Klient - John Grisham - ebook
Opis

Jedenastoletni Mark staje się przypadkowym świadkiem samobójstwa znanego adwokata. Tuż przed śmiercią prawnik wyznaje chłopcu, gdzie zostało ukryte ciało senatora Boyette'a, ofiary głośnej zbrodni. Od tej chwili morderca senatora zaczyna ścigać Marka - usiłuje go zabić, by zamknąć mu usta na zawsze. Chłopcu nie daje spokoju również FBI i policja. Z pomocą zaszczutemu, przerażonemu dziecku przychodzi prawniczka, Reggie Love. We dwójkę spróbują stawić czoło władzy i mafii...

Superbestseller Johna Grishama zekranizowany z Susan Sarandon i Tommym Lee Jonesem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 688

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Jedenastoletni chłopiec kontra mafia i amerykański system prawny.

Marc Sway znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Był świadkiem samobójstwa nowoorleańskiego prawnika, który przed śmiercią wyjawił mu, gdzie ukryto zwłoki zamordowanego senatora Boyda Boyette’a.

Obarczony tym strasznym sekretem chłopiec, którego wychowała ulica, zdaje sobie sprawę, że on, jego matka i młodszy brat są w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Z jednej strony ściga go mafia, z drugiej – ambitny prokurator wszelkimi dostępnymi środkami próbuje go zmusić do złożenia zeznań.

Jedyną nadzieją chłopca jest Reggie Love, niekonwencjonalna prawniczka gotowa zrobić wszystko – łącznie ze złamaniem prawa – żeby chronić swojego nieletniego klienta.

John Grisham

Współczesny amerykański pisarz, autor 32 powieści (w tym pięciu dla młodzieży), fabularyzowanego reportażu oraz zbioru opowiadań. Jego książki ukazują się w 40 językach, a ich łączny nakład przekroczył 300 milionów egzemplarzy. W 2011 r. otrzymał prestiżową nagrodę literacką Harper Lee.

Po twórczość Grishama chętnie sięgają filmowcy, takiej miary jak Sydney Pollack, Francis Ford Coppola, Robert Altman czy Alan J. Pakula, a ekranizacje jego powieści, m.in. Raport Pelikana z Julią Roberts i Denzelem Washingtonem, Firma z Tomem Cruise’em, Klient z Susan Sarandon czy Zaklinacz deszczu z Mattem Damonem, stały się megahitami.

www.facebook.com/JohnGrisham

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

FIRMAKANCELARIAZAKLINACZ DESZCZUKRÓL ODSZKODOWAŃWIĘZIENNY PRAWNIKOSTATNI SPRAWIEDLIWYCALICO JOEKOMORADARUJMY SOBIE TE ŚWIĘTAUŁASKAWIENIENIEWINNY CZŁOWIEKRAPORT PELIKANAGÓRA BEZPRAWIACHŁOPCY EDDIEGOKLIENTSAMOTNY WILK

Jake Brigance

CZAS ZABIJANIACZAS ZAPŁATY

Theodore Boone

OSKARŻONYAKTYWISTA

Tytuł oryginału: THE CLIENT

Copyright © John Grisham 1993All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2016

Polish translation copyright © Bożenna Manicka i Tomasz Manicki 2014

Korekta: Jolanta Rososińska

Zdjęcie na okładce: © Roy Bishop/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-328-1

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Dla Ty i Shei

Rozdział 1

Mark miał jedenaście lat, a papierosy popalał już drugi rok. Sięgał po nie tylko od czasu do czasu, żeby się za bardzo nie wciągnąć, lecz całkiem zerwać z paleniem też nie zamierzał. Najbardziej odpowiadały mu koole, preferowane przez ojca, ale że rodzice już ze sobą nie żyli, skazany był na virginia slimy matki. Ta wypalała ponad dwie paczki dziennie, toteż mógł jej podprowadzać tygodniowo jakieś dziesięć, dwanaście sztuk bez obawy, że zostanie na tym nakryty. Matka, nieustannie zabiegana, z masą kłopotów na głowie, miała dosyć naiwne wyobrażenie o synach i nawet jej się nie śniło, że starszy w wieku jedenastu lat będzie już palił.

Czasami Kevin, drobny złodziejaszek z sąsiedniej ulicy, opylał mu za dolara paczkę kradzionych marlboro, ale przeważnie Mark musiał się zadowalać słomkami matki.

Tego popołudnia miał w kieszeni cztery sztuki i prowadził swego ośmioletniego brata, Ricky’ego, ścieżką przez las za parkingiem, na którym mieszkali. Ricky był podekscytowany perspektywą pociągnięcia pierwszego w życiu dymka. Poprzedniego dnia podejrzał, jak Mark chowa papierosy do ukrytego pod łóżkiem pudełka po butach, i zagroził, że powie o wszystkim mamie, jeżeli starszy brat mu nie pokaże, jak to się robi. No i przemykali teraz ścieżką między drzewami do jednej z tajnych kryjówek Marka, gdzie ten potrafił spędzać samotnie całe godziny na ćwiczeniach w zaciąganiu się i puszczaniu kółek z dymu.

Większość dzieciaków z sąsiedztwa eksperymentowała z piwem i trawką – używkami, od których Mark postanowił stronić. Ojciec Marka i Ricky’ego był alkoholikiem i bił chłopców oraz matkę, a brał się do tego zawsze ożłopany do obrzydliwości browarem. Mark widział zatem na własne oczy i na własnej skórze odczuł uboczne skutki działania alkoholu. Do narkotyków też nie miał przekonania.

– Zabłądziłeś? – spytał Ricky, jak to młodszy brat, kiedy zboczyli ze ścieżki w wysokie po pierś chaszcze.

– Zamknij się – warknął Mark, nie zwalniając kroku.

Ojciec wpadał do domu tylko po to, żeby się nachlać, wyspać i powyżywać na nich. Teraz, dzięki Bogu, już go nie było. Od pięciu lat Rickym opiekował się Mark. Czuł się w tej roli jak jedenastoletni ojciec. Nauczył młodszego brata rzucać piłką futbolową i jeździć na rowerze. Podzielił się z nim swoją wiedzą o seksie. Przestrzegał przed narkotykami i bronił przed starszymi chłopakami. Teraz dręczyła go świadomość, że wprowadza Ricky’ego w nałóg. Ale to przecież tylko papieros. Mogło być znacznie gorzej.

Zarośla urwały się i chłopcy stanęli pod rozłożystym drzewem. Z konaru zwisała lina. Ściana krzaków ciągnęła się aż do niewielkiej polanki, od której odchodziła zarośnięta leśna dróżka, niknąca za pobliskim pagórkiem. Z oddali dolatywał szum autostrady.

Mark zatrzymał się i wskazał ruchem głowy kłodę obok liny.

– Siadaj tam! – rzucił, i Ricky zawrócił posłusznie do kłody, rozglądając się niespokojnie, jakby wypatrywał zaczajonej w krzakach policji.

Mark, mierząc malca pogardliwym spojrzeniem musztrującego sierżanta, wyciągnął z kieszeni bluzy papierosa. Trzymał go z wystudiowaną nonszalancją między kciukiem a palcem wskazującym.

– Zasady znasz – powiedział, spoglądając na brata z góry. Zasady były tylko dwie, wałkowali je do znudzenia przez cały dzień i Ricky’ego drażniło, że traktuje się go jak smarkacza.

– Znam – burknął, przewracając oczami. – Jak komuś wygadam, to mi wlejesz.

– Bardzo dobrze.

Ricky założył ręce na piersi.

– I mogę wypalać tylko jednego dziennie.

– Bardzo dobrze. Jak zobaczę, że palisz więcej, to masz przechlapane. A jak się dowiem, że pijesz piwo albo się bierzesz za narkotyki, to…

– Wiem, wiem, też mi wlejesz.

– Właśnie.

– A ty ile palisz dziennie?

– Tylko jednego – skłamał Mark. Czasami faktycznie wypalał tylko jednego. Kiedy indziej trzy, a nawet cztery – zależy, ile ich miał. Gestem starego gangstera wetknął papierosa między wargi.

– Czy od jednego dziennie umrę? – spytał Ricky.

Mark wyjął papierosa z ust.

– Nie tak prędko. Jeden dziennie specjalnie ci nie zaszkodzi. Ale jak będziesz palił więcej, to możesz mieć problem.

– A mama ile pali?

– Dwie paczki.

– Czyli ile?

– Czterdzieści sztuk.

– O rany! To ma duży problem.

– Mama problemów ma od groma. Papierosy to chyba najmniejszy z nich.

– A tata ile pali?

– Cztery albo i pięć paczek. Setkę na dzień.

Ricky uśmiechnął się pod nosem.

– To niedługo umrze, nie?

– Oby! Jak będzie tak chlał na umór i kopcił na zakładkę, to przekręci się w parę lat.

– Co to znaczy „kopcić na zakładkę”?

– Odpalać jednego od drugiego. Dla mnie może wypalać i dziesięć paczek.

– Dla mnie też. – Ricky przeniósł wzrok na polankę i zarośniętą dróżkę. Pod drzewem panował miły chłodek, ale poza kręgiem cienia prażyło słońce. Mark ujął filtr w dwa palce i pomachał papierosem przed buzią małego.

– Boisz się? – spytał drwiąco, jak tylko starszy brat potrafi.

– Nie.

– Gadanie. Patrz, tak się trzyma, kapujesz? – Pomachał papierosem jeszcze bliżej twarzy malca, a potem cofnął rękę i wetknął sobie filtr w usta. Ricky śledził pilnie każdy gest brata.

Mark przypalił papierosa, wydmuchnął maleńką chmurkę dymu, po czym wyjął go z ust i obejrzał z lubością.

– Tylko nie połykaj dymu. Jeszcze na to za wcześnie. Pociągnij tylko troszkę i zaraz wydmuchnij. Gotowy?

– Porzygam się?

– Jak połkniesz dym, to tak. – Pociągnął lekko dwa razy i fachowo wydmuchnął dym. – Widzisz? Żadna sztuka. Potem ci pokażę, jak się sztachać.

– Dobra. – Ricky wyciągnął nerwowo rękę z przygotowanymi kciukiem i palcem wskazującym i Mark z namaszczeniem wetknął mu między nie papierosa.

– No, śmiało! – zachęcił brata.

Malec przytknął obśliniony filtr do ust, pociągnął lekko i natychmiast wydmuchnął dym. Ręka mu drżała. Pociągnął jeszcze raz. Dym nie zdążył się nawet przedostać za przednie zęby. I jeszcze raz. Mark obserwował go bacznie z cichą nadzieją, że Ricky się zakrztusi, posinieje, zwymiotuje i już do końca życia nie weźmie papierosa do ust.

– Łatwe – uznał Ricky, oglądając z dumą slima. Ręka mu się trzęsła.

– Nic wielkiego.

– Dziwnie smakuje.

– Tak, tak. – Mark usiadł na kłodzie obok brata i wyciągnął z kieszeni drugiego papierosa. Ricky palił swojego, wydmuchując raz po raz dym. Mark też zapalił i przez chwilę siedzieli w milczeniu pod drzewem, delektując się dymkiem.

– Nawet fajnie – odezwał się Ricky, skubiąc paznokciami filtr.

– Super. Tylko czemu tak ci łapy latają?

– Wcale mi nie latają.

– Jeszcze jak!

Ricky pominął ten docinek milczeniem. Pochylił się, wsparł łokcie na kolanach i pociągnął trochę mocniej, po czym splunął na ziemię, dokładnie tak, jak to podpatrzył u Kevina i starszych chłopaków w krzakach za parkingiem. Nic trudnego.

Mark ułożył usta w idealny okrąg, żeby puścić kółko z dymu. Nie miał wątpliwości, że tym dopiero by bratu zaimponował, ale kółko mu nie wyszło i szary dym rozwiał się w powietrzu.

– Za smarkaty jesteś, żeby palić – stwierdził.

Ricky, pochłonięty wydmuchiwaniem dymu i spluwaniem, upajał się tym gigantycznym krokiem ku dorosłości.

– A ile ty miałeś lat, jak zaczynałeś? – spytał.

– Dziewięć. Ale byłem bardziej dojrzały.

– Wciąż tak mówisz.

– Bo wciąż tak jest.

Siedzieli koło siebie na kłodzie pod drzewem i palili w milczeniu, zapatrzeni w skąpaną w słońcu trawiastą polankę. Mark w wieku ośmiu lat rzeczywiście był dojrzalszy od Ricky’ego. Dojrzałością przewyższał zresztą każdego rówieśnika. Był dojrzały od samego początku. Kiedy miał siedem lat, uderzył ojca kijem bejsbolowym. Tego, co potem nastąpiło, nie wspominał najmilej, no, ale grunt, że pijany kretyn przestał się pastwić nad matką. Awantury i rękoczyny były na porządku dziennym i Dianne Sway często szukała wsparcia i rady u starszego syna. Pocieszali się wzajemnie i spiskowali, by przetrwać. Razem płakali pobici. Wspólnie się zastanawiali, jak chronić Ricky’ego. Mając dziewięć lat, Mark poradził matce, by wystąpiła o rozwód. To on wezwał policję, kiedy ojciec po otrzymaniu papierów rozwodowych wrócił do domu pijany. Chłopak zeznawał potem w sądzie, opisując rzeczowo obelgi, poniżenia i bicie. Był bardzo dojrzały.

Ricky pierwszy usłyszał samochód. Z leśnej dróżki dobiegł niski, szybko się zbliżający pomruk silnika. Po chwili i Mark go usłyszał. Przestali palić.

– Nie ruszaj się – powiedział.

Zamarli.

Na szczycie pagórka pojawił się długi czarny lincoln i zaczął zjeżdżać w ich stronę. Zielsko zarastające dróżkę sięgało mu po zderzak. Mark rzucił papierosa na ziemię i przydeptał go. Ricky zrobił to samo.

Przed samą polanką samochód przyhamował, a następnie zawrócił powolutku, ocierając się o nisko zwisające gałęzie. Zatrzymał się przodem do dróżki. Chłopcy znajdowali się dokładnie za nim, niewidoczni z miejsca, w którym stał. Mark zsunął się z kłody i poprzez chwasty podkradł się do ściany krzaków na skraju polanki. Ricky poszedł w jego ślady. Od tylnego zderzaka lincolna dzieliło ich teraz dziesięć metrów. Przyjrzeli mu się z zaciekawieniem. Miał tablice rejestracyjne stanu Luizjana.

– Co on robi? – wyszeptał Ricky.

Mark zerknął poprzez zielsko.

– Ciiii! – Słyszał krążące na ich parkingu opowieści o nastolatkach przyjeżdżających w te lasy migdalić się z dziewczynami albo ćpać, ale ten samochód nie należał do nastolatka. Silnik zgasł i przez jakąś minutę wóz stał po prostu pośród wysokiego zielska. Potem drzwi się otworzyły, kierowca wysiadł i rozejrzał się. Był to nalany mężczyzna w czarnym garniturze. Głowę miał dużą, okrągłą i łysą, jeśli nie liczyć równego wianuszka włosów nad uszami i szpakowatej brody. Z trudem utrzymując równowagę, poczłapał ku tyłowi wozu i pogmerawszy chwilę kluczykiem w zamku, otworzył klapę bagażnika. Wyjął stamtąd gumowy wąż, wepchnął jeden jego koniec w rurę wydechową, a drugi wsunął do wnętrza wozu nad opuszczoną nieco szybą tylnego lewego okna. Zatrzasnął bagażnik, rozejrzał się ponownie, jakby sprawdzał, czy nikt go nie obserwuje, po czym siadł z powrotem za kierownicą.

Silnik zaczął pracować.

– Ufff – sapnął cicho Mark, wpatrując się tępo w lincolna.

– Co on robi? – spytał Ricky.

– Próbuje się otruć.

Ricky uniósł głowę o kilka centymetrów, żeby lepiej widzieć.

– Nie rozumiem, Mark.

– Nie wychylaj się. Widzisz ten szlauch? Spaliny z rury wydechowej wlatują do środka i trują go.

– To samobójstwo?

– Właśnie. Widziałem raz na filmie, jak jeden facet tak robił.

Wyciągnęli szyje i wpatrzyli się w wąż biegnący od rury wydechowej do okna. Silnik pracował równo na jałowym biegu.

– A dlaczego on chce się otruć? – spytał Ricky.

– Skąd mam wiedzieć? Ale musimy coś zrobić.

– Tak, spierniczajmy stąd.

– Nie. Siedź.

– Ja idę, Mark. Jak chcesz, to sobie możesz patrzeć, jak on umiera, ale ja stąd idę.

Mark złapał brata za ramię i zmusił do schylenia głowy. Ricky dyszał ciężko i obaj pocili się obficie. Słońce schowało się za chmurą.

– Ile to będzie trwało? – spytał Ricky drżącym głosem.

– Niedługo. – Mark puścił brata i opadł na czworaki. – Czekaj tu, słyszysz? Spróbuj się ruszyć, a tyłek ci skopię.

– Gdzie idziesz, Mark?

– Czekaj tu. Dobrze ci radzę.

Mark przypadł swoim chudym ciałem prawie do samej ziemi i poczołgał się na łokciach i kolanach w kierunku samochodu przez suchą, wysoką na co najmniej pół metra trawę. Nie było obawy, że mężczyzna coś usłyszy, ale poruszenie w trawie mogło mu się rzucić w oczy. Mając to na uwadze, Mark pełzł na brzuchu pod osłoną tyłu samochodu, aż znalazł się w cieniu bagażnika. Chwycił wąż, wyciągnął go ostrożnie z rury wydechowej i położył na ziemi. Wycofał się, trochę już szybciej, po własnych śladach i parę sekund później siedział znowu z Rickym w kucki za krzakami, w gęstej trawie pod najdalej sięgającymi gałęziami, i obserwował polankę. Wiedział, że nawet gdyby zostali zauważeni, tłuścioch ich nie dopadnie, bo zdążą odskoczyć za drzewo i dać nogę ścieżką, którą tu przyszli.

Czekali. Upłynęło pięć minut, a im się wydawało, że minęła godzina.

– Może już nie żyje? – wychrypiał w końcu Ricky łamiącym się z przejęcia szeptem.

– Nie wiem.

Drzwi otworzyły się gwałtownie i mężczyzna wysiadł. W ręku dzierżył butelkę whiskey. Szlochając i mamrocząc coś pod nosem, na miękkich nogach obszedł wóz od tyłu i zobaczył leżący w trawie wąż. Klnąc, wetknął go z powrotem w rurę wydechową. Wyprostował się, potoczył dzikim wzrokiem po drzewach i wgramolił się z powrotem za kierownicę. Zatrzaskując drzwi, bełkotał coś do siebie.

Chłopcy obserwowali to wszystko z przerażeniem.

– Zupełny świr – wymamrotał Mark.

– Chodźmy stąd – jęknął płaczliwie Ricky.

– Nie możemy! Gdyby się wydało, że widzieliśmy, jak się próbował zabić, i nic nie zrobiliśmy, żeby mu przeszkodzić, byłaby z tego straszna draka.

Ricky uniósł głowę, jakby szykował się do odwrotu.

– No to nikomu nie powiemy. Chodź, Mark!

Mark chwycił go znowu za ramię i przytrzymał przy ziemi.

– Siedź! Nie odejdziemy, dopóki nie powiem!

Ricky zacisnął mocno powieki i zaczął płakać. Mark, nie odrywając wzroku od samochodu, pokręcił z niesmakiem głową. Młodsi bracia sprawiali czasem więcej kłopotu, niż byli tego warci.

– Przestań! – warknął przez zaciśnięte zęby.

– Boję się.

– No i dobrze. Siedź tu i nie ruszaj się. Słyszysz? Nie ruszaj się. I przestań beczeć. – Mark znowu leżał w bujnym zielsku i wsparty na łokciach szykował się do kolejnego wypadu poprzez wysoką trawę.

– Daj mu umrzeć, Mark – wychlipał Ricky.

Mark rzucił mu przez ramię gniewne spojrzenie i popełzł w kierunku samochodu, którego silnik wciąż pracował. Czołgał się tym samym szlakiem lekko wygniecionej trawy tak powoli i ostrożnie, że nawet Ricky, chociaż oczy miał już suche, ledwie go widział. Obserwował drzwi od strony kierowcy, niemal przekonany, że lada moment otworzą się z impetem i ten wariat wyskoczy ze środka i zabije Marka. Wspiął się na palce, przyjmując pozycję sprintera, by w razie czego dać momentalnie nura w las. Zobaczył, jak Mark wynurza się z trawy przy tylnym zderzaku, przytrzymuje ręką oprawy tylnych świateł dla zachowania równowagi i powoli wyciąga wąż z rury wydechowej. Trawa zaszeleściła cicho, zielsko lekko się zakołysało i zdyszany, spocony Mark, z dziwnym uśmiechem na ustach, znowu był przy nim.

Podkuliwszy nogi, siedzieli pod krzakami niczym dwa insekty i obserwowali samochód.

– A jak znowu wysiądzie? – spytał Ricky. – I jak nas zobaczy?

– Nie zobaczy nas. Ale gdyby ruszył w naszą stronę, pędź za mną. Zanim zdąży zrobić krok, już nas tu nie będzie.

– A dlaczego od razu nie uciekniemy?

Mark obrzucił brata gorączkowym spojrzeniem.

– Próbuję ocalić facetowi życie, kapujesz? Kto wie, może jak zauważy, że mu nie wychodzi, to pomyśli, żeby jeszcze się z tym wstrzymać, albo coś w tym rodzaju. Tak trudno to zrozumieć?

– Ale to wariat. Zabije siebie, a potem nas. Tak trudno to zrozumieć?

Mark pokręcił z rozdrażnieniem głową i w tym momencie drzwi znowu się otworzyły. Mężczyzna, powarkując i bełkocząc coś pod nosem, wygramolił się z wozu i z wyraźnym trudem powlókł przez wysoką trawę ku tyłowi samochodu. Podniósł z ziemi końcówkę węża, popatrzył na nią karcąco i rozejrzał się powoli po małej polance. Sapał ciężko i spływał potem. Kiedy jego wzrok zahaczył o drzewa, chłopcy przypadli do ziemi. Mężczyzna spojrzał pod nogi i znieruchomiał, tak jakby nagle coś mu zaświtało. Trawa wokół bagażnika była lekko wygnieciona. Ukląkł, jakby chciał się lepiej przypatrzyć śladom, ale zamiast przystąpić do oględzin, wepchnął tylko wąż z powrotem w rurę wydechową i wrócił pospiesznie do otwartych drzwi. Ktoś obserwujący go spomiędzy drzew mógłby pomyśleć, że mało go to obeszło i że w tej chwili pragnie tylko jak najszybciej pożegnać się ze światem.

Dwie głowy wysunęły się jednocześnie ponad krzaki, ale tylko na kilka centymetrów. Przez minutę chłopcy patrzyli na samochód. Ricky był gotów uciekać, ale Mark myślał intensywnie.

– Chodźmy, Mark, proszę cię – powiedział płaczliwie Ricky. – O mało nas nie przyuważył. A jak ma pistolet albo co?

– Jakby miał pistolet, toby się z niego zastrzelił.

Ricky przygryzł dolną wargę i jego oczy znowu zaszły łzami. Jeszcze nigdy nie udało mu się przekonać brata i teraz też mu się nie uda.

Upłynęła kolejna minuta i Mark zaczynał już przestępować z nogi na nogę.

– Spróbuję jeszcze raz, słyszysz? I jak nie da za wygraną, to się stąd wynosimy. Słowo daję, okay?

Ricky pokiwał bez przekonania głową. Mark położył się na brzuchu i wypełzł z chaszczy w wysoką trawę. Ricky brudnymi palcami otarł łzy z policzków.

* * *

Prawnik, rozdymając nozdrza, pociągnął potężnie nosem. Zapatrzony w przestrzeń za przednią szybą, wypuszczał powoli powietrze, czekając na pierwsze objawy, które by świadczyły, że choć trochę cennego śmiercionośnego gazu przedostało się już do krwi i zaczęło działać. Na fotelu obok spoczywał nabity pistolet. Mężczyzna trzymał w ręku opróżnioną do połowy butelkę jacka danielsa. Pociągnął z gwinta, zakręcił nakrętkę i odłożył flaszkę na siedzenie. Wykonał powolny wdech i zamknął oczy, delektując się zapachem spalin. Czy odpłynie po prostu w niebyt? A może gaz, zanim go wykończy, zada mu ból, zacznie palić wnętrzności albo przyprawi o torsje? Nad kierownicą na desce rozdzielczej leżał list pożegnalny, a obok pojemniczek z pigułkami.

Wyczekując niecierpliwie, kiedy gaz zacznie wreszcie działać, bo on, cholera, zaraz nie wytrzyma i złapie za pistolet, płakał i gadał sam ze sobą. Był tchórzem, ale tchórzem zdeterminowanym, i o wiele bardziej odpowiadało mu to wdychanie i powolne odpływanie niż zimna lufa w ustach.

Pociągnął znowu whiskey i syknął, kiedy zapiekła, spływając przełykiem. No, zaczyna się. Niedługo będzie po wszystkim. Uśmiechnął się do swego odbicia w lusterku wstecznym, bo gaz już działa, a on umiera i mimo wszystko nie jest tchórzem. Trzeba mieć jaja, żeby się zdobyć na taki krok.

Odkręcając zakrętkę, żeby pociągnąć ostatni łyk, płakał i mamrotał pod nosem. Popił i whiskey ulała mu się z ust, ściekając strumyczkami w brodę.

Nikomu nie będzie go brakowało. I chociaż ta świadomość powinna sprawiać przykrość, prawnika uspokajał fakt, że nikt po nim nie zapłacze. Jedyną osobą na świecie, która go kochała, była matka, a ona zmarła przed czterema laty i śmierć syna już jej nie zaboli. Było jeszcze dziecko z pierwszego, nieudanego małżeństwa, córka, której nie widział od jedenastu lat, ale słyszał, że wstąpiła do jakiejś sekty i jest tak samo zbzikowana jak jej matka.

Pogrzeb będzie skromny. Kilku kolegów po fachu i może paru sędziów, wszyscy w ciemnych garniturach, szepczący między sobą z przejęciem; po prawie pustej kaplicy rozejdą się piskliwe dźwięki muzyki organowej. Żadnych łez. Prawnicy będą zerkać co chwila na zegarki, a pastor, zupełnie obcy człowiek, wyklepie pospiesznie standardowe formułki przeznaczone dla nieodżałowanych zmarłych, którzy nigdy nie chodzili do kościoła.

Dziesięciominutowa chałtura bez żadnych fanaberii. List leżący na desce rozdzielczej zawierał prośbę o kremację.

– Ha – westchnął cicho i pociągnął kolejny łyk. Odrzucając w tył głowę, zerknął we wsteczne lusterko i dostrzegł poruszenie w zielsku za samochodem.

* * *

Ricky zobaczył otwierające się drzwi, zanim Mark je usłyszał. Odskoczyły z impetem, jakby kopnięte od wewnątrz, i w następnej sekundzie zwalisty mężczyzna o czerwonej twarzy biegł już przez zielsko, przytrzymując się samochodu i warcząc. Ricky, wstrząśnięty i przerażony, zsikał się w spodnie.

Mark dotykał właśnie tylnego zderzaka, kiedy jego uszu dobiegł trzask drzwi. Zamarł na moment, przemknęło mu przez myśl, żeby wpełznąć pod samochód, i ta chwila zawahania go zgubiła. Próbował jeszcze zerwać się na nogi i rzucić do ucieczki, ale poślizgnął się i mężczyzna go dopadł.

– Mam cię! Mam cię, mały skurwysynu! – wrzasnął, chwytając Marka za włosy i ciskając go na bagażnik. – Mam cię, mały skurwysynu! – Ciężka, tłusta dłoń wylądowała na twarzy wierzgającego i wyrywającego się chłopaka. Kopnął jeszcze raz, już nie tak desperacko, i znowu oberwał w twarz.

Patrzył w pochylającą się nad nim dziką, rozpaloną gębę. W nabiegłe krwią, załzawione oczy. Z nosa i brody grubasa ściekała jakaś wydzielina.

– Mam cię, mały skurwysynu – wycedził nieznajomy przez zaciśnięte żółte zęby.

Przygniatając jedną ręką zrezygnowanego Marka do klapy bagażnika, wetknął wąż z powrotem w rurę wydechową, po czym porwał chłopca za kołnierz i powlókł za sobą przez zielsko do otwartych drzwi kierowcy. Wrzucił go brutalnie do środka i przepchnął na obity czarną skórą fotel pasażera.

Kiedy sam zwalał się ciężko za kierownicę, Mark trzymał już klamkę i szukał przycisku blokady. Mężczyzna zatrzasnął za sobą drzwi i wskazując na klamkę, wrzasnął: „Nie rusz tego!” i z całych sił rąbnął chłopca na odlew w lewe oko.

Mark pisnął z bólu, chwycił się za oko i oszołomiony zgiął wpół. Płakał teraz. Cholernie bolał go nos, a usta jeszcze bardziej. W głowie mu szumiało. Czuł smak krwi. Słyszał pochlipywanie i bełkot mężczyzny. Wchłaniał odór whiskey i widział prawym okiem kolana swoich brudnych dżinsów. Lewe oko zaczynało puchnąć i obraz zachodził mgłą.

Tłusty prawnik pociągnął whiskey i popatrzył na złożonego w scyzoryk, dygoczącego na całym ciele Marka.

– Przestań się mazać! – warknął.

Mark oblizał wargi i przełknął krew. Potarł guz nad okiem i wciąż wpatrzony w swoje dżinsy spróbował odetchnąć głębiej. Mężczyzna warknął znowu: „Przestań się mazać!”, spróbował się więc opanować.

Silnik pracował. Samochód był duży, ciężki i cichy, ale Mark słyszał dobiegający jakby z oddali aksamitny pomruk. Odwrócił powolutku głowę i zerknął na wąż, który opadał spiralnie znad tylnej szyby za fotelem kierowcy niczym rozdrażniony gad, podpełzający, by ich śmiertelnie ukąsić. Grubas roześmiał się.

– No to umrzemy sobie razem – oznajmił głosem, o dziwo, zupełnie już opanowanym.

Lewe oko Marka puchło gwałtownie. Chłopiec obrócił się w fotelu i spojrzał odważnie na mężczyznę, który teraz wydawał mu się jeszcze większy. Nalana twarz, zmierzwiona broda, przekrwione, błyszczące oczy, uporczywie w niego wpatrzone, przypominające ślepia demona w ciemnościach.

Mark płakał.

– Niech mnie pan wypuści – wyszlochał łamiącym się głosem. Wargi mu drżały.

Kierowca wsadził sobie w usta szyjkę butelki. Uniósł ją, skrzywił się i cmoknął.

– Przykro mi, mały. Zachciało ci się odstawiać cwaną gapę, zachciało ci się wtykać ten mały, usmarkany nos w moje sprawy, tak? No to umrzemy razem. Okay? Ty i ja, koleś. Do kraju baju-baju. Na spotkanie z czarnoksiężnikiem. Słodkich snów, mały!

Mark pociągnął nosem i nagle zauważył leżący pomiędzy nimi pistolet. Odwrócił wzrok, ale kiedy mężczyzna jeszcze raz łyknął z butelki, znowu zerknął na broń.

– Chcesz ten pistolet? – spytał nieznajomy.

– Nie, proszę pana.

– To po co na niego patrzysz?

– Nie patrzyłem.

– Nie kłam, mały, bo cię zabiję. Tak, cholerny ze mnie świr i cię ukatrupię. – Mówił głosem bardzo spokojnym, choć z oczu ciekły mu łzy. Oddychał głęboko. – A poza tym, mały, jeśli mamy zostać kumplami, to musisz być ze mną szczery. Szczerość to bardzo ważna rzecz, wiesz? No to jak, chcesz ten pistolet?

– Nie, proszę pana.

– Chciałbyś wziąć ten pistolet i mnie zastrzelić?

– Nie, proszę pana.

– Bo widzisz, mały, ja się nie boję śmierci.

– Wiem, proszę pana, ale ja nie chcę umierać. Opiekuję się mamą i młodszym bratem.

– Ojojoj, co za sielanka! Prawdziwa głowa rodziny.

Zakręcił butelkę, po czym porwał nagle pistolet, wepchnął sobie lufę głęboko w usta, zacisnął na niej wargi i spojrzał na Marka, który śledził każdy jego ruch w nadziei, że facet pociągnie za spust, i jednocześnie – że tego nie zrobi. Mężczyzna wyjął powoli lufę z ust, pocałował jej wylot i skierował go na Marka.

– Jeszcze z niego nie strzelałem, wiesz? – powiedział prawie szeptem. – Kupiłem go przed godziną w lombardzie w Memphis. Jak myślisz? Działa?

– Niech mnie pan stąd wypuści.

– Masz do wyboru, mały – podjął mężczyzna, wdychając niewidzialne opary. – Albo rozwalę ci teraz łeb i będzie po krzyku, albo gaz cię zabije. Wybieraj.

Mark nie patrzył na pistolet. Wciągnął nosem powietrze i przez chwilę wydawało mu się, że coś czuje. Lufa pistoletu dotykała niemal jego głowy.

– Czemu pan to robi? – spytał.

– Nie twój zasrany interes, mały. Szajba mi odbiła. Nerwy puściły. Zaplanowałem sobie, widzisz, eleganckie, kameralne, prywatne samobójstwo, tylko ja, mój wąż, no i może jeszcze trochę prochów i whiskey. Bez świadków. Ale nie, tobie się zachciało odstawiać cwaniaka. Ty mały skurwysynu!

Opuścił pistolet i odłożył go ostrożnie na siedzenie. Mark potarł guz na czole i przygryzł wargę. Ręce mu drżały, ścisnął więc dłonie kolanami.

– Za pięć minut będzie po nas – oświadczył oficjalnie mężczyzna, podnosząc do ust butelkę. – Ty i ja, koleś, na spotkanie z czarnoksiężnikiem.

* * *

Ricky poruszył się w końcu. Zęby mu szczękały, dżinsy miał mokre, ale odzyskał zdolność logicznego rozumowania. Opadł z kucek na czworaki i zatonął w wysokiej trawie. Płacząc i zgrzytając zębami, zaczął sunąć na brzuchu w kierunku samochodu. Drzwi mogły się w każdej chwili otworzyć. Ten wielki, ale szybki wariat mógł wyprysnąć z wozu jak z procy i złapać go za kark jak Marka, a wtedy wszyscy umrą w długim czarnym samochodzie. Powoli, centymetr za centymetrem, pełzł przez trawę.

* * *

Mark ujął pistolet oburącz i uniósł go powoli. Był ciężki jak cegła. Dygotał w dłoniach, kiedy chłopiec wycelował w grubasa. Mężczyzna pochylił się, dotykając niemal nosem wylotu lufy.

– A teraz naciśnij spust, mały – powiedział z uśmiechem. Na jego spoconej, rozpalonej twarzy błąkał się wyraz uduchowionego wyczekiwania. – Naciśniesz, ja umrę i będziesz wolny. – Mark zgiął palec. Mężczyzna skinął zachęcająco głową, nachylił się jeszcze bardziej i zacisnął zęby na końcu lufy. – No, ciągnij za ten spust – wymamrotał.

Mark zamknął oczy i z całych sił ścisnął kolbę pistoletu. Wstrzymał oddech i miał już pociągnąć, kiedy nagle mężczyzna wyrwał mu broń, pomachał nią z furią przed nosem i sam nacisnął spust. Mark pisnął, a szyba za jego głową popękała na tysiące kawałków, ale się nie rozprysła.

– Działa! Działa! – ryknął mężczyzna.

Mark wtulił głowę w ramiona i zatkał dłońmi uszy.

* * *

Słysząc strzał, Ricky wdusił twarz w trawę. Od samochodu dzieliły go jeszcze trzy metry, kiedy rozległ się huk, a zaraz potem pisk Marka. Grubas wrzeszczał i Ricky znowu się posikał. Zamknął oczy, wczepił się palcami w zielsko. Żołądek mu się wywracał, serce waliło jak młotem i przez minutę po wystrzale nie śmiał się poruszyć. Płakał po swoim bracie, który z pewnością już nie żyje, zastrzelony przez wariata.

* * *

– Przestań się mazać, do jasnej cholery! Niedobrze mi, jak na ciebie patrzę!

Mark ścisnął kolana i próbował powstrzymać się od płaczu. Głowę rozsadzał mu pulsujący ból, w ustach miał sucho. Wsadził złożone dłonie między ściśnięte kolana i pochylił się. Musi przestać płakać i coś wymyślić. Raz w jakimś programie telewizyjnym jeden czubek przymierzał się, żeby skoczyć z wysokiego budynku, a taki flegmatyczny policjant mówił do niego i mówił, aż w końcu czubek zaczął odpowiadać i oczywiście nie skoczył.

Mark pociągnął ukradkowo nosem, czy nie czuć spalin, i spytał:

– Czemu pan to robi?

– Bo chcę umrzeć – odparł spokojnie mężczyzna.

– Dlaczego? – spytał znowu chłopak, zerkając na idealnie okrągłą dziurkę w szybie.

– A dlaczego dzieci zadają zawsze tyle pytań?

– Bo takie już są. Czemu chce pan umrzeć? – Sam ledwie siebie słyszał.

– Słuchaj, mały, za pięć minut już nas nie będzie, dotarło? Ty i ja na spotkanie z czarnoksiężnikiem. – Pociągnął sążnisty łyk z pustej już prawie butelki. – Czuję gaz, mały. Ty też? Nareszcie.

W bocznym lusterku za popękaną szybą Mark dostrzegł poruszenie w zielsku i przez moment mignął mu tam Ricky wpełzający w krzaki pod drzewem. Zamknął oczy i zmówił pacierz.

– Muszę przyznać, mały, że twoje towarzystwo dobrze mi robi. Nikt nie lubi umierać w samotności. Jak się nazywasz?

– Mark.

– A dalej?

– Mark Sway. – Zagadywać, zagadywać, to czubek może nie skoczy. – A pan jak się nazywa?

– Jerome. Ale możesz mi mówić Romey. Tak zwracają się do mnie przyjaciele, a ponieważ sporo nas już łączy, ty też możesz mi mówić Romey. Koniec pytań, okay, mały?

– Czemu chcesz umrzeć, Romey?

– Powiedziałem, koniec pytań. Czujesz ten gaz, Mark?

– Trudno powiedzieć.

– Zaraz poczujesz. Zacznij się lepiej modlić. – Romey obsunął się w swoim fotelu, odchylając w tył głowę i zamykając oczy. Kompletny luz. – Zostało nam około pięciu minut, Mark. Chcesz wygłosić jakieś ostatnie słowo? – W prawej ręce trzymał butelkę whiskey, w lewej pistolet.

– Tak. Czemu pan to robi? – spytał Mark, zerkając w lusterko, by poszukać tam śladu obecności brata. Oddychał płytko przez nos i niczego nie czuł. Ricky musiał wyciągnąć szlauch z rury wydechowej.

– Bo mi odbiło, jeszcze jeden świrnięty prawnik, no nie? Doprowadzono mnie do ostateczności, Mark. Ile masz lat?

– Jedenaście.

– Próbowałeś już whiskey?

– Nie – odparł zgodnie z prawdą.

Przed jego nosem pojawiła się nagle butelka. Wziął ją odruchowo.

– Strzel sobie – mruknął Romey, nie otwierając oczu.

Mark spróbował odczytać napisy na etykiecie, ale lewe oko miał już na amen zapuchnięte, w uszach mu dzwoniło po wystrzale i nie mógł się skoncentrować. Odstawił butelkę na siedzenie, a Romey wziął ją stamtąd bez słowa.

– Umieramy, Mark – mruknął mężczyzna właściwie do siebie. – Chyba trudno się z tym pogodzić, kiedy ma się jedenaście lat, ale cóż począć. Nic na to nie poradzę. Chcesz wygłosić ostatnie słowo, młodzieńcze?

Mark przyjął, że Ricky stanął na wysokości zadania, że szlauch jest już unieszkodliwiony, że jego nowy przyjaciel Romey jest pijany i świrnięty i że jeśli chce przetrwać, musi chłodno kalkulować i nawijać ile wlezie. Powietrze było czyste. Odetchnął głęboko i postanowił walczyć.

– Czemu panu odbiło?

Po chwili zastanowienia Romey uznał to pytanie za warte śmiechu. Parsknął i zachichotał cicho.

– O, to kapitalna historia. Coś pięknego. Parę tygodni temu dowiedziałem się czegoś, czego nie wie nikt na całym świecie oprócz mojego klienta, z którego, nawiasem mówiąc, jest kawał skończonej kanalii. Bo widzisz, Mark, my, prawnicy, wysłuchujemy najrozmaitszych prywatnych zwierzeń, których nie wolno nam nikomu powtarzać. Bezwzględna dyskrecja, rozumiesz. Za żadne skarby nie wolno nam nigdy zdradzić, co się stało z pieniędzmi ani kto z kim sypia, ani gdzie pogrzebano ciało, nadążasz? – Wciągnął w płuca potężny haust powietrza i wypuścił je z ogromną rozkoszą. Osunął się jeszcze niżej w swoim fotelu. Oczy miał wciąż zamknięte. – Przepraszam, że ci przyłożyłem. – Zagiął palec na spuście.

Mark zamknął oczy, ale nic się nie stało.

– Ile masz lat, Mark?

– Jedenaście.

– Fakt, już mi mówiłeś. Jedenaście. A ja czterdzieści cztery. Obaj jesteśmy za młodzi, żeby umierać, nie, Mark?

– Tak, proszę pana.

– Ale umieramy, chłopie. Czujesz to?

– Tak, proszę pana.

– Mój klient zabił człowieka i ukrył ciało, a teraz chce zabić mnie. Oto cała historia. Dlatego mi odbiło. Cha! Cha! Kapitalna sprawa, Mark. Coś niebywałego. Ja, zaufany prawnik, mogę ci teraz, dosłownie na sekundy przed odpłynięciem, zdradzić, gdzie jest to ciało. Zwłoki, Mark, najsłynniejszy nieodnaleziony dotąd trup naszych czasów. Nie do wiary. Mogę to w końcu powiedzieć! – Oczy miał teraz otwarte i wlepiał je w Marka. – Ubaw po pachy, Mark!

Mark nie dostrzegał w tym niczego zabawnego. Zerknął w lusterko, a potem na odległy o trzydzieści centymetrów przycisk blokady drzwi. Klamkę miał jeszcze bliżej.

Romey znowu się odprężył i zamknął oczy, jakby rozpaczliwie starał się zapaść w drzemkę.

– Przepraszam cię za to wszystko, mały, naprawdę przepraszam, ale jak już powiedziałem, twoje towarzystwo dobrze mi robi. – Postawił ostrożnie butelkę na desce rozdzielczej obok listu i przełożył pistolet z lewej ręki do prawej, pieszcząc go delikatnie w dłoniach i gładząc spust palcem wskazującym. Mark starał się na to nie patrzeć. – Naprawdę mi przykro, mały. Ile masz lat?

– Jedenaście. Trzeci raz mnie pan o to pyta.

– Zamknij się! Teraz czuję gaz, a ty? Przestań pociągać nosem, do cholery! Jest bezwonny, ty mały tępaku. Nie wywąchasz go. Gdyby ci się nie zachciało odstawiać cwaniaczka, dawno już bym nie żył, a ty bawiłbyś się teraz z chłopakami w wojsko. Głupiś jak but, wiesz?

A ty jeszcze głupszy, pomyślał Mark.

– Kogo zabił pański klient?

Romey uśmiechnął się, ale oczy wciąż miał zamknięte.

– Senatora Stanów Zjednoczonych Ameryki. Mówię. Mówię. Wywalam, co mi leży na wątrobie. Czytujesz gazety?

– Nie.

– Tak też myślałem. Senatora Boyette’a z Nowego Orleanu. Stamtąd jestem.

– Po co przyjechał pan do Memphis?

– Kurczę blade, mały! Masz tych pytań, co?

– Mam. Dlaczego pański klient zabił senatora Boyette’a?

– Dlaczego, po co, kogo, kogo, kogo. Upierdliwy z ciebie gnojek, Mark.

– Wiem. Czemu nie chce mnie pan puścić? – Mark zerknął w lusterko, a potem na wąż opadający na tylną kanapę.

– Jak się nie przymkniesz, to ci zaraz wpakuję kulkę w łeb. – Głowa prawnika opadła i zarośnięty podbródek dotknął niemal piersi. – Mój klient zabił mnóstwo osób. Z tego żyje, z zabijania ludzi. Jest członkiem nowoorleańskiej mafii. A teraz zagiął parol na mnie. Kiepska sprawa, co, mały? Ale przechytrzymy go. Wytniemy mu numer.

Romey pociągnął długi łyk z butelki i spojrzał na Marka.

– No bo pomyśl tylko, mały. Barry albo Barry Kosa, jak go nazywają… wiesz, ci faceci z mafii wszyscy mają takie wdzięczne ksywki… czeka na mnie w tej chwili w jednej takiej szemranej restauracji w Nowym Orleanie. Prawdopodobnie w pobliżu waruje paru jego kumpli, a on po miłej kolacyjce zaprasza mnie do samochodu na małą przejażdżkę, rozmawiamy o jego sprawie, a potem on wyciąga nóż – to dlatego nazywają go Kosą – i przechodzę do historii. Pozbywają się gdzieś mojego puszystego ciałka, tak jak zrobili z senatorem Boyette’em, i bach! Nowy Orlean ma jeszcze jedno niewyjaśnione morderstwo. Ale my im pokazaliśmy, nie, mały? Pokazaliśmy im.

Mówił coraz wolniej, język mu się plątał. Cały czas przesuwał pistolet tam i z powrotem po udzie, nie zdejmując palca ze spustu.

Ciągnąć go za język, niech mówi.

– Dlaczego ten Barry jakiś tam chce pana zabić?

– Znowu pytanie. Odpływam. Ty też?

– Tak. Fajne uczucie.

– Powodów ma mnóstwo. Zamknij oczy, mały. Klep pacierze.

Mark oderwał na chwilę wzrok od pistoletu i zerknął na przycisk blokady drzwi. Zaczął przebierać powoli palcami obu rąk, dotykając czubkiem każdego z nich do kciuka, jak w dziecinnej wyliczance. Koordynacja była idealna.

– No i gdzie jest to ciało?

Romey chrapnął i głowa mu się zakołysała.

– Ciało senatora Boyda Boyette’a – wymruczał prawie szeptem. – To ci dopiero pytanie! Pierwszy w dziejach senator Stanów Zjednoczonych zamordowany w trakcie sprawowania urzędu, wiedziałeś o tym? Zamordowany przez mojego szanownego klienta Barry’ego Kosę Muldanno, który strzelił mu cztery razy w głowę, po czym ukrył ciało. Nie ma ciała, nie ma sprawy. Rozumiesz, mały?

– Nie bardzo.

– Dlaczego nie płaczesz, mały? Przed chwilą płakałeś. Nie boisz się?

– Boję. I chciałbym sobie pójść. Przykro mi, że chce pan umrzeć, i w ogóle, ale ja muszę się opiekować mamą.

– Wzruszające, doprawdy wzruszające. A teraz się zamknij. Widzisz, mały, federalni, żeby dowieść morderstwa, muszą dysponować ciałem. Barry jest ich podejrzanym, ich jedynym podejrzanym, bo on to rzeczywiście zrobił, rozumiesz… prawdę mówiąc, to oni wiedzą, że on to zrobił. Ale muszą mieć ciało.

– A gdzie ono jest?

Słońce przesłoniła ciemna chmura i jej cień padł na polankę. Romey przejechał wolno pistoletem po nodze, jakby chciał w ten sposób ostrzec Marka przed wykonywaniem jakichkolwiek gwałtownych ruchów.

– Kosa nie jest najbardziej rozgarniętym ze znanych mi oprychów. Uważa się za geniusza, a w rzeczywistości dureń z niego.

Z ciebie dureń, pomyślał Mark. Żeby tak siedzieć w samochodzie z wężem podłączonym do rury wydechowej! Czekał, starając się nie poruszać.

– Ciało jest pod moją łodzią.

– Pod pana łodzią?

– Tak, pod moją łodzią. Spieszył się. Byłem akurat poza miastem, a więc mój szanowny klient przytaskał ciało do mojego domu i pochował je w świeżym betonie pod podłogą garażu. Do tej pory tam leży, dasz wiarę? Federalni przekopali pół Nowego Orleanu, ale nie przyszło im do głowy, żeby szukać w moim domu. Może mimo wszystko Barry nie jest tak durny.

– Kiedy to panu powiedział?

– Rzygać mi się chce od twoich pytań, mały.

– Ja naprawdę chciałbym już iść.

– Zamknij się. Gaz działa. Odchodzimy, mały. Odchodzimy. – Upuścił pistolet na siedzenie.

Silnik pomrukiwał cicho. Mark zerknął na dziurkę, którą pocisk wywiercił w szybie, na miliony odbiegających od niej cieniutkich niteczek, a potem na czerwoną gębę i ciężkie powieki. Krótkie parsknięcie, prawie chrapnięcie, i głowa opadła niżej.

Traci przytomność! Mark wpatrywał się w mężczyznę, obserwując ruchy jego potężnej klatki piersiowej. Setki razy widział w tym stanie swojego ojca.

Odetchnął głęboko. Dźwigienka blokady narobi hałasu. Pistolet leżał zbyt blisko ręki Romeya. Markowi ścisnął się żołądek, ścierpły stopy.

Czerwona gęba wydała głośne, przeciągłe sapnięcie i Mark już wiedział, że to jego ostatnia szansa. Powoli, powolutku zaczął przybliżać drżący palec do dźwigienki blokady.

* * *

Ricky miał oczy prawie tak samo suche jak usta, za to zmoczone spodnie. Przycupnął w cieniu pod drzewem, z dala od krzaków, wysokiej trawy i samochodu. Odkąd wyciągnął wąż z rury wydechowej, upłynęło pięć minut. Pięć minut od wystrzału. Ale teraz wiedział, że brat żyje, bo kiedy odbiegł pod osłoną drzew z piętnaście metrów i obejrzał się, dostrzegł w wielkim samochodzie poruszającą się blond czuprynę. Przestał więc płakać, a zaczął się modlić.

Wrócił do kłody i kiedy, nie spuszczając oczu z samochodu i tęskniąc za bratem, kucał przy niej, drzwi od strony pasażera otworzyły się gwałtownie i ze środka wypadł Mark.

* * *

Broda opadła Romeyowi na pierś i kiedy szykował się do następnego chrapnięcia, Mark lewą ręką błyskawicznie strącił pistolet na podłogę, zwalniając jednocześnie prawą dłonią blokadę. Szarpnął za klamkę, rąbnął ramieniem w drzwi i ostatnim odgłosem, jaki usłyszał, wytaczając się z samochodu, było przeciągłe chrapnięcie prawnika.

Wylądował na czworakach i drąc paznokciami darń, ścierając sobie kolana, popełzł co sił przed siebie, byle dalej od samochodu. Pokonawszy tak kilka metrów, zerwał się na nogi i nisko pochylony puścił się biegiem przez trawę. Parę sekund, i był już przy drzewie, gdzie stał oniemiały z przerażenia Ricky.

Zatrzymał się przy pieńku i odwrócił, pewien, że ujrzy za sobą cwałującego ciężko prawnika z pistoletem. Ale zobaczył tylko całkiem niegroźnie wyglądający samochód. Drzwi od strony pasażera stały otworem. Silnik pracował. W rurze wydechowej nic nie tkwiło. Odetchnął pierwszy raz od dobrej minuty, a potem przeniósł powoli wzrok na Ricky’ego.

– Wyciągnąłem ten szlauch – wykrztusił piskliwie Ricky wśród spazmów. Mark skinął głową, ale się nie odezwał. Był już o wiele spokojniejszy. Od samochodu dzieliło ich piętnaście metrów i zanim Romey by się z niego wygramolił, byliby już daleko. A nawet gdyby Romey wyskoczył z wozu jak z procy i zaczął od razu strzelać, to i tak drzewo i krzaki zasłaniały ich przed jego wzrokiem i byli tutaj zupełnie bezpieczni.

– Boję się, Mark. Chodźmy – pisnął Ricky. Ręce mu się trzęsły.

– Jeszcze chwileczkę. – Mark wpatrywał się z napięciem w samochód.

– Chodź, Mark. Uciekajmy.

– Powiedziałem, że za chwileczkę.

Ricky też nie odrywał wzroku od wozu.

– Umarł?

– Chyba nie.

A więc ten mężczyzna żył i miał pistolet. I widać było jak na dłoni, że starszy brat już się nie boi i nad czymś się zastanawia. Ricky cofnął się o krok.

– Ja idę – wymamrotał. – Chcę do domu.

Mark nawet nie drgnął. Oddychał spokojnie i spoglądał na samochód.

– Sekundkę – mruknął, nie patrząc na Ricky’ego. Z jego głosu znowu przebijało zdecydowanie.

Ricky się uspokajał. Pochylił się, opierając dłonie na mokrych kolanach. Obserwował brata. Kiedy ten z namaszczeniem, nie odrywając oczu od samochodu, wyciągnął papierosa z kieszonki koszuli, Ricky pokręcił wolno głową. Mark zapalił, zaciągnął się głęboko i wydmuchnął dym w gałęzie drzewa. Dopiero teraz Ricky zauważył opuchliznę.

– Co ci się stało w oko?

Mark przypomniał sobie nagle o oku. Pomacał je ostrożnie, a potem guz na czole.

– Dał mi parę razy po gębie.

– Brzydko to wygląda.

– Nic mi nie będzie. Wiesz, co zrobię? – spytał, nie oczekując wcale odpowiedzi. – Podkradnę się tam jeszcze raz i wetknę szlauch w rurę wydechową. Niech sukinsyn zdycha.

– Jesteś większy wariat od niego. Zalewasz, prawda, Mark?

Mark palił niespiesznie. Wtem drzwi od strony kierowcy otworzyły się gwałtownie i z wozu wytoczył się Romey z pistoletem w garści. Bełkocząc głośno, obszedł chwiejnie samochód i znalazłszy znowu wąż leżący nieszkodliwie w trawie, bluznął w niebo wiązanką plugawych przekleństw.

Mark przykucnął nisko i pociągnął za sobą Ricky’ego. Romey odwrócił się niezdarnie i przesunął mętnym wzrokiem po drzewach okalających polankę. Zaklął znowu i zaczął głośno płakać. Pot ściekał mu z włosów, a mokra czarna marynarka lgnęła do ciała. Miotał się za samochodem, szlochając, mamrocząc coś do siebie i pokrzykując w stronę drzew.

Nagle uspokoił się, wtaszczył z trudem swoje zwaliste cielsko na klapę bagażnika, po czym zaczął się wiercić i przesuwać do tylu jak nawalony słoń, dopóki nie natrafił plecami na tylną szybę. Siedział tak przez chwilę z wyciągniętymi przed siebie klocowatymi nogami. Na jednej nie miał buta. Bez pośpiechu, ruchem niemal beznamiętnym, uniósł pistolet i wsadził sobie lufę głęboko w usta. Jego dzikie, przekrwione oczy, ciskając spojrzenia na wszystkie strony, spoczęły na moment na pniu drzewa, pod którym przywarowali chłopcy.

Ściągnął wargi i zacisnął na lufie wielkie, pożółkłe zęby. Zamknął oczy i prawym kciukiem naparł na spust.