Koniec świata na południe od Tel Awiwu - Jacek Tacik - ebook + książka

Koniec świata na południe od Tel Awiwu ebook

Jacek Tacik

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

"Koniec świata na południe od Tel Awiwu" to reporterska rekonstrukcja 7 października 2023 roku - dnia, który zmienił Izrael - i kolejnych tygodni oraz miesięcy, które wstrząsnęły Strefą Gazy oraz Bliskim Wschodem.

 

Opowieść prowadzi przez kibuce, przygraniczne drogi, festiwal muzyczny i w końcu do Rafah, Chan Junus oraz Gazy oddając głos zwykłym ludziom, których los splótł w jednym z najbardziej dramatycznych momentów współczesnej historii regionu.

 

Książka ujawnia również nieznane dotąd kulisy działań polskich dyplomatów i urzędników, którzy w pełnej dyskrecji działali na rzecz uwolnienia zakładników porwanych przez Hamas.

 

Polski paszport - w tej historii - nie jest symbolem - ma stać się realną przepustką do wolności.

 

Jacek Tacik - reporter „Faktów” TVN i TVN24.

Autor książek „Zamach” i „Jak nie lubić Żyda?”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 274

Rok wydania: 2025

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Jacek Tacik, 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: © Andrzej Komendziński

Zdjęcie na okładce: © Sameh Rahmi/NurPhoto via Getty Images

Zdjęcie na IV stronie okładki: © archiwum prywatne autora

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

Wydawczyni: Małgorzata Ochab

PR i Marketing: Karolina Czwojdzińska

ISBN: 978-83-8441-323-4

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA NA FAKTACH

Pawłowi, mojemu bratu

WSTĘP

Smród spalonych ciał unosił się w kibucu Nir Oz. Wrzynał się w nozdrza. Drażnił oczy. Utrudniał oddychanie.

Domy – puste, bez domowników. Na ścianach – fotografie. Z dziećmi, z wakacji. Już nieaktualne. Z przeszłości.

Na stołach leżały niedokończone śniadania, stały niedopite kawy. Na ścianach widoczne plamy krwi i dziury po kulach. Na podłogach łuski.

Ciała już zabrano i zabezpieczono w kostnicach. Pojawiły się listy z nazwiskami zaginionych, porwanych lub zamordowanych.

W sobotni poranek 7 października 2023 roku, kiedy przypadało żydowskie święto Simchat Tora, Hamas i Palestyński Islamski Dżihad zaatakowały południe Izraela: bazy wojskowe, kibuce, miasta, Festiwal Muzyczny Nova. Ponad pięć tysięcy bojowników. Cztery tysiące rakiet wystrzelonych ze Strefy Gazy. Tysiąc dwustu zamordowanych Izraelczyków. Zaskoczona i sparaliżowana armia armia nie reagowała.

Dostałem się do Izraela dwa dni później – drogą lądową, przez Jordanię. Przestrzeń powietrzna była zamknięta.

W znajdującym się w kibucu Nir Oz domu Alexa Dancyga, polsko-izraelskiego historyka, panował chaos, rozgardiasz. Powyrzucane z szaf ubrania, rozsypane dokumenty. Na środku salonu rozbity telewizor, walające się polskie pieniądze i książki. Wśród nich Wielkie rozczarowanie. Geneza rewolucji Solidarności Marcina Zaremby i Kordian Juliusza Słowackiego. Po raz pierwszy byłem u Dancyga trzy lata wcześniej, w 2020 roku. Oprowadził mnie po kibucu, zabrał do stołówki. Teraz – już go nie było. Oprócz niego Hamas porwał dwieście pięćdziesiąt osób.

Jerozolima i Tel Awiw opustoszały. Przerażeni i sterroryzowani mieszkańcy nie wychodzili z domów. Media informowały o krążących po miastach bojówkach Hamasu – nie można było wykluczyć kolejnych ataków. Trwał ostrzał rakietowy. Ze Strefy Gazy i od północy – z Libanu. Alarmy stały się nową rzeczywistością. Izrael odpowiedział ogniem.

Zaczęła się blokada palestyńskiej enklawy. Najpierw naloty, a w końcu – operacja lądowa. Każdego dnia kolejne ofiary wśród cywilów.

Historia zwolniła pod koniec listopada – zawieszenie broni, wymiany zakładników na palestyńskich więźniów.

Byłem wtedy w Jerozolimie, przy Bramie Jafskiej. Poza grupą ultraortodoksyjnych Żydów idących pod Ścianę Płaczu na rozpoczynający się szabat nie było żywej duszy. Wszyscy przed telewizorami, jak w hipnozie oglądali starsze kobiety, matki i dzieci prowadzone przez bojowników Hamasu.

Strefa Gazy została odcięta od świata. Zagraniczni dziennikarze mieli zakaz wjazdu. Izrael chciał kontrolować przekaz medialny.

Ograniczono pomoc humanitarną. Pojawiły się pierwsze raporty o klęsce głodu. W końcu – o ludobójstwie i zbrodni przeciw ludzkości.

Kwiecień 2024 roku – wojna. Pierwsza bezpośrednia konfrontacja z Iranem. Setki dronów i rakiet nad Izraelem.

Styczeń 2025 roku – inauguracja prezydentury Donalda Trumpa. Kolejne zawieszenie broni i wymiana izraelskich zakładników na palestyńskich więźniów.

Na Placu Zakładników w Tel Awiwie były tysiące ludzi i setki dziennikarzy. Staliśmy razem – w ciszy, w szoku, wpatrzeni w telebimy.

„Uroczystość pożegnania” była spektaklem wyreżyserowanym przez Hamas. Izraelskie zakładniczki prowadzone przez agresywny tłum Palestyńczyków na prowizoryczną scenę w zrujnowanej Strefie Gazy. Podziękowania od nich. Prezenty dla nich. Bojownicy Hamasu – w mundurach i z bronią. Miał to być pokaz siły i propagandowe zwycięstwo nad Izraelem. Hamas zyskał czas na przegrupowanie. Umowa w końcu wygasła.

W czerwcu 2025 roku – wojna dwunastodniowa Izraela z Iranem. Eksplozje, wybuchy i ofiary. Tel Awiw, do którego dotarłem przez Stambuł, Dohę i Amman, był pod ostrzałem. Każda noc spędzona w schronie. Każdy dzień – wśród ruin.

W październiku 2025 roku – druga rocznica ataku. Pojawiła się zapowiedź końca wojny. Porozumienie, dzięki któremu 13 października miał miejsce powrót do domu ostatnich dwudziestu żyjących izraelskich zakładników.

W Izraelu – radość, euforia i szczęście.

Dla mieszkańców Strefy Gazy – koniec bombardowań i nadzieja na początek lepszego życia. Szybko się okazało, że płonna.

Dwa lata. Między październikiem 2023 roku a październikiem 2025 roku byłem w Izraelu w momentach kluczowych dla jego historii. Spotkania z politykami, dyplomatami, uwolnionymi zakładnikami, ich rodzinami, Palestyńczykami oraz izraelskimi Arabami. Protesty, demonstracje, marsze.

Patrzyłem na zmieniający się kraj i jego mieszkańców. Traumę, z którą musieli żyć, z którą starali się sobie radzić.

Ten dzień – 7 października – zmienił Izrael, Strefę Gazy, Palestynę i Bliski Wschód już na zawsze. I dalej zmienia.

Wojna z libańskim Hezbollahem, uderzenie amerykańsko-izraelskie na Iran w czerwcu 2025 roku i – kolejne – osiem miesięcy później, na przełomie lutego i marca 2026 roku. Zabicie ajatollaha Alego Chameneiego, najwyższego przywódcy duchowego i politycznego Iranu, który rządził krajem od 1989 roku. Przejęcie sterów władzy przez jego syna – Modżtabę Chameneiego.

Powrót do Nir Oz był dla mnie trudny. Październik 2025 roku. Samochód prowadził Juwal Dancyg, syn Alexa. Odżyły wspomnienia. Krwi już nie było – zmył ją deszcz. Zapach spalonych ciał zniknął. Zakwitły dzikie kwiaty. Było pusto – mieszkańcy nie wrócili. Dom Alexa Dancyga jeszcze stał. Był przeznaczony do rozbiórki. Na ścianach nadal wisiały jego czarno-białe fotografie. Patrzył z nich przenikliwymi oczami i z lekkim, ironicznym uśmiechem, jakby chciał powiedzieć: „A nie mówiłem, że tak będzie? Ale mnie nie słuchaliście”.

Jacek Tacik

Tel Awiw, marzec 2026

CZĘŚĆ I

SDEROT

Słońce miało wzejść za godzinę, była piąta trzydzieści. Szarif Abu Taha, brunet po czterdziestce, usiadł zaspany za kierownicą służbowego busa w rodzinnym mieście Tel Szewa.

Na przystanku w pobliskim Ofakim czekało dziesięć osób – miały po około sześćdziesiąt i siedemdziesiąt lat. Korzystając z ostatnich gorących dni października, kupiły w biurze podróży wycieczkę do spa nad Morzem Martwym.

Michal Zarbailow, zadbana starsza kobieta, zdecydowała się na wyjazd w ostatniej chwili. Nie zdążyła powiedzieć o nim swoim najbliższym. Chciała odpocząć. Niedawno rzuciła pracę w fabryce żywności i zatrudniła się w żłobku. Była panią do pomocy.

Z Ofakim do Netiwotu jest osiemnaście kilometrów. Pół godziny jazdy w dzień roboczy. Była sobota, szabat, święto Simchat Tora. Ulice świeciły pustkami. Abu Taha dotarł na miejsce po dwudziestu minutach, przed czasem. Na kolejnym przystanku czekały dwie kobiety. Usiadły z przodu busa.

W drodze po ostatnich pasażerów do Sderot, niewielkiego, dwudziestotysięcznego miasta przy granicy ze Strefą Gazy, auto zaczęło zjeżdżać na pobocze. Szarif zwolnił.

– Chyba złapaliśmy gumę – powiedział sam do siebie po arabsku, siłując się z kierownicą.

Pokonał jeszcze kilka kilometrów. Zatrzymał się przed biblioteką miejską, obok przystanku autobusowego przy ulicy Menachema Begina, na rogatkach Sderot. Spojrzał na zegarek. Był kwadrans po szóstej.

– Mamy kapcia – zakomunikował pasażerom po hebrajsku. – I to w dwóch oponach. Muszę zmienić koła.

Grupa wypełzła z busa. Niektórzy byli poirytowani. Większość zaspana, nie do końca obecna. Szarif sięgnął po lewarek i zaczął mocować się z tylnym prawym kołem. Jeden z pasażerów chciał pomóc, ale ostre, nieprzyjemne wycie syren zburzyło leniwą ciszę poranka. Na jasnym niebie zaczęły migotać ogniste punkty, którym towarzyszył opóźniony dźwięk eksplozji. Żelazna Kopuła, system obrony przeciwrakietowej, przechwytywała pociski lecące z oddalonej o niecałe dwa kilometry Strefy Gazy.

– Wszyscy do środka! – zarządził Szarif, wskazując ręką na schron, który znajdował się przy przystanku.

Zarbailow chwyciła za klamkę masywnych, metalowych drzwi. Nie drgnęły, mimo że alarm powinien zwolnić mechanizm blokady.

– Ja spróbuję. – Igor Korcher, postawny mężczyzna, który wsiadł z nią do busa w Ofakim, szarpnął z całych sił. Bez skutku.

Michal zrobiła mu zdjęcie. Nie patrzył w obiektyw. Był poirytowany, stał na tle zamkniętych drzwi. Fotografia miała stanowić dowód na to, że nie dało się ich otworzyć. Może kobieta chciała pozwać władze miasta?

– Ustawcie się przy samym schronie. Pod wystającym dachem. – Szarif, sam mocując się z kołem, próbował uspokoić pasażerów.

Michal sięgnęła do kieszeni po telefon.

– Mamo, gdzie jesteś? – Usłyszała zatroskany głos Iris, swojej córki.

– Jestem w Sderot. W drodze nad Morze Martwe. Złapaliśmy gumę. Schron na przystanku jest zamknięty. Nie mamy, gdzie się schować. – Nie potrafiła ukryć emocji. Była przerażona. Inni też już dzwonili do bliskich, lamentując.

– Nie wiedziałam…

– Iris, jesteście w domu? – przerwała jej matka. – Uważajcie na siebie. – Rozłączyła się.

Mimo że nie był to ich pierwszy alarm (powtarzały się one od dwudziestu lat co kilka tygodni lub miesięcy i nie trwały dłużej niż dziesięć minut), ten był jakby inny niż wszystkie poprzednie. Intensywniejszy, dłuższy, głośniejszy i bardziej przejmujący.

Przed przystankiem zatrzymało się auto. Kierowca uchylił szybę, nie wysiadając:

– Znikajcie! Terroryści w mieście!

Szarif, który dalej walczył z kołem, podniósł głowę. W ich stronę pędził biały pikap, w środku byli mężczyźni w kamizelkach kuloodpornych i jasnych bandanach na głowie. Każdy z bronią w ręku.

– Uciekajcie! – Szarif zerwał się z miejsca.

Pasażerowie zastygli. Było słychać huk, syreny i okrzyki „Allahu Akbar”. Michal osunęła się na ziemię. Obok niej upadli mężczyzna i dwie kobiety. Pod ich ciałami pojawiły się kałuże krwi.

Strzały ucichły. Nad leżącym na chodniku Korcherem pochylał się mężczyzna z przewieszoną przez ramię bronią, mógł mieć dwadzieścia lat. Przyglądał się jego nienaturalnie wygiętej twarzy. Biała koszulka zabarwiła się na czerwono. Chciał się upewnić, że Korcher nie żyje.

Szarif skrył się za schronem razem z jedną z pasażerek. Serce mu waliło, ręce drżały. Nie mógł uspokoić oddechu. Chciał zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu. Modlił się w myślach do swojego Boga. Kobieta – do swojego. Usłyszał, jak kule świszczą nad jego głową. Krzyczał po arabsku, prosząc o litość. Kobieta osunęła się na niego i poczuł na sobie jej ciepłą krew. Płynęła po jego szyi i rękach. Przymknął oczy, będąc pewnym, że umarł. Tak samo myślał mężczyzna z kałasznikowem i nie oddał kolejnego strzału. Szarif przeżył.

Zerwali się z łóżka. Dźwięk syren przeszywał ciszę. Dolew Swisa, trzydziestoczteroletni brunet z zapadniętymi policzkami, pobiegł do przedpokoju po czerwoną walizkę. Odia, jego o rok młodsza żona, pakowała najpotrzebniejsze rzeczy.

Obudzili córki – sześcioletnią Romi i trzyletnią Lię. Była szósta czterdzieści, gdy ruszyli po schodach na parking. Nic nie mówili. Rozumieli się bez słów. Byli osiem lat po ślubie. Poznali się podczas służby wojskowej w marynarce wojennej w Ejlacie na południu Izraela. Po narodzinach starszego dziecka uznali, że za każdym razem, gdy w Sderot zrobi się niebezpiecznie, będą z niego wyjeżdżać.

Auto prowadził Dolew. Odia siedziała obok, dziewczynki z tyłu, a między nimi ich mały pies, Simba. Ruszyli w stronę autostrady numer 34. Na południe ulicą Derech HaRaw Szalom Ephirgen i na zachód ulicą Menachema Begina. Z naprzeciwka sunęły dwa białe pikapy z uzbrojonymi bojownikami Hamasu ze Strefy Gazy.

Minęli się na rondzie Icchaka Szamira. Padły trzy strzały. Dolew spanikował i zatrzymał samochód na środku jezdni, wyskoczył, wziął na ręce Lię i pognał przed siebie – wprost na napastników. Kula ugodziła go w lewe udo i upadł.

W jego kierunku szedł mężczyzna z odbezpieczonym AK-47. Dolew przymknął oczy, czekając na śmierć. Córkę osłonił ciałem. Nie padł strzał. Zapanowała cisza, którą przerwał pisk opon. Bojowników spłoszył sygnał zbliżającej się karetki. Dolew w obawie, że wrócą, kazał biec dziecku do matki, która ukryła się ze starszą córką na poboczu w zaroślach. Nad ich głowami latały rakiety Kassam, strącane przez Żelazną Kopułę. Eksplozje mieszały się z wyciem syren.

Szmuel Golima, czterdziestoośmioletni policjant, z pochodzenia Etiopczyk, został wezwany do komendy. Kamera monitoringu nagrała o szóstej pięćdziesiąt cztery jego białą Toyotę RAV4 na rondzie Szamira.

– Nic panu nie jest? – Zatrzymał się przy Dolewie.

– Tam za zakrętem… – Mężczyzna wskazał palcem. – Moje dzieci. Moja żona – mówił z trudem, urywał zdania. – Postrzelili mnie. Terroryści. Byli w białym pikapie. Hamas. Jestem ranny.

Golima zatrzymał nadjeżdżające auto. Za kierownicą – Ofek Szitrit, dwudziestosześcioletni mieszkaniec Sderot. Zabrał półprzytomnego, słaniającego się z bólu Dolewa do centrum medycznego Czerwonej Tarczy Dawida.

– Postrzelili mnie terroryści. Mam dwie córki. Terroryści w białym pikapie. Mam dwie córki. Nie chcę umierać – powtarzał Dolew.

– Jesteś pewny? – dziwił się Szitrit. Nigdy nie słyszał o „terrorystach grasujących po mieście”. – A może trafił cię odłamek rakiety?

Golima, który został na rondzie, próbował uspokoić Odię. Siedziała w aucie. Jej dłonie nie mogły utrzymać kierownicy.

– Pojedzie pani za mną. – Jego głos był ciepły, ale zdecydowany. – Musi pani złożyć zeznania w komendzie. I odpocząć.

Nie była w stanie prowadzić.

Na rondo wjechał Amer Abu Sabila, wysoki dwudziestopięciolatek, izraelski Arab z Abu Talul na pustyni Negew, robotnik budowlany. Zajął miejsce Odii. Kobieta przesiadła się na fotel pasażera. Z tyłu siedziały dziewczynki. Pierwszy, w swoim aucie, ruszył Golima.

– Halo, tato? – Abu Sabila dodzwonił się do ojca. Była siódma. – Słuchaj, jestem w drodze do komendy. Kobieta z córkami potrzebowała pomocy. Zostały napadnięte. Długa historia. Niedługo będę w domu.

Był tuż za autem Golimy, na skrzyżowaniu ulic Herzla i Miwtza Kadesz, przed budynkiem policji, gdy rozległa się salwa. Golima był martwy. Abu Sabila wyminął jego samochód, przejechał kilka metrów i nacisnął na hamulec.

Bojownik Hamasu stanął przed autem i pociągnął za spust AK-47. Kule dziurawiły ciało Abu Sabili. Kolejny huk. Dostała Odia. Popłynęła krew. Dziewczynki, które siedziały z tyłu, zsunęły się na podłogę i przykryły kocem. Mężczyzna zajrzał do środka. Nie widział dzieci.

Lia płakała. Chciała do matki. Wołała ją. Była blisko, tuż obok. Romi nie puszczała dłoni młodszej siostry.

Jej ciche wołanie o pomoc usłyszał Meir Jair Awinoam, funkcjonariusz służby więziennej i członek oddziału ratunkowego w Sderot.

– Jestem w samochodzie. Ratunku!

Uchylił drzwi.

– Nie, proszę nie… – dziewczynka panikowała, pewna, że stanie się jej krzywda.

– Nie strzelam, nie strzelam.

– Jesteś policjantem?

Awinoam nie odpowiedział, przerażony widokiem ciał Odii i Abu Sabili. Sięgnął po radioodbiornik:

– Mamy tu ofiary śmiertelne.

– Jesteś z Izraela? – Romi była nieufna.

– Tak, kochanie, tak.

– Zabierz nas!

– Zabierzemy was.

– Jestem tutaj z małą dziewczynką – nadał przez krótkofalówkę. Do Romi powiedział: – Jestem z tobą. Wskocz na mnie i uciekniemy.

– Nie chcę, żeby moja siostra umarła.

Awinoam ścisnął dłoń Lii. Za nimi biegła Romi. Kule świszczały nad ich głowami. Wreszcie ukryli się za policyjnym wozem.

Lekarze z Czerwonej Tarczy Dawida – w tym samym czasie – zdecydowali o przewiezieniu Dolewa do Centrum Medycznego Barzilai w Aszkelonie. Jego stan się pogarszał. Było po ósmej. Zmarł kilka godzin później, przekonany, że jego żona przeżyła.

Mali Szoszana, pięćdziesięcioczteroletnia oficer, naliczyła z dachu komendy dwudziestu uzbrojonych mężczyzn z jednostki sił specjalnych Al-Nukhba należącej do Brygady al-Kassam – zbrojnego skrzydła Hamasu.

Pomyliła się, było ich sześćdziesięciu.

– Potrzebujemy posiłków. Jesteśmy pod silnym ostrzałem terrorystów, którzy przedarli się do komendy – błagała przez radioodbiornik.

Zaczęła się rzeź. Policjanci padali pod gradem kul. Zginął kolega Szoszany – Elijahu Harusza. Nie przeżył pułkownik Meir Abergel, koordynator śledztw w Sderot.

– Bić terrorystów! – Martin Kuzmickas, barczysty funkcjonariusz z osiemnastoletnim doświadczeniem, przez kolegów nazywany „Wikingiem” z powodu długiej brody i groźnego wyrazu twarzy, uniósł pistolet. Pociągnął za spust. Pierwszy bojownik zgiął się wpół i upadł. Kolejny strzał – martwy hamasowiec. I kolejny.

– Pusty magazynek! – oznajmił Amirowi Cohenowi, zastępcy dowódcy okręgu południowego izraelskiej policji.

Musiał się wycofać. Biegł między porzuconymi autami. Został trafiony w klatkę piersiową. Z ust popłynęła krew.

Hamas był w drodze na dach komendy, do której wejścia pilnowały Szoszana i Mor Szakuri, dwudziestodziewięcioletnia funkcjonariuszka. Mimo młodego wieku i raczej przyjaznej aparycji była doświadczona i bezlitosna.

Strzelały na zmianę.

– Kończą się naboje! – dała znać Szoszana.

„Potrzebujemy amunicji”. – Szakuri wysłała wiadomość do dowódcy Bara Manszuriego, który był wewnątrz budynku.

„Tu jest piekło. Musicie radzić sobie same”.

„Bar, bądź silny”.

– Mali, granat! – zawołała Szakuri, ostrzegając Szoszanę.

Kobieta cisnęła odbezpieczony granat w dół schodów.

Wybuch ją odrzucił.

Z tumanów kurzu wyłoniły się dwie sylwetki – bojownicy byli już na dachu. Szoszana strzeliła. Pierwszy padł martwy. Drugi, ugodzony w nogę, pociągnął za spust AK-47. Kobieta poczuła ostry ból w prawej dłoni. Upuściła pistolet. Upadła, twarzą zwrócona ku balustradzie. Udawała martwą. Jej ciało drżało z zimna. Nie potrafiła nad nim panować.

Kilka metrów od niej pozycję zajął palestyński snajper. Padł strzał, potem kolejny – oba okazały się śmiertelne dla izraelskich policjantów. Z dołu, osłaniając się przed kulami, jeden z funkcjonariuszy dostrzegł strzelca.

– Dajcie mi karabin! – wołał.

Policja miała jedynie broń krótką. Wojsko, które w końcu dotarło do Sderot, odmówiło wydania innego uzbrojenia. Hierarchia i procedury.

Mężczyzna chwycił za karabin, który odstawił żołnierz. Nie dbał o konsekwencje. Pognał przed siebie, wbiegł do bloku na ostatnie piętro, wpadł do przypadkowego mieszkania, zajął miejsce przy oknie i przeładował broń.

– Mam cię – powiedział do siebie, gdy spostrzegł po drugiej stronie ulicy ciemną twarz ukrytą za lunetą. Pociągnął za spust.

Hamas zabarykadował się w komendzie. Zaminował wejście. Ukrył ładunki w pomieszczeniach i na korytarzach.

Antyterroryści nie weszli do budynku przez główną bramę – próbowali przez dach, stłoczeni na strażackim wysięgniku.

– Tu są żywi ludzie, prawdopodobnie nasze siły – poinformowali przez policyjne radio.

Szoszana usłyszała hebrajski, więc pewna, że nic jej nie grozi, uniosła głowę. Szukała Szakuri. Leżała tuż obok martwa.

Zaczęło szarzeć.

Amir Cohen, na którego oczach zginął Kuzmickas, kazał wyłączyć w mieście prąd i odciąć wodę. Dał sygnał do rozpoczęcia operacji „Szybkowar” – powolnego zwiększania presji na napastników; jej ostatnim elementem było wyburzenie budynku.

Dochodziła północ, gdy nad miastem zawisł śmigłowiec Apache. Zaczął się ostrzał. Komenda stanęła w płomieniach.

Buldożery ruszyły. Rozbiórka trwała całą noc – skończyła się przed dziewiątą. Z gruzów jeszcze długo wyciągano ludzkie szczątki. Zginęło trzydziestu pięciu Izraelczyków, w tym dziewięciu funkcjonariuszy policji i kilkudziesięciu bojowników Hamasu.

NIR AM

Za bezpieczeństwo siedmiuset mieszkańców kibucu Nir Am, położonego przy granicy ze Strefą Gazy, odpowiadała Inbal Lieberman – dwudziestopięcioletnia, szczupła, niewysoka, o burzy kręconych blond włosów.

Dowodziła dwudziestoma wolontariuszami. W grudniu 2022 roku, gdy jej siedemdziesięcioletni wuj odszedł na emeryturę, została pierwszą kobietą w historii osady na tym stanowisku. Spełnienie marzeń. Przebicie szklanego sufitu.

Syreny, które zawyły o szóstej trzydzieści w sobotę 7 października 2023 roku, zignorowała. Przywykła do ich ostrego dźwięku, powtarzały się co kilka dni. Hamas ostrzeliwał izraelskie południe pociskami domowej roboty.

Jej uwagę przykuło charakterystyczne brzmienie dronów. Leciały z zachodu – od strony palestyńskiej enklawy.

Sięgnęła po telefon. Na wyświetlaczu zobaczyła dwa powiadomienia. Pierwsze o „terrorystach w Sderot”. Drugie – ostrzeżenie przed atakiem. Zaalarmowała członków oddziału. Rozdała broń, amunicję, kamizelki kuloodporne i krótkofalówki.

Bojownicy podeszli pod kibuc o dziewiątej trzydzieści osiem. Mocowali się z bramą, nie mogli jej sforsować.

Oddział wolontariuszy, rozmieszczony wzdłuż ogrodzenia, powstrzymał napastników. Jednego ranili, dwóch – zginęło na miejscu.

Kilkunastu uciekło białym pikapem w stronę Sderot.

Lieberman nie czuła ulgi, a przeciwnie, niepokój. Dostała zdjęcia sąsiednich kibuców – w płomieniach i usłanych ciałami mieszkańców. Błagała o posiłki, o wojsko. Czasu było mało. Liczyła się każda minuta.

Adam Peled, były żołnierz Sajjeret Matkal, elitarnej jednostki specjalnej Sił Obronnych Izraela, i Eli Mittman, inżynier budownictwa, zajęli pozycje w pobliżu Bramy Sadu. Z dachu budynku, na który się wspięli, rozpościerał się widok na oddaloną o dwieście pięćdziesiąt metrów wylęgarnię drobiu.

– Słyszysz? Salwy! – zauważył Peled.

Żołnierze z 13. Batalionu Brygady Golani, dowodzeni przez Joni Cohena, natknęli się na oddział Hamasu.

Padły strzały. Zginęło kilku bojowników. Większość skryła się w hangarze, który służył jako sortownia jaj i wylęgarnia piskląt.

Zewsząd sypał się grad kul. Izraelska armia nie miała pomysłu na przełamanie linii wroga, więc okopała się na swojej pozycji.

Matan Abergil, szczupły dziewiętnastolatek w stopniu sierżanta, i jego dwóch kompanów chwycili karabiny M-16 i ruszyli do hangaru. Poruszali się sześćdziesięciotonowym transporterem gąsienicowym Namer. Zachowywali się tak, jakby byli nieśmiertelni. Nie oszczędzali nabojów. Zabili kilkunastu bojowników.

Cohen chciał przerzucić część sił na północ, w okolice przejścia granicznego w Erezie, nad którym kontrolę przejął Hamas.

Abergil uruchomił transporter. Był z załogą, gotowy do drogi, kiedy zostali zaatakowani przez czterdziestu bojowników.

Mieli granaty i wyrzutnie przeciwpancerne, próbowali wedrzeć się do maszyny. Abergil ostrzeliwał wroga. Jego kompani mocowali się z systemem sterowniczym pojazdu, który padł. Byli w pułapce.

Kula dosięgła Abergila. Został zraniony w rękę i palec. Tamował krew, gdy do maszyny wpadł granat gazowy, a po nim – bojowy.

Mężczyzna rzucił się w jego stronę. Przycisnął go do piersi, zacisnął zęby i przymknął oczy. Eksplozja rozerwała mu ciało.

– Zrobiłem dla moich przyjaciół i dla mojego kraju wszystko, co mogłem. – Umierał osiem minut. W bólu.

Ewakuacja była chaotyczna, nieprzemyślana. Ginęli kolejni izraelscy żołnierze. Hamas zdobył przewagę.

Peled i Mittman, obserwując teren z dachu budynku przy Bramie Sadu, widzieli zbliżające się sylwetki mężczyzn w zielonych mundurach.

– To nasi? – niepokoił się Peled.

Ruszył w ich stronę.

– Kim jesteście?! Stójcie! – Oparł palec o spust karabinu. Nie pociągnął. Bał się, że zabije izraelskich żołnierzy.

Mężczyźni zniknęli w zagajniku, po czym obeszli Nir Am. Próbowali dostać się do kibucu od wschodu, przez mniej masywną bramę. Peled i sześciu członków oddziału ochotników z karabinami M-16 stanęli im na drodze.

– Załatwili naszą armię – odezwał się Peled. – Jeśli damy im tu wejść, będzie po nas. Nikt nam nie pomoże.

– Nie ruszymy się stąd! – zareagował Chen Reich, którego żona ukryła się z dziećmi w domu jego brata.

– Nie mogą tu wejść! – powtórzył były żołnierz.

Strzelali. Na zmianę. Bez przerwy. Kule powstrzymały bojowników. Cofnęli się. Na chwilę. Grali na czas.

– Kończy się amunicja. – Peled panikował.

Reich dodzwonił się do policji:

– Tu Chen Reich, mieszkam w Nir Am, jestem członkiem ochrony kibucu – tłumaczył. – Terroryści, piętnastu, może dwudziestu, zaatakowali hangar, wylęgarnię drobiu, tuż przy osadzie. Jest tam kilku żołnierzy. Za mało. Musicie przysłać posiłki – błagał. – Hamas podchodzi pod ogrodzenie. Próbują je sforsować.

Śmigłowiec jednostki Straży Granicznej „Rakia” zawisł nad kibucem. Bojownicy padali jeden po drugim.

Nabil Barawi, pięćdziesięciotrzylatek ze Strefy Gazy, ukrył się pod drzewem w zagajniku. Był jednym z osiemnastu tysięcy Palestyńczyków, którzy pracowali w Izraelu, głównie w rolnictwie i budownictwie.

Od czterdziestu lat przyjeżdżał na pola w Nir Am. Nadzorował dziesięć osób, które uprawiały pomelo – duży, słodki owoc cytrusowy. Jego brat Haszem zarządzał grupą zajmującą się polami bananowymi.

Barawi starał się wydostać z kibucu. Pędził w furgonetce drogą wzdłuż palestyńskiej enklawy. Omijał ciała martwych ludzi. Po stu pięćdziesięciu metrach zahamował. Z naprzeciwka sunął biały pikap z bojownikami strzelającymi na oślep. Mężczyzna rzucił się do ucieczki.

– Panie Lieberman, co robić? Tu wszędzie strzelają! – Mężczyzna dzwonił do Ofera Liebermana, osoby odpowiedzialnej za rolnictwo w Nir Am i ojca Inbal, szefowej oddziału ochrony kibucu. – Gdzie się chować?

– Zostań na miejscu, nie ruszaj się – instruował Lieberman.

Bał się nie tylko Hamasu, ale również izraelskiej armii, która mogła wziąć Barawiego za palestyńskiego bojownika. Mężczyzna dodzwonił się do ojca, który był w Strefie Gazy. Przerażony. Nie miał kontaktu z młodszym synem Haszemem.

Barawi, idąc za radą Liebermana, nie ruszył się spod drzewa. Czekał dziesięć godzin. O siedemnastej nareszcie przyszła pomoc.

Od krewnych dostał nagranie z Internetu udostępnione przez Hamas: porzucone na jezdni samochody, wokół nich trupy. Dalej stała szara furgonetka. Wewnątrz – kilka ciał, między innymi jego brata, Haszema.

Inbal Lieberman wróciła do domu nad ranem. Całą noc tkwiła na posterunku przy ogrodzeniu ze swoim oddziałem.

Izraelska armia przez kolejne dni wyłapywała pojedynczych bojowników – ukrytych w lasach i zagajnikach.

Nir Am był jedynym kibucem, do którego nie udało się przedostać hamasowcom. I jedynym, w granicach którego nikt nie zginął.

NIR OZ

Cztery miesiące wcześniej historyk Alex Dancyg, urodzony w 1948 roku w Warszawie, udowadniał dziennikarzom, że mógł zostać „dziesięć razy porwany przez Hamas”. Zaprosił ich do swojego domu w kibucu Nir Oz, przy granicy Strefy Gazy, i oprowadził po okolicy. Pokazał pole uprawne, gdzie po obfitych opadach odkrył zejście do tunelu. Jego drugi koniec był w palestyńskiej enklawie. Kanał wydrążony pod zaporą graniczną za trzy miliardy szekli.

Syreny zawyły 7 października 2023 roku o szóstej trzydzieści. Dancyg był w łóżku. Zwlekł się z niego. Przywykł, tak jak jego sąsiedzi, do dźwięku eksplodujących na niebie rakiet, które strącała Żelazna Kopuła.

Dziesięć po siódmej przeczytał na kibucowskiej grupie na WhatsAppie wiadomość o „terrorystach w osadzie przebranych za żołnierzy”.

– Mati, u was w porządku? – Zadzwonił do syna, który mieszkał z żoną i trójką dzieci w południowej części kibucu. – Tu jest Hamas.

Bojownicy z jednostki sił specjalnych Al-Nukhba wtargnęli do kibucu z czterech stron: północnej, południowej, wschodniej i zachodniej. Z map i notatek, które znalazła później izraelska armia, wynikało, że nie działali po omacku; mieli doskonałe rozeznanie w terenie, znali plan wioski, wiedzieli, gdzie znajduje się zbrojownia i domy członków oddziału bezpieczeństwa.

Strzały. Eksplozje. Krzyki.

Mieszkańcy o niczym nie wiedzieli. Wiadomości, które pisali na WhatsAppie, były sprzeczne i chaotyczne: „Brak informacji doprowadza do szaleństwa!”, „Potwierdziły się doniesienia o terrorystach?”, „Zostali schwytani?”.

Bojownicy weszli do domu Brachy Lewinson, emerytowanej nauczycielki. Wyciągnęli ją z mamadu, czyli bezpiecznego pokoju – pomieszczenia ze wzmocnionymi ścianami i drzwiami, które jest w większości izraelskich domów – i rzucili na podłogę.

Zabrali telefon. Zalogowali się na jej profil na Facebooku. Włączyli transmisję na żywo, pokazali egzekucję: kule dziurawiły ciało kobiety. Leżała ze skrzyżowanymi rękami w kałuży krwi. Stało nad nią trzech zamaskowanych mężczyzn.

– Szahar, zobacz, co mama opublikowała na Facebooku! – Córka Brachy Lewinson, Szai, dodzwoniła się do siostry.

– Co?

– Szybko, wejdź na Facebooka mamy – ponaglała.

– Dobrze, poczekaj. – Starała się zachować spokój. – Stresujesz mnie. Ręce mi drżą. – W słuchawce rozległ się przejmujący krzyk.

Bojownicy najpierw podpalili dom Lewinson. Następnie jej sąsiadki. I jeszcze kilka. Łuna ognia unosiła się nad Nir Oz.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

WSTĘP

CZĘŚĆ I

SDEROT

NIR AM

NIR OZ

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Meritum publikacji