Księga luster - Adam Faber - ebook

12 osób właśnie czyta

Opis

Kate Hallender jest typową nastolatką, mieszka u swojej ciotki w Londynie​ i wiedzie spokojne życie, jednak pewnego dnia trafia do tajemniczego sklepu pełnego czarodziejskich przedmiotów, od właścicielki którego otrzymuje Księgę Luster. Nastolatka rzuca miłosny urok na przystojnego Jonathana, jednak czar skutkuje zupełnie inaczej, niż by tego oczekiwała. Dziewczyna trafia do Jaaru, krainy zamieszkanej przez magiczne stworzenia. Fion jest ferem, baśniową istotą, a jego stosunki z ojcem nie są za dobre, więc w akcie buntu opuszcza dom, by odnaleźć czarownicę, z którą się połączy. Trafia w ręce nikczemnej nimfy Errato​ i przez swoją naiwność wprowadza do świata magii wielki zamęt.

 

Tymczasem w Londynie ciotka dowiaduje się, że ze sklepu pani Selene zniknął magiczny kamień o potężnej mocy. Czy uda się go odnaleźć? Jak Kate, początkująca wiedźma, poradzi sobie w świecie Jaaru, mając u boku ekscentrycznych ferów i wyniosłego jednorożca? I co tak naprawdę skrywa plan nikczemnej Errato?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 402

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © A.G. Adam, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Dawid Wiktorski

Korekta: Agnieszka Czapczyk / panbook.pl

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt ilustracji i stron tytułowych: Julia Boniecka

Przygotowanie okładki do druku: Dawid Czarczyński

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN978-83-7976-693-2

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Dla Niej

Prolog

– Strīgammea ad me adduc[1].

Fion powtórzył te słowa dwa razy, patrząc w wielki kocioł, do którego przed chwilą wrzucił garść ziół. Czekał, aż woda zacznie bulgoczeć, by wypowiedzieć je po raz trzeci. Przyglądał się jej z niecierpliwością. Miał wrażenie, że czas płynie coraz wolniej. Podsycił ogień, a potem postarał się siłą woli podnieść temperaturę wody. Wreszcie z dna zaczęły unosić się pierwsze bąbelki. Nie czekając dłużej, Fion powiedział jeszcze raz:

– Strīgammea ad me adduc.

Kocioł zatrzeszczał, a na jego powierzchni pojawiła się bruzda. Fion z przerażeniem patrzył, jak się powiększała. Odskoczył od kotła na moment przed tym, gdy ten dosłownie wybuchnął z hukiem rozdzierającym powietrze.

Kate wpatrywała się w kamień już od dobrych dziesięciu minut, a fakt, że na gablotce nie umieszczono żadnych informacji, jedynie wzmagał jej ciekawość. W chwili, gdy go zobaczyła, stojąc po przeciwnej stronie ulicy, poczuła, że jakaś niewidzialna siła ujęła ją za dłoń i zaprowadziła tutaj.

Wszystkie myśli opuściły jej głowę. Kamień osaczał ją i hipnotyzował, a przechodnie istnieli tylko wtedy, gdy ich sylwetki na krótką chwilę ukazywały się w szmaragdowozielonych ścianach kamienia.

Nagle kamień zalśnił mocnym światłem, które prawie natychmiast zniknęło. Wtedy Kate dostrzegła dwie twarze. Pierwsza należała do przyglądającej się jej z uwagą ekspedientki, zaś druga do Mel, o której obecności Kate zupełnie zapomniała. Odwróciła się w stronę przyjaciółki, by zmierzyć się ze wściekłym spojrzeniem, jakie ta jej rzucała. Rude włosy Mel wyglądały teraz tak, jakby zaraz miały zapłonąć.

– Jeśli za chwilę nie ruszysz swojego zamyślonego tyłka, Hallander – wycedziła – to chyba go skopię. I wcale nie żartuję.

– Chodź… chodź… – Erato wyginała palce, przywołując kogoś, kogo nie mogła zobaczyć; kogo nawet nie znała. W powietrzu, wraz z dymem, unosił się ciężki, słodki zapach ziół. Na ołtarzu płonęło kilka białych świec. Możliwe, że to za ich sprawą wewnątrz kuli wytworzyła się mgła, która zaczęła gęstnieć tak bardzo, że zdawało się, iż za moment rozsadzi swoje szklane więzienie.

Taką samą mgłą zaszły oczy Erato, kiedy ponownie zgięła palec wskazujący i po raz ostatni powiedziała:

– Przyjdź do mnie.

Wreszcie opanował ją spokój. Teraz była już pewna, że ten, którego wzywała, przyjdzie.

[1] Przywiedź ku mnie moją czarownicę (łac.).

– Jest również przystojny – odparła Elżbieta – a młody człowiek, w miarę swych możliwości powinien być przystojny.

Jest zatem zupełną doskonałością.

Jane Austen, Duma i uprzedzenie[2]

[2] Przekład Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej.

Rozdział 1

Jonathan

To nie był najlepszy poranek dla Kate Hallander. Obudziła się zmęczona i połamana, jakby w ciągu nocy przebiegła maraton, a w dodatku, gdy tylko zwlekła się z łóżka i spojrzała w lustro, z przygnębieniem odkryła na twarzy nowy pieprzyk. Zdążyła się do nich przyzwyczaić, choć nigdy ich nie polubiła. Pojawiały się zawsze na krótko przed jej urodzinami. Teraz było ich już siedemnaście.

Przerażona tym, jak będzie wyglądać po trzydziestce, ale za to wiedziona pocieszającą myślą o śniadaniu, zaczęła powoli schodzić na dół. Ciotka Hillena, o ile to jej twarz zakrywała wielka gazeta, siedziała już w kuchni. Wokół unosiła się wstrętna woń kawy.

Kate wymamrotała powitanie, na które zdawali się odpowiadać wyłącznie premier i jakaś znana aktorka, uśmiechający się z pierwszej strony. Nie odwzajemniła ich uśmiechów – nie zebrała w sobie jeszcze dość dobrego samopoczucia, żeby móc się nim dzielić. W dodatku, gdy tylko otworzyła lodówkę, okazało się, że cała ta wędrówka z pokoju do kuchni była zupełnie bezcelowa.

– Nie ma jogurtu! – zawołała ostentacyjnie, co ciotka miała zrozumieć jako: „Trzy razy przypominałam ci, żebyś kupiła mi jogurt, a ty i tak zapomniałaś!”.

Ciotka jak nikt rozumiała podteksty, więc już po chwili zza gazety dobiegł jej głos:

– Nie mieli takiego, jaki chciałaś. Weź sobie coś innego.

– Co na przykład? – odparła kąśliwie Kate.

– Zrób sobie jajecznicę, tosty, kanapki, płatki albo sałatkę owocową – zaczęła wyliczać ciotka. Niestety, żadna z tych możliwości nie była równie dietetyczna, co jogurt naturalny z zerową zawartością tłuszczu. Kate nalała sobie więc tylko szklankę wody i usiadła z nią naprzeciwko ciotki. Utkwiła wzrok w gazecie i zaczęła głośno siorbać, a kiedy okazało się, że nie przyciągnie tym jej uwagi, kilka razy ostentacyjnie westchnęła. Dopiero wtedy ciotka spytała:

– Coś się stało? – W jej głosie nie było słychać szczególnego zainteresowania.

Kate, nic sobie nie robiąc z tego, że ciotka wcale jej nie widzi, w odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami.

– Nie mogłaś zasnąć? – Ciotka zmieniła nieco ton.

– Zasnęłam – odpowiedziała Kate. – Ale może to był właśnie mój błąd.

Strony gazety zaszeleściły i ciotka natychmiast odłożyła ją na stół. Kilka kartek zanurzyło się w kawie, a ciotka zdecydowanym ruchem ręki odgarnęła z czoła jasne włosy i utkwiła uważne spojrzenie w Kate.

Zanim Kate nie poznała ciotki osobiście, wiedziała o niej tylko tyle, że jest siostrą jej ojca i że nosi to śmieszne imię. No i że jest wykładowczynią na uniwersytecie. Ta ostatnia sprawa najbardziej ją niepokoiła, bardziej nawet niż imię ciotki. W końcu ludzie rzadko wybierają sobie imiona, ale jeśli ktoś studiuje aż do uzyskania tytułu doktora, to chyba musi być z nim coś nie tak. Bez względu na zdanie Kate rodzice stwierdzili jednak, że najlepiej będzie, jeśli liceum ukończy w Londynie, właśnie pod okiem ciotki. Biorąc pod uwagę, że akurat się rozwodzili i to była jedna z ich nielicznych jednomyślnych decyzji, Kate musiała się zgodzić.

Ciotka nie okazała się aż tak zła. Należała wprawdzie do osób, które mówiąc „tak” lub „nie”, nigdy nie dodają żadnych „ale” – no chyba że te z gatunku „aczkolwiek” – i czasem do przesady interesowała się ocenami Kate, poza tym jednak była całkiem w porządku. No i mieszkała w naprawdę dużym domu – takim, w którym ma się mnóstwo prywatności. Kate miała do dyspozycji praktycznie całe piętro.

W domu były jednak pokoje, do których nie wolno było jej wchodzić, zwłaszcza do dziwnego czegoś, co stało na strychu i wyglądało jak wielka przymierzalnia, tyle że otoczona murem i z drzwiami zamiast zasłony. Ta dziwna konstrukcja tak bardzo nie przystawała do reszty domu, że Kate nazywała ją czasem Trzecim Piętrem. Nigdy jednak nie poczuła nawet najmniejszej ochoty, żeby tam wejść. Niby co ciotka mogła tam mieć? Laboratorium chemiczne? Jeśli tak, to nie było chyba niczego, co mogłoby interesować ją mniej.

Teraz ciotka patrzyła na nią takim wzrokiem, jakby miała zaraz rozłożyć ją na atomy. Co gorsza, pewnie gdyby chciała, mogłaby to zrobić.

– Miałaś złe sny? – spytała. Było to ostatnie pytanie, jakie Kate spodziewała się usłyszeć od kogoś, kto wykłada nauki ścisłe.

– Ehm… nie wiem – przyznała z zakłopotaniem. – Chyba po prostu źle spałam, ale nie pamiętam żadnych snów.

Pani Hallander nawet nie starała się ukryć zawiedzionej miny.

– Szkoda – powiedziała i zakryła twarz gazetą. Po chwili znów dobiegł zza niej jej głos: – Jeśli chcesz, żebym cię dziś podwiozła, masz piętnaście minut na ubranie się.

Dobrze wiedząc, jak bardzo dosłowne jest „piętnaście minut” w słowniku ciotki Hilleny, Kate natychmiast zerwała się od stołu i pobiegła na górę. Musiała skorzystać z propozycji. Nie było szans, że zdąży na autobus, a jej wychowawczyni, pani Blackout, na pewno nie przeszłaby obojętnie wobec kolejnego spóźnienia.

Ze stosu leżących przy szafie ubrań Kate bez większego zastanowienia wybrała ciemne spodnie i cytrynowożółtą bluzkę. Szybko się spakowała i zarzuciła torbę na ramię. Kiedy zbiegła na dół, ciotki nie było już w domu. Czekała w samochodzie.

– Pasy. – To było pierwsze, co powiedziała, jeszcze zanim Kate zdążyła dobrze usadowić się w fotelu. – Wzięłaś wszystko?

Kate mruknęła w odpowiedzi i, nim wyruszyły, przejrzała się w lusterku. Nie poprawiła sobie tym humoru. Makijaż, na który miała tylko trzy minuty, doprowadził jej zmęczoną twarz do porządku, ale włosy – i tak zawsze strasznie cienkie – teraz przypominały pajęcze nici. Pod bluzkę włożyła naszyjnik, który dostała od ojca tak dawno temu, że sama już tego nie pamiętała. Wkładała go pod ubranie, bo niezbyt się jej podobał – był biały, w kształcie łezki, z czarną kropką namalowaną na środku.

Widząc, jak Kate poprawia fryzurę, ciotka pokręciła głową z dezaprobatą. Ona sama nie musiała niczego poprawiać. Miała włosy, o jakich Kate zawsze marzyła – grube i wyraziste. Gdyby Kate miała takie same, nigdy nie ścinałaby ich tak krótko, jak ona.

Dzień był upalny. Ciotka założyła na nos okulary przeciwsłoneczne i odpaliła samochód. Nie unikało wątpliwości, że miała zły humor. Kate spoglądała na nią co pewien czas, starając się odgadnąć, jaki mógł być tego powód. Pani Hallander udawała, że nie dostrzega tych spojrzeń, a wszystkie pytania Kate zbywała tylko niewyraźnymi odpowiedziami lub niecierpliwymi westchnieniami. Zwykle nie zachowywała się w ten sposób i dopytywała przynajmniej o stopnie i zajęcia.

Kate nudziła się tak bardzo, że zaczęła liczyć słupki i znaki drogowe, które mijały po drodze. Wyglądały, jakby salutowały ciotce po każdym przejechanym odcinku. Wkrótce jednak i ta rozrywka się skończyła, bo zjechały z autostrady do centrum. I właśnie tam, pośród budynków, temat do rozmowy o czymś innym niż pogoda i szkoła wyłonił się sam.

– Ten sklep… – Kate zaczęła dość nieporadnie. Tu było więcej niż wiele sklepów, więc ciotka mogła pomyśleć, że chodzi jej o kozaki, którymi męczyła ją już od tygodnia, czego pani Hallander wręcz nie znosiła („Zima dopiero za pół roku!”, „Wszyscy, którzy wmawiają młodym dziewczynom, że w lecie chodzi się w takich buciorach, chcą zarobić pieniądze na waszej naiwności!”). W każdym razie…

– Ten sklep twojej znajomej… – poprawiła się Kate – co tam właściwie jest?

Wiedziała, że ciotka zna długowłosą ekspedientkę, która przyglądała się jej ostatnio przez szybę. Już kilka razy widziała, jak sobie machały. Zastanawiało ją to, bo ekspedientka nie wyglądała na kogoś, z kim mogłaby przyjaźnić się ciotka. Nosiła długie, dziwaczne suknie, a na szyi i rękach miała całą masę wisiorków, bransoletek i rzemyków. Do tej pory Kate o nią nie pytała, bo pani Hallander zawsze była tajemnicza, jeśli chodziło o jej życie prywatne. Teraz zresztą też odpowiedziała wymijająco.

– Różne rzeczy… Pamiątki – dodała, domyślając się chyba, że pierwsza odpowiedź nie jest zadowalająca.

Ale druga też nie była. Tym bardziej, że Kate nigdy nie widziała na wystawie sklepu żadnych flag ani statuetek Big Bena, a jakie inne pamiątki można znaleźć w sercu Londynu?

– Ostatnio widziałam tam bardzo ładny kamień… – kontynuowała, niezrażona odpowiedzią ciotki. Jednak natychmiast okazało się, że to błąd, bo ciotka zacisnęła ręce na kierownicy i rzuciła jej nerwowe spojrzenie.

– Byłaś tam? – spytała najbardziej dociekliwym ze swoich tonów. – Po co?

– Nie byłam w środku – zaczęła tłumaczyć Kate. – Tylko tamtędy przechodziłam. Kamień był w gablotce.

Zdawało się, że te słowa trochę uspokoiły ciotkę. Przez chwilę nic nie mówiła. Wyglądała, jakby starała się zebrać w sobie, po czym z wyraźnie udawanym spokojem w głosie powiedziała:

– Nie chodź tam. W tym sklepie nie ma nic, co mogłoby cię zainteresować.

Kate zmrużyła podejrzliwie oczy. Chciała jeszcze o coś zapytać, ale ciotka zaparkowała już samochód na szkolnym podjeździe.

– Czy dobrze mi się wydaje, że widzę tam Mel? – spytała, wskazując przed siebie ruchem głowy.

Kate spojrzała w tamtym kierunku. Pierwszym, co zobaczyła, była burza rudych loków, a kolejnym – sylwetka Mel, która zdawała się stanowić dla nich jedynie tło.

– Pewnie cię szuka – dodała ciotka, skutecznie uciszając Kate, nim ta zdążyła choćby otworzyć usta. Wzrok miała bez przerwy skupiony na Mel, jakby bardzo nie chciała odwracać się w stronę Kate. – Powinnaś się pospieszyć – powiedziała.

Kate zawahała się, ale ostatecznie otworzyła drzwi samochodu. Nim jednak wysiadła, zwróciła się do ciotki jeszcze raz, używając luźniejszego tonu.

– Jeśli chodzi o ten sklep, to… – Chciała dokończyć, mówiąc: „jeszcze o tym pogadamy”, ale ciotka miała własny pomysł na to zdanie:

– …to nie ma w nim nic ciekawego – oznajmiła i surowym tonem dodała: – Zajęcia…

Jedyną formą sprzeciwu, jaka została Kate, było prychnięcie, więc postarała się włożyć w nie tyle emocji, ile tylko była w stanie. Potem trzasnęła drzwiami samochodu, a ciotka skinęła jej i odjechała. Kate patrzyła za nią jeszcze przez pewien czas.

Dlaczego niby nie miała pójść do tamtego sklepu? Dopiero teraz zrobiła się go naprawdę ciekawa.

Fryzura Mel była dziś wyjątkowo rozpraszająca. Włosy wyglądały tak, jakby ich właścicielce udało się – bez względu na to, czy tego próbowała, czy nie, co było jeszcze do ustalenia – zwiększyć ich objętość jakieś trzy razy. Zdawało się, że Mel urosła od wczoraj przynajmniej o kilkanaście centrymetrów. Jej rude loki sterczały z każdej strony głowy. Kate wpatrywała się w nie tak uporczywie, że omal nie potknęła się o próg, gdy wchodziły do szkoły.

Mel to zauważyła.

– Mogłabyś chociaż udawać, że ci się podoba i że to jest teraz modne – mruknęła. – Zwłaszcza, kiedy inni patrzą.

Spojrzeń innych rzeczywiście nie dało się uniknąć. Nawet najbardziej powściągliwe osoby nie były w stanie ukryć zdziwienia, gdy przechodziły obok nich włosy Mel. Na szczęście dla niej samej, nie wszystkim udało się dostrzec, kto ukrywał się za tą fryzurą.

– Nie rozumiem – przyznała Kate. I wcale nie chodziło jej o słowa Mel. Wielu rzeczy w zachowaniu Mel nie rozumiała. Zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Jak jednak można było zrobić sobie coś takiego i jeszcze pokazać się tak w szkole? Tego właśnie nie rozumiała ani trochę, mimo że przyjaźniły się już od kilku miesięcy.

– Zerwałam z Brandonem – oznajmiła Mel. Nie było w tym ani radości, ani smutku. No i… to nie wyjaśniało zupełnie nic. Oczywiście wiadomość o zerwaniu z Brandonem była zaskakująca. Brandon i Mel byli dobrze dobraną parą. Ostatnio nawet stworzył dla Mel jakąś piosenkę o wiecznej miłości, małych kotach, różowych chmurach z waty cukrowej i innych rzeczach tego typu. Tylko…

– Jak to się ma do twoich włosów?

– Och, Kate, to akurat jest oczywiste! – Mel rozłożyła gwałtownie ręce. – Zaczęłam nowe życie, a przecież wiadomo, że ciało, duch i umysł są ze sobą połączone… Jeśli podziałasz na jedno, reszta odpowie. Postanowiłam w takim razie zmienić trochę fryzurę.

– Trochę… – Kate, nie mogąc się powstrzymać, prychnęła cicho pod nosem, mając nadzieję, że Mel tego nie usłyszy.

Ale usłyszała.

– Nie przerywaj mi, Hallander! – zagrzmiała. – To przecież nie moja wina, że tak wyszło, prawda? – dodała prawie przepraszającym tonem. – Moja matka poleciła mi jakiś szampon. „Weź go sobie, mnie pomógł, gdy rozstałam się z twoim ojcem”. – Zaczęła naśladować głos swojej matki. Zdaniem Kate, zrobiła to całkiem dobrze. – Więc wzięłam ten cholerny szampon!

Kilka osób znów spojrzało w ich stronę, kiedy Mel zatrzymała się nagle i zaczęła roztrzepywać dłońmi swoje loki. Wyglądała, jakby miała zaraz się rozpłakać.

– Skąd miałam wiedzieć, że termin ważności mijał w dziewięćdziesiątym siódmym?! – spytała.

Kate uznała, że napomknięcie o czytaniu etykiet byłoby bezduszne. Poklepała więc tylko przyjaciółkę po plecach. Po drodze Mel tłumaczyła, dlaczego zerwała z Brandonem.

– Szczerze mówiąc, to już od dawna czułam, że nasza relacja idzie w złym kierunku. Sprawdziłam to numerologicznie i wiesz co? On jest siódemką, a ja ósemką. Czytałam, że to nie najlepsze połączenie. Zresztą coś musi być w tych dwóch liczbach, że jak się na nie patrzy, to one nie bardzo do siebie pasują.

– To zależy, jak na nie patrzeć. A poza tym… Po co w ogóle zajmować się podobnymi bzdurami? Bez obrazy, ale to głupie, żeby zrywać z chłopakiem tylko z powodu… liczb.

– Mówisz tak, bo sama nigdy nie miałaś żadnego chłopaka!

Kate posłała Mel nienawistne spojrzenie.

– No, dobrze, dobrze. – Mel się speszyła. – Ale ja i tak uważam, że uwarunkowania astrologiczne…

Kate nie dowiedziała się jednak, o co chodzi z uwarunkowaniami astrologicznymi, bo rozmowa została nagle przerwana, gdy ktoś gwałtownie otworzył drzwi łazienki. Pech chciał, że Mel uderzyła o nie twarzą i upadła na podłogę tak szybko, że nawet nie zdążyła krzyknąć. Wyręczyła ją w tym Kate.

– O Boże, Mel! – zawołała, pochylając się nad nią. Ku jej przerażeniu, Mel na początku wcale się nie ruszała, ale po chwili otworzyła oczy i spojrzała na nią nieprzytomnym wzrokiem. Wyglądała całkiem żywo.

– Nic jej nie będzie. – Za ich plecami rozległ się męski głos. – Oddycha, rusza się. Zresztą to coś, co ma na głowie, powinno zamortyzować upadek.

Kate się odwróciła. Już otwierała usta, żeby zwymyślać tego, kto to powiedział, ale gdy tylko go zobaczyła, nagle poczuła się jak sparaliżowana.

Stał przed nią wysoki, szczupły chłopak. Ciemnobrązowe włosy opadały mu lekko na twarz, sięgając szyi pokrytej ledwo widocznym zarostem. Spojrzenie utkwił w Mel, ale oczy miał zimne, jakby wcale nie obchodziło go, co przed chwilą zrobił. Mimo to Kate wyczuwała, że jest zdenerwowany. Kiedy przeniósł wzrok na nią, źrenice nagle mu się powiększyły, a spojrzenie zmieniło. Wydawał się czymś zaskoczony. Przez ułamek sekundy Kate czuła, jakby czas stanął w miejscu.

Dlaczego nie potrafiła nic powiedzieć? Chłopak był całkiem przystojny, ale co z tego?! Widziała już wielu przystojniejszych, a jednak nie czuła się przy nich tak jak teraz. Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek wcześniej go widziała, choć jednocześnie wydawało jej się, że skądś go zna.

Jakiekolwiek były przyczyny tego stanu, musiały chyba pozostać zagadką, bo brutalnie przerwały go słowa Mel, która teraz była już całkiem przytomna. I wściekła.

– Uważaj, jak chodzisz, ty kretynie! – zawołała i zaczęła zbierać się z podłogi, podpierając się ramieniem Kate.

Chłopak nie odpowiedział od razu. Włożył ręce do kieszeni i przez chwilę przyglądał się Mel, udając, że szuka jej twarzy.

– Następnym razem noś tę futrzaną czapkę z tyłu głowy, bo ci zasłania oczy.

Mel otwarła szeroko usta. Zdawało się, że przygotowywała się do wrzasku, który mógłby postanowić na nogi całą szkołę. Chłopak jakby to przeczuwał, bo zaśmiał się drwiąco, spojrzał jeszcze raz na Kate i odwróciwszy się na pięcie, szybko poszedł dalej korytarzem.

Kate i Mel patrzyły za nim przez chwilę i dopiero wtedy Kate uświadomiła sobie, że kiedy wyjmował rękę z kieszeni, coś z niej wypadło. Spojrzała na podłogę. Leżało tam niewielkie opakowanie z białymi pastylkami. Sięgnęła po nie, ale nie przyjrzała się im dość dokładnie. Kiedy Mel znów na nią spojrzała, odruchowo wrzuciła je do torby.

– Widziałaś kiedyś podobne chamstwo?! – wykrztusiła wreszcie Mel. Mrugała bez przerwy, co musiało sprawiać jej sporą trudność, biorąc pod uwagę ilość makijażu. Całe jej czoło pokrywał czerwony ślad po uderzeniu. Kate uznała, że lepiej na razie jej o tym nie mówić.

– Nie – odpowiedziała, spoglądając na zegar. – Ale widzę, że już jesteśmy spóźnione. Andrews nas zabije.

Korytarz był zupełnie pusty, kiedy Kate i Mel rzuciły się w kierunku klasy. Zdyszane, przystanęły na chwilę, żeby poprawić włosy. W przypadku Mel okazało się to wciąż niemożliwe. Kate nacisnęła na klamkę. Z klasy od razu dobiegł głos pana Andrewsa.

– Hallander?

– Tak? – Spojrzała niepewnie na nauczyciela.

Pan Andrews siedział przy biurku z nosem utkwionym w liście obecności. Przysunął głowę tak blisko dziennika, że prawie dotykał go swoimi wielkimi okularami, które wyglądały, jakby zaraz miały zsunąć mu się z nosa. Był niskim, chudym staruszkiem, wyglądającym na tak wątłego, że miało się wrażenie, jakby z trudem przychodziło mu jednoczesne noszenie okularów i dziennika.

– Eee… obecna? – dodała szybko Kate, z nadzieją, że pan Andrews nie zauważył jej spóźnienia. Potem po cichu zajęła miejsce w ławce, słysząc za sobą szept Mel:

– Szczęściara!

Ona sama spóźniła się tylko o jedną literę – nazywała się Gibbons. Melinda Gibbons, nad czym niejednokrotnie ubolewała, przekonana, że to imię w ogóle nie oddawało jej charakteru.

Mel zbliżyła się do pana Andrewsa, który – wbrew swojemu zwyczajowi – oderwał nos od dziennika i mrużąc oczy, starał się odgadnąć, kto przed nim stanął. W klasie rozległy się szepty i nawet siedzący zawsze w pierwszej ławce Dean i Nathan, zwykle zajęci bardziej sobą niż tym, co działo się na zajęciach, patrzyli na Mel. Ona udawała natomiast, że wszystko jest w porządku, i w ogóle nie zwracała uwagi na poruszenie. Chrząknęła trzy razy i wytłumaczyła panu Andrewsowi, że się spóźniła, ponieważ zaatakowano ją na korytarzu. Pan Andrews pokręcił głową ze zrozumieniem, najwyraźniej myśląc, że to z powodu tego ataku fryzura Mel przybrała taki dziwny kształt.

Zaraz po zajęciu miejsca obok Kate Mel podparła brodę i zaczęła wpatrywać się w tablicę z zagniewaną i płaczliwą miną. Pan Andrews tymczasem dotarł do końca listy obecności i ciężko westchnął, roznosząc po całej klasie rozgoryczenie i zniechęcenie. Potem zaczął rozglądać się po wszystkich obecnych, ponownie mrużąc oczy.

– Czego to ja chciałem? – spytał zmęczonym głosem, jakby naprawdę spodziewał się, że ktoś będzie umiał odpowiedzieć mu na to pytanie.

Z ostatniej ławki, znajdującej się w najciemniejszej części klasy, rozległ się krótki kaszel. Wszyscy spojrzeli w tamtym kierunku, ale tylko Mel i Kate otworzyły usta ze zdumienia. Z krzesła wstał wysoki chłopak, a jego sylwetka wyglądała na jeszcze smuklejszą niż przedtem. To był ten chłopak…

– Och, no tak – powiedział pan Andrews i jak na zawołanie teraz wszyscy spojrzeli na niego. – Macie w klasie nowego kolegę. Pana… ech… – Zaczął szukać nazwiska chłopaka w dzienniku. – Jonathana – przybliżył twarz do kartki jeszcze bardziej – Charmlinga… Tak?

Chłopak jedynie kiwnął głową. Na prośbę pana Andrewsa wyszedł na środek klasy i przedstawił się ponownie, dodając przed imieniem i nazwiskiem jedynie krótkie i beznamiętne „Cześć”. Wracając do ławki, spojrzał znów na Kate, która – tak, jak wcześniej – dziwnie się po tym poczuła. Do rzeczywistości przywrócił ją dźwięk długopisu naciskającego na kartkę z taką siłą, jakby miał ją zaraz rozerwać. Mel zapisywała coś wściekle, a gdy skończyła, podsunęła kartkę pod nos Kate.

„Dlaczego tylko ja mam takiego pecha???!!!” – napisała. „Pewnego dnia się zabiję. Zobaczysz. A ciało zakopię między rabatkami mojej matki!”.

Kate zaczęła odpisywać, ale zdążyła zapisać tylko imię Mel, bo sprawdzanie obecności dobiegło końca i wszyscy zaczęli zbierać się na zajęcia. Włożyła kartkę do kieszeni. Chciała poprosić Mel, żeby dała już spokój tej sprawie, ale gdy tylko na nią spojrzała, uznała, że to jednak kiepski pomysł. Teraz cała twarz Mel była czerwona i trudno było powiedzieć, gdzie kończył się siniak, a gdzie zaczynał róż do policzków.

– Wiesz, myślę, że… – zaczęła mówić Kate i kiedy zastanawiała się, co właściwie powiedzieć, pomysł wpadł jej do głowy sam. – Może pójdziesz ze mną po zajęciach do sklepu? – spytała.

– Jakiego sklepu? – warknęła Mel.

– No… Tak naprawdę dopiero muszę to sprawdzić.

Mel zmarszczyła czoło, tylko po to, żeby po chwili syknąć z bólu. Nie zastanawiała się długo.

– Dobra, ale jego i tak kiedyś dopadnę – wycedziła, wskazując głową na opuszczającego klasę Jonathana, po czym zacisnęła pięści. Kate spojrzała na jej dłonie. Były równie czerwone, co twarz, a w jednej z nich trzymała długopis. Po chwili ścisnęła go w obu rękach i zaczęła napierać na niego palcami.

Długopis pękł.

Rozdział 2

Złota łania

Dom przypominał pobojowisko. Tkaniny, które Badb dziergała z takim oddaniem przez ostatnie tygodnie, leżały przy palenisku. Część z nich zajęła się ogniem, nim Harold zdołał je stamtąd zabrać. Inne były porozrywane. Zioła wysypały się z popękanych naczyń, a wielki kocioł, wiszący przedtem nad ogniem, przewrócił się do góry dnem. Ze zbitych amuletów wydostały się świecące chochliki, które zaczęły rzucać w siebie odłamkami szkła. Wszędzie walały się kawałki drewna i magiczne narzędzia. Najgorsze było jednak to, że prawie wszyscy patrzyli na Fiona, jakby doprowadził do tego wszystkiego umyślnie.

– Pewnego dnia pozbawisz nas wszystkich dachu nad głową! – zagrzmiał Harold, przerywając na moment szorowanie podłogi. Co jakiś czas odrywał się od pracy, żeby wykrzyczeć kolejne pomstowania. Guziki jego cytrynowej tuniki rozpięły się, uwalniając połyskujący amulet, który obracał się przy każdym jego ruchu.

– Dachu nad głową! – Fion prychnął. – Zupełnie, jakbyśmy go kiedykolwiek mieli!

Sądził, że powiedział właśnie dobry żart. W końcu trudno o dach, kiedy mieszka się na gigantycznym kwiatku. Ale jego słowa nikogo nie rozśmieszyły. Harold posłał mu tylko kolejne ostre jak nóż wytapiany przez fery z Iaranndinnu spojrzenie i zaczął mocniej szorować podłogę.

– Uważaj, bo uszkodzisz płatki – ostrzegła go Badb. Lawirowała właśnie w swojej czarnej sukni między porozrzucanymi fiolkami. Te, które się nie rozbiły, kładła na okrągłym stole. Paliło się tam już kilka grubych świec, jedynych przedmiotów wyglądających na nietknięte.

Badb starała się nie okazywać Fionowi złości i nie wzbudzać w nim wyrzutów sumienia. Ale co innego miała robić? Była w końcu jego matką, a przy okazji jedyną osobą, która się na niego teraz nie boczyła, dobrze ukrywając złość. Nawet Murugan, mimo że zajęty czyszczeniem swoich włóczni, które traktował jak własne dzieci, posyłał Fionowi od czasu do czasu ukradkowe spojrzenia i kręcił głową.

Najgorsza była oczywiście Fione. Nie musiała nawet niczego mówić ani patrzeć w specjalny sposób; każdy jej ruch, każde westchnienie były wyrazem triumfu, jaki odnosiła teraz nad bratem. Tylko udawała zmartwioną tym, że stłukły się jej ukochane kryształy. Ich strata musiała być dla niej niczym wobec satysfakcji, że Fion znowu zrobił z siebie głupka.

Tak, Fion czuł się jak głupek. Dlatego składając porozrzucane materiały w kostkę i kładąc je przy kąciku Badb, starał się nie patrzeć na pozostałych. Nie chciał doprowadzić do tego wszystkiego. Jedyne, czego chciał, to wreszcie wejść na wyższy poziom magiczny. Był przecież ferem, istotą związaną z magią bardziej niż inne. Poza tym czuł, że w pojedynkę nie zajdzie już dalej. Potrzebował więc czarownicy. Chciał się z nią rozwijać i badać kolejne sekrety sztuki magicznej. Chciał móc wreszcie kogoś nauczać! Bo czy nie to było powinnością fera? Przekazywać swoją wiedzę o magii dalej? Wszyscy dookoła kazali mu czekać, aż nadejdzie odpowiedni dla niego czas. Tylko że on czuł, że ten czas już nadszedł. Bez wiedźmy stał w miejscu, więc na co jeszcze miał czekać?

– Mamo? – Głos Fione, przywodzący na myśl skrzywdzone pięcioletnie dziecko, przerwał jego rozmyślania.

– Tak, kochanie? – odezwała się Badb. Jej opiekuńczy ton denerwował Fiona. Wszyscy w rodzinie traktowali Fione zbyt ulgowo jak na jej wiek. Ich wiek – byli w końcu bliźniętami. Ale jego nikt nigdy nie traktował pobłażliwie. Fione za to potrafiła roztaczać wokół siebie dziecięcą aurę, która sprawiała, że obchodzono się z nią, jakby była zrobiona z najcieńszego szkła Sgathanailów. Tylko Fion znał jej prawdziwą naturę – wstrętną i żmijowatą.

– Nie mogę znaleźć mojej ulubionej różdżki – obwieściła słodkim, melodyjnym głosem. – Tej z ametystem. Mam nadzieję, że się nie złamała… – Kątem oka spojrzała na Fiona, który zmrużył oczy i szybko się odwrócił. Przeklął pod nosem i zaczął składać czerwono-pomarańczową pościel tak szybko, że omal jej nie rozerwał.

Badb i Fione zabrały się za szukanie różdżki wśród porozrzucanych narzędzi. Fione przypatrywała się dokładnie każdemu kawałkowi drewna, który wpadł jej w ręce, chcąc się najwyraźniej upewnić, że żaden nie jest pozostałością po jej różdżce. Za każdym razem, gdy odrzucała któryś z nich, głośno wzdychała. Fion, któremu zdawało się, że każdy jej oddech pogarsza panującą dookoła atmosferę, w końcu nie wytrzymał:

– Mogłabyś się wreszcie zamknąć?! – warknął, mnąc w dłoni cienki materiał.

– Fion! – zawołała Badb, nie wiadomo, czy bardziej oburzona jego słowami, czy tym, co robił z jej narzutą.

– No co?! Ona bez przerwy wynajduje jakieś problemy!

Harold wstał z podłogi i rzucił ścierkę na stół z takim impetem, że omal nie rozbił stojącego na nim kryształowego konia.

– Mieszkając z tobą w jednym domu, wcale nie trzeba wynajdywać sobie problemów! – krzyknął, opluwając własną szatę. – Ani w Jaarze, ani w świecie ludzi nie ma nikogo równie bezmyślnego!

– Uspokójcie się. – Słowa Badb zabrzmiały bardziej jak ostrzeżenie niż prośba.

Fion otworzył szerzej usta. Tkanina, którą ściskał, wypadła mu z rąk. Nie wiedział, czy słowa ojca bardziej go zraniły, czy rozjuszyły.

– Od kiedy w tym domu magię uważa się za kłopot? – spytał, gdy tylko odzyskał kontrolę nad własnymi wargami. – Może nim zaczniesz krytykować moje zaklęcia, powinieneś mnie czegoś nauczyć?

– Uczyłbym cię magii – odparł Harold, zaciskając pięści – gdybym nie obawiał się, że przez swoje lekceważące podejście zbezcześcisz całą powierzoną ci wiedzę!

Być może wypowiedział te słowa bez zastanowienia, ale i tak zabrzmiały, jakby układał je w głowie już od dłuższego czasu i jedynie czekał na odpowiedni moment, by wreszcie je z siebie wyrzucić. Badb spojrzała na niego zaskoczona. Chciała chyba – samym wyrazem twarzy – powstrzymać go przed powiedzeniem czegoś więcej, ale próba nie miała sensu, bo Harold nie mógł powiedzieć już nic gorszego. I nie mógł zrobić nic, by cofnąć swoje słowa.

Fion jeszcze raz otworzył usta. Badb natychmiast spojrzała na niego, jakby w obawie, że teraz to on powie coś niewłaściwego. Uchwycił jej spojrzenie tylko na moment. Zdawało mu się, że Badb wręcz błaga go, by nic nie mówił. Jednak nie potrafił spełnić tej prośby. Musiał wybuchnąć. Nadeszła pora, żeby wszystkie uczucia, jakie się w nim od dawna kotłowały, znalazły wreszcie ujście. Z mnóstwa potwornych słów, jakie przelatywały mu przez myśli, wybrał te, które mogły zranić Harolda najbardziej:

– Żałuję, że jesteś moim ojcem – wycedził.

Zapadła cisza, a powietrze zgęstniało. Fion i Harold patrzyli sobie w oczy i zdawało się, że żaden z nich nie dostrzega teraz niczego poza spojrzeniem tego drugiego. Potem Fion podszedł do Murugana i wyciągnął rękę w jego kierunku.

– Daj mi którąś ze swoich włóczni – poprosił.

– Co chcesz zrobić?! – przeraziła się Badb. Najwyraźniej sądziła, że Fion chce ugodzić ojca. Harold zresztą także uważnie go obserwował, jak gdyby także się tego obawiał. – Co chcesz zrobić?!

– Chcę stąd pójść i już nigdy więcej nie wrócić – odparł Fion głosem, którego nie rozpoznawał nikt, nawet on sam. Podszedł do Murugana, który posłał Badb niepewne spojrzenie, ale i tak wziął jedną ze swoich włóczni, najmniejszą, jakby porównywał jej wielkość ze wzrostem Fiona, i wręczył mu ją.

– Co ty wyprawiasz?! Gdzie chcesz pójść?! – Badb stanęła przed Fionem i złapała go za ramię. Fion zignorował to pytanie i nie patrząc jej w oczy w obawie, że to zdołałoby go powstrzymać, uwolnił się z jej uścisku. Przygotował skrzydła do lotu i wzbił się w powietrze.

Leciał tak szybko, że gdy Badb zawołała go po raz trzeci, zdawało mu się, że jej głos utonął w przestworzach. Omal nie wpadł na kilka innych lecących ferów, które obracały się za nim zdumione, że nie odpowiedział nawet na zwykłe powitanie. Wylądował dopiero, gdy zaczął gęstnieć przed nim Las Wielu, oddzielający Elphame od innych krain.

Dotknął stopami wilgotnej gleby. Było jeszcze wcześnie i słońce nie zdążyło ogrzać ziemi, schronionej za gęstą zasłoną liści. Fion zaczął iść przed siebie, czując, jak emocje przejmują nad nim coraz większą kontrolę. Zdawały się skakać w jego ciele, zaglądając we wszystkie zakamarki. Nie umiał nawet ich wszystkich nazwać. Mógł jedynie się im poddać i pozwolić, by popychały go do przodu, wmawiając ciału, że wcale nie jest zmęczone. Słowa ojca krążyły mu w żyłach, przechodząc z głowy do serca, i z powrotem.

Jak on śmiał tak się do niego zwrócić?! Jak śmiał zarzucać mu, że ma lekceważące podejście do magii?! Fion kłócił się z ojcem średnio pięć razy w tygodniu. Jednak nigdy jeszcze, aż do teraz, nie usłyszał od niego czegoś podobnego. Czasem miał jedynie mgliste przeczucie, że ojciec właśnie tak o nim myśli. Tłumaczył to sobie jednak własnym przewrażliwieniem. Wierzył też w usprawiedliwienia matki, która zawsze sądziła, że ojciec mówi więcej niż naprawdę myśli. Dziś jednak nie mógł wytrzymać – musiał się wyprowadzić.

– Szumnie powiedziane! – Zaśmiał się sam z siebie. Wyprowadzka nie była najlepszym określeniem na to, co zrobił, biorąc pod uwagę, że zabrał ze sobą jedynie włócznię. Zrobił to zresztą tylko na wszelki wypadek, do obrony i gdyby musiał na coś zapolować. Miał wprawdzie swoją magię, ale ona nie zawsze wystarcza. Poza tym Murugan zaklinał swoją broń tak, że nie trzeba było nawet wiedzieć, jak się nią posługiwać, bo działała po części sama, podobnie jak długo używane magiczne narzędzia.

Fion szedł dalej, ale wysiłek wcale nie zmniejszył jego zdenerwowania. Stłumił za to zmysł orientacji i teraz Fion, przedzierając się przez coraz wyższą trawę, nie wiedział już, gdzie właściwie się znajdował. Przestał intensywnie odczuwać zapach Elphame, który przyciągał do krainy wszystkich jej mieszkańców. Oczywiście nadal mógł wrócić. Fery zawsze wiedzą, jak trafić do domu. Powrót był jednak ostatnim, na co miał ochotę. Wolał zamieszkać w lesie, narażając się na ataki jednorożców i dzikich zwierząt, niż musieć znów codziennie oglądać ojca.

Po kolejnych piętnastu minutach wędrówki i walki z florą, Fion przypomniał sobie, że istnieje coś takiego jak zmęczenie i że stopy mogą boleć. Zatrzymał się i dopiero wtedy usłyszał swój ciężki oddech, na który wcześniej nie zwracał uwagi. Przykucnął i wziął kilka głębokich wdechów. Chciało mu się pić, a z jego czoła lał się pot. Wytarł je ręką, odpoczął kilka chwil, a potem wstał i zaczął rozglądać się dookoła. Zastanawiał się, czy zdoła przywołać w pamięci obraz miejsca, w którym się znajdował. Wiele razy zapuszczał się przecież w głąb lasu, więc może i tutaj był już wcześniej.

Niestety, ocena tego okazała się trudniejsza, niż początkowo sądził. Wysoka trawa i gęste paprocie osaczały go ze wszystkich stron, skutecznie przysłaniając widok. Na szczęście nie musiał się ich obawiać, póki miał sprawne skrzydła. Nawet nie wiedząc, gdzie jest, mógł zawsze unieść się w powietrze. Teraz był na to jednak zbyt zmęczony.

– Woda – powiedział do siebie. To, że był teraz jedyną osobą, z którą mógł rozmawiać, znacznie pogarszało mu humor.

Woda była najbardziej praktyczną rzeczą, o jakiej mógł pomyśleć, i pierwszą, która mogła mu się przydać. Zamknął oczy i wytężył wszystkie swoje myśli jak zwykle, gdy musiał połączyć się z żywiołami. Wiedząc, jak się to robi, można zaoszczędzić sobie sporo czasu na poszukiwaniu czegoś. Wystarczy to poczuć.

Już po kilku chwilach, starając się połączyć w myślach z żywiołem wody, usłyszał szum strumienia. Nie mógł znajdować się dalej niż sto metrów od miejsca, w którym stał. Ruszył dalej, walcząc ze zmęczeniem.

Gdy zbliżał się do strumienia, rośliny rozstępowały się przed nim, umożliwiając przejście. Wreszcie wszedł na dość równą ścieżkę. Urywała się przed samym strumieniem, ustępując miejsca zeschniętemu błotu i niewielkim, lśniącym kamieniom. Rosnące dookoła drzewa wyglądały, jakby widziały we Fionie intruza. Zdawało mu się, że coś obserwuje go spomiędzy nich. Starczyło jednak, że spojrzał na strumień, który w słońcu przypominał wielkiego, świetlistego węża, wijącego się wokół kamieni, a cały strach go opuścił. Ostatnie kilka kroków, które dzieliły go od wody, pokonał szybko, jakby zapominając o zmęczeniu.

Stanął nad brzegiem strumienia. Wiedział, że będzie musiał teraz zdać się na własną intuicję, oceniając, czy woda nadaje się do picia. W końcu zaklęte rzeki i strumienie nie należały do rzadkości w Lesie Wielu. Położył włócznię obok i ściągnął z szyi swoje wahadełko. Z magicznej biżuterii nosił tylko je, nie licząc złotej wężowej bransolety na ramieniu. Nie tylko dawało ochronę, ale i pozwalało na bardziej praktyczne wykorzystanie.

Fion przykucnął, trzymając nad wodą rękę z wahadełkiem, i zamknął oczy.

Czy ta woda jest czysta? – zadał w myślach pytanie, a potem przesłał wahadełku nieco swojej energii. Starał się o niczym nie myśleć, choć trudno było mu zapomnieć, jak bardzo jest spragniony. Gdy otworzył oczy, wahadełko już lekko się chwiało. Po chwili zaczęło wskazywać odpowiedź coraz wyraźniej. Strumień nie był zaklęty.

Fion się uśmiechnął. Założył wahadełko z powrotem na szyję i od razu zanurzył ręce w wodzie. Może powodowało to palące pragnienie, ale ta wydawała mu się wprost idealna – o wiele chłodniejsza i bardziej orzeźwiająca od wszystkiego, co ostatnio pił. Była też wyjątkowo czysta. Świadczyły o tym prześwitujące pod nią białe i brązowe kamyki. Świetnie nadawałyby się do wyrysowania na nich run, ale Fion nie miał nic, do czego mógłby je zebrać. Musiał zresztą zająć się czymś bardziej przyziemnym, więc gdy tylko ugasił pragnienie i obmył twarz, chwycił włócznię i postanowił przejść się wzdłuż brzegu. Miał nadzieję, że uda mu się znaleźć coś, do czego mógłby nabrać trochę wody na później.

Rozglądał się uważnie dookoła, kiedy usłyszał dochodzący zza drzew szelest. Spojrzał w tamtą stronę i wtedy znienacka oślepiło go bardzo silne światło. Odruchowo wyciągnął rękę, żeby osłonić przed nim oczy, ale w tym samym momencie światło znikło. Po chwili pojawiło się jednak ponownie, jakby przesuwało się między gałęziami.

Fion przez chwilę rozważał, czy powinien posłuchać teraz głosu rozsądku, który kazał mu stać w miejscu, czy ciekawości, podszeptującej mu, żeby ruszył za światłem. Ścisnął mocniej drzewce włóczni. Nawet gdyby posłuchał ciekawości, to skoro miał ze sobą broń, podążenie za światłem nie byłoby chyba aż tak nierozsądne… Prawda?

Wyglądało na to, że światło na niego czekało, bo chociaż nadal poruszało się między gałęziami, robiło to wolno, co jakiś czas się zatrzymując. Zdawało się go przywoływać. Zrobił krok do przodu, a wtedy światło zatrzymało się na dłużej. Ruszyło ponownie dopiero w chwili, gdy Fion wszedł między drzewa. Wtedy znikło między gałęziami. Szybko jednak rozbłysło ponownie, czekając, aż podejdzie bliżej. Najpierw przypominało jasną kulę, przeczesującą i rozświetlającą las, jednak gdy Fion przyspieszył kroku i mógł lepiej mu się przyjrzeć, dostrzegł, skąd tak naprawdę się brało.

Światło nie było wiązką energii ani kulą, które można czasem zobaczyć, gdy rzuca się czary. Dobywało się ze skóry jakiegoś zwierzęcia i oplatało jego ciało aurą, przez którą co pewien czas dało się dostrzec trudne do opisania kształty. Fion przypuszczał, że to łania. Zyskał pewność, gdy był już bardzo blisko. Wtedy zwierzę się zatrzymało, podobnie jak Fion. Łania odwróciła łeb w jego stronę i skinęła, jakby chciała go przywołać. Jednak gdy tylko zrobił kolejny krok, znowu się oddaliła.

– Co jest? – mruknął i ruszył za nią.

Nie przypominało to zwykłego polowania. Łania pozwalała się tropić i wciąż się zatrzymywała, choć ani razu nie zrobiła tego na tyle długo, by Fion mógł jej dotknąć. Nie celował w nią włócznią. Nie miał wcale zamiaru jej zabijać. Był bardziej zafascynowany niż głodny. Wiedziony przez łanię w niewiadomym kierunku, zapuszczał się coraz głębiej w las.

Wszystko to trwało jeszcze kilka minut, aż wreszcie łania wybiegła na otwarty teren i zatrzymała się przed jakąś jaskinią. Odwróciła się jeszcze raz w stronę Fiona, jakby chciała się upewnić, że wciąż za nią podąża. Gdy tylko wszedł na trawę, wbiegła do jaskini, gdzie ciemność pochłonęła emanujące z niej światło.

W Fionie znów odezwały się wątpliwości. Podszedł ku wejściu do jaskini, ale nie wszedł do środka. Nieznacznie podniósł tylko lewą nogę, ale zawahał się i ponownie postawił ją na ziemi. Ciemność panująca wewnątrz jaskini wydawała się nienaturalnie gęsta. Ale to mogły być tylko jego obawy, wywołane lękiem i niezdecydowaniem. Skoro zaszedł już tak daleko, głupio byłoby zawrócić…

– No dobrze, wejdę tam – powiedział do siebie i spojrzał na swoje stopy, jak gdyby chciał z nimi porozmawiać. Nie podzielały chyba jego zdania, bo jakoś ciężej odrywało mu się je od ziemi. – Tylko na chwilę – dodał, próbując uspokoić swoje ciało.

Stawiając niezdecydowane i ciężkie kroki, wszedł do jaskini. Zimne powietrze było tu wręcz namacalne. Napierało ze wszystkich stron, wytwarzając wokół Fiona coś na wzór ciasno przylegającego pancerza. Początkowo Fion niczego nie widział, co tylko potęgowało nieprzyjemny chłód pod stopami. Szedł po szorstkich kamieniach, których dźwięk wywoływał niewielkie echo. Zdawało mu się, że za plecami słyszy swój własny, nierówny oddech i gwałtowne bicie serca. Kiedy jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zaczął coraz wyraźniej widzieć światło, przypominające teraz świetlika. Podążył w jego stronę. Tym razem nie uciekało i nabierało mocy w miarę, jak się do niego zbliżał. Nie kryła się już pod nim postać łani. Teraz w jego środku poruszała się chaotyczna plątanina kształtów. Wyglądały, jakby walczyły o to, który wyłoni się jako pierwszy.

Fion patrzył na to widowisko ze zdumieniem. Kształty zaczęły się wyostrzać. Najpierw pojawiła się głowa, potem ręce, tułów, i wreszcie nogi. Po chwili przed Fionem stała już w pełni zmaterializowana naga kobieta. Ściągnęła z siebie resztki świetlistej powłoki niczym skorupę jajka. Te opadły na ziemię i rozprysły się.

Ciemność, która na moment znów zapanowała w jaskini, została nagle rozświetlona mnóstwem świec. Kobieta posłała Fionowi uśmiech, którego on nie umiał odwzajemnić. Z ledwością rozchylił kąciki ust. Zdołał wydać z siebie jedynie krótki odgłos – zbyt krótki, by wyrazić jego zdziwienie.