Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
"Dziesiąta i ostatnia niespodzianka tej wojny właśnie się urzeczywistnia. Jest nią klęska Zachodu. Stwierdzenie takie może dziwić, zważywszy, że wojna jeszcze się nie skończyła. Klęska jest jednak pewna, ponieważ Zachód bardziej niszczy sam siebie, niż jest atakowany przez Rosję."
Emmanuel Todd
„Stany Zjednoczone i Zachód grają w konflikcie ukraińskim o znacznie wyższą stawkę, niż im się wydaje – zwłaszcza z uwagi na ich postępującą dekompozycję oraz gospodarcze uzależnienie od reszty świata, co może zapowiadać dotkliwą klęskę, której największą cenę zapłacą Europejczycy”.
Olivier Eichenlaub, Institut Iliade
"Krótkie rozdziały tej często prowokacyjnej książki – którą autor najwyraźniej pisał z przyjemnością – na chwilę uwalniają czytelnika od propagandowej mazi, jaka otacza go niemal wszędzie indziej."
Serge Halimi, „Le Monde diplomatique”
Emmanuel Todd (ur. 1951) – francuski demograf, politolog, socjolog i historyk. Autor głośnych książek, m.in. La Chute finale. Essais sur la décomposition de la sphère Soviétique (Ostateczny upadek. Esej o rozkładzie sfery sowieckiej, 1976), w której przewidywał upadek ZSRR, oraz Schyłek imperium. Studium o rozkładzie systemu amerykańskiego (oryg. Après l'empire. Essai sur la décomposition du système américain, 2002; polskie wydanie: 2003).
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 407
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zamiast wstępu do polskiego wydania
„Uderzenie młota wszkło” – zatytułował kiedyś Stanisław Mackiewicz swoją recenzję książki Adolfa Bocheńskiego. Podobny efekt może, ba! – powinna wywołać książka Emmanuela Todda. Swoimi rozważaniami, hipotezami, przewidywaniami Francuz rozbija światopoglądową inarracyjną bańkę, wktórej żyjemy; wskazuje zjawiska, procesy, zagrożenia, októrych nie tyle się nie mówi, co często wogóle ich nie zauważa. Kategorie ipojęcia, które wprowadza, ramy analityczne, które proponuje, inspirują do refleksji wykraczających daleko poza czas samej lektury.
Todd stawia poważne pytania nie tylko okondycję świata, którego – jako część szeroko rozumianego Zachodu – bronimy, ale przede wszystkim oto, czy nasze działania nie przyspieszają raczej jego upadku.
Dziś wPolsce bardzo popularny, wręcz dominujący jest pogląd, jakoby wstosunkach międzynarodowych naszym najpilniejszym zadaniem było przekonywanie innych do naszego punktu widzenia. Tym, którzy działają na tym polu zautentyczną pasją, nie odmawiam bynajmniej szlachetnych intencji, ale pozostaję sceptyczny wobec faktycznych korzyści, jakie może nam przynieść tego rodzaju przewaga perswazji nad analizą. Owiele ważniejszym zadaniem wydaje mi się poznawanie tego, jak myślą inni. Ito wcale nie dlatego, by miało to ułatwić nam przeciąganie ich na „naszą stronę”, ale dlatego, że sami możemy się od nich czegoś nauczyć, czegoś dowiedzieć, zweryfikować – być może – przekonania, które uważamy za niepodważalne. Podnosić jakość własnego myślenia to moim zdaniem wtych burzliwych czasach iwnaszym położeniu droga owiele pewniejsza niż daremne – szczególnie na dłuższą metę – próby sprawienia, by inni myśleli tak jak my.
WPolsce dość regularnie dokonywane jest odkrycie, że „zachodni Europejczycy nie postrzegają świata tak jak my”, awszczególności piętnowani są za to Francuzi. Autor niniejszej książki jest oczywiście Francuzem, ale to nie to sprawia, że jego zewnętrzne wobec naszego spojrzenie jest tak warte poznania. Emmanuel Todd wyróżnia się dziś na tle całego świata zachodniego intelektualną niezależnością. Jego książka nie tylko prowokuje, ale wręcz zmusza do myślenia; nie sposób go dziś zignorować, jeśli chce się rozumieć otaczający nas świat ipoważnie zastanawiać nad tym, dokąd zmierza.
„Czego chcemy od intelektualistów – pisał w2008 Bronisław Łagowski – żeby nas usypiali powtarzaniem oklepanych ido znudzenia poprawnych poglądów, czy żeby wnas budzili ciekawość, jak wygląda księżyc zdrugiej strony? Moim zdaniem Emmanuel Todd to jeden znajbardziej pobudzających badaczy współczesnej polityki”. Te słowa są dziś być może bardziej nawet aktualne niż siedemnaście lat temu.
Jan Sadkiewicz
Kraków, 25 listopada 2025
Dla Georges’a
Pewni, że znają zgóry sekret niedokończonej przygody ludzkiego gatunku, przyglądają się zamieszaniu wczorajszych idzisiejszych wypadków zpowagą sędziego, który zwysoka rozdziela pochwały inagany. Historyczna egzystencja, tak jak ją naprawdę przeżywamy, jest pełna starć pomiędzy jednostkami, grupami inarodami, starć wobronie niemożliwych do pogodzenia interesów iidei. Ani człowiek współczesny, ani historyk nie jest zdolny przyznać bez zastrzeżeń słuszności jednym czy drugim. Nie dlatego, że nie wiemy, co dobre, aco złe. Jednak nie znamy przyszłości, ażadna historyczna sprawa nie jest wolna od skaz.
Raymond Aron
Opium intelektualistów, rozdział V: Sens dziejów,
przeł. Czesław Miłosz
Hier stehe ich, ich kann nicht anders.
(Oto stoję tu inie mogę inaczej).
Marcin Luter na sejmie wWormacji (kwiecień 1521)
Przedmowa, wrzesień 2025Od klęski do rozpadu
Niespełna dwa lata po francuskim wydaniu Klęski Zachodu, wstyczniu 2024 roku, główne przewidywania zawarte wksiążce sprawdziły się. Rosja wytrzymała starcie zarówno militarnie, jak igospodarczo. Amerykański przemysł zbrojeniowy ledwo dyszy. Gospodarki ispołeczeństwa europejskie znajdują się na skraju implozji. Jeszcze przed ostatecznym upadkiem armii ukraińskiej osiągnięto kolejne stadium rozkładu Zachodu.
Od zawsze byłem przeciwny rusofobicznej polityce Stanów Zjednoczonych iEuropy, lecz jako obywatel Zachodu przywiązany do demokracji liberalnej, Francuz wykształcony wAnglii, dziecko matki, która podczas drugiej wojny światowej znalazła schronienie wStanach Zjednoczonych, jestem przerażony konsekwencjami, jakie ta nierozsądnie prowadzona wojna przyniesie nam, ludziom Zachodu.
Astoimy dopiero uprogu katastrofy. Zbliża się moment przełomowy, po którego przekroczeniu ujawnią się ostateczne skutki klęski.
„Reszta świata” (Globalne Południe, czy też Globalna Większość), która dotąd ograniczała się do wspierania Rosji poprzez odmowę bojkotowania jej gospodarki, otwarcie deklaruje teraz poparcie dla Władimira Putina. BRICS się rozszerza, przyjmując nowych członków izacieśniając więzi. Naciski Stanów Zjednoczonych, by jednoznacznie opowiedzieć się po którejś ze stron, sprawiły, że Indie wybrały niezależność: zdjęcia ukazujące Putina, Xi iModiego podczas szczytu Szanghajskiej Organizacji Współpracy wsierpniu 2025 pozostaną symbolem tego przełomowego momentu. Zachodnie media nie przestają jednak przedstawiać nam Putina jako potwora, aRosjan jako niewolników. Te same media nie były wstanie przyjąć do wiadomości, że Reszta świata widzi wnim przywódcę, awRosjanach zwykłych ludzi, nosicieli specyficznej kultury rosyjskiej iwoli suwerenności. Obawiam się, że nasze media tylko pogłębią nasze zaślepienie, nie będąc wstanie dostrzec odrodzenia prestiżu Rosji woczach Reszty świata, która była eksploatowana gospodarczo itraktowana zarogancją przez Zachód przez całe stulecia. Rosjanie odważyli się. Rzucili wyzwanie Imperium – izwyciężyli.
Ironia Historii polega na tym, że Rosjanie – naród europejski, biały, posługujący się językiem słowiańskim – stali się militarną tarczą dla Reszty świata, ponieważ Zachód odmówił im miejsca we własnym gronie po upadku komunizmu.
Mogę tu naszkicować model rozkładu Zachodu, mimo niespójnej polityki Donalda Trumpa, amerykańskiego prezydenta klęski. Niespójność ta nie wynika, jak sądzę, zjego niestabilnej, azapewne także perwersyjnej osobowości, lecz zdylematu, którego Stany Zjednoczone nie są wstanie rozwiązać. Zjednej strony ich przywódcy – zarówno wPentagonie, jak iwBiałym Domu – wiedzą, że wojna jest przegrana iże Ukrainę trzeba będzie porzucić. Rozsądek podpowiada więc rezygnację zdalszego prowadzenia wojny. Zdrugiej jednak strony ten sam rozsądek każe im przeczuwać, że wycofanie się zUkrainy będzie miało dla Imperium skutki dramatyczne, znacznie poważniejsze niż te po wojnach wWietnamie, Iraku czy Afganistanie. Mamy tu bowiem do czynienia zpierwszą strategiczną klęską Ameryki owymiarze globalnym, wkontekście masowej deindustrializacji Stanów Zjednoczonych itrudnej, zaledwie rozpoczętej reindustrializacji. Chiny stały się fabryką świata – ich bardzo niska dzietność co prawda uniemożliwi im zastąpienie Stanów Zjednoczonych, ale na konkurencję przemysłową jest już za późno.
Dedolaryzacja gospodarki światowej już się rozpoczęła. Trump ijego doradcy nie potrafią się ztym pogodzić, ponieważ oznaczałoby to koniec Imperium. Ajednak epoka postimperialna powinna być celem projektu MAGA – Make America Great Again – który zakłada odbudowę amerykańskiego państwa narodowego. Ale dla Ameryki, której zdolność produkcji realnych dóbr jest dzisiaj bardzo słaba (zob. rozdział 9 na temat prawdziwej natury amerykańskiej gospodarki), rezygnacja zżycia na kredyt, na jakie pozwala produkcja dolarów, jest niemożliwa. Taki imperialno-monetarny odwrót spowodowałby gwałtowny spadek poziomu życia, także wśród wyborców Trumpa zklasy ludowej. Pierwszy budżet jego drugiej prezydentury – One Big Beautiful Bill Act – pozostaje więc projektem imperialnym, mimo protekcjonistycznych zapisów taryfowych, które stanowią raczej marzenie niż realny program. OBBBA zwiększa wydatki na zbrojenia ideficyt. AwStanach Zjednoczonych deficyt budżetowy oznacza nieuchronnie produkcję dolarów ideficyt handlowy. Dynamika imperialna, czy też raczej imperialny bezwład, nie przestaje podkopywać marzenia oodrodzeniu produktywnego państwa narodowego.
WEuropie klęska militarna jest wciąż błędnie rozumiana przez przywódców. To nie oni kierowali akcjami zbrojnymi. Plany ukraińskiej kontrofensywy latem 2023 roku (kiedy pisałem Klęskę Zachodu) opracował Pentagon. Amerykańscy wojskowi, chociaż prowadzili wojnę rękami Ukraińców, wiedzą, że obrona rosyjska okazała się skuteczna – nie tylko dlatego, że Zachód nie był wstanie wyprodukować wystarczającej ilości broni, ale także dlatego, że rosyjscy wojskowi okazali się po prostu inteligentniejsi. Przywódcy europejscy dostarczyli jedynie uzbrojenie – ito nie to najważniejsze. Nieświadomi rozmiarów klęski militarnej, wiedzą już natomiast, że ich własne gospodarki zostały sparaliżowane polityką sankcji, wszczególności odcięciem od taniej rosyjskiej energii. Podział gospodarczy kontynentu europejskiego był aktem samobójczego szaleństwa. Niemiecka gospodarka pogrąża się wstagnacji. Na całym Zachodzie nasilają się bieda inierówności społeczne. Wielka Brytania stoi na krawędzi przepaści. Francja znajduje się tuż za nią. Społeczeństwa isystemy polityczne są zablokowane.
Negatywna dynamika gospodarcza ispołeczna istniała na Zachodzie już przed wojną ijuż wówczas rodziła napięcia. Była ona widoczna, wróżnym natężeniu, wcałej Europie Zachodniej. Wolny handel podkopywał fundamenty przemysłu. Imigracja stała się przyczyną syndromu tożsamościowego, szczególnie wśród klas ludowych pozbawionych stabilnego igodnie opłacanego zatrudnienia.
Spoglądając głębiej, negatywna dynamika rozpadu ma charakter kulturowy: masowy dostęp do wyższego wykształcenia tworzy społeczeństwa rozwarstwione, wktórych osoby zwyższym wykształceniem – 20, 30 czy nawet 40% populacji – zaczynają żyć we własnej bańce, uważać się za lepsze, gardzić środowiskami ludowymi iodmawiać pracy fizycznej czy wprzemyśle. Edukacja podstawowa dla wszystkich (powszechna alfabetyzacja) wykarmiła demokrację, tworząc społeczeństwo jednolite ioegalitarystycznej podświadomości. Powszechność wyższego wykształcenia przyczyniła się natomiast do narodzin oligarchii, aczasem plutokracji – społeczeństw rozwarstwionych, ogarniętych podświadomym poczuciem nierówności. Inajwiększy paradoks: rozwój szkolnictwa wyższego doprowadził do obniżenia poziomu intelektualnego wtych oligarchiach iplutokracjach! Opisałem ten łańcuch konsekwencji ponad ćwierć wieku temu wL’illusion économique1, wydanej w1997 roku. Zachodni przemysł przeniósł się do Reszty świata, atakże – rzecz jasna – do dawnych demokracji ludowych Europy Wschodniej, które – uwolnione od sowieckiej Rosji – odzyskały swój wielowiekowy status peryferii zdominowanej przez Europę Zachodnią. Wrozdziale 3 omawiam szczegółowo zjawisko tych „wewnętrznych Chin”, gdzie robotnicy przemysłowi wciąż są liczni. Tymczasem wEuropie elitaryzm osób zwyższym wykształceniem przyczynił się do rozwoju „populizmu”.
Wojna podniosła temperaturę europejskich napięć. Przyczyniła się też do zubożenia kontynentu. Przede wszystkim jednak – co należy uznać za największą porażkę strategiczną – odebrała wiarygodność przywódcom niezdolnym do poprowadzenia swoich krajów do zwycięstwa. Rozwój konserwatywnych ruchów ludowych (zazwyczaj określanych przez elity medialne jako „populistyczne”, „skrajnie prawicowe” lub „nacjonalistyczne”) nabiera rozpędu: Reform UK wWielkiej Brytanii, AfD wNiemczech, Zjednoczenie Narodowe we Francji… O, ironio! Sankcje gospodarcze, po których NATO spodziewało się zmiany reżimu wRosji, są okrok od wywołania całej kaskady zmian reżimów wEuropie Zachodniej. Klasy rządzące Zachodu tracą wiarygodność wskutek klęski właśnie wtym momencie, gdy autorytarna demokracja rosyjska odzyskuje legitymizację dzięki zwycięstwu, araczej zyskuje „superlegitymizację”, gdyż powrót Rosji do stabilności pod rządami Putina zapewnił mu już na samym początku niezaprzeczalne ipełne zaufanie społeczne.
Tak wygląda nasz świat uprogu 2026 roku.
Upadek Zachodu przybiera formę „hierarchicznego rozszczepienia”.
Stany Zjednoczone rezygnują zkontroli nad Rosją i, jak sądzę, coraz częściej – również nad Chinami. Poddane chińskiej blokadzie wzakresie importu samaru, rzadkiego pierwiastka niezbędnego wlotnictwie wojskowym, nie mogą już marzyć omilitarnym przeciwstawieniu się Chinom. Reszta świata – Indie, Brazylia, świat arabski, Afryka – korzysta zokazji irównież wymyka się ich wpływom. Stany Zjednoczone zwracają się więc zwerwą przeciwko swoim europejskim iwschodnioazjatyckim „sojusznikom”, wostatnim wysiłku nadmiernej eksploatacji, ale też – trzeba to przyznać – ze zwykłej frustracji. Chcąc uciec przed upokorzeniem, ukryć przed światem isobą własną słabość, wymierzają karę Europie. Imperium pożera samo siebie. Taki właśnie sens miały taryfy celne iprzymusowe inwestycje narzucone przez Trumpa Europejczykom – raczej kolonialnym sługom kurczącego się imperium niż rzeczywistym partnerom. Czasy solidarnych demokracji liberalnych dobiegły końca.
Trumpizm to „biały ludowy konserwatyzm”. To, co wyłania się na Zachodzie, nie jest solidarnością konserwatyzmów ludowych, lecz zerwaniem wewnętrznych więzi solidarności. Wściekłość wynikająca zporażki popycha każdy kraj do zwracania się przeciwko słabszym od siebie, by odreagować własne rozgoryczenie. Stany Zjednoczone zwracają się więc przeciwko Europie lub Japonii. Francja wznawia konflikt zAlgierią, swoją dawną kolonią. Nie można wątpić, że Niemcy, które – od Scholza po Merza – podporządkowywały się Stanom Zjednoczonym, będą chciały odegrać się za swoje upokorzenie na słabszych europejskich partnerach. Mój kraj, Francja, wydaje mi się najbardziej zagrożony.
Jednym zfundamentalnych pojęć związanych zklęską Zachodu jest nihilizm. Wyjaśniam, wjaki sposób „stan zerowy” religii protestanckiej – sekularyzacja wostatecznym stadium – tłumaczy nie tylko załamanie amerykańskiej edukacji iprzemysłu. Stan zerowy otwiera również pustkę metafizyczną. Nie jestem osobą wierzącą inie opowiadam się za powrotem religii (nie sądzę zresztą, by był on możliwy), muszę jednak – jako historyk – przyznać, że zanik wartości społecznych orodowodzie religijnym prowadzi do kryzysu moralnego, do impulsu niszczenia rzeczy iludzi (czyli do wojny), aostatecznie do próby zniesienia samej rzeczywistości (fenomen transpłciowości wprzypadku amerykańskich demokratów inegowanie ocieplenia klimatu wśród republikanów, na przykład). Kryzys dotyka wszystkie kraje całkowicie zsekularyzowane, ale jest bardziej dotkliwy wtych, których religią był protestantyzm lub judaizm – absolutystyczne wswoim poszukiwaniu transcendencji, niż wtych, gdzie dominował katolicyzm, bardziej otwarty na piękno świata iżycia na Ziemi. To właśnie wStanach Zjednoczonych iwIzraelu obserwujemy rozwój parodystycznych form religii tradycyjnych – parodii, moim zdaniem, nihilistycznych.
Ten irracjonalny wymiar jest centralnym elementem klęski. Nie sprowadza się ona jedynie do „technicznej” utraty potęgi, lecz oznacza także moralne wyczerpanie ibrak pozytywnego celu egzystencjalnego, co prowadzi do nihilizmu.
Nihilizm stoi za wolą europejskich przywódców – szczególnie tych zprotestanckich wybrzeży Bałtyku – by poprzez nieustanne prowokacje rozszerzyć zasięg wojny zRosją. Znihilizmu wyrasta również amerykańska destabilizacja Bliskiego Wschodu – regionu, wktórym wnajwiększym stopniu wyraża się wściekłość wynikająca zamerykańskiej porażki wstarciu zRosją. Przede wszystkim nie powinniśmy ulegać zbyt łatwej oczywistości rzekomej autonomii wojennej reżimu Netanjahu wIzraelu – czy to wsprawie ludobójstwa wGazie, czy ataku na Iran. Nihilistyczne skutki protestantyzmu zerowego izerowego judaizmu wsposób zaiste tragiczny splatają się wtych wybuchach przemocy. Ale na całym Bliskim Wschodzie to właśnie Stany Zjednoczone – dostarczając broń, aczasem same atakując – są wostatecznym rozrachunku sprawcą chaosu. Popychają Izrael do działania, tak jak wcześniej popchnęły Ukrainę. Za pierwszej kadencji prezydenta Trumpa ustanowiono ambasadę Stanów Zjednoczonych wJerozolimie, asam Trump jako pierwszy wpadł na pomysł przekształcenia Gazy wnadmorski kurort. Mam świadomość, że należałoby napisać całą książkę, by udowodnić tę tezę – książkę, wktórej przeanalizowano by jedną po drugiej wszystkie interakcje między graczami. Lecz jako zawodowy historyk, zajmujący się geopolityką od pół wieku, czuję, że – podobnie jak natowska Europa – Izrael przestał być państwem niezależnym. Problemem Zachodu jest wistocie zaprogramowana śmierć państwa narodowego.
Imperium jest rozległe irozkłada się wśród hałasu iwściekłości. To Imperium jest już policentryczne, podzielone co do swoich celów, schizofreniczne. Żadna zjego części nie jest jednak niezależna od całości. Trump stanowi jego aktualne „centrum” izarazem najlepszy ideologiczno-praktyczny wyraz, łącząc racjonalną wolę wycofania się do swojej bezpośredniej strefy wpływów (Europa iIzrael) znihilistycznymi impulsami popychającymi do wojny. Tendencje te – wycofanie iprzemoc – ujawniają się także wsercu amerykańskiego Imperium, gdzie działa mechanizm rozszczepiania hierarchii od wewnątrz. Angloamerykańscy autorzy coraz częściej wspominają onadchodzącej wojnie domowej.
Plutokracja amerykańska ma charakter pluralistyczny. Jest plutokracja finansistów, nafciarzy, Doliny Krzemowej. Trumpowscy plutokraci – teksańscy magnaci naftowi inowi sprzymierzeńcy zDoliny Krzemowej – gardzą wykształconymi elitami demokratycznymi ze Wschodniego Wybrzeża. Te zkolei pogardzają prostymi białymi trumpistami zamerykańskiego interioru, aci znowu gardzą czarnoskórymi wyborcami Demokratów. Itak dalej…
Jedną znajbardziej znamiennych cech dzisiejszej Ameryki jest to, że jej przywódcy mają coraz większy problem zodróżnieniem tego, co wewnętrzne, od tego, co zewnętrzne – mimo prób ruchu MAGA, by powstrzymać napływ imigrantów zpołudnia poprzez budowę muru. Armia strzela do łodzi wypływających zWenezueli, bombarduje Iran, wkracza do centrów amerykańskich miast rządzonych przez Demokratów, anawet zleca izraelskiemu lotnictwu atak na Katar – państwo, wktórym znajduje się ogromna amerykańska baza wojskowa. Każdy czytelnik literatury science fiction rozpozna wtej niepokojącej sekwencji pierwsze symptomy dystopii – świata, wktórym potęga miesza się zrozkładem, hierarchią, przemocą, biedą iperwersją.
Pozostańmy więc sobą – poza Ameryką. Zachowajmy samodzielność wpostrzeganiu tego, co wewnętrzne izewnętrzne, miejmy wyczucie proporcji, kontakt zrzeczywistością, własną wizję tego, co sprawiedliwe ipiękne. Nie pozwólmy również, by nasi europejscy przywódcy – uprzywilejowani, lecz zagubieni wHistorii, zrozpaczeni po porażce iprzerażeni perspektywą przyszłego osądu ze strony własnych narodów – pchnęli nas wwojenny obłęd.
Anade wszystko – nie przestawajmy szukać sensu.
Paryż, 25 września 2025
Przypisy:
1Emmanuel Todd, L’illusion économique. Essai sur la stagnation des sociétés developpées, Gallimard, Paris 1997.
WprowadzenieDziesięć niespodzianek wojny
24 lutego 2022 roku Władimir Putin pojawił się na ekranach telewizorów na całym świecie. Ogłosił wejście wojsk rosyjskich na Ukrainę. Jego przemówienie nie dotyczyło, wgruncie rzeczy, ani Ukrainy, ani prawa do samostanowienia ludności Donbasu. Było to wyzwanie rzucone NATO. Putin wyjaśnił, dlaczego nie chce, żeby Rosja została zaskoczona, jak to miało miejsce w1941 roku, czekając zbyt długo na nieunikniony atak: „Dalsza rozbudowa infrastruktury Sojuszu Północnoatlantyckiego oraz militaryzacja terytorium Ukrainy są dla nas nie do przyjęcia”. Została przekroczona „czerwona linia”, nie ma mowy oprzyzwoleniu na rozwijanie się na Ukrainie „anty-Rosji”; działamy – podkreślał Putin – wsamoobronie.
Przemówienie to, stwierdzające historyczną iwpewnym sensie prawną zasadność decyzji Putina, ujawniało zbrutalnym realizmem techniczną przewagę, która działała na jego korzyść. Jeśli nadszedł moment, by Rosja podjęła działanie, to dlatego, że posiadanie pocisków hipersonicznych dawało jej strategiczną przewagę. Przemówienie Putina, starannie sformułowane, wyważone, choć zdradzające pewne emocje, było całkowicie jasne i – chociaż nic nie nakazywało przyjmować zaprobatą argumentów prezydenta Rosji – zasługiwało przynajmniej na przedyskutowanie. Tymczasem natychmiast narzucono przekaz, jakoby zachowanie Putina było niewytłumaczalne, apostawa Rosjan – niezrozumiała bądź świadcząca ouległości, bądź ogłupocie. Wefekcie zabrakło debaty, co okryło hańbą zachodnią demokrację: całkowicie wdwóch krajach – Francji iWielkiej Brytanii, do pewnego stopnia – wNiemczech iStanach Zjednoczonych.
Jak wprzypadku większości wojen, szczególnie światowych, ta też nie potoczyła się zgodnie zprzewidywaniami idostarczyła nam już wielu niespodzianek. Naliczyłem dziesięć najważniejszych.
Pierwszą był sam wybuch wojny wEuropie, prawdziwej wojny między dwoma państwami, co wydawało się czymś niemożliwym na kontynencie, który wierzył, że wkroczył już wepokę wiecznego pokoju.
Druga, to dwaj przeciwnicy, którzy wtej wojnie stanęli naprzeciwko siebie: Stany Zjednoczone iRosja. Od ponad dekady to Chiny wskazywane były przez Amerykę jako jej główny wróg. Niechęć do Państwa Środka była wWaszyngtonie ponadpartyjna ibez wątpienia stanowiła jedyny punkt, co do którego republikanie idemokraci wostatnich latach potrafili się zgodzić. Tymczasem naszym udziałem – za pośrednictwem Ukraińców – stało się starcie między Stanami Zjednoczonymi aRosją.
Trzecią niespodzianką był opór militarny, jaki stawiła Ukraina. Wszyscy spodziewali się, że zostanie szybko zmiażdżona. Wiele osób na Zachodzie, mając wpojony naiwny iprzerysowany obraz demonicznego Putina, nie chciało dostrzec, że Rosja wysłała na Ukrainę – kraj opowierzchni 603 700 km2 – zaledwie 100 000 do 120 000 ludzi. Dla porównania, w1968 roku, chcąc opanować Czechosłowację, kraj opowierzchni 127 900 km2, ZSRR ijego satelici zUkładu Warszawskiego wysłali tam 500 000 żołnierzy.
Najbardziej jednak zaskoczeni byli sami Rosjanie. Wich przekonaniu, podobnie jak wopinii większości dobrze poinformowanych ludzi Zachodu, a – prawdę mówiąc – także wrzeczywistości, Ukraina była tym, co technicznie określa się mianem failed state, czyli państwem upadłym. Od momentu odzyskania niepodległości w1991 roku straciła, zpowodu emigracji ispadku dzietności, blisko 11 milionów mieszkańców. Była zdominowana przez oligarchów, akorupcja osiągnęła tam niewiarygodny poziom; kraj ijego mieszkańcy wydawali się być na sprzedaż. Tuż przed wojną Ukraina stała się też ziemią obiecaną dla taniej surogacji.
Ukraina została wprawdzie wyposażona przez NATO wpociski przeciwpancerne Javelin iod samego początku wojny dysponowała amerykańskimi systemami obserwacji inaprowadzania, niemniej zaciekły opór kraju pogrążonego wrozkładzie stanowi fakt oznaczeniu historycznym. Nikt nie mógł przewidzieć, że Ukraina odnajdzie wtej wojnie sens życia, uzasadnienie własnego istnienia.
Czwartą niespodzianką była odporność gospodarcza Rosji. Zapowiadano nam, że sankcje, awszczególności wykluczenie banków rosyjskich zsystemu rozliczeń międzybankowych SWIFT, rzucą ten kraj na kolana. Gdyby jednak kilku dociekliwych przedstawicieli świata polityki imediów zadało sobie trud przeczytania książki Davida Teurtrie’a, Russie. Le retour de la puissance [Rosja, powrót potęgi], wydanej kilka miesięcy przed wojną, oszczędzono by nam tej niedorzecznej wiary wnaszą finansową wszechmoc1. Teurtrie pokazuje, że Rosjanie przystosowali się do sankcji z2014 roku iprzygotowali się do autonomii wdziedzinie informatyki ibankowości. Zksiążki tej wyłania się obraz Rosji nowoczesnej, dalekiej od sztywnej neostalinowskiej autokracji, którą codziennie przedstawiają nam media; obraz państwa zdolnego do dużej elastyczności technicznej, gospodarczej ispołecznej – krótko mówiąc: przeciwnika, którego należy traktować poważnie.
Piąta niespodzianka: załamanie się wszelkiej europejskiej woli politycznej. Europa opierała się pierwotnie na tandemie francusko-niemieckim, który od czasu kryzysu wlatach 2007–2008 coraz bardziej przypominał patriarchalne małżeństwo, zNiemcami jako dominującym mężem, który przestał słuchać swojej partnerki. Niemniej nawet pod hegemonią niemiecką Europa zachowywała – uważano – pewną samodzielność. Tymczasem, mimo początkowych oporów za Renem, wtym wahań kanclerza Scholza, Unia Europejska bardzo szybko porzuciła wszelką chęć obrony własnych interesów. Odcięła się od swojego rosyjskiego partnera energetycznego i(szerzej) handlowego, nakładając na siebie coraz bardziej dotkliwe sankcje. Niemcy bez szemrania zaakceptowały sabotaż gazociągów Nord Stream (które zapewniały im część dostaw energii) – akt terrorystyczny skierowany przeciwko nim wrównym stopniu, co przeciwko Rosji, dokonany przez ich amerykańskiego „protektora” we współpracy zNorwegią, krajem nienależącym do Unii. Niemcy zdołały nawet zignorować znakomite śledztwo Seymoura Hersha, dotyczące tego bezprecedensowego wydarzenia, obciążające państwo, które przedstawia się jako niezbędny gwarant międzynarodowego porządku. Widzieliśmy też, jak Francja Emmanuela Macrona znika zmiędzynarodowej sceny, podczas gdy głównym agentem Waszyngtonu wUnii Europejskiej staje się Polska, przejmując tę rolę po Wielkiej Brytanii, która po Brexicie znalazła się poza Unią. Na kontynencie, generalnie rzecz ujmując, wmiejsce osi Paryż–Berlin powstała oś Londyn–Warszawa–Kijów, sterowana zWaszyngtonu. To zniknięcie Europy jako samodzielnego podmiotu geopolitycznego może budzić zdumienie, jeśli przypomnimy sobie, że zaledwie dwadzieścia lat temu solidarny sprzeciw Niemiec iFrancji wobec wojny wIraku doprowadził do wspólnych konferencji prasowych kanclerza Schrödera, prezydenta Chiraca iprezydenta Putina.
Szóstą niespodzianką tej wojny było nagłe pojawienie się Wielkiej Brytanii wroli antyrosyjskiego pieniacza isamozwańczego lidera NATO. Brytyjskie Ministerstwo Obrony, którego przekaz skwapliwie podchwytywała prasa zachodnia, okazało się jednym znajbardziej podekscytowanych komentatorów konfliktu, przy którym amerykańscy neokonserwatyści mogli uchodzić za umiarkowanych militarystów. Zjednoczone Królestwo chciało jako pierwsze wysłać na Ukrainę pociski dalekiego zasięgu oraz ciężkie czołgi.
Ten wojowniczy nastrój ogarnął, wrównie osobliwy sposób, Skandynawię, która od dawna charakteryzowała się pacyfistycznym temperamentem iskłaniała się raczej ku neutralności niż walce. Mamy tu więc, wEuropie Północnej, siódmą niespodziankę, również „protestancką”, stanowiącą dodatek do gorączki brytyjskiej. Norwegia iDania są istotnymi ogniwami amerykańskiego systemu sojuszy wojskowych, podczas gdy Finlandia iSzwecja, przystępując do NATO, wykazują całkiem nowe zainteresowanie wojną, które, jak zobaczymy, istniało jeszcze przed rosyjską inwazją na Ukrainę.
Ósma niespodzianka jest najbardziej… niespodziewana. Nadeszła ze Stanów Zjednoczonych, dominującej potęgi militarnej. Narastający powoli niepokój znalazł wkońcu wyraz wczerwcu 2023 roku wserii raportów iartykułów, których źródłem był Pentagon: amerykański przemysł zbrojeniowy jest niewydolny, światowe supermocarstwo nie jest wstanie zapewnić swojemu ukraińskiemu protegowanemu odpowiedniego zaopatrzenia wpociski – ani wcokolwiek innego. Jest to coś niezwykłego, zważywszy, że wprzeddzień wojny łączny Produkt Krajowy Brutto (PKB) Rosji iBiałorusi stanowił zaledwie 3,3% PKB Zachodu (Stanów Zjednoczonych, Kanady, Europy, Japonii iKorei Południowej). Te 3,3% zdolne wyprodukować więcej uzbrojenia niż cały świat zachodni stanowią podwójny problem: przede wszystkim dla armii ukraińskiej, która przegrywa wojnę zpowodu braku sprzętu, anastępnie dla naukowej dumy Zachodu, ekonomii politycznej, której naciągany – nie bójmy się tego powiedzieć – charakter zostaje wten sposób ujawniony światu. Koncepcja PKB jest przestarzała imusimy obecnie zastanowić się nad związkiem neoliberalnej ekonomii politycznej zrzeczywistością.
Dziewiątą niespodzianką jest ideologiczna samotność Zachodu ijego nieświadomość własnej izolacji. Przyzwyczajeni do narzucania wartości, do których świat powinien się dostosować, ludzie Zachodu spodziewali się – szczerze, choć naiwnie – że cała planeta podzieli ich oburzenie wobec Rosji. Spotkało ich rozczarowanie. Gdy minął pierwszy szok związany zwojną, zaczęto to tu, to tam dostrzegać coraz mniej ukrywane poparcie dla Rosji. Można było się spodziewać, że po stronie NATO nie opowiedzą się Chiny, wskazywane przez Amerykanów jako kolejny przeciwnik na ich liście. Warto jednak zauważyć, że komentatorzy po obu stronach Atlantyku, zaślepieni swoim ideologicznym narcyzmem, przez ponad rok poważnie brali pod uwagę możliwość, że Chiny nie wesprą Rosji. Odmowa zaangażowania się ze strony Indii była zapewne jeszcze większym rozczarowaniem, ponieważ Indie są największą demokracją na świecie, co nieco burzy obraz „obozu liberalnych demokracji”. Uspokajano się, tłumacząc to faktem, że indyjski sprzęt wojskowy wdużej mierze pochodzi zczasów sowieckich. Wprzypadku Iranu, który szybko dostarczył Rosji drony, komentatorzy bieżących wydarzeń nie docenili znaczenia tego zbliżenia. Przyzwyczajeni do wrzucania obu tych krajów do jednego worka – tego zsiłami zła – geopolitycy-amatorzy zmediów inie tylko zapomnieli, jak bardzo ten sojusz nie był oczywisty. Historycznie rzecz biorąc, Iran miał dwóch wrogów: Anglię, którą po upadku Imperium Brytyjskiego zastąpiły Stany Zjednoczone, oraz… Rosję. Ten zwrot Teheranu powinien był dać do myślenia oskali przewrotu geopolitycznego, zjakim mamy obecnie do czynienia. Turcja zkolei, członek NATO, zdaje się coraz bardziej zaangażowana wbliskie relacje zputinowską Rosją – wktórych, wrejonie Morza Czarnego, rywalizacja łączy się zautentycznym wzajemnym zrozumieniem. Na Zachodzie jak dotąd potrafiono wytłumaczyć to jedynie rzekomym braterstwem iwspólnymi aspiracjami rządzących tymi państwami dyktatorów. Taka narracja stała się jednak trudna do obrony, odkąd Erdoğan został ponownie wybrany na prezydenta wdemokratycznych wyborach wmaju 2023 roku. Wrzeczywistości, po półtora roku wojny, cały świat muzułmański zdaje się postrzegać Rosję raczej jako partnera niż przeciwnika. Coraz wyraźniej widać, że Arabia Saudyjska iRosja traktują się nawzajem jak partnerzy ekonomiczni – wdziedzinie zarządzania produkcją iceną ropy – anie jak ideologiczni wrogowie. Ogólniej rzecz ujmując, ekonomiczna dynamika wojny zkażdym kolejnym dniem pogłębia niechęć do Zachodu wkrajach rozwijających się, ponieważ to one najdotkliwiej odczuwają skutki sankcji.
Dziesiąta iostatnia niespodzianka właśnie się urzeczywistnia. Jest nią klęska Zachodu. Stwierdzenie takie może dziwić, zważywszy, że wojna jeszcze się nie skończyła. Klęska jest jednak pewna, ponieważ Zachód bardziej niszczy sam siebie, niż jest atakowany przez Rosję.
Poszerzmy naszą perspektywę ioderwijmy się na chwilę od emocji, jakie słusznie budzi wnas wojenna przemoc. Żyjemy wepoce globalizacji dopełnionej, wobu znaczeniach tego słowa: maksymalnej izakończonej. Spróbujmy spojrzeć na sytuację zgeopolitycznego punktu widzenia: Rosja nie stanowi tu tak naprawdę głównego problemu. Zbyt rozległa dla kurczącej się populacji, nie byłaby wstanie przejąć kontroli nad światem iwcale tego nie pragnie. Jest normalnym mocarstwem, którego ewolucja nie ma wsobie niczego tajemniczego. Żaden rosyjski kryzys nie destabilizuje sytuacji na świecie. To kryzys Zachodu, awszczególności terminalny kryzys Stanów Zjednoczonych, zagraża równowadze planety. Jego najbardziej peryferyjne fale rozbiły się ofalochron rosyjskiego oporu, oklasyczne ikonserwatywne państwo narodowe.
*
Już 3 marca 2022 roku, zaledwie tydzień po rozpoczęciu wojny, John Mearsheimer, profesor stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie wChicago, przedstawił swoją analizę wydarzeń wnagraniu wideo, które obiegło cały świat. Miała ona tę ciekawą cechę, że była wdużym stopniu zgodna zwizją Władimira Putina iopierała się na założeniu, że Rosjanie kierują się pewną logiką, aich postępowanie można zrozumieć. Mearsheimer jest przedstawicielem „realizmu” – szkoły myślenia ogeopolityce, wedle której stosunki międzynarodowe stanowią kombinację siłowych zmagań między egoistycznymi państwami narodowymi. Jego analizę można streścić wnastępujący sposób: Rosja od lat powtarzała, że nie zaakceptuje wstąpienia Ukrainy do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Tymczasem Ukraina, której armia znalazła się pod nadzorem natowskich doradców wojskowych – amerykańskich, brytyjskich ipolskich – stawała się nieformalnym członkiem Sojuszu. Rosjanie zrobili więc to, co zapowiadali – sięgnęli po rozwiązanie militarne. Wgruncie rzeczy to nasze zaskoczenie było zaskakujące.
Mearsheimer dodawał, że Rosja wygra wojnę, ponieważ dla niej Ukraina stanowi kwestię egzystencjalną, adla Stanów Zjednoczonych – jak można sobie dopowiedzieć – nie. Waszyngton – oddalony o8000 kilometrów – gra jedynie omarginalne korzyści. Mearsheimer wyciągał ztego wniosek, że trudności ewentualnie napotykane przez Rosjan na polu bitwy bynajmniej nie powinny nas cieszyć, ponieważ zpewnością skłonią ich do jeszcze większego zaangażowania wwojnę. Jako że wojna jest kwestią życia lub śmierci tylko dla jednych, ale nie dla drugich, rezultat jest łatwy do przewidzenia: Rosja zwycięży.
Nie sposób nie podziwiać intelektualnej icywilnej odwagi Mearsheimera (jest przecież Amerykaninem). Jego klarowna interpretacja, rozwijająca myśli, które wyrażał już wswoich książkach oraz wkomentarzach po aneksji Krymu w2014 roku, ma jednak jedną zasadniczą wadę: pozwala zrozumieć wyłącznie zachowanie Rosjan. Podobnie jak nasi komentatorzy telewizyjni, którzy wpostawie Putina widzieli tylko mordercze szaleństwo, Mearsheimer wdziałaniach NATO – Amerykanów, Brytyjczyków, Ukraińców – dostrzega jedynie irracjonalność ibrak odpowiedzialności. Zgadzam się znim, ale to trochę za mało. Trzeba jeszcze wyjaśnić tę zachodnią irracjonalność. Co więcej, Mearsheimer nie dostrzegł, że militarne osiągnięcia Ukrainy paradoksalnie wciągnęły Stany Zjednoczone wpułapkę. Teraz ione mają problem egzystencjalny, znacznie wykraczający poza ewentualne marginalne korzyści, co stawia je wniebezpiecznej sytuacji, zmuszając do ciągłego inwestowania wwojnę. Nasuwa mi się obraz pokerzysty, który pod wpływem kolegi wciąż podbija stawkę, aż wkońcu wchodzi va banque zparą dwójek. Naprzeciw niego siedzi zdezorientowany szachista, który itak wygrywa.
Wtej książce zamierzam oczywiście opisać ispróbować zrozumieć to, co dzieje się na Ukrainie, atakże przedstawić hipotezy na temat tego, co może się wydarzyć nie tylko wEuropie, ale również na świecie. Moim celem jest także zgłębienie fundamentalnej tajemnicy, jaką stanowi wzajemne niezrozumienie dwóch stron konfliktu: zjednej strony obozu zachodniego, który uważa Putina – awraz znim całą Rosję – za szalonych, zdrugiej zaś Rosji, względnie Mearsheimera, którzy wgłębi duszy sądzą, że to Zachód oszalał.
Putin iMearsheimer nie należą do tego samego obozu ibez wątpienia bardzo trudno byłoby im uzgodnić wspólne wartości. Jeśli postrzeganie przez nich rzeczywistości okazuje się mimo to zbieżne, to dlatego, że podzielają tę samą podstawową wizję świata złożonego zpaństw narodowych – dysponujących monopolem na legalne stosowanie przemocy wobrębie swoich granic izapewniających wewnętrzny porządek społeczny. Państwa takie można określić mianem „weberowskich”. Wstosunkach zewnętrznych jednak, ponieważ funkcjonują wotoczeniu, gdzie liczą się wyłącznie stosunki sił, państwa te zachowują się zgodnie zlogiką Hobbesa2.
Tym, co najlepiej definiuje rosyjską koncepcję państwa narodowego, jest pojęcie suwerenności, „rozumianej – jak wyjaśnia Tatiana Kastouéva-Jean – jako zdolność państwa do niezależnego kształtowania swojej polityki wewnętrznej izagranicznej, bez jakiejkolwiek ingerencji ani wpływów zewnętrznych”3. Pojęcie to „zyskało szczególne znaczenie wtrakcie kolejnych kadencji Władimira Putina”. Jest ono „wielokrotnie przywoływane wdokumentach ioficjalnych wystąpieniach jako najcenniejsze dobro, jakim dysponuje państwo, niezależnie od jego ustroju iorientacji politycznej”. Suwerenność to „(…) rzadki atut, którym może poszczycić się jedynie kilka krajów – na czele ze Stanami Zjednoczonymi, Chinami isamą Rosją. Jednocześnie wnajbardziej oficjalnych pismach iprzemówieniach zpogardą mówi się o»wasalizacji« państw Unii Europejskiej wobec Waszyngtonu lub określa się Ukrainę mianem amerykańskiego »protektoratu«”.
Wksiążce The Great Delusion z2018 roku Mearsheimer również myśli kategoriami państw narodowych isuwerenności. Dla niego państwo narodowe to nie tylko państwo lub naród opisane wsposób abstrakcyjny4. To, owszem, państwo inaród, lecz zakorzenione wkulturze iposiadające wspólne wartości. Wizja ta, wgruncie rzeczy tradycyjna, uwzględniająca antropologiczną ihistoryczną złożoność świata, jest wtej książce przedstawiona wsposób – można by rzec – aksjomatyczny.
Cechą aksjomatu, czy też postulatu, jest to, że można zniego wyprowadzić twierdzenia, lecz on sam nie podlega dowodzeniu. Jest jednak na tyle przekonujący, że uznaje się go za oczywistość. Weźmy na przykład piąty postulat Euklidesa: przez punkt nieleżący na danej prostej można poprowadzić tylko jedną prostą równoległą do tej danej. Nie da się go udowodnić imatematyka posteuklidesowa, zRiemannem iŁobaczewskim na czele, opiera się na innym aksjomacie. Niemniej, zpunktu widzenia zdrowego rozsądku, piąty postulat Euklidesa jest bardzo przekonujący. Podobnie stwierdzenie, że istnieją państwa narodowe zakorzenione wróżnych kulturach, stanowi aksjomat, który – nawet jeżeli jest powtarzany wsposób nieco dogmatyczny, jak robi to Mearsheimer – cechuje się wysokim stopniem prawdopodobieństwa. Wkońcu świat, który wyłonił się zwielkich fal dekolonizacji wdrugiej połowie XX wieku, zorganizował się wpaństwa, które nie widziały dla siebie innej drogi, jak tylko dążyć do stania się narodami. Wystarczy spojrzeć na skład ONZ, by się otym przekonać.
Aksjomat ten rodzi pewien problem: zaślepia Mearsheimera tak samo, jak zaślepia Rosjan. Stawia ich – wobec rządów zachodnich – wpozycji niezrozumienia, będącej lustrzanym odbiciem tej, jaką ludzie Zachodu zajmują wobec Rosji. Wswoim rozpoczynającym wojnę przemówieniu z24 lutego 2022 roku Putin nazwał Amerykę ijej sojuszników „imperium kłamstwa”; określenie to jest bardzo dalekie od strategicznego realizmu, przywodzi raczej na myśl przeciwnika zagubionego wtrudnym do zdefiniowania stanie psychicznym. Co do Mearsheimera – przypomnijmy, że jego książka nosi tytuł The Great Delusion [Wielkie złudzenie]. Delusion to coś silniejszego niż illusion [iluzja] – może być objawem psychozy lub nerwicy. Podtytuł książki brzmi Liberalne marzenia arzeczywistość międzynarodowa. Amerykański projekt „liberalnej” ekspansji przedstawiony jest jako marzenie, awopozycji do tego marzenia stoi rzeczywistość, której rzecznikiem miałby być Mearsheimer. Traktuje on neokonserwatystów, którzy ostatecznie zdominowali amerykański establishment geopolityczny, tak jak my traktujemy Putina: poddaje ich psychiatryzacji.
To, co Putin – praktyk stosunków międzynarodowych – przeczuwa, mówiąc o„imperium kłamstwa”, choć nie potrafi tego wpełni zdefiniować, oraz to, czego Mearsheimer – teoretyk stosunków międzynarodowych – po prostu nie chce zobaczyć, to bardzo prosta prawda: na Zachodzie państwo narodowe już nie istnieje.
Wksiążce tej zaproponuję posteuklidesową – że tak powiem – interpretację światowej geopolityki. Nie będzie ona przyjmować za pewnik, że świat składa się zpaństw narodowych. Przeciwnie, wychodząc od hipotezy ich zaniku na Zachodzie, uczyni zachowanie tamtejszych społeczeństw zrozumiałym.
*
Koncepcja państwa narodowego zakłada, że różne warstwy ludności zamieszkującej dane terytorium przynależą do wspólnej kultury, funkcjonując wramach systemu politycznego, który może być zarówno demokratyczny, oligarchiczny, autorytarny, jak itotalitarny. Aby mogła mieć zastosowanie, konieczne jest także, by dane terytorium posiadało minimalną autonomię gospodarczą; autonomia ta nie wyklucza, rzecz jasna, wymiany handlowej, lecz wśrednim lub długim okresie bilans handlowy powinien być mniej więcej zrównoważony. Systematyczny deficyt sprawia, że pojęcie państwa narodowego traci sens, ponieważ dana jednostka terytorialna może przetrwać jedynie dzięki pobieraniu trybutu lub subwencji zzewnątrz, bez rekompensaty. Już to jedno kryterium pozwala nam stwierdzić – zanim jeszcze przejdziemy do pogłębionej analizy wrozdziałach od czwartego do dziesiątego – że Francja, Wielka Brytania iStany Zjednoczone, których handel zagraniczny nigdy nie jest zrównoważony, lecz stale deficytowy, nie są już wpełni państwami narodowymi.
Prawidłowo funkcjonujące państwo narodowe zakłada ponadto istnienie specyficznej struktury klasowej, której środek ciężkości stanowią klasy średnie – awięc coś więcej niż tylko zgodne współistnienie między rządzącymi elitami aresztą populacji. Bądźmy jeszcze bardziej precyzyjni iumieśćmy grupy społeczne wprzestrzeni geograficznej. Whistorii społeczeństw ludzkich klasy średnie tworzyły, wraz zinnymi grupami, sieć miejską. To właśnie dzięki konkretnej hierarchii miejskiej, wktórej szczególne miejsce zajmuje wykształcona izróżnicowana klasa średnia, może powstać państwo – system nerwowy narodu. Zobaczymy, do jakiego stopnia późny, problematyczny itragiczny rozwój miejskich klas średnich wEuropie Wschodniej stanowi kluczowy czynnik wyjaśniający jej historyczne losy, aż po wojnę na Ukrainie. Zobaczymy też, wjaki sposób zniszczenie klas średnich przyczyniło się do dezintegracji amerykańskiego państwa narodowego.
Idea państwa narodowego funkcjonującego jedynie dzięki silnym klasom średnim, które przenikają iodżywiają organizm państwowy, przypomina wyraźnie zrównoważoną polisArystotelesa. Oto jak mówi on oklasach średnich wswojej Polityce:
Prawodawca musi jednak zawsze wswój ustrój włączyć stan średni: jeśli bowiem ustanawia prawa wduchu oligarchicznym, to musi mieć na względzie stan średni, jeśli zaś wduchu demokratycznym, to musi się starać opozyskanie go dla tych praw. Gdzie jednak masa stanu średniego posiada przewagę albo nad obu skrajnymi obozami, albo tylko nad jednym znich, tam ustrój może być trwały. Nie ma tu bowiem najmniejszej obawy, aby bogaci połączyli się kiedykolwiek zubogimi przeciw stanowi średniemu. Nigdy przecież jedni znich nie zechcą służyć drugim, ajeśli będą szukać ustroju więcej ogółowi odpowiadającego, nie znajdą innego jak tylko ten pośredni. Bo na to, aby rządzić na przemian, nigdy się nie zgodzą ze względu na wzajemną nieufność. Rozjemca natomiast wszędzie cieszy się największym zaufaniem, atakim rozjemcą jest tu stan średni5.
Kontynuujmy, nie aspirując do żadnej oryginalności, nasz przegląd pojęć, których powiązanie umożliwia samo istnienie państwa narodowego. Nie ma państwa narodowego, zdefinicji, bez świadomości narodowej, ale tutaj ocieramy się już otautologię.
Wprzypadku Unii Europejskiej przekroczenie kategorii narodu jest stosunkowo łatwe do przyjęcia, ponieważ leży upodstaw samego projektu – nawet jeśli przybrało formę inną niż pierwotnie zakładano. Co ciekawe, elity europejskie chciałyby pogodzić przezwyciężenie idei narodu zjego trwaniem. Wprzypadku Stanów Zjednoczonych żadne przekroczenie pojęcia narodu nie jest oficjalnie zamierzone. Jak jednak zobaczymy, amerykański organizm państwowy, choć zdołał podporządkować sobie Europę, cierpi mimowolnie na tę samą chorobę, co ona: zanik wspólnej kultury narodowej, podzielanej przez masy iklasy rządzące. Stopniowy rozpad kultury WASP6 – białej, anglosaskiej iprotestanckiej – od lat 60. XX wieku sprawił, że powstało imperium pozbawione centrum icelu, wistocie – organizm militarny, kierowany przez grupę pozbawioną kultury (wsensie antropologicznym), której podstawowymi wartościami są już tylko władza iprzemoc. Grupę tę określa się zazwyczaj mianem „neokonserwatystów”. Jest ona dość wąska, lecz funkcjonuje wobrębie zatomizowanej, anomicznej klasy wyższej ima wielką zdolność do wywoływania szkód geopolitycznych ihistorycznych.
Ewolucja społeczna krajów zachodnich doprowadziła do zaburzonego stosunku elit do rzeczywistości. Nie można jednak poprzestać na określaniu działań „postnarodowych” jako szalonych lub niezrozumiałych – zjawiska te mają swoją logikę. To inny świat, nowa przestrzeń mentalna, którą musimy zdefiniować, zbadać izrozumieć.
Wróćmy do Mearsheimera ijego kluczowego nagrania z3 marca 2022 roku. Przewidywał wnim – jak już mówiłem – nieuniknione zwycięstwo Rosjan, ponieważ dla nich kwestia ukraińska ma charakter egzystencjalny, podczas gdy dla Stanów Zjednoczonych nigdy nie będzie miała takiego znaczenia. Jeśli jednak porzucimy myśl, że Stany Zjednoczone są państwem narodowym, iprzyjmiemy, że system amerykański stał się czymś zupełnie innym – że poziom życia Amerykanów zależy od importu, którego eksport już nie równoważy, że Ameryka nie ma już narodowej klasy rządzącej wklasycznym tego słowa znaczeniu, że nie ma już nawet centralnej, wyraźnie określonej kultury, ajednocześnie wciąż funkcjonuje tam ogromna machina państwowo-militarna – wówczas musimy rozważyć inne możliwości niż ta, jaka byłaby najbardziej prawdopodobna, gdyby Stany Zjednoczone były zwykłym państwem narodowym, gotowym po prostu wycofać się – tak jak wcześniej wycofywały się zWietnamu, Iraku iAfganistanu – ipogodzić się zkolejną porażką, tym razem na Ukrainie, wwojnie prowadzonej rękami samych Ukraińców.
Czy należy więc postrzegać Stany Zjednoczone nie jako państwo narodowe, lecz jako państwo imperialne? Wielu tak właśnie uważa. Sami Rosjanie zresztą nie mają co do tego wątpliwości. To, co nazywają „kolektywnym Zachodem”, wktórym Europejczycy są jedynie wasalami, to rodzaj pluralistycznego systemu imperialnego. Aby jednak można było zastosować pojęcie imperium, powinny być spełnione pewne warunki: musi istnieć dominujące centrum izdominowane peryferia. To centrum powinno mieć elity związane wspólną kulturą, atakże życie intelektualne na przyzwoitym poziomie. Jak się przekonamy, wStanach Zjednoczonych tego już nie ma.
Czy mamy zatem do czynienia zpaństwem późnoimperialnym (bas-impérial)7? Porównanie Stanów Zjednoczonych ze starożytnym Rzymem ma wsobie coś pociągającego. Sam próbowałem tego wSchyłku imperium, zauważając, że Rzym, podporządkowując sobie cały basen Morza Śródziemnego iimprowizując na tym obszarze coś wrodzaju pierwszej globalizacji, również doprowadził do likwidacji własnej klasy średniej8. Masowy napływ do Italii zboża, wyrobów rzemieślniczych iniewolników zniszczył tamtejsze chłopstwo irzemieślników wsposób, który przywodzi na myśl upadek amerykańskiej klasy robotniczej pod naporem tanich produktów zChin. Wobu przypadkach, przerysowując nieco, można powiedzieć, że wyłoniło się społeczeństwo spolaryzowane: zjednej strony ekonomicznie bezużyteczny plebs, zdrugiej – drapieżna plutokracja. Ścieżka długiej dekadencji została wten sposób wytyczona i, mimo kilku zrywów, stała się nieunikniona.
Analogia do późnego Cesarstwa Rzymskiego nie jest jednak wpełni zadowalająca, ponieważ na obraz obecnej sytuacji składa się także wiele współczesnych, całkowicie nowych elementów: istnienie Internetu, bezprecedensowa szybkość przemian oraz fakt, że obok Stanów Zjednoczonych istnieją olbrzymie narody, jakimi są Rosja iChiny (Imperium Rzymskie nie miało porównywalnych sąsiadów – pomijając odległą Persję, było właściwie osamotnione wswoim świecie). Wreszcie – zasadnicza różnica: późne Cesarstwo Rzymskie doświadczyło ustanowienia chrześcijaństwa. Tymczasem jedną zkluczowych cech naszej epoki jest całkowity zanik chrześcijańskiego fundamentu kulturowego – zjawisko historyczne oogromnym znaczeniu, które tłumaczy właśnie rozpad amerykańskich klas rządzących. Do tej kwestii jeszcze wrócimy iomówimy ją bardziej szczegółowo: protestantyzm, który wdużej mierze stanowił osile gospodarczej Zachodu, umarł. Zjawisko to, równie masowe, co niewidoczne – wręcz oszałamiające, jeśli się nad nim chwilę zastanowić – okaże się, jak zobaczymy, jedną zkluczowych, oile nie najważniejszą, decydującą przyczyną obecnych globalnych zawirowań.
Wracając do naszej próby klasyfikacji, skłaniałbym się do określenia Stanów Zjednoczonych iich dependencji jako państwa postimperialnego: oile Ameryka zachowuje machinę militarną imperium, otyle wjej centrum nie ma już kultury niosącej inteligencję idlatego wpraktyce angażuje się wdziałania nierozważne isprzeczne, takie jak wzmożona ekspansja dyplomatyczna iwojskowa wfazie masowego kurczenia się jej bazy przemysłowej – kiedy „nowoczesna wojna bez przemysłu” to oksymoron.
Ewolucję Stanów Zjednoczonych obserwuję od 2002 roku (wtedy ukazał się Schyłek imperium). Wtedy jeszcze miałem nadzieję, że powrócą one do formy olbrzymiego państwa narodowego, jakim były wswojej pozytywnej fazie imperialnej wlatach 1945–1990, kiedy mierzyły się zZSRR. Dziś, wobliczu śmierci protestantyzmu, muszę przyznać, że takie odrodzenie jest niemożliwe, co jedynie potwierdza dość powszechne whistorii zjawisko: nieodwracalność większości fundamentalnych procesów. Prawidłowość ta dotyczy wielu kluczowych kwestii: sekwencji „etap narodowy, następnie imperialny, wreszcie postimperialny”; wygasania religijności, które pociągnęło za sobą zanik moralności społecznej ipoczucia wspólnoty; procesu ekspansji geograficznej ocharakterze odśrodkowym, łączącej się zdezintegracją pierwotnego rdzenia systemu. Wzrost śmiertelności wAmeryce, szczególnie wrepublikańskich lub trumpistowskich stanach środkowych, następujący wtym samym czasie, gdy setki miliardów dolarów płyną na Ukrainę, jest zjawiskiem charakterystycznym dla tego procesu.
WOstatecznym upadku [La Chute finale, 1976] iSchyłku imperium [Après l’empire, 2002] – dwóch książkach, wktórych spekulowałem na temat nadchodzących załamań systemowych – posługiwałem się „racjonalizującymi” ujęciami historii ludzkości idziałań państw9. WSchyłku imperium, na przykład, interpretowałem dyplomatyczną imilitarną aktywność Stanów Zjednoczonych jako „teatralny mikromilitaryzm” – postawę mającą na celu stworzenie, stosunkowo niewielkim kosztem, wrażenia, że Ameryka pozostaje niezbędna dla świata po upadku Związku Radzieckiego. Wgruncie rzeczy przypisywałem jej pewien racjonalny cel mocarstwowy. Wtej książce zachowam oczywiście elementy klasycznej geopolityki: poziom życia, siłę dolara, mechanizmy eksploatacji, obiektywne stosunki sił militarnych – świat, który na powierzchni wydaje się wmiarę racjonalny. Kwestia poziomu życia Amerykanów oraz zagrożenia, jakie stanowiłby dla niego upadek systemu, będzie tu miała duże znaczenie. Nie będę jednak opierał się wyłącznie na założeniu o„rozsądnej racjonalności” izaproponuję szersze spojrzenie na geopolitykę ihistorię, lepiej uwzględniające to, co wczłowieku jest całkowicie irracjonalne, wszczególności jego potrzeby duchowe.
Kolejne rozdziały będą zatem dotyczyć także religijnej matrycy społeczeństw, rozwiązań, jakie człowiek starał się znaleźć, by rozwikłać zagadkę swojej kondycji ijej trudnego do przyjęcia charakteru, oraz udręk, jakie może wywołać ostateczny rozpad chrześcijańskiej matrycy religijnej na Zachodzie, awszczególności jej protestanckiej odmiany. Nie wszystkie tego skutki zostaną tu przedstawione jako negatywne, aksiążka ta nie jest wyrazem radykalnego pesymizmu. Pojawi się wniej jednak temat nihilizmu, który zajmie nas wdużym stopniu. Zobaczymy też, jak to, co nazywać będę „religijnym stanem zerowym”, doprowadzi wniektórych, najgorszych przypadkach, do ubóstwienia pustki.
Słowa „nihilizm” będę używał nie wjego najpowszechniej przyjętym znaczeniu; nawiązuję raczej – inie jest to przypadek – do zjawiska XIX-wiecznego nihilizmu rosyjskiego. To właśnie nihilizm połączył Amerykę iUkrainę, chociaż wpraktyce te dwa nihilizmy wynikają zróżnych procesów. Nihilizm, wrozumieniu, jakie tu przyjmuję, ma dwa zasadnicze wymiary. Pierwszy, najbardziej widoczny, to wymiar fizyczny: popęd destrukcji rzeczy iludzi – pojęcie niezwykle przydatne przy analizie wojny. Drugi wymiar jest konceptualny, lecz nie mniej kluczowy, szczególnie gdy zastanawiamy się nad losami społeczeństw ikwestią (nie)odwracalności ich upadku: wtym ujęciu nihilizm wyraża się nieodpartym dążeniem do zniszczenia samego pojęcia prawdy, uniemożliwienia jakiegokolwiek rozsądnego opisu świata. Ten drugi wymiar zbliża się, wpewnym sensie, do najbardziej rozpowszechnionego znaczenia tego słowa, wedle którego rozumiemy je jako amoralizm wynikający zbraku wartości. Jako człowiek ousposobieniu naukowym często mam trudności zoddzieleniem dwóch par pojęciowych: dobra izła, prawdy ifałszu. Wmoich oczach pary te zlewają się ze sobą.
*
Itak stajemy wobliczu zderzenia dwóch sposobów myślenia: zjednej strony mamy realizm strategiczny państw narodowych, zdrugiej – mentalność postimperialną, będącą emanacją rozpadającego się imperium. Żaden znich nie obejmuje całej rzeczywistości: pierwszemu brak zrozumienia, że Zachód przestał być zbiorem państw narodowych istał się czymś innym; drugiemu zaś całkowicie obca stała się idea narodowej suwerenności. Jednak zdolność każdego znich do uchwycenia rzeczywistości nie jest taka sama, aasymetria działa na korzyść Rosji.
Jak pokazał Adam Ferguson, szkocki myśliciel epoki Oświecenia, wswoim Essay on the History of Civil Society [Esej ohistorii społeczeństwa obywatelskiego, 1767], grupy ludzkie nie istnieją same wsobie, lecz zawsze wodniesieniu do innych, równorzędnych grup ludzkich. Na najmniejszej inajbardziej odległej wyspie – wyjaśnia – oile tylko jest zamieszkana, zawsze znajdziemy dwie grupy ludzi stojące naprzeciw siebie. Wielość systemów społecznych jest nierozerwalnie związana znaturą ludzką, asystemy te organizują się zawsze wopozycji względem siebie. „Określenia »współobywatele« i»rodacy« – pisał Ferguson – gdyby nie były przeciwstawiane pojęciom »cudzoziemiec« i»obcy«, (…) wypadłyby zużycia istraciły swoje znaczenie. Jednostki kochamy za ich przymioty osobiste, natomiast własny kraj – jako stronę wpodziałach ludzkości”10.
Powstanie Francji iAnglii stanowi doskonałą ilustrację tego zjawiska. Wśredniowieczu te dwa twory państwowe zdoliny Sekwany kształtowały się wopozycji wobec siebie. Później dla nas, Francuzów, zastępczym przeciwnikiem stały się Niemcy, które – oczym często się zapomina – wprzededniu pierwszej wojny światowej były również głównym rywalem Anglii.
Jedną zkluczowych tez Fergusona jest to, że moralność wewnętrzna społeczeństwa ma związek zjego niemoralnością zewnętrzną. To wrogość wobec innej grupy sprawia, że jesteśmy solidarni zwłasną. „Bez rywalizacji między narodami ipraktyki wojny – pisze – społeczeństwo obywatelskie samo wsobie ztrudem mogłoby znaleźć cel lub formę”11. „Daremnie byłoby oczekiwać – precyzuje dalej – że zaszczepi się wmasach danego narodu poczucie jedności wewnętrznej, nie dopuszczając wrogości wobec tych, którzy stają naprzeciw niego. Gdyby nagle (…) wygaszono współzawodnictwo pobudzane przez obcych, prawdopodobnie doszłoby do zerwania lub osłabienia więzi społecznych wewnątrz kraju oraz zamknięcia najżywszych scen aktywności icnót narodowych”12.
Obecny zachodni system dąży do tego, by reprezentować całość świata inie uznaje już istnienia żadnego innego. Jednak lekcja, jakiej udziela nam Ferguson, brzmi: jeśli nie uznajemy już istnienia prawowitego „Innego”, sami przestajemy istnieć. Siłą Rosji natomiast jest myślenie wkategoriach suwerenności irównorzędności narodów: uznając istnienie wrogich sił, może zapewnić sobie spójność społeczną.
*
Paradoks tej książki polega na tym, że wychodząc od rosyjskiej akcji militarnej, dojdziemy do kryzysu Zachodu. Analiza procesów społecznych zachodzących wRosji wlatach 1990–2022, od której zacznę, okaże się stosunkowo prosta. Trajektorie Ukrainy idawnych demokracji ludowych, choć na swój sposób paradoksalne, również nie będą szczególnie skomplikowane. Znacznie trudniejszym ćwiczeniem intelektualnym będzie natomiast analiza Europy, Wielkiej Brytanii i – wszczególności – Stanów Zjednoczonych. Będziemy musieli zmierzyć się ziluzjami, złudzeniami imirażami, zanim przenikniemy rzeczywistość tego, co coraz bardziej przypomina czarną dziurę: zobaczymy nie tylko spiralę upadku Europy, lecz także – wWielkiej Brytanii iStanach Zjednoczonych – zaburzenia wewnętrzne otakiej skali, że mogą zagrozić stabilności świata.
Ostatni paradoks polega na tym, że będziemy musieli przyznać, iż wojna – doświadczenie przemocy icierpienia, królestwo głupoty ibłędu – jest jednak także momentem, wktórym rzeczywistość mówi: „sprawdzam”. Wojna przenosi nas na drugą stronę lustra, do świata, wktórym ideologia, efektowne statystyki, nadużycia mediów ikłamstwa głoszone przez państwa, nie wspominając oszalonych teoriach spiskowych, stopniowo tracą swoją moc. Stajemy wobliczu prostej prawdy: siłą napędową historii, którą przeżywamy, jest kryzys Zachodu. Niektórzy już otym wiedzą. Po zakończeniu wojny nikt nie będzie mógł temu zaprzeczyć.
Przypisy:
1David Teurtrie, Russie. Le retour de la puissance, Dunod, [b.m.] 2021.
2Max Weber definiuje państwo przez pryzmat jego monopolu na legalne stosowanie przemocy; Thomas Hobbes przedstawia stan natury jako wojnę wszystkich ze wszystkimi.
3Tatiana Kastouéva-Jean, La souveraineté nationale dans la vision russe, „Revue Défense Nationale”, nr 848, marzec 2022, s. 26–31.
4Książkę opublikowało Yale University Press, awięc nie jest to głos zmarginesu amerykańskiego życia intelektualnego [J.J. Mearsheimer, Wielkie złudzenie. Liberalne marzenia arzeczywistość międzynarodowa, tłum. Tomasz Bieroń, Universitas, Kraków 2022 (przyp. red.)].
5Arystoteles, Polityka, przekład, słowo wstępne ikomentarz Ludwik Piotrowicz, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004, s. 124.
6WASP (ang. White Anglo-Saxon Protestants – biali Anglosasi wyznania protestanckiego) – wUSA określenie kolonistów pochodzenia angielskiego iich potomków, tradycyjnej elity społeczeństwa amerykańskiego (przyp. red.).
7Bas-Empire romain to przyjęte whistoriografii francuskiej określenie drugiego okresu dziejów cesarstwa rzymskiego ima ono konotacje negatywne (bas znaczy dosłownie „dolny”, „niższy”); kojarzy się zdekadencją, przeciwstawianą dawniej idealizowanemu pierwszemu okresowi dziejów cesarstwa, określanemu jako Haut-Empire romain (haut – „wysoki”) (przyp. red.).
8Emmanuel Todd, Schyłek imperium. Rozważania orozkładzie systemu amerykańskiego, tłum. Andrzej Szeptycki, Katarzyna Mączyńska, Wydawnictwo Akademickie Dialog, Warszawa 2003, s. 72–73.
9Emmanuel Todd, La Chute finale. Essai sur la décomposition de la sphère soviétique, Robert Laffont, Paris 1990.
10Adam Ferguson, An Essay on the History of Civil Society, Cambridge University Press, Cambridge 1996, s. 25.
11Tamże, s. 28.
12Tamże, s. 29.
