Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Dziennik w formie listów do przyjaciela? Poukrywane zapiski? Tylko Agnieszka Osiecka może tak zaskakiwać!
Oddajemy w ręce Czytelników zbiór najbardziej tajemniczych zapisków Agnieszki Osieckiej. Prowadzona przez ponad piętnaście lat (1964–1980) jednostronna korespondencja, której adresatem jest Janusz Minkiewicz, odkrywa najbardziej intymne zakamarki życia pisarki. Eksperymentalna forma wytworzyła przestrzeń dla autoterapii, a z notatek tych wyłania się obraz kobiety nie tylko genialnej, ale i targanej słabościami.
Autorka podróżuje, odwiedza teatry, spotyka się z czytelnikami, urządza dom, zostaje matką. W natłoku codziennych wydarzeń coraz częściej wspomina o alkoholu – cichym bohaterze książki.
„Kochany Misiu!” – to zapis życia prywatnego i towarzyskiego jednej z największych polskich pisarek, w którym wielkie nazwiska przeplatają się z piciem – z czasem coraz mniej kontrolowanym.
Dojrzała Agnieszka Osiecka jest bezkompromisowa, uwodzicielska i błyskotliwie szczera. Nie oszczędza nikogo, zwłaszcza siebie.
Agnieszka Osiecka (1936–1997) – poetka, autorka tekstów piosenek, pisarka, reżyserka teatralna i telewizyjna, dziennikarka. Od 1954 roku związana była ze Studenckim Teatrem Satyryków (STS), gdzie zadebiutowała jako autorka tekstów piosenek. Prowadziła w Polskim Radiu Radiowe Studio Piosenki, które wydało ponad pięćset piosenek i pozwoliło na wypromowanie wielu wielkich gwiazd polskiej estrady. Od 1994 roku była związana z Teatrem Atelier w Sopocie, dla którego napisała swoje ostatnie sztuki i songi. Pośmiertnie została odznaczona przez Prezydenta RP Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 570
Copyright © Agata Passent, 2026
Projekt okładki
Michał Poniedzielski
Ilustracje w środku pochodzą ze zbiorów
Fundacji Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej.
Redaktorzy prowadzący
Anna Derengowska
Radosław Młynarczyk
Opracowanie przypisów
Marta Dobromirska-Passent
Redakcja
Anna Sidorek
Korekta
Katarzyna Kusojć
Anna Sidorek
Książka powstała we współpracy
z Fundacją Okularnicy
im. Agnieszki Osieckiej
ISBN 978-83-8444-612-6
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
ul. Rzymowskiego 28, 02-651 Warszawa
www.proszynski.pl
Agnieszka Osiecka była uzależniona od pisania: pisała piosenki, dzienniki, sztuki teatralne, artykuły i reportaże do gazet. Ale przede wszystkim pisała listy. Zdecydowana większość tych listów i kartek znajduje się gdzieś w zbiorach bliższych i dalszych znajomych Autorki. Na szczęście niektóre znaleziono w jej archiwach. Dlaczego? Bo albo wymieniła się nimi z adresatem, jak w przypadku korespondencji z Jerzym Giedroyciem, albo… nigdy ich nie wysłała.
Listy do Janusza Minkiewicza obejmują bardzo długi okres: od 1964 do 1980 roku i Osiecka traktowała je jak notatnik, dziennik, a forma listów miała być zabawą literacką.
Marta Dobromirska-Passent
Niniejszy tom traktować należy jako kontynuację diarystycznych praktyk Osieckiej. Kochany Misiu! to zaskakujący formą, wyjątkowy w historii polskiej literatury zapis szesnastu lat życia towarzyskiego, uczuciowego, twórczego i zawodowego. Adresując komunikat do Janusza Minkiewicza, zdobywa się Autorka na pewien rodzaj szczerości, który można nazwać autoterapią: nie tylko zdaje relacje z podróży i spotkań, ale też analizuje własne przeżycia, stosunek do rozmaitych sytuacji, nierzadko wyznaje winę wobec bliskich. Być może taka strategia literacka była Osieckiej potrzebna do podjęcia rozrachunków, przyjęcia odpowiedzialności za podjęte decyzje.
Szczególnie dojmujące jest – uświadomione bądź nie – odkrywanie w sobie zalążków choroby alkoholowej. Mnóstwo w tych zapiskach „wódeczki” i szampana, spożywanych bez szczególnej okazji, dla zabicia czasu, umilenia towarzystwa, wpisania w model przeżywania zimowego Sopotu czy wakacyjnych Krzyży. Można zaobserwować intensyfikację notowanych skrupulatnie wieczorków i wielokrotnie powtarzaną tęsknotę (czy pragnienie) za sytuacją alkoholową. W miarę upływu lat pojawia się również upomnienie kierowane do wyimaginowanego adresata: „Nie pij tyle”. Oznacza to zapewne, że Osiecka była w pełni świadoma rodzącego się nałogu, a Kochany Misiu! stanowi, w swej głębokiej istocie, próbę utrzymania kontroli nad chorobą.
Abstrahując od konfesyjnego wymiaru tomu, kolejne listy wypełniają najznamienitsze nazwiska polskiej i światowej kultury, a także węzłowe wydarzenia historyczne. Osiecka znakomicie wyczuwa nastroje społeczne wokół grudnia ’70, odwiedza Trójmiasto, rozmawiając ze świadkami i uczestnikami wydarzeń, które odcisnęły trwałe piętno w pamięci obywateli i strukturze aparatu państwowego. Poza wszystkim autorka, reinterpretując kategorię klasycznego dziennika, kultywuje to, co w prywatnych zapiskach najważniejsze: intymność, prywatność i bezkompromisowość. Bywa zabawna, złośliwa, krytyczna, wzruszająca i bez cienia wątpliwości – szczera.
Kochany Misiu! jest doskonałą okazją do przypomnienia czy też – w przypadku młodszych pokoleń czytelników – przedstawienia sylwetki Janusza Minkiewicza (1914–1981): poety i satyryka, bliskiego przyjaciela Agnieszki Osieckiej, stałego bywalca SPATiF-u, cieszącego się w środowisku artystycznym nieposzlakowaną opinią. Tak wspominała go Irena Szymańska w Miałam dar zachwytu:
Przystojny, owszem. Lekko przygarbiony, z pooraną zmarszczkami twarzą, wyglądał o wiele starzej od swoich rówieśników – trzydziestolatków, a zachowywał się, jakby był ich dziadkiem. Miał swój własny, niemodny w tym czasie styl. Popisywał się jak najgorszą opinią o sobie i innych. Był nieufny, podejrzliwy, sarkastyczny. Wystarczyło w jego obecności do kogoś się uśmiechnąć, żeby natychmiast padło pytanie: „Dlaczego mu się podlizujesz?” lub „Jaki masz do niej interes?”. Janusz zdawał się nie wierzyć w bezinteresowne stosunki między ludźmi. Może bym nawet w ten pokazowy cynizm, w jego psychologię głębi, gdzie człowiekiem rządziło nie freudowskie libido ani adlerowska ambicja, ale własne, doraźne, natychmiastowe interesy, uwierzyła. Ale tak się złożyło, że byłam kilkakrotnie z Januszem w kinie. Za pierwszym razem nie wierzyłam własnym oczom, ale za drugim nie mogłam już mieć wątpliwości: Janusz w kinie płakał jak bóbr. I to nie wtedy, kiedy było strasznie i smutno, lecz – jak ludzie prawdziwie sentymentalni – wówczas, kiedy bardzo złe przechodziło w bardzo dobre. Sentymentalny cynik – to już nie było groźne.
Radosław Młynarczyk
literaturoznawca, badacz życia i twórczości
Marka Hłaski i Agnieszki Osieckiej
Szwajcaria–Warszawa, 29 XII 1964
Kochany Januszu!
Napisałam Ci dwie zwrotki „łabędzia”, ale tylko dlatego aż dwie, żebyś nie myślał, że jestem okropnie leniwa.
Naprawdę jednak uważam, że Twoja piosenka jest b. dobra i że trzeba co najmniej jedną (chyba tego łabędzia) zwrotkę zostawić, a tę drugą dać moją. Którą wybrać – decyduj sam.
Całuję Cię w usta,
Agnieszka
Londyn, 1 III 1965
Misieńku!
Czekam na Ciebie!
…Czekam na Ciebie i szlag mnie trafia, że taka persona jak Ty nie może sobie dać rady z tym wyjazdem. Rozmawiałam z Twoimi przyjaciółmi (którzy notabene są absolutnie ok w stosunku do mnie) i mówią, że coś dla Ciebie zrobili, ale wygląda na to, że są dopiero w trakcie załatwiania. Ponaglij ich!! Popędź ich, bo się miniemy!!
…Ja jestem na razie w nienajlepszej formie. Stale zmęczona. Zdaje się, że ciągle Ci to powtarzam, ale to prawda.
JESTEM ZMĘCZONA.
W związku z tym najbardziej mnie cieszy dom Cioci1, z modłami przed posiłkami, oglądaniem telewizji i plotkami.
Widziałam obrzydliwą operę filmową pt. My Fair Lady. Sto razy gorsze od teatru! Widziałam jeden teatr. Sto razy gorszy od cyrku. Parę razy piłam coś niebieskiego. Bzdura!
„Helena” leży tam, gdzie ją zostawiłeś. W operze grają Piękną Helenę! Przyjedź, to pójdziemy!
Bye, bye,
Agnieszka
Natychmiast do mnie zadzwoń, najlepiej rano, około dziesiątej (u Ciebie to jest jedenasta).
FLA 2545
Jak nie masz pieniędzy, to dzwoń od mojej mamy albo ja Ci zwrócę po powrocie.
22 III 1965
Piesku!
Twój list do Cioci (przezacny!) wbrew Twoim przypuszczeniom – zastał mnie w Londynie. Mało tego: być może Ty sam zastaniesz mnie w Londynie, jeśli się naprawdę pospieszysz.
Okazało się bowiem, że po Paryżu wracam jeszcze na trochę do Anglii.
Mój „gryplan”:
25 III – 7 lub 8 IV – Paryż
8 IV – 15 lub 24 IV – Londyn
Adres w Paryżu: Hotel de Londres, Rue de St. Honoré
Adres w Londynie: do 10 IV u Cioci, a po 10 IV: Peterskam Surrey „The Cottage”. Tel. RIC6522
Misieńku! Pospiesz się, żeby być tu przed Świętami albo żeby na mnie wpaść w Paryżu. Jeremiemu2 nic nie gadaj, że to się tak przewleka, bo będzie płakał.
Spytaj p. Lankiewicz, czy idzie mój program w TV w Święta, i napisz mi.
Nie mogę tu spać bez alkoholu, tak samo jak Ty.
Poza tym układa mi się tu szampańsko. Teatry, szantany, kinematografy, wycieczki automobilowe, wizyty, galerie, bukieciki bladych fiołków.
W Hyde Parku kwitną żonkile itp.
Całuję Cię w usta,
Agnieszka
Londyn, 25 IV 1965
Ukochany Misiu!
Kocham Cię tak samo jak zawsze, mimo że nie jestem już taka młoda, jak się należy. Nawet dobrze, że znów wyjechałam, bo mogę Ci opowiadać bezkarnie (nie przerwiesz mi).
Otóż kocham Cię niezmiennie i jesteś jedną z niewielu opok łączących mnie z Alejami Ujazdowskimi (itp.). (Choć nie wiem, czy opoka może łączyć?)
Faktem jest także, że mniej się z Tobą bawiłam, a Ty nie chcesz zrozumieć dlaczego. No więc przyczyn jest sto:
– Po pierwsze, Maciek3 nie pozwalał pić wódki (a bez tego nie ma SPATiF-u).
– Po drugie, pracowałam jak osioł.
– Po trzecie, miotałam się na tematy uczuciowe jak nigdy: Andrzej [Wajda]4 nie jest takim ohydnym snobem, jak Ty myślisz, a Maciej nie jest takim głupim gówniarzem, jak myśli moja mama. Więc wybór – bardzo trudny. I do tego obaj porządni ludzie! Boję się jednak, że życie za mnie dokona wyboru: Starzeję się z dnia na dzień, mam nową zmarszczkę na brodzie, a czuję się dziewczynkowato. Straszne!
– Po czwarte, boję się czasem SPATiF-u ze względu na uraz do Jesionki5. Najchętniej bym wzięła rozwód stąd, na odległość. Wydaje mi się, że ten mariaż był największą bzdurą w moim życiu i że już na fest nie odzyskam sił, humoru i urody. Tylko talent mi pozostaje, ale to okropne, kiedy kobieta musi być zdolna, żeby sobie radzić.
…Londyniszcze – normalne. Aż za normalne. Wolałabym do Ameryki. Najbardziej chciałabym zostać ambasadorem, bo wtedy człowiek mieszka i w Polsce, i w Ameryce.
…Krysia6 nie ma co żałować, że opóźnia swoją wycieczkę do Londynu, bo tu zimno.
…W naszym dworku – smutno. Ale Ciotka trzyma się wspaniale. Dzieli spadek, planuje podróże, kultywuje sieroty.
Całuję Cię gorąco, zaraz wracam,
Agnieszka
Belle Isle (Przesmyk), 2 XII 1967
Kochany Misiu!
Dopływamy do Kanady. Jestem zrozpaczona, że się kończy ta podróż. To było coś wspaniałego. Po pierwszych 24 godzinach przestałam być zmęczona warszawską huśtawką nerwową i zajęłam się hulaszczym życiem. Podejrzewam, że przejdę do historii nawigacji. Wszystkie bary były moje. Tańczyłam kujawiaki z Anglikami i rozkochałam w sobie Starszego Intendenta. Znam zawartość wszystkich butelek na okręcie. Poznałam tu ludzi zupełnie nie z naszego środowiska, którymi jestem zachwycona: dwóch inżynierów z Warszawy dopasowanych do siebie jak Flip i Flap i piękną dziewczynę z Krakowa (też inżynierkę). Utworzyliśmy wspólny gang Bingo, przeznaczony do gier i zabaw hazardowych.
Kaca leczyłam w basenie. Zresztą znasz ten raj.
Dla mnie jednak był to zupełnie nowy sposób życia i tak potrzebny jak pijanemu kadzidło (nie zwracaj uwagi na porównania, mam watę w mózgu). Czułam się tu szczęśliwa jak pies spuszczony z łańcucha. Chyba się rozbeczę, żegnając tutejszą wesołą „rakietę” i Batorego. Niestety większość moich kumpli jedzie do Chicago itp. A ja zostaję ze smutnymi myślami.
Misiu! Boję się! Boję się mojej przedziwnej Ami7, moich niezałatwionych spraw życiowych, spotkania z Maciusiem Dobroduszniakiem, no i – spotkania z Panią Ameryką.
Boję się. Chciałabym się jeszcze drugie tyle wygłupiać na okręcie. No, ale Bóg da, że i TAM znajdę swoje miejsce za piecem.
Misiu. Ponieważ jesteś jedynym winowajcą mojej wczesnej i wariackiej podróży, błagam, pomóż mi w paru duperelach:
1) Tego głupawego maszynopisu nie czytaj, tylko bądź kochany i podrzuć go jakoś Dudkowi Dziewońskiemu8. Błagam! Popodpisuję umowy po powrocie, bo wiesz – konto!
2) Zadzwoń do swojej ciotki Janowskiej, ucałuj ją ode mnie i powiedz, że napiszę do niej, ale znaczki mi się w tej chwili kończą. Słowa „Zorby”9 poprawię i przyślę z Ameryki. I błagam ją, żeby jej brat (lub ona) przysłali mi moją książkę o Ptaku10 na adres, który jest na kopercie. Forsę oddam jej po powrocie (na śmierć zapomniałam, że pożyczyłam od niej patyka!).
3) Przyślij mi adres, telefon p. Łempickiego11, bo zgubiłam.
Nie gniewaj się za te głupie prośby. Napisz prędko, prędko. Czy jest już wódka w SPATiF-ie?
Całuję,
Agnieszka
Nowy Jork, 28 XII 1967
Kochany i Szanowny Misiu!
Chodzę po Ameryce z takim sobie refrenem:
Siedzi ptaszek na rokicie
i tak śpiewa rozmaicie:
główką kiwnie,
pupką kiwnie,
jak ten ptaszek śpiewa dziwnie!
To ja jestem tym ptaszkiem! Śpiewam dziwnie, bo wszystko mnie tu korci, złości i zastanawia.
Rozpływam się w refleksjach nad składem towarzyskim tutejszej publiczności. Widzisz, jestem przyzwyczajona do państewek „jednonarodowych”.
Podobno w Szwecji dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludzi stanowią Szwedzi. Reszta to Polacy i Żydzi.
Tutaj odwrotnie! Dziewięćdziesiąt dziewięć procent publiczności to Polacy i Żydzi, a reszta to Szwedzi i Indianie.
Ta straszliwa mieszanina ludzka opuszcza rodzinne kraje i za miskę soczewicy oddaje kulturę, religię i obyczaj starego kraju. To zresztą oczywiste! Byłoby głupio, gdyby Czyżewska12 tańczyła tu rano krakowiaczka, a jakiś czarnuch taniec ludożerców z wyspy Boa. Nie mają po prostu powodu: nie trzeba być ludożercą i konsumować żylastych facetów, jeśli jest mięso w celofanowych duperelach w sklepie. A jednak czegoś tu brak. Te wszystkie kundle pozapominały o rodzinnych religiach i tym podobnych rzeczach, które dawały nawet najprymitywniejszemu durniowi momenta metafizyczne w życiu. I w ogóle – czyniły go zdolnym do kontemplacji. Teraz to „przeminęło z wiatrem”. Powstała okropna pustynia duchowa usiana papierowymi torebkami. Znam to z Dolnego Śląska, gdzie osiedlono Cyganów. Pracują w Pafawagu13, mają pensje i ubezpieczenia.
Tylko smutno wieczorami!
Coś trzeba z tą nijakością zrobić, bo cały świat w końcu przed nią stoi, ale nie wiadomo, kto to zrobi. Misjonarze się znudzili, a artyści – pijani!
…Inteligencja tutejsza nadzwyczaj mi się podoba: subtelnie rozdarci Wietnamem i kwestią murzyńską14.
Te dwa przeżycia uczyniły ich wreszcie podobnymi do ludzi. Już nie mogą się chwalić prostotą swoich konfliktów i łatwością rozwiązań. He, he! Drą szaty jak za najlepszych czasów. Nie mogą „noska w górę zadrzeć”! Studenci też mi się podobają. Co do mieszczan: Nasi przyjaciele w SPATiF-ie zawsze okropnie narzekali, że Amerykanie chcą mieć pieniądze i dlatego są okropni. Słyszałam to jednak zawsze od osoby, która sama jest okropna i chce mieć pieniądze.
Więc dajmy im spokój.
…Ja się czuję tutaj bardzo rozpalona. Ta cała wieża Babel wydziela z siebie sympatyczną woń hazardu. Chciałoby się tu np. zrobić karierę. Ameryka jest dla mnie trochę jak dom, w którym grają w karty i ruletę i gra toczy się „smacznie”. Masz ochotę nie tylko zajrzeć, jak do Anglii czy Francji, ale wziąć udział. Masz ochotę grać długo i skutecznie, a następnie (jednak) uciec z pieniędzmi. Nie ożeniłbyś się natychmiast z panią domu. Bo zostać na stałe z tą hołotą na głowie – to też przesada!
No, ale na razie mnie to bierze. W rozmowy ciekawe i błyskotliwe wciągam się prędko. Słucham mądrych opinii i wygłaszam własne. Dopiero potem w łóżku masz głupie uczucie, jakbyś się zagadał ze służącą.
…Gust amerykański do ozdóbek jest syntezą tego, co zwieźli do nich Zulusi, Polacy, Ukraińcy itp. Czasem V Avenue wygląda mi jak kanion pełen dzikich. Obwieszeni są ukraińskimi haftami i kolczykami plemienia Bali. I tylko ja o tym wiem! Pomyśl! Dziękuję Ci z całego serca za kartkę15. Napisz jeszcze, bo nie wrócę przed wiosną.
Całuję Cię mocno,
Agnieszka
PS Córkę16 Twoją odwiedzę!
Nowy Jork, 29 I 1968
Misiu Złoty!
Znowu zaszczyciłeś mnie karteczką.
Noszę ją na sercu, bo rzadko do mnie piszesz. Cieszę się, że czasem za mną tęsknisz. Z perspektywy tych kilku tysięcy mil zacierają mi się rysy wielu przyjaciół, ale nie Twoje!
Nie piszesz, czy Krysia przyjechała, więc nie wiem, z kim żyjesz po południu ani z kim pijesz wieczorami. Napisz jakieś ploty ze SPATiF-u i napisz, jak znosisz fizycznie tę zimę, bo dawniej, kiedy byłeś młody, to miałeś katar. Ciekawa jestem, czy jedziesz do Zakopanego. Mam stamtąd mieszane wspomnienia, bo jak pamiętasz, w ogóle nie wychodziło się na ulicę.
…Misiu! Ja się tu znów parę razy zdziwiłam. Byłam np. na „musicalu” pt. HAIR17napisanym i wystawionym przez tutejszych „hipisów”. Że tańczą jak szaleni, tego nie muszę Ci pisać! To robi tutaj każdy od gęsi Doktora Dolittle18 do nieszczęsnych bohaterów East of Eden19. Przykładów nie wyssałam z palca, bo zarówno zacną książeczkę z okresu naszego dzieciństwa, jak i ponure powieścidło upamiętnione rolą Deana20 – zostało przerobione przez tutejszych chytrusów na musical. Doszło do tego, że musiałam obejrzeć na ekranie różowego ślimaka wielkości Pałacu Kultury.
Stary musical, jak mi się wydaje, zaczyna już trącić myszką, a nawet całkiem dużą myszą. Niedługo już pójdzie do lamusa i spocznie obok Księżniczki czardasza21. Oczywiście u nas będą w tym samym czasie nadal trwały poszukiwania trzech girlsów, które jednocześnie podniosą nogę do góry. No, ale c’est la vie22. Mamy w końcu większe zmartwienia. Trudno podnosić całą nogę baletnicom, kiedy nie można podnieść głupiej stopy narodowi.
Wracam do musicalu HAIR (po prostu Włosy). Urzekły mnie nie tyle olśniewające, pozornie chaotyczne tańce i wariackie filmy wirujące w tle, tylko urzekła mnie tak zwana „treść”. Dawniej była ona w musicalach tak głupawa, że mimo woli narzucała ci się niejasna myśl, że ta treść jest jakaś taka, że i forma nie wiadomo po co.
Tutaj – odwrotnie! Forma, czyli wariacka muzyka i tańce, jest tylko naturalnym sposobem wypowiadania się Amerykanina. W tej nonszalancko traktowanej formie starają się artyści przemycić trochę filozofii. Są to na razie same pytania, ale, jeśli pamiętasz, od pytań to się zawsze zaczynało!
Musical zaczyna się od wręcz głupawego przedstawienia ulicy pełnej „hipisów” i od konfliktów tych młodych z rodzicami. Stąd mowa o długich włosach!
Potem pojawiają się jednak i poważniejsze nuty: podobała mi się zwłaszcza pieśń z refrenem Where do I go23 oraz pieśń z refrenem: Why are the people so cold, specially those, who care for social justice24…?
Jak widzisz, młodzi Amerykanie zaczynają stawiać pytania dotyczące sensu życia. Dawno się tego nie słyszało!
Zastanawiam się, dlaczego nasi podróżujący rodacy nigdy nie opisali tego zjawiska! Hipisów odebrali wyłącznie jako zjawisko kostiumologiczne i dziwili się na pewno, skąd się biorą frajerzy, którzy ubierają się w szmaty, mając naokoło pełno amerykańskich ciuchów! Wydaje mi się, że zbuntowana młodzież amerykańska jest wylęgarnią naprawdę Nowych Myśli.
Drugą taką grupą, na którą możemy liczyć, są intelektualiści i profesorowie, ale to wiesz. W ogóle wydaje mi się, że między Polakami a Ameryką jest masę rzeczy niedogadanych. Jesteśmy na innych etapach. Polska tkwi jeszcze po uszy w rewolucjach XIX wieku. Dużo wody jeszcze upłynie w nieuregulowanej Wiśle, zanim zdobędziemy po jednej lodówce i po jednej „Trybunie Ludu” na głowę. Długo jeszcze nasze STS-y będą się piekliły w tej sprawie.
Amerykanie są już dawno po drugiej stronie płotu. Tak to sobie wyobrażam. My się wdrapujemy na płot, Niemcy na nim siedzą, a Amerykanie dawno już przeleźli. Żyją w świecie, gdzie „lodówka i gazetka dla każdego” nie jest żadnym problemem (może tylko rewolucja murzyńska ma w sobie coś z klimatu rewolucji na Wschodzie). Jednakże „Ameryka Białego Człowieka” ma etap walki o lodówkę za sobą. Siedzi na pieniądzach i drażni Alinę Janowską25. Ale jak długo można siedzieć na pieniądzach? Ameryce zaczyna się nudzić, zaczyna się rozglądać, zaczyna mieć kompleksy własnej jałowości kulturalnej.
I cóż robi Ameryka?
Najpierw były próby zapełnienia tej dziury kulturalnej – importem zamków ze Szkocji. Jak pamiętasz, jeden zamek przewieziono nawet wraz z upiorem. Nas to śmieszyło, a co mądrzejsi Amerykanie sami czuli jałowość wypełniania pustki cudzą kulturą.
Nie zdały też egzaminu kawiarnie oparte na wzorach XVIII-wiecznych salonów europejskich… Po prostu nie były potrzebne!
…Po wojnie zachód Europy się zamerykanizował i ci spośród Amerykanów, którzy upierali się przy imporcie kultury europejskiej, odwrócili się z obrzydzeniem od Paryża.
Co bardziej przedsiębiorczy zauważyli, że resztki „starej Europy” znajdą tylko na Wschodzie. Zaczęły się peregrynacje do Warszawy w poszukiwaniu trzech elementów zbawienia duchowego:
1) cierpienia
2) złych hoteli
3) kąpieli intelektualnej.
Zamiast upiorów zaczęto sprowadzać profesora Kotta26 (nie wiadomo, co gorsze!). Mało tego: wydają tu specjalny magazyn poświęcony teatrom Wschodniej Europy. Na pierwszej stronie znajdują się nazwiska osób, które Franio27 z oporami wpuściłby do SPATiF-u.
Ale co robić! Amerykanie mają dobrą wolę i chcą zbawić swój naród na wszelkie sposoby. Ale import nic nie daje! Zarówno Frykowski28, jak i Mozart prezentują się w pejzażu Teksasu sztucznie i jakby wstydliwie: niedopasowani.
Wydawałoby się, że Amerykanie nie znajdą na to rady i już do końca świata będą budzić obrzydzenie Ireny Dziedzic29 lodówką, cadillakiem wyposażonym wprawdzie w automatyczną skrzynię biegów, ale pozbawionym wyższych wartości.
„Ale otóż – nie!”.
Pojawili się hipisi, pojawili się artyści, pojawili się uczeni, którzy na razie powoli i dziecinnie, ale już produkują nowe myśli. Rozwiązują pytania, których Europa nie zaczęła jeszcze stawiać, a zacznie je stawiać za sto–dwieście lat (no bo przecież nawet Albania będzie kiedyś Ameryką. Tylko u nas zawsze kapral będzie miał klucz od sracza).
Jestem zachwycona, że w Ameryce pojawili się ludzie, którzy szukają odpowiedzi na pytania całkiem nowe!
Jest to na razie całkiem wąska grupa. Nie zaliczam do niej inteligencji żydowskiej tradycyjnego typu. Uważam tych ludzi (np. Davida30) za typowych inteligentów nastawionych na czułą kontrolę systemu zarządzania, a nie na twórczość. Jest to zrozumiałe! Jako mniejszość sprawdzają stale, „co jest dobre, a co złe dla Żydów”. Wyposażeni są w znakomity aparat intelektualny, ale (powtarzam!) nie używają go dla tworzenia nowych wartości, ale dla KONTROLI. Zobacz, że są dziennikarze, a nie ma poetów! Są to krytycy, ale nie muzycy; politycy, ale nie przywódcy! „Itp., itd.”!…
Należą więc mimo wszystko do Ameryki tradycyjnej, choć są jej sędziami. Stawiam więc wyłącznie na młodych i na „jajogłowych”. A entuzjazmuję się tym dlatego, że będzie to bądź co bądź pierwsza rewolucja w świecie robiona przez ludzi zamożnych i wykształconych. Jest w tym coś ogromnie sympatycznego, podczas kiedy rewolucje robione przez ludzi biednych miały w sobie zawsze coś dwuznacznego, nieprzyzwoitego i nachalnego.
Podoba mi się, że Ameryka zbawi sama siebie bez udziału upiorów i Jasia Kotta.
Jak wiadomo – tylko ty sam możesz zbawić siebie. Pan Jezus zrobił to za innych i popatrz, jak się wszyscy zdenerwowali. Kiedyś pewien hipis niósł taki transparent: God, come back, I forgive you31. Nie wiem, co on miał na myśli, mówiąc, że przebaczy Panu Bogu. Ja myślę, że przebaczał Panu Bogu naiwną próbę zbawienia innych osób.
…Ameryka szukała zbawienia w Europie i nie znalazła go. Ci jajogłowi i ci młodzi zrobią to, że Ameryka zbawi sama siebie! Strach pomyśleć, jaki kawał drogi mamy jeszcze przed sobą, zanim zagrożą nam te problemy! No, ale im już zagroziły i ani się Irena Dziedzic nie obejrzy, a Ameryka będzie już miała nową poezję, muzykę, teatr, a nawet tę największą tęsknotę wszystkich czasów – ideologię. Irena będzie wtedy dopiero w środku rozpaczliwej walki o opony do Syrenki.
Co do mnie, to mój entuzjazm do hipisów itp. „odbywa się” oczywiście w warstwie intelektualnej. Emocjonalnie należę do lokalu Melodia!
…À propos Lola32: miły to człowiek, ale straszliwie zakompleksiały. Wydaje mu się, że napisze coś między Lordem Jimem a Księgami narodu i pielgrzymstwa, ale na razie załatwia na piśmie porachunki typu, że Malinowski jest świnia, bo pożyczył ode mnie dwie dychy i nie oddał. Wydaje mi się, że musi to robić prowincjonalne wrażenie i że Lolo w gruncie rzeczy tęskni za Malinowskim.
Misiu kochany, z tymi Twoimi oczami! Pewnie mnie przeklniesz, że tak długo piszę, i wycofasz się z poprzednich komplementów, ale ja tylko dlatego tak się rozgadałam, że w Warszawie chcę Ci zrobić przyjemność i milczeć jak najęta! Całuję Cię i proszę, żebyś się nie przeziębiał i uważał na siebie. Idź na składankę do STS-u i napisz mi jakieś ploty, bo oni się obrazili i nie piszą.
Uściskaj Krysię, jeśli jest!!
Agnieszka
Rochester, 3 II 1968
Kochany Misiu!
Jak widzisz – dorobiłam się cudzoziemskiej maszyny. Teraz dopiero widać, ile niepotrzebnych zawijasów ma nasza mowa ojczysta.
I tak to jest ze wszystkim! (Wieszczami są sami Litwini – Mickiewicz, Miłosz…). Ale co najbardziej mnie fascynuje, to fakt, że to jest pierwsza w moim życiu maszyna z wykrzyknikami! Miałam już w życiu kolubryniaste maszyny biurowe i starego Remingtona po Hłasce33 i nawet przez chwilę coś eleganckiego. Ale w żadnej nie było wykrzyknika. Dlatego pewnie pisanina moja była pełna powściągliwości. Jaś Kott, zanim zajął się Szekspirem, napisał o mnie, że uprawiam „poetykę złamanego koloru”. Teraz złamany kolor diabli wezmą.
Nie wiem, czy te wykrzykniki pomogą mi wydobyć z siebie jakiś głębszy ton, czy tylko staropanieńską egzaltację!!!
…Jestem u mojego pianisty [Małeckiego] w Rochesterze, bo wybieram się z nim i z moją zakompleksioną Ami etc. nad Niagarę na weekend. To jest zaraz za wsią. Pamiętam, żeby się z pianistą nie żenić, a to, po pierwsze, dlatego, że mnie o to prosiłeś, po drugie, dlatego, że on się odżywia lodami, a po trzecie, nie kocham go. Byłam za to z nim na trzech baletach w tutejszej filharmonii i ku swemu zdumieniu obejrzałam dwanaście chudych panienek tańczących Chopina. W muzyce pobrzmiewały rozmaite znajome nuty. Myślałam sobie o tym, że te nuty dla nich nic nie znaczą, a dla mnie – masę.
Dla mnie takie różne obertasy znaczą m.in., że zabawa będzie, że gorąco, że piwo wiozą, że milicja pana młodego zabrała itp. Dla nich to są tylko kropki i kreski oznaczające rytm tańca.
Nie wiem, czy byłeś na balecie hinduskim w Warszawie. Podobno płynne ruchy rąk, które robią te panie, są skomplikowanym szyfrem religijnym. A my odbieramy to tylko w kategoriach estetyczno-gimnastycznych.
…Amerykanie odcięli się w ten sposób od wszystkich korzeni. Powtarzam się, ale męczy mnie to, że ta zbieranina ludzka zostawiła w domu swoich bogów i już tutaj ze strzępków rozmaitych kultur nie potrafi skleić sobie nowego Boga. Widziałeś ich kościoły. Wyglądają jak sklepy albo banki. Amerykanie w taki sposób płacą kościelne składki, jakby dawali tę forsę nie na księdza ani na remont, tylko samej Bozi w łapę. Myślę, że uważają Pana Boga za kogoś w rodzaju Głównego Księgowego, któremu też się coś należy od interesu.
…Wieczorami odrywam się czasem od Ameryki i próbuję klecić tę moją powieść, o której kiedyś Ci wspomniałam. Miało się nazywać „Faszyzm, czyli zabiłam ptaka” i miało być niby o tym, jak narastają odruchy faszystowskie w prywatnej osobie, ale coś mi to wychodzi zbyt lekkie, żeby strzelać w tytule z takiej armaty. O tym tytule powiedziałaby moja babcia34 „wyżej sra, niż dupę ma”.
…Mam tu piekielne szczęście. Dostałam np. wizę „powrotną” do Stanów. Wyjeżdżam więc na Święta jakby nigdy nic – za granicę. Jadę do rodziny do Kanady. Są to okropnie bogaci lekarze, którzy trzęsą szpitalami psychiatrycznymi w Montrealu. Podarowali mi, kiedy jechałam w tę stronę, psa, charta angielskiego w białe kropy, najelegantszego z psów renesansu. Co ja z nim zrobię w SPATiF-ie???
…Mąż mojej Ami, ognisty Hiszpan z Peru, robi do mnie oczy, ale tylko w tańcu.
Uściskaj Elę i cały stolik, także Twoją wnuczkę, Irenę Dziedzic.
Gdzie jedziecie na Święta?
…Już nie będę pisać co drugi dzień. Tak mnie jakoś wzięło.
Tęskno mi za Tobą!!!
A.
Waszyngton, 15 V 1968
Kochany Misiu!
Wzruszyłam się ogromnie, że tak się rozpisałeś – nie minęło pół roku, a dostałam od Ciebie już trzecią kartkę. Dziękuję!!!
…Złoty mój! Cieszę się bardzo, że Krysia już powróciła. Jakoś bez niej pejzaż warszawski był dziurawy, a przede wszystkim – Tobie jakby coś dolegało. Teraz będzie lepiej! Ja sama niedawno rozmyślałam wiele o życiu tkaczek i tkaczy. Otóż, jak wiesz, spędziłam tydzień w Nowym Meksyku w towarzystwie różnych pań oraz Indian z plemienia Nawaho.
Przez wiele wieków ludzie ci żyli sobie spokojnie nad wyschniętą rzeczką u stóp Gór Skalistych. Jednakże towarzysze hiszpańscy zaczęli ich nękać od południa, a towarzysze amerykańscy – od północy. Po ostatnim buncie w roku 1911 poczciwi nawahowcy zauważyli, że mało kto pozostał przy życiu, a ci, co zostali, to strasznie mizerni. Wobec tego znudzeni okupacjami Indianie zajęli się pożytecznymi zajęciami, jak to:
1) malowanie duchów na piasku (w kolorach),
2) szydełkowanie i nawlekanie koralików,
3) tkactwo.
Robią przepiękne dywany, chodniki, kobierce i wszystko to osobiście. Przyglądałam się, zachwycałam i myślałam o Indianach Nawaho, o Krysi i o całym naszym stoliku.
…Janusz! Napisz do mnie jeszcze raz. Już teraz posiedzę chyba w Nowym Jorku do samego odjazdu. Była taka idea (Warmińskiego35 itp.), żebym została tu do września i poczekała na przyjazd Jabłoni36, aby z nimi ruszyć w turnée, pomóc przy publicity etc. Bardzo już tęsknię za Warszawą, ale przez chwilę byłam gotowa nawet czekać do tego września, zapisać się np. na jakieś Summer session37 na cudny uniwersytet: wzbogacać się nadal (wewnętrznie) wśród luksusowej przyrody.
Zaczęłam jednak dostawać rozpaczliwe listy od Matki. Że się źle czuje, że nerwy jej nawalają, że się boi, że mnie Murzyni spalą, a warszawiacy zapomną itp. Słowem, wrócę chyba na czas, bo widzę, że staruszka mi po prostu każe wracać. Byłabym Ci wdzięczna, gdybyś do niej zadzwonił i spytał o zdrowie.
Ściskam Ciebie gorąco, czekam na parę słów,
pozdrów Krysię,
Agnieszka
PS Czy widziałeś Listy śpiewające38? Dostałam w życzliwym liście bardzo marne recenzje! Czy naprawdę takie do luftu? Ja się nadymałam! Czy czytasz „Przekrój”? Ja wysłałam dziewięć odcinków korespondencji!!39
Lizbona, 23 I 1969
Misiu śliczny!
Nie masz racji, że się odwróciłeś od baru „Batorego”. Ta wycieczka była jednak pyszna! Parę dni temu kąpałam się jeszcze na bombastycznej plaży Hotelu Savoy na Maderze i wąchałam hortensje na wysokości 1800 metrów nad poziomem tej tutejszej niebieskiej wody…
Lizbona za to jest najsłodszym miejscem na świecie (oczywiście po San Francisco i Warszawie). A w ogóle to Hiszpanie, Anglicy, woły, dorożki, kolejki linowe, szampanskoje, gaje bananowe, fotografie pamiątkowe i niejaki Paweł (marynarz). A przede wszystkim – nie mam tego niepokoju i jakiegoś złego humoru i pośpiechu, i bałaganu wewnętrznego, który mnie zjada w Warszawie.
Wracam 31 I i zaraz zadzwonię.
Ściskam Cię i proszę, pozdrów Krysię i stolik ze szczególnym uwzględnieniem Kazia Korcellego40,
Agnieszka
Krzyże, 12 VII 1969
Misiu złoty!
Siedzę już prawie tydzień na Mazurach, ale nic mi od tego nielepiej. Motorówka działa co drugi dzień, chude poziomki chowają się przede mną w mchach i porostach, a lasy tutejsze tylko mnie dokatarzają.
Czuję się jak jaszczurka: umierają mi kolejni znajomi i przyjaciele, a to jest tak samo, jakby ktoś mi odrywał cząstki mnie samej. Podobno jaszczurce odrasta ogon, więc i człowiekowi jakoś odrastają i zaklejają się te miejsca po ludziach. U mnie to zresztą długo się wlecze, bo cała składam się z różnych ludzi. Siedzą we mnie melodie Komedy, dowcipy Bobka41, Markowe miny – i długo będą siedziały. Może to kwestia wieku. W dzieciństwie było mi łatwiej odkręcić sobie nogę i przykręcić sobie drugą. A teraz jestem jak taka starawa jaszczurka. Coraz więcej mnie kosztują te amputacje, a to, co po nich odrasta, to jest po prostu byle co. W końcu ci się robi wszystko jedno, z kim siedzisz w SPATiF-ie. A potem przychodzi pewnie jakiś zębaty potwór i gryzie człowieka w samo serce – i już po jaszczurce (bo to tylko ogon odrasta!).
Można się niby zamknąć w ciemnej piwnicy własnych myśli i wyobrażeń, ale trzeba najpierw mieć tę piwnicę. A to, czym ja dysponuję, to jest raczej piwniczka: niedawno jedna pani w telewizji powiedziała mi, że może pokazać moje wiersze w jakimś tam programie, ale do tego trzeba „specjalnej okazji, np. Święta Kobiet”. Śmiać się chce, bo skąd ona wie, że ja jestem kobietą, skoro barman na „Batorym”, widząc mnie w towarzystwie barczystego oficera, spytał: „Jak pan inżynier się czuje po wczorajszym?”. (Rozumiesz? Jego się pytał, jak się czuje, a nie mnie – wiotkiej istoty).
Wódki tutaj nikt nie ma i nie pije, nawet mój leśniczy42, ptak przelotny, a bardzo by mi się dzisiaj przydała. Katar mam taki, że aż mnie w gorączkę wpędził. Łazi mi po głowie książka o moim pokoleniu pt. „Pancerne motyle” (że niby tacy wrażliwi, a w gruncie rzeczy chamy kompletne, rozgrzeszone przez okupację z wszelkiej odpowiedzialności). Ale pióra do ręki nie wezmę, póki nie przestaną mi przychodzić do głowy takie tytuły o warzywach i zwierzętach. Zresztą już Ci o tym mówiłam w kuchni.
Wracam do Warszawy 15 VII, a wróciłabym dziś, gdyby nie to, że czekam na mego brata43 przebranego za Żyda. W ogóle wszyscy są tu za coś przebrani. Rakowski44 za chochoła polnego, Olga Lipińska45 za Matkę Boską, a leśniczy za leśniczego (bo na co dzień przeniósł się do Warszawy i ożenił z dentystką). To ostatnie można mu wybaczyć, bo ta pani postawiła mu zęby na nogi.
Ja jestem przebrana za żeglarza, ale widać to po mnie tylko przy rewizji osobistej, bo noszę przy sobie kartę pływacką, a nad jeziorem rzadko się pokazuję.
W ogóle Mazury mi szkodzą i bardzo bym chciała, żebyś mnie zabrał ze sobą do Sopotu. Sprawdź w ZAiKS-ie; może się coś zwolniło. Będę w Warszawie 14, 15, 16 lipca (co najmniej) i 21, 22, 23 (mam to takie uporządkowane, bo najpierw wożę Mamę46 z urlopu i bawię się u Francuzów, a potem mam Amerykankę na głowie). Dwudziestego drugiego o godzinie szesnastej idę z nią do Teatru na Wyspie. To mnie trzyma!
Całuję Cię,
Agnieszka
Pozdrów K. Korcellego!
A.
Wdzydze, 21 VII 1969 (koło Kościerzyny)
Drogi Misiu!
Przyjechałam na parę dni do ośrodka Politechniki koło Kościerzyny (!). Ty byś tu oszalał, bo to jest normalny turnuso-wczaso-kurs. Siedzę z rodziną w domku kempingowym, który otrzymałam w nagrodę za piosenkę na teleturniej w Kościerzynie, i myślę o biednym panu Twardowskim, którego dziś w nocy tak obrazili na Księżycu. Powiadam, że go obrazili, no bo jakoś głupio wyszło: przyjechali w nocy, poskakali, powygłupiali się i pojechali. Od tej całonocnej transmisji jestem jeszcze senna i skołowana, a ponieważ nigdy nie byłam w Ośrodku Politechniki w Kościerzynie, to wciąż mam wrażenie, że jestem tu właśnie w związku z tym Księżycem, że też gdzieś razem z tym domkiem płynę, bo to jest przecież podobne do sleepingu. A naokoło jakieś place budowy, niewykończony ośrodek, szkło, kaloryfery, jakieś flagi i wądoły, łyse brzegi Jeziora Wdzydze – słowem Księżyc.
Jeden pan z Rady Narodowej woził nas po tutejszym jeziorze i pokazał wyspę, na której mieszka samotny chłop. Niby nie samotny, bo z rodziną, ale o to idzie, że sam na wyspie. Dzieci łódką do szkoły pływają, krowy piechotą pływają do weterynarza, a do najbliższej knajpy – piętnaście kilometrów. Też mi się to jakoś śmiesznie na tę księżycową aferę nakłada.
…Poza tym dusza mnie boli, sowietskoje szampanskoje piję i wracam do Ciebie.
24 VII
Ciągle jeszcze myślę o paru dniach w Sopocie w sierpniu i już coś napięłam. Załatw tylko obiady w ZAiKS-ie! Pa!
Agnieszka
Sopot, 21 VIII 1969
Ulubiony Misiu!
Od dwóch dni jestem w Sopocie. Pogoda jest piękna, ale to już nie to wysokie lipcowe lato. Tutejsze wille zbrzydły jeszcze bardziej od zeszłego roku, pewnie z biedy, z wiatru i z tęsknoty za Heimatem47. Po ulicach snują się tłumy ludzi, którzy wszyscy woleliby być gdzie indziej. A ja chciałam być właśnie tutaj: myślałam, że się lepiej poczuję, ale nic z tego. W nocy bolał mnie brzuch i stale słyszałam jakieś głosy pod oknem, i bałam się, że to już idą mnie zastrzelić. Wiesz, ciągle myślę o tym, co się działo w willi Romka [Polańskiego] od momentu, kiedy biesiadnicy usłyszeli, że Besoś48 łazi po ogrodzie, do chwili, kiedy zobaczyli śmierć. Myślę o tej okropnej łomotaninie serca, zanim Toto się stanie. I o Fryku, który, można powiedzieć, zginął na posterunku49, pijąc, paląc i grając w karty. Na pewno marzył o śmierci amerykańskiego gangstera, całe życie śpiewał mi przebój o Chicago. Szkoda, że dopadło go tak wcześnie, ale na pewno jest zadowolony. W każdym razie nie widzę go w bezkrwawych bojach pod Hradec Kralove.
…Myślę o dzisiejszej rocznicy naszej napaści na Czechy i o tym, że ludzie mówią o tym z taką obojętnością50. Czasem wcale się im nie dziwię. Przecież to nie jest Ich wojna. Dobrzy Niemcy wstydzili się za rodaków, którzy zrobili Monachium, Amerykanie wstydzą się za Wietnam, ale my nie wstydzimy się za Hradec Kralove, bo tamci czują się współodpowiedzialni, a my – nie. Wojna wietnamska spowodowała notabene bardzo sympatyczną odmianę w młodzieży amerykańskiej: walka o pokój, samokrytycyzm wobec Ameryki, krytycyzm wobec rządu, twórczy (ogromnie!) ferment moralny – wszystko to są wspaniałe skutki okropnej wojny. Ale to dlatego, że ta okropna wojna jest ich własnym wymysłem. A my musimy podpisywać się pod cudzym gównem w Hradec Kralove i gdzie indziej. Ta wojna jest fikcją, a więc i jej konsekwencje są nieprawdziwe: nieprawdziwe skrępowanie Ireny51 w rozmowie ze Słowakami, nieprawdziwe kace poetów, tak jak i nieprawdziwe „poparcie całego narodu” – z gazet.
Wszystko to wynika z fikcyjnego bytu narodowego w ogóle. Od dawna wszystko dookoła wydaje mi się naśladownictwem życia i maskaradą. A maskarady zawsze wydawały mi się smutniejsze od życia. Tutaj w Sopocie też wszyscy coś udają. Jakieś panie na plaży rozdają autografy, bo są nibygwiazdami, a jakieś inne panie przebrane za nastolatki biorą te autografy, bo są nibywielbicielkami, a wszystkie te panie wiedzą, że to nieprawda i że wolałyby być gdzie indziej i robić co innego. Mój kuzynek w Warszawie przebrany za Żyda tańczy majufesa52, a jego żydowska żona53 przebrana za Marię Konopnicką cytuje polskich romantyków na peronie Dworca Gdańskiego54. I same komentarze, żadnego faktu!
Czasem jestem zadowolona, że mnie coś boli, bo widzę, że dzieje się coś autentycznego. Pochwalam ludzi, którzy decydują się rodzić dzieci i rwać zęby.
Tylko ten strach przed nocą dręczy mnie okropnie. Maciek też krzyczał przez sen. A znowu, kiedy jestem z ludźmi, to mam wrażenie, jakbym tkwiła w jakiejś dziwacznej pozycji, np. zawieszona jedną nogą na huśtawce, i dręczę się, bo wydaje mi się, że wszyscy mnie widzą.
Pa, pa! Bądź zdrów i pisz do mnie, i pij ze mną,
Agnieszka
PS Reżyser o duszy dziecka pożyczył mi rower!
Sopot, 24 VIII 1969
Kochany Misiu!
Wczoraj poszłam na występy bigbeatowego zespołu ABC. Koncert odbywał się w namiocie. Po pierwszej części byłam kompletnie ogłuszona, ale podobało mi się, bo muzycy robili różne skomplikowane figle, a dziewczyna55 śpiewała wszystkie słowa tak, że można je było zrozumieć. Oczy tylko bolały od psychodelicznych świateł, którymi mrugał pijany elektryk.
Na trawniku przed namiotem spotkałam Kalinę56, która powiedziała, że nie może przyjść do siebie po tragedii w Kalifornii, że Staś57 kazał przetłumaczyć dla niej trzydzieści stron wycinków z prasy amerykańskiej, że Polański nie zabrał zwłok Frykowskiego z kostnicy, bo był na niego wściekły za niedopilnowanie domu i żony, że Amerykanie spalili te zwłoki, bo nikt ich nie chciał zabrać, i rozdmuchali na cztery strony świata i że jej (Kalinie) jeszcze się teraz płakać chce, kiedy o tym pomyśli. Powiedziała też, że mnie na pewno ciężko o tym rozmawiać, ale żeby do niej zadzwonić w Warszawie, to sobie pogadamy. I że to straszne, że tylu ludzi umarło, ale to podobno dlatego, że Komedowa58 jest czarownicą, bo ich przeklęła. I że ona (Kalina) jest w ogóle bardzo zdenerwowana, bo mało jej psa (pekińczyka) nie rozdeptali łowcy autografów!
Rozmyślałam potem, że Kalina nietaktownie przemawiała do mnie jako do wdowy, ale że odbiera świat z okrucieństwem i czułością, a to mi się podoba (bo STS taki lodowaty!).
A.
Warszawa, 9 IX 1969
Kochany Misiu!
Od kilku dni mamy piękną polską jesień. Starszym ludziom kojarzy się to z wojną, a mnie z pierwszymi dniami roku szkolnego. Pamiętam, że biegałam do budy w podskokach i że zostało mi to jeszcze na pierwszym roku studiów. Potem mnie wywalili z ZMP za trockizm (!) i za sfałszowanie podpisu jakiegoś bałwana w indeksie i odechciało mi się podskakiwania59. À propos, to widziałam się dzisiaj z moją nerwową dziewczyną, czyli z Andrzejem Wajdą (że też on nie ma jakiejś nazwy! Stale trzeba go pisać z imienia i nazwiska!). On mówi, że 4 grudnia będzie wojna między Rosją a Chińczykami. Jeśli to prawda, to mielibyśmy piękny prezent dla polskich górników na Barbórkę!
Strasznie mnie zmęczyła ta randka, bo mam obrzydliwy zwyczaj podlizywania się swoim adoratorom. Strzygę uchem, zabawiam i zgaduję życzenia. Ohyda! A w gruncie rzeczy żaden mi się nie podoba, nawet Twój ulubiony podlot – Jeremi.
Dostałam dzisiaj list od mojej zwariowanej wielbicielki, asesorki sądowej60 z Cieszyna. Przeniosła się do Wodzisławia, dokąd dojeżdża z Ustronia (63 km). Pisze, że wizyta u mnie w domu to jej najczarowniejsze wspomnienie.
Widzisz!!
Ag
Warszawa, 28 IX 1969
Misiu!
Cały jesteś w welwetach
I w brązach i w prążkach
I znasz się na kobietach
A nie znasz – na książkach.
Tak sobie pomyślałam, że niby nie znasz się na książkach, bo Ci się moja nie podobała. Ale Ty się znasz na książkach, niestety!…
A u mnie jesień, jesień prawdziwa; ogródek mizernieje w oczach, korepetytorowi okulary mgłą zachodzą, gołębie chorują na katar itd. (nb. nasz sąsiad ma gołębia, którego nazwał Hitler). A w dodatku dostałam list od Janki61 z Krakowa, że numer 1277 „Przekroju” jest ostatnim z podpisem Mariana62 i że w ogóle…
Mówię Ci, kiedy go ostatni raz widziałam („go” tzn. Mariana), to była chodząca kupa strachu, po prostu galareta. Oczy człowieka ściganego przez gestapo, a do tego te wielkie, chore piegi.
Korepetytor mówi po angielsku, że tacy ludzie robią na Zachodzie atmosferę wyższej makabry koło naszego przylądka (głupiej nadziei – przypisek ja). Głowa mi pęka z kaca i z jesieni.
Twoja zajesieniona nieodżałowana korespondentka ludowa
A.O.
Pociąg Przemyśl–Odessa, 11 X 1969
Na razie przypomina to bardziej balladę wojenną niż turystyczną krzątaninę. Konduktor całą noc wrzuca węgle do piecyka (tzw. kozy) i szczypie w pierś stare kobiety. Albo śpiewa i w słoiku po konfiturze parzy szarą słodką herbatę. Okolica pachnie perfumą i żołnierskim potem. Za oknami przypalone krzaki.
…Oprócz rosyjskiego konduktora nie ma tu nikogo z towarzystwa. Same handlary i bezkształtni mężczyźni w podkoszulkach. Kobiety przepakowując rzeczy, mówią do siebie („O, to moja ulubiona piżamka. A gdzie kryształ? Mój Boże… Ślepemu nic po oczach!”). Przez „kołchoźnik” nadają amerykańskie przeboje z 1949 roku. Да здраствуют советские железнодoроженики63… głosi pożółcony upałem napis na bielonej na niebiesko stacyjce.
Dojeżdżamy do Odessy. Nie mam wódki!
A.
Popołudnie
No i już Odessa. Widzę cerkiew podobną do gigantycznej kalarepy i schody, które były swego czasu filmowym szlagierem64. Jedna budowla (żółta) nadaje od czasu do czasu hejnał: arię z operetki Dunajewskiego65.
A zatem – głowa do góry! Przyszłość przed nami!
Ag.
Warszawa, 7 II 1970
Drogi Misiu,
Twoje rysy istotnie zatarły mi się trochę w pamięci. Ale pamiętaj, że ja patrzę na Ciebie bądź z lotu ptaka, bądź z lotu żaby, a Ty wciąż drepczesz, jako rasowy niedźwiedź, między zimowym legowiskiem a Starą Pieczarą Alkoholu, Trucizny i Fantazji.
U mnie nic nowego. Jak Ci już mówiłam – na naszej ulicy trwa wielka starocerkiewna zima. Naprzeciwko mieszka niemowa, trochę szyje. Cały dzień biega po ulicy i bełkoce. Dzisiaj strasznie zbili ją miotłą i wyrzucili z mieszkania na ziąb i śnieg. A to dlatego, że niemowa nie chciała jednej sąsiadce uszyć woalki na żałobę. Tej sąsiadce syn umarł na paraliż. Cała ulica błagała niemowę, żeby uszyła tę woalkę, ale ona nie chciała, bo ta sąsiadka odebrała jej dopiero co żelazko, które sama dała niemowie przed ośmiu laty. Więc ją wyrzucili (tę niemowę). Słychać bełkot i lament na całej uliczce. Moja kuchnia płacze razem z tamtą, bo ją lubi, jak zwierzę.
…Poza tym na mojej ulicy Niemcy i Persowie wydają wciąż wystawne hulanki, na które przyjeżdżają ambasadorowie i pindy automobilami tonącymi w błocie, śniegu i wodzie – jak amfibie.
W moim pokoju – różnie. Czasem budzę się „cała w postronkach” i nie mogę jeść śniadania. Chowam wtedy chleb przed rodziną do szuflady biurka. A mam jedną taką puściejszą szufladę, gdzie są listy i opowiadania Marka. Ten chleb tam leży i leży, a kiedy otwieram, bo jest okazja wyrzucić, to tam śmierdzi trupem jak z lisiej nory. Ale w innych szufladach mam całkiem wesołe chałtury – ten Nestroy66 np. nieźle wyszedł, choć głupkowaty strasznie. Ale komu teraz trzeba czego mądrego. Warszawa bawi się, naokoło bale i rauty – nowa gala ostatnich dni Pompei. Kobiety – normalne, w czarnych garniturach, ale mężczyźni – …co człowiek to kreacja. Fioletowe szarfy, skórzane bikini, tylko paść oczy i zmysły.
…Ale i ze zmysłami u mnie marnie. Niestety Andrzej i Maciej nadają się do noszenia tylko w komplecie. Zepsucie plus inteligencja Andrzeja plus brak zepsucia i mizerna inteligencja Maćka… To jest komplet. Jedno bez drugiego trochę męczy. Ale nie umiałam jakoś wytrwać przy komplecie. A i panów to dręczy i jeden po drugim dają drapaka.
Rozglądam się za ideałem, ale to o tej porze roku prawie niemożliwe. Powinnam niby w takim razie przychodzić do świetlicy, ale jakoś ostatnio mi nie wychodzą kontakty z ludźmi. Ja coś gadam. Oni coś gadają, ale nie mam z tego tej rozkoszy co dawniej. Nie zachodzi żadna reakcja. Czasem nawet wychodzę z jakiegoś spędu śmiertelnie zmęczona. A Ty???
A.O.
PS Byłam w knajpie w Grand Hotelu z moim kolegą, gołębiarzem ze Śląska, i spiliśmy się z bardzo miłym latającym Holendrem i bardzo ładną panią kurwą.
Bardzo mi się tam podobało!
A.
Warszawa, 14 II 1970
Kochany Misiu!
Na mojej ulicy paskudzą się jeszcze resztki zimy, ale to nie są już te wielkie starocerkiewne śniegi z wilkami w tle, tylko normalna chlapanina i niewygoda. Wczoraj była u mnie Joanna67 (nie znasz jej, jest fantastyczna) i piłyśmy śliwowicę i piwko. I dzisiaj mam w głowie taki bałagan, jakby się tam wdarła pijana małpa i wszystko poprzewracała.
Nie mogę się do niczego zabrać. Piszę takie farsidło pt. Zabiła mnie parasolem, w którym chciałabym podskoczyć do Witkacego, ale nie przeskoczyłam, zdaje się, nawet pana Jachowicza68. Chciałabym też, żeby to miało tzw. wymiar metafizyczny, ale takie zapędy kończą się u mnie zazwyczaj w ten sposób, że pod koniec piosenki ktoś się pomodli albo pobłaźni. Aha, czy nie masz książki pt. Opis obyczajów w Polsce za panowania Augusta II?
A może któraś z Twoich panienek ma?? Ja rozumiem, że tego w SPATiF-ie nie dają, ale koszmarnie boję się chodzić do biblioteki. Zawsze, kiedy patrzę na takich, co czytają w bibliotece, pod takimi żółtymi lampami w kojcach, to mi się robi jakoś żałośliwie czy żałośnie, czy po prostu żal mi się robi, że tacy są biedni i nie mają co ze sobą zrobić, że muszą aż w bibliotece siedzieć. A kiedy sama posiadywałam w Jagiellonce, kiedy kleciłam Jabłonie, to też mi wstyd było, że może ktoś stoi w drzwiach i nade mną się lituje, że taka jestem biedna.
A palta tych są zawsze mokre i pachną jesienią, z której przyszli do tych książek. W książkach w ogóle jest coś smutnego, a prawdziwie duże sale z półkami zawsze mi pachną trupem. W Palermo na Sycylii widziałam takie katakumby, gdzie na półkach stoją zasuszeni ludzie podzieleni na typy: …a to „lekarze”, a to „nauczyciele”, a to „gruby z chudym” itd. To też taka jakby czytelnia! Nawet w tych podziałach na grupy i grupki jest pewien dowcip. Gdyby nas tamtejsi grabarze chowali, to położyliby nas z Korcellim i z Ważykiem69 – tak jak siedzimy przy stoliku.
…Zapomniałam Ci powiedzieć, że dostałam zaproszenie do Stołecznej Komisji Pojednawczej. Korci mnie, żeby przyjąć, bo u nas jest bardzo ciekawa dzielnica. Pamiętam z dzieciństwa, że na wywiadówkę przychodzili i hrabiowie, i kokoty, i klasa robotnicza, i zupełnie dzicy, i moja mama.
Ale z drugiej strony nie wiem, czy ja się nadaję do jakiegokolwiek sądu: mam taki idiotyczny charakter, że zawsze przyznaję rację obu stronom jednocześnie. Najgorszemu draniowi wynajdę jakieś trudne dzieciństwo albo przewlekłe przebywanie w Indiach, co go w końcu usprawiedliwi (albo przynajmniej wytłumaczy). To podobno są cechy Wagi (Libra).
A po wódeczce to znowu lubię utożsamiać się z rozmówcą. Co mi tamten powie, to ja na to: No jasne! Ja też tak miałam. Kropka w kropkę to samo!
Kiedyś zaprzyjaźniłam się z pewnym kapitanem słodkowodnym i bankietowaliśmy na stateczku, który wozi ptibery (Petits Beurres!) po Mazurach. O czwartej rano doszłam do wniosku, że życie miałam takie samo jak kapitan, że w szkole źle mnie traktowali, po wojsku nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, żona mnie nie rozumie, a do marynarki wód słonych nie mogę się dostać, bo coś tam.
…Czy idziesz dzisiaj do Ariadny70? Bardzo bym chciała, żebyś przyszedł, bo ona wydziela z siebie (nie wiadomo czemu) atmosferę radości. Ja ostatnio nie wydzielam żadnej atmosfery. Tylko szczerzę zęby na wszystko. Chętnie zaczęłabym pisywać piosenki do audycji pt. „Programy z wilkiem z tytule”!
Pa!
Agnieszka
15 II
Ha ha ha! Już mi gwizdnęli ten brązowy długopis i w ogóle coraz gorzej jest.
Wstałam rano i przez okrutną zawieję pojechałam na ślub koleżanki. Ale spóźniłam się piętnaście minut i już było po wszystkim. Co za pech! Dlaczego nie udało mi się spóźnić na któryś z własnych ślubów? Przynajmniej na ten ostatni?! Może nie urósłby mi taki szpiczasty nos i taki paskudny charakter!
Wracałam przez zadymioną od zawiei śnieżnej Warszawę i zastanawiałam się, dlaczego żadna pogoda nie ima się tego miasta. Widziałam Moskwę w śniegu i wyglądało to jak marcepanowa bajka, i to było w porządku!! Widziałam Paryż wiosną, a to wyglądało znów jak taka zielona, umajona pannica (starawa nieco) – też było w porządku! A nasz Nowy Świat na wszystko sobie wzrusza ramionami. Warszawa jest okropnie ironiczna – począwszy od Conchity Bautisty71, a skończywszy na śniegu. Nic jej nie zmienia charakteru, którego zresztą nie ma. Ja w ogóle nie lubię nowych miast, mam uczucie, że wszystko w Warszawie jest sztuczne i nowe (łącznie ze mną), ale kiedy zaczynam o niej myśleć, to zawsze mi na końcu wyjdzie jakiś patos! W każdym razie Warszawa nie jest do niczego podobna, a taki Paryż np. amerykanizuje się na siłę i jest jak polska panienka: tzn. chciałoby się i kolację zjeść, i cnotę ocalić (tzn. zamerykanizować się i paryskość ocalić).
A chałę! Byłam kiedyś we Francji z moją kuzynką, starszą damą, która pamięta strychy impresjonistów, to płakała! Rozpaczała nad różnymi samoobsługowymi barami, niklowanymi krzesełkami i nakręcaną Matką Boską z Lourdes, która osobiście gra jakieś piosenki. A tego, co jest fajne w Ameryce – wygody, rozmachu i perspektyw – to Paryż i tak nie ma.
Aha! Jeszcze o tych ślubach: polazłam tam (pusto było) do sali pt. Sala toastów. Brrr – coś pośredniego między stołówką a pałacem. Nawet ładnie i elegancko, ale smutno. Bo próbujemy stworzyć styl i klimat w czymś, co już z natury swojej stylu nie ma. Ja mam np. w domu takie meble w stylu górali krakowskich – ohyda!
Ja nawet podziwiam nasze władze, że od lat próbują coś zrobić z tymi państwowymi ślubami i że chcą, żeby to obrosło jakąś tradycją i obyczajowością. Ale żadną obyczajowością nie obrośnie ci coś, czego nie zrodziła bojaźń Boża (albo szatańska). He he he. Oto mamy i wątek metafizyczny.
A w radiu jakiś bałwan mówi: „Najbardziej podobało mi się monumentalne dzieło Niemena – Pamięci Bema rapsod żałobny” (!!!!!). Matko Święta! Co się wyprawia z tymi słowami! Mnie się najbardziej podobał zabawny przebój Szekspira Hamlet.
Pa! Pa!
Agnieszka
PS Aha! Mówiłeś o tym, że chcesz drukować kawałki „Listów”. Tak, tak, ale poprzerabiaj wszystkich Ślązaków na Kaszubów, a knajpy na Bristol. Bo inaczej można w ucho dostać albo przykrość zrobić. Tylko o spatifowcach możesz pisać po nazwisku, bo to takie cyniczne towarzystwo, że im wszystko jedno. Pa!
A.
5 III 1970
Drogi Misiu!
Jeszcze wczoraj moja ulica wyglądała jak Spitsbergen, ale dzisiaj zaczęła się odwilż i cały śnieg zachlapało na czarno. Mieszkam u podnóża hałdy. Zresztą lubię Śląsk. Tylko skoki ciśnienia mnie dręczą i czuję, że nie jestem już taka lekka, łatwa i przyjemna jak dawniej.
Wczoraj byłam nawet całkiem zdesperowana, ale rozerwałam się w SPATiF-ie. Czy zauważyłeś, jakie Osęka72 wczoraj miał niebieskie oczy? Jeżeli oczy są zwierciadłem duszy, to dusza Osęki jest chabrem.
Dzisiaj od rana ssie mnie w dołku przed wieczorną premierą w STS-ie. Jak zwykle – sami nie wiemy, co zrobiliśmy. Moje teksty (pt. Cyrk po dziesięciu latach) wydają mi się straszliwie nudne. W dodatku wyrzuciło mi mój ulubiony passus:
…Dziś warto żyć ze starszym panem,
by opowiedział ze dwa słowa…
Świat wtedy pachniał jak poranek,
To było jeszcze za Chruszczowa…
Najpierw zmieniłam to tak:
Dziś warto żyć ze starszym panem,
Choć mu po brodzie spływa ślina.
…Świat wtedy pachniał jak poranek –
To było jeszcze za Stalina…
…Potem zmieniłam tak:
Dziś warto żyć ze starszym panem,
chociaż mi cnoty nie odbiera,
Świat wtedy pachniał jak poranek,
to było jeszcze za Hitlera!…
A na scenie będzie tak:
Dziś warto żyć ze starszym panem,
by opowiedział ze dwa słowa –
Świat wtedy pachniał jak poranek
i jak bluzeczka twa zamszowa…
…No nie wiem, nie wiem, jak to wypadnie. Na wczorajszej próbie nasza gwiazda już na początku swego wielkiego entreé rozstała się z orkiestrą, aby już więcej się z nią nie spotkać, a tiulowa kurtynka okazała się nieco podkasana i widać na dole nogi klezmerów aż do kostek w pomarańczowych skarpetach.
Przyjdź! Pa!
Agnieszka
Warszawa, 12 III 1970
Kochany Misiu,
co za upadek!
Znów wysłałam do Ciebie list z lekko przekręconym adresem i odesłali mi go z jakąś obelżywą dla Ciebie dedykacją.
Strasznie dawno Ciebie nie widziałam. Ostatni raz porzuciłeś mnie na Nowym Świecie i odszedłeś w zamieć. A ja zostałam w objęciach literatki, która opowiedziała mi potwornie długą historię z życia łysych kobiet w Bostonie (New England).
Potem (zdaje się) to ja Ci nawaliłam, bo nie chodzę do kina. Ale dla mnie kino o piątej to nie jest życie. Za to moje obecne życie – to kino.
…W przerwach między gagami zastanawiam się, dlaczego mi nie idzie z pisaniem. Lepiej gadam, niż piszę, nawet mi to niedawno ktoś paskudnie wygarnął. Gadanie mam kąśliwe i prawdziwe, a kiedy siadam do pisania, to mi się zaraz cała historyjka ubiera w piosenkowe szmatki. Może brakuje mi ekshibicjonizmu, bo gadam po pijanemu, a piszę po trzeźwemu. Trzeba będzie zacząć pisać po pijanemu, ale nie wierzę w to.
…Wczoraj byłam swoim zwyczajem na pogrzebie. Umarł mój znajomy adwokat, którego bardzo ceniłam i lubiłam, i trochę się bałam, jak to adwokata. Kościół był pełny po brzegi, a publiczność przypominała „zupę śmietnik”. Pływała w niej klientela spod ciemnej gwiazdy i wytworne panie nie z towarzystwa i zaniedbane panie z towarzystwa, i literaci, i automobiliści, i wszyscy, którzy od niego coś chcieli albo on coś od nich chciał, albo ci, którzy z nim pili, spali i bawili się. I przez cały czas myślałam o potwornie smutnej mszy za Marka Hłaskę, która robiła takie wrażenie, jakby Marek dwa razy umarł, bo w kościele było zaledwie kilka osób. Irena mówi, że to dlatego, że Marek umarł na obczyźnie, a adwokat między swoimi (okropnie mi ta obczyzna zabrzmiała, bo zawsze mi się zdawało i zdaje, że obczyzna jest dla mnie tylko na Księżycu).
Ja myślę, że to dlatego, że Marek nie umiał sobie ułożyć stosunków z ludźmi, a raczej że jego stosunki z ludźmi były sztuczne. Pewnie nikogo naprawdę nie kochał i pewnie jego nikt naprawdę nie kochał. Pamiętam ten upalny dzień i kościół (ten sam, w którym kiedyś sobie marzyłam brać ślub) i to garbate zgromadzenie: jakaś dziewczyna w moim wieku, dwaj teologowie – Słonimski i Andrzejewski – rodzina i zapłakana etatowa dewotka. Pamiętasz pewnie, że Marek nie uznawał różnicy między życiem a fantazją. Jeśli wymyślił sobie postać kowboja, Dostojewskiego czy beatnika, to ją natychmiast realizował. Potrafił nawet przemalować włosy i w ciągu kilku dni zmienić cały komplet znajomych, słownictwo i tak zwane plany życiowe. Zawsze wiedziałam, że to tak jest, kiedy mi się oświadczył, to bardzo byłam dumna, ale jednocześnie nie dałabym głowy, czy nazajutrz będzie Mareczek, jak Bóg przykazał, leżeć w łóżku obok narzeczonej, czy będzie płynął do Mozambiku na połów krokodyli. On chyba zresztą nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, że gra jak w teatrze, i z całkowitą bezkarnością zrywał zobowiązania zaciągnięte wobec ludzi, którzy uczestniczyli w starej, porzuconej zabawie. Nie przypuszczał, że mogli wziąć grę na serio. Z drugiej strony pamiętasz może, jak był obrażony, kiedy jemu ktoś nawalił. Miał w oczach zbrodnię i karę, a w ręce – kieliszek wódki. Nigdy nie zapomnę, że miał pysk bandyty, a ręce Madonny. I miał zupełnie niezwyczajne poczucie humoru, które najbardziej bym chciała ocalić od zapomnienia – a to najtrudniej.
…I w ogóle wiesz, Misiu, myślę, że wspomnienia postarzają człowieka bardziej niż lata. Wlecze się człowiek przez życie z takim ni to fajnym, ni to koszmarnym bagażem i potwornie chciałby się tym wszystkim dzielić z innymi, a ci inni to okropnie tego nie lubią. Zwłaszcza bardzo młodzi ludzie wolą dzielić z nami teraźniejszość, a nie przeszłość. No więc człowiek się tego uczy i nawet fajnie podgrywa, i nie pieprzy o starych dziejach, ale w duszy odczuwa zgrzytanie i cholerną samotność.
Zresztą – ja jestem grymaśna. Niedawno nieoczekiwanie ktoś mi ofiarował starą przyjaźń, ba – czułość, o której myślałam, że już dawno na strychu zgniła… I to taki ktoś, że jeszcze trzy lata temu cała bym piszczała z radości, że przychodzi z takim portfelem wypchanym uczuciami, dobrymi myślami i – właśnie – wspomnieniami. Ktoś, kto nadal jest dla mnie nieruszoną piramidą zalet ludzkich (zgaduj-zgadula, kto to)… No i popatrz, gadam z nim, wspominam, odkurzam stare klisze – i nic. Jakieś toto chłodne jest.
Mnie w ogóle (zdaje się) najwięcej radości przynieśli nieciekawi mężczyźni. Może jakoś ich tak wytytłałam we własnej wyobraźni, a może nie byli tacy nieciekawi. Cholera wie. Może to te potęgi męskie są nieciekawe, bo takie same w sobie. A ja jestem trochę jak Mareczek: też się bawię (nie do końca) w różne wersje życia. Na szczęście trzech czwartych nie realizuję albo realizuję do połowy, bo inaczej skryłabym się już dawno w ciemnym grobie, w kryminale albo w dziupli u leśniczego.
Z miłymi pozdrowieniami wielkanocnymi,
Twoja Żaba
Warszawa, 14 III 1970
Kochany Mruczysławie,
piszę do Ciebie na maszynie, bo mi się ręka trzęsie, a to dlatego, że opiłam się wczoraj wodą sodową. Zdarzyła mi się straszna przygoda: całą noc balowałam na trzeźwo, uparłam się jeździć automobilem. W związku z tym poczyniłam zdumiewające obserwacje, widziałam rzeczy, które normalnie uchodzą mojej uwadze: jak wiesz, po pierwszym kieliszku włącza mi się taki obiektyw, przez który dostrzegam tylko nos najbliższego sąsiada, a po drugim – zaczynam opowiadać historię swego życia. Wtedy drugi plan w ogóle rozpływa mi się w kosmosie. Wczoraj – przeciwnie – widziałam różne rzeczy i przedmioty, których istnienia nawet nie podejrzewałam.
Najpierw byłam u wspaniałych mieszczan typu super-Rydel73 -class (bo i tradycja niezła), gdzie przykucnęła koło mnie na kanapie prześliczna blondynka w rodzaju ekspedientki ożenionej z radzieckim reżyserem filmowym i rzuciła uwagę, że nie lubi sztucznych kwiatów i że ma dwa imiona, bardzo ładne, i że w odróżnieniu od innych osób używa obu imion naraz.
Potem pojechałam na zabawę do teatru STS, który wyglądał jak bajka od lat pięciu do stu pięciu, bo obok prastarego Minkiewicza walcował tam kilkunastoletni paź w smokingu, czyli poeta Piotruś, zakochany w demonicznej Ziucie74. W ogóle było dużo zdolnych dzieci zakochanych w starszych kobietach. W mojej przyjaciółce Zosi75 kochała się nawet cała klasa, a w Krysi Sienkiewicz76 dwudziestoletni poeta romantyk. We mnie kochał się Maciek, ale to najmniej rzucało się w oczy, bo zaczyna już wychodzić na swoje. Minio zakochał się w koleżance Kotek ubranej w spodnie w pepitkę i w białą bluzkę, a mąż koleżanki Kotek śpiewał piosenki lwowskie zasłyszane w Wolnej Europie. Poza tym wszyscy śpiewali żółtą łódź podwodną77 po angielsku, co mnie szalenie zdziwiło, bo po pijanemu zawsze myślałam, że oni śpiewają po rosyjsku, i to coś zupełnie innego. Wszyscy podnosili do ust kieliszki i musztardówki, więc i ja od czasu do czasu popijałam wodę sodową. Obudziłam się ze spierzchniętymi ustami, drżącą dłonią i potwornym kacem. W głowie kręcą mi się zupełnie niepotrzebnie obrazy minionej nocy, m.in. kolega Paszkiewicz78, który zjada fajkę, zamiast ją pykać. Gdybym się normalnie upiła, jak przystało na modne imieniny, to w głowie miałabym szlachetną pustkę, która z wolna zaczęłaby się maić pierwiosnkami rymów i girlandami metafor. A tak to nic nie mam do powiedzenia, bo wyobraźnię mam zaśmieconą jak plaża miejska. Zresztą i tak zapłaciłam mandat, bo mam brudny numer przy samochodzie.
Pewno się wściekasz, że ponury i niecenzuralny list niedawno do Ciebie napisałam, ale w końcu trzeba kropnąć coś niecenzuralnego. Inaczej niczego byś nie uszanował. W ogóle cenzura jest o tyle cudowna, o ile strzeże naszej intymności. Gdyby nie ona – autorzy poszliby na całość. Od czasów, kiedy piekielny Joyce opisał wszystko, co z niego wypływa i wylatuje, dręczy nas wszystkich ten najwspanialszy i najłatwiejszy numer, żeby tak do dechy i siebie, i wszystkich przenicować i na papier przelać, i pieniądze za to wziąć, i do historii się dostać, i pamiętniki mieć z głowy, i znajomym ładnie dokuczyć, i po pysku nie dostać. A tu, jak anioł stróż, przychodzi urząd kontroli i powiada: „o tym to nie, o tamtym to nie, a o tym w ogóle nie wypada, chyba że bez nazwiska i w 1984 roku”… Hi hi hi.
Fajnie. Bo inaczej to by człowiek własną matkę sprzedał, jak Joyce własne bebechy. Rentgena swojej własnej wątroby po gazetach byś pokazywał, gdyby nie przyszedł zasłużony towarzysz i nie powiedziałby: „Nie, nie, redaktorze Minkiewicz. My nie możemy na to pozwolić”…
Z życzeniami dalszych sukcesów
w życiu i w pracy zawodowej,
Żaba
Warszawa, 23 III 1970
Misiu złoty!
Dzisiaj nikt mnie nie dręczy ani nie rozśmiesza, i ja nikogo nie dręczę ani nie rozśmieszam: moi goście z Rosji i Anglii huśtają się w ramionach alkoholu, a ja trefię włosy i mam melancholiczne myśli na temat wiosny, pierwszego słońca i zmarszczek pod oczami. Dobrze mi było z Tobą na tapczanie, chociaż wydaje mi się, że w sumie Twoja recenzja o mojej audycji w TV była taka: „To są Twoje prywatne sprawy, które opowiesz mi w Zaduszki”. Potem zabrałeś się do czytania gazety i tyle z Ciebie miałam.
Czego i innym życzę,
Agnieszka
Sopot, 27 III 1970
Kochany Misiu!
Długo bardzo jechaliśmy na Wybrzeże, bo śnieg z deszczem padał, a ja się jakoś gapiowato czułam, ale już dojechaliśmy i oswoiliśmy się. Żałuj, że Cię tu nie ma! Glony pachną już wiosną. A sam Sopot – słodki i melancholijny, jak zawsze.
Kiedy przyjechałam, wydał mi się jak pusta dekoracja, ale zaraz zaludnił się cieniami przeszłości. Teraz… „przeszłość ta podstawia się nagle w szeregu widzeń” (Sienkiewicz). Widzę np. jak żywą siebie z roku 1954 (55?), kiedy odbywałam w Gdańsku praktykę dziennikarską i snułam się tu w niebieskiej spódnicy malowanej w białe jelenie (!). Kochałam wtedy odwilżowego redaktora, który miał na ścianie namalowaną wielką Juliette Greco. Widzę Cybulskiego79 w 1956 roku, na bardzo, bardzo, bardzo starym motorze. I Bobka pchającego Fiata (?) w wieczorowym garniturze. I Październik w stoczni (pisałam o tym!!!). I (dużo dużo później) premierę Jabłoni i bankiet w Grandzie z „samymi paniami(!)”. I „Batorego, co mnie wiózł do Ameryki. I Ciebie (Ciebie, Ciebie, Ciebie!) jeżdżącego w zeszłym roku na dziecinnym rowerze po naszej (zaiksowej) ulicy. I gazowe latarnie, co się już nam kończą!
…Do soboty jesteśmy z Maciejem sami (prócz tłustych brunetów, głównie z Łodzi), a od jutra rana z Ariadną i pp. Nowickimi80.
Nie głupio Ci?
Będzie słońce, pójdziemy między muszelkami na molo w Orłowie i będziemy CAŁY CZAS rozmawiali o Tobie i Ty się nigdy nie dowiesz, CO robiliśmy!
Wesołych Świąt i miłej rezurekcji,
Ag.
Sopot, 30 III 1970
Misieńku!
Jestem przemęczona i wszystko tańczy mi w głowie. Dużo śpię, dużo patrzę w słońce i oczy mnie bolą. Ariadna powiedziała, że mam w sobie tyle pokładów, że nie może się w tym połapać (jurta, paleontologia, wczesne średniowiecze – czy jak tam…).
Spotkałam tu prześliczną panienkę podobną do czarnej Podolanki z kresowego dworku i jej babcię podobną do tej, co zjadł ją wilk. Opowiadały o ziołach. Spotkałam miłego kolegę z „Batorego”, marynarza, który opowiadał o plemieniu Kikuju81. Spotkałam też mewy, bałwany i Andrzeja Nowickiego, który strasznie tupał w tej ślicznej alei koło plaży i mówił, że to jest Easter Parade82.
I w nocy wszystko to przewraca mi się na plecy i babcia zjada wilka na „Batorym”. Andrzej Nowicki maszeruje z marynarzem na czele plemienia Kikuju, Maciek suszy zioła, bałwany morskie grają na fortepianie, a ja odfruwam na mewie, czego i Tobie życzę,
Agnieszka
PS Czy widziałeś Wańkowicza83 w telewizji? Cóż to za wspaniały staruch. Jak on wszystko wie!!!
A.
Zielona Góra, 2 IV 1970
Kochany Misiu!
Byłam po Sopocie przez półtora dnia w Warszawie, ale nie pokazałam się przy stoliku, bo musiałam być wypoczęta (tfu!) przed następną „wycieczką”. Oto dziś pohulałam do Zielonej Góry.
Na szosach było pustawo. Badylarze jeszcze się nie zbudzili po zimie, a okularnicy pewnie pomarli na płuca w czasie tych starocerkiewnych mrozów. Spotykałam samych normalnych ludzi. Syrenki, kamiony84 itd. Do Łowicza podrzuciłam trzy studentki (plastyczki), które miały razem tyle lat co Ty (he he he!). Ogromnie były rozświergotane. Najpierw wymyśliły „czarną listę” studentów i profesorów (w guście „skarżypyton zwyczajny czaszkoodporny”), a potem plotkowały, głównie o Szwedach. Zauważyłam, że u nas w ogóle Szwedzi są modni (odwrotnie niż na Zachodzie). Widocznie nasze dziewczyny nie lubią łatwizny.
Potem woziłam trochę dzieci wędrujące kilometrami ze szkoły, a potem jedną panią po kwiaty (!) do Koła.
Potem, dokoła Koła, było ogromnie pustynnie, typowa międzyokolica, więc zaczęłam rozmyślać. Najpierw w zeszłym tygodniu, czyli o sporcie: że to okropne spaść z I ligi!!! …A może to fajniej być pierwszym w drugiej niż ostatnim w pierwszej? Nie wiem.
Próbuję to przymierzyć do siebie: niby wśród tekściarzy jestem w czołówce, ale wśród poetów – wlokę się w ogonie! Bawię się w końcu tymi samymi zabawkami, którymi bawili się już pisarze dwudziestolecia, tylko robię z tych zabawek kawałki użytkowe. Klecę tapety z tego samego materiału, z którego Tuwim zrobiłby obraz, Przyboś – manifest, a Leśmian – kota w worku. Od Gałczyńskiego zaczął się ten jarmark! A może od Ciebie i od Świątka85?…
W każdym razie nie martwię się tym handelkiem. Bardziej może niż na punkcie pisania jestem ambitna na punkcie życia. Nie wiem, czy Ci się to podoba, ale staram się tak żyć, jakbym była zupełnie wolna, w każdym sensie. Nieraz za to ostro dostaję w tyłek, a Maciek mówi, że zostanę sama pod koniec życia (a może z Tobą??)… W każdym razie lubię jak pies wylecieć w pole i nie być do niczego ani do nikogo przywiązana za nogę. Byłam pewnie w poprzednim życiu marynarzem, bo największą frajdę czuję na morzu (tylko jakimś podłym majtkiem byłam, bo nie umiem za nic wleźć wysoko, a na kursach żeglarskich byłam ostatnią nogą).
Lubię jednak sobie żyć od ucha do ucha i trzymać się tylko paru bardzo starych zasad (o miłym, porządnym, przyzwoitym człowieku). To się może nawet podobać, bo niektórzy ludzie, z którymi się zetknęłam, mają takie miny, jakby mój model życia zrobił na nich większe wrażenie niż mój „model pisania” (zauważ, w którym miejscu użyłam cudzysłowu!!). Notabene, jak się mówi: ta cudzysłów? Czy ten cudzysłów?
Zresztą Ty nie masz tych problemów! Człowiek, który nie odróżnia mianownika od grzechotnika!
…W Wielkopolsce zabudowania nudnej i zacnej prostokątności, a potem wjechałam w Ziemie Odzyskane. Tutaj było mniej autostopowiczów, tylko jeden pan zamachał ręką, mocno alkoholizowany. Mój znajomy dyrektor cyrku mówił, że granica śliwowicy przebiega na Dunaju, ale ze stanu tego wędrowca wynika, że granica spirytusu przebiega na Odrze i Nysie!
W zielonogórskim piękna mieszanina stylów: sarmackie nazwy (Zawada!) plus pomidorowe budownictwo, plus hasła (głównie „objazd” i „nieczynne”). U nas zawsze są przynajmniej jedne drzwi zamknięte! Przeważnie dlatego, że budują się nowe, wspaniałe drzwi. Ale tak bym czasem chciała zobaczyć Stare czynne drzwi!
We wsi Chwalim (!) było wetknięte w trawę inne hasło: „Niech żyje klasa robotnicza”. Niech żyje!!!!
Czego i Tobie życzę,
Agnieszka
PS Tu i ówdzie była po drodze piękna, rzewna powódź, wierzby stały po kostki w rozlanych, szerokich stawach. Niektóre miały poucinane głowy, oczywiście dla ich dobra.
Bój się Boga!
A.
List nr II (z Zielonej Góry)
Misiu! Tak się rozpisałam, bo jestem na prowincji (pamiętasz, co się ze mną działo w Ameryce??).
Zagubiłam papeterię, więc piszę na starych tekstach. Za to Maciek jest praktyczny (nawet za!). Podejrzewam, że umiałby zrobić drut ze sznurka. Tylko po co? Bogaci ludzie nie powinni być praktyczni, czym by się wtedy różnili od biednych?
…Tutaj w Zielonej Górze jest zieleniej niż w Sopocie i w SPATiF-ie. Przesyłam Ci zielonkawe ukłony. Zresztą bzdura. Chciałabym po prostu dodać czasem jakieś ładne słowo, jak liść sałaty, do tych moich wieprzowatych listów.
…Jestem tutaj sama. Na szosie odbierałam to euforycznie, ale teraz (za piętnaście dziesiąta!) posmutniałam, bo chciałoby się napić wódeczki w wesołej kompanii. Zamiast tego siedzę w Kawiarni Paloma tuż koło pianisty (zawsze jednak koło pianisty) i rozmyślam nad koktajlem porzeczkowym. Czy zauważyłeś, jak dziennikarze itp. rozpuścili jęzory po Joysie? Jakiś osobisty ton, jakieś wynurzenia i zwierzenia – po gazetach!!! Ciekawe jednak, że ludzie tak mocno reagują na nowości wydawnicze. A przecież – mieliśmy dość wzorów bebechowej mowy i umysłowych striptizów choćby u naszego własnego Witkiewicza! Ja też jakoś dziś biadolę, słowiczę i pitolę się wewnętrznie. Może to tak po tym spotkaniu z czytelnikami, bo było duszno i miałam wrażenie, jakby wszyscy byli smutni. Byłam niedźwiedziem na łańcuchu, który trafił na pochód żałobników.
Z pozdrowieniami,
Agnieszka Żaba
W podróży (pociąg koło Kutna), 4 IV 1970
List nr III (z tych zielonych)
Kochany Misiu!
Żeby nie Ty, to bym pękła z nudów. Bo nic mi nie przychodzi do głowy w wolnych chwilach oprócz tego pisania do Ciebie.
Miśku! Otóż nie licząc się z przeszkodami, posuwam się przez szalejącą zamieć ku Twemu stolikowi, ale jak widzisz, zmieniłam środek lokomocji.
A było tak: w miasteczku Września uciekłam na chwilę od śnieżycy i pochylona nad zupą pomidorową pisałam do Ciebie list i zastanawiałam się nad tym, że wokoło zamieć i zaspy, a do knajpy daleko (ok. 300 km).
Ledwie dojechałam pod Konin, to zaraz wkopałam się w zaspę, w której stały już sześćdziesiąt trzy samochody, dwa pekaesy i jeden oszalały jeep. Jeep próbował wydostać się z zatoru i robił straszne zamieszanie. Tkwiłam w śniegu dwie godziny
