzył na pędzącego Gankisa, jego czoło zmarszczyło się na moment. Chociaż staremu wiarusowi często zdarzało się płaszczyć przed swoim kapitanem, był równie nieskłonny do dzielenia się z nim łupami jak każdy inny pirat. Bystry nie oczekiwał zatem, że z ochotą przyniesie mu to, co znajdzie na trawiastej skarpie. W gruncie rzeczy, podejrzewał raczej, że na koniec spaceru będzie musiał przeszukać starca i odebrać mu skarby. Widząc, jak Gankis śpieszy ku niemu z rozpromienioną twarzą, jak gdyby był wiejskim kmiotkiem niosącym bukiet ukochanej dojarce, Bystry szczerze się zaniepokoił.
Mimo to przybrał swój zwyczajowy sardoniczny uśmiech, nie pozwalając, by wyraz twarzy zdradził jego myśli. Była to pieczołowicie wyćwiczona mina, która przywodziła na myśl leniwy wdzięk polującego kota. Przy czym nie szło wcale o to, że jego imponujący wzrost pozwalał mu patrzeć na starego marynarza z góry. Przypatrując się z rozbawieniem swoim ludziom, sugerował im, że niczym go nie zaskoczą. Chciał, by piraci sądzili, że Bystry umie przewidzieć nie tylko każdy ich ruch, ale także odczytać myśli. Tak nastawiona załoga wierzy zapewne, że kapitan potrafi natychmiast odkryć zamysł ewentualnego buntu; z pewnością nikomu się do niego nie pali.
Zachował więc typową dla siebie minę, kiedy Gankis biegł ku niemu po piasku. Co więcej, nie od razu wziął skarb, ale zmusił mężczyznę do wyciągnięcia ręki, podczas gdy sam patrzył na to z nieskrywaną wesołością.
Jednak gdy tylko zobaczył przyniesiony przedmiot, musiał z całych sił nad sobą zapanować, aby nie wyrwać go natychmiast z dłoni starca. Nigdy nie widział tak pomysłowo wykutej zabawki. Była to szklana bańka, absolutnie idealna kula, której powierzchni nie szpeciła ani jedna rysa. Szkło miało bardzo delikatny błękitny odcień, nie zaćmiewał on wszakże znajdującego się w środku cudu: trzech maleńkich figurynek; każda stała w innej pozie na maleńkiej scenie. Figurki miały pomalowane twarze i były ze sobą połączone, toteż gdy Gankis przesunął w rękach kulę, zaczęły się poruszać. Jedna wykonywała piruet, druga serię skoków przez przeszkodę, a trzecia poruszała głową w rytmie ruchów pozostałych. Można było odnieść wrażenie, że wszystkie trzy słyszały i odpowiadały na wesołą muzyczkę, którą ktoś uwięził wraz z nimi w kuli.
Bystry pozwolił, by Gankis dwukrotnie zademonstrował mu ruchy figurek. Potem bez słowa, lecz pełnym gracji gestem wyciągnął ku niemu rękę, a wtedy stary marynarz włożył mu skarb w dłoń. Bystry nie przestawał się wesoło uśmiechać, kiedy po raz pierwszy podniósł kulę do światła słonecznego i poruszył nią, by nakłonić figurki do tańca. Kula była tak mała, że nawet nie wypełniała jego dłoni.
– Dziecięce cacko – mruknął wyniośle.
– Tak, gdyby to dziecko było najbogatszym księciem na świecie – ośmielił się zauważyć Gankis. – Ta rzecz jest, panie, zbyt krucha, żeby dawać ją do zabawy dziecku. Upuściłoby ją natychmiast...
– A jednak kula przetrwała skoki na sztormowych falach, a później morze cisnęło ją na plażę – zauważył z wystudiowanym dobrym humorem Bystry.
– To prawda, panie, szczera prawda, ale jesteśmy przecież na Plaży Skarbów. Słyszałem, że niemal wszystko, co tu wyrzuca morze, jest nienaruszone. To część związanej z tym miejscem magii.
– Magia. – Bystry uśmiechnął się jeszcze szerzej i schował kulę do obszernej kieszeni indygowego kaftana. – Zatem wierzysz, że twa magia ciska tego typu błyskotki na brzeg?
– A cóż innego, kapitanie? Wedle wszelkich praw taką szklaną bańkę powinno rozbić na drobne kawałki byle uderzenie, a przynajmniej powierzchnię musiałby porysować piasek. Tymczasem ona wygląda, jak gdyby właśnie opuściła sklep jubilerski.
Bystry ze smutkiem pokręcił głową.
– Magia? Nie, Gankisie, nie ma w tym więcej magii niż w kipieli na Płyciznach Ortea albo w Korzennym Prądzie, który pomaga żaglowcom dotrzeć do wyspy, ale szydzi z nich przez całą drogę powrotną. To tylko sztuczka wiatru, nurtu i pływów, nic więcej. A opinia, że każdy statek, który spróbuje zakotwiczyć po drugiej stronie tej wyspy, przed następnym przypływem osiądzie na mieliźnie i się roztrzaska, to zwykły przesąd.
– Tak, panie – zgodził się z szacunkiem, chociaż bez przekonania Gankis.
Wbił wzrok w kieszeń, do której kapitan Bystry włożył szklaną kulę. Uśmiech młodego pirata nieco przygasł.
– No i? Nie kręć się tutaj. Wracaj na górę, ruszaj skarpą, a może znajdziesz coś jeszcze.
– Robi się, panie – powtórzył stary.
Rzucił ostatnie, pełne żalu spojrzenie na kieszeń kapitana, a potem odwrócił się i pośpieszył z powrotem na skarpę. Bystry wsunął rękę do kieszeni i pieścił gładkie zimne szkło, dalej spacerując po plaży. W górze podążały za nim mewy. Ślizgały się powoli na wietrze, śledząc cofające się fale w poszukiwaniu smacznych kąsków. Młody pirat nie przyśpieszył, choć przez cały czas pamiętał, że po drugiej stronie wyspy jego statek oczekuje go na zdradliwych wodach. Tak jak nakazywała tradycja, przeszedł całą długość wyspy, lecz nie zamierzał się ociągać, gdy już usłyszy wróżbę istoty z Innego Ludu. Wiedział również, że nie zostawi znalezionych tu skarbów. Myśl ta rozciągnęła mu usta w szeroki, szczery uśmiech.
Bystry wyjął z kieszeni rękę i lekko dotknął nadgarstka drugiej. Koronkowy mankiet białej jedwabnej koszuli skrywał cienki podwójny rzemień z czarnej skóry, który ciasno łączył z nadgarstkiem małą drewnianą ozdóbkę. Ornament miał kształt wyrzeźbionego oblicza, przeszytego przy brwi i dolnej szczęce, by twarz mocno tuliła się do nadgarstka, tuż nad tętnem. Początkowo talizman miał czarny kolor, ale obecnie większość barwnika już się starła. Rysy twarzy ciągle pozostawały wyraźne: maleńkie szydercze oblicze, wyrzeźbione z niesłychaną dokładnością. Za jego wykonanie Bystry zapłacił ogromną sumę. Nie każdy wszak umiał rzeźbić w czarodrzewie, mimo że wielu potrafiło ukraść odpowiedni materiał.
Kapitan dobrze pamiętał rzemieślnika, który stworzył dla niego maleńki amulet. Pirat siedział przez długie godziny w pracowni mężczyzny, oblewało go chłodne światło poranka, podczas gdy artysta pracowicie obrabiał twarde jak żelazo drewno, starając się odzwierciedlić rysy swego modela. Nie rozmawiali. Artysta mówić nie mógł, kapitan nie miał ochoty. Do koncentracji rzeźbiarz potrzebował absolutnej ciszy, ponieważ pracował nie tylko nad drewnem, ale powoływał też do życia czary, które nakazywały talizmanowi chronić właściciela przed urokami. Zresztą Bystry i tak nie miał mężczyźnie nic do powiedzenia. Zapłacił mu olbrzymią zaliczkę kilka miesięcy wcześniej, potem czekał, aż artysta przyśle mu posłańca z informacją, że zdobył nieco drogocennego i zazdrośnie strzeżonego drewna. Początkowo kapitan niemal się obraził, ponieważ artysta ciągle żądał więcej pieniędzy, zanim będzie mógł zacząć rzeźbienie i czary. Potem Bystry tylko się uśmiechał swoim nieznacznym sardonicznym uśmieszkiem i kładł na wadze monety, klejnoty, srebrne i złote łańcuchy, aż artysta skinął głową, zgadzając się na cenę. Jak wielu nielegalnych handlarzy z Miasta Wolnego Handlu, rzemieślnik już dawno temu usunął sobie język, gwarantując tym samym utrzymanie w tajemnicy nazwisk swoich klientów. Mimo że Bystry nie był przekonany co do skuteczności takiego okaleczenia, doceniał poświęcenie mężczyzny. Kiedy artysta skończył pracę i osobiście przymocował ozdobę do nadgarstka kapitana, przez chwilę chciwie dotykał swego dzieła koniuszkami palców i kiwał głową, całkowicie usatysfakcjonowany własną zręcznością.
A później Bystry go zabił. To była jedyna sensowna decyzja, a pirat był człowiekiem niezwykle praktycznym. Przy okazji odebrał dodatkową zapłatę, jakiej w ostatniej chwili zażądał artysta. Bystry nie cenił ludzi, którzy nie honorowali wcześniej ustalonych kwot. Ale nie z tego powodu zabił mężczyznę. Zrobił to, by nie wydał się jego sekret. Gdyby któryś z marynarzy się dowiedział, że ich kapitan nosi talizman przeciw urokom, uff, wówczas mogliby uwierzyć, że Bystry się ich obawia. Nie mógł pozwolić, by załoga podejrzewała go o strach. Jego szczęście było wszak legendarne. Wszyscy mężczyźni, którzy służyli pod jego dowództwem, wierzyli w nie, i to nawet bardziej niż sam Bystry. Dlatego za nim poszli. Nie powinno im nawet, przemknąć przez głowę, że ich kapitan obawia się czegoś, co mogłoby zagrozić temu szczęściu.
Teraz, rok po zabiciu artysty, Bystry zastanawiał się, czy zabójstwo nie zaszkodziło w jakiś sposób talizmanowi, który nadal był martwy. Kiedy pirat spytał po raz pierwszy rzeźbiarza, po jak długim czasie amulet ożyje, mężczyzna wzruszył wymownie ramionami i znacząco machnąwszy ręką, zasugerował, że ani on, ani żaden inny człowiek nie jest w stanie przewidzieć terminu. Przez mniej więcej rok kapitan spokojnie czekał na ożywienie talizmanu, chcąc się upewnić, że czary zaczęły działać. Dłużej nie mógł już jednak czekać. Instynktownie wiedział, że nadeszła odpowiednia pora na odwiedzenie Plaży Skarbów i sprawdzenie, jaki los wyrzucił dla niego na brzeg ocean. Nie chciał już biernie czekać na przebudzenie się talizmanu i postanowił zaryzykować. Raz jeszcze musiał zaufać swemu szczęściu, które jak dotąd nigdy go jeszcze nie zawiodło. Coś go przecież chroniło tego dnia, gdy był zmuszony zabić artystę, nieprawdaż? Rzemieślnik odwrócił się wtedy nieoczekiwanie i dostrzegł, że Bystry wyciąga szablę. Gdyby mężczyzna miał język, wrzaskiem zniweczyłby zamiary zabójcy.
Gwałtownie odpędził myśli związane z artystą. Nie było czasu na próżne rozpamiętywanie. Nie przybył przecież na Plażę Skarbów, aby powrócić do przeszłości, ale by znaleźć skarb, który uchroni go w przyszłości.
Wpatrzył się w falujący brzeg i ruszył wzdłuż plaży. Nie zwracał uwagi na połyskujące muszle, szczypce krabów, sploty wyrwanych z korzeniami wodorostów oraz przeróżnej wielkości kawałki wyrzuconego przez fale drewna. Bladobłękitne oczy młodego pirata wypatrywały tylko pięknych nieuszkodzonych przedmiotów. Niebawem jego wysiłki zostały nagrodzone. W małej poobijanej drewnianej skrzynce znalazł komplet filiżanek. Ani przez chwilę nie zaprzątał sobie głowy myślami o twórcach i użytkownikach tych cacuszek. Filiżanek było dwanaście i zrobiono je z wydrążonych końców ptasich kości. Każdą filiżankę zdobił maleńki niebieski obrazek, wykonany niezwykle subtelną kreską, toteż Bystry odniósł wrażenie, że rzemieślnik, który je ozdabiał, zamiast pędzelka używał do malowania jednego włoska. Cały komplet wyglądał na mocno zużyty. Błękitne obrazki już wyblakły, toteż nie sposób było odgadnąć, co przedstawiały, a rzeźbione kościane uszka bardzo ścieniały od długotrwałego używania. Kapitan wsunął skrzyneczkę pod pachę i powędrował dalej.
Szedł przed siebie wielkimi krokami. Nad jego głową świeciło słońce, w oczy wiał wiatr, wytworne buty pirata pozostawiały na mokrym piasku wyraźne ślady. Co jakiś czas Bystry podnosił wzrok i jakby od niechcenia, ale w gruncie rzeczy badawczo obserwował całą plażę. Na jego twarzy nie było widać ani śladu emocji i oczekiwań związanych z poszukiwaniem. W pewnej chwili, gdy spojrzał na piasek, zauważył maleńkie cedrowe pudełko. Drewno wygięło się od słonej wody, więc, aby otworzyć szkatułkę, kapitan musiał uderzać nią o skałę. W środku znajdowały się paznokcie, wykonane z kosztownej masy perłowej. Niewielkimi szczypczykami można by je umieścić na naturalnych paznokciach. W koniuszku każdej perłowej płytki Bystry dostrzegł maleńki otwór, prawdopodobnie na truciznę. Paznokci było dwanaście. Pirat włożył je do drugiej kieszeni. Kiedy szedł, grzechotały i klekotały, obijając się o siebie.
Zupełnie nie przejmował się faktem, że owe znaleziska z pewnością nie zostały wykonane przez człowieka ani też zaprojektowane dla jego użytku. Chociaż Bystry wcześniej kpił z wiary Gankisa w istnienie magii na tej plaży, znał powszechnie panujące przekonanie, że na skalne wybrzeże docierają fale nie tylko tego oceanu. Statki, których nieroztropni kapitanowie decydowali się zakotwiczyć podczas sztormu w pobliżu wyspy, często znikały, nie zostawiając po sobie nawet jednej drzazgi. Starzy żeglarze mawiali, że przepadają one bez śladu z naszego świata, przeniesione na morza innego. A Bystry nie wątpił w istnienie innego świata. Spojrzał na bezchmurne błękitne niebo. Wiatr wiał dość mocno, ale młody pirat wierzył, że ładna pogoda utrzyma się przynajmniej na tyle długo, by zdążył przejść Plażę Skarbów. Gdy dotarł na jej kraniec, zawrócił i powędrował z powrotem na przeciwną stronę wyspy do Zatoki Omamów, gdzie na kotwicy czekał jego statek. Bystry ufał, że i tym razem szczęście go nie opuści.
Po chwili dostrzegł kolejne, najbardziej niepokojące z dotychczasowych, znalezisko. Była to na wpół zagrzebana w mokrym piasku sakwa, zszyta z kawałków czerwonej i niebieskiej skóry. Skóra była mocna, a sakwa wyglądała solidnie. Morska woda rozmoczyła ją i poplamiła, w niektórych miejscach kolory się rozmyły. Sól spowodowała blokadę mosiężnych sprzączek, służących jako zamknięcie sakwy, i usztywniła skórzane rzemienie. Bystry rozciął nożem szew i ujrzał miot kociąt, o idealnych kształtach, z długimi pazurami i opalizującymi łatkami za uszami. Było ich sześć, wszystkie martwe. Tłumiąc niesmak, podniósł najmniejszego kociaka. Odwrócił w rękach pozbawione życia ciałko. Zwierzątko miało niebieskie futerko, w odcieniu głębokiego barwinkowego błękitu, oraz oczka o różowych powiekach. Było maleńkie. Bardzo maleńkie. A także nasiąknięte wodą, zimne i odrażające. Jedno mokre ucho stworzonka zdobił rubinowy kolczyk, który wyglądał jak tłusty kleszcz. Bystry miał ochotę po prostu wyrzucić zwłoki. Śmieszne! Wyszarpnął z ucha kolczyk i wrzucił go do kieszeni. Potem, pod wpływem zupełnie irracjonalnego impulsu włożył małe niebieskie ciałka do sakwy, zostawił ją na brzegu i ruszył w dalszą drogę.
***
Poczuł ekscytację połączoną z prawie religijnym uniesieniem. Drzewo. Kora i sok, zapach lasu i unoszące się nad głową liście. Drzewo. Ale również gleba i woda, powietrze i światło, wszystkie te elementy łączyły się z pojęciem drzewa. Chłopiec myślał o nich i wyobrażał sobie, że jest korą, liśćmi i korzeniami, a następnie powietrzem i wodą.
– Prawy.
Chłopiec powoli odwrócił wzrok od powstającego przed nim drzewa i z wysiłkiem skupił wzrok na uśmiechniętej twarzy młodego kapłana. Berandol pokiwał z aprobatą głową. Prawy na chwilę zamknął oczy, wstrzymał oddech, po czym wraz z wydechem uwolnił się od swojego zadania. Kiedy otworzył oczy, zrobił nagły wdech, jak po długim przebywaniu w głębokiej wodzie. Pstrokate światło, słodka woda, lekki wietrzyk – wszystko natychmiast zniknęło. Chłopiec znajdował się w klasztornej pracowni, zimnym pomieszczeniu, którego ściany i podłoga były wyłożone kamieniem. Czuł, jak zimno podłogi kłuje go w gołe stopy. Oprócz jego stołu w dużej sali stał tuzin innych. Przy trzech spokojnie pracowali podobni Prawemu chłopcy, ich senne ruchy sugerowały, że młodzieńcy działają w transie. Jeden plótł koszyk, dwaj inni obrabiali glinę mokrymi szarymi dłońmi.
Prawy wpatrywał się w leżące przed nim na stole błyszczące kawałki szkła i diament do cięcia. Piękno witrażowego wizerunku, który zesztukował, zadziwiało go, a jednak ciągle jeszcze nawet nie otarł się o cud, jakim jest prawdziwe drzewo. Musnął obrazek palcami, przesunął nimi po pniu i pełnych gracji gałęziach, chociaż świetnie zdawał sobie sprawę z tego, że pieszczenie witrażu niewiele się różni od dotykania własnego ciała. Za plecami usłyszał cichy oddech Berandola. Prawy był bardzo skupiony i czuł, jak jego myśli zbiegają się z myślami kapłana. Obaj odczuwali tę samą obawę. Przez jakiś czas stali nieruchomo, milcząco sławiąc cud ich boga, Sa.
– Prawy – powtórzył szeptem kapłan.
Przesunął palcem po maleńkim smoku, zerkającym z górnych gałęzi drzewa, potem dotknął lśniącej krzywizny ciała węża ukrytego w poskręcanych korzeniach. Położył rękę na ramieniu chłopca i odwrócił go łagodnie od stolika. Kiedy wychodzili z pracowni, upomniał go cicho:
– Jesteś jeszcze za młody, by utrzymywać się w takim stanie przez cały ranek. Musisz znaleźć czas na wiele innych zajęć.
Prawy przetarł oczy i nagle poczuł ogromne zmęczenie.
– Spędziłem tu cały ranek? – spytał oszołomiony. – Nie miałem o tym pojęcia, Berandolu.
– Wierzę ci. Jestem wszakże pewien, że zaraz ogarnie cię znużenie. W życiu niezwykle ważna jest skrupulatność, Prawy. Jutro poproś stróża, by przerwał ci w środku poranka. Taki talent jak twój jest zbyt cenny. Nie pozwolimy, żebyś się wypalił.
– Teraz naprawdę odczuwam ból – przyznał chłopiec. Przesunął ręką po czole, odrzucił z oczu czarne włosy i uśmiechnął się. – Ale drzewo było tego warte, Berandolu.
Kapłan z namysłem pokiwał głową.
– Tak, nawet w wielu znaczeniach tego słowa. Sprzedaż takiego okna przyniesie nam dużo pieniędzy. Wystarczy na naprawę dachu nad salą nowicjuszy. O ile tylko Matka Dellita zezwoli, by klasztor rozstał się z tak piękną rzeczą. – Berandol zawahał się i po chwili dodał: – Widzę, że znowu się ukazały. Smok i wąż. Wciąż jeszcze nie masz pomysłu...
– Nawet nie pamiętam, skąd się tam wzięły – szepnął Prawy.
– Ach tak. – W głosie kapłana nie było ani śladu nagany. Tylko cierpliwość.
Przez jakiś czas szli w milczeniu przez zimne kamienne korytarze klasztoru. Prawy powoli się uspokajał, aż w końcu emocje opadły i jego zmysły powróciły do normalnego stanu. Nie potrafił już smakować zapachów soli uwięzionych w kamiennych ścianach ani słyszeć mikroskopijnych ruchów wykonywanych przez starożytne kamienne kloce. Skóra chłopca przestała się buntować z powodu szorstkości burej szaty nowicjusza. Gdy Prawy i młody kapłan dotarli do wielkich drewnianych wrót i wyszli do ogrodów klasztoru, chłopiec ponownie był już sobą, chociaż ledwo trzymał się na nogach. Miał wrażenie, że właśnie się zbudził z długiego snu, ale tak śmiertelnie znużony, jak gdyby przez cały poprzedni dzień wykopywał ziemniaki. Teraz szedł w milczeniu obok Berandola, tak jak nakazywał klasztorny zwyczaj. Mijali mężczyzn i kobiety ubranych w zielone szaty kapłanów lub odzianych na biało akolitów i akolitki. Kiwali głowami, wymieniając z nimi pozdrowienia.
Doszli do szopy z narzędziami i nagle Prawy nabrał niepokojącej pewności, że właśnie tam się kierują i że spędzi resztę popołudnia na pracy w słonecznym ogrodzie. Innym razem może cieszyłby się z tego powodu, lecz po wielogodzinnym przebywaniu w zaciemnionej pracowni oczy chłopca były bardzo wrażliwe na światło. Berandol dostrzegł, że jego młody towarzysz się ociąga.
– Prawy – upomniał go łagodnym tonem. – Porzuć obawę. Kiedy za bardzo skupiasz umysł na dręczących cię kłopotach, nie potrafisz cieszyć się aktualną chwilą. Człowiek, który martwi się tym, co może mu się później przydarzyć, traci ze strachu ważne życiowe momenty i zatruwa się powziętymi przedwcześnie sądami. – Berandol nierzadko przemawiał ostrym, mentorskim tonem. – Sądzę, że zbyt często ulegasz tego typu sądom. Jeśli nie zostaniesz przyjęty do stanu kapłańskiego, bardzo prawdopodobne, że właśnie z tej przyczyny.
Chłopiec z przerażeniem popatrzył na swego towarzysza. Jego twarz na moment stężała. Po chwili jednak zrozumiał, że Berandol jedynie go prowokuje, i uśmiechnął się. Młody kapłan odpowiedział uśmiechem.
– Jeżeli martwię się czymś zawczasu, łatwiej mi uniknąć późniejszego niepowodzenia – zauważył.
Berandol dobrodusznie szturchnął chłopca łokciem.
– Zgadza się. Ach, dorastasz i tak szybko się uczysz. Byłem znacznie od ciebie starszy, miałem przynajmniej dwadzieścia lat, zanim nauczyłem się stosować w codziennym życiu tę Sprzeczność.
Prawy nieśmiało wzruszył ramionami.
– Medytowałem nad ową kwestią ubiegłej nocy przed zaśnięciem. „Człowiek musi planować przyszłość i ją przewidywać, ale nie obawiać się jej”. Dwudziesta Siódma Sprzeczność Sa.
– Trzynaście lat to bardzo młody wiek na jej zrozumienie – oświadczył Berandol.
– A ty nad którą pracujesz? – spytał otwarcie chłopiec.
– Nad Trzydziestą Trzecią. Zajmuję się nią już dwa lata.
Prawy znowu lekko wzruszył ramionami.
– W moich studiach nie dotarłem jeszcze tak daleko.
Szli w cieniu jabłoni, pod ich obwisłymi od gorąca liśćmi. Z konarów zwisały ciężkie dojrzałe owoce. Na drugim końcu sadu akolici podlewali drzewa, przynosząc w kubełkach wodę ze strumienia.
– „Kapłan nie powinien pozwalać sobie na wydawanie sądów, póki nie nauczy się osądzać tak, jak to robi Sa: z absolutną sprawiedliwością i miłosierdziem”. – Berandol potrząsnął głową. – Przyznaję, że nie wiem, jak to możliwe.
Prawy zamyślił się głęboko, lekko marszcząc czoło.
– Dopóki sądzisz, że to nie jest możliwe, zamykasz umysł na zrozumienie tej Sprzeczności. – Wydawało się, że jego głos dociera z bardzo daleka. – Ja ją pojmuję w następujący sposób: jako kapłani być może nie potrafimy osądzać innych z absolutnym miłosierdziem i sprawiedliwością. Może umiemy jedynie wybaczać ludziom i służyć pociechą.
Berandol pokręcił głową.
– W ciągu kilku chwil doszedłeś do wniosków, które mnie zabrały sześć miesięcy. Czy wiesz, że dostrzegam wokół siebie wielu kapłanów, którzy wydają sądy? Na przykład wędrowni kapłani z naszego zakonu zajmują się głównie łagodzeniem wśród ludu konfliktów wynikających z różnicy zdań. Kapłani ci musieli więc chyba jakoś opanować Trzydziestą Trzecią Sprzeczność.
Zaciekawiony chłopiec spojrzał na swego rozmówcę. Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale tylko się zarumienił i znowu je zamknął.
Młody kapłan popatrzył uważnie na swego podopiecznego.
– Cokolwiek przyszło ci do głowy, nie namyślaj się i powiedz mi. W żaden sposób cię za to nie zganię.
– Problem w tym, że byłem o krok od zganienia ciebie – przyznał się Prawy. Po chwili jego twarz się rozjaśniła i dodał: – Ale zdążyłem się powstrzymać.
– Może jednak mi powiesz, o co chodzi – nalegał Berandol. Kiedy chłopiec pokręcił głową, nauczyciel głośno się roześmiał. – Daj spokój, Prawy, proszę cię, abyś podzielił się ze mną swoimi przemyśleniami. Postąpiłbym niesprawiedliwie, gdybym się obraził za twoje słowa. No, co mi chciałeś powiedzieć?
– Że powinieneś w swoim zachowaniu kierować się nakazami Sa, a nie tym, co robią inni. – Chłopiec odpowiedział szczerze, jednak chwilę później spuścił wzrok. – Wiem, że nie mam prawa przypominać ci o takich postawach.
Berandol był zbyt zamyślony, żeby poczuć urazę.
– Jeśli jednak zastosuję się do przykazań Sa, a serce mi podpowie, że człowiek nie potrafi oceniać innych na sposób Sa, czyli z absolutną sprawiedliwością i miłosierdziem, wtedy dojdę do wniosku, że... – Mówił coraz wolniej, jak gdyby kolejne myśli niechętnie pojawiały się w jego głowie. – Dojdę do wniosku, że albo nasi wędrowni kapłani są obdarzeni głębszą duchowością niż ja, albo że nie mają większego ode mnie prawa oceniać innych. – Wzrok Berandola wędrował między jabłonkami. – Czy to możliwe, żeby cała jedna gałąź naszego zakonu istniała bezprawnie? Czy nie jest nielojalnością już choćby to przypuszczenie? – Młody kapłan spojrzał z zakłopotaniem na stojącego u jego boku chłopca.
Prawy uśmiechnął się pogodnie.
– Jeśli człowiek myśli zgodnie z przykazaniami Sa, na pewno się nie zagubi.
– Zastanowię się nad tą kwestią. – Berandol z westchnieniem zakończył temat, po czym posłał swemu towarzyszowi spojrzenie pełne prawdziwej miłości. – Błogosławię dzień, w którym stałeś się moim podopiecznym, chociaż po prawdzie często się zastanawiam, kto z nas dwóch jest uczniem, a kto nauczycielem. Będę za tobą tęsknił.
W oczach chłopca pojawił się nagły niepokój.
– Tęsknił? Czy wyjeżdżasz? Tak szybko wezwano cię do obowiązków?
– Nie mnie. Powinienem był przekazać ci tę nowinę wcześniej, ale jak zawsze twoje słowa poprowadziły moje myśli daleko od punktu wyjścia. Nie ja wyjeżdżam, lecz ty. Dlatego właśnie dzisiaj cię odszukałem. Zostałeś wezwany do domu. Twoja babka i matka powiadomiły nas, że twój dziadek jest umierający. Obawiają się, że lada chwila dokona żywota. – Widząc smutek na obliczu chłopca, dodał: – Przykro mi, że przekazuję ci tę informację tak wprost. Rzadko mówiłeś mi o swojej rodzinie. Nie zdawałem sobie sprawy, że jesteś tak bardzo związany z dziadkiem.
– Nie jestem – odrzekł Prawy. – Prawdę powiedziawszy, ledwie go znam. Kiedy byłem mały, bardzo często przebywał na morzu, a gdy wracał do domu, stale mnie przerażał. Nie okrucieństwem, ale... wewnętrzną siłą. Wszystko, co go dotyczyło, zawsze wydawało mi się zbyt ogromne: od jego głosu po brodę. Już w dzieciństwie, ilekroć podsłuchałem, co mówią o nim inni ludzie, uświadamiałem sobie, że traktują go jak żywą legendę albo bohatera. Nie przypominam sobie, żebym choć raz nazwał go dziadziem lub choćby dziadkiem. Kiedy przybywał do domu, miotał się po pokojach niczym północny wicher i przeważnie ukrywałem się przed nim, zamiast cieszyć się jego obecnością. Czasem musiałem przed nim stanąć, a wówczas... to jedyne, co pamiętam... ciągle pytał, dlaczego jestem taki mały. „Dlaczego ten chłopak jest taki drobny?” – grzmiał. „Wygląda tak jak moi synowie, tyle że jest o połowę od nich mniejszy! Nie karmicie go mięsem czy co? Nie jada wystarczająco dużo?”. Potem przyciągał mnie do siebie i sprawdzał grubość mojego ramienia, a ja czułem się, jakby tuczono mnie na ucztę. W tamtych czasach stale się wstydziłem mojego niewielkiego wzrostu, czułem się winny... Odkąd oddano mnie do stanu kapłańskiego, nie widziałem dziadka, moje uczucia wobec niego wszakże się nie zmieniły. A jednak to nie dziadek mnie przeraża, nie boję się też czuwania przy jego łożu. Chodzi o podróż do domu, Berandolu. Tam będzie tak... hałaśliwie.
Kapłan skrzywił się ze współczuciem.
– Wydaje mi się, że zanim tu przybyłem, nie potrafiłem myśleć – ciągnął Prawy. – W domu było zbyt głośno i ciągle coś się działo. Nigdy nie miałem czasu na zastanowienie. Od chwili, gdy Nana wyrzucała nas rano z łóżek, aż do nocy byliśmy w ciągłym ruchu. Nana kąpała nas, ubierała, potem chodziliśmy na wycieczki, pobieraliśmy lekcje, jedliśmy posiłki, odwiedzaliśmy przyjaciół, przebierano nas, znowu coś jedliśmy... To trwało bez końca. Wiesz, że gdy przybyłem do klasztoru, przez pierwsze dwa dni nie opuściłem celi? Pozbawiony Nany, babci i matki, które stale mnie zaganiały do różnych zajęć, nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić. W dodatku, przez bardzo długi czas, ja i moja siostra stanowiliśmy dla nich jedność. „Dzieci” potrzebują drzemki, „dzieci” powinny zjeść obiad. Kiedy rozdzielono mnie z siostrą, wydawało mi się, że utraciłem część swojego ciała.
Berandol uśmiechnął się ze zrozumieniem.
– Więc takie jest życie Vestritów. Zawsze zastanawiałem się, jak żyją dzieci Pierwszych Kupców z Miasta Wolnego Handlu. Moje życie było zupełnie inne, choć w pewnym sensie podobne. Pasaliśmy świnie, cała moja rodzina. Nie miałem niani, nie chodziłem na wycieczki, ale ciągle byłem czymś zajęty, wykonując rozmaite posługi. Patrząc wstecz, muszę powiedzieć, że przez większość naszego czasu po prostu żyliśmy. Jedliśmy, dopasowywaliśmy się do innych, zajmowaliśmy się świniami. Zdaje mi się, że moja rodzina lepiej opiekowała się świniami niż dziećmi. Nikomu nawet nie przyszłoby do głowy, żeby oddać dziecko do stanu kapłańskiego. Potem moja matka zachorowała i ojciec złożył obietnicę, że jeśli żona przeżyje, jedno z dzieci przeznaczą Sa. Matka przeżyła, a mnie odesłano; najmniejszego z całego rodzeństwa, z jednym ramieniem krótszym od drugiego. Jestem pewien, że to była ze strony mojej rodziny ofiara, lecz nie tak wielka, jak oddanie jednego z moich wysokich starszych braci.
– Miałeś krótsze ramię? – spytał zaskoczony Prawy.
– Tak. We wczesnym dzieciństwie złamałem rękę i kość goiła się przez długi czas, a kiedy się zrosła, ręka nie było tak silna jak druga. Na szczęście kapłani mnie wyleczyli. Zostałem wyznaczony do sadu wraz z zespołem podlewaczy. Odpowiedzialny za grupę kapłan kazał mi nosić różniące się ciężarem kubełki. Cięższy brałem słabszą ręką. Najpierw uważałem pomysł kapłana za szalony, przecież rodzice zawsze mnie uczyli, żebym posługiwał się głównie silniejszą ręką. To był mój pierwszy krok w świat przykazań Sa.
Prawy na moment zmarszczył brwi, potem się uśmiechnął i wyrecytował:
– „Wystarczy, by najsłabszy z ludzi wypróbował swą siłę, a wtedy stanie się silny”.
– Właśnie. – Kapłan wskazał gestem długi niski budynek przed nimi. Zmierzali do cel akolitów.
– Posłaniec przybył z dużym opóźnieniem. Będziesz się musiał szybko spakować i natychmiast wyruszyć, żeby dotrzeć do portu, zanim odpłynie twój statek. Czeka cię długi spacer.
– Statek! – Na twarz Prawego powróciło przerażenie. – Nie pomyślałem o tym. Nienawidzę morskich podróży. No cóż, nie zdołam inaczej dotrzeć z Jamaillii do Miasta Wolnego Handlu. – Po chwili chłopiec zasępił się jeszcze bardziej. – Mam iść do portu? Nie przygotowano dla mnie furmanki?
– A więc tak szybko wracasz do świata luksusów i bogactw, Prawy? – upomniał go Berandol. Kiedy speszony chłopiec zwiesił głowę, młody kapłan dodał: – Cóż, w liście napisano, że rodzina byłaby zadowolona, gdyby jakiś przyjaciel ofiarował ci swoje towarzystwo podczas pieszej wędrówki. Podejrzewam, że twoja rodzina nie jest już tak zamożna jak niegdyś. Wojna Północna zaszkodziła wielu kupieckim rodzinom. Sporo ich towarów nigdy nie spłynęło Rzeką Kozią, innych nie udało się sprzedać. – Zadumał się, po czym kontynuował: – A nasz młody satrapa nie sprzyja Miastu Wolnego Handlu, jak to czynili jego ojciec i dziadowie. Tamci najwyraźniej sądzili, że odważni ludzie, którzy osiedlili się na Przeklętych Brzegach, powinni partycypować w hojnych skarbach, jakie tam znaleźli. Niestety, młody Cosgo myśli inaczej. Podobno uważa, że dostateczną nagrodą za ryzyko, które twoi przodkowie ponosili przez długi czas, są wspaniale zasiedlone Brzegi i brak dawnych niebezpieczeństw. Młody satrapa nie tylko narzucił im nowe podatki, ale darowuje swoim ulubieńcom kawałki ziemi w pobliżu Miasta Wolnego Handlu. – Pokręcił głową. – Złamał słowo swoich dziadów i utrudnia życie przedstawicielom ludu, który zawsze był mu wierny. Z pewnością nie wyniknie z tego nic dobrego.
– Wiem, Berandolu. Powinienem się cieszyć, że nie muszę pokonywać całej drogi na piechotę. Trudno mi wszakże zaakceptować podróż do miejsca, którego się obawiam, nie mówiąc o podróży statkiem. Będę nieszczęśliwy przez cały rejs.
– Mówisz o chorobie morskiej? – spytał z pewnym zaskoczeniem młody kapłan. – Nie sądziłem, że dotyka ona również przedstawicieli żeglarskich rodzin.
– Paskudna pogoda potrafi przekręcić żołądek każdego człowieka, ale... nie o to mi chodzi. Mówię o hałasie, nieustannej krzątaninie i ścisku. I o zapachu. A także o marynarzach. Na swój sposób to poczciwi ludzie, ale... – Chłopiec wzruszył ramionami. – Nie są tacy jak my, Berandolu. Nie mają czasu rozmawiać o sprawach, które tu omawiamy. A gdyby nawet spróbowali, zapewne ich wnioski przypominałyby swą prostotą rozważania naszych najmłodszych akolitów. Marynarze żyją jak zwierzęta i podobnie rozumują. Przez całą podróż będę czuł, że mieszkam wśród bydląt. Nie ma w tym oczywiście ich winy... – dodał, widząc zmarszczone brwi młodego kapłana.
Berandol zaczerpnął tchu, jak gdyby chciał coś powiedzieć, potem jeszcze raz się zastanowił i wreszcie, ciągle zadumany, oświadczył:
– Prawy, minęły dwa lata od twoich ostatnich odwiedzin w domu rodzinnym. Dwa lata, odkąd po raz ostatni opuściłeś klasztor i spędziłeś nieco czasu z ludźmi pracy. Podczas tej wizyty patrz uważnie i przysłuchuj się, a po powrocie powiesz mi, czy twoje poglądy się nie zmieniły. Proszę, abyś dobrze sobie zapamiętał własne słowa, i wiedz, że ja ich nie zapomnę.
– Dobrze, Berandolu – obiecał szczerze młodzieniec. – Będę za tobą tęsknił.
– Prawdopodobnie tak, ale na to przyjdzie czas za kilka dni, zamierzam ci bowiem towarzyszyć w drodze do portu. Chodź, musisz się przecież spakować.
***
Na długo zanim Bystry dotarł do końca plaży, był świadom, że Inny mu się przypatruje. Spodziewał się spotkania, a równocześnie czuł się zaintrygowany, ponieważ nie raz słyszał, że te stworzenia świtu i mroku rzadko wychodzą ze swych kryjówek w ciągu dnia, gdy słońce stoi wysoko na niebie. Przeciętny człowiek mógłby się nawet ich bać, ale przeciętni ludzie nie mieli szczęścia kapitana piratów. Ani nie władali tak dobrze szablą jak on. Chodził powoli po plaży, przez cały czas gromadząc łupy. Udawał, że nie zdaje sobie sprawy z obecności obserwującego go stworzenia, był jednak absolutnie pewny, że Inny wie o jego podstępie. To oszustwo nazwał w myślach „grą wewnątrz gry” i uśmiechnął się do siebie tajemniczo.
Poczuł ogromną irytację, kiedy kilka chwil później Gankis podszedł do niego ciężkim krokiem i wysapał nowinę. Inny stał na górze i przyglądał się kapitanowi.
– Wiem – odparł Bystry ostrym tonem. Po chwili odzyskał kontrolę nad głosem i wyrazem twarzy, po czym uprzejmie wyjaśnił: – A on wie, że my zdajemy sobie z tego sprawę. Zatem proponuję ci go zignorować, tak jak ja to robię. Idź dokończyć poszukiwania na skarpie. Znalazłeś jeszcze coś godnego uwagi?
– Kilka okazów.
Bystry wyprostował się, patrząc wyczekująco na marynarza.
Gankis zagłębił ręce w przepastnych kieszeniach zniszczonego kaftana.
– Proszę – powiedział, niechętnie wyjmując z kieszeni przedmiot wykonany z jaskrawo pomalowanego drewna. Była to niewielka konstrukcja złożona z krążków i pałek; w niektórych krążkach wywiercono otwory.
Bystry nie potrafił odgadnąć przeznaczenia przedmiotu.
– To chyba jakaś’ dziecięca zabawka – rzekł. Zmarszczył brwi i czekał.
– Albo to – stwierdził marynarz.
Wyjął z kieszeni pączek róży. Bystry wziął go od niego ostrożnie, starając się nie dotknąć kolców. Był pewny, że to prawdziwy pączek, aż do momentu, gdy wziął go w rękę i wyczuł, że nóżka jest bardzo sztywna i twarda. Zważył kwiat w dłoni; okazał się lekki jak prawdziwa róża. Odwrócił go, próbując odkryć, z czego został wykonany, i doszedł do wniosku, że nie potrafi tego określić. Jeszcze bardziej tajemniczy od struktury kwiatu był jego zapach, niezwykle miły i wonny, niczym aromat rozwiniętej róży z letniego ogrodu. Bystry uniósł brwi i spojrzał na Gankisa, który przypiął mu różę do klapy kaftana. Haczykowate kolce przytrzymywały kwiat. Kapitan obserwował, jak stary marynarz mocno zaciska usta, nie ośmieliwszy się jednak odezwać.
Pirat spojrzał w słońce, a potem na fale odpływu. Podróż powrotna na przeciwną stronę wyspy zabierze im ponad godzinę. Uznał, że powinni się pośpieszyć, jeśli nie chcą, by odpływ uwięził statek wśród skał. Na chwilę ogarnęło go niezwykłe dla niego wahanie. Bił się z myślami. Nie przybył wszak na Plażę Skarbów dla samego skarbu – przypłynął tu, ponieważ pragnął usłyszeć wyrocznię Innego. Był przekonany, że osobliwa istota zejdzie do niego na rozmowę. Potrzebował potwierdzonej wyroczni; czyż nie w tym celu zabrał ze sobą świadka w osobie Gankisa? Stary marynarz należał do nielicznych mężczyzn na pokładzie jego statku, którzy nie upiększali własnych przygód. Relacjom Gankisa wierzyli nie tylko członkowie jego załogi, ale także wszyscy piraci w Łupigrodzie. Poza tym, jeśli wyrocznia okaże się niezgodna z celami Bystrego, bez trudu przyjdzie mu zabicie starca.
Jeszcze raz się zastanowił, ile ma czasu. Gdyby był człowiekiem rozważnym, przerwałby w tym momencie poszukiwania na plaży, dzielnie stawił czoło Innemu, a potem pośpieszył na statek. Człowiek rozważny nigdy nie ufałby swemu szczęściu. Jednakże Bystry już dawno temu doszedł do wniosku, że aby utrzymać szczęście, należy w nie wierzyć. Było to jego osobiste przekonanie, sam je odkrył i nie widział powodu, by się nim dzielić z kimś innym. Nigdy nie osiągnął żadnego poważniejszego triumfu bez ryzyka i wiary we własne szczęście. Jeśli któregoś dnia stanie się rozważny i ostrożny, wtedy jego szczęście obrazi się i go opuści.
Ta zagmatwana logika zadowalała pirata. Bez pośpiechu przeszukiwał brzeg. Kiedy się zbliżył do zębatych skał, które znaczyły koniec półksiężycowej plaży, wszystkimi zmysłami wyczuwał obecność przedstawiciela Innego Ludu.
Jego zapach początkowo wydawał się nęcąco słodki, potem wraz ze zmianą wiatru stał się nagle ostrzejszy: zepsuty i zjełczały. Był tak silny, że Bystry poczuł go głęboko w gardle i nieomal się zakrztusił. Zresztą przeszkadzał mu nie tylko zapach bestii; wręcz czuł na skórze jej obecność. Poza tym Inny poruszał się hałaśliwie i głośno sapał. Bystry bał się, że popękają mu bębenki; czuł też osobliwy nacisk na gałki oczne i na skórę szyi. Niby się nie pocił, a jednak jego oblicze pokryła warstewka tłuszczu, jak gdyby wiatr przyniósł ze skóry stwora jakąś substancję i rzucił młodemu piratowi w twarz. Ogólnie rzecz biorąc, Bystry walczył z niesmakiem, który wręcz graniczył z mdłościami, wiedział jednak, że nie może sobie pozwolić na okazanie słabości.
Stanął więc wyprostowany i dyskretnie wygładził kamizelkę. Wiatr poruszał piórami na kapeluszu i błyszczącymi czarnymi lokami Bystrego. Piracki kapitan był postawnym mężczyzną, jego wygląd robił na każdym duże wrażenie, co mu bardzo pochlebiało. Był wysoki i proporcjonalnie umięśniony. Świetnie skrojony kaftan uwydatniał jego szerokie ramiona i klatkę piersiową oraz płaski brzuch. Swoją twarz uznał za interesującą. Uważał się za przystojniaka. Miał wysokie czoło, mocne szczęki, prosty nos, a pod nim ładnie wykrojone wargi. Brodę przycinał w modny sposób, końcówki wąsów skrupulatnie woskował. Nie podobały mu się jedynie oczy. Odziedziczył je po matce; były wyblakłe, wilgotne, błękitne. Kiedy patrzył w zwierciadło, widział w nim oczy strapionej i zapłakanej kobiety, zasmuconej z powodu rozwiązłego życia syna. Wydawały mu się bezmyślnymi oczyma idioty i uważał, że nie pasują do jego opalonej twarzy. Gdyby był kimś innym, ludzie mówiliby, że ma łagodne, błękitne, pełne wyrazu oczy. Często ćwiczył przed lustrem zimne, nieprzyjemne spojrzenie, lecz, niestety, bez powodzenia. Oczy były po prostu zbyt blade. Pomnażał wysiłek, lekko krzywiąc wargi, także teraz, czekając na Innego.
Młodemu piratowi wydało się, że jego osoba wywarła pewne wrażenie na bestii. Stwór posłał mu wyniosłe spojrzenie. Był niewiele wyższy od Bystrego, którego dziwnie uspokoiło odkrycie, że w legendach jest tak wiele prawdy. Połączone płetwiastą błoną palce rąk i nóg, rzucająca się w oczy giętkość kończyn, z pozoru pozbawione życia rybie oczka w chrząstkowych oczodołach, nawet pokrywająca ciało stworzenia miękka, łuskowata skóra – o wszystkich tych szczegółach kapitan słyszał wcześniej i spodziewał się ich. Podobnie jak kanciastej łysej głowy, która wyglądała na źle ukształtowaną, ni to ludzką, ni to rybią. Wiązadła łączące jego szczęki sięgały aż do otworów usznych, toteż otwór gębowy był tak wielki, że z łatwością mógł pochłonąć ludzką głowę. Cienkie wargi bestii nie mogły zasłonić dwóch rzędów maleńkich, ostrych zębów. Ramiona Innego wyglądały, jakby się zapadły do przodu, ale mimo to, jego sylwetka świadczyła o zwierzęcej sile. Stwór nosił osobliwy jasnolazurowy płaszcz o tak delikatnym splocie, że kojarzył się z płatkiem kwiatu. Fałdy stroju spływały z ciała stworzenia płynnie niczym strugi wody. Tak, o wielu szczegółach Bystry wcześniej czytał. Nie spodziewał się natomiast, że Inny wyda mu się osobliwie atrakcyjny, toteż od razu uznał, że to zapewne jakaś sztuczka. Tak czy owak, zapach stworzenia przywodził mu na myśl letni ogród, oddech – wyrafinowany bukiet rzadkiego wina, a w zagadkowych oczach potwora kryła się wielka mądrość. Młody pirat nagle zapragnął się czymś wyróżnić, wręcz zabiegał o względy bestii. Chciał jej zaimponować swoją uprzejmością oraz inteligencją. Chciał, żeby myślała o nim dobrze.
Wtem usłyszał za sobą cichy chrzęst kroków Gankisa. Na chwilę koncentracja Innego osłabła. Płaskie oczka nie obserwowały już kapitana i w tym momencie czary przestały działać. Bystry niemalże przestraszył się tej zmiany, po czym skrzyżował ręce na piersi, dla bezpieczeństwa przyciskając do ciała talizman z czarodrzewu. Żywa czy nie, rzeźbiona twarz na pewno potrafiła powstrzymać działanie uroków stworzenia. Teraz, gdy młody pirat zdał sobie sprawę z celów Innego, zamierzał z całych sił bronić się przed wszelką manipulacją. Dlatego też, nawet gdy wzrok bestii ponownie zwarł się z jego spojrzeniem, kapitan nadal widział osobnika z Innego Ludu takim, jakim był: zimnym, łuskowatym stworem z głębin. Najwyraźniej bestia straciła władzę nad swym gościem, ponieważ gdy nabrała powietrza w torebki policzkowe, a następnie wysapała stek słów, Bystry wyczuł w nich sarkazm.
– Witaj, pielgrzymie. Jak widzę, morze szczodrze nagrodziło twoje poszukiwania. Czy z dobrej woli ofiarujesz mi te skarby i wysłuchasz związanej z ich znaczeniem wyroczni? – Głos stwora skrzypiał jak nienaoliwione zawiasy. Inny charczał i osobliwie wykrztuszał kolejne słowa.
Bystry zrozumiał, jak wiele wysiłku musiała stworzenie kosztować nauka wypowiadania ludzkich słów, i w pierwszej chwili popatrzył na potwora z podziwem, później wszakże odsunął te myśli, uznając je za narzucony mu akt służalczości, i skupił się na samym stworze. Miał do czynienia z istotą obcą mu pod każdym względem. Stał przed nią, na jej terytorium, a jednak to ona czekała na jego odpowiedź, władała ludzkim językiem i błagała o dary w zamian za proroctwa. Czyżby uznała młodego pirata za kogoś lepszego od siebie? Czy stąd ten sarkazm w jej głosie?
Porzucił próżne rozmyślania, sięgnął po sakiewkę i wyjął z niej dwie złote monety – zwykłą cenę za tego typu usługi. Ukrył ten fakt przed Gankisem, lecz dokładnie sobie przemyślał całą sprawę i teraz świetnie wiedział, jak ma się zachować. Po co kusić los? Pozostał więc niewzruszony, kiedy Inny wyciągnął po monety twardy szary język, a kładąc mu je na nim, nawet się nie wzdrygnął. Stworzenie cofnęło język i Bystry pomyślał, że połknęło złoto. Następnie sztywno się pokłoniło i zamaszystym ruchem wygładziło piasek przed sobą, czekając na nazbierane przez kapitana przedmioty.
Powoli wyjmował je i układał na plaży – najpierw szklaną kulę z figurkami, obok niej różę, a później ostrożnie rozłożył dwanaście paznokci. Przy końcu łuku umieścił skrzyneczkę z maleńkimi filiżankami, dalej rzucił garść niewielkich kryształowych kulek, które zebrał pod koniec poszukiwań, a przy nich umieścił ostatnie znalezisko: miedziane pióro, ważące niewiele więcej niż ptasie. Skinął głową na znak, że skończył, i zrobił krok w tył.
Rzuciwszy przepraszające spojrzenie swemu kapitanowi, Gankis nieśmiało dołożył z boku zabawkę z pomalowanego drewna, a potem także się wycofał.
Inny przez jakiś czas gmerał w skarbach, następnie podniósł niesamowite, nieruchome oczy i spojrzał młodemu piratowi prosto w twarz. W końcu przemówił.
– To wszystko, co znalazłeś? – spytał z wyraźnym naciskiem.
Bystry nieznacznie poruszył ramionami i głową, co mogło oznaczać „tak”, „nie” lub w ogóle nic. Nie odezwał się. Gankis przestąpił nerwowo z nogi na nogę. Inny hałaśliwie wciągnął powietrze ustami.
– Żadnej rzeczy, którą wyrzuci na ten brzeg ocean, człowiek nie może zatrzymać. Woda przynosi tutaj różne przedmioty, ponieważ takie jest jej życzenie. Jeśli jesteś mądry, nie przeciwstawiaj się woli wiatru i wody. Nikomu z ludzi nie wolno brać tego, co znajdzie na Plaży Skarbów.
– Zatem wszystko należy do ciebie? – spytał spokojnie Bystry.
Mimo niesamowitego wyglądu i zachowania Innego, młody kapitan z łatwością dostrzegł, że wprawił go w zakłopotanie. Stworzenie przez długą chwilę dochodziło do siebie, aż wreszcie oznajmiło z wielką powagą:
– To, co ocean wyrzuca na Plażę Skarbów, należy tylko do oceanu. My jesteśmy jedynie stróżami, niczym więcej.
Na ustach Bystrego pojawił się nieznaczny uśmieszek.
– Hm, w takim razie, nie musisz się mną przejmować. Jestem kapitan Bystry i każdy, kogo spytasz, powie ci, że swobodnie grasuję po całym oceanie. Zatem wszystko, co należy do oceanu, jest również moje. Zapłaciłem ci złotem, wypowiedz więc proroctwo i nie pchaj nosa w nie swoje sprawy.
Stojący obok młodego pirata Gankis głośno sapnął, Inny natomiast w żaden sposób nie zareagował na usłyszane słowa. Po chwili skłonił uroczyście głowę i wysunął pozbawione szyi ciało w kierunku Bystrego, który ocenił, że stworzenie uznało w nim swego pana. Inny uniósł głowę, a spojrzenie jego rybich oczek wwierciło się w oczy kapitana, odnajdując jego duszę, precyzyjnie niczym palec szukający wyspy na morskiej mapie. Potem bestia przemówiła, tym razem znacznie niższym głosem, jak gdyby słowa wybuchały z przepastnych głębin jej wnętrza.
– Mowa moja będzie tak jasna, że pojmą ją nawet najgłupsi przedstawiciele twojego gatunku. Bierzesz to, co do ciebie nie należy, kapitanie Bystry, i twierdzisz, że jest twoje. Niezależnie od tego, ile ci wpadnie w ręce, stale jesteś nienasycony. Ludzie, którzy ci służą, muszą się zadowalać odrzuconymi przez ciebie błyskotkami i zabawkami, gdyż wszystkie wartościowe rzeczy zatrzymujesz dla siebie. – Inny patrzył przez sekundę w wytrzeszczone oczy Gankisa. – W mojej ocenie jesteście oszukiwani i unieszczęśliwiani.
Ostatnie słowa wróżby bynajmniej nie zaniepokoiły Bystrego.
– Złotem kupiłem sobie prawo do zadania jednego pytania, prawda? – zapytał śmiało.
Inny otworzył szeroko usta, chociaż nie wyglądał na zdziwionego. Kapitan pomyślał, że może jest to swego rodzaju groźba, bo zęby stworzenia naprawdę zrobiły na nim wrażenie. Wtedy bestia zamknęła pysk. Jej cienkie wargi ledwie się poruszyły, kiedy wyrzuciła z siebie odpowiedź.
– Tak.
– Czy spełnią się moje ambicje?
Torebki powietrzne Innego intensywnie pulsowały.
– Zechcesz sprecyzować swoje pytanie?
– Ty wróżysz, nie ja – odrzekł Bystry.
Stwór spojrzał ponownie na szereg skarbów: różę, filiżanki, paznokcie, figurki w szklanej kuli, pióro, kryształowe kulki.
– Odniesiesz sukces w upragnionej dziedzinie – odparł zwięźle.
Na Twarz Bystrego zaczął wypływać uśmiech, ale szybko zniknął, bestia bowiem kontynuowała wypowiedź coraz bardziej złowieszczym tonem.
– Dokonasz tego, czego najbardziej pragniesz. To zadanie, ten wyczyn, to dzieło, które nawiedza twoje sny, zakwitnie ci w rękach.
– Wystarczy – warknął Bystry.
Nagle zaczęło mu się śpieszyć. Odrzucił myśl, by poprosić o audiencję u bogini Innego Ludu. Zależało mu tylko na wróżbie. Pochylił się, by podnieść z piasku swoje znaleziska, ale stworzenie znienacka rozłożyło długopalce płetwiaste ręce i zagarnęło skarby. Na koniuszku każdego palca pojawiła się kropla zielonego jadu.
– Skarby oczywiście pozostają na Plaży Skarbów. Dopilnuję, by wróciły tam, gdzie ich miejsce.
– No cóż, dziękuję ci – stwierdził pozornie szczerze Bystry.
Wyprostował się powoli, lecz kiedy stworzenie rozluźniło ręce, szybko zrobił krok do przodu i uderzył stopą w kulę z figurkami. Rozległo się brzdęknięcie pękającego szkła. Gankis krzyknął tak przeraźliwie, jak gdyby kapitan zabił mu pierworodnego syna, i nawet Inny cofnął się na widok aktu bezsensownego niszczycielstwa.
– Szkoda – mruknął Bystry, odwracając się. – Ale skoro ja nie mogę jej posiadać, nie będzie należała do nikogo.
Rozmyślnie powstrzymał się przed podobnym potraktowaniem róży, podejrzewał bowiem, że materiał, z którego ją wykonano, mimo wszystko nie ustąpi pod naciskiem pirackich butów i nie chciał się ośmieszyć, próbując zniszczyć coś, czego zepsuć nie sposób. Pozostałe przedmioty miały dla niego niewielką wartość; Inny mógł sobie z nimi zrobić, co mu się żywnie podobało. Młody kapitan odwrócił się i spokojnie odszedł.
Za plecami usłyszał, jak bestia syczy z oburzenia. Długo nabierała tchu, po czym oświadczyła:
– Stopy, która niszczy to, co należy do morza, morze zażąda z powrotem. – Zębate szczęki zamknęły się z kłapnięciem, ucinając ostatnie proroctwo.
Gankis natychmiast ruszył, by dogonić Bystrego. Stary marynarz zawsze wołał znane sobie niebezpieczeństwo od nieznanego.
Kapitan przeszedł kilka kroków, po czym przystanął, odwrócił się i zawołał w odpowiedzi do Innego, który nadal kucał nad skarbami:
– Och, było jeszcze jedno znalezisko, z którego mógłbyś mi powróżyć. Ale zdawało mi się, że ocean wyrzucił je dla ciebie, nie dla mnie, więc nie ruszałem go z miejsca. Słyszałem, że członkowie Innego Ludu nie kochają za bardzo kotów... – Ściśle rzecz ujmując, strach i respekt tego ludu wobec wszystkiego, co kocie, był niemal równie legendarny jak jego dar wróżenia. Bestia nie raczyła odpowiedzieć, ale Bystry poczuł satysfakcję, widząc, jak jej powietrzne torebki nadymają się z niepokoju. – Znajdziesz je na plaży. Cały miot kociąt dla ciebie. Mają bardzo ładną niebieską sierść. Były w skórzanej sakwie. Siedem albo osiem ślicznych, małych zwierzątek. Większość z nich nie wyglądała najlepiej po długim pobycie w oceanie, ale mam nadzieję, że się nimi zaopiekujesz. I pamiętaj, do kogo należą – nie do ciebie, lecz do oceanu. Jestem pewien, że potraktujesz je uprzejmie.
Inny wydał z siebie osobliwy dźwięk, prawie gwizd.
– Weź je! – błagał. – Zabierz je wszystkie. Proszę!
– Mam zabrać z Plaży Skarbów coś, co ocean uważał za stosowne na nią wyrzucić? Nawet by mi się to nie przyśniło – zapewnił go Bystry.
Odwracając się od zrozpaczonej istoty, nie roześmiał się ani nawet nie uśmiechnął. Po chwili uświadomił sobie, że nuci melodię dość sprośnej piosenki, popularnej ostatnio w Łupigrodzie. Stawiał tak długie kroki, że Gankis, by mu dorównać, musiał biec.
– Panie kapitanie? – Gankis szybko chwytał powietrze. – Mógłbym ci zadać pytanie?
– Pytaj – zgodził się łaskawie pirat.
Niemal spodziewał się, że stary marynarz poprosi go, by zwolnił kroku. Odmówiłby. Musieli przecież jak najszybciej wrócić na statek, jeśli chcieli zdążyć wyjść w morze przed odpływem.
– Jaki to wyczyn, który ci się uda?
Bystry otworzył usta. Kusiło go, by udzielić staremu odpowiedzi. Uznał jednak, że tego nie zrobi. Zaplanował wszystko zbyt starannie, zbyt wiele nad tym myślał. Postanowił odczekać jeszcze parę godzin. Niech najpierw Gankis opowie załodze swoją wersję wydarzeń na wyspie. Bystry nie wątpił, że potrwa to dość długo. Stary marynarz był człowiekiem gadatliwym i dokładnym, a marynarzy zapewne zżera ciekawość. Gdy będą już na pełnym morzu, płynąc z powrotem do Łupigrodu, zwoła wszystkich na pokład. W tym momencie wyobraźnia zaczęła ponosić młodego pirata i już widział siebie wśród swoich ludzi na oświetlonym księżycową łuną śródokręciu. Na tę myśl jego jasnobłękitne oczy zapłonęły.
Bystry i Gankis przemierzyli plażę znacznie szybciej niż wtedy, gdy szukali skarbów. W krótkim czasie wspięli się po stromym szlaku prowadzącym z wybrzeża i pokonali zadrzewione wnętrze wyspy. Kapitan ukrywał przed starym marynarzem obawę o „Mariettę”. Pływy w zatoczce zmieniały się niezwykle szybko, jak gdyby tutejsze morze ignorowało fazy księżyca. Statek z pozoru bezpiecznie kotwiczący w zatoczce mógł nagle uderzyć kadłubem w skały, których z pewnością nie było w okolicy podczas ostatniego odpływu. Gdy chodziło o „Mariettę”, Bystry wolał nie ryzykować i chciał jak najszybciej odpłynąć z zaczarowanego miejsca.
Wśród drzew, które dawały ochronę przed hulającym na plaży wiatrem, dzień był cichy i złocisty. Było tu ciepło, przez korony drzew docierały ukośne promienie słońca, pachniała ziemia. Wokół panowała ponętna senność. Bystry zauważył, że zwalnia kroku i rozkoszuje się spokojem tego złotego miejsca. Wcześniej, kiedy gałęzie ociekały wilgocią po nocnej burzy, las nie wyglądał zachęcająco; było to tylko mokre, niemiłe miejsce, porośnięte jeżynami i pełne uderzających w twarz gałęzi. Teraz kapitan uświadomił sobie, że znajduje się w prawdziwie cudownym miejscu. Miał absolutną pewność, że las kryje skarby i sekrety tak samo niezwykłe, jak te, które ofiarowywała Plaża Skarbów.
Powoli przestawał odczuwać potrzebę nagłego powrotu na statek. Ciągle trzymał się środka kamienistej ścieżki, lecz zapragnął wyprawić się na poszukiwania w głąb wyspy. Wierzył, że otworzyłyby się przed nim przepełnione cudami kryjówki jasnowidzącego Innego, miejsca, w których człowiek mógłby przeżyć sto lat w jedną wspaniałą noc. Wkrótce Bystry poznałby i opanował ten światek. Chwilowo wystarczało mu jednak, że stoi nieruchomo i oddycha złotym powietrzem tego miejsca. Nic nie zakłócało jego przyjemności. Nic, z wyjątkiem Gankisa. Starzec nie przestawał ostrzegać przed odpływem i bełkotać o „Marietcie”. Im bardziej Bystry go ignorował, tym głośniej Gankis wykrzykiwał kolejne pytania.
– Dlaczego się tu zatrzymaliśmy, kapitanie?!
– Panie?!
– Czy czujesz się dobrze, panie?!
Młody pirat machał lekceważąco ręką, ale na starym marynarzu nic nie robiło wrażenia. Bystry popatrzył wokół siebie, rozmyślając, jak się pozbyć Gankisa. Gdyby wyznaczył mu zadanie, wysyłając go gdzieś... tego wrzaskliwego, śmierdzącego starca... Kiedy szukał po omacku w kieszeniach, ręka napotkała medalion i łańcuszek. Wyjmując je, uśmiechnął się chytrze.
– Ach, to się nigdy nie uda – przerwał paplaninę starca. – Zobacz, co mi się przypadkowo zaplątało w kieszeni. Coś z ich plaży.
Bądź tak dobry i pobiegnij to oddać. Zwróć Innemu i dopilnuj, by odłożył w bezpieczne miejsce.
Gankis zagapił się na kapitana.
– Nie mamy czasu. Zostawmy to tutaj, panie! Musimy wracać na statek, zanim rozbije się na skałach albo załoga będzie musiała odpłynąć bez nas. Następny przypływ, który pozwoli bezpiecznie wpłynąć do Zatoki Omamów, przypada dopiero za miesiąc. A wiesz, że żaden człowiek nie przeżyje nocy na tej wyspie.
Marynarz zaczynał grać Bystremu na nerwach. Jego skrzekliwy głos przeraził maleńkiego, fruwającego w pobliżu zielonego ptaszka.
– Idź, powiedziałem ci! Idź!
Kapitan poczuł ulgę, kiedy stary wilk morski wyrwał mu medalionik z ręki i zawrócił.
Kiedy zniknął mu z pola widzenia, Bystry uśmiechnął się do siebie szeroko. Pośpieszył ścieżką w stronę górzystego wnętrza wyspy. Po pewnym czasie znacznie się oddalił od miejsca, gdzie zostawił Gankisa, i zszedł ze szlaku. Stary marynarz nigdy go nie znajdzie, będzie zmuszony odpłynąć bez niego, a wtedy wszystkie cuda wyspy Innego Ludu będą należeć do Bystrego.
– Nie całkiem, bo ty będziesz należał do nich.
Szept był tak cichutki, że nawet wrażliwe uszy młodego pirata ledwie go wychwyciły. Kapitan zwilżył wargi i rozejrzał się wokół. Słowa podziałały na niego niczym chlust zimnej wody. Wiedział, że planował coś zrobić, ale nie pamiętał co.
– Już prawie wpadłeś w ich ręce. Na tej ścieżce moc płynie w obie strony. Magia zachęca cię do pozostania na drodze, ponieważ tylko na niej jesteś bezpieczny, Inni jednakże kuszą cię, byś się zagłębił w ich świat. Magia chroni ich świat przed ludzką ingerencją, lecz oni sami pragną cię dopaść. Jeśli zdołają cię przekonać do opuszczenia ścieżki, wpadniesz w ich łapy i nic ci już nie pomoże. To nie jest mądre posunięcie.
Bystry uniósł nadgarstek na wysokość oczu. Miniaturka jego własnej twarzy uśmiechała się do niego kpiąco. Talizman ożył, drewno przybrało odpowiednie kolory. Rzeźbione kędziorki były równie czarne jak włosy kapitana, a twarz podobnie opalona; oczy miały teraz znaną młodemu piratowi barwę złudnego bladego błękitu.
– Już myślałem, że zamawiając cię, zrobiłem zły interes – mruknął Bystry do maleńkiego oblicza.
Amulet parsknął z pogardą.
– Moje zdanie o tobie jest podobne – ponownie rozległ się cienki głosik. – Zacząłem już podejrzewać, że przywiązano mnie do nadgarstka jakiegoś łatwowiernego głupca, który niemal natychmiast doprowadzi mnie do zguby. W dodatku podważasz sens czarów. Pewnie nie wierzysz, że właśnie je od ciebie odpędziłem.
– Jakich czarów? – zapytał Bystry.
Usta talizmanu wykrzywiły się w lekceważącym uśmieszku.
– Tych, które odczułeś po drodze tutaj. Ulega im niemal każdy, kto chodzi tą ścieżką. Magia Innego Ludu jest tak silna, że żaden człowiek nie zdoła przejść przez ich ziemię, nie czując jej. Wabią wszystkich. Na ścieżce wisi urok, powodujący ociąganie się. Ludzie mają ochotę wypuścić się na wędrówkę, ale odkładają zwiedzanie na następny dzień. Na jutro. A równocześnie na nigdy. Tak bywa ze wszystkimi. Niestety, twoja mała pogróżką związana z kociętami trochę zaniepokoiła mieszkańców tej wyspy, postanowili więc skusić cię do zejścia ze ścieżki i użyć jako narzędzia, za pomocą którego pozbędą się zwierząt.
Bystry pozwolił sobie na nieznaczny uśmiech satysfakcji.
– Nie przewidzieli, że mogę posiadać talizman chroniący mnie przed ich magią.
Maleńka twarz wydęła usta.
– Uzmysłowiłem ci jedynie istnienie czarów. Świadomość uroków jest najsilniejszym talizmanem przeciwko nim. Co do mnie, nie posiadam żadnych magicznych zdolności. Nie mogę rzucić na członków Innego Ludu uroków ani stłumić ich czarów. – Błękitne oczy na maleńkim obliczu spoglądały to w lewo, to w prawo. – W dodatku, jeśli nadal będziesz tu stał i gawędził ze mną, obu nas może spotkać coś przykrego. Zaczyna się odpływ. Wkrótce mat będzie musiał zdecydować, czy pozostawić na wyspie swego kapitana, czy też pozwolić „Marietcie” roztrzaskać się na skałach. Radzę ci pędzić do Zatoki Omamów.
– Gankisie! – wykrzyknął przerażony Bystry. Zaklął i ruszył biegiem.
Nonsensem było szukać starego marynarza. Będzie musiał go tu zostawić. Na dodatek dał mu złoty medalion! Co za głupota! Jak mógł tak łatwo dać się omamić Innemu Ludowi i jego magii. No cóż, stracił świadka i pamiątkę, którą zamierzał zabrać ze sobą, ale nie może sobie przecież pozwolić na utratę statku... i życia. Pirat popędził wielkimi krokami krętą ścieżką w dół. Złote światło słoneczne, które wcześniej wydawało mu się takie wzruszające, teraz kojarzyło się tylko z bardzo gorącym popołudniem; zabierało Bystremu powietrze i utrudniało mu oddychanie.
