Wydawca: Wydawnictwo Olesiejuk Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Klub podróżników w wyobraźni ebook

Pierdomenico Baccalario

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Klub podróżników w wyobraźni - Pierdomenico Baccalario

W Klimore Cove świta właśnie najdłuższy dzień. W ulewnym deszczu osnuwającym miasto szarą mgłą spokój zatoki burzą wystrzały, nagłe błyski i łomot. Ale nie chodzi o sztorm - to kule armatnie miotane bez przerwy z ośmiu działobitni Mary Grey, legendarnego okrętu kapitana Spencera.

Bliźnięta Covanant same muszą stawić czoła najgroźniejszemu z nieprzyjaciół, nie mogąc liczyć na pomoc Ulyssesa Moore'a...

To dwunasty, ostatni tom sagi Ulyssesa Moore'a.

Opinie o ebooku Klub podróżników w wyobraźni - Pierdomenico Baccalario

Fragment ebooka Klub podróżników w wyobraźni - Pierdomenico Baccalario

Spis treści

Okładka

Karta przedtytułowa

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Epigraf

1. Upadek

2. Komora celna w Krainie z Wyobraźni

3. W tarapatach…

Morice Moreau

4. List

5. Małpy z morza

JohnDoo

6. Do schronów

7. Ruszają nasi

8. Mroczne paszporty

Styczeń

9. Przebudzeni

10. Przygoda Julii

11. Tajemnica urzędu pocztowego

12. Pani burz

Pandora

13. Dolina bębnów

14. Sami

15. Radio zero

16. Więźniarka kapitana

17. Tajemna broń

Jason

18. Pod pokładem

19. Skazańcy

20. Przyjaciel zwierząt

21. Pojedynek

Julia

22. Syreny

23. Bunt

24. Wymiana

Dyrektor

25. Śpiew syren

26. Prawo morza

27. Prawo serca

Rick

28. Ostatnia podróż

Penelopa

29. Wrota przyjaciół

30. Wyjazdy

31. Ostatnie pozdrowienie

32. Przeciąg

Od Autora

Ulysses Moore

Klub Podróżników w Wyobraźni

Tytuł oryginału: Ulysses Moore. Il Club dei Viaggiatori ImmaginariAutor: Pierdomenico BaccalarioProjekt graficzny obwoluty i ilustracje: Iacopo BrunoTłumaczenie z języka włoskiego: Bożena FabianiRedakcja: Barbara Szymanek

© 2011 Edizioni Piemme S.p.A., via Galeotto del Carretto 10 15033 Casale Monferrato (AL) – Italia © 2012 for the Polish edition by Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. Wydawnictwo Olesiejuk, an imprint of Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. Międzynarodowe prawa © Atlantyca S.p.A. – via Leopardi 8, 20123 Mediolan, Włochy foreignrights@atlantyca.it www.battelloavapore.it

978-83-274-0167-0

Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 wydawnictwo@olesiejuk.pl www.wydawnictwoolesiejuk.pl

Dystrybucja: www.olesiejuk.pl

DTP: ThoT

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych, przekazywana w jakiejkolwiek mechanicznej, elektronicznej lub innej formie zapisu bez pisemnej zgody wydawcy.

I znów rzekła doń mądra Penelopa: gościu, zaiste próżne są sny, a ich mowa bez związku i nie wszystko ludziom się spełnia. Dwie są bowiem bramy zwiewnych snów: jedna z rogu, druga z kości słoniowej…

Homer, Odyseja, Pieśń XIX, w. 559-563, przełożył Jan Parandowski

Rozdział 1

UPADEK

Jason i Julia przytuleni do siebie zastygli w pobliżu schodków wykutych w skalnym urwisku Salton Cliff. Wybiegli tu, kiedy dom zaczął się trząść. Przerażający wstrząs raptownie wyrwał ich ze snu.

Potem ją ujrzeli: brygantynę. Stała na redzie przed plażą w Kilmore Cove, cała czarna z żaglami w kolorze smoły. I osiem luf armatnich wycelowanych prosto w nich.

Usłyszeli huk eksplozji prochu strzelniczego, zaraz potem świst – i blade niebo przedświtu rozbłysło nagle płomieniem.

– PADNIJ! – krzyknął Jason, pociągając siostrę na ziemię i osłaniając ją całym sobą.

W wieżyczkę Willi Argo trafiła kula armatnia, przebijając okna.

– JASON! JULIA! – wołali w panice państwo Covenant, podczas gdy dookoła nich spadał na dziedziniec deszcz szklanych odłamków.

Usłyszeli drugi świst, po nim trzeci i czwarty; pocisk rozbił doszczętnie werandę i potoczył się po dywanach w głąb domu niczym ogromna kula do gry w kręgle. Kolejny uderzył ponownie w wieżyczkę, a ostatni zatrząsł pniem stuletniego drzewa i jeszcze dymiąc, zarył się w wilgotnej ziemi ogrodu.

Julia wpatrywała się w to wszystko z szeroko otwartymi oczami. – To nie może być prawda – wyszeptała oszołomiona.

– Nie ruszaj się! – rozkazał jej brat, a sam poderwał się i szybko odbiegł.

Huk. Płomień. Świst, który zagłuszył krzyk przerażonej Julii: – JASON!

Następny pocisk przeleciał między drzewami, gdzie wcześniej stał domek Nestora, i zburzył murek.

Pani Covenant nie była w stanie powstrzymać histerycznego szlochu, choć mąż uspokajał ją, jak mógł. Ale i on rozglądał się wokół z przerażeniem, niezdolny pojąć, co się dzieje.

Potem wieżyczka przechyliła się na bok, ze zgrzytem podobnym do ryku zranionego zwierzęcia, i na starym murze Willi Argo zarysowała się głęboka szczelina.

– JASON! – wołała ciągle Julia, najgłośniej, jak tylko mogła. – DOKĄD TY LECISZ?

Ale brat jak gdyby w ogóle jej nie słyszał. Przeleciał pędem obok rodziców przytulonych do siebie w chmurze kurzu i zasypywanych odłamkami. Ojciec miał na sobie piżamę w biało-niebieskie paski, mama – długą nocną koszulę, na której widok robiło się zimno.

– Samochód, szybko! – krzyknął Jason, wskazując garaż. – Musimy stąd wyjechać samochodem! Gdzie kluczyki?

Ale kiedy popatrzył na rodziców, dostrzegł w ich oczach kompletne zagubienie. Nie rozumieli go, jakby mówił w jakimś obcym języku. W jednej chwili dotarło do niego, że musi działać sam: wbiegł do kuchni, rozejrzał się i znalazł klucze na zwykłym miejscu, na tacce z podręcznymi drobiazgami. Chwycił je i rzucił ojcu, a ten złapał je wprawdzie, lecz przyglądał się im, jakby pojawiły się w jego rękach za sprawą jakichś czarów.

– Musimy uciekać! Szybko! Jesteśmy pod ostrzałem! – wyjaśnił rzeczowo Jason z udawanym spokojem.

Pan Covenant ciągle wpatrywał się w kluczyki od samochodu. – To znaczy, że… co mówiłeś, Jasonie?

Ale syn ponownie zniknął wewnątrz domu. Huk. Świst. Kolejny wybuch i krzyk przerażenia państwa Covenant.

Samochód w garażu.

Tak, samochód to dobry pomysł.

– Julio, biegiem! Tędy! – ocknął się pan Covenant, ciągnąc żonę przez ogród.

Jason przebiegł przez kuchnię jak w transie, tak skupiony na tym, co chciał zrobić, że niczego wokół siebie nie słyszał. Wpadł do pierwszego pokoju, gdzie zobaczył armatni pocisk, który zniszczył werandę i pozostawił na dywanie jeszcze dymiącą szramę. Chłopiec nie potrafił się oprzeć pokusie, by go nie dotknąć: pragnął tego, odkąd obejrzał swój pierwszy film o piratach. Był ciekaw, czy te żelazne kule…

– Aj! – wrzasnął, cofając gwałtownie rękę.

Przynajmniej ta ciekawość została zaspokojona: armatnie kule bezpośrednio po wystrzeleniu parzyły.

Pobiegł dalej. Minął drugi salonik, kamienną komnatę z Wrotami Czasu i dotarł do schodów. Próbował nie patrzeć na mnóstwo bibelotów rozsypanych na podłodze, na zrzucone albo krzywo wiszące na ścianie obrazy. Po kilku pierwszych stopniach nagle przystanął: usłyszał daleki pomruk, a potem coraz to głośniejszy świst nadlatującego pocisku.

Instynktownie kucnął na schodach i osłaniając głowę rękami, czekał na wybuch.

„Nie teraz!” – błagał w myślach, kiedy coś wybuchło kilka metrów nad jego głową. Lustro na szczycie schodów stłukło się w drobny mak i na Jasona spadł istny deszcz małych, ostrych, szklanych drzazg. Odczekał kilka chwil, pochylił się i ruszył dalej biegiem po schodach.

Kula armatnia trafiła dokładnie w sam środek lustra i do połowy zaryła się w ścianie, na której wisiało. Każdy srebrzysty kawałeczek odbijał twarz chłopca. Była odmieniona z powodu napięcia, ale w jego oczach płonęła wściekła determinacja.

Obrócił się: drzwi prowadzące do wieżyczki leżały na boku, wyrwane z futryny, a z tego, co pozostało po pracowni Ulyssesa Moore’a, szedł lodowaty podmuch. Mimo ryzyka Jason przeszedł nad wyrwanymi drzwiami i wszedł do środka.

Pokoik w wieżyczce był niebezpiecznie przechylony na bok. Podłoga otworzyła się niczym łupina mandarynki i belki wyglądały jak połamany na kłujące kawałki wachlarz. Stół, krzesła, kufry, modele okrętów, dzienniki i wszystkie skarby Ulyssesa Moore’a leżały na stercie w najodleglejszym kącie. Jason uchwycił się futryny drzwi i z trudem opanował zawrót głowy.

– Nie – powiedział sobie. – Nie teraz.

Przez wybite okna widział zatokę Kilmore Cove, ciemne morze i zakotwiczony okręt z całkowicie czarnymi żaglami. Las drżących pochodni oświetlał pokład okrętu, na którym dziwaczna załoga złożona z małp uwijała się gorączkowo przy ośmiu pokładowych działach.

Jason spróbował policzyć, ile do tego momentu słyszał wystrzałów: pocisk, który rozbił lustro, był chyba siódmy. Nie, ósmy, licząc też ten, który ich zbudził.

Zastanawiał się, czy na okręcie znowu ładują działa, bo już od dłuższej chwili nie słychać było ani wystrzałów, ani świstu armatnich kul. Z zewnątrz dochodziły tylko odgłosy kroków na żwirze, warkot zapuszczanego silnika w aucie, pełen niepokoju głos jego matki, która go nawoływała: – Jason! Gdzie jesteś? Jason!

W tej chwili podłoga wieżyczki uniosła się raptownie i przechyliła jeszcze bardziej na bok. Kufer Ulyssesa Moore’a zaczął się zsuwać po powstałej pochyłości, przewrócił się, otworzył, wysypując górę papierzysk i notesów zapełnionych rysunkami. Jason zdecydował z bólem w sercu, że jest za mało czasu na ratowanie także i tego. Zacisnął zęby, wysilił wzrok i dostrzegł wreszcie przedmiot, po który tutaj przybiegł.

Zobaczył ją w najdalszym kącie, całkiem w głębi, w stosie książek i potłuczonych doniczek: pozytywka o dziwnym ośmiokątnym kształcie, rodzaj karuzeli z ośmioma łódeczkami zamiast koni. Przez długi czas był to po prostu jeden z tysięcy przedmiotów zapełniających szuflady, szafy, półki i zakamarki Willi Argo. Jedna z niezliczonych pamiątek uzbieranych podczas wielu, wielu lat podróży po miejscach rzeczywistych i w Wyobraźni. Ale właśnie poprzedniego wieczoru spędzonego u Blacka Wulkana Jason i Julia odkryli, że ta pozytywka była starą pamiątką rodzinną, prezentem od niejakiej Elisabeth Kapler dla Johna Joyce’a Moore’a, ojca Ulyssesa. Przedmiotem, który skrywał wielką tajemnicę.

Spróbował oprzeć stopę na tym, co pozostało z podłogi pokoju, i nacisnął ją z całej siły, by sprawdzić wytrzymałość wieżyczki. Poczuł, jak się trzęsie i dygocze, jakby miała zamiar zaraz runąć, ale – nie do wiary – wytrzymała! Stare mury Willi Argo trzymały się! Jason zaryzykował drugi krok, po czym kucnął i zaczął posuwać się na czworakach. Szedł bardzo, bardzo powoli, nie spuszczając oka i z podłogi, i z okrętu w zatoce.

Czy to możliwe, że okręt przypłynął po tym, jak uruchomili pozytywkę? Może to był i głupi pomysł, ale przekonał się już, że nie należy wykluczać żadnej hipotezy, nawet najbardziej zwariowanej.

A jeśli to pozytywka spowodowała pojawienie się tego przeklętego okrętu, to może udałoby mu się za jej pomocą odesłać okręt tam, skąd przybył. Był tylko jeden sposób, by się o tym przekonać. Sunął dalej po podłodze i zbliżył się jeszcze trochę do stosu przedmiotów w głębi pokoju…

– Jason! – Wołania zaniepokojonych rodziców zagłuszył nagle przeraźliwy huk.

Chłopiec znowu wyjrzał przez okno i ujrzał przez moment dwa języki ognia odbijające się w morzu.

– Nie... – mruknął przez zaciśnięte zęby.

Oparł stopy o otwarty kufer w rogu pokoju. Ledwie zdążył dwa razy mrugnąć, kiedy usłyszał brzęk tłuczonego szkła i mnóstwo głuchych plaśnięć. Kolejna kula armatnia trafiła dokładnie w bibliotekę z boku wieżyczki.

– Do diabła! – Jason rzucił się szczupakiem do przodu.

Jego palce przesunęły się po starym skórzanym kufrze nabitym mosiężnymi guzami, znalazły kartki z książki, drewniany kadłub jednego z modeli okręcików, jakie dawny właściciel lubił robić, i w końcu…

Następna kula armatnia wpadła pomiędzy klomby w ogrodzie, wykopując głęboką bruzdę w zimnej jeszcze ziemi. Cała konstrukcja wieżyczki znowu się zatrzęsła i jeszcze bardziej przechyliła. Dzienniki, obrazy, posągi i krzesła wyleciały przez rozbite okna, potoczyły się po dachu i spadły na dziedziniec.

Jasonowi zaparło dech. Nagle został przygnieciony do ściany przez coś, co uniemożliwiało mu ruchy, ale nie poddał się: nie przestawał szperać wolną ręką wśród zwalonych na stos przedmiotów i w końcu wyczuł pod palcami kanciastą bryłę pozytywki. Wyciągnął ramię najdalej, jak mógł, i pomalutku, centymetr po centymetrze zaczął ją przyciągać do siebie. Dotknął jej drugiego boku i po wielu wysiłkach zdołał ją wsunąć sobie w dłoń.

– Nareszcie! – wysapał radośnie.

– JASON! – Tym razem to był głos Julii.

Jason chwycił pozytywkę, pomyślał: „Już idę”, spróbował się jakoś wyswobodzić i raz jeszcze pomyślał: „Już idę”. Starał się skierować w stronę drzwi nad sobą, ale gdy tylko posunął się o pół kroku w tę stronę, drewniane belki łączące rusztowanie wieżyczki z główną częścią domu nagle pękły.

Po chwili, która wydawała się wiecznością, wieżyczka Willi Argo obróciła się i zwaliła na ziemię.

Rozdział 2

KOMORA CELNA W KRAINIE Z WYOBRAŹNI

– Jesteście we właściwym miejscu – stwierdziła urzędniczka blondynka w Biurze Podróżników w Wyobraźni na Świecie.

– Musicie wypełnić ten formularz po przeczytaniu regulaminu – dodała ruda urzędniczka z miłym uśmiechem.

– Ale Nić Ariadny do Mrocznych Portów przyznaje się tylko podróżnikom pełnoletnim – dorzuciła urzędniczka szatynka, nawet na nich nie patrząc.

– Hej, chwileczkę! Ja jestem pełnoletni! – zaprotestował mały Flint, bezwstydnie kłamiąc.

– Ciii… – uciszył go Nestor, stojący obok. – Pozwól, że ja to załatwię.

Mały Flint się naburmuszył, ale usunął się na bok. Co za idiotyczna sytuacja! Krążą już od wielu godzin po różnych urzędach w Labiryncie Miejsc z Wyobraźni i ciągle nie udaje im się pokonać tej straszliwej biurokracji. I co gorsza, odkąd tu przybyli przez wulkan na wyspie będącej więzieniem kapitana Spencera, nie mieli niczego w ustach.

Stary ogrodnik pokuśtykał do lady, usiłując patrzeć jednocześnie na wszystkie trzy półpostaci urzędniczek opatrzone jednakowymi identyfikatorami niczym obiekty muzealne: Irena (blondynka), Dike (ruda) i Eunomia (szatynka). Siedziały tuż koło siebie rozdzielone jedynie zasłoną z kolorowych nici – poplątaną siatką, która pokrywała tu wszystko: sufit, ściany, podłogę. Od strony lady nici były przywiązane do dziesiątków haczyków, po czym ginęły gdzieś w głębi pomieszczenia.

To właśnie po to Nestor i jego mały towarzysz odbyli taką długą drogę: jak się bowiem dowiedzieli, Nici Ariadny były jedynym sposobem, żeby nie zabłądzić w niekończących się meandrach Labiryntu.

Urzędniczka blondynka nosiła śmieszne okulary w kształcie motyla i zarządzała dziesiątką białych szpulek, ustawionych jedne na drugich niczym serwis kieliszków do szampana. Jej sąsiadka, ruda, tonęła w słownikach, repertoriach, tomach i spisach, regulaminach i kodeksach. Na ich widok Nestor natychmiast pomyślał o swoich książkach w Willi Argo i westchnął ciężko, kiedy urzędniczka szatynka uniosła nożyczki, odcięła jedną z licznych nici, jakie miała koło siebie, i podstemplowała jakąś kartkę.

– Faktem jest, proszę pań… – zaczął stary ogrodnik, siląc się na spokojny ton – że krążymy po różnych urzędach od pewnego czasu i…

– Tu czas się nie liczy, mój panie – zauważyła szatynka, odcinając następną nić.

Nestor wziął głęboki oddech. – Ale my w każdym razie jesteśmy mocno spóźnieni i musimy… po prostu musimy… dotrzeć do tych Mrocznych Portów, rozumiecie?

Blondynka kiwnęła głową na znak, że doskonale zrozumiała. Ruda spojrzała na nią. Szatynka odcięła kolejną nić.

– Ogólnie rzecz biorąc, żeby się streszczać, panowie kartografowie odesłali nas do was, po Nić Ariadny… w kolorze czarnym, jeśli się nie mylę.

– Właśnie tak! – zaszczebiotała blondynka, chwytając czarną nić spośród wielu, jakie ją otaczały.

Nestor się uśmiechnął. – Doskonale. Zatem się zrozumieliśmy.

– To oczywiste, że kartografowie przysłali was tutaj – podjęła ruda. – To do nas należy wydawanie Nici.

– I kontrolowanie daty ważności – mruknęła szatynka, odcinając kolejną nić i stemplując kartę.

Nestor odchrząknął. – No to się zgadzamy. Potrzebujemy Nici czarnej dla dwóch osób i…

– Niestety, według regulaminu to niewykonalne – przypomniała ruda, wskazując małego Flinta. – Żadnych dzieci w Mrocznych Portach!

– Nie jestem dzieckiem! – znowu zaprotestował mały Flint.

– Dlaczego niewykonalne? – zapytała blondynka, nie całkiem zorientowana.

Ruda otworzyła na chybił trafił parę kodeksów i kodycyli, po czym przeczytała interesujący ją ustęp: – W paragrafie czterdziestym piątym Zasad wykładni załącznika samseszukajnego ubzduranego konkordatu jest powiedziane, że „oseski” mogą najwyżej dostać Nić białą; „dzieci” – różową, zieloną, pomarańczową i niebieską; „wyrostki” – czerwoną i amarantową. Kobieta podniosła wzrok sponad tysiąca słów, jakie zapełniały regulamin, i podsumowała:

– W każdym razie możemy przyznać czarną Nić Ariadny tylko „staremu”.

Kiedy ogrodnik z Willi Argo usłyszał, jak go urzędniczka nazwała, nie wytrzymał.

– Uważaj, z kim mówisz! – wybuchnął. – Wcale nie jestem stary!

– Widzi pan? – podjudzał go mały Flint. – Te trzy tutaj nas obrażają!

– A mogę wiedzieć, ile pan ma lat? – spytała szatynka.

Nestor jej odpowiedział i blondynka zawołała: – Ależ pan się doskonale trzyma!

– Formalnie – ciągnęła tymczasem ruda bez mrugnięcia okiem – w paragrafie sześćdziesiątym pierwszym pański wiek został określony jako „prawie zgrzybiały starzec”. Co daje panu prawo do specjalnej zniżki i bezpłatnego plecaka.

– Nie chcę żadnego głupiego plecaka! – wściekł się Nestor. – Chcę tylko moją Nić!

– Ależ proszę, niech go pan weźmie – nalegała blondynka, podsuwając mu piękny pojemny plecak. – Jest bardzo praktyczny!

– A ty wróć tutaj, kiedy dobijesz do właściwego wieku, dobrze, kurdupelku? – zakończyła ruda urzędniczka, zwracając się do małego Flinta, który zapytywał się w duchu, dlaczego, u licha, nie ma przy sobie miotacza ognia.

Nestor przyjrzał się uważnie najpierw plecakowi, a potem chłopakowi. Kto wie, może gdyby tak docisnąć porządnie, dałoby się go tu wepchnąć…

– Teraz muszę panu zadać kilka pytań… – odezwała się blondynka.

Stary ogrodnik spojrzał na nią z pytającą miną.

– Więc… Jest pan pewien, że chce się pan udać do Mrocznych Portów? A wie pan, że to są miejsca bardzo niebezpieczne i że nie można z nich wrócić?

– Tak, wiem – skłamał Nestor.

– Z jakiego powodu zamierza pan się tam udać? – zapytała jeszcze blondynka.

– Poszukuję pewnej osoby.

– A mógłby pan to sprecyzować? Czy szuka pan monstrum? Czy demona? A może mordercy?

– Szukam żony.

– A zatem pańska żona jest obywatelką Mrocznych Portów – wywnioskowała blondynka. – A co dokładnie robi? Podrzyna gardła? Jest trucicielką? Seryjną zabójczynią?

– Nie, nic z tych rzeczy! Ja… – Nestor się żachnął. – Sądzę, że została porwana.

– Więc porywaczka – podsumowała blondynka, zaznaczając odpowiednią rubrykę na formularzu.

Nestor chciał zaprotestować, ale dał spokój.

– Czy był pan kiedyś zaaresztowany w którymś z Miejsc z Wyobraźni? – zapytała urzędniczka.

– Co takiego?

– Są pewne drobne korzyści, jeśli odpowie pan, że tak.

– Nie. Nie. Nigdy nie byłem aresztowany.

– Czy kiedykolwiek był pan zamieszany w szpiegostwo, sabotaż, pogwałcenie przepisów eksportowych Przedmiotów z Wyobraźni czy w jakąkolwiek inną nielegalną działalność?

– Ja… nie… znaczy… przywiozłem do domu jakieś pamiątki, ale nic więcej!

– I zrobił to pan nielegalnie?

– Czy ja wiem! Kupiłem je albo… wymieniłem na jakieś inne. Podobały się mojej żonie i…

– Piszę „nielegalnie”, a potem na końcu poprawimy – ucięła blondynka. – Kiedy już pan będzie w Mrocznych Portach, czy ma pan zamiar podjąć działalność terrorystyczną przeciwko innym Miejscom z Wyobraźni? Czy kiedykolwiek pan organizował lub popierał całkowite zniszczenie Miejsca z Wyobraźni? Czy kiedykolwiek uniknął pan lub próbował uniknąć płacenia podatków w Miejscu z Wyobraźni?

Nestor uznał, że ma tego dosyć. – Niech pani posłucha, kiedy się skończy ta błazenada?! – wybuchnął.

– Niech pan odpowie: tak czy nie?

– Nie. A w każdym razie, jeżeli nie zapłacę podatku, z pewnością nie przyjdę z tym do pani!

Blondynka zapisała energicznie jeszcze kilka linijek, potem podała papier rudej, ta go ostemplowała i zwróciła koleżance.

Następnie papier wręczono Nestorowi.

– Gotowe – powiedziała blondynka z uśmiechem.

– To już wszystko? – zapytał ogrodnik, wpatrując się gniewnie w formularz.

– Zaniesie to pan do urzędu tu obok, żeby uzyskać wizę – wyjaśniła ruda. – Tymczasem my przygotujemy pańską szpulkę czarnej Nici. Wróci pan z podstemplowaną wizą i będzie mógł za szpulką iść aż do bramy Mrocznych Portów.

– A kiedy pan tam dotrze, ja obetnę Nić – dodała szatynka, unosząc wymownym gestem nożyczki.

– A potem… jak wrócę? – zapytał speszony Nestor.

– Jak pan wróci? – spytała blondynka, patrząc ze zdumieniem na swoje koleżanki.

– Obawiam się, że zaszła pomyłka, proszę pana – wtrąciła ruda.

– Nikt nigdy nie wrócił z Mrocznych Portów – odezwała się szatynka.

– Tak. Nikt nigdy – potwierdziła blondynka.

– Tu chodzi o przepustkę ważną tylko w jedną stronę – podsumowała ruda.

Rozdział 3

W TARAPATACH...

Jason Covenant ledwie wierzył w swoje szczęście; udało mu się! Znalazł ją!

Zawisł na dachu Willi Argo, trzymając się jedną ręką tego, co jeszcze przed chwilą było progiem w drzwiach do wieżyczki. Na miejscu ulubionego pokoju Ulyssesa Moore’a była teraz przeraźliwa wyrwa, nad którą dyndały niebezpiecznie nogi chłopca.

Jason usłyszał jeszcze odgłos ostatniej salwy armatniej i łoskot walącej się na dziedziniec wieżyczki. Zadrżał. Zimne powietrze bladego świtu wciskało się pod sweter i piżamę, której nie zdążył z siebie zdjąć.

Wyciągnął rękę z pozytywką i wrzucił przedmiot do wnętrza domu, potem uchwycił się mocniej deski progowej i wysiłkiem obu ramion podciągnął do góry.

Był w domu. Otrzepał się nerwowo i wtedy zdał sobie sprawę, że z emocji szczęka zębami. Światło elektryczne jakby oszalało: to się zapalało, to gasło bez żadnego powodu.

Przez drzwi biblioteki wylatywały luźne kartki z książek i jakieś papiery, które opadały niczym umierające motyle na to, co jeszcze zostało z podłogi na korytarzu.

W końcu dotarły do niego niespokojne okrzyki z zewnątrz: rozpoznał głosy rodziców i siostry. Wołali go.

Dał sobie kilka sekund na oddech, odkaszlnął, nabrał w płuca tyle powietrza, ile tylko mógł, i odpowiedział głośno: – Nic mi nie jest! Zaraz schodzę!

Następnie ukrył pozytywkę pod ubraniem i przeskoczył przez rumowisko wokół stłuczonego lustra. Przeszedł przed drzwiami biblioteki, ale nie zajrzał do środka. Na korytarzu górnego piętra zauważył, że klapa prowadząca na poddasze podczas wstrząsów się otworzyła.

Siedziba strażników Kilmore Cove.

Wszystko, co tu przez lata przechowywano, wszystkie tajemnice znikły na zawsze…

Próbował o tym nie myśleć i dotarł do pokoju siostry. Otworzył drzwi. Pachniało tam rumiankiem i syropem od kaszlu. Spróbował włączyć światło, ale bez skutku. Zaczął więc po omacku szukać czegoś, co Julia znalazła prawie przypadkiem w szufladce komody, na dole, w miasteczku. To się wydarzyło zaledwie kilka dni wcześniej, a teraz wydawało się jakby przed laty.

Z zewnątrz dochodził uparty dźwięk klaksonu, który pan Covenant wściekle naciskał. Z ciężkim sercem Jason uznał, że musi zrezygnować z dalszych poszukiwań.

Zbiegł pospiesznie na dół po chwiejących się niebezpiecznie schodach, przeskoczył przez tapczan na werandzie i wypadł na podwórze. Otoczyła go chmura pyłu i śmieci. W oddali zobaczył dwa tylne czerwone światła samochodu.

Pan Covenant stał obok auta przy otwartych przednich drzwiach i ręką naciskał klakson.

– Jason! Czy chcesz nas przyprawić o zawał serca? – zawołał na widok syna.

Nic nie mówiąc, Jason podbiegł do ojca i uścisnął go. Ojciec oddał mu uścisk, przytulając do siebie tak mocno, że omal go nie udusił.

– Jedziemy, szybko! – powiedział, otwierając drugie drzwiczki. Z wnętrza auta płynęło ciepłe światło, stwarzające wrażenie bezpieczeństwa.

Jason rzucił się na tylne siedzenie obok Julii, która wpatrywała się w niego w milczeniu z oczami ciągle pełnymi lęku. Uściskała go. Pani Covenant siedziała z przodu i spoglądała na dzieci, trzymając dłoń na ustach, niezdolna do wyrażenia kłębiących się uczuć, jakie ją w tym momencie ogarnęły.

Pan Covenant włączył pierwszy bieg i samochód ruszył. Chwilę potem rozległ się grzmot, między drzewami błysnął płomień i kolejna kula armatnia uderzyła w Willę Argo.

Jason i Julia obrócili się po raz ostatni, by spojrzeć na stary dom na urwisku. Stał tam, dostojny i zraniony, wśród stosu gruzu i szkła z roztrzaskanej wieżyczki, z uniesionym dachem, uszkodzonym poddaszem, a ze ślepych okien ciągle wyfruwały karty z książek ze zbioru Ulyssesa Moore’a.

– To się nie dzieje naprawdę… – szepnęła Julia.

Jason już nie chciał na to patrzeć. Zawsze myślał, że ten dom jest żywy albo że mieszka w nim duch opiekuńczy, ten sam, który co noc przestawiał meble i ustawiał na swoim miejscu bibeloty w gablotkach. Duch, który powinien był przeszkodzić temu, co się działo. Widok był tak przejmująco smutny, że serce mu się ścisnęło.

Walczył w obronie tego domu. Najpierw z Obliwią, potem z Podpalaczami, wreszcie z doktorem Bowenem i kuzynami Flint. To niesprawiedliwe, że tak się to kończy.

Nie mogło się tak kończyć.

Coś delikatnie zaczęło bębnić w szyby.

– Jeszcze nam tylko deszczu brakowało! – zawołał zniecierpliwiony pan Covenant, włączając wycieraczki. Na przedniej szybie pojawiły się grube smugi brudu.

– Nic nie widać! – zawołała nerwowo jego żona.

– Wiem! Wiem, do diabła! – krzyknął poirytowany pan Covenant, skręcając w drogę schodzącą do Kilmore Cove. Nagle przystanął.

– Można wiedzieć, dokąd jedziesz?

Pan Covenant włączył i wyłączył trzykrotnie wycieraczki, zanim znowu ruszył. – Do miasteczka!

– KTOŚ STRZELA DO NAS Z ARMATY – krzyknęła pani Covenant – A TY CHCESZ JECHAĆ DO MIASTECZKA?!

– Może potrzebują pomocy! – odpowiedział mąż.

Pani Covenant złapała go za rękę. – To nieważne! Musimy myśleć o sobie! Musimy uciekać!

Jason pokręcił głową. „Uciekać?” Bitwa się dopiero zaczęła, nie mogli akurat teraz odjechać! Spojrzał na Julię: mimo wszystko oni ciągle byli strażnikami Kilmore Cove!

Siostra odpowiedziała mu spojrzeniem i nachyliła się, by objąć matkę na przednim siedzeniu.

– Tato ma rację – rzekła łagodnie. – Oni by nas nie pozostawili bez pomocy…

Pani Covenant zaczęła cicho płakać. – Wiem… – powiedziała półgłosem.

Przez chwilę nikt nic nie mówił, gdy pan Covenant bardzo wolno zjeżdżał z urwiska Salton Cliff w stronę Kilmore Cove, usiłując coś zobaczyć przez zabrudzoną szybę.

Nagle zachmurzone niebo rozświetliła błyskawica, która pojawiła się nad morzem niczym elektryczne drzewo. Rozszalała się ulewa. Wycieraczki nie nadążały usuwać wody.

– Nie powinniśmy byli się tu przenosić… Nie powinniśmy… – łkała pani Covenant. – My jesteśmy mieszkańcami dużego miasta…

Potem, kiedy rozległ się grzmot, zamilkła.

Siedzący z tyłu Julia i Jason przysunęli się do siebie.

– Zabrałaś zeszyt? – zapytał szeptem Jason.

Przytaknęła. – A ty znalazłeś pozytywkę?

– Tak. Sprawdź, czy ktoś jest…

Julia otworzyła zeszyt-książeczkę Morice’a Moreau, za którego pośrednictwem mogła się porozumieć z innymi czytelnikami takiej samej książeczki. Przekartkowała go pospiesznie, ale nie znalazła nikogo czytającego w tym momencie. Ani Anity, ani Malariusza Wojnicza, ani też Ostatniej.

– Nie ma nikogo. Pewnie wszyscy śpią.

– Wojnicz też? – zdumiał się Jason. – Nie zbudziły go nawet armatnie strzały?

Kiedy zjeżdżali serpentynami z urwiska, przyjrzeli się uważniej czarnej brygantynie tkwiącej nieruchomo na środku zatoki: wszystkie małpy z jej dziwacznej załogi nosiły marynarskie ubrania z podkasanymi nogawkami i rękawami. Jedne przeskakiwały z masztu na maszt, inne biegały po pokładzie i zapalały lonty dział wielkimi pochodniami. Dwie szalupy spuszczone na wodę kierowały się w stronę portu, ale z tej odległości dzieci nie mogły rozróżnić, czy prowadzili je ludzie czy też małpy.

Jedynym człowiekiem, którego można było z pewnością rozpoznać, był kapitan okrętu.

Nie było wątpliwości.

– To kapitan Spencer – szepnął Jason pod nosem.

A Julia przytaknęła.

Rodzeństwo ścisnęło się za ręce dla dodania sobie odwagi.

Jason przebiegł w myślach wszystko, co Black Wulkan im opowiedział poprzedniego wieczoru, usiłując znaleźć jakiś związek między wydarzeniami ostatnich tygodni i pojawieniem się brygantyny: ucieczka Nestora, tragiczna śmierć doktora Bowena, zalanie miasteczka, ich powrót z Arkadii przez Labirynt… Ale jakkolwiek się wysilał, nic z tego nie wynikało.

Julia tymczasem patrzyła na odcinek drogi przed nimi przez brudną przednią szybę i obliczała, kto spośród przyjaciół pozostał w Kilmore Cove. Nestor zniknął, zabierając ze sobą cztery klucze. Leonard i Kalipso byli od tygodni na morzu. Anita Bloom wróciła do Londynu z ojcem i braćmi Nożycami. Rick i Tommaso przebywali jeszcze w Wenecji 1751 roku…

Poczuła dreszcz przebiegający po krzyżu. Prawda była taka, że zostali w Kilmore Cove sami i oprócz Blacka Wulkana mogli liczyć tylko na siebie.

Ulewa coraz silniej smagała ulice i pan Covenant jeszcze zwolnił. Za kolejnym zakrętem zaczęły ukazywać się pierwsze domy miasteczka. Poprzez szarą ścianę deszczu widać było zapalone światła i tłum stłoczonych parasoli na ulicach. Wszyscy mieszkańcy, którzy usłyszeli huk armat bijących w szczyt urwiska, wybiegli zobaczyć, co się dzieje.

– Spójrzcie tylko! – zawołał pan Covenant, kiedy ujrzał zatłoczony deptak wzdłuż morza. Na widok takiego tłumu poczuli się podniesieni na duchu i trochę mniej samotni.

Jason szukał wzrokiem tych dwóch szalup, które dostrzegł z góry, ale nigdzie nie mógł ich zobaczyć. Czyżby już dobiły do portu? Oparł czoło o szybę i osłonił obiema rękami oczy, żeby lepiej widzieć. Brygantyna zaczęła się obracać, kapitan Spencer zakasywał rękawy, małpy przygotowywały następne kule do armaty.

– Tato, czy nie mógłbyś trochę przyspieszyć? – poprosił Jason, gnany ciekawością, co się dzieje.

– Oczywiście, proszę bardzo – odpowiedział pan Covenant i nagle dodał gazu.

Niespodziewany wybuch sprawił, że podskoczyli wszyscy czworo.

– Co to było? – spytała przejęta pani Covenant. – Piorun?

Po chwili następny.

Długie smugi ognia przecięły niebo nad miasteczkiem. Ludzie na plaży zaczęli krzyczeć i rozbiegać się w panicznej rozsypce parasoli. Pierwsze pociski spadły na domy i wszystkich ogarnął popłoch.

– ROBERT! NIE! ZAWRACAMY! – zawołała pani Covenant, chwytając się męża.

– A DOKĄD? – odkrzyknął pan Covenant. Uczepił się kurczowo kierownicy, mając u boku żonę, która przywarła mu do ramienia, uniemożliwiając ruchy, całkiem jakby chciała się jeszcze trzymać ostatnich okruchów normalnej rzeczywistości. Wyglądali jak dwa manekiny znieruchomiałe ze strachu.

– Tato, uważaj! – krzyknął w pewnej chwili Jason, wskazując ulicę przed nimi.

– ROBERT!

Pośrodku jezdni pojawiła się nagle grupa dziwnych postaci. Pan Covenant nacisnął klakson, żeby ustąpiły, i gwałtownie skręcił, hamując, ale samochód wpadł w poślizg na mokrym asfalcie, sunąc jak sanki po lodzie, aż wyskoczył z jezdni na skarpę od strony plaży. Zderzak grzmotnął w skałę, pojazd przemknął między krzakami i głazami, ześlizgując się po zboczu na samą plażę, a na końcu zarył się maską w piachu.

Wszystko to rozegrało się w zaledwie kilka sekund, ale zdawało się, że trwa wieczność.

Światła zgasły, silnik też i pozostało tylko bębnienie deszczu o dach i szalone ruchy wycieraczek.

– Robert? – spytała pani Covenant w nieustannym szumie ulewy.

– Miriam? – zapytał z kolei mąż.

– Dzieci, jak tam? W porządku?

Ktoś biegł wzdłuż wybrzeża po tej samej stronie, gdzie wypadli z jezdni.

Państwo Covenant mieli jeszcze w oczach obraz tych postaci, które pojawiły się znikąd w świetle latarni.

Szpady.

Włosy.

Ogony.

– Dzieci? Wszystko w porządku tam, z tyłu?

Coś zaskrobało o drzwiczki. Czyjeś kroki i osuwające się kamienie.

Pani Covenant obróciła się akurat w chwili, w której ktoś czy coś turlało się po dachu samochodu.

– ROBERT!

Zardzewiała szabla roztrzaskała z łoskotem przednią szybę.

– MIRIAM!

Przez szyby państwo Covenant ujrzeli dziesiątki przygarbionych postaci, które otoczyły samochód.

– Dzieci! Dzieci zniknęły!

Rozdział 4

LIST

Malariusz Wojnicz zbudził się znienacka. Wydawało mu się, że dom pani Stelli się trzęsie. Jak podczas trzęsienia ziemi.

W ciemności pomału wymacał szafkę nocną, żeby zapalić lampkę. Chwycił za gruszeczkę z przyciskiem lampki, ale nie nacisnął go i pozostał tak na półodkryty, z odsuniętą pościelą, jeszcze oszołomiony snem.

Może to mu się tylko przyśniło?

Nasłuchiwał i pierwsze, co wyraźnie usłyszał, to odgłosy deszczu za oknem. Oto i wyjaśnienie, powiedział sobie, wypuszczając przycisk lampki i wsuwając się na powrót pod koce. Ten huk, który dopiero co usłyszał, to nie było nic innego jak zwykły grzmot.

Położył się na boku, ponieważ sterta ciężkich koców nie pozwalała mu na swobodne wyciągnięcie stóp, i wsunął ręce pod poduszkę. Napawał się tym miłym uczuciem dobrowolnego uwięzienia w cieple.

To była jedna z tych zwykłych burz, które…

Kolejny straszny huk. Potem łoskot. I cała posadzka domu zatrzęsła się, jakby była zrobiona z masy papierowej. Malariusz Wojnicz skoczył na równe nogi na materacu, opatulony kocami jak płaszczem.

Huk ucichł, ale przez kilka niekończących się chwil szklanki, naczynia i srebra pani Stelli nadal drżały.

Piorun musiał trafić dokładnie w ich dom!

Zszedł z łóżka i powlókł się z kocami do okna. Zerknął przez okiennice i zobaczył jakichś ludzi biegnących ulicą. Słyszał, że krzyczą, ale szum ulewy przeszkodził mu w zrozumieniu słów. Potem przeniósł wzrok na dom naprzeciwko i zauważył, że jedna ściana zawaliła się: ze świeżo powstałej wyrwy wzbiła się chmura dymu i kurzu.

– Straszne… – szepnął Wojnicz z przejęciem.

Koce zsunęły się z niego na podłogę, a on zaczął mocować się z gałką przy oknie, aż udało mu się je otworzyć. Szum deszczu się nasilił.

Odepchnął okiennice i stulił dłonie wokół ust, żeby krzyknąć: „Co się tu dzieje?” – ale pytanie zamarło mu na ustach. Spoglądając w niebo, zobaczył jakieś świetliste łuki przecinające zasłonę z burzowych chmur, usłyszał świsty kul armatnich spadających na domy i łoskot walących się murów.

Z wrażenia stracił równowagę. Upadł na ziemię i zaczął chodzić na czworakach po pokoju, usiłując zrozumieć to, co przed chwilą zobaczył.

Z otwartego okna zawiewało mu na plecy strugi deszczu i słyszał krzyki.

Odnalazł po omacku swoje ubranie, włożył je byle jak, na łapu-capu, żeby tylko jak najprędzej, i już miał opuścić pokój, gdy w ostatniej chwili przypomniał sobie o zeszycie Morice’a Moreau i kartkach swego rękopisu Serce nie sługa.

Zeszyt wcisnął do kieszeni, a powieść zwinął w rulon i wsunął pod sweter, i chwiejnym krokiem wyszedł na korytarz.

Odniósł wrażenie, jakby cały dom pani Stelli przekrzywił się od samych fundamentów i kołysał niczym okręt. Głowy wypchanych zwierząt wyglądały, jakby miały za chwilę wyskoczyć ze ścian.

Nagle zobaczył drżące światełko w półmroku górnego piętra.

– Pani Stello? – zapytał.

Kolejny huk zatrząsł całym domem jak kryształowym kielichem. Koński łeb oderwał się od ściany i potoczył po schodach w podrygach.

– O nieba! – zawołała pani Stella na górze.

Wojnicz pobiegł jej na spotkanie i znalazł ją skuloną w rogu korytarza ze świecznikiem w ręce. Słabe światło świecy padało jej na twarz.

– Nic pani nie jest? Proszę wstać, ja pani pomogę.

Wystraszona stara nauczycielka podniosła wielkie jasne oczy i napotkała tuż przed sobą świńskie oczka swojego gościa.

– Och, co za katastrofa, panie Wojnicz… – westchnęła ciężko starsza pani, chwytając się jego ramienia. Dźwignęła się i stanęła chwiejnie na nogach, krucha i bezbronna.

– Proszę mi dać to światło… – szepnął łagodnie Wojnicz.

– Tak, tak, oczywiście.

– I proszę coś na siebie włożyć. Musimy… – Prawdę mówiąc, Wojnicz nie miał zielonego pojęcia, co musieli zrobić, ale myśl, że mogliby zostać uwięzieni w bombardowanym domu, zupełnie mu się nie podobała. – Musimy stąd uciekać.

– Atakują nas, prawda? – zapytała nauczycielka, jakby to było coś najbardziej naturalnego na świecie. – Ba, wcześniej czy później to musiało nastąpić.

Wojnicz otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć, ale słowa ugrzęzły mu w gardle.

– Na miłość boską – powiedziała pani Stella. – Gdyby tylko żył mój mąż…

– Chodźmy już stąd – nalegał Wojnicz.

Stara nauczycielka przytaknęła, podniesiona trochę na duchu obecnością mężczyzny, a zarazem zagubiona we własnych myślach. – Musi mi pan koniecznie oddać pewną przysługę, panie Wojnicz.

– Oczywiście! – odparł nieco niecierpliwie Malariusz. – Ale…

– To jest bardzo ważne, niech mi pan wierzy. To jest naprawdę sprawa najwyższej wagi…

– Tak, tak! Wezmę dla pani płaszcz.

– Ja poruszam się teraz powoli, panie Wojnicz.

– Mogę panią wziąć na ręce, jeśli pani zechce…

– I muszę jeszcze troszczyć się o swoją godność – uśmiechnęła się pani Stella. – Ale pan… pan mógłby mi wyświadczyć tę przysługę.

Nad ich głowami zagrzmiało niebo, po czym zapadła groźna cisza. Wojnicz widział już w wyobraźni dalsze świetliste szlaki pocisków spadających na Kilmore Cove.

– Pani Stello, zrobię wszystko, co pani sobie życzy, bylebyśmy tylko się pospieszyli!

– To proszę iść za mną. I proszę mi wybaczyć, że zaprowadzę pana do sypialni…

Stara nauczycielka kazała mu odstawić świecznik na eleganckie biurko w rogu pokoju, następnie poprosiła go, by otworzył szafę i wyjął z niej pudełko na buty.

– Pani wybaczy… – wyjąkał speszony. – Które mam wyjąć?

– Którekolwiek, wszystko jedno. Byle tylko puste.

Wojnicz wziął pudełko pachnące majerankiem, otworzył je, przechylił w stronę światła, by się upewnić, że nie ma w nim butów, i wrócił do pani Stelli, która tymczasem sięgnęła po kartkę papieru z nagłówkiem oraz długie pióro i zasiadła przy biurku. Nie odrywając pióra od papieru, stara kobieta wskazała mu w głębi szuflady taśmę klejącą i brązowy papier pakunkowy.

– Proszę wypełnić pudełko gazetami… i włożyć do niego coś ciężkiego; zbyt lekkie paczki zazwyczaj giną.

– Proszę pani…

– Niech pan włoży, proszę – powtórzyła głosem nawykłej do posłuchu nauczycielki.

Wojnicz usłuchał bez słowa.

Parę chwil później paczka była gotowa. Pani Stella złożyła list i wsunęła go do środka, prosząc Wojnicza, by wszystko dobrze zapakował.

– W porządku – oznajmiła z zadowoleniem. – A teraz potrzebny dobry adres. Ach, ta pamięć! Czy byłby pan tak uprzejmy i przepisał adres z tego?

Wskazała na gazetę leżącą na szafce nocnej, noszącą tytuł „Echo des Fantaisies”.

– Co mam przepisać?

– Niech pan spojrzy na podtytuł.

– „Gazeta Oficjalna Miejsc z Wyobraźni”… – przeczytał Malariusz Wojnicz.

– To zaraz pod tym.

– A czy mogę wiedzieć, co my właściwie robimy?

Dom znowu zatrząsł się od kolejnego wystrzału armaty i lustro spadło na ziemię, rozbijając się na kawałki. Świeczka zgasła i pani Stella pospiesznie zapaliła ją na nowo.

– Adres, panie Wojnicz! Bardzo pana proszę!

Malariusz Wojnicz sprawdził adres w gazecie i zirytowany umieścił go na paczce.

– Zrobione! – krzyknął, jakby się zwracał do wariatki. – A teraz?

– Teraz, kochany, proszę zabrać tę paczkę – powiedziała pani Stella, wciskając mu ją w ręce. – I iść na pocztę, i wysłać ją z okienka po prawej stronie, najprędzej, jak się da, i cokolwiek się zdarzy!

– Proszę pani, poczta…

– Och, niech się pan nie martwi, to okienko jest czynne nawet podczas wojny! I niech pan będzie pewien, że moja paczka zostanie doręczona. Niech mi pan zaufa. Trzeba tylko, żeby pan poszedł na pocztę i nadał paczkę, jak powiedziałam. Zrobi pan to jeszcze tej nocy.

Wojnicz pokiwał głową zmieszany. – Mogę przynajmniej wiedzieć dlaczego?

– Powierzyłam panu podanie o dymisję i pomoc, panie Wojnicz… – odpowiedziała spokojnie pani Stella Evans. – Za długo byłoby teraz wszystko wyjaśniać, ale… kiedy ta paczka dotrze do celu, mam powody, by sądzić, że Kilmore Cove będzie bezpieczniejsze.

– Dymisję i pomoc…?

– Cokolwiek mógłby pan pomyśleć, Krainy z Wyobraźni są o wiele bardziej niebezpieczne od tych rzeczywistych. Trwa właśnie atak i jeśli mnie słuch nie myli, to są wystrzały armatnie…

– Istotnie – zapewnił Wojnicz.

– Właśnie – nauczycielka spuściła głowę w zamyśleniu. – Sądzę, że byłam nazbyt porywcza kilka lat temu. Powinnam była wysłać to podanie, kiedy jeszcze był czas. Tymczasem pojawiło się tych dwoje dzieci…

– Bliźnięta Covenant?

Pani Stella przytaknęła. – Tak, oni. Pomyślałam, że może damy radę jeszcze przez jakiś czas stawiać opór… – Machnęła gwałtownie ręką. – Ale nieważne! Jak to się mówi? Nie warto płakać nad rozlanym mlekiem.

Stara kobieta chwyciła Wojnicza za rękę. Jej palce były delikatne i kruche jak pręty wachlarza. – Proszę nadać paczkę i jeśli miasteczko przetrwa ten atak, to już będzie ostatni, jaki musi znieść. Wracajmy do rzeczywistości, panie Wojnicz!

Mężczyzna patrzył na nią, nic nie rozumiejąc, ale ona ograniczyła się do mocnego uściśnięcia jego dłoni i wsunięcia w nią kluczyka zawieszonego na srebrnym łańcuszku. – Po drugiej stronie ulicy są białe drzwiczki – dodała. – Prowadzą do byłej pracowni mojego biednego męża. Od dawna tam nie zaglądałam, ale… jeśli sobie dobrze przypominam, powinny tam być jego strzelby myśliwskie. Ja ich nigdy nie używałam, ale myślę, że jeszcze działają. Naboje znajdzie pan w pudełku obok. Gdyby musiał się pan nimi posłużyć. Teraz niech już pan idzie, szybko!

Wojnicz cofnął się o krok. – A pani? Nie wyjdzie pani ze mną?

Pani Stella pokiwała wolno głową. – Panie w pewnym wieku potrzebują trochę czasu, żeby się wyszykować. Proszę iść, a ja, jak tylko będę mogła, dołączę do pana.

A jednak w jej głosie było coś dziwnego… Jakby w gruncie rzeczy kobieta wcale nie zamierzała się ruszyć z domu.

Malariusz Wojnicz jednak nie kazał sobie tego dwa razy powtarzać. Wziął dziwną paczkę pod pachę, zbiegł ze schodów i już był na parterze, gdzie z przyjemnością znów poczuł twardy grunt pod nogami.

Chwycił za swój stary parasol, pożyczył sobie jakiś plecak i wsunął do środka paczkę, rękopis i zeszyt Morice’a Moreau. Następnie otworzył drzwi i dał nura w ulewę. Rozróżnił od razu białe drzwiczki, o których mówiła pani Stella, otworzył parasol i skierował się w ich stronę.

O ile dobrze pamiętał, mąż pani Stelli był zapalonym preparatorem, czyli kimś umiejącym wypychać i konserwować ciała zwierząt. Nie mógł wprost zrozumieć, jak ktoś taki mógł być jednocześnie myśliwym.

Ale to były inne czasy, powiedział sobie, i przeszedł przez ulicę.

Chociaż trudno mu było się z tym pogodzić, to jednak historia z paczką nasunęła mu myśl, że nauczycielka nie miała wszystkich klepek w porządku. Szkoda, bo dopiero co poprzedniego wieczoru wypowiedziała wiele dobrych słów o jego powieści i te komplementy wydały mu się szczere i…

Nagle przystanął.

Na drugim końcu zaułka pojawiła się wielka małpa ze szpadą i w pirackiej opasce na głowie.

– To po prostu niemożliwe – mruknął Malariusz Wojnicz spod parasola.

Małpiszon podniósł zardzewiałą szpadę i wydał jakiś ochrypły pomruk.

– Tego już doprawdy za wiele! – wrzasnął szef Podpalaczy. – Chcesz ze mną walczyć? To się zbliż!

Opuścił szybko parasol i pokręcił rączką, wypuszczając zeń potężny płomień, który podpalił ulicę od krańca do krańca.

Rozdział 5

MAŁPY Z MORZA

– Uciekamy, prędko! – szepnął Jason do siostry.

– A mama i tata? – zmartwiła się Julia, wskazując samochód, który ześlizgnął się ze skarpy i z którego oboje zdołali wyskoczyć w ostatniej chwili. – Tam zostali rodzice!

Jason pociągnął ją za rękę. – Wygrzebią się! Nic im się nie stało!

Popchnął ją gwałtownie na ziemię i oboje nagle zamilkli. Kilka metrów od nich dwie przygarbione postacie kierowały się pod górę drogą wiodącą do Willi Argo. Jason i Julia spoglądali za nimi przez przemoknięte krzewy na poboczu drogi.

– Jason…

– Ciii! Usłyszą nas!

Ale przy takiej ulewie i armatach, które znowu podjęły ostrzeliwanie miasteczka, i przy szumie fal bijących o skały trudno by było doprawdy słyszeć ich szepty.

– To małpy – szepnęła Julia, rozpoznając chwiejny chód dziwnych istot, które pojawiły się na ulicy.

– Nie, ten tam!

Jason wskazał jej rosłą postać obok samochodu rodziców. Był to ciemnoskóry mężczyzna, odziany w łachmany; miał podartą bluzę, brudną koszulę rozpiętą na piersi, pretensjonalny zloty łańcuch i długie wisiorki przyczepione do włosów. Wyglądało na to, że to on wydaje rozkazy małpom.

– Myślisz, że… zrobią im krzywdę? – spytała Julia, czując ukłucie w sercu na myśl o uwięzionych w samochodzie i przerażonych rodzicach.

Zatroskany brat pokręcił głową. – Nie wiem…

Starał się poważnie zastanowić nad tą absurdalną sytuacją, ale zimny deszcz wciskał mu się w każdą fałdę ubrania i przeszkadzał zebrać myśli. Po raz nie wiadomo który Jason żałował, że nie ma z nimi Ricka, który zawsze umiał coś mądrze doradzić.

Piraci. Małpy. Brygantyna o czarnych żaglach, która nie przestawała ostrzeliwać ich z dział. Uwięzieni rodzice.

W tej sytuacji konieczna była pomoc kogoś z zewnątrz. Potrzebowali jej ogromnie, i to już.

Kryjąc się za krzakami, żeby ich nie zobaczyli ci na plaży, zaczęli iść nabrzeżem w stronę miasteczka.

– Dokąd idziemy? – szepnęła Julia, podążając za bratem. – Nie możemy zostawić rodziców!

– A co proponujesz? Chcesz, żeby schwytali i nas? – odpowiedział pytaniem Jason. – Idę zawiadomić ludzi.

Julia podbiegła do niego bliżej i zmusiła, żeby na nią spojrzał. Odgarnęła mokre włosy przylepione do czoła. – A potem? Co potem? – spytała, hamując kichanie.

– Nie wiem! Nie mam zielonego pojęcia! – wybuchnął Jason. – Ale nie będę tu stał i czekał na zmiłowanie. – Obrócił się na pięcie i zaczął biec w stronę miasteczka.

Julia spojrzała jeszcze przez moment na samochód rodziców zaryty w piachu na plaży. Potem wzięła głęboki oddech, odwróciła się i puściła biegiem za bratem.

Wbiegli w zaułki i wkrótce znaleźli się w pobliżu placu, na który niedawno wylegli wszyscy mieszkańcy miasteczka, żeby obejrzeć spektakl ogni nad zatoką. Teraz biegiem mijali ich, pędząc w popłochu.

– Przepraszam! Przepuśćcie mnie!

– Widzicie, co za historia…?

– Do schronów, szybko!

Parasole, mokre peleryny, ogólne „ratuj się kto może”.

Rodzeństwo próbowało iść pod prąd strumienia ludzi, którzy opuścili swoje domy, kierując się nie wiadomo dokąd i teraz biegli w jednym kierunku, jakby to był jakiś maraton. Dzieci bezskutecznie próbowały wyłowić w tym tłumie znajome twarze.

– Uwaga! – krzyknęła nagle Julia, gdy kula armatnia utknęła w piasku niedaleko nich.

– Tędy! – zawołał Jason, przebiegając na drugą stronę deptaka wzdłuż plaży. Miał w głowie dokładny plan: chciał dotrzeć na Pempley Road i stamtąd na stację do mieszkania Blacka Wulkana.

Biegli, trzymając się blisko ścian domów i kucając za każdym razem, kiedy słyszeli syk lub łomot. Na wysokości domu Ricka skręcili, nie patrząc przez moment w główną ulicę i wpadli na kogoś, kto biegł w przeciwną stronę.

– Black!

– Jason! Julia! Dzięki Bogu, że jesteście cali i zdrowi!

Stary przyjaciel, były zawiadowca stacji w Kilmore Cove, przejechał dłonią po brodzie gęstej jak las, strząsając z niej strugi deszczu, i wskazał Willę Argo spowitą w mroku. – Bałem się, że już was nie zobaczę!

Miał na sobie obszerny czarny płaszcz, który upodabniał go do potężnego nietoperza. W ręku trzymał długą rozsuwaną lunetę.

– A wasi rodzice?

– Schwytali ich.

Black przytulił do siebie najpierw jedno, potem drugie i powiedział: – Nie martwcie się, zobaczycie, że całkiem niedługo uściśniecie ich znowu!

– To Spencer, prawda? – zapytała Julia, wskazując brygantynę pośrodku zatoki.

Black popatrzył na okręt przez chwilę, po czym skinął potakująco głową. Wręczył lunetę Jasonowi, który nastawił ją na okręt. Po chwili zobaczył kapitana.

– Przeklęty łotr.

– Możesz użyć mocniejszych słów. On jest jak śmiertelna choroba. Myślisz, że już ją pokonałeś, i kiedy się tego najmniej spodziewasz, wraca.

W okularze lunety widać było mężczyznę o surowym profilu, przyglądającego się obojętnie obracaniu w gruzy Kilmore Cove. Stał oparty o burtę, z rękami założonymi do tyłu, w eleganckim mundurze marynarskim ze złotymi guzikami, w czapce z daszkiem ze złotą kotwicą nad czołem i w groteskowym naszyjniku z czaszek na szyi.

– Spójrz na jego uszy – powiedział Black.

Jason przesunął nieco lunetę i zobaczył, że Spencerowi brakuje kawałka prawego ucha. Pamiątka po ostatnim spotkaniu z Ulyssesem Moore’em… Opuścił gwałtownie lunetę. – Po co on tu się zjawił?

Black pochylił głowę. – Jak na razie po to, żeby dać nam do zrozumienia, że jest bardzo, bardzo rozgniewany.

Julia przejęła lunetę z rąk brata. – Wczoraj powiedziałeś nam, że… uwięziliście go na wyspie, z której nie ma wyjścia. I że uprowadziliście jego okręt.

– Tak – warknął Black. – A jego stara załoga się zbuntowała. Nie rozumiem po prostu, jak zdołał uciec!

– Może załoga wróciła po niego? – domyślił się Jason.

– Może. Ale zachodzę w głowę, jak udało im się odnaleźć okręt…

– A to… ten sam?

– Dokładnie ten, nie mam wątpliwości: Mary Grey, jego niezrównana brygantyna o czarnych żaglach… a przecież zwinęliśmy je wszystkie. I jak wam powiedziałem, okręt został dobrze ukryty w głębi nieprzebytych bagien. Już nie mówiąc o… Pioruny i błyskawice! Ale to… niemożliwe!

– Co jest niemożliwe?

Black wyglądał na wstrząśniętego. – Nawet jeśli uciekł z wyspy, nawet jeśli odzyskał swój okręt i załogę… to niemożliwe, żeby odnalazł kurs na Kilmore Cove! Niemożliwe!

Julia znowu zaczęła obserwować pomost brygantyny. – On nie jest sam.

– Kogo widzisz? – zapytał ją Jason.

– Kogoś z twarzą przysłoniętą kapturem. Ale ręce ma nie takie jak małpa.

– Razem z typem, którego widzieliśmy przy samochodzie rodziców, jest ich w sumie trzech.

– Jakim typem? – zapytał Black, otrząsając się ze swoich myśli.

Jason krótko mu opowiedział o wypadku i były zawiadowca pokiwał głową.

– A widzieliście jego nos? Uszkodzony tu i tu?

Jason przytaknął. – Znasz go? – zapytał.

– Może to rzeczywiście członek jego starej załogi. Jak, u licha, on się nazywał..? OSTROŻNIE!

Cała trójka przylgnęła do muru, kiedy salwa pocisków poleciała na fasady domów nad morzem.

– Musimy powstrzymać Spencera albo zburzy całe Kilmore Cove! – zawołał Jason. – I musimy uwolnić rodziców!

– Tak! – potwierdził Black bardzo poruszony, przeszukując hałaśliwie kieszenie pod płaszczem. – Posłuchajcie: pierwsza sprawa, o której trzeba teraz pomyśleć, to ukryć bezpiecznie mieszkańców miasteczka.

Dzieci przytaknęły. Widziały ich biegnących w jednym kierunku i spytały Blacka, czy wie, dokąd pędzą.

– Tak. Przewidzieliśmy to – odpowiedział, majstrując coś przy pasku. – Peter zawsze powtarzał, że wcześniej czy później do tego dojdzie. Przygotowaliśmy się więc…

– Przewidzieliście bombardowanie?

– No, może nie akurat bombardowanie. Petera prześladował lęk przed atakiem kawalerii mongolskiej czy dusicieli z Malezji. Ale w każdym razie przed jakimś atakiem, co na jedno wychodzi…

W końcu jednym szarpnięciem uwolnił dwa ogromne pęki kluczy, wyglądające na takie, co to pojawiły się prosto ze średniowiecza. I tak rzeczywiście było, zważywszy, że inicjały na nich umieszczone pochodziły z kuźni Baltazara, mistrza ślusarskiego z Ogrodu Księdza Jana.

– Bierzcie! – zawołał Black, wręczając jeden pęk Jasonowi, a drugi Julii.

– I co mamy z nimi zrobić?

– To są klucze od schronów. – Black Wulkan tupnął mocno o ziemię. – Wiecie doskonale, że tu pod spodem znajduje się cały system grot i tuneli…

Jason i Julia przytaknęli.

– Ale nie wiecie, że są całkowicie wyposażone! A przynajmniej były w pełni wyposażone, kiedy byliśmy tam ostatni raz. Są łóżka, żywność, leki. Klucze powinny normalnie działać, jednak bądźcie ostrożni: drzwi schronów mają system zamków tak pomyślany, że zamknięte od środka nie dadzą się otworzyć od zewnątrz.

– A którędy się wchodzi do tych schronów?

– Tamtędy, dokąd wszyscy biegną. – Black wskazał ulice dokoła nich. – Są dwa główne wejścia: jedno przez szkołę, a drugie przez kościół Świętego Jakuba. Ojciec Feniks powinien już tam być…

– On też ma klucze? – zapytała Julia.

– Jasne. Ale idźcie mu pomóc, bo na pewno tego potrzebuje! – zachęcił ich były zawiadowca i poklepał oboje po przemoczonych plecach.

– A ty? – zapytał zdyszany Jason.

Black Wulkan wyjął lunetę z rąk Julii. – Ja… pędzę do latarni. I spróbuję wezwać pomoc.

– A kogo możemy prosić o pomoc twoim zdaniem? – spytał zdumiony Jason.

Black otarł krople deszczu z oczu. Jedyną rzeczą, jaka mu przyszła do głowy, był kontakt radiowy przez urządzenie, które zainstalował Leonard u siebie. Może mógłby za jego pośrednictwem skontaktować się z którymś z przyjaciół w podróży.

A zwłaszcza z jednym z nich…

– Peter Dedalus. Projektował broń – wyznał dzieciom. – Broń, której nigdy nie użyliśmy i z której nie wystrzeliliśmy ani razu, ponieważ Ulysses i pozostali nie zgadzali się, ale… – Wskazał dymiące urwisko Salton Cliff. – Jest ukryta pod nim, pod opieką Metis… I gdyby tylko dało się jej jeszcze użyć, byłaby cholernie przydatna akurat teraz.

– Jeszcze jak… – szepnął Jason.

Black klasnął. – Do roboty! Ruszamy! I zgotujemy temu bezdusznemu piratowi powitanie, na jakie zasługuje!

Gdy tylko się rozstali, Jason przypomniał sobie, że nie powiedział Blackowi o pozytywce. Wsunął rękę do kieszeni i wymacał ją czubkami palców. Potem zwiesił głowę i pomyślał, że w gruncie rzeczy ten mały przedmiot nie był wcale tak ważny, jak sądził.

Od Autora

Drodzy Czytelnicy,

historia Jasona, Julii i Ricka oraz wszystkich ich przyjaciół, którzy wspólnymi siłami założyli na nowo Klub Podróżników w Wyobraźni, tak się kończy, jak się zaczęła.

Z tego, co zdołałem się dowiedzieć, wynika, że Klub jest jeszcze otwarty i organizuje liczne ważne wyprawy do nowych Miejsc z Wyobraźni. Bliźnięta i ich przyjaciele nadal prowadzą swoją działalność. Jak się zdaje, nie zmienia się także liczba zapisanych.

Członkowie Klubu otrzymują regularnie pismo zawierające wiadomości i opisy ciekawszych miejsc do zwiedzania, tajemnic, które zasługują na odkrycie, i Postaci z Wyobraźni, o których należy coś wiedzieć. Pismo można otrzymać przez zwykłą pocztę, oczywiście ze znaczkami z Kilmore Cove. Jak nas przekonała zmarła pani nauczycielka Stella, poczta w trudnych sytuacjach jest rzeczywiście jedynym urzędem, który naprawdę działa.

Na zakończenie tej długiej przygody, jeśli nadal macie ochotę na odkrywanie sekretów i tajemnicze wyprawy, a przy tym dość odwagi, gorąco polecam Wam ten Klub. By przywołać tu szumne słowa braci Nożyców, którzy zaraz po powrocie ze swoich wakacji w tropiku zapisali się do niego: „Jeżeli umiecie czytać, podczas gdy inni tego nie potrafią, jeżeli piszecie albo rysujecie, gdy wasi przyjaciele nieustannie się nudzą, jeśli macie dobre oko do fotografowania rzeczy, których inni nie dostrzegają, albo krążą wam po głowie uparcie jakieś pytania bez odpowiedzi, to Klub Podróżników w Wyobraźni jest w sam raz dla was”.

Nie wahajcie się zatem: mogłoby to być właściwe miejsce na pogawędki o miejscach, ludziach i  sprawach, które – choć wyimaginowane – są z przeznacze-nia nieśmiertelne.

I może to jest na koniec kolejna łamigłówka Ulyssesa Moore’a?

Szczerze Wam oddany, Pierdomenico

PS. Załączyłem tu adres Klubu.