Krwawy medalion - Danka Braun - ebook
Opis

Pod kołami samochodu ginie pacjentka Roberta Orłowskiego, nazywana przez mieszkańców Żurady Świętą Zośką. Okazuje się, że to lekarzowi  zapisała w testamencie drewniany dom w lesie i… stary srebrny medalion. Chociaż medalion nie przedstawia znaczącej wartości rynkowej, był dla kobiety wyjątkowo cenny. Pewnego wieczoru Marta, nieślubna córka Orłowskiego, idąc na przyjęcie w Wiedniu, zakłada go na szyję. Medalion wzbudza duże zainteresowanie gości, co wkrótce spowoduje serię tragicznych w skutkach wydarzeń.
Mark Biegler, próbując rozwikłać zagadkę medalionu Świętej Zośki, odkrywa historię zakazanej miłości swojego ojca – czystej krwi Aryjczyka – do młodziutkiej Żydówki. Słuchając opowieści macochy, poznaje losy młodej Gretchen i jej rodziny na tle burzliwych wojennych wydarzeń, których doświadczyła Europa w pierwszej połowie dwudziestego wieku.
Jaką tajemnicę skrywa w sobie niepozorny wisior, skoro ktoś jest gotów dla niego zabić? Co łączyło prostą wiejską kobietę spod Olkusza z jedną z najbogatszych żydowskich rodzin przedwojennego Wiednia?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 557

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © by Danka Braun Copyright © 2016 by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o.

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja:Agnieszka Brach

Korekta:Justyna Jakubczyk

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcie na okładce: © smmartynenko (depositphotos.com)

Skład: Justyna Jakubczyk

ISBN  978-83-65223-67-8

Słupsk/Warszawa 2016

Wydawnictwo Prozami Sp. z o.o. zamowienia@literaturainspiruje.pl www.prozami.pl www.literaturainspiruje.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Moim ukochanym rodzicom, Wiesławie i Mieczysławowi Kluczewskim

Ściągawka dla czytelników

Mark Biegler – dziennikarz wiedeński o polskich korzeniach Marta Kruczkowska-Biegler – żona Marka

Robert Orłowski – krakowski neurochirurg, ojciec biologiczny Marty Renata Orłowska – bizneswoman, żona Roberta

Iza – nastoletnia córka Orłowskich Zofia Florek – pacjentka Roberta Wisława Sawicka – teściowa Roberta

Gretchen Biegler – macocha Marka Hans Biegler – brat Gretchen Klaus Bauer – przyjaciel Hansa Jonas Bauer – syn Klausa

Paul Bauer – wnuk Klausa

Berta Schmidt – siostrzenica Gretchen, eksnarzeczona Marka Felix Schmidt – mąż Berty

Greg Schmidt – brat Berty, siostrzeniec Gretchen Emma Weiss – dziewczyna Grega

Tina Jurgen – siostra Marka Bieglera Tom Pusk – przyjaciel Tiny

David Singler – antykwariusz, kolega Marka Marcel Rex – policjant

Markus Jurgen – ojciec Marka Bieglera Helga Jurgen – matka Markusa Wilhelm Jurgen – ojciec Markusa

Hana Singler – przyjaciółka Gretchen, babka Davida

Tobias Stein – bogaty przedsiębiorca żydowskiego pochodzenia Debora Stein – żona Tobiasa Steina, Żydówka

Elena Stein – starsza córka Tobiasa Steina Sophie Stein – młodsza córka Tobiasa Steina

Heinrich Bauer – ogrodnik rodziców Gretchen, ojciec Klausa Klara – pokojówka w pensjonacie Jurgenów

Prolog

Robert Orłowski przyglądał się córce z rozbawieniem. Zarumieniona z wrażenia dziewczynka odbierała wygraną. Dumnie dzierżyła pluszowego żółtego kurczaka, jakby to była statuetka Oscara.

Przyjechali na festyn do Żurady Leśnej, rodzinnej miejscowości żony Roberta, Renaty.

Oprócz Orłowskich przyszła na festyn cała rodzina Renaty – jej rodzice oraz brat z żoną i synami.

– Dlaczego władze w Olkuszu chciały zmienić nam nazwę z Żurady Leśnej na Zelców? – zapytała Renata stojącego obok sołtysa. – Dobrze, że my, mieszkańcy, nie zgodziliśmy się na to.

– O ile pamiętam, od prawie trzydziestu lat jesteś mieszkanką Krakowa, a nie Żurady – zauważył Robert.

– Sercem zawsze będę związana z ziemią olkuską. A z wami, centusiami, łączą mnie tylko kontrakty: małżeński i biznesowy. Zelców, brr. – Otrzepała się ostentacyjnie. – Jak to okropnie brzmi.

– Ludziom często myliły się Żurady, bo już jedna Żurada jest w powiecie olkuskim – wyjaśnił stojący obok sołtys.

– Ale nasza jest Leśna – zauważyła Iza. – Mnie też się bardziej podoba nazwa Żurada Leśna, a nie Zelców – powiedziała Iza. – Babciu, a tobie?

– Oczywiście, że lepiej brzmi Żurada – odparła Sawicka. – Bez sensu są takie zmiany. Po pierwsze kosztowne, po drugie kłopotliwe. Każdy mieszkaniec musiałby zmienić dowód. Po co to komu?

Wisława Sawicka, teściowa Roberta, skończyła niedawno siedemdziesiąt pięć lat, ale nadal była zażywną i energiczną kobietą. Dosyć wysoka, o szczupłej budowie ciała i szpakowatych włosach – prezentowała się jeszcze całkiem nieźle jak na wiejską styraną pracą kobietę. Pomimo swojego wieku nadal prowadziła mały sklepik spożywczy. Do niedawna sama w nim sprzedawała, ale ostatnio rodzinie wreszcie udało się namówić ją, żeby zatrudniła ekspedientkę. W zaopatrzeniu pomagał syn. Wychodząc z założenia, że pańskie oko konia tuczy, Sawicka prawie nie wychodziła ze sklepu. Siedziała w kąciku i pilnowała, „żeby wszystko grało” – jak była w zwyczaju mówić.

Robert się śmiał, że smykałkę do interesów jego żona wyssała z mlekiem matki. Bardzo lubił swoją teściową, imponowała mu zaradnością i bezgranicznym oddaniem swoim dzieciom. Przyzwyczajona do ciężkiej pracy nie potrafiła usiedzieć ani chwili bezczynnie. Najpierw pracowała w sklepie PSS „Społem”, potem, już na rencie, niańczyła wnuki, a kilka lat temu postanowiła sama wziąć się za interesy – i całkiem nieźle jej to wychodziło. Była osobą bardzo lubianą i szanowaną we wsi, dlatego mieszkańcy Żurady woleli robić zakupy u niej niż u jej konkurencji.

Robert lubił przyjeżdżać do Żurady i darzył sympatią tutejszych ludzi. Poznał ich wielu. Niektórzy z nich byli jego pacjentami. Przez czternaście lat, od kiedy ożenił się z Renatą, bywał tu regularnie co najmniej raz w miesiącu. Jego lekarska „żuradzka praktyka” zaczęła się trzynaście lat temu od incydentu na weselu kuzynki Renaty. Jeden z gości przeszedł zawał i jedynie dzięki szybkiej akcji Orłowskiego udało się go uratować. Wówczas kiedy tylko zauważono pod domem Sawickich samochód ich zięcia, sąsiedzi zaraz przychodzili po poradę lekarską. Za swoje usługi Orłowski nigdy nie brał pieniędzy.

– Po to pierwszy raz ożeniłem się z bogatą Amerykanką, żeby teraz móc leczyć sąsiadów mojej drugiej żony za darmo – zażartował kiedyś przy jednym z mieszkańców Żurady, kiedy ten chciał płacić za wizytę.

– Nie powiedziałeś jeszcze panu, że twoja nieżyjąca żona o mało co nie została miss Ameryki, taka była ładna – dodała wściekła Renata, a po wyjściu pacjenta zdenerwowana naskoczyła na męża. – Zwariowałeś?! Chcesz, żeby cała Żurada mówiła, że pierwszy raz ożeniłeś się dla pieniędzy?!

– Przecież cały czas wytykałaś mi pieniądze Betty. Odkąd to tak ci zależy na mojej dobrej opinii? – powiedział ze śmiechem.

– Odkąd jesteś moim mężem.

Pewnego razu u jednego z sąsiadów Robert rozpoznał zawał serca. Zrobiła się z tego niezła afera, bo kilka godzin wcześniej sąsiad był w przychodni i lekarz rodzinny nie zauważył nic podejrzanego, twierdząc, że to zatrucie pokarmowe. Jakiś czas później Robert zdiagnozował cukrzycę u kilkumiesięcznej córeczki kuzynki Renaty. W obu przypadkach oberwało się lekarzom rodzinnym, Robert urządził im karczemną awanturę, wyzywając od niedouczonych konowałów. Teraz miejscowi lekarze, bojąc się Orłowskiego, z wielką dokładnością badali mieszkańców Żurady.

Od tego czasu również teść zmienił stosunek do swojego zięcia. Początkowo nie przepadał za Robertem, nie imponował mu nawet jego zawód, chociaż zawsze darzył lekarzy estymą. Po incydencie na weselu nareszcie zaczął dostrzegać w nim dobrego lekarza. Zięć stał się dla Sawickiego największym autorytetem w dziedzinie medycyny. Bardzo często w rozmowach ze znajomymi powoływał się na jego słowa, przez co czasami dochodziło do małych nieporozumień, gdy coś przekręcił.

Tak było z pijawkami. Kiedyś w dyskusji Robert powiedział, że w medycynie na nowo docenia się lecznicze właściwości pijawek. Mówił o stosowaniu ich w leczeniu nadciśnienia, reumatyzmu, nawet w mikrochirurgii. Podobno toksyny wydzielane przez pijawki mają działanie zbliżone do antybiotyków. Tonem ciekawostki dodał, że w Stanach uznano stosowanie pijawek za dopuszczalną metodę w leczeniu niektórych schorzeń.

Podczas jednej z wizyt Orłowskiego u teściów przyszła po poradę kobieta nazywana przez mieszkańców Świętą Zośką i przyniosła ze sobą słoik z czymś pływającym w środku.

– Panie doktorze, nikt w przychodni nie chce przyłożyć mi tych pijawek. Pan leczy w Ameryce pijawkami, do operacji ich używa, niech mi pan je przyłoży. Zapłacę.

– Kto pani powiedział, że stosuję pijawki?

– Pana teść. Podobno w Ameryce wszyscy je stosują, a pan ich do operacji używa. Tak bardzo bolą mnie kolana, że nie mogę już wytrzymać.

– To jakaś pomyłka. Ja nie znam się na pijawkach, nigdy z nich nie korzystałem. W lecznictwie stosuje się natomiast specjalny gatunek pijawki, pijawkę lekarską. Te, które pani przyniosła, to prawdopodobnie pijawki stawowe. Niech pani wyrzuci to paskudztwo. Nie wiem, kto w Polsce stosuje pijawki. Może w internecie znajdzie pani kogoś, kto się tym zajmuje. Może pani poprosić jakiegoś młodego człowieka, który ma komputer, żeby pomógł. Tylko proszę zachować ostrożność, żeby nie trafiła pani na jakiegoś szarlatana.

Po wyjściu kobiety Robert wziął teścia na dywanik.

– Co za bzdury ojciec opowiada ludziom? W życiu nie wziąłem tego paskudztwa do ręki!

– Mówiłeś, że w Ameryce używa się ich w neurochirurgii, że są dobre na wszystko – odpowiedział teść niepewnie.

– Nikt nie wymyślił panaceum, a na pewno nie są to pijawki. Owszem, istnieją przypadki zastosowania pijawek lekarskich w mikrochirurgii.

– A to nie to samo co neurochirurgia? – zdziwił się wtedy teść.

Z biegiem lat opinia o Orłowskim jako najlepszym lekarzu w Małopolsce rozniosła się po całym powiecie olkuskim. Bardzo wiele osób, nie tylko z Żurady, chciało zasięgnąć u niego porady lekarskiej. Ludzie nachodzili jego teściową w sklepie i prosili, żeby umożliwiła im spotkanie z panem doktorem. Chociaż Robert był neurochirurgiem, zainteresowani przychodzili do niego z różnymi dolegliwościami. Teściowa broniła zięcia jak cerber przed nawałem darmowych pacjentów, dopuszczała do niego tylko nielicznych, przeprowadzając przy tym dokładną selekcję.

Do Orłowskiego podszedł mężczyzna w średnim wieku, mieszkaniec Żurady Leśnej, z zawodu notariusz.

– Dzień dobry. Cieszę się bardzo, że przyjechał pan na festyn. Liczyłem w duchu na to, że złapię tu pana i panią Sawicką.

– Hm, dlaczegóż to panu tak bardzo zależało na naszym spotkaniu? – zdziwił się Orłowski.

– Zna pan Zofię Florek?

– Tak, jest moją pacjentką.

– Niestety… była. Nie żyje. Czy teściowa nie wspominała panu o jej śmierci?

– Robert, miałam ci powiedzieć, że Święta Zośka nie żyje, ale całkiem wyszło mi to z głowy – usprawiedliwiająco wtrąciła Sawicka. – Kilka dni temu był jej pogrzeb.

– Florkowa nie żyje? A co jej się stało? – zdziwił się Orłowski. – Gdy ją ostatnio badałem, nic jej nie dolegało. Przecież nie była taka stara. Wyniki miała lepsze od moich.

– Miała siedemdziesiąt sześć lat, była prawie w moim wieku, tylko kilka miesięcy starsza. Wpadła pod samochód. Trup na miejscu.

– Szkoda kobiety – westchnął Robert.

– Florkowa dwa tygodnie przed śmiercią zostawiła u mnie testament – wtrącił notariusz. – Pan, doktorze, i pana teściowa jesteście jej jedynymi spadkobiercami. Hmm, tylko nie wiem, czy macie powód do radości. Ten jej dom to ruina.

– Ja spadkobiercą?! – zapytał Orłowski mocno zaskoczony.

– Widocznie nie miała bliskiej rodziny.

Dwa dni później w biurze notarialnym w Olkuszu świeżo upieczeni spadkobiercy zapoznali się bliżej z testamentem Florkowej. Dom, który stał na trzydziestoarowej działce, kobieta zapisała Orłowskiemu i jego teściowej. Sawicka została obdarowana pośmiertnie przez Florkową również sumką dwudziestu tysięcy złotych, znajdującą się na koncie bankowym zmarłej, i srebrnym medalionem.

– Nie wiedziałem, że Sawicka ma konto w banku – zdziwił się Robert. – Może jeszcze usłyszę, że korzystała z bankomatu?

– Nie miała karty– powiedziała Sawicka. – Po włamaniu do jej domu poprosiła mnie, żebym jej pomogła założyć konto. Wszyscy zawsze myśleli, że kobiecina jest biedniejsza od myszy kościelnej, ale gdy zobaczyli, jaki nagrobek wystawiła swojemu mężowi, zmienili zdanie. To najładniejszy grób na całym cmentarzu! Skusiło to jakichś złodziei i włamali się do jej chatki. Idioci powinni wiedzieć, że jeśli wydała tyle na grób, to w domu nie miała ani grosza. Właśnie dlatego założyła konto i rozpowiadała wszystkim naokoło, że pieniądze będzie trzymać w banku. Przyznała mi się po cichu, że zrobiła to tylko po to, żeby zmylić ewentualnych złodziei, a pieniądze i tak będzie nadal trzymać w domu, bo nie ufa bankom. Widocznie jednak zmieniła zdanie.

– Zrobiła to w ostatniej chwili – powiedział notariusz, patrząc na historię operacji bankowych. – Pieniądze wpłaciła jednorazowo dwa tygodnie przed śmiercią. Hm, w tym samym dniu, kiedy była u mnie w sprawie testamentu. Trochę to dziwne.

Sawicka zmarszczyła brwi i spojrzała w górę, co było oznaką, że intensywnie o czymś myśli.

– Teraz przypominam sobie, że w tym samym czasie była u mnie w sklepie i mówiła, że niedługo umrze, bo chcą ją zabić. Pamiętam, że ją wyśmiałam. Chciała iść do notariusza i napisać testament. Prosiła mnie, żebym tam z nią poszła, ale nie miałam czasu. Później o tym zapomniałam, a ona już nigdy więcej nie wspominała o notariuszu.

– Rzeczywiście, trochę to wszystko dziwne. Tak jak i Florkowa – dodał Robert. – Jakie były okoliczności jej śmierci?

– Wpadła pod samochód na ulicy Kościuszki. Podobno biegła na oślep, jakby przed kimś uciekała. Inni mówią, że ktoś ją wepchnął pod auto.

– Policji nic o tym nie wiadomo – stwierdził notariusz. – Kierowca mówił, że wtargnęła na jezdnię. Nie wspominał, żeby ktoś ją tam wpychał. Był to piątek, dzień targowy, w mieście kręciło się dużo ludzi, również na ulicy Kościuszki. Wszyscy, którzy ją znali, wiedzieli, że z nią jest coś nie tak. Wcześniej podobno nazywano ją Głupią Zośką, dopiero potem przechrzczono na Świętą Zośkę.

– Wcale nie była głupia – zaprzeczyła Sawicka. – Owszem, czasami dziwnie się zachowywała, ale nie była ograniczona umysłowo. To, że zamiast „dzień dobry” mówiła „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, jeszcze nie świadczy, że była pomylona. Po prostu była bardzo religijna.

Orłowski się zamyślił. Zofia Florek opanowała jego myśli. Fakt, kobieta zawsze zachowywała się ekscentrycznie. Od trzynastu lat należała do jego stałych pacjentek. Był jedynym lekarzem, któremu ufała, dlatego pomimo specjalizacji neurochirurgicznej objął ją całkowitą opieką medyczną, bo inaczej w ogóle by nie poszła do żadnego lekarza. Na pozór była zdrowa, miała tylko dolegliwości typowe dla wieku: starczą nadwzroczność, problemy ze słuchem, lekkie nadciśnienie i bóle reumatyczne. Kiedyś zwabił ją podstępem do swojej kliniki, mówiąc, że podejrzewa początki choroby Alzheimera, i zrobił jej komplet badań.

Przychodziła do domu Sawickiej za każdym razem, gdy Orłowski przyjeżdżał do Żurady. Zawsze przynosiła mu jakiś drobny podarek – słoiki miodu, konfitury albo grzyby. Nie chciała porady lekarskiej, przeważnie to on wychodził z inicjatywą przebadania Florkowej.

Pamiętał pierwszą (i jedyną) wizytę u niej w domu. Teściowa poprosiła go, żeby zbadał jej znajomą, która bardzo źle się czuje. Pojechali wtedy we dwójkę do jej domu w głębi lasu. Zdziwił się, że ktoś potrafi mieszkać w tak spartańskich warunkach. Ta wizyta prawdopodobnie uratowała Florkowej życie, bo gdyby tam wtedy nie pojechał, mogłaby nie przeżyć nocy. Dzień wcześniej lekarz w przychodni zdiagnozował zatrucie pokarmowe, a okazało się, że były to wrzody na żołądku. Orłowski w ostatniej chwili zawiózł ją do szpitala, bo doszło do perforacji ścianek żołądka.

Zofia Florek zawsze go intrygowała. Z pozoru prosta, niewykształcona kobieta, czasami zaskakiwała go wyszukanym słownictwem i nietuzinkowymi spostrzeżeniami. Zastanawiała go ta jej potrzeba izolowania się od świata i ludzi. Nie miała rodziny ani przyjaciół, a jedyną osobą, którą darzyła zaufaniem, była teściowa Orłowskiego, ale nawet z nią nie chciała nawiązać bliższej znajomości. Nigdy nie zaprosiła jej do swojego domu i nie zwierzała się ze swych problemów. Przychodziła do sklepu, robiła zakupy, zamieniała z Sawicką parę zdań i wracała do swojej samotni.

Po wyjściu od notariusza Orłowski z żoną i teściową pojechali do domu Florkowej. Budynek znajdował się na dużej polanie w środku lasu, dokąd nie można było dojechać drogą. Prowadził do niego tylko leśny trakt. Przed wojną działał tam młyn, który należał do dziadka Florkowej. Gospodarze z całej okolicy – nie tylko z Żurady Leśnej, ale również z Bolesławia, Bukowna i innych podolkuskich wsi – mełli w nim zboże. Po śmierci właściciela młyn zamknięto, ale zabudowa pozostała. Tuż przy młynie płynął mały strumyk, który kiedyś był rzeką. Po otwarciu Zakładów Górniczo-Hutniczych „Bolesław” stan wód gruntowych znacznie się obniżył, co dotknęło również rzekę Sztołę.

Polana była dosyć duża, liczyła mniej więcej trzydzieści arów. Ogrodzono ją metalową siatką, ale czas zrobił swoje i miejscami widoczne były uszkodzenia. Obok zabudowań młyna stał drewniany budynek mieszkalny. Leśne otoczenie, małe okna i dwuspadowy dach pokryty brązową dachówką przywodziły przybyłym na myśl piernikową chatkę Baby-Jagi.

Otworzyli drzwi kluczem otrzymanym od notariusza i weszli do środka. Z dość obszernej sieni można było wejść do trzech izb. Po prawej stronie znajdowało się pomieszczenie gospodarcze pełniące rolę składziku. Oprócz słoików z przetworami był to również magazyn różnych rupieci, starych mebli i niepotrzebnych rzeczy. Izba musiała kiedyś służyć za pokój, bo w oknach znajdowały się firanki. Po lewej stronie sieni wchodziło się do przestronnej kuchni,

a z niej do pokoju. W kuchni stał duży piec kaflowy z żeliwną płytą, obok na szafce znajdowała się dwupalnikowa kuchenka elektryczna. Oczy przyciągał ładny drewniany kredens, pamiętający prawdopodobnie jeszcze dziadka młynarza. Pod niewielkim oknem stał kwadratowy stół przykryty kraciastą ceratą, z trzema krzesłami. Kuchnia sprawiała wrażenie, jakby ktoś wyszedł i zaraz miał wrócić. Na stole zauważyli przykryty serwetą talerzyk z kanapką i kubek z niedopitą herbatą. Ze stojącej obok maselniczki dobywał się zapach zjełczałego masła.

Sawicka otworzyła okno na oścież, żeby wywietrzyć izbę.

– Biedulka się spieszyła, dlatego nie posprzątała po śniadaniu – westchnęła głośno. – Nie przypuszczała, że już nigdy tu nie wróci.

– Czysto tutaj. W zlewie nie ma brudnych naczyń – stwierdziła Renata. – Musiała być schludną kobietą.

– Zlew służył jej również za umywalkę. W domu nie było łazienki, wychodek miała na zewnątrz. Kąpała się w balii, nalewała do niej ciepłej wody. Latem myła się pod szlauchem – poinformowała Sawicka. – Mąż nie zdążył zrobić łazienki, bo umarł nagle na zawał. Doprowadził tylko wodę do kuchni i założył termę elektryczną. Nie ma tu gazu.

– To ona była mężatką?

– Ponad dwadzieścia lat, ale nie mieli dzieci.

– Kiedy umarł?

– Na początku lat osiemdziesiątych. Wracał z pracy na rowerze. Nie był bardzo stary, miał pięćdziesiąt parę lat. Był od niej sporo starszy.

Weszli do drugiego pomieszczenia. Izba ta pełniła funkcję pokoju dziennego i sypialni. Znajdowało się tu duże małżeńskie łóżko zasłane szydełkową kapą. Obok stała szafa, dalej fotel, a przy nim mały okrągły stolik. Nie zauważyli nigdzie telewizora, tylko odbiornik radiowy z lat siedemdziesiątych. W jednym rogu pokoju zrobiono mały ołtarzyk. Kiedy podeszli bliżej, wszyscy wydali okrzyk zdziwienia.

– O cholera! Ta kobieta była szalona! – zawołała Renata. Po chwili dodała z przekąsem: – Widzę, Robert, że wszystkie baby się w tobie kochają, nie tylko smarkule z podstawówki, ale również emerytki.

Na szafce przykrytej koronkową serwetą, między dwoma świecznikami stały zdjęcia osadzone w drewnianych ramkach. Przedstawiały Orłowskiego. Jedno, sporych rozmiarów, było wycięte ze strony tytułowej czasopisma medycznego sprzed dwóch miesięcy. Obok leżał artykuł z tego samego magazynu, zabezpieczony folią, a także inne wycinki z gazet poświęcone Orłowskiemu i jego klinice.

– Nie była znowu taka szalona, bo moje zdjęcia też tutaj są – burknęła Sawicka do córki. – Wasze ślubne zdjęcie również. Tak długo go szukałam! Miałam je w sklepie, a potem gdzieś mi się zapodziało. Teraz widzę, że to ona mi je ukradła.

Rzeczywiście, obok zdjęć Orłowskiego były również fotografie matki Renaty i jakiegoś mężczyzny, prawdopodobnie męża Florkowej. Była też odbitka ślubna Florków, ale innych zdjęć zmarłej nie zauważyli.

– Kobiecina chyba była bardzo samotna, dlatego stworzyła sobie namiastkę rodziny – mruknęła Renata.

– Za młodu musiała być bardzo ładną kobietą – zauważył Robert.

– No oczywiście, ty jedynie na to zwracasz uwagę – burknęła jego żona.

Zaczęli dokładnie rozglądać się po pokoju. Na stole stojącym pod oknem zobaczyli stosik rysunków wykonanych węglem. Większość z nich przedstawiała Roberta, ale wśród nich znajdowały się też podobizny Sawickiej. Było tam również kilka szkiców krajobrazu, domu i leśnej polany.

– Ta kobieta miała talent! – zawołał Robert ze zdziwieniem. – Jej prace są naprawdę dobre.

Wśród rysunków znaleźli nie tylko szkice, ale również kilka akwareli. Widać było, że kobieta miała wyczucie koloru, o czym świadczyły także zrobione przez nią gobeliny. Kilka z nich wisiało na ścianach.

– Wiedziałam o gobelinach. Sprzedawała je na targu, jeden dała mi na imieniny. Ale nie miałam pojęcia, że umie tak ładnie rysować – zauważyła Sawicka.

– Ten gobelin przedstawiający polanę jest bardzo ładny – zachwycała się Renata. – Tamten z podobizną papieża nie za bardzo mi się podoba.

– Na targu dobrze się sprzedawały właśnie te z papieżem.

– Zobaczcie, ta kobieta czytała erotyki Leśmiana i Tetmajera! – zdziwił się Orłowski jeszcze bardziej.

– A co to za ludzie? – zapytała Sawicka.

– Mamo, nie rób mi obciachu przy Robercie – mruknęła Renata i dodała tonem wyjaśnienia: – Poeci, pisali bardzo ładne erotyki.

– To znaczy o seksie? Ona coś takiego czytała?! Święta Zośka?!

– Erotyki to wiersze o miłości – westchnęła Renata. – Kim ona była z zawodu?

– Nikim. Nie miała żadnego wykształcenia, ledwo skończyła szkołę powszechną. Chodziła ze mną do klasy. Miała problemy z mową, chłopcy się z niej śmiali. Później mówiła już normalnie, ale do szkoły zawodowej nie poszła. Nigdy nie lubiła większych skupisk ludzi, ani za młodu, ani na starość. Po skończeniu szkoły pracowała krótko w szkółce leśnej, ale zaraz wyszła za mąż. Po ślubie już nie pracowała.

Stanęli przed domem. Uderzyła ich przyjemna woń lasu. Mocno wciągnęli powietrze. Robert, stojąc na drewnianych schodkach, rozejrzał się wokół oczarowany widokiem.

– Pięknie tu. I ta cisza. – Spojrzał na żonę. – Malutka, chcę tu przyjeżdżać na weekendy. – Odwrócił się w stronę Sawickiej. – Teściowo, jeszcze w tym tygodniu zjawi się tutaj brygada i bierzemy się za remont. Ja i ty będziemy mieli wspólny dom. Co z sypialniami? Mamy mieć jedną wspólną czy osobne? – Objął obie kobiety, śmiejąc się.

– Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego, zięciu. Oddaję moją część Reni. W najbliższych dniach pójdę do notariusza i zrobię darowiznę. – Wyciągnęła z torebki medalion, który Florkowa przekazała jej w testamencie. – A nie chcesz, córuś, i tego wisiorka? Po co mi on? Święta Zośka mówiła, że jest bardzo cenny, ale nie wydaje mi się to prawdą. Przecież to nie złoto.

Renata uważnie obejrzała przedmiot. Srebrny łańcuszek miał bardzo ciekawy splot. Zawieszka o owalnym kształcie była stosunkowo duża, miała około pięciu centymetrów średnicy w najdłuższym miejscu. W koronkowej oprawie ze srebra, o interesującym rysunku, osadzono kamień w szmaragdowym kolorze. W każdym detalu widać było misterną robotę jubilera. Orłowska nigdy nie spotkała się z podobnym wyrobem.

– Piękny! Bardzo oryginalny. Czy to szmaragd? – zapytała męża. Orłowski wziął medalion do ręki i przyjrzał mu się dokładnie.

– Nie, zwykły syntetyk. Nie przedstawia dużej wartości, ale trzeba przyznać, że jest wyjątkowo ładny.

– Mamusiu, nie mogę go przyjąć, przecież to ty go dostałaś.

– Podoba ci się?

– Bardzo, ale…

– To go weź. Wiem, że lubisz srebrne wyroby.

– Dziękuję, mamusiu. W takim razie sprezentuję ci coś innego.

Rozdział 1

– Mein Schatz1, pośpiesz się, bo się spóźnimy. Gretchen prosiła, żebyśmy byli punktualnie, bo na obiedzie będzie jej brat – zawołał Mark Biegler. Siedział w fotelu i przeglądał swoją komórkę, patrząc z niecierpliwością na zegarek.

Zostało im pół godziny do spotkania w domu jego macochy, a jazda przez Wiedeń w godzinach szczytu była prawdziwą katorgą. Mieszkanie Bieglerów znajdowało się w centrum, dom Gretchen stał natomiast na osiedlu willowym, kilka kilometrów dalej.

Marta wreszcie wyszła z łazienki. Pomimo zaawansowanej ciąży nadal ładnie wyglądała. Jej twarz nie była nabrzmiała, nogi również nie spuchły, jak to się nierzadko zdarza ciężarnym. Miała jedynie duży brzuch, dlatego wyglądała, jakby połknęła wielką piłkę.

Mark pociągnął żonę za rękę i posadził na swoich kolanach.

– Muszę porozmawiać chwilkę z dzidziusiem, nie miałem dziś okazji tego zrobić – powiedział, przysuwając ucho do brzucha Marty. – Nie bądź niecierpliwy, dzidziusiu, zaraz pojedziemy na ekstrawyżerkę. Twoja babcia przygotowała dla ciebie, rękami kucharki, galaretę z łososia. Hola, mały, kopnąłeś mnie w twarz! Już teraz bijesz ojca, to co będzie później?!

– Mark, podobno nam się spieszy? – przypomniała ze śmiechem Marta.

– Dzidziuś ma pierwszeństwo. Słuchaj, dzidziusiu, musimy z mamusią dorobić ci jeszcze czterdzieści tysięcy dziurek w głowie na włosy, żebyś miał bujną czuprynę, więc się nie denerwuj, gdy dziś w nocy mamusia będzie jęczeć. Już chyba się przyzwyczaiłeś do jej jęków, prawda?

– Mark, chodźmy, naprawdę jest już późno. Gretchen znowu pomyśli, że to przeze mnie się spóźniliśmy.

– No dobrze. Na razie, cześć, dzidziusiu. Pogadamy sobie po powrocie od babci.

Wyszli z mieszkania i po chwili siedzieli już w samochodzie.

Mark prowadził.

Przez dwa lata mieszkali w domu macochy Marka. Ze względu na żonę, która niezbyt dobrze się tam czuła, zaraz po ślubie młodzi państwo Bieglerowie przenieśli się do apartamentu Marka. Mieszkanie to wcale nie było małe, według polskiego standardu – wręcz duże, bo liczyło ponad siedemdziesiąt metrów kwadratowych, ale bogata Gretchen uznawała je za niewielką kawalerkę.

Właściwie to Gretchen Biegler nie była macochą Marka, tylko pierwszą żoną jego ojca, Markusa Jurgena. Po śmierci matki dorosły już Mark zerwał kontakty ze swym ojczymem, Wiktorem Szewczykiem, którego nienawidził z całego serca. Szewczyk po poślubieniu bogatej wdowy adoptował Marka i jego siostrę, po czym zmienił imię i nazwisko na Vick Jurgen. Dlatego Mark, żeby całkowicie odciąć się od ojczyma, zmienił nazwisko na Biegler, bo tak nazywała się pierwsza żona Markusa Jurgena, z którą Mark zaprzyjaźnił się po śmierci swojego ojca. Bezdzietna Gretchen pokochała Marka jak syna. Bezwarunkowo. Nawet kiedy zerwał zaręczyny z Bertą, siostrzenicą Gretchen, i związał się z Martą Kruczkowską, wybaczyła mu, chociaż wcześniej straszyła go wydziedziczeniem. W swoim testamencie zapisała mu jednak tylko połowę majątku, bo drugą część mieli odziedziczyć Berta i jej brat Greg.

Po czterdziestu minutach jazdy Marta i Mark wreszcie dojechali na miejsce. W drzwiach przywitała ich sama gospodyni, a nie jak zwykle kamerdyner. Gretchen Biegler była kobietą dość wysoką, szczupłą, z białymi jak śnieg włosami. Zawsze trzymała się prosto, jakby połknęła pogrzebacz. Miała suchą, ascetyczną twarz z kościstym nosem, który mili ludzie nazywają wydatnym. Do tego wąskie usta i szare oczy bystro spoglądające zza szkieł okularów. Według Marty przypominała bajkową Babę-Jagę.

– Nareszcie jesteście, czekamy na was z obiadem – zawołała na ich widok. – Oprócz Hansa przyjechali też Klaus i Berta z Gregiem. Klaus był starym przyjacielem Hansa Bieglera, brata bliźniaka Gretchen, natomiast Greg jej siostrzeńcem i zarazem bratem Berty. Hans nie miał dzieci. Oprócz brata jedynymi bliskimi krewnymi Gretchen byli Berta i Greg, bo ich matka, siostra Gretchen, chociaż była od niej dużo młodsza, już nie żyła.

Marta na widok Berty straciła humor. Jak można dobrze czuć się w towarzystwie byłej narzeczonej swojego męża?

– Gdzie zostawiłaś Kida i Feliksa? – zapytał Mark, całując Bertę w policzek.

– Mały został z nianią, a mój ukochany mąż wrócił z pracy pijany.

Niestety ostatnio zdarza mu się to coraz częściej.

– Berta, nie nadawaj, każdy ma prawo na chwilkę relaksu – bąknął Greg, młody mężczyzna o kędzierzawych rudawych włosach. Nie był zbyt wysoki ani bardzo przystojny, ale miał sympatyczną twarz.

– Tylko że tobie i jemu te chwilki relaksu zdarzają się co chwilkę.

– Siostrzyczko, nie piję już od trzydziestu dni, a trawki nie zapaliłem od roku.

– Ciekawa jestem, jak długo jeszcze nie będziesz pił – mruknęła Berta. – Najdłuższy okres trzeźwości trwał u ciebie trzydzieści pięć dni.

– Berta, daj mu spokój, niech chociaż dzisiaj przy stole będzie normalnie. Szkoda, że nie przywieźliście ojca – powiedziała Gretchen.

– Źle się czuje – odparła Berta i ozdobiła usta zaprogramowanym uśmiechem rasowej sekretarki, który nijak nie pasował do jej słów.

– Cóż mu dolega? – zapytał Hans.

– Grypa.

– Z nią trzeba uważać, mogą być powikłania – wtrącił Hans. – A przy okazji chcę wszystkich poinformować, że ja i Klaus zamieszkaliśmy razem. Dwa dni temu przeprowadziłem się do jego domu.

Przy stole zapadła cisza. Młodzi przestali jeść i zdziwieni spojrzeli na obu staruszków. Obaj panowie mieli już po osiemdziesiąt sześć lat.

– Zawsze przyjemniej jest mieszkać z kimś, a nie samemu – rzekła Marta, żeby przerwać to dziwne milczenie.

– Właśnie. Nawet dwóm starym pedałom należy się coś od życia tuż przed śmiercią – mruknął Klaus. Był w wieku Hansa i Gretchen. Niski, o szerokich ramionach, nadal trzymający się prosto, przypominał niskopienny dąb, o ile takie istnieją. Mimo zaawansowanego wieku biła od niego siła. Hans był od niego wyższy, miał szczupłą sylwetkę i twarz podobną do twarzy siostry.

Marta zastygła z kęsem duszonej polędwicy w ustach. Zrobiła taką minę, że wszyscy przy stole parsknęli śmiechem.

– Moja droga, dlaczego patrzysz na mnie jak na zboczeńca molestującego małe dzieci? Nigdy nie słyszałaś o homoseksualistach?

– Ale przecież pan ma syna! – zwróciła się do Klausa. Po chwili jednak zauważyła swoją gafę. – Przepraszam.

– Nie musisz przepraszać, moja droga. Mam syna, miałem żonę i chociaż bardzo starałem się być normalny, nie udało mi się oszukać swojej natury. – W jego słowa zabrzmiał sarkazm. – Chwilowo byłem biseksualny, jednak moje skłonności homoseksualne przeważyły. Przez całe życie ja i Hans ukrywaliśmy się z tym przed ludźmi, ale i tak wszyscy o tym wiedzieli. Teraz społeczeństwo stało się bardziej liberalne, dlatego zebraliśmy się na odwagę i chcemy mieszkać razem chociaż przez ten krótki czas, który nam pozostał. Byliśmy parą przez prawie siedemdziesiąt lat. Ile współczesnych małżeństw będzie mogło pochwalić się takim stażem? I muszę ci powiedzieć, moja droga, że zawsze byliśmy sobie wierni. Hmm, oczywiście nie liczę tych moich nieudolnych prób bycia normalnym. Zresztą moja nieboszczka żona doskonale to rozumiała. – Przerwał na chwilę. – Nie wiem tylko, jak mój syn i jego rodzina to przyjmą. Oni wolą hipokryzję. Ale może kiedyś mi wybaczą. – Starzec westchnął ciężko. – Dzisiejsi młodzi ludzi są dużo bardziej odważni niż nasze pokolenie. Potrafią walczyć o swoje szczęście. Cieszę się, że dożyłem takich czasów. – Spojrzał na Martę. – Czy u was w Polsce nie ma homoseksualistów, moja droga?

– Są, ale ja osobiście żadnego nie znałam. – Dziewczyna spąsowiała z zażenowania. – Przepraszam panów.

– Przestań w końcu przepraszać. A swoją drogą, kiedy przyjedzie doktor Orłowski? Jest dla mnie ideałem męskiej urody. Naprawdę piękny z niego mężczyzna. Szkoda, że jest heteroseksualny. – Staruszek westchnął, jednak tym razem ostentacyjnie. Widząc minę dziewczyny, roześmiał się głośno. – Żartowałem, moja droga.

– Gdyby usłyszał to Robert, wątpię, czy spodobałby mu się komplement. – Mark się uśmiechnął. – Klaus, gdybyś był młodszy, to prawdopodobnie dałby ci w gębę za to, że go podrywasz.

– Komplement wcale nie świadczy o podrywaniu. Nigdy nie zdradziłbym Hansa. Nawet z doktorem Orłowskim.

– Klaus, będziesz mógł podziwiać urodę Roberta Orłowskiego już niedługo. Obiecał, że przyjedzie wraz z rodziną na moje urodziny dwudziestego grudnia – powiedziała Gretchen. – Muszę was przeprosić, ale zaraz po obiedzie zabieram Marka i Martę, żeby pokazać prezent, jaki im sprawiłam. Reszta może zostać, wrócimy za dwie godziny.

Mark i Marta spojrzeli zdziwieni na kobietę.

– A cóż to za prezent, który trzeba oglądać przez dwie godziny? – zapytał Mark.

– Wkrótce zobaczycie – odparła, wręczając im małe pudełeczko zapakowane w kolorowy papier i obwiązane czerwoną wstążką.

Mark rozerwał opakowanie i wyjął z niego pęk kluczy.

– Co to?

– Klucze do waszego nowego domu. Przecież po urodzeniu dziecka nie będziecie mieszkać dalej w tym schowku na szczotki!

– Mieszkanie moich rodziców w Rzeszowie było od niego mniejsze i wcale nie narzekaliśmy na ciasnotę – zauważyła Marta.

– Ale teraz mieszkasz w Wiedniu, a tu są inne standardy – bąknęła z pewnym zniecierpliwieniem Gretchen. – Nie rozumiem cię, dziewczyno. Inna na twoim miejscu byłaby szczęśliwa, a ty ciągle wszystko porównujesz z Polską.

– Jestem szczęśliwa… bo mam Marka. Ale nie dlatego, że on ma ciebie. – Zreflektowała się szybko, że zabrzmiało to trochę niegrzecznie, więc dodała: – To znaczy twoje pieniądze.

Gretchen nie podała adresu, tylko sama poprowadziła Marka, pełniąc rolę GPS-u. Wkrótce dojechali pod okazałą rezydencję. Dom był ogromny, jeszcze większy od posiadłości macochy Marka. Mężczyzna zmarszczył brwi i zdumiony spojrzał na Gretchen.

– Jak to zrobiłaś? Przecież Jurgen sprzedał dom kilka miesięcy temu?

– A ja odkupiłam go od nowego właściciela. Nie chciałam, żeby twój rodzinny dom znalazł się w obcych rękach. Należał od lat do rodziny twojego ojca.

Marta dopiero teraz się zorientowała, o co chodzi. Gretchen kupiła dla nich rodzinny dom Marka, który został sprzedany za długi przez Vicka Jurgena, ojczyma młodego Bieglera.

Wysiedli z samochodu. Budynek z początku ubiegłego wieku stał na ponad czterdziestoarowej parceli. Posiadłość wyglądała imponująco. Częściowo była zadrzewiona świerkami, a częściowo drzewami liściastymi i sprawiała wrażenie rezydencji bogatego arystokraty, wybudowanej w centrum starego parku. Stuletnie klony i lipy wyciągały żałośnie swe nagie gałęzie ku stalowoszaremu listopadowemu niebu. Piękny ogród, który otaczał budynek, chociaż ostatnio trochę zaniedbany, zwracał uwagę różnorodną roślinnością. Tu i ówdzie walały się niesprzątnięte liście, tworząc brunatno-rdzawy deseń na tle późnojesiennego trawnika. Wśród wysokich drzew prowadziła do domu wybrukowana alejka zakończona przed budynkiem pętlą z mieszczącym się pośrodku okrągłym klombem niskiej roślinności. Weszli do środka. Wnętrze rezydencji było jeszcze bardziej okazałe niż fasada i ogród. Przestronny hol wyłożony szarobiałym marmurem gościnnie zapraszał do wejścia w podwoje eleganckiego salonu i jadalni. Na piętro prowadziły szerokie marmurowe schody z żeliwną barierką kutą w roślinne motywy. Dom nie był całkiem umeblowany – tylko gdzieniegdzie stały drewniane komody i kredensy pyszniące się wyszukanymi słojami egzotycznych drzew. W obszernej jadalni znajdował się dużych rozmiarów stół, a obok stał komplet krzeseł – jedyne tapicerowane meble w całym budynku. Kuchnia była całkowicie umeblowana, bo poprzedni właściciele zo-

stawili szafki kuchenne robione na zamówienie przez stolarza.

– Kazałam im zabrać wszystkie tandetne meble, które kupili twoja matka i ojczym. Zostały tylko te solidne, pamiętające twojego ojca. Mam adresy kilku dekoratorów wnętrz, podzwońcie do nich, może zdecydujecie się na któregoś z nich – oznajmiła Gretchen. – Nie ma sensu robić gruntownego remontu, ten dom przeszedł więcej renowacji niż gwiazda filmowa. Wystarczy wymalować pomieszczenia i będziecie mogli się wprowadzić. Nie mogłam jednak powstrzymać się przed urządzeniem pokoju dziecięcego. Chodźcie, pokażę go wam.

Marta przesłała mężowi przerażone spojrzenie i głośno westchnęła, weszła jednak na piętro, żeby zobaczyć sypialnię dla ich dziecka. Pokój był prześliczny. Ściany wyłożone pastelową tapetą w delikatny niebiesko-różowy deseń nadawały wnętrzu przytulności. Białe mebelki, niebieskie zasłonki i poduszki sugerowały, że pokój będzie zamieszkany przez małego mężczyznę. Nad kołyską wisiały niebieskie grzechotki.

– Nie martwcie się, kupiłam też różowe dodatki, gdyby się okazało, że to będzie dziewczynka. Swoją drogą, dlaczego nie chcecie znać płci dziecka? W dzisiejszych czasach, przy nowoczesnej technologii ultrasonograf bezbłędnie by wam powiedział, kogo Marta nosi w brzuchu – burknęła Gretchen.

– Ale my jesteśmy staroświeccy i chcemy, żeby to była niespodzianka – powiedział Mark. – Ja i tak wiem, że to dziewczynka. Najpiękniejsza na świecie, podobna do swojej mamusi. – Uśmiechnął się i objął żonę.

– A ja uważam, że to chłopczyk – odparła Marta. – Nie trzeba będzie zmieniać dodatków. – Westchnęła i spojrzała na Gretchen. – Wydaje mi się, że jest trochę za wcześnie na urządzanie pokoju. Jestem przesądna. Boję się, żeby nie stało się coś złego. Takie zakupy powinno się robić w ostatniej chwili.

– Gadasz bzdury. Wszystko jest w porządku, jesteś zdrowa, pod dobrą opieką. Cóż by się miało złego stać? Bez sensu jest robienie zakupów na łapu-capu – oznajmiła Gretchen tonem królowej nieznoszącej sprzeciwu. – Ale dlaczego jesteś markotna, Marto? Nie cieszysz się z domu?

– Cieszę się – odpowiedziała niezbyt przekonująco. – Piękny dom. Mark będzie szczęśliwy, mieszkając w miejscu, gdzie się urodził i dorastał… Tylko że ten dom jest taki ogromny.

– Wcale nie jest ogromny, to wasze mieszkanie jest małe. Przebywając tam dłużej, można nabawić się klaustrofobii.

– A tutaj agorafobii – bąknęła Marta.

– Marto, Pomyśl o swojej rodzinie. Kiedy twój ojciec odwiedzi was w Wiedniu, nie będzie musiał zatrzymywać się w hotelu ani u mnie.

– Po pierwsze tylko raz wynajęli hotel, gdy przyjechał z nimi Krzysiek. U ciebie też tylko raz się zatrzymali, kiedy malowaliśmy mieszkanie. Wcale im nie przeszkadza metraż naszego mieszkania – odrzekła trochę rozdrażniona dziewczyna. – A po drugie mówiłam już, że nie lubię, gdy nazywacie Roberta moim ojcem. Mój ojciec nie żyje.

– Czy nie masz w sobie genów Orłowskiego? – Gretchen wzruszyła ramionami. – Naprawdę cię nie rozumiem, Marto. Wzbraniasz się przed nazywaniem ojcem tak wyjątkowego mężczyzny jak doktor Orłowski… jakbyś się go wstydziła – mówiąc to, pokręciła głową z dezaprobatą.

Marta nic nie powiedziała, bo wiedziała, że Gretchen Biegler i tak tego nie zrozumie; to jakby rozmawiać z głuchym o muzyce Mozarta. Nie zrozumie, że byłby to w mniemaniu dziewczyny swego rodzaju akt zdrady wobec człowieka, który przez dziewiętnaście lat ją wychowywał i był dla niej najwspanialszym ojcem na świecie.

– À propos, kiedy Orłowscy przyjadą do Wiednia? – zapytała Gretchen.

– Dopiero na twoje urodziny – odparł Mark.

– Jak to? Przecież mieli przyjechać za tydzień? – Nieoczekiwanie Marta przeszła na język polski.

– Dzwonił Robert, gdy byłaś w łazience. Jadą do Żurady Leśnej.

Rodzice Renaty mieli włamanie.

– Włamanie?! Przecież w Żuradzie nigdy nie było złodziei! Co ukradli ze sklepu?

– Włamano się do domu, nie do sklepu.

– Coo? Nic z tego nie rozumiem. Po co złodziej włamywał się do domu, w którym nie ma nic cennego, gdy obok jest sklep? Tam złodziej zawsze możne coś znaleźć.

– Może złodziej myślał, że trzymają pieniądze w domu? Przecież Sawicka dostała w spadku dwadzieścia tysięcy.

– Nikt przy zdrowych zmysłach nie trzyma pieniędzy w domu. Nawet ta Święta Zośka założyła sobie konto. – Westchnęła Marta. – Szkoda, że nie przyjadą, tak na nich czekałam.

– O czym mówicie? Nie zrozumiałam wszystkiego – zapytała Gretchen.

Od pół roku starsza pani uczyła się polskiego, żeby móc rozmawiać w przyszłości z wnukiem w języku jego matki, ale jeszcze nie zdążyła zbyt dobrze opanować rozmowy w obcej dla niej mowie. Mark przetłumaczył ich słowa.

– Mark, nie chcę mieszkać w tym domu – powiedziała Marta do męża, gdy wrócili już do swego mieszkania. – Tam jest okropnie.

Mark podniósł głowę znad laptopa i spojrzał na żonę. Zmarszczył brwi.

– Przecież to piękny dom. Wart dwa miliony euro. Gretchen sprzedała jeden z hoteli, żeby go nam kupić. Nie możemy jej tego zrobić. Czy nie widzisz, jak bardzo się stara?!

– Wiem, że się stara, ale ten dom mnie przeraża. Bałabym się zostać w nim sama w nocy.

– Przecież zawsze ktoś będzie w domu. Zatrudnimy pomoc domową, kobietę do sprzątania, później nianię. I tak musielibyśmy się przeprowadzić, przecież gdy urodzi się dziecko, byłoby nam za ciasno.

– Ale tu mi się podoba. Dobrze się tutaj czuję. Biurko można przenieść do sypialni i zrobić z twojego gabinetu pokoik dla dziecka.

Kiedy pomyślę o schodach w tamtym domu, przechodzą mnie ciarki. Są niebezpieczne dla małego dziecka. Wielkie, twarde, śliskie. Można się na nich zabić.

– I tak zawsze ktoś będzie pilnował dziecka. Schody wyłożymy chodnikiem.

– Ale ten dom jest taki ponury i… nieprzyjazny! Zawsze marzyłam o małym domku, bez służby, żeby był wesoły i przytulny. A tam jest przytulnie jak w garażu w hipermarkecie. Chciałabym mieć dom taki jak Orłowscy.

– No nie wiem, czy można ich dom zaliczyć do małych, ma co najmniej pięćset metrów.

– A ten jest dwa razy większy!

– Mein Schatz, dom nie jest jeszcze urządzony, dlatego sprawia takie wrażenie. Zobaczysz, co zrobią z niego dekoratorzy. Służba wcale nie musi z nami mieszkać. Zatrudnimy kogoś dochodzącego. Zobaczysz, że pokochasz nasz nowy dom. – Przytulił żonę do siebie i łobuzersko się uśmiechnął. – A teraz chcę porozmawiać z dzidziusiem, co myśli na temat swojego pokoju. Później musimy wziąć się za dorabianie mu dziurek na włosy. Chcę, żeby nasza córeczka miała bujną czuprynkę.

– Nie córeczka, tylko synek. Założymy się, że to będzie syn?

– Córeczka. Podobna do mamusi. O co się założymy?

– O nocne wstawanie do dziecka. Jeśli urodzi się chłopak, to będziesz cały rok wstawał do niego w nocy.

– Ależ mam wygodną i leniwą żonę! Zgoda. Proszę mi teraz nie przeszkadzać, rozmawiam z dzidziusiem. – Odkrył brzuch żony i przyłożył do niego ucho. – Cześć, dzidziusiu, smakował ci obiad u babci?

Rozdział 2

Mark zatrzymał się na światłach. Spojrzał na zegarek. Spóźni się na spotkanie. Zawsze lubił być punktualny, nawet wtedy, gdy miał spotkać się z kimś takim jak Wiktor Szewczyk.

Ojczym trochę go zdziwił, gdy zatelefonował. Nigdy nie rozmawiali ze sobą w ten sposób. Mark nie wiedział również, że ojczym przebywa w Wiedniu. Przez ostatnie miesiące mieszkał w Polsce, ponieważ po bankructwie został mu tylko dom w Krakowie. W pierwszej chwili Mark się zawahał, czy się spotkać z Szewczykiem, przekonała go dopiero wzmianka o Tinie.

Nienawidził swojego ojczyma od pierwszego dnia ich znajomości. Matka przyprowadziła go do domu równo rok po śmierci swojego poprzedniego męża, Markusa Jurgena. Gdy tylko Mark ujrzał wchodzącego mężczyznę, wiedział, że skończyło się jego szczęśliwe dzieciństwo. Pomimo swoich niespełna jedenastu lat od razu się na nim poznał. Wyczuł zło kryjące się pod przyklejonym uśmiechem. Inni tego nie dostrzegali. Nawet dziadek i babcia z Polski. Trzyletnia Tina od samego początku przylgnęła do mężczyzny i dała mu się oczarować. Może spowodowały to wspólne geny, bo Tina była biologiczną córką Szewczyka… chociaż do dziś o tym nie wiedziała. Mark dowiedział się o tym już dawno. Tuż po tym, gdy w szkole na lekcji biologii poznał sposób rozmnażania się gatunku homo sapiens, Gretchen powiedziała mu o romansie matki Marka z Szewczykiem.

Życie pod jednym dachem z Wiktorem było dla chłopca katorgą. Widząc zaślepienie matki w ocenie tego mężczyzny i swoją bezradność w otwarciu jej oczu, zaczął powoli odsuwać się od niej, a zbliżać do pierwszej żony ojca. Spotkał ją przy jego grobie. Nieoczekiwanie odnalazł w starszej kobiecie prawdziwą przyjaciółkę. Z biegiem czasu przyjaźń zamieniła się w głębokie uczucie. Więź, która ich łączyła, coraz bardziej przypominała relacje syna i matki. Kiedy w wieku dwudziestu jeden lat Mark się dowiedział, że Szewczyk podstępnie okradł go z majątku ojca, a matka mu na to pozwoliła, chłopak całkiem zerwał z nimi kontakt. Wyprowadził się do Gretchen. Przez wiele lat obarczał Szewczyka winą za śmierć matki. Uważał, że to ojczym ją zabił, dostarczając jej narkotyki, gdy przebywała w klinice odwykowej. Niestety tego nie udowodniono, nie udało się to ani policji, ani towarzystwu ubezpieczeniowemu.

Nigdy też Mark nie nazwał swojego ojczyma inaczej niż Wiktorem Szewczykiem, chociaż ten od dwudziestu kilku lat nazywał się Vick Jurgen.

Ostatnio Bieglera zaczęły nachodzić pewne wątpliwości, czy za śmierć matki faktycznie odpowiedzialny jest bezpośrednio ojczym. Mimo wszystko nie miał żadnych wątpliwości, że matka wpadła w alkoholizm przez swoje miłosne opętanie i uczucie do drugiego męża. Dla Marka nie miało to większego znaczenia – może Szewczyk jej nie zamordował, ale sposobem traktowania, zabił w niej kobietę, jaką była przedtem. I czułą, ciepłą, dobrą matkę.

Mark dojechał na miejsce. Zaparkował samochód na podziemnym parkingu i skierował się w stronę kafejki, gdzie umówił się z ojczymem. Owiało go chłodne powietrze. Promienie zimowego słońca odbijały się od szyb wystaw. Zauważył Szewczyka siedzącego przy stoliku. Zbliżył się i spojrzał na przygarbioną postać. Ojczym siedział skulony, patrząc przez okno nieobecnym wzrokiem. Zniknęła gdzieś cała jego buńczuczność i hardość. Zniknęło również okrucieństwo schowane kiedyś w szarych oczach. Nieoczekiwanie Markowi zrobiło się żal tego człowieka. Wyglądał jak zbity pies liżący swoje rany.

– Cześć, Wiktor – powiedział po polsku.

Vick Jurgen podniósł głowę i przesłał mu cień uśmiechu. Kłopoty odcisnęły się na jego wyglądzie. Ma twarz pomarszczoną jak stara stówka – pomyślał Mark.

– Cześć, Markus. Dziękuję, że przyszedłeś.

Mark usiadł przy stoliku. Zaraz jak spod ziemi wyrosła przy nim kelnerka z kartą. Biegler zamówił kawę i kawałek sernika.

– Myślałem, że jesteś w Krakowie. Tina przyjechała z tobą?

– Tak, ale została w hotelu. Nie chciałem, żeby była przy naszej rozmowie. – Zawahał się. Ręką przeczesał włosy. Spuścił oczy. – Idę do więzienia.

Nad stolikiem zawisła cisza. Dopiero po dłuższej chwili pierwszy odezwał się Mark.

– Na długo?

– Cztery lata. Ale jest szansa, że wypuszczą mnie wcześniej.

– Hm, wreszcie cię dopadli – mruknął Mark, ale bez nuty triumfu w głosie.

Czekał na ten dzień przez całe lata. Wierzył, że sprawiedliwość wcześniej czy później dopadnie każdego, kto narusza prawa boskie i społeczne i wymierzy mu adekwatną do występku karę. Dopadnie nawet jego ojczyma… W przypadku Szewczyka trwało to dość długo, ale Temida przejrzała wreszcie na oczy i dobrała się mu do tyłka.

Dziwne, ale wcale się nie ucieszył, chociaż uważał, że cztery lata to zbyt pobłażliwa kara dla tego drania.

– Tina już wie? – Pomyślał o siostrze. Na pewno się zmartwi, tak bardzo kocha ojca.

– Jeszcze jej nie powiedziałem. – Wiktor podniósł dotychczas spuszczone oczy. – Markus, zaopiekuj się nią, proszę. Ona jest tak wrażliwa i delikatna…

– Kiedy wpakowałeś ją do więzienia za swoje brudne sprawki, o tym nie pamiętałeś – powiedział oskarżycielsko Mark.

Jurgen znowu spuścił głowę.

– Wiem, że zachowałem się podle. Właśnie tego najbardziej żałuję w życiu. I tego, że skrzywdziłem waszą matkę.

Mark roześmiał się gorzko.

– Widzę, że bankructwo zrobiło z ciebie człowieka. Nareszcie… Ale się obawiam, że to chwilowa przemiana. Gdy tylko obrośniesz w piórka, wróci znowu stary, dobrze nam znany Wiktor Szewczyk.

– Wiesz, Markus, że tylko ty tak mnie nazywasz? – Uśmiechnął się krzywo. – Ale wcale mi to nie przeszkadza. Lubię nawet to nazwisko. – Zamyślił się. – Wiktor Szewczyk był mimo wszystko lepszym człowiekiem niż Vick Jurgen.

– Przestań, Wiktor. Nie nabierzesz mnie na tę udawaną skruchę.

Kiedy cię przymkną?

– Za dwa tygodnie. Zaopiekujesz się Tiną?

– Oczywiście, przecież to moja siostra.

– Przeprowadzicie się do Gretchen?

– Nie.

– Będzie wam ciasno w tym twoim mieszkaniu.

– Damy sobie radę.

Mark nie powiedział ojczymowi o odzyskanym domu, który Szewczyk sprzedał za długi.

– Markus, ja naprawdę nie zabiłem waszej matki. Owszem, doprowadziłem ją do tego stanu, że znalazła się w klinice… ale nie zabiłem. Naprawdę. – Spojrzał Markowi prosto w oczy. – Nie mógłbym zrobić tego Tinie.

Rozdział 3

Marta stała przy oknie w sypialni i patrzyła na podjazd. Zerknęła na zegarek. Powinni już być – pomyślała. Mark ponad godzinę temu wyjechał po Orłowskich na obrzeże miasta, by ich pilotować.

Nie mogła doczekać się ich przyjazdu, nie widzieli się prawie dwa miesiące. Stęskniła się za nimi. Chociaż codziennie rozmawiali przez Skype’a, jednak to nie to samo, co czuć ich przy sobie.

Orłowscy byli jej jedyną rodziną, nie miała nikogo oprócz nich. O tym, że Edward Kruczkowski nie był jej biologicznym ojcem, dowiedziała się dopiero po śmierci matki, z jej listu zostawionego u notariusza. W ten sam sposób dotarła do niej również informacja, że jest córką Roberta Orłowskiego, wybitnego krakowskiego neurochirurga. To wtedy, dwa i pół roku temu, w jej życiu pojawili się Orłowscy. Szybko stała się jedną z nich. Pokochała ich. Wszystkich. Krzyśka, syna Orłowskich, traktowała jak brata, trzynastoletnią Izę – jak młodszą siostrzyczkę. Renata stała się jej najbliższą przyjaciółką i powierniczką, ale z Robertem było inaczej. Chociaż kochała go bardzo, jednak nigdy nie widziała w nim ojca, raczej starszego brata, najlepszego przyjaciela… ale nie ojca. Nigdy go również tak nie nazwała – był po prostu Robertem. Ojcem zawsze pozostawał dla niej nieżyjący od wielu lat Edward Kruczkowski. Nikt go nigdy jej nie zastąpi, nawet Robert. Pomimo że ubóstwiała Orłowskiego, nie pasował jej do wizerunku ojca, bo… był zbyt młody. Mimo że miał dwadzieścia kilka lat więcej od niej, mentalnie był młodym człowiekiem, zresztą tak jak jego żona. Dlatego właśnie widziała w nich starsze rodzeństwo i tak ich traktowała.

Marta odeszła od okna. To bez sensu tak sterczeć i wyglądać zza szyby, przecież to nie przyspieszy ich przyjazdu. Wyszła z pokoju i zeszła na dół.

Od tygodnia mieszkali w domu zakupionym przez Gretchen. Nie był jeszcze całkowicie urządzony, ale przyspieszyli przeprowadzkę ze względu na Tinę i wizytę Orłowskich.

Parter był już gotowy. Odnowiono salon i jadalnię, kuchnię oraz bibliotekę, która stała się gabinetem Marka. Dekoratorka wnętrz zrobiła dobrą robotę – dom był teraz dużo przyjemniejszy niż wtedy, gdy Marta zobaczyła go po raz pierwszy. Pomimo dużych powierzchni pokojów udało się wprowadzić tu przytulną atmosferę, ale dom nadal sprawiał wrażenie ekskluzywnej i eleganckiej rezydencji bogatych ludzi, co nie za bardzo odpowiadało młodej pani Biegler. Najlepiej czuła się w pokoju przy kuchni, który kiedyś był pomieszczeniem gospodarczym, a teraz stał się pokojem dziennym. Tutaj przebywała najczęściej, czytając książki czy oglądając telewizję. Trzydzieści metrów kwadratowych było dla niej wystarczająco dużym metrażem, znalazło się tu miejsce i na kominek, i na telewizor, i na wygodną kanapę z fotelami. Dzięki połączeniu z kuchnią pokój nabierał jeszcze bardziej rodzinnego charakteru. Rzadko korzystano z wytwornego salonu i nie mniej eleganckiej jadalni.

Wszystkich pomieszczeń na piętrze nie udało się jeszcze odnowić, gotowa była jedynie sypialnia Bieglerów i pokój dla dziecka. Urządzono również apartamencik dla Tiny, składający się z sypialni z garderobą, saloniku i łazienki. Tina sama wybrała dekoratorkę i wspólnie z nią urządzała swoje lokum. Wraz ze szwagierką zamieszkały również jej trzy koty. Nie plątały się po domu, przebywały tylko w pokojach dziewczyny, co odpowiadało Marcie, która z uwagi na ciążę bała się zwierząt i unikała ich, by nie złapać jakiejś choroby odzwierzęcej.

Marta się cieszyła, że siostra Marka zamieszkała z nimi, bo nie lubiła być sama w tym wielkim domu. Nie potrafiła jednak nawiązać bliższych stosunków ze szwagierką. Cały dzień obie dziewczyny przebywały w swoich pokojach, spotykając się jedynie w kuchni. Dopiero gdy przychodził Mark, Tina schodziła na dół. Jedli wtedy wspólnie późny obiad (lub wczesną kolację), a potem zasiadali przed kominkiem i rozmawiali. Kiedy jednak Marka nie było w domu, między dziewczynami pojawiał się chłodny dystans.

Marta doszukiwała się winy u siebie, uważając, że to przez nią nie potrafią się zaprzyjaźnić. To ona miała zawsze problemy w nawiązywaniu bliższych kontaktów z rówieśnikami. Nie miała koleżanek ani w Polsce, ani tutaj, w Wiedniu. Jedyną jej przyjaciółką była Renata Orłowska. Mogła z nią rozmawiać godzinami i nigdy nie zabrakło im tematów. Za to Tina miała mnóstwo przyjaciółek, więc często ktoś do niej przychodził. Zamykała się wtedy z gośćmi w swoim pokoju, ale nigdy nie zapraszała Marty.

Cały dzień upływał Marcie na czekaniu na powrót męża. Trzy razy w tygodniu wychodziła na prywatne lekcje niemieckiego. Chociaż doskonale już znała język, nadal uczęszczała na zajęcia z emerytowanym profesorem, który uczył ją austriackiej historii i literatury. Dzięki małżeństwu z Markiem Bieglerem dostała się do kręgu ludzi zamożnych i utytułowanych, należących do towarzyskiej śmietanki Wiednia. Nie chciała przynieść mężowi wstydu. Nie chciała, żeby brano ją za polskiego Kopciuszka, który wdarł się do domu Bieglerów dzięki ładnej buzi i zgrabnej sylwetce. Aby nie wyjść na intelektualną ignorantkę, ciągle powiększała swoją wiedzę o Austrii i Austriakach. Później na przyjęciach u Gretchen lub Berty popisywała się w rozmowie swoją znajomością aktualnych problemów Austrii, dyskutowała o polityce i komentowała najświeższe wydarzenia kulturalne. Z satysfakcją zauważała zmieszanie na twarzach gości Gretchen, gdy przyłapała kogoś na nieznajomości tematu. Mark uśmiechał się pod nosem, widząc popłoch w oczach niektórych kobiet, gdy Marta rozprawiała o ostatnim koncercie w Wiedeńskiej Operze Narodowej lub opowiadała anegdotki historyczne o Sissi i Franzu Josephie.

Marta zerwała się z fotela, bo usłyszała na podjeździe szum samochodu. Przyjechali. Tak jak stała, wybiegła przed dom. Rzuciła się Renacie na szyję.

– Nareszcie, przyjechaliście!

– Marta, gdzie masz kurtkę?! – zawołał Mark. – Chcesz się przeziębić? – Zdjął swoją i przykrył nią plecy żony.

Ściskając się i całując, weszli do domu. Po chwili z góry zbiegła Tina i również serdecznie przywitała się z gośćmi. Oprócz Roberta i Renaty przyjechała tylko Iza. Krzysiek, syn Orłowskich, wyjechał z rodziną do Bostonu, odrabiać staż w klinice Harry’ego Richardsona, pierwszego teścia Roberta. Nie przyjechała również Barbara Orłowska, matka Roberta, chociaż obiecała Gretchen, że będzie na jej urodzinach. Niestety musiała zostać przy chorym mężu. Był tylko przeziębiony, ale Barbara nigdy by nie dopuściła, żeby Jon zmagał się z katarem i chrypką sam, bez jej udziału. Wszyscy podziwiali miłość tej niemłodej już pary. Mimo że od ich ślubu minęło kilka lat, ciągle byli w sobie zakochani jak dwoje nastolatków.

– Piękny dom – pochwaliła Renata. – Faktycznie ogromny. Musicie go szybko zaludnić małymi Markami i Martami.

– Też tak uważam. Mam w planie postarać się co najmniej o czwórkę bobasków – uśmiechnął się Mark.

– Zgadzam się pod warunkiem, że ty też będziesz chodził w ciąży – mruknęła Marta.

– Macie kogoś na stałe do prowadzenia domu?

– Marta nie chce. Dwa razy w tygodniu przychodzi kobieta do sprzątania i kucharka.

Zaprowadzono gości do przygotowanych dla nich pokoi. Gospodarze odstąpili swoją sypialnię Robertowi i Renacie, a sami mieli spać na kanapie w gabinecie Marka.

– Kiedy przyjedziecie następnym razem, wasze pokoje będą już gotowe – powiedział Mark.

W drugim skrzydle domu w dawnej służbówce przygotowywano specjalny niekrępujący apartament dla Orłowskich. Każdy miał mieć własną sypialnię i łazienkę. Remont jednak musiał trwać dłużej, niż przewidywano, bo całkowicie zmieniono wyposażenie i wystrój łazienek oraz pokoi. Wymieniono flizy i armaturę, przestawiono ścianki działowe, żeby dostosować wnętrza do potrzeb gości.

– Ja będą spać u Tiny – zapowiedziała nieoczekiwanie Iza.

– Nie wiem, czy Tinie to będzie odpowiadać. Nie chcesz spać w pokoju dla dziecka? Jest śliczny – zaproponowała Marta.

Poczuła małą igiełkę zazdrości. Nie bardzo podobało jej się to, że Iza lubiła Tinę. W duchu Marta chciała mieć wyłączność na Orłowskich. Wszystkich, bez wyjątku.

– Oczywiście, że nie mam nic przeciwko nocowaniu Izy w moim pokoju. Sama jej to zaproponowałam. Diablo już ją uwielbia – odparła Tina.

No tak, koty – westchnęła Marta. Iza i Tina uwielbiały zwierzęta. Mogły całymi godzinami rozprawiać o swoich pupilach. Renata pozwalała Izie trzymać w domu tylko Samantę, czternastoletnią wilczycę, ale w garażu dodatkowo mieszkały dwa psy i trzy koty.

– Ślicznie wyglądasz w tej szmaragdowej tunice i czarnych spodniach – pochwaliła Martę Renata. – Dobrze, że nie puchną ci nogi. – Popatrzyła na czarne szpilki na stopach dziewczyny. – Masz fajne buty. Wygodne?

– Wygodne do siedzenia – mruknęła. – Czuję się jak brzemienna słonica w ogrodzie zoologicznym. Nie wiem, jak wytrzymam jeszcze prawie dwa miesiące.

– A ja czuję się dziś, jakbym zdobyła Giewont w butach na dziesięciocentymetrowych obcasach. Ta wycieczka do Demela była niepotrzebna. Miałaś rację, że siedziałaś w domu.

Marta i Renata przygotowywały się na przyjęcie urodzinowe do Gretchen. Już od godziny siedziały w sypialni i się stroiły. Poprawiały makijaż i fryzury, ucinając sobie przy tym małą pogawędkę.

– Przecież mówiłam wam, że ciastka u Demela mogą poczekać, przecież jeszcze nie wyjeżdżacie.

– Ale Iza się uparła, a dobrze wiesz, że z nią się nie wygra.

– To mogłaś ją puścić samą z Tiną i Markiem.

– Być w Wiedniu i nie odwiedzić tej słynnej cukierni, to jak być w Rzymie i nie zobaczyć Koloseum.