krawędź ciszy - Marek Guzowski - ebook

krawędź ciszy ebook

Guzowski Marek

0,0

Opis

nie konstruuję bomb atomowych jak Oppenheimer

nie maluję wartych miliony obrazów jak Banksy

nie hipnotyzuję tenorowym głosem jak Pavarotti

nie opracowuję teorii względności jak Einstein

ja tylko piszę wiersze o życiu jak Szymborska

 

                                                                              Autor

 

Marek Guzowski – artysta amator, wychowany na wsi, od studiów mieszka w Bydgoszczy i na co dzień uczy języka angielskiego.

Chciałby polecieć kiedyś w kosmos, zdobyć Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury, wynaleźć lek na raka i dożyć spokojnej starości gdzieś w małej chatce z widokiem na jezioro czy las, i nigdy nie przestawać czubkiem głowy dotykać chmur. Krawędź ciszy to jego czwarta publikacja.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 28

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



ilustracja na okładceBartosz Rosenberg (grafika komputerowa, z elementami kolażu, monochromatyczna w tonacji: szarość, czern, biel)

zdjęcie autora na okładceDaniel Rutkowski

korekta Julia Zając

projekt graficzny środka, skład do drukuEJ Design

Przygotowanie wersji elektronicznejEpubeum

 

copyright © by Marek Guzowski 2025

copyright © by Pan Wydawca 2025

 

ISBN 978-83-68622-16-4

 

wydanie 1

Gdańsk 2025

 

Pan Wydawca sp. z o. o.

ul. Wały Piastowskie 1/1508

80-855 Gdańsk

PanWydawca.pl

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

żywa statua

nim stanie się płonienie

wspak

lakoniczna bliskość

Olimp

w samą porę

scultura di sabbia

kłusem ze stępu w galop

zbawiciel raju

pstryk

gach

krzywoprzysięstwo

awantura czyli ostracyzm operetkowy

superstar

vivat

Frankenstein

gargantuiczny apetyt

kamuflaż

klucz dzikich gęsi

kadr płóciennych igraszek

hekatomba

front

hulanki i swawole

walczyk

prace konserwatorskie

heca

nieustanność

delikates

seans w opuszczonym kinie

szarlatan

adnotacja

kwieciem przyodziana

beka

Predom Łucznik 1303

graciarnia

getto

feler

ciemiężca

kodeks moralny

bezludna wyspa

pobrzask półcieni barw

barłóg przystrojony baldachimem

raban

panorama

ambrozja

ku pamięci

gloryfikacja bezdroży

rzesza

zgaduj zgadula

stuk puk o krok

nimfa wodna

wyrok sądu ostatecznego w sprawie krzywoprzysięstwa

prognoza pogody

awaria

ekspresja ruchu orbitalnego

bestiarium

atrapa

Libra

psikus

astygmatyczny nieboskłon

O autorze

Lista stron wydania drukowanego

4

5

7

8

9

10

11

12

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

przyjaciołom

z piaskownicy

żywa statua

dłutem rzeźbiony w marmurze

z półcieniem kolan wytartych

ze szlaką we krwi

wprost z lat pierwszych czereśniowych

łupanych nasion słonecznika

pod jaskółczym gniazdem

tu i ówdzie uszczerbiony

tynkiem podklejony na zaprawę na ślinę

a nuż nikt nie przyuważy gamy defektów

nawet boskość doskonali się w niedoróbkach

ponoć według nieprzemijających trendów

w izbicy trzymany pod nadzorem

jakem bezcenny bom niepowtarzalny

mamrocze niewyraźnie pod nosem

bezeceństwo

spijać sobie buńczucznie z dzióbków

z manekinem bez charakteru i ogłady

z listkiem figowym

zakrywającym jego zmasturbowaną nagość

gołą dupę wypina

wymalowaną grafomańskimi freskami

by nasycić wścibskie oko

świętego przechodnia z cerowanego płótna

nim stanie się płonienie

wiszę i wietrznieję

niczym liść zagubiony w skodyfikowanej mnogości

poligamii skądinąd niedostrzegalnej

jestem jedynią

pustkowiem rozległym na czubku nosa

Proroka wszelkiej maści

jakąże stanowię koniunkcję

uklepaną zakalcem zbiorów zboksowanych myśli

bezpańskich ujadających demencją

upolowują mnie nicią Ariadny ku rozbłyskom

fajerwercznych rozkwitów wojen kwiatów

w głos roześmiewuję się i tańczą me zwoje unerwień

na baczność wyciągam dłonie

w obłoki dosięgam się

ze mnie deszcz wypełza palisadowy kołtuny burz

wspak

zawróćmy

tam skąd wywodzą się maki

śpiew zbóż taniec godowy ptaków

gdzie cisza tworzy krajobraz

malowane wschodem słońca uśmiechy

skąd zapach ciasta z owocami

prosto z lasu

gdzie echo woła na podwieczorek

a latawce szybują gdy niebo umyka poza kadrem

gdzie mama przygrywa na mandolinie

a tata piecze ziemniaki w popiele

snując legendy o rycerzach polujących na smoki

ucieknijmy z powrotem

z nosem w chmurach

licząc sztuki gęsi w odlatującym kluczu

pragnąc znów latać jak one

lakoniczna bliskość

wdzięczny jestem że starać się nie muszę

o tych których brak w moim życiu

bez kłótni waśni wyrywania włosów

o byle bzdety

jakże wiele zawdzięczam

tym co nic dla mnie nie znaczą

kochającym na ostro pełnią pogardy

na wszystko to wyrażam zgodę i aprobatę

bez niechcianych prezentów

bez zwiędłych kwiatów zbutwiałych kolacji

seksu od wielkiego dzwonu

ciągłego proszę przepraszam czego

dzięki za cierpliwość niewymuszoną

brak hałasu wieczne rozstania i powroty

tego samego dnia bądź nawet godziny

dzięki za podróże spełnione

choć na drugi brzeg globusu

bez próśb zażaleń wymuszeń od biedy

jak dobrze mi z nimi

radość mnie ogarnia że czekać na nich nie muszę

z zupą za słoną z przegotowanym ryżem

jak dobrze nam razem

w rozseparowanej komitywie

gdzie bliscy są komuś innemu

czyimś balastem kulą u nogi

bez pełnych imion nazwisk

przypadkowo zdań wymienionych

Olimp

wypiętrza się mężnie ze sztucznego nasypu

posiany jak wysyp z łusek blaszanej szyszki

rośnie w siłę zajmując nawet miejsce nieba

na wysokości widoczności ludzkiego wzroku

hodując embrionów nasienie w miliardowych kopiach

staje się zalążkiem nowej zurbanizowanej dżungli

mruga światłami codziennej utraty czasu

przemijania introwertycznej depresji najsamprzód

zdławionej do formy nieożywionej poza strefą rażenia

jest jak Czarnobyl z opóźnionym zapłonem

wchodzi przodem w głąb najpiękniejszych widoków

zagarniając morza lasy soczystość świeżego powietrza

połacie latających motyli wśród wojen kwiatów

za rok za dwa przywłaszczy cały oręż i naturę dziewiczą

głupią bezbronną i udającą martwą mimikrę

każdy sterczy niczym podochocony ogier we wzwodzie

każdy najwyższy a jest ich wielość nieskończona

który choćby truchlejący miałby zapaść się pod ziemię

to brak go najwidoczniej w bezmiernym orszaku

w samą porę

stoi

waść na straży

choć odziany w sandały i smukły głód

z daszkiem na krawędzi głowy

nieba nie widzi

nic prócz czubka własnego nosa

laskę dzierży w dłoni

niczym miecz krzyżacki

pochodnię Statuy Wolności

pejcz w night clubie

dni mijają jak z bicza trzasł

dlań lewitowanie to ledwie preludium nieśmiertelności

i mruczy pod wąsem

kiedy ranne wstają zorze

Marek Guzowski – artysta amator, wychowany na wsi, od studiów mieszka w Bydgoszczy i na co dzień uczy języka angielskiego. Krawędź ciszy to czwarta publikacja autora. Chciałby polecieć kiedyś w kosmos, zdobyć Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury, wynaleźć lek na raka i dożyć spokojnej starości gdzieś w małej chatce z widokiem na jezioro czy las i nigdy nie przestawać czubkiem głowy dotykać chmur.