Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Głodny umysł to żyzny grunt dla potworności…
W świecie, w którym uniwersytety zastąpiły świątynie, to Sawanci – świeccy kapłani liczb – rozmawiają z bogami. Uczeni wdychają pył ze zmielonych kości swoich mistrzów, piszą po czarnych tablicach kredą z ludzkiego szpiku, a na ostrzach z przeklętego lunarytu wycinają równania z wielkich kanonów matematyki.
Tylko ich wiedza i przenikliwość odpierają nawałę bezimiennych Abominacji, które zniweczyć może jedynie dowód – logiczny dowód stanowiącej o ich bycie sprzeczności.
Wraz z czternastoma autorami grozy zanurz się w świecie wkraczającym w wiek mrocznego oświecenia. Stań naprzeciw Anomaliom z innych sfer i strzeż się Skaz, które obracają ciało i umysł w potworność.
Bo szaleństwo otwiera wrota, za którymi czeka nieopisana groza…
Autorzy:
Przemysław Duda, Sylwester Gdela, Marcin P. Kowalski, Karol Woźniczak, Paweł Panfil, Aleksandra Obłąkowska, Alicja Broncel, Dominik Wrona, Emilian Sornat, Maja Główczewska, Krzysztof Dzieniszewski, Michał Podłubny, Kacper Paszke, Michał Gralak
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 466
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Karhorra
Copyright © 2025 Alicja Broncel, Przemysław Duda, Krzysztof Dzieniszewski, Sylwester Gdela, Maja Główczewska, Michał Gralak, Marcin P. Kowalski, Aleksandra Obłąkowska, Paweł Panfil, Kacper Paszke, Michał Podłubny, Emilian Sornat, Karol Woźniczak, Dominik Wrona
Wszelkie prawa zastrzeżone.
All rights reserved.
Redakcja: Michał Gralak
Korekta: Anna Dzięgielewska
Projekt okładki: Łukasz Białek
Skład i łamanie: Krzysztof Biliński
Wydanie I
Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2026
planeta-czytelnika.pl
ISBN 978-83-68702-30-9
Głodny umysł to żyzny grunt dla potworności, tam zaś, gdzie koszmar zdoła zapuścić korzenie, rozkwitnie najobrzydliwsza zgroza.
Ta starożytna mądrość, wyryta gdzieś w trzewiach podziemnego labiryntu Yor-Asul, pełni funkcję oficjalnego motta świata Karhorry – miejsca, które od samego początku uważałem za podatny grunt nie tylko dla potworności, lecz przede wszystkim dla upiornych i intrygujących opowieści. Nigdy nie wątpiłem, że Karhorra może stać się sceną dla rozmaitych, mrocznych historii, nie przypuszczałem jednak, że zaszczyt oddania w Wasze ręce tekstów osadzonych w tym uniwersum przypadnie mi tak szybko.
Myśl o pełnoprawnej antologii towarzyszyła mi właściwie od zarania projektu, lecz zawsze zakładałem, że przyoblecze ona fizyczną formę znacznie później – zapewne dopiero po premierze podręcznika do gry fabularnej, który miał być pierwszą i główną odsłoną Karhorry.
Dziwnym zrządzeniem losu – lub, jak kto woli, za sprawą przewrotności kosmicznych potęg, wobec których ludzkie plany i ambicje są ledwie igraszką – bieg wydarzeń ułożył się nieco inaczej. I tak oto niniejszy tom trafia do Was wcześniej niż sama gra, odgrywając rolę, której początkowo mu nie wyznaczałem To obszerne wprowadzenie do świata, który dotąd istniał głównie w notatkach, szkicach, rozmowach, prelekcjach i cyfrowych materiałach zapowiadających projekt RPG.
Jest to forma szczególnie wdzięczna, fabularyzowana proza pozwala bowiem ukazać nie tylko najważniejsze zasady, idee i pojęcia rządzące uniwersum, lecz także – w sposób dużo bardziej organiczny niż w przypadku podręcznika do gry RPG – jego atmosferę i perspektywę bohaterów, wraz z ich lękami, obsesjami, wątpliwościami i nadziejami.
Zarazem największa zaleta stanowi też tutaj o pewnej – oczywistej zresztą – trudności. Oto wkraczacie, Drodzy Czytelnicy, do świata zupełnie Wam obcego – choć mam nadzieję, że przynajmniej dla niektórych przywołującego pewne konkretne skojarzenia. Liczę na to, że Karhorra wyda się bliska wszystkim tym, którzy z lubością eksplorowali mroczne Yharnam, przemierzali uliczki Innsmouth, Arkham i Dunwich, czy w końcu słyszeli o mitycznej Carcosie albo Pegānie. Jeżeli w opowieściach ze świata Karhorry odnajdziecie ducha plagi bestii, poczujecie niepokój towarzyszący poznawaniu kolejnych sekretów opisanych w księgach zgromadzonych wewnątrz uniwersyteckich bibliotek, poczujecie lęk przed tym, co może kryć się za horyzontem zdarzeń, gdy w końcu pozbędziecie się naiwnego uprzedzenia antropocentrycznego, wtedy będzie to oznaczało, że wszyscy autorzy, w tym ja, poprawnie wykonaliśmy swoje zadanie.
Zadanie o tyle niełatwe, że świat Karhorry mimo wszystko rządzi się nieco odmienną logiką od naszego, a w tekstach przewija się wiele obcych pojęć, nazw instytucji czy opisów sporów doktrynalnych. Wierzę, że sam proces eksploracji i odkrywania tych elementów może być dominującą częścią przyjemności płynącej z lektury.
Z drugiej strony, doskonale rozumiem, że część z Was, zasypana natłokiem obcych nazw, pojęć i terminów bez żadnych punktów odniesienia, może łatwo poczuć się zagubiona, znużona, a w najgorszym razie zwyczajnie przytłoczona nagłym wejściem do nowego świata. W tym wypadku, jeżeli wolicie wejść do tego świata lepiej przygotowani, nie miejcie oporów przed sięganiem do załączonego na końcu antologii słowniczka. Znajdziecie tam definicje podstawowych pojęć, które ułatwią poruszanie się po tym świecie i lepiej pokażą sens wydarzeń, z którymi zetkną się bohaterowie opowiadań. Uzbrojeni w ten sam aparat terminologiczny co sawanci, z łatwością zmierzycie się ze wszystkimi czyhającymi na Was anomaliami i abominacjami.
Właśnie, potworne anomalie i ohydne abominacje, sawanci, równania, kanony nauk, rezonans… czym są te wszystkie osobliwości? Kiedy się zrodziły? Czym była pierwsza anomalia i kiedy zrodziła się pierwsza skaza?
Karhorra to uniwersum, w którego centrum zawsze znajdować się będzie choroba i wywołana przez nią degeneracja. W tym ujęciu najważniejszym pojęciem będzie zatem skaza, czyli przypominająca nowotwór anomalna choroba, która z jakiegoś powodu dotyka wyłącznie sawantów. I w przypadku każdego chorego – czy jak postulują niektórzy sawanci, przeklętego – choroba ta to wyrok; odroczony, ale niechybny i nieunikniony. Skazy to choroby, owszem fikcyjne, ale korzeniami sięgające do najprawdziwszych i dobrze znanych nam z naszego świata przypadłości.
Od początku tego projektu skazy, będące najważniejszym motorem napędowym akcji, łączyłem przede wszystkim z nowotworami. Dziś prawdopodobnie dorzuciłbym do nich też wszelkie choroby neurodegeneracyjne, których sednem jest nie tyle śmierć, ile umieranie i powolne odzieranie chorego z jego tożsamości. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że Karhorra nie mogłaby zaistnieć bez skaz. Jeszcze prawdziwsze będzie jednak stwierdzenie, że nie mogłaby powstać bez lęku przed chorobami, a w szczególności jedną (choć jedną nie jest) chorobą, którą amerykański lekarz onkolog i hematolog Siddhartha Mukherjee określił mianem Cesarza Wszechchorób: rakiem.
A kim są bohaterowie naszych opowieści? Sawanci, ci pionierzy i prorocy wielkich nauk, naturalni spadkobiercy bohaterów gotyckich, bohaterów epoki wiktoriańskiej, ludzie rozdarci pomiędzy geniuszem i obłędem, pasją i szaleństwem. Szczególnie uzdolnieni, ambitni, a niekiedy też bezwzględni i aroganccy w swoich próbach zrozumienia czy poskromienia tej rzeczywistości, nieustannie poszukujący remedium na opisane wcześniej skazy, choroby będące – zdaniem niektórych uczonych – ceną, jaką przyszło im zapłacić za cywilizację.
Sawanci jako adepci nowych nauk i reprezentanci tutejszych wielkich uniwersytetów są pierwszą i ostatnią linią obrony ludzkości przed obcym i szyderczym duchem nieustannie próbującym wedrzeć się do tego świata i wypaczyć go tak jak choroba wypacza ludzkie ciało. Uzbrojeni w swój unikalny aparat poznawczy, zaznajomieni z tajemniczymi – niezrozumiałymi dla gminu – równaniami kanonicznymi, korzystający z dziwacznych surowic, stymulantów i artefaktów, ścierają się z plugawymi abominacjami i neutralizują wszelkie pęknięcia w strukturze rzeczywistości. Sawanci to jednocześnie naukowcy i wojownicy, poszukujący lekarstwa na chorobę, która toczy ten świat, jak i degeneruje ich własne ciała, szkoleni w algorytmach stworzonych przez ludzi i nieustannie kuszeni potęgą oferowaną przez formuły spoza ludzkiego kanonu, spoza naszej sfery.
Czym jest zatem ta obca sfera, ta matnia obcych, intruzywnych algorytmów? Nawet sawanci nie potrafią odpowiedzieć na to z całkowitą pewnością. Wiedzą jedynie, że to właśnie wraz z kontaktem z owym obcym dominium do ich świata zawitały niewytłumaczalne fenomeny, dla których ukuto zbiorcze miano anomalii. Jak najprościej wyjaśnić, czym jest anomalia? Jeżeli z nieba spadają ludzkie zęby, w granicach jednej wioski mieszkańcy nagle starzeją się lub młodnieją o całe lata, a ci, którzy o poranku nie zdołali zwlec się z łóżka, w południe budzą się zrośnięci z nim kręgosłupem – wówczas bez wątpienia mamy do czynienia z anomalią.
Sawanci opisują anomalie jako obce, plugawe algorytmy, które niekiedy próbują przyoblec znajomy ludziom kształt, mimikując nasze prawa, a w istocie chcąc je wypaczyć i zrekonstruować na swoje ohydne podobieństwo. Anomalie to choroby, ale nie choroby ludzkie czy spadające na ludzi, a choroby kalające ten świat, choroby, których samo istnienie może budzić lęk w sercach nawet najdzielniejszych adeptów.
Jednym z ważniejszych źródeł inspiracji dla anomalii w świecie Karhorry okazał się rozwój sztucznej inteligencji, a zwłaszcza pierwszych generacji modeli językowych i generatorów obrazu. Osobliwa estetyka tych narzędzi, ich skłonność do błędów, halucynacji, zniekształceń oraz nieudolnego naśladowania ludzkiej twórczości szybko zaczęły jawić się jako zaskakująco bliskie temu, czym miały być anomalie.
Wpływ ten można zapewne dostrzec zarówno w scenografii, projektach postaci i potworów obecnych na kartach tej antologii, jak i w innych przedsięwzięciach osadzonych w uniwersum. Karhorra czerpie z owego wczesnego etapu rozwoju AI przede wszystkim w warstwie estetycznej i nastrojowej: z poczucia obcowania z czymś znajomym, a zarazem wyraźnie wadliwym, nieswoim i niepokojącym.
Na podobnej zasadzie również sawanci sięgają po narzędzia, których natury w pełni nie rozumieją. Korzystają z równań i algorytmów wykraczających poza ludzki kanon, próbując zwalczać anomalie oraz abominacje środkami równie niebezpiecznymi jak zagrożenia, którym stawiają czoła.
Zaślepieni arogancją, naiwnie zakładający swą odporność na wpływ plugawych formuł, sawanci – w sposób zgoła nienaukowy trzeba zauważyć – próbują leczyć dżumę za pomocą cholery. Czy zatem powinno kogokolwiek dziwić, że to właśnie oni stają się pierwszymi w tym świecie nosicielami skaz?
W ten sposób wszystkie najważniejsze motywy i inspiracje stojące u zarania Karhorry, spotykają się w jednym punkcie – jest nim zepsucie. Przy czym mówimy tutaj o zepsuciu absolutnym, zepsuciu ciała, ducha i w końcu całego świata. I tak jak choroba, ta bestia wygłodniała bardziej niż gilotyna, nie wydaje się szczególnie wybredna, gdy przebiera w ofiarach, tak zepsucie pod postacią skaz czy anomalii nie zważa ani na afiliacje bohaterów, ani na ich moralność czy motywację. Nieważne czy bohaterami kierują pobudki altruistyczne, czy egoistyczne, czy można w nich dostrzec przebłyski szlachetności, czy wyłącznie skazę chciwości lub chorobliwą ambicję, każdy z nich prędzej czy później pada ofiarą osobliwej i sobie właściwej infekcji, stając się gospodarzem kolejnej skazy i narzędziem anomalii.
Opowiadania zebrane w niniejszej antologii są dziełem autorów reprezentujących odmienne wrażliwości, warsztaty i sposoby myślenia o literaturze. Moją rolą było zadbać o spójność tekstów i ich zgodność z prawami rządzącymi światem Karhorry, jednak – co istotne – bez przesadnej ingerencji w substancję utworów.
Dzięki temu poniższe historie są bardzo różnorodne w nastroju i wydźwięku. Znajdą się tu zarówno opowiadania bliskie dark fantasy, bardziej klasyczne opowieści grozy, jak i teksty najbliższe temu, co nazwalibyśmy „czystym” horrorem kosmicznym. W tej rozpiętości gatunkowej widzę jedną z największych wartości antologii, pozwala ona bowiem spojrzeć na potworności Karhorry z wielu odmiennych perspektyw, przez wrażliwość autorów i prowadzonych przez nich narratorów. Dla mnie, jako sprawcy całego zamieszania i inspiratora uniwersum, jest to oczywiście wielki przywilej.
Pozostają mi podziękowania. Gdybym próbował wymienić wszystkich, którzy na różnych etapach rozwoju Karhorry okazali mi życzliwość, wsparcie lub pomoc, z pewnością szybko nadużyłbym Waszej cierpliwości. Pozwolę sobie więc pozdrowić jedynie najwytrwalszych z moich sojuszników, w kolejności całkowicie przypadkowej: Klub Fantastyczny W.I.T.C.H. Czarodziejki, Weronikę S. – kierowniczkę fanklubu Karhorry na województwo dolnośląskie, Monikę G. – kierowniczkę fanklubu na województwo łódzkie, Tadeusza H. – kierownika hejtklubu województwa mazowieckiego oraz Natalię C. – kierowniczkę fanklubu na województwo podlaskie.
No i na sam koniec szczególne podziękowania należą się włodarzom wydawnictwa Planeta Czytelnika, którzy sprawili, że antologia stała się faktem. Dziękuję Wam za okazane zaufanie i wsparcie na każdym etapie powstawania tego projektu!
Michał Gralak
Instytut Metody Empirycznej zawsze napawał go wstrętem. Nie mógł zrozumieć, czemu Rene upodobał sobie akurat to miejsce i z niego uczynił główną placówkę badawczą. Owszem, oddalenie od większych ośrodków miejskich mogło wydawać się w pierwszej chwili kuszące, wszakże wielu sawantów preferowało spokój i wolność od wścibskich spojrzeń, niemniej w jego oczach przypominało to raczej samokaranie się izolacją.
– Nie sądzę, żebyś kiedykolwiek to zrozumiał. Jesteś żądny wielkiego świata, to więcej niż oczywiste. Ja za to zadowalam się skromnym Tule i wiem, że nawet tutaj można dokonać przełomowych odkryć – tak mawiał Rene, gdy z rzadka poruszali ten temat.
– Wystarczy jeden kaprys Luny, by wszystkich uczonych Instytutu razem z ich odkryciami porwała woda. Wiesz dobrze…
– Wiem dobrze, ale ani rzeka, ani torfowiska mnie nie przerażają.
– Ciebie nic nie przeraża – bardziej stwierdził, niż zapytał.
– I tu się mylisz! Ale nie ma co mitrężyć, wróćmy do meritum. Chciałem, żebyś przytoczył mi w szczegółach wystąpienie Reusa o niestabilności form rezonansowych. – Luciene nienawidził Instytutu jako miejsca, ale uwielbiał tu przyjeżdżać dla samych rozmów z Rene. Był jego oczami i uszami na świat zewnętrzny. Zawsze gdy się spotykali, musiał przedstawiać mu długi i wyczerpujący raport o tym, czym teraz żyją wielcy sawanci w odległych Sanlirynth1 czy Lauzern. Dobrze czuł się w roli kronikarza, a perspektywa Rene szczerze go interesowała. Stary sawant potrafił rzucić zupełnie nowe światło na kwestie, które zdawały się już dawno rozstrzygnięte i rozsądzone.
* * *
Teraz jednak czuł się jednocześnie zniesmaczony i zasmucony tym, że to jemu przypadnie w udziale ostatnia wizytacja. Z drugiej strony, dobrze wiedział, że nikt inny nie powinien go wyręczać w tym przykrym obowiązku. Nikt nie powinien i być może nikt nie byłby w stanie
Odsunął te myśli na bok. Nie chciał się rozpraszać. Nie chciał też przebywać na terenie Instytutu ani chwili dłużej, niż było to absolutnie konieczne. Porzucił myśl o eksploracji ogrodów. Pomniejszy labirynt żywopłotów zdawał się zupełnie niereaktywny, a na dziedzińcu nie wyczuł żadnego ogniska rezonansowego.
Wniosek? Sprzeczność musiała tkwić wewnątrz murów placówki. Zbliżył się do głównego wejścia i natychmiast poczuł uderzenie gorąca. Twarz pod maską oblała się rumieńcem, oczy zapiekły, jakby ktoś rozsypał mu pod powiekami szklane opiłki.
Cofnął się o krok w obawie przed poparzeniem. Rezonansowa fala rozlała się po ciele, a zaraz po tym poczuł metaliczny posmak w ustach, mięśniami zaczęły szarpać mimowolne skurcze, ale tym razem obyło się bez hemolakrii. Nie przejął się tym ani trochę. Nie pierwszy raz jego ciało bombardowała skoncentrowana fala rezonansu. Odnotował jednak w głowie, że dawka była wyjątkowo silna. Przywodziła na myśl raczej pierścień epicentrum, a nie próg anomalii.
Dla pewności jednak zdjął rękawiczkę i przyjrzał się skórze dłoni. Cała czerwona, z wyraźnym rumieniem poekspozycyjnym. Z ulgą odnotował, że paznokcie były całe, przynajmniej na razie. Nadal kontrolował oddech, nie zauważył objawów neurologicznych, zdecydował się jednak na szybką inhalację z kościanego pyłu. Odsłonił maskę, przystawił aparat Dantona do ust, zrobił głęboki wdech i poczuł charakterystyczne drapanie w płucach. To, że wystawi swoje ciało na skażenie, było pewne, miał jednak komfort wyboru trucizn. Z wszystkich dostępnych, ta zawsze wydawała się mu najmniej inwazyjna. Inhalacje pozwalały opanować skołatane nerwy, jednocześnie wyciszały, ale też przyspieszały ludzkie reakcje.
Pchnął ciężkie drzwi i przekroczył próg posiadłości. Czuł, jak zanurza się w obcym dominium, zmienia plan rzeczywistości ze znanej na nieznaną, jakby ktoś nagle pociągnął za linę kurtyny i odsłonił nową scenografię.
Wnętrze posiadłości przywodziło na myśl trzewia mitycznej bestii. Wysokie ściany i sufit miały w sobie coś organicznego i nienaturalnego, zupełnie odmiennego od zewnętrznej fasady czy w ogóle zewnętrznego dziedzińca.
Ściany były pokryte zgniłożółtym, lepkim fluidem. Czyżby śluz abominacji? A może wosk? Już raz widział, jak ściany budynku trawionego energią rezonansową dosłownie pociły się woskiem. Osobliwe, choć wcale nie tak dziwne jak na standardy potworności, które mogły lęgnąć się w epicentrach sfer anomalnych. Na podłodze dostrzegł wyraźne ślady pełzania, niepodważalne świadectwo obecności jakiejś formy – z braku lepszego określenia nazwijmy to – życia.
Poprawił uchwyt na walizce, która ciążyła mu niby wyrzut sumienia. Była ciężka i nieporęczna, ale niestety niezbędna. Wprawdzie istniała szansa, że nie będzie musiał jej użyć, nawet po cichu na to liczył, natomiast wnętrze Instytutu skutecznie odbierało mu tę nadzieję.
Minął wejściowy westybul i zagłębił się w długi korytarz prowadzący ku aulom wykładowym. Miał wrażenie, że początkowo prosty korytarz zaczyna teraz dziwnie skręcać, poddany subtelnemu zakrzywieniu geometrycznemu. To mogło być subiektywne wrażenie, a może faktyczna zmiana anomalna. Nie zatrzymywał się. Jeśli to efekt sferyczny, wkrótce będzie w stanie go potwierdzić.
Priorytet w tej chwili stanowiło jednak dotarcie do głównej sali Instytutu. Szczęśliwie dla niego układ pomieszczeń nie tylko się nie zmienił od czasu jego ostatniej wizyty, ale też nie uległ wypaczeniu za sprawą działania anomalii.
Im głębiej jednak zapuszczał się do wnętrza Instytutu, tym silniejsze stawało się przytłaczające wrażenie eksplorowania wnętrza żywego organizmu. Ściany budynku silnie reagowały z energią rezonansową, a ich chropowata powierzchnia przypominała mu wyściółkę jelit, jaką oglądał kiedyś z bliska podczas sekcji otrutej arystokratki. Skrzywił się na to wspomnienie, ale szybko odegnał niepotrzebne myśli.
Dobył ostrze kanoniczne, na którego klindze wyryto równanie Złotej Harmonii. Znajdował się głęboko wewnątrz sfery, co znaczyło, że formuła mogła już oddziaływać z zastaną, obcą rzeczywistością.
Wewnątrz anomalii każda matematyczna formuła ulegała zjawisku meta matematycznej interferencji. Złożony fenomen, którego sawanci chyba nadal nie potrafią do końca wyjaśnić, choć wygodniej jest im sądzić na odwrót. Zgodnie z twierdzeniami Wielkiego Kodyfikatora, profesora Kohna, interferencja zachodziła wówczas, gdy dwa odmienne porządki czy też dominia wchodziły ze sobą w kolizję. Skolidowane prawa zaczynały wówczas rywalizować o wewnętrzny prymat, a równania matematyczne – dotąd jedynie naukowe narzędzia opisu – stawały się czynnikiem rozstrzygającym, wskazującym, który z porządków przetrwa.
Innymi słowy, interferencja czyniła rzeczywistość anomalną plastyczną i podatną na wpływ równań, jednak wyłącznie wewnątrz sfer anomalnych. W każdym innym przypadku równania pozostawały zwyczajnymi formułami matematycznymi, co zresztą znacznie ułatwiało ich studiowanie.
Nigdy do końca nie akceptował tych wyjaśnień. Wierzył w geniusz Kohna, ale teoremat na temat interferencji, który popełnił wielki profesor, nijak nie pomógł mu rozwiać wątpliwości. Nie był w stanie zrozumieć zawiłych obliczeń, nie czuł się usatysfakcjonowany przedstawioną podbudową teoretyczną, nie mógł uczciwie sam przed sobą przyznać, że zrozumiał. Mimo to wierzył w geniusz Kohna i to musiało mu wystarczyć.
Wiemy, że to się dzieje, rozumiemy to zjawisko… – tłumaczył sobie. Ale dlaczego prosta wariacja na temat formuły opisującej proporcje, które radują ludzki umysł, miała tak donośne znaczenie dla wszelkich bytów intruzywnych? Ludzki umysł raduje się na widok rzeczy harmonijnych, więc przez odwrotność wszystko, co nieludzkie wykrzywia się z obrzydzenia na widok tej formuły. Tylko jak wyjaśnić…
Z zadumy wyrwał go szelest. Ruch przy posadzce. Coś pełzło ku niemu z nienaturalną szybkością, sunęło po podłodze, wydając wyraźny odgłos tarcia. Dopiero gdy kształt zbliżył się niebezpiecznie blisko, rozpoznał to, co widzi.
Ludzki kręgosłup. Nienaturalnie wydłużony, zwieńczony zdeformowaną ludzką czaszką, pełzł ku niemu jak wąż. Z boków kręgów sterczały pojedyncze, szczątkowe żebra, szeleszczące przy posadzce niczym prowizoryczne odnóża. Istota zwinęła się i wystrzeliła.
W jednej chwili zasłonił ciało ostrzem kanonicznym, a walizkę wypuścił z ręki. Na widok formuły Złotej Harmonii kościany wąż jakby wytracił impet i to wystarczyło, by wolną dłonią pochwycił istotę.
Szkaradztwo wiło się w jego uścisku, próbując opleść przedramię tylnymi segmentami kręgosłupa. Skrzywił się z obrzydzenia, lecz zmusił się, by nie odrywać wzroku. Dopiero teraz mógł dostrzec pełnię anatomicznej ohydy.
Kręgi nie mogły należeć do ludzkiego szkieletu: kości były skrajnie nieproporcjonalne, wyrostki kolczyste nieregularne – w jednych segmentach nadmiarowe, a w innych nie było ich wcale, kość guziczna wyglądała jak żądło, którym istota próbowała go nieudolnie kłuć, a cała struktura przypominała raczej niechlujną mimikrę ludzkiego układu kostnego. Bardzo niechlujną.
Zawiesił się na chwilę. Wrócił do brutalnie przerwanych rozważań. Umysł ludzki łaknie harmonii i koi się jej widokiem, przeto przez odwrócenie wszelka ohyda będzie wić się i krzywić w obliczu matematycznego ładu. Tylko jak wyjaśnić… na przykład to.
Zbliżył ostrze z wyrytą Złotą Harmonią do wijącego się szkieletu. W chwili kontaktu czaszka zaczęła kruszeć: rozległ się nieprzyjemny syk, a w powietrzu uniosła się cienka strużka dymu. Obca materia nie wytrzymywała kontaktu z prostą formułą…
To, co jeszcze kilka godzin wcześniej było jedynie zdobieniem broni, tutaj awansowało do rangi potężnego oręża, zdolnego palić nieludzką tkankę. Co istotne, sama głownia nie była szczególnie ostra, ale gdy zbliżała się do kości, materia rozstępowała się przed nią, jakby instynktownie unikając kontaktu z ostrzem naznaczonym równaniem. W skupieniu obserwował agonię abominacji.
– Plugastwo – szepnął do siebie, po czym ruszył dalej w głąb Instytutu.
Dawniej miałby do siebie pretensje, że marnował czas, niepotrzebnie przedłużając egzekucję abominacji. Ale po latach praktyki nie tylko zaakceptował swoją sadystyczną naturę, ale nauczył się też z niej korzystać – w służbie nauki, oczywiście. Poza tym szczerze wątpił, by ludzkie kategorie litości i okrucieństwa w ogóle znajdowały zastosowanie wobec istot anomalnych. Rzadkie próby ich recypowania uważał za przejaw naiwnego uprzedzenia antropocentrycznego – złudzenia równie romantycznego, co niebezpiecznego, bo nierzadko kosztującego sawantów życie.
Znowu poczuł znajome uderzenie żaru, co oznaczało, że wkracza właśnie w obręb kolejnego ogniska rezonansowego. Istotnie, korytarz Instytutu poddawał się coraz silniejszemu wypaczeniu geometrycznemu, tak że nie szło już dojrzeć tego, co mogło czaić się tuż za zakrętem. Poczuł, jak pot spływa mu po karku i plecach, a w ustach zbiera się lepka ślina zmieszana z krwią.
Szedł po wyraźnym łuku, a na domiar złego posadzka zdawała się coraz bardziej stroma. Przyjrzał się raz jeszcze podłożu i dostrzegł ten sam śluz, który widział po raz pierwszy w przedsionku Instytutu. Przez krótką chwilę rozważał, czy nie wpadł aby w nieskończoną pętlę, lecz jakby w odpowiedzi na tę myśl, wyłoniło się przed nim wejście do wielkiej auli.
Szeroki portal, zwieńczony pełnym łukiem, zachował pierwotne proporcje i nie poddał się anomalnej deformacji trawiącej Instytut. Białe kamienie były gładkie, niepopękane, a linia łuku czysta i precyzyjna. Nie miał żadnych wątpliwości. To musiały być kamienie przywiezione do Instytutu z samego Sanlirynth. Na archiwolcie dostrzegł kunsztowny zapis Stałej Kosmicznej. Uśmiechnął się bezwiednie, powtarzając znowu w myślach, że ludzki rozum łaknie harmonii i prawych form.
Wkrótce miał się jednak przekonać, że była to ostatnia cząstka ładu, jaką dane mu było tego dnia ujrzeć.
Wielka aula, którą pamiętał, uległa całkowitemu i – jak przeczuwał – nieodwracalnemu wypaczeniu. Sklepienie wygięło się ku górze w nienaturalny sposób, sprawiając wrażenie nieprzeniknionej wysokości, jakby nad salą rozwarła się czarna paszcza kosmosu. Centralna część auli – podium wykładowe wraz z tablicą matematyczną – została doszczętnie zdeformowana i rozlewała się teraz po wnętrzu komnaty. W sensie jak najbardziej dosłownym: materia tablicy, niegdyś stała, na swoich krawędziach przechodziła w lepki fluid, spływający w stronę zapadającej się posadzki.
Wodził za nim wzrokiem, aż dotarł do miejsca, w którym woskowa masa zbierała się i gęstniała. Tam dostrzegł ciała. Nibyludzkie sylwetki odziane w akademickie szaty, zdające się wylęgać z rozlanej powierzchni. Abominacje mimikrujące dawnych uczniów Instytutu, częściowo stopione z zielonkawą breją – pozostałością tablicy, na której musiała zostać spisana matematyczna herezja. Niekanoniczna formuła, która sprowadziła zgubę na wszystkich adeptów.
Czy była to matnia anomalii?
Jedna z woskowych abominacji ruszyła pokracznie w jego stronę. Ostrożnie stawiała kolejne kroki, dając czas łowcy, aby mógł dokładnie przyjrzeć się swojej zwierzynie.
Wystarczył mu szybki rzut oka na istotę, by stwierdzić, że stanowi ona ledwie nieudolną próbę mimikowania człowieka. Znaki szczególne rozpoznał natychmiast: sześć palców w jednej dłoni, w drugiej zaledwie trzy, twarz nieproporcjonalna, rozlewająca się, z podwójnymi ustami, brakującym uchem, nie wspominając nawet o birecie stopionym na stałe z woskową skórą. Jeden niezdarny ruch za drugim, naprężenie kleistych włókien udających ludzkie mięśnie, a potem kolejne, niezgrabne plaśnięcie o posadzkę. Abominacja musiała dopiero uczyć się idei ludzkiej postaci, a materiał badawczy, pozyskany z pochłoniętych adeptów, okazał się zbyt skąpy, by odtworzyć ją w sposób wiarygodny.
Istota wydała z siebie żałosny jęk, osobliwy fonem, ledwie kojarzący się z ludzkim wołaniem o pomoc. Być może woskowa parodia człowieka sądziła, że to nawoływanie przyciągnie do niej ofiarę, a może było to po prostu echo ostatniego krzyku, jaki wydał z siebie nieszczęsny adept, który posłużył za próbkę badawczą…
Bestia wyciągnęła ku niemu długie, woskowe ramiona. Zareagował instynktownie, niemal mechanicznie. Uchylił się przed nadchodzącym ciosem, a następnie cisnął z całej siły ostrzem kanonicznym w twarz woskowej istoty. Rozległ się charakterystyczny syk – niezawodny znak kontaktu kanonicznej formuły z anomalną materią. Gdy abominacja szarpała się, próbując wyrwać ostrze z ciała, dobył pistoletu skałkowego. Huk wystrzału wypełnił aulę wykładową, gdy chmura srebra przyszpiliła istotę do posadzki.
Woskowa parodia człowieka wiła się w agonalnych skurczach pod wpływem Złotej Harmonii. Przyglądał się temu z uwagą i mimowolnie powrócił do wcześniejszych rozważań.
Tylko jak wyjaśnić to…
Wyrwał ostrze z czerepu abominacji i przyłożył je do miejsca, w którym ludzka anatomia przewidywała usta. Materia ustąpiła bez oporu. Gdy woskowa masa zastygła, istota dalej wiła się w konwulsjach, ale nie mogła już wydać z siebie żadnego dźwięku.
Narobił sporo hałasu, a mimo to pozostałe woskowe istoty nie ruszyły z odsieczą swojemu pobratymcowi. Najwyraźniej sam widok Złotej Harmonii działał na nie odstraszająco, na pewno silniej niż agonia woskowej abominacji. Naiwnością byłoby bowiem przypuszczać, że cudze cierpienie mogło wzbudzić w nich jakąkolwiek reakcję, albo że samo pojęcie cierpienia w ogóle mieściło się w zakresie ich poznania.
Dopiero teraz, gdy opadło pierwsze uderzenie adrenaliny, poczuł palący żar pod rękawiczką. Zdjął ją, by ocenić stopień uszkodzenia tkanek, lecz wyzbył się złudzeń. Tym razem nie było już mowy o samym rumieniu, skóra przybrała barwę ciemnej czerwieni, a na opuszkach przechodziła wręcz w ciemnobrunatne plamy. Paznokcie – te, które pozostały na palcach – były spękane wzdłuż i rozwarstwione. Dwa odpadły całkowicie, odsłaniając miękkie, krwiste łożyska. Nie przejął się. To i tak bardzo łagodna kara za igranie z siłami rezonansowymi.
* * *
– Czyli nowych tez nie ma i nie będzie – skwitował Rene, gdy Luciene streścił mu całe wystąpienie o niestabilnych formach rezonansowych.
– Nie ma i nie będzie. Reus powtórzył to, co wiemy i ledwie zasygnalizował ciekawy wątek stabilności istot anomalnych, czy jak wolisz: abominacji, wewnątrz sfery.
– Jak się na to zapatrujesz?
Luciene wzruszył ramionami, jakby sprawa nie była warta dłuższego namysłu.
– Mnie to obojętne.
– A ja jestem wściekły – odparł Rene.
– Jeden z nas żyje spokojniej.
Rene prychnął pod nosem i podjął swój zwyczajowy marsz po komnacie, wzdłuż wysokich regałów.
– Reus wpadł na dobry trop – podjął w końcu stary sawant, nie przejmując się zupełnie ostatnią uwagą Luciene’a. – Faktycznie na przestrzeni lat mogliśmy zaobserwować większą lub mniejszą stabilność istot wewnątrz sfer anomalnych. Oczywiście wiemy też, że każda formuła, która ingeruje w materię anomalną, wyzwala ładunek energii rezonansowej tym silniejszy, im bardziej złożone równanie.
– To wiemy – zgodził się Luciene.
– Wiemy też, że człowiek, który zstępuje do anomalnego dominium, ulega wpływom rezonansowym. Tylko że my się w nich zanurzamy bardzo gwałtownie. Przemy na złamanie karku do epicentrum, a nasze ciała na to reagują. Nic dziwnego zresztą, muszą jakoś reagować. – Rene krążył dalej po pokoju. Dla Luciene’a był to dobrze znany znak, że w głowie starego sawanta kiełkuje jakaś myśl. Nalał sobie herbaty, po czym rzucił:
– Szukasz trafnej analogii? Wystarczy choroba Hosbana.
– Tak, tak, choroba ciśnieniowa. – Rene machnął ręką z wyraźną irytacją. – Tylko że my tu mówimy nie o morskich głębinach, a o sferach anomalnych. Szukamy trafnych, a nie tanich analogii! A zresztą, to nawet nie jest heurystyka godna uczonego.
Luciene roześmiał się krótko.
– Ależ wybacz, że tak zaniżam pułap naszej dyskusji! – odparł, nie mogąc powstrzymać śmiechu.
– Nie, nie, nie zaniżasz, przyjacielu – gdy Rene fiksował się na jakiejś myśli, przestawał kompletnie wyczuwać jakąkolwiek ironię w słowach rozmówcy – oczywiście, że nie zaniżasz. Natomiast po doktorze Reusie spodziewałbym się zdecydowanie więcej. Może nie chciał publicznie wysuwać zbyt mocnych tez?
– Dlaczego akurat ta kwestia dręczy cię tak bardzo?
– A co innego miałoby mnie teraz zajmować? – odparł po chwili milczenia. – Stałe Kosmiczne są piękne, ale niepraktyczne. Probabilistyka zwiodła umysły większe niż mój, a równania topologiczne mają w sobie wiele elegancji i niewiele wdzięczności. Za to siły i formy rezonansowe będą nam towarzyszyć zawsze. Za każdym razem…
* * *
– Za każdym razem gdy korzystamy z tych formuł, bombardujemy nasze ciała rezonansem, nie mniejszym niż w chwili gdy wkraczamy do sfer.
Dokończył już półgłosem, mówiąc sam do siebie albo do wspomnienia.
Sięgnął do sakiewki przy pasie po strzykawkę z roztworem noktyliny – zmodyfikowanym wedle jego własnej receptury, tak by nie tylko uśmierzał ból, ale też wprowadzał organizm w stan lekkiej euforii i pobudzenia. Podwinął rękaw ceremonialnej szaty i pewnym ruchem wbił igłę w żyłę pośrodkową łokcia.
Nienawidził chwili iniekcji, ale kochał to, co następowało zaraz po niej.
Umysł odzyskiwał idealną klarowność, powracało dobrze mu znane poczucie sprawczości i bezwzględnej pewności. Jeszcze raz objął wzrokiem abominacje kulące się w głębi auli, mając nadzieję, że może jednak zmienią powziętą decyzję. Czuł, że gdyby tylko zechciał, mógłby je teraz unicestwić, rozszarpać te obrzydliwe parodie ludzi na strzępy, nawet gdyby przyszło mu za to zapłacić całkowitym spopieleniem dłoni.
Ostrożnie ruszył do stopionej tablicy matematycznej, stojącej w samym sercu pomieszczenia. Już po kilku krokach poczuł, jak buntuje się jego błędnik: z trudem łapał równowagę, a ciało z wyraźnym oporem dostrajało się do wypaczonej fizyki. Nie był pewien, czy to geometria przestrzeni ulega deformacji, czy działają na niego siły, których jeszcze nie potrafił nazwać, czy może oba.
Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewał.
Tablica w centrum komnaty zmieniała swoją krzywiznę. Z każdym jego krokiem powierzchnia, którą zakrywała, rozrastała się, zajmowała coraz większą część auli, a dotąd lekko pochylona posadzka zapadała się w sobie coraz bardziej, odsłaniając rzeczywisty kształt. Samo wypaczenie tego typu było mu już znane, widywał takie anomalie, ale zwykle dawało się je poskromić standardową formułą Fluktuacji Przestrzennej. Tylko że to nie było zwykłe zakrzywienie…
Tablica, na której uczeni Instytutu spisali swoją herezję, stanowiła fizyczną wyrwę w posiadłości: ta zapadała się do wnętrza i przyjmowała formę wielkiej spirali. To ona spowodowała zakrzywienie przestrzenne obecne w całym budynku, począwszy od korytarzy za przedsionkiem, a skończywszy na auli wykładowej.
I wtedy dotarło do niego coś jeszcze. W pobliżu tablicy nie wyczuwał charakterystycznych fluktuacji rezonansowych, tak typowych dla epicentrów anomalii. To nadal nie było epicentrum…
– Rene, co wyście tu uczynili… – wyszeptał, spoglądając w gorejącą przepaść, która nigdy nie powinna była powstać, a już na pewno nie w murach Instytutu.
Jeszcze przez chwilę spoglądał w głąb spiralnej otchłani, jakby z wahaniem, natomiast nie było już miejsca na wątpliwości. W istocie nigdy nie było. Poprawił chwyt na walizce i ruszył naprzód.
Opadł ciężko na niższy podest i natychmiast poczuł, jak zdradliwa jest spiralna konstrukcja. Kościana, porowata masa, z której uformowana była rozpadlina, okazała się pokryta ledwie widoczną warstewką śluzu, przez który niemal stracił równowagę. Przylgnął do zewnętrznej ściany krateru i dopiero wtedy ruszył dalej, schodząc powoli wzdłuż spiralnych nie-schodów.
Ściany krateru miały strukturę żebrowatych, włóknistych splotów, jakby kamień próbował naśladować biologiczny plan jakiegoś żywego stworzenia. Znowu nie potrafił pozbyć się wrażenia, że oto eksploruje wnętrze mitycznego potwora.
W niektórych miejscach powierzchnia była gładka i niemal połyskliwa, a w innych chropowata i naznaczona pęknięciami. Wszystko to jednak układało się w strukturę ohydnie regularną.
Ukłuła go ta myśl. Regularność. Powtarzalność. Harmonia. Dlaczego więc zrazu wydało mu się to ohydne? Pęknięcia biegły zgodnie z krzywizną wielkiej spirali, nigdy w poprzek, zawsze w dół, ku właściwej osi. Cała struktura podporządkowana była jednemu kierunkowi i jednemu celowi: zwijaniu się w głąb.
Może wcale nie chodziło o geometrię, a o materię? Spirala uformowana była z minerału przypominającego kość pozbawioną szpiku. Czy to mogła być anomalna wariacja kalcytu albo aragonitu? Powierzchnia ścian zdradzała porządek narastania, warstwowość właściwą formom, które są efektem powolnego odkładania się materii.
Wtem zrozumiał. Znał ten mechanizm. Wiedział, z czym ma do czynienia. Wychylił się lekko, aby dojrzeć, jak daleko sięga pętla. Wiedział, że nie musi już się przejmować czasem, jaki spędzi wewnątrz sfery anomalnej. Nie był pewien, czy w ogóle powinien się jeszcze kłopotać kwestią drogi powrotnej.
Z wewnętrznej kieszeni szaty dobył starannie złożony arkusz pergaminu i wypisał na nim proste równanie Psychodelty von Sauera, formułę przeznaczoną do okiełznania destrukcyjnego wpływu anomalii na umysł adepta. Gdy tylko owinął nim głowę, natychmiast poczuł znajomy żar rezonansu pulsujący gdzieś pod czaszką. Ot, ryzyko zawodowe – pomyślał, patrząc na prawą dłoń ukrytą w skórzanej rękawiczce.
Nabił pistolet skałkowy, wsypując odmierzoną porcję prochu i osadzając kulę w lufie. Srebrne pociski – w rzeczywistości wykonane ze specjalnego stopu lunarytu – kojąco chłodne w dotyku. One również były jednym z niewielu materiałów zdolnych dotkliwie ranić wszystko to, co nieludzkie.
Na koniec położył znowu dłoń na walizce. Przez krótką chwilę trwał bez ruchu, próbując pogodzić się z tym, że przyjdzie mu mierzyć się z konsekwencjami cudzej buty. Ktoś inny przesądził o jego losie, zapewne w chwili gdy spisywał bluźniercze równanie. Rozbroił dwa z trzech zamków. Metal cicho ustąpił.
* * *
– A zatem uważasz, że Reus celowo ukrył przed nami swoją tezę – rzucił Luciene oskarżycielsko, choć nieco teatralnie, tak żeby złagodzić swój ton.
Postawa Rene sugerowała jednak, że wcale nie traktuje tej sprawy z podobną lekkością. Starszy sawant nie odpowiedział od razu. Przez chwilę stał przy stole, wpatrując się w nieruchomą powierzchnię herbaty w filiżance. Nie patrzył już w oczy swojego rozmówcy.
– Tak, w istocie. Myślę, że Reus tym wystąpieniem szykował grunt pod kolejne, śmielsze.
– A nad czym twoim zdaniem pracuje w tej chwili Reus? – zapytał Luciene w najbardziej neutralny sposób, na jaki było go w tym momencie stać.
– Obawiam się, że nad tym samym co ja – odparł pochmurnie Rene, a w jego głosie dało się wyczuć gorycz na myśl, że ktoś niebezpiecznie zbliżył się do jego własnych wniosków. – Jak dobrze wiesz, anomalie nie wypaczają wszystkich form jednako. Niektóre struktury potrafią przetrwać wewnątrz sfery, czyli prezentują niejako wyższą odporność na fluktuacje rezonansowe. Z drugiej strony, może nie tyle chodzi tu o odporność, a o pierwotną cechę stabilności. Materia to zawsze materia, natomiast zewnętrzny czynnik może definiować jej podatność na rozpad lub trwanie w obrębie sfery.
– Rozumiem, że ten zewnętrzny czynnik to coś innego niż formuły kanoniczne?
Rene pokręcił głową zniecierpliwiony.
– Równania to mechaniczna ingerencja z zewnątrz, nasza ingerencja. Jak to ma się do pierwotnej stabilności, skoro to nasze działanie odwraca proporcję sił? W chwili gdy wkraczamy w sferę, korzystamy z równań, w końcu nullifikujemy pierwotne odkształcenie. Robimy wszystko, byleby wygasić sferę, a nie ją ustabilizować.
– Sugerujesz, że powinniśmy stabilizować anomalie do hipotetycznej formy harmonijnej?
– Formy harmonijnej – powtórzył mechanicznie Rene. – Dobrze to ująłeś. Niemniej, ja jeszcze niczego nie sugeruję. Powiedz mi: czy człowiek może aktywnie wpływać na sferę anomalną? Samą swoją obecnością?
– Jeżeli plotki nie kłamią, istniał jeden człowiek, który to potrafił.
– Owszem, Kohn. Bez niego nie mielibyśmy tylu wspaniałych rzeczy, a mimo to wciąż rozprawiamy wyłącznie o jego systematyce, jakby miała być ostatnim słowem nauki. – Stary sawant prychnął cicho pod nosem. – Tymczasem ja zawsze najbardziej ceniłem sobie jego wkład w rozwój Zasady Antropicznego Obserwatora.
* * *
Nie był w stanie ocenić, jak długo trwa jego wędrówka ku kresowi spiralnej anomalii. Nie tyle utracił poczucie czasu, ile nabrał pewności, że blisko epicentrum rozrosła się też równoległa anomalia temporalna. Choć w jego subiektywnym odczuciu minęło zapewne ledwie kilka godzin, ciało i umysł mogły już od dni pozostawać pod wpływem lokalnego wypaczenia.
Rezonans cały czas przeszywał jego ciało. Wprawdzie nie czuł już smaku krwi, ale język zdawał mu się ohydnie opuchnięty. Odruchowo przesunął nim po zębach i wtedy poczuł, że jeden z nich drgnął. Jeszcze raz go dotknął, zaskoczony tą dziwaczną zdradą własnego ciała. Ząb znowu się zachwiał, po czym samoistnie wysunął z dziąsła i spoczął na języku. Z trudem uchylił maskę, która przywarła do spoconej twarzy, i wypluł trzonowiec. Kość uderzyła cicho o spiralną posadzkę i potoczyła się kawałek po śliskiej powierzchni.
Przemierzał sferę, jakby był to senny majak, starając się ignorować głód i pragnienie. O bólu – zwłaszcza o tym pulsującym w prawej dłoni – nie pozwalał sobie myśleć. Organizm dawał mu wyraźne sygnały coraz silniejszego przeciążenia sensorycznego i wpływu ekspozycji rezonansowej. Starał się temu przeciwdziałać, więc nie tylko zużył cały zapas surowicy, ale też prawie wyczerpał inhalator Dantona. Miał nadzieję chociaż spowolnić namnażanie cząsteczek patogenu w tkankach, lecz ulga, jaką odczuł, była tak nikła, że równie dobrze mogła być tylko autosugestią.
Po raz ostatni zerknął w górę. Przez wąską wyrwę w przeklętej tablicy dostrzegł nikły fragment ludzkiego dominium – sklepienie wielkiej auli w Instytucie Metody Empirycznej Verneta.
Wbił wzrok w organiczną, rozpadającą się spiralę, której granice dopiero teraz mógł wyraźnie dostrzec. Wkraczał w punkt zerowy, rdzeń anomalii, miejsce, gdzie nie sięgał już ludzki porządek. W materialnym ujęciu teraz to on był intruzem.
Stawianie kolejnych kroków sprawiało mu coraz większą trudność. Rzeczwistość strawiała opór, jakby zamiast schodzić w głąb, tym razem wspinał się na wyjątkowo ostry szczyt góry. Nie hciano go tutaj. Maska scaleiła się z twarzą, skóra paliła wżwym ogniem.
Spiarla swtał aisę cozar wyźniejsza. Doteraz dostgerzł wróz. Odróciłw się, nie błoy mowy o pomyłce. Skrupa, ślimcza skoaurpa. Czy całyten czas kroczły w głąb śłimeaczje skorupy? Plaugway wzór, pęrzklęta spirala. Tmy była ta materia i śłuz.
Dolne ręce buntwaoły się Nogi Codhzoił o mu o ngi.
Psychkształat legł poorany blizniami.
Zostła jeden kościowdech.
Inhalacja pozwoliła mu wyrwać umysł z anomalnej pętli. Znowu poczuł znajome drapanie kościanego pyłu w płucach, który natychmiast ożywił jego myśli i przywrócił trzeźwość myślenia. Wtedy dostrzegł, że oto jest wewnątrz spirali, wewnątrz potwornej ślimaczej skorupy.
Teraz w pełni pojął, czym była cała ta obrzydliwa droga, usłany śluzem dywan prowadzący do sali tronowej. W końcu mógł dostrzec sprawcę tej ohydy, masakry na sawantach, architekta potworności i praźródło zepsucia.
W centrum spirali, na kalcytowym tronie, spoczywał Król Ślimaków, monarcha bez korony i bez królestwa. Zastygły w bezruchu niby groteskowa figura. Nie zorientował się, że do jego komnat zawitał właśnie nieproszony gość. Luciene wykonał ostatnią inhalację i natychmiast przystąpił do analizy bluźnierczych detali: korpus wydłużony, walcowaty, dwie pary rąk, w każdej dłoni inna liczba palców, tkanki naruszone, czerep formujący się w koncentryczne pierścienie, przywodzące na myśl muszle ślimaków płucodysznych…
* * *
– Zasada Antropicznego Obserwatora nigdy nie została formalnie uznana za wiążącą – odparł Luciene. – To tylko hipoteza. Jak ma się do kwestii stabilności form rezonansowych?
– Wybacz, że odpowiem pytaniem na pytanie… – Rene dalej krążył po pokoju, zupełnie już nie kryjąc zdenerwowania. – Czym byłyby abominacje w swojej surowej postaci? Czy moglibyśmy dostrzec w nich jakiekolwiek prawa i reguły form nam znanych?
Gdy Kohn i Thalle rozprawiali się ze Zgrozą z Urte, jeden z nich pisał w sprawozdaniach o „istocie tak obcej, że nie mógłby wskazać żadnej zbieżności z czymkolwiek, co kiedykolwiek widział”. Tymczasem Kohn – z właściwą sobie matematyczną precyzją – opisał tę samą abominację jako „istotę o ciele dwubocznie symetrycznym, z układem ambulakralnym rozmieszczonym po nim w sposób wyraźnie niejednorodny; o formie przywodzącej na myśl strzykwę, choć górna partia cielska zdradzała podobieństwo do szkarłupnia zwieńczonego jarzącym się, jasnym płomieniem czerepem”.
Luciene zmarszczył czoło. Nie podobał mu się ton Rene ani jego zachowanie.
– Do czego zmierzasz?
– Do tego, że człowiek zawsze, nawet samą swoją obecnością, wpływa na sferę anomalną. Sam fakt obserwowania anomalii… wypacza anomalię.
– W ujęciu kohnowskim powiedzielibyśmy raczej, że ją stabilizuje – zauważył Luciene.
– Wpływa na nią – odparł Rene po chwili, ważąc każde słowo. – Wpływa na to, co faktycznie obserwujemy. Gdy zagłębiamy się w sfery anomalne, gdy napotykamy abominacje, sam fakt interakcji z nimi sprawia, że wymuszamy… ludzki rygor poznania.
– A więc Kohn miał rację.
– Jak zawsze! Zwłaszcza wtedy, gdy radził Strażnikom Kości, by w chwili kontaktu z abominacjami jak najszybciej nazywali sobie w głowach wszystko to, co widzą. Tak aby zakotwiczyć się w ludzkim reżimie myśli, w ludzkiej systematyce. W tym jednym Kohn jednocześnie miał rację i nie miał racji. Miał, ponieważ opisał mechanizm, który faktycznie działa. Ale zaproponował także metodę, która sabotuje samo poznanie. Zasada Antropicznego Obserwatora to zasada, która nie pozwala nam zobaczyć sfery takiej, jaka jest!
* * *
On jednak widział teraz istotę taką, jaka była. Starał się nazywać jak najwięcej anatomicznych szczegółów – odstręczających detali i bluźnierczych niuansów. Musiał sprawić, by istota stała się dla niego bardziej zrozumiała, mniej obca, mniej anomalna, a bardziej… ludzka?
Korpus istoty poorany licznymi ranami, kościec wyraźnie zarysowany pod cienką, napiętą skórą, stawy przerośnięte i zdeformowane… Nazywał kolejne człony bestii, świadomy, że cała ta upiorna konstrukcja łamie wszystkie możliwe zapisy Kanonu Nauk Biologicznych.
Mimo to kontynuował: dwie pary rąk, w każdej dłoni inna liczba długich paliczków zwieńczonych nieludzkimi szponami zamiast paznokci. Tkanki w wielu miejscach naruszone, kilka ognisk martwicy, śluz spływający po ciele…
Czuł, jak umysł powoli się buntuje, oszołomiony fantasmagorycznym obrazem, ale mimo to parł naprzód: dolną część ciała tworzyła ślimacza noga o wyraźnej segmentacji, poorana poprzecznymi fałdami, przygaszona szarość przechodziła w ziemisty brąz, gdzieniegdzie wyrastały pąkle, widoczne były też oparzenia, jakby rany zadane przez noże sawantów.
Monarcha scalony był ze swoim tronem. To z niego wyrastała, a może do niego prowadziła spirala, po której właśnie stąpał. Musiał do niego dotrzeć. Krok za krokiem. Szedł w kierunku tronu. W końcu odbezpieczył ostatni zamek w walizce.
Wtem Król Ślimaków spojrzał na niego. Palcokształt wypuścił kufer, gdy koronowana twarzoblicza Króla, przeszyła go. Ten krótki moment wystarczył, aby wątpliwość wniknęła w jego umysłokształt. Struktura mięśniowłóknista traciła kohezję, warstwy kleiły się w nowe, topniał jak wosk… jak wosk topniał…
Jego myślokształt był formownay na nowo, a wraz z nim ciało przezywłao kruszyrozpad. Najpierw segmentowane, wżerośnięć i rozdzielane, powstawało na jego oczach zatraciało. Stopniały pierw proporjce. Potem stapniały granice. Dolne podpory… nogi wżerorosły w spiralę.
Wybacz przyjacielu, że cię w towciągnąłem
Fuzjosplot poawli wcielałgo w spiralę, ale wtem wzrok jego padł na ostrze kanoniczne. Ostatni bastion człekmyśli… Równanie Złotej Harmonii rozświetliło mu umysł na tę krótką chwilę, której tak bardzo potrzebował. Ostatni relikt wewnątrz sfery, najbardziej ludzki, bardziej ludzki niż to, czym on sam się stawał.
Wcale nie ostatni – poprawił się. Odwrócił ciałokształt i zobaczył, że nośnica dalej stała w miejscu, tam gdzie ją upuścił. Zlepiorost dalej się rozlewał, scalorana konsekwentnie go formowała, ale za wolno. Sięgnął paliczkiem i nieludzkim wysiłkiem, który rozdzierał mu włókna wzdłuż i w poprzek kształtu, rozwarł ją.
Wewnątrz nośnicy spoczywał kartokształt… Nie, wewnątrz walizki spoczywał zwój z Równaniem Fluktuacji Przestrzennej – formułą topologicznej rekurencji. Sięgnął po zwój i zerwał ostatnią pieczęć, która dzieliła chirurgicznie formułę na dwoje, a gdy to zrobił, linie zapisu się scaliły, a rezonansowe sprzężenie rozdarło przestrzeń wokół niego.
* * *
– Rene, nie bluźnij – powiedział lodowato Luciene, a w jego głosie nie było ani śladu wcześniejszej ironii. – Myślę, że się zasiedziałem. Jeżeli twój wywód dokądś zmierzał, to najwyższy czas, żebyś zdradził mi konkluzję.
Stary sawant w końcu odważył się spojrzeć Rene w oczy. Widział w nich wyraźnie rozczarowanie. On w jego musiał widzieć to samo. Na swój sposób chyba patrzyli teraz w lustro i żaden nie był zadowolony z tego widoku.
– Konkluzji nie ma – odparł oschle. – Jest tylko pytanie o stabilne formy. O to, czy człowiek mógłby w jakiś sposób posiąść stabilną formę, niepodatną na wpływ rezonansu i jednocześnie nieingerującą w kształt sfery. Pytanie brzmi: czy istnieje jakakolwiek metoda pozwalająca spojrzeć na sferę ludzkim okiem, bez jednoczesnego brukania sfery naszym – szukał przez chwilę słowa – uprzedzeniem.
– Tą metodą musiałaby być…
* * *
Pełna unifikacja z anomalią. Niewiele brakowało, a widziałby na własne oczy, jak jego ciało staje się częścią spiralnego odkształcenia. Wtedy jednak rezonansowe sprzężenie zwrotne przerwało reakcję, a formuła Fluktuacji Przestrzennej zapisana na skrypcie wewnątrz walizki rozlała się po całej topologii pomieszczenia. Algorytmy zdawały się wylewać z otwartej walizki, jakby wreszcie uwolnione postanowiły skolonizować wszystko wokół – każdą krzywiznę skażonej przestrzeni.
Po raz pierwszy w życiu widział równanie działające na taką skalę. Każda kolejna instrukcja narzucana przez formułę wywoływała kontrdeformację. Geometria pomieszczenia drżała, prostowała się i ustępowała – w ten sposób materia zmuszana była do powrotu do dawnego porządku.
Czuł, jak w jego ciało wstępują nowe siły. Komnata monarchy – dotąd rozciągnięta w groteskowej perspektywie – kurczyła się i zapadała w sobie, aż wreszcie mógł objąć ją wzrokiem, opisać, zmierzyć.
Nieskończona spirala, której pokonanie zajęło mu tyle czasu, okazała się czymś znacznie skromniejszym: kilkoma stopniami prowadzącymi do dolnej kondygnacji auli wykładowej. Tablica matematyczna, która miała zapoczątkować deformację, nie była żadną przepaścią ani bramą do innego świata, a jedynie punktem, w którym geometria auli została po raz pierwszy naruszona. Droga, która jeszcze przed chwilą zdawała się nieskończona, skracała się gwałtownie. Tron Króla Ślimaków stał już zaledwie kilka kroków od niego.
Odzyskał dawny animusz. Myśli znów biegły znanym mu rytmem, a choć wyzwolony rezonans niemal zelektryzował całe jego ciało, z ulgą odnotował, że mięśnie gotowe są do dalszej pracy. Ciało posłusznie odpowiedziało na wezwanie umysłu. Gwałtownym ruchem zerwał maskę z twarzy i ruszył ku splugawionej istocie wijącej się w centrum komnaty.
Gdy stanął nad wijącą się w agonii abominacją, dostrzegł ślimakopodobną istotę o ledwie widocznej ludzkiej twarzy odciśniętej na spiralnej muszli. Rozpoznał znajome rysy, lecz nie pozwolił sobie na moment wahania.
Zanurzył ostrze kanoniczne w ciele monarchy.
W chwili gdy wyryta na klindze Złota Harmonia zetknęła się z anomalną tkanką, rozległ się znajomy syk. Powierzchnia muszli pękła, a z rozwartej rany uniosła się cienka strużka gryzącego dymu. Ciało monarchy w mgnieniu oka skrystalizowało się w martwą wapienną formę, po czym rozpadło na drobne kawałki.
* * *
– Nie sądziłem, że moje dywagacje wprawią cię w takie zakłopotanie – wyznał Rene podczas ich ostatniego, albo i przedostatniego, spotkania.
– To nie jest zakłopotanie.
– A zatem co, zawodowa obawa? – zapytał z wymuszoną lekkością. – Następnym razem odwiedzisz mnie w asyście innych bladolicych? – Stary sawant się uśmiechnął, lecz w jego oczach nie było śladu wesołości.
– Raczej… przyjacielskie zmartwienie. Puśćmy ten dzień w niepamięć. Bądź pewien, że gdy znów cię odwiedzę, przyjdę jako przyjaciel, w pojedynkę. Poza tym, na wszystkie kanony, rozmawialiśmy zaledwie o kilku niepotwierdzonych teoriach. Jestem przekonany, że wielu adeptów prowadzi podobne, jeśli nie śmielsze dywagacje niemal każdego dnia.
– Jestem o tym przekonany. – Rene skinął powoli głową.
– Cieszę się, że znaleźliśmy wspólny język. – Luciene się uśmiechnął i uścisnął dłoń starego sawanta.
– A nawet pomocną dłoń. – Rene odwzajemnił uścisk, lecz dalej zdawał się posępny.
– Pamiętasz, swoją drogą, jak profesor Coen nazywała trzykrotne przekroczenie progu rezonansowego w sferze anomalnej? – zapytał Luciene, a na twarzy Rene w końcu zagościł szczery uśmiech.
* * *
– Ryzykiem zawodowym – mruknęła Blada Maska, patrząc na wyraźny zarys szóstego palca wyrastającego pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym ręki.
Z profesji game designer, z wykształcenia prawnik, z wyboru Łodzianin, z niechęcią pisze biogramy. Turpista, grafik, pasjonat horroru. Współtworzy m.in. serię niezależnych scenariuszy do Zewu Cthulhu RPG (7. edycji), obecnie pracuje nad własnym gotycko-weirdowym systemem: Karhorra RPG, a na co dzień projektuje mechaniki i interfejsy do gier wideo.
[1] Słowniczek pojęć, miejsc i postaci znajduje się na końcu książki.
