Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 323 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kocha, lubi, szpieguje - Joanna Szarańska

Rewelacyjna komedia kryminalna, od której nie można się oderwać. Będziecie płakać… ze śmiechu!

To miał być kolejny spokojny weekend w życiu Kaliny. Podrzucone na progu dziecko uruchamia lawinę zdarzeń, które wiodą wprost do dworku w Kamionkach. Kiedy na miejscu dochodzi do tajemniczego morderstwa, Kalina staje się jedną z głównych podejrzanych. Dziewczyna nie zamierza pozostawić śledztwa w rękach policji, wszak chodzi o jej dobre imię! Na miejscu zjawia się również niezawodny Marek, ale splot okoliczności sprawia, że on i Kalina stają po różnych stronach. A do tego pod nogami ciągle kręci się pewien mocno ubłocony osobnik na czterech łapach.

Tylko Kalina w jeden weekend może zostać posiadaczką dziecka, psa i być… oskarżona o morderstwo!

Opinie o ebooku Kocha, lubi, szpieguje - Joanna Szarańska

Fragment ebooka Kocha, lubi, szpieguje - Joanna Szarańska

Copyright © Joanna Szarańska, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

Redaktor prowadząca: Magdalena Genow-Jopek

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Barbara Adamczyk

Projekt okładki: Design Partners (www.designpartners.pl)

Fotografia na okładce: www.depositphotos.com/luismolinero

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2016

eISBN 978-83-7976-499-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Naszym braciom mniejszym

Pamięci M.

Jeszcze będziemy razem biegać, przyjacielu!

Tak się to zaczyna...

Czerwony samochód zatrzymuje się na starym, opuszczonym parkingu. Drzwiczki otwierają się z cichym pyknięciem i z wnętrza auta wyskakuje rudobrązowy pies. Radośnie pląsa wokół wozu, znaczy tereni patrzy wyczekująco na swego opiekuna. Kiedy w opalonej, silnej dłoni pojawi się piłka tenisowa nosząca ślady niezliczonych ugryzień? Kiedy rozpocznie się ulubiona, tak dobrze znana zabawa? O, piłka już wesoło podskakuje po nawierzchni parkingu!

Jednak tym razem zabawy nie przewidziano.

Opiekun psa spogląda na niego smutnymi oczami, a potem odwraca wzrok, zamyka drzwiczki po stronie pasażera i szybko odjeżdża. Pies pozostaje na parkingu i niespokojnym, brązowym spojrzeniem odprowadza czerwony samochód. Przysiada na tylnych łapach, przed sobą kładzie tenisową piłeczkę.

Czeka wiele godzin, dni. Zjada resztki podrzucone przez zatrzymujących się na parkingu kierowców. Przecież jego opiekun wróci. Musi wrócić, prawda?

Nie wraca.

Pewnego słonecznego dnia pies, który w swoim dawnym, szczęśliwym życiu nosił imię Fado, decyduje się ruszyć w dalszą drogę. Pozostawia opuszczony parking, nadgryzioną piłkę tenisową i zeschnięte skórki z kanapek rzucanych przez kierowców ciężarówek. Ostrożnie przemieszcza się wzdłuż szosy, aż mija niewielką kapliczkę z powiewającymi na wietrze kolorowymi wstążkami i drogowskaz prowadzący do jakiejś wsi.

Nie potrafi czytać, ale gdyby potrafił, wiedziałby, że właśnie wkracza do Kamionek.

Rozdział 1

Niespodziewana propozycja pada przy krokieciku i czerwonym barszczu. Krokiecik ma rumianą, chrupiącą panierkę. Jest faszerowany aromatycznym nadzieniem z kapusty kiszonej i suszonych grzybów (najprawdziwszych prawdziwków, pochodzących z kamionkowskich lasów, nie z żadnych tam super- albo co gorsza hipermarketów, a co więcej moczonych całą noc, następnie gotowanych, a nawet smażonych). Krokiecik pachnie obłędnie, a jak się okazuje, jeszcze lepiej smakuje, toteż unosząc do ust srebrny widelec z kompletu, który matka wyjmuje tylko w Boże Narodzenie, Niedzielę Wielkanocną i dzień odwiedzin Marka, porzucam mocne postanowienie rozpoczęcia diety i decyduję, że zjem jeszcze jednego, a może naweti dwa. Swoje postanowienie opijam łyczkiem barszczyku o barwie dojrzałego amarantu. I właśnie wtedy padają słowa, których absolutnie bym się nie spodziewała.

– Skoro już niemal jesteśmy rodziną, to właściwie mógłbyś mówić do mnie mamo, Mareczku! – Z dzióbka mojej matki dobywa się radosne ćwierkanie.

Kawałek nadziewanego naleśnika zatrzymuje się w przełyku, mimo to udaje mi się obrócić nieznacznie w kierunku, gdzie zasiada mężczyzna, który od pewnego czasu wzbudza motylki w moim brzuchu, jak również nie tylko tam. Usiłuję ocenić, jakie wrażenie czynią na nim starania mojej matki, która wbrew pozorom do subtelnych nie należy. Czy odsuwa już krzesło, wstaje i ucieka tam, gdzie pieprz rośnie, a Tony Halik kręcił swoje programy?

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu Marek wcale nie wybiega z pokojuw popłochu, gubiąc po drodze strzępy krokietów i lejąc wszystko dookoła gorącym barszczem. Na jego lekko opalonej twarzy nie widać paniki ani nawet nerwowych tików. Wprost przeciwnie! Mruga do mnie porozumiewawczo, odkłada widelec od świątecznego kompletu, rozpiera się wygodnie w krześle i obdarza moją matkę promiennym uśmiechem.

– W sumie to mamusia ma rację – oświadcza radośnie, na co moja matka rozpływa się w zachwyciei mało co nie zaczyna merdać ogonem, którego naturalnie nie posiada. – A skoro już niemal jesteśmy rodziną, to może mamusia pomoże mi przekonać Kalinkę, żeby ze mną zamieszkała?

Tego już dla mnie po prostu za wiele. I dla mojego przełyku również. Krztuszę się smacznym krokiecikiem mojej matki, krokiecikiem z nadzieniemz kapusty kiszonej i najprawdziwszych prawdziwków. Krztuszę się barszczem (nie z torebki) i strącam pod stół świąteczny widelec. Usiłuję bić się w pierś, aby odzyskać odrobinę powietrza niezbędną do oddychania, ale moich zabiegów nikt nie dostrzega. Matka i Marek mierzą się twardymi spojrzeniami, choć ich oblicza opromieniają złociste uśmiechy. A to zagiął mamusię, szczwany lis!

Moje działania zauważa wreszcie ojciec, który pomiędzy jednym kęsem a drugim pyta opanowanym tonem:

– Podać ci wody, Kalinko?

Dopiero teraz matka i Marek dostrzegają powód mojego braku zaangażowania w rodzinną dyskusję. Spoglądają na mnie cokolwiek zirytowani, że przerywam im ten pasjonujący pojedynek na siłę spojrzeń. W końcu Marek delikatnie poklepuje mnie po łopatce, a matka udziela troskliwej rady:

– Nie łykaj takich wielkich kawałków, bo się udławisz!

Po tak czułym przemówieniu opada mi wszystko, co opaść może, łącznie z apetytem. Odsuwam od siebie talerzyk i ocieram usta serwetką w kwiecisty wzorek (lnianą, wykrochmaloną, nie papierową). Bez słowa obserwuję spektakl, w którym aktorami są moja rodzicielka oraz ukochany mężczyzna.

– Muszę przyznać, że zaskoczyłeś mnie, Mareczku. – Ton matki stracił na słodkości. Już nie przypomina krówki ciągutki, raczej dość kwaśną landrynkę. – Rozumiem, że chcecie rozpocząć wspólne życie. Ale zamieszkać razem?

– Na ogół na tym polega wspólne życie – mówi wesoło Marek. – Na wspólnym mieszkaniu.

– Ale to nie po bożemu!

– Nie po bożemu jest to, że dorosła kobieta wciąż mieszka z rodzicami. Nie po to Pan Bóg stworzył kobietę i mężczyznę – oświadcza Marek, który na pewne kwestie ma zdecydowane poglądy. Widzę wyraz konsternacji na twarzy mojej matki i zaczynam się dobrze bawić.

– No ale co powie ksiądz proboszcz? – Wyraźnie martwi się moja rodzicielka.

– O, księdzem proboszczem się nie przejmuj! – wtrącam. – Akurat on powiedział, że popiera.

– Proszę?! – Matkę oblewa zimny pot. – Jak to popiera? Życie w grzechu popiera?!

– No, może nie popiera... – szukam właściwych słów. – Ale powiedział, że tym razem się nie będzie mieszał. Mówi, że mieszkanie z poprzednim stanowczo mi odradzał, niby że będziemy poznawać się po ślubie. I o mało co nie słałabym paczek do kryminału. Bardzo się przejął. Mówi, że tym razem nie będzie się wtrącał.

Poprzednim, czyli moim eksnarzeczonym, Patrykiem Cieplakiem pseudonim Cieplarnia. Niewiernym eksnarzeczonym, którego musiałam porzucić przed ołtarzem, kiedy okazało się, że skutecznie zaokrąglił w talii moją przyjaciółkę Jolę. To zdarzenie zapoczątkowało lawinę innych, w wyniku których trafiłam do dworku w Kamionkach, stałam się malarką laikiem, trenerką asystentką, a w końcu również detektywem amatorem. W Kamionkach poznałam również Marka, który incognito rozpracowywał szajkę handlarzy skradzionymi dziełami sztuki, Patryka vel Cieplarnię między innymi.

– Świat staje na głowie. – Moja matka wyraźnie zdegustowana chowa twarz w dłoniach. – Cóż, ja przeszkadzać wam nie będę, jednakże zachęcać Kalinki do grzechu również nie. Jak to wygląda, tak bez ślubu?

– A kto powiedział, że bez? – Marek uśmiecha się szelmowsko.

Tym razem nie mam czym się zakrztusić, więc zanoszę się suchym kaszlem. Matka posyła mi pełne irytacji spojrzenie, po czym całe swoje zainteresowanie przerzuca na Marka, nachylając się w jego kierunku nad stołem nakrytym sztywno wyprasowanym obrusem.

– Mam rozumieć, że są już jakieś plany? – Jej ton wyraźnie się ociepla, być może nie jest jeszcze krówką ciągutką, ale oscyluje gdzieś w okolicach raczków z Wawelu.

– Będą, będą plany. W tej kwestii także liczę na wsparcie mamusi, bo Kalinka oporna, niestety – oświadcza Marek zbolałym tonem.

W tym momencie spojrzenia dwóch par oczu wędrują w moim kierunku, a do mnie dociera, jak czuje się motyl przyszpilony do kartonika kawałkiem drutu. Szare oczy mojej matki ciskają gromy, bo jak można odrzucać propozycję małżeństwa, kiedy ma się dwadzieścia osiem latna karku, początki cellulitu i kilka siwych włosów nad uchem? Błękitne oczy Marka wypełniają figlarne diabliki, wszak kilkakrotnie ostrzegał mnie, że jeśli nie zgodzę się z nim zamieszkać, wydobędzie ciężką artylerię, ale nie podejrzewałam, że tą artylerią będzie moja własna matka! Wiję się pod obstrzałem ich spojrzeń, ale na szczęście w sukurs przychodzi mi ojciec.

– Mamy jeszcze barszczyk? – pyta.

Godzinkę później przechadzamy się z Markiem po pobliskim parku, obserwując gruchające gołąbki i pary. To już niemal nasz stały niedzielny rytuał: spotykamy się w moim mieszkaniu, zjadamy z rodzicami to, co pysznego akurat przyrządziła matka, a następnie spacerujemy, by uciec przed jej wścibskim spojrzeniem i przy okazji spalić nieco kalorii, bo kuchnia mojej rodzicielki do dietetycznych się niestety nie zalicza. Później idziemy na kawę albo do kina, jeszcze później jedziemy do Marka, który pomyślnie mieszka sam i spędzamy wieczór w sposób, który moja matka podsumowałaby słowem na g. I pokropiła święconą wodą, naturalnie.

Tym razem nie myślę o niczym na g, moją uwagę całkowicie zaprząta rozmowa, która odbyła się przy stole. Myśl, by codziennie mieć obok siebie Marka, zasypiać i budzić się obok niego, jest kusząca. To myśl z gatunku tych, które powodują u mnie głupawy uśmieszek i cielęce spojrzenie. Od momentu, kiedy pojawił się w moim życiu, minie wkrótce rok. Rok pełen spotkań, śmiechu, żartów, czułości, miłości, namiętności... Plus naturalnie złości, irytacji, przepychanek słownych – cóż, w codziennym życiu nie ma lekko. Nawet najpiękniejszy książę potrafi podnieść kobiecie ciśnienie i sprawić, że ta chce dmuchnąć, chuchnąć i tupnąć jak zły wilk w bajceo trzech świnkach.

A nasza historia od początku była inna, co teraz przywołuję w myślach z uśmiechem. Jak wspomniałam, Marek przybył do dworku w Kamionkachw roli detektywa rozpracowującego szajkę złodziei dzieł sztuki. Aby móc przebywać tam zupełnie incognito, podał się za malarza odnawiającego freski. Tymczasem ja uznałam, że na pewno jest jednym z rzezimieszków, którzy wcześniej włamali się do dworku i polowali na cenny obraz mający powrócić z renowacji. Postanowiłam Marka zdemaskować i unieszkodliwić. Z ciężkim sercem, bo coś między nami zaiskrzyło, i z ciężką encyklopedią ruszyłam na odsiecz kamionkowskim zabytkom. Marek dostał w łeb, a wówczas okazało się, że za włamaniem stał mój wiarołomny eksnarzeczony, który akurat dziwnym zbiegiem okoliczności przebywał w spa. Na szczęście Marek nie chowa urazy, choć nie raz w żartach wypomina mi, że mam nie tylko ciężki charakter, ale i rękę.

Po powrocie z Kamionek zacieśnialiśmy nasze kontakty, początkowo na przesłuchaniach na komendzie, następnie na spacerach i w kawiarniach, a jeszcze później w zaciszu Markowego mieszkania. I choć jest wspaniale i czuję, że kocham go z całego serca, to jednak mój spostrzegawczy detektyw nie kłamie: jestem oporna. Po przygodach z Patrykiem Cieplakiem, który nie dość, że okazał się bawidamkiem, Casanovą i reproduktorem dzieci, to jeszcze pospolitym przestępcą, mam obawy i nie umiem tak do końca zaufać żadnemu mężczyźnie. To trochę na zasadzie: chciałabym, a boję się.

Tymczasem on wyczuwa mój nastrój i przyciąga do siebie.

– I co powiesz, hrabianko? – Często mnie tak nazywa, nawiązując do naszej kamionkowskiej historii.

– Powiem, że moja matka dostanie przez ciebie nadkwasoty – kręcę głową.

– Niemożliwe. Była zachwycona. Mam do niej mówić mamo, sama słyszałaś!

– Przez ciebie spędzi pół nocy, siedząc przy kuchennym stole i spisując listę dalekich krewnych, których koniecznie trzeba zaprosić na wesele. Nie miałeś z czym wyskoczyć, tylko z tym, że mamyplany?

– A nie mamy? – śmieje się.

– Zastawiłeś na mnie pułapkę. – Celuję w niego palcem i mrużę złowieszczo oko podmalowane metalicznym cieniem. – Wcale się nie zdziwię, jeśli po powrocie do domu zastanę spakowane walizki i nakaz eksmisji z rodzicielskiego gniazdka. Moja matka sprzedałaby mnie arabskiemu szejkowi, jeśli gwarantowałoby to, że nie zostanę starą panną!

– Jeśli zastanieszw przedpokoju walizki – Marek przyciąga mnie jeszcze mocniej i całuje za uchem, tam gdzie, nie ukrywam, bardzo lubię – to ja udzielę ci schronienia. Mam przestronne mieszkanie i popatrz, jesteśmy bardzo blisko? Może zajrzymy tam na chwilkę?

Kręcę głową, udając oburzenie, ale już czuję te motylki. To są podstępne bestie, te motylki. Nigdy im nie ufajcie. Kiedy po czasie wychodzimy z mieszkania, jedziemy po moje walizki.

Mieszkamy sobie razem – Marek i ja.

Minęły dwa miesiące, nadszedł sierpień, a mimoto ta myśl wciąż wzbudza we mnie entuzjazm i szczerzenie zębów. Robię to przed lustrem, na wszelki wypadek, żeby nie wyglądało dziwnie. Kiedy mieszka się z kimś, trzeba bardzo uważać, kiedy szczerzy się zęby, co się mówi, gdzie się drapie i co się je. Pierwszą czynnością, jaką wykonałam po przeprowadzce do Marka, było zawieszenie dużego lustra w przedpokoju. Marek przyglądał się temu odrobinę skonfundowany.

– Przecież mamy lustro! – zawołał.

– To nie jest lustro, to jest kawałek lustra – obwieściłam stanowczo, delikatnie obwijając gazetą kwadrat szkła o wymiarach piętnaście na piętnaście. Przy takim maleństwie można przygładzić dłonią włosy albo sprawdzić przed wyjściem z domu, czy pod nosem nie zostały wąsy po ketchupie. Ale z pewnością nie można się podmalować, uczesać, zawiązać apaszki w artystyczny węzeł. I porządnie wyszczerzyć zębów też nie można.

Na szczęście Marek jest inteligentnym mężczyzną i pozostawił mi pełną swobodę. Nie znaczy to, że już pierwszego dnia wyrzuciłam na śmietnik dotychczasowe wyposażenie i pobiegłam z wywieszonym językiem do salonu meblowego. Naturalnie, że nie. Po prostu potrzebowałam czasu, żeby oswoić się z nowym wnętrzem. Poznawałam je powoli i nieufnie, jak pies przyniesiony ze schroniska. I podobnie jak pies znajduje sobie ulubione legowisko, ja także natrafiłam na swoje miejsce w nowym domu. Wykuszowe okno w dużym pokoju wyściełałam miękkimi poduchami, lubię spędzać tam deszczowe ranki. Patrzę na zalane wodą ulice, popijam kawę z mlekiemz dużego kubkai czytam albo szkicuję. Pobyt w Kamionkach obudził we mnie artystyczną duszę!

Uwielbiam nasze wspólne mieszkanie. Uwielbiam poranki w łóżku. Markową jajecznicę z zawartością lodówki, czyli wszystkim, co do jajecznicy można wrzucić. Łaciatą surfinię, którą przynieśliśmy z Kleparzai wspólnie posadziliśmy w pojemniku po kilogramowym twarożku. Uwielbiam nocny stolik zawalony książkami i nie wkurza mnie nawet to, że Marek wiecznie przykłada Stephenem Kingiem moją Norę Roberts. Już wiem, że zmywarka zaczyna działać po solidnym kopniaku, a pralki lepiej nie tykać w deszczowe dni, bo też potrafi kopać jak zawodowy kickbokser.

Nie lubię za to samotnych wieczorów, kiedy Marek pracuje do późna. Akcja w Kamionkach była jego ostatnią. Po doprowadzeniu sprawy do końca zdecydował się odejść z policjii założyć własną agencję detektywistyczną. Teraz pociesza zdradzane żony, śledzi zdradzających mężów, a nawet poszukuje zaginionych emerytów. I często znika na długie godziny lub co gorsza dni.

Jest jedna rzecz, której nie lubię równie mocno, jak wieczornych nieobecności Marka. To naloty mojej własnej rodzicielki, która odwiedza nas z częstotliwością niemal dorównującą reklamom w programie telewizyjnym. Na nieszczęście mieszkanie rodziców jest zaledwie kilka ulic dalej, zatem niezapowiedziane wizyty nie stanowią dla matki problemu. Stanowią jednak wielki problem dla mnie. Niemal każda z nich kończy się kłótnią.

Według ojca matka nie potrafi poradzić sobie z faktem, że jej pisklątko wyleciało z gniazdka. Według mnie matka nie potrafi poradzić sobie z faktem, że przed wylotem z gniazdka pisklę nie zostało należycie zaobrączkowane. Marek, zwany w moim rodzinnym domu Mareczkiem, został obecnie sprowadzony do rangi drapieżcy, który pisklę zbałamucił, oskubał z co ładniejszych piórek i uprowadził. Chwilowo krokieciki poszły w odstawkę, a niedzielne obiadki witają nas resztkami pomidorowej z ryżem.

Uraza matrymonialna, jak w duchu nazywam stan, w który zapadła zacna matrona, nie przeszkadza jej nawiedzać naszego gniazda rozpusty i rzucać czujnym okiem po wszystkich kątach. Czyni to na tyle dyskretnie, że nie sposób jej na tym przyłapać, niemniej wciąż zdradzają ją jakieś szczegóły. A to sześć rolek papieru toaletowego ostentacyjnie położonych na kuchennym stole, a to delikatna sugestia, że skoro zepsuł nam się odkurzacz, najwyższa pora przeprosić się ze zmiotką...

Dziś subtelność matki zostaje wystawiona na próbę, bo obok filiżanki z jej ulubioną kawą stawiam talerzyk z kupnymi ciastkami. Patrzę, jak ostrożnie bierze w dwa palce kruchy herbatnik i obraca go przed oczami z niesmakiem wypisanym na twarzy. Ostatecznie ciasteczko ląduje na spodeczku, a matka wyciera dłonie chusteczką. Z jej piersi dobywa się żałosne westchnienie.

– Jeżeli już naprawdę musisz kupować ciastka, rób to przynajmniej w dobrej cukierni, a nie w pierwszym lepszym markecie – mówi.

– Wcale nie w pierwszym lepszym! – Jestem urażona. – Zawsze robimy zakupy w...

– I czy naprawdę nie mogłabyś piec ciasteczek według przepisu babci Leokadii? Mężczyźni nie lubią byle jakiego jedzenia. Nic dziwnego, że Marek nie chce się z tobą ożenić. – Posyła mi czujne spojrzenie.

Uśmiecham się w głąb kubka, z którego właśnie upijam solidny łyk białej kawy. To stała zagrywka mojej matki, która ma sprowadzić rozmowę na tematy ślubne i pomóc jej ustalić, czy zostały już poczynione jakieś plany, o których nie została poinformowana. Matka potrafi nawiązać do mojego stanu cywilnego w rozmowieo zepsutym samochodzie („Mężatki mogą przynajmniej liczyć na pomoc męża, kiedy coś im stuka pod maską…”), monarchii brytyjskiej („Replika sukni ślubnej księżnej Kate wisi na wystawie ciucholandu na Królewskiej!”), wygranej w totolotka („Z takimi pieniędzmi nawet męża nie trzeba szukać!”), poziomu edukacji („Być może dzieci twoje i Marka zahaczą o reformę szkolnictwa...”), sąsiadki, która spadła ze schodów („Gdyby miała męża, to przecież posłałaby go po kompot do piwnicy!”), a nawet bankructwa lokalnego biznesmena („Mógł lepiej inwestować w branżę ślubną, na tym to zarobiłby kokosy...”). Przyzwyczaiłam się i nawet jeśli odrobinę irytują mnie te uszczypliwości i próby inwigilacji, nie daję tego po sobie poznać. Nie radzi sobie z nimiz kolei Marek, który najchętniej zaobrączkowałby uwiedzioną ptaszynę, tylko nie za bardzo wie jak.

– Ale naprawdę nie ma takiej potrzeby, mamo! My bardzo rzadko jadamy słodycze. Musisz wiedzieć, że te ciasteczka kupiłam specjalnie dla ciebie, bo wiem, jak lubisz słodkie do kawy! – Uśmiecham się niewinnie.

– Obawiam się, że wy to w ogóle mało jadacie! – prycha zirytowana rodzicielka. – Według mnie Marek nieco zmizerniał.

– Zmizerniał, bo bardzo dużo pracuje! – Jestem zdecydowana bronić własną piersią ukochanego i opiniio mnie samej, jako że matka wyraźnie insynuuje, że Marek mizernieje przez moje zaniedbania.

– Pracuje, pracuje. Nie samą pracą człowiek żyje. W życiu liczy się rodzina, dom, dzieci. Kiedy wy to w końcu zrozumiecie?

– Ależ my to doskonale rozumiemy! Spędzamy razem tyle czasu, ile tylko się da!

– Przecież wiesz, że ja nie o tym mówię. – Matka wpada w żałobne tony. – Martwię się o ciebie, bo lata upływają, a twoje życie jest w rozsypce. Tak wiele czasu straciłaś na tego buca, tego zramolałego Casanovę od siedmiu boleści. Już ja bym mu powiedziała, co o nim myślę. Ale nie zgodził się mnie wpisać na listę odwiedzających.

– Mamo, powiedz, że tego nie zrobiłaś! – Krztuszę się kawą. Matka przybiera skruszoną minkę.

– Chciałam z nim tylko porozmawiać! Zresztą i tak się nie zgodził, więc naprawdę nie ma o czym mówić.

– Mamo, nie wolno ci robić takich rzeczy! Przecież ja byłam świadkiem w jego sprawie!

– Noi co z tego? Mnie nikt nie przesłuchał, a też miałam parę rzeczy do powiedzenia. I jeszcze jest ta… Jolka. – Imię mojej wiarołomnej przyjaciółki matka wymawia takim tonem, jakby do języka przykleił jej się kawałek kociego gówienka. – Wskoczyła mu do łóżka, jak pierwsza lepsza, zaszła z nim w ciążę, a potem miała czelność zjawić się na ślubie. A ty wciąż się z nią zadajesz!

– Zadaję, bo Natalka jest moją chrześnicą. Poza tym ja wybaczyłam Jolce. Twierdzi, że przyćmiło ją po solarium. I ja jej wierzę. W tamtym okresie chodziła brązowa jak Murzyn! Przepraszam: Afroamerykanin – poprawiam się pospiesznie, by nie zostać uznaną za niepoprawną politycznie.

– Szkoda, że nie przymknęła się w tym solarium na trochę dłużej. Zrobiłyby się z niej skwareczki. Choć, jak żyję, skwarków z flądry nie widziałam. – Matka pociąga nosem, po czym sięga po kruche ciasteczko i przygryza, sypiąc naokoło okruszkami. Nagle krzywi się i spogląda na mnie wymownie. – Takimi ciastkami to Jolkę możesz poczęstować. A teraz weź kartkę, długopis i zapisz przepis na ciasto kruche. To lekarstwo na wszelkie bolączki tego świata – poucza.

Rozdział 2

Tydzień później okazuje się, że swoje mądrości o kruchych ciasteczkach i ich niezwykłych właściwościach niwelowania wszelkich bolączek tego świata matka może schować sobie bardzo głęboko. Proponuję najniższą półkę w zawalonej szpargałami piwnicy, tak by już nigdy nie zostały odnalezione.

A dzień zaczyna się nad wyraz dobrze. Marek wychodzi później do pracy, więc z rana pijemy razem kawę i jemy śniadanie. Gawędzimy o zbliżającym się urlopie i zastanawiamy się, czy poświęcić cały na wizytę w Kamionkach, czy jednak podzielić wolny czas i wyskoczyć w jakieś ładne i romantyczne miejsce, gdzie będziemy sami i tylko sami. Później pan detektyw cmoka mnie w czubek nosa, jak ma w zwyczaju i wychodzi do pracy, dzierżąc pod pachą plastikową tackę z kruchymi ciasteczkami mojego osobistego wypieku.

Taka sama tacka spoczywa grzecznie na blacie w kuchni i oczekuje, aż zawinę ją we folię spożywczą i zabiorę ze sobą do biblioteki, a następnie postawię przed zachwyconymi koleżankami. Odkąd matka pod groźbą, że nie opuści naszego mieszkania, póki nie nauczę się piec kruchych ciasteczek, wymusiła na mnie przyspieszony kurs cukierniczy, jestem mistrzem kruchego ciasta. Moimi wypiekami zachwycają się przyjaciółki, współpracownice, a nawet dzieci przychodzące do biblioteki po kolejne części Harry’ego Pottera. Z tego zachwytu czasami zapominają książek zabrać do domu.

Uzbrojona w tackę zamykam mieszkanie i biegnę do pracy. Jestem już nieco spóźniona. Odkąd mieszkam z Markiem, zdarza mi się to zbyt często, jednak na moje szczęście kierowniczka spóźnia się jeszcze częściej. Pozostaje mieć nadzieję, że i tym razem zdążę zająć swoje miejsce, nim wkroczy do biblioteki.

Tego dnia jednak nie dopisuje mi szczęście. Pospiesznie zmieniam w szatni obuwie na wygodniejsze balerinki i wbiegam do swojej sali. Już od progu zauważam, że panuje dziwnie gęsta atmosfera. Koleżanka, z którą pracuję tutaj od kilku miesięcy, podnosi znad klawiatury przestraszone oczy i łamiącym się głosem oznajmia:

– Kierowniczka o ciebie pytała!

– O kurczę! – Czuję, że nagle robi mi się bardzo gorąco. – Przecież nie spóźniłam się znowu tak dużo! – jęczę, odstawiając tackę z ciasteczkami na biurko i ocierając twarz chusteczką higieniczną.

– Chyba nie chodzi o spóźnienie – kręci głową.

– A o co? – dopytuję niespokojnie.

– Nie wiem – wzrusza ramionami. Mam wrażenie, że mija się z prawdą. Nagle dopada mnie olśnienie! Czy kierowniczka nie wspominała, że szykują się awanse i będzie intensywnie przyglądać się naszej pracy? Spoglądam zagadkowo na pociągającą nosem koleżankę i wszystko staje się dla mnie jasne! To oczywiste, że nie została doceniona i teraz się chmurzy. Za to ja... czyżbym miała dostać awans?

Chwytam oburącz tackę z ciastkami i pędzę jak na skrzydłach do gabinetu pani dyrektor. Stukam do drzwi mocno, jak lubi i czekam na zachęcające do wejścia „proszę”. Następnie wchodzę do środka z promienną miną i wyciągniętymi przed sobą ciastkami, z których pospiesznie zerwałam zębami folię.

Gabinet dyrektorki wypełniają książki. Tłoczą się one na wysokich regałach sosnowych, podręcznym biurku, a nawet zalegają w niewielkich stosikach na podłodze. Samej dyrektorki zza książek niemal nie widać, jednak gdzieś tutaj musi być, ponieważ dobiega do mnie jej głos. Ostrożnie manewruję między meblami, tak by nie strącić kupek lektur i zbliżam się do miejsca, w którym szefowa zasiada w obrotowym krześle. Kiedy staję przed nią, przez chwilę przygląda mi się z dziwną miną, reflektuję się, że wciąż trzymam przed sobą ciasteczka. Podsuwam je dyrektorce pod nos, ale opędza się, jak od natrętnej muchy. „Oho – myślę sobie – chyba nie lubi kruchych. Trzeba poprosić matkę o inny przepis.”

– Przepraszam za spóźnienie – wyrywa mi się. Dyrektorka macha ręką lekceważąco.

– W tej sytuacji to już nieważne, pani Kalinko. Mamy istotniejsze sprawy do omówienia.

– Słucham. – Uśmiecham się najszerzej, jak potrafię.

– Hm, powiem tak. Nasza placówka staje przed bardzo ważną próbą. Ode mnie jako od dyrektorki wymagano, żebym dokonała słusznego wyboru.

Słucham dyrektorki jednym uchem, ale myślami powoli odpływam. Dumam nad tym, że niełatwo było mi wybrać zawodową drogę, którą podążę. Nad katalogiem uczelni wyższych spędziłam chyba dwie noce, zanim zdecydowałam się na bibliotekoznawstwo. Tak naprawdę namówiła mnie koleżanka z liceum, mówiąc: „Spójrz, to wymarzone studia dla nas! Całymi dniami będziemy siedzieć wśród książek i czytać!”. To była kusząca wizja i w końcu uległam. Na studiach okazało się, że tak kolorowo i łatwo to nie będzie, jednak ostatecznie jestem bardzo zadowolona z wyboru. Wreszcie, po długim czasie poszukiwań, odwiedzania pośredniaka i zaciskania zębów, mam pracę, którą lubię, a na dodatek okazuje się, że świetnie sobie radzę i już wkrótce – po niepełnym roku od zatrudnienia, zostanę doceniona i otrzymam awans!

Tymczasem dyrektorka powoli kończy swoje przemówienie i spogląda na mnie wyczekująco.

– I jak się pani na to zapatruje, pani Kalinko?

– Bardzo się cieszę! – oświadczam z entuzjazmem potwierdzającym stan mego ducha.

– Cieszy się pani? – Dyrektorka robi wrażenie lekko skonfundowanej. – Dlaczego?

– A... dlaczego nie? – Czuję pierwsze ukłucie niepokoju. Trzeba było słuchać, gdy przemawiała, a nie bujać w obłokach.

– Tłumaczę pani, że nie mam wyjścia i z powodu ograniczonych środków finansowych muszę dokonać redukcji etatów. Inaczej mówiąc, zwolnić.

– Przepraszam, ale kogo zwolnić? – Coraz mniej podoba mi się ta rozmowa.

– No panią! – Dyrektorka najwyraźniej traci do mnie cierpliwość. – Jednak niepotrzebnie obawiałam się pani reakcji, bo pani mówi, że się cieszy... – dodaje lekko urażonym tonem. Najwyraźniej mój entuzjazm dotyczący utraty zatrudnienia jest osobistą ujmą dla niej jako przełożonej.

– Hm, rzeczywiście – zastanawiam się, jak wybrnąć z tej głupiej sytuacji, aby nie wyjść na stukniętą, a równocześnie nie rozpłakać się w głos. A muszę przyznać, że niewiele mi już brakuje. Tak się cieszyłam, że wszystko układa się po mojej myśli. Marek, praca, mieszkanie, teraz jeszcze awans mi się zamarzył.

– Niestety, zdecydowano zamknąć nasz oddział, ponieważ nie mamy zbyt wieluczytelników. Ostatnio nawet dzieci przestały wypożyczać Pottera, pewnie ściągają e-booki z chomika, niecnoty jedne! – tłumaczy mi gorączkowo szefowa. – Starszych stażem pracowników przeniesiono do innych bibliotek, ale pani, niestety, ma umowę tylko do końca sierpnia, zatem zdecydowano jej nie przedłużać.

– Rozumiem. – Wpatruję się tępym wzrokiem w kruche ciasteczka i w myślach oskarżam je o wszelkie nieszczęścia tego świata: okrągłe uda, brak wcięcia w talii, cukrzycę, miażdżycę i brak zainteresowania Harrym Potterem. Jak moja matka coś wymyśli, można być pewnym, że wyniknie z tego katastrofa.

– Może dopełnimy formalności? Od jutra pójdzie sobie pani na urlopik. – Pośpiech dyrektorki wskazuje, że chce mnie jak najszybciej wypchnąć z gabinetu.

– Oczywiście. – Podpisuję podsunięte wypowiedzenie i prostuję się z dzielnym uśmiechem. – Dziękuję i do widzenia. – Dygam grzecznie i biegnę do drzwi.

– Pani Kalinko?

– Tak? – Zawracam z miną pełną nadziei. Może ma dla mnie jakąś propozycję? Szuka kogoś do mycia okien, namalowania fresku albo wyprowadzania psa? Zawsze chciałam mieć psa.

– Te ciasteczka są, zdaje się, dla mnie? Proszę je tutaj postawić! – Uśmiecha się słodko i nieomal oblizuje.

Spełniam jej prośbę z krzywym uśmiechem.

Już nigdy nie wezmę do ust kruchego ciasteczka!

Po powrocie z biura Marek zastaje mnie, delikatnie mówiąc, w nieciekawej formie. Siedzę pośrodku dużego pokoju i wyję niczym wilk do księżyca. Tyle że w moim przypadku księżyc zastępuje okrągła kula żyrandola. Poza tym mam na sobie szlafrok, jestem zasmarkana i potargana, a wokół mnie walają się papierki po czekoladkach. To są prawdziwe słodycze, a nie jakieś tam ciasteczka!

Początkowo Marek wpada w popłoch i ogląda się w stronę drzwi wyjściowych, jakby nie mógł się zdecydować, czy trafił do dobrego mieszkania lub czy zdąży się ulotnić. Nowy potok łez i jęków z mojej strony skłania go jednak do podejścia i wydobycia ze mnie informacji, cóż takiego tragicznego się stało.

– I cóż takiego tragicznego się stało? – pyta z dziwnym uśmieszkiem, kiedy wykładam przed nim powód mojej rozpaczy.

– Jak to: co się stało? Przecież zostałam zwolniona!

– Kochanie, to w tej chwili naprawdę żaden problem. Uwierz mi.

– Ale jak to: żaden problem? Jak możesz nie dostrzegać problemu? – Zalewam się nowym potokiem łez, bo nie dość, że nie mam pracy, to jeszcze mam faceta, który w ogóle mnie nie rozumie.

– Jesteś młoda i zdrowa, bez problemu znajdziesz inną pracę. Masz gdzie mieszkać i co jeść. Czym się martwisz?

– No bo... ona mnie nie chciałaaaaaa!

– Po prostu nie potrafiła docenić, jaka jesteś wspaniała. – Przez zasłonę z łez widzę, jak Marek wstaje z podłogi i zmierza do kuchni z tym swoim ironicznym uśmieszkiem. Po chwili do moich uszu dobiegają odgłosy jego krzątania. Nalewa wody do czajnika, zapala gaz i wyjmuje z szafki kubki. A potem wraca do pokoju i dodaje:

– Przecież byłaś pracownikiem idealnym, prawda?

– Właśnie – kiwam głową z entuzjazmem.

– W pracy zawsze przed czasem...

– Aha.

– I nie podczytywałaś w godzinach pracy romansów, jak niektóre twoje koleżanki.

– No...

– Nigdy nie zdarzało ci się wyjść wcześniej niż powinnaś.

– Marek?

– Słucham, hrabianko?

– Jesteś niemożliwy, wiesz? – Celuję w niego palcem. – Wiedz, panie idealny, że byłam bardzo dobrym pracownikiem. Piekłam nawet ciasteczka dla dzieci przychodzących do biblioteki!

Marek śmieje się i mocno mnie przytula. Kiedy znajduję się blisko niego, czuję, że wszystko będzie w porządku. Przez chwilę siedzimy i cieszymy się swoją bliskością, jednak sielską atmosferę przerywa dzwonek Markowej komórki.

– Och, nie – jęczę. – Tylko nie z pracy!

– Nie jęcz! – strofuje mnie. – Teraz mam utrzymankę, muszę porządnie zarabiać!

Częstuję go kuksańcem w bok i obserwuję, jak podnosi telefon do ucha.

– O witam mamusię – szczerzy do mnie śnieżnobiałe zęby. Pospiesznie wykonuję gest, który ma oznaczać, że nie chcę rozmawiać z moją rodzicielką, że najlepiej to mnie nie ma w domu i jeśli tego nie załatwi, jak trzeba, będzie martwy. Marek jednak wcale nie ma ochoty wręczać mi telefonu, przez chwilę słucha paplaniny matki, by w końcu dojść do głosu. – Z Kalinką wszystko w porządku, pewnie rozładowała się jej komórka. – Podnoszę w górę kciuk na znak, że dobrze sobie radzi, ale okazuje się, że to nie koniec rozmowy. – Nie, naprawdę wszystko z nią w porządku, co prawda zwolnili ją z pracy, ale radzi sobie doskonale – temperatura mojego spojrzenia powinna ściąć mu krew w żyłach. Wyciągam rękę i usiłuję zabrać mu telefon, ale więzi mnie ramieniem. – Tak, oczywiście, że zjadła czekoladę. Nie, nie trzeba przyjeżdżać, a już na pewno nie z ciasteczkami domowego wypieku, ona ma ich teraz po same uszy. Nie, naprawdę nie trzeba. Tak, ja też uważam, że praca kobiecie wcale nie jest do niczego potrzebna, co innego mąż i dzieci. Tak, pocieszam, jak mogę! Przytulam, oczywiście, a zaraz zrobię kanapki. Dobrze, z serkiem żółtym i pomidorkiem. Dobrze, powtórzę. Ściskam – przerywa połączenie i wstaje z kanapy, by wyłączyć gwiżdżący w kuchni czajnik.

Po chwili wraca z dwoma kubkami owocowej herbaty. Oczywiście nic nie mówi, chociaż wie, że zżera mnie ciekawość, co na to wszystko powiedziała matka! Mam jednak swoją dumę, nie zapytam. Upijam łyczek herbaty i spoglądam na niego chmurnie.

– Co mówiła?

– Mamusia? Kazała cię uściskać i powiedzieć, że wspiera cię dobrą myślą.

– Naprawdę?

– Naprawdę – kiwa głową. – I jeszcze coś.

– Co?

– Że zawsze mogło być gorzej. Przynajmniej nie musisz posyłać paczek do więzienia.

Okazuje się, że Marek nie ma racji i szukanie pracy wcale nie idzie mi jak po maśle. Tydzień wertowania ogłoszeń w codziennej prasie i internecie nie przynosi żadnych efektów. Nikt nie potrzebuje bibliotekarki, nawet jeśli piecze pyszne kruche ciasteczka i potrafi od ręki malować piękne freski. Niepowodzenia sprawiają, że staję się marudna i drażliwa.

– Może ty w ciąży jesteś? – pyta dociekliwie matka, która wpada do nas każdego popołudnia, aby wraz ze mną utyskiwać na nieudolność rządu i niestabilność rynku pracy.

– Nie jestem! – oświadczam, zgrzytając zębami.

– Zachowujesz się, jakbyś jednak była. Na twoim miejscu zainwestowałabym w test.

– Nie mam pracy!

– Dyszką mogę cię poratować. – Matka najwyraźniej dochodzi do wniosku, że brak pracy wiąże się u mnie z brakiem funduszy na test ciążowy i pospiesznie gmera w zagraconej torebce w poszukiwaniu portmonetki. Widząc moje lodowate spojrzenie, porzuca jednak swój pierwotny zamysł i ostatecznie na blacie stołu kładzie dezodorant w kulce. – Gorąco dziś – mamrocze sama do siebie, machając brzegiem bluzeczki w lamparcie cętki.

– Nie potrzebuję pieniędzy, tylko zajęcia! – tłumaczę jej płaczliwym tonem. – Marek przepada w biurze na całe dnie, a ja nie umiem znaleźć sobie miejsca. Chcę robić coś pożytecznego. Czuć się potrzebna i spełniona.

Odwracam się do matki plecami i schylam do piekarnika, gdzie właśnie dochodzą apetycznie pachnące kruche ciasteczka z wiórkami czekoladowymi. Przez brak zajęcia piekę i piekę. Opanowałam już ciastka kruche, rogaliki drożdżowe i