Kaktusy z Zielonej ulicy - Wiktor Zawada - ebook + audiobook + książka

Kaktusy z Zielonej ulicy ebook i audiobook

Wiktor Zawada

4,4

Opis

 Niezwykłe przygody urwisów z Zamościa w czasie II wojny światowej.

Dzidek Cent, Bysiek Stawski, Milka i jej brat Jędrek Szelest ostatnie dni wakacji 1939 roku spędzają na swój ulubiony sposób – bawiąc się w Indian oraz rywalizując z kolegami z sąsiedztwa. W tym czasie pojawiają się nowe atrakcje – ciągnące na zachód kolumny wojska, wyjące syreny, próbny alarm lotniczy…

Dzieci nie spodziewają się, że tego września będą musiały szybko dorosnąć. Postanawiają zorganizować się w drużynę wojskową o nazwie „Kaktusy”, a swoją dziecięcą wyobraźnię wykorzystać w walce z wrogiem. Ich orężem staną się psikusy, a celem ośmieszanie Niemców. Dość szybko z łobuziaków zmienią się w mądrych patriotów.

Kaktusy z Zielonej ulicy to klasyka polskiej literatury dziecięcej i młodzieżowej. Do dziś cieszą się niesłabnącą popularnością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 305

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 20 min

Lektor: Krzysztof Plewako-Szczerbiński

Popularność




Wiktor Zawada Kaktusy z zielonej ulicy ISBN: 978-83-7785-832-5 Copyright © by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2015 All rights reserved Redaktor: Paulina Jeske-Choińska Opracowanie graficzne okładki: Agnieszka Herman Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.
I.

Podchorąży nie zdradził

Wstawaj! Natychmiast wstawaj!

Bysiek Stawski tarmosił śpiącego, ściągał z niego koc i pokrzykiwał coraz donośniej:

— Zdradził! Zdradził nas podchorąży!

Te słowa dotarły wreszcie do świadomości Dzidka Centa i podziałały lepiej od kubła zimnej wody, bo chłopiec zerwał się natychmiast z posłania i trąc zaspane oczy, zawołał:

— Gdzie się pali? Znowu obórka Sępińskiego?

— Nie pali się, ciamajdo. Obudź się wreszcie! Podchorąży Czupryna nie dotrzymał słowa! Znikł, przepadł razem z koniem i całym ułańskim rynsztunkiem!

— Niemożliwe?! — Na twarzy Dzidka odbiło się bezmierne zdumienie.

— To przetrzyj oczka, ofermo! Idź, zobacz na własne oczy: w stajni pustki, a pani Czuprynowa łzy ociera fartuchem i pochlipuje za synem. Mnie przegoniła z mieszkania.

— Ale przecież podchorąży umówił się z nami, że rano pojeździmy na Wichrze. Że pomusztruje nas karabinkiem.

— Obiecanki cacanki, a głupiemu radość. Mieliśmy też ścinać szablą słomiane chochoły, oglądać woltyżerkę i gryźć wojskowe suchary! A teraz pocałuj psa w ogon! Zdradził! Zdradził ten twój podchorąży! — wyrecytował Bysiek jednym tchem.

— Dlaczego zaraz mój? Taki sam mój, jak i twój.

— A kto się pierwszy pchał na siodło, kto podstawiał gębę do całowania? Nawet Milka, choć dziewczyna, nie mazała się przy powitaniu.

— Przecież wiesz, Bysiek, jak lubię pana Mietka. To on uratował mnie, kiedy tonąłem w Łabuńce. Dawał pojeździć na Szpaku, zanim sprzedali konia do wojska. A pamiętasz, jak grał na bramce? Nawet Szeląg z Zaułka nie mógł wtedy strzelić nam bramki! A kiedy pan Mietek poszedł na wojnę, wszyscy płakali, jakby już nie miał wrócić.

— Nie roztkliwiaj się, babo! Zrozum, że twój ukochany pan Mietek zrobił nas na szaro i wyniósł się bez słowa pożegnania.

— Nieprawda! Skąd wiesz, że nie musiał? Pamiętasz chyba, jak mówił, że wpadł do domu na kilka godzin, bo rano jego szwadron miał udać się w dalszą drogę? Może w nocy przyszedł inny rozkaz?

— Klituś-bajduś. Gdyby tak było, zbudziłby nas. Zamiast gadać, chodź lepiej na podwórze. Milka i Szybki Jędrek już czekają i nie plotą jak ty.

Dzidek szybko zrzucił pidżamę, wciągnął koszulkę bez rękawów, wypłowiałe od słońca spodenki i wąskimi schodami zbiegli z pięterka na porośnięte soczystym rdestem podwórko. Tu, Milka, smagła niczym andrus z Zaułka, zręcznie wywijała nożem fińskim. Brat Jędrek, który przed rokiem nauczył jej tej gry, teraz przegrywał z kretesem.

Sierpniowe słońce było już wysoko i dzień znowu zapowiadał się upalnie. Ostatnie dni wakacji roku 1939 były przepiękne i wszyscy z żalem dopuszczali do siebie myśl, że za niecały tydzień, czwartego września trzeba będzie iść do szkoły. Żeby o tym zapomnieć, brykali od wczesnego ranka, wpadając do domu na posiłki jak po ogień i jeszcze późnym wieczorem trudno ich było zapędzić do łóżek.

W ostatnich dniach atrakcji przybywało jak nigdy. Na zachód ciągnęły długie kolumny wojska: ciężko kute wozy taborów, powiewające różnokolorowymi proporczykami, lekkie i zwinne szeregi kawalerii, pokryte pyłem dróg czworoboki piechoty. W mieście na skwerkach, placykach i gdzie tylko było trochę miejsca, ludzie kopali długie, zygzakowate rowy. W wyrzucanej na wierzch glince można było znaleźć tłuste dżdżownice, na które brała każda ryba. Na takiego okazałego robaka Dzidek złapał w Łabuńce kilogramowego okonia i tylko zazdrosny o wszystko Bysiek twierdził uparcie, że ryba nie była większa od zdechłego śledzia.

Największą niespodziankę sprawił im jednak ojciec Dzidka, pan Bronisław Cent.

W kilka dni po tym, kiedy zawyły syreny obwieszczające próbny alarm lotniczy, Cent przyniósł do domu zielono-brunatną puszkę podobną do tych, z jakich pani Smarowa w swojej budce na rogu sprzedawała landrynki. Ta kryła jednak maskę gazową. Cent był urzędnikiem i władze zatroszczyły się o całość jego płuc. Wszyscy chłopcy orzekli, że wyglądał w niej niczym przybysz z zaświatów, ale Dzidkowi przypominał — o zgrozo — zwyczajną świnię z przydługim cokolwiek ryjem. Nie przyznał się do tego nikomu, zwłaszcza że jego powaga wzrosła znacznie od czasu, kiedy ojciec, z puszką przewieszoną chwacko przez plecy i czerwono-żółtą opaską na ramieniu, udawał się dostojnym krokiem na dyżury obrony przeciwlotniczej.

W godzinach pracy ojca udało się Dzidkowi kilkakrotnie przemycić maskę na podwórko, gdzie w gęstwinie malinowych krzewów przymierzali ją wszyscy po kolei. Niestety, pasowała tylko na wielką głowę tłustego Byśka i to dopiero po ściągnięciu pasków. Zagarnął ją więc całkowicie i kazał puszczać gazy. Jędrek rozpalił w „machawce” — puszce z dziurkami zawieszonej na długim sznurku — i Bysiek pławił się w smugach dymu, który nawet tym bez masek nie szkodził. Zabawę przerwała dopiero interwencja gospodyni Czuprynowej, która poskarżyła się ojcu, że „smarkacze chcą podpalić jej zabudowania”. Od tej chwili pan Cent trzymał maskę pod kluczem.

Ale już następnego dnia pan Cent, tuż po zjedzeniu obiadu, zszedł na podwórko z bardzo ważną miną i w asyście gospodyni Czuprynowej oraz jej sędziwego Sępińskiego długo buszował po największym gąszczu.

Wkrótce wszyscy wiedzieli, że będzie się kopać schron przeciwlotniczy.

Chłopcom powiedziano, że kopać się będzie, ot tak, na wszelki wypadek, a oni i bez tego wiedzieli, że jeśli ostatecznie dojdzie do wojny, to nie może ona zakończyć się inaczej aniżeli polskim triumfem w stolicy wroga, Berlinie. Byli dumni, że będzie to ich własny, podwórkowy schron i że dołożą ręki do jego budowy. W mgnieniu oka przynieśli z komórki łopaty, zastrugali kołki i wnet wytrzasnęli skądś kłębek szpagatu do wyznaczenia linii przyszłego rowu. Pan Cent zezwolił chłopcom łaskawie na kopanie w jednym z trzech załamań. Kiedy zdjęli pierwsze warstwy czarnoziemu i ukazał się żółty less, zbierali go w wiklinowe kosze i wysypywali po najciemniejszych zakamarkach, żeby nie był widoczny z powietrza. Po dwóch dniach mozolnej pracy rów zakrywał z głową nawet najwyższego mężczyznę. I wtedy ten najwyższy, stary Sępiński, który wąchał proch nie na jednym polu bitwy, zaproponował przykrycie schronu stropem. Akurat niedawno kupił na stacji kolejowej zużyte już, trochę zbutwiałe, ale całkiem jeszcze porządne podkłady kolejowe. Ułożono je teraz nad rowem, równiutko, jeden przy drugim, przykryto kawałkami starej papy, aby ziemia nie przesypywała się szczelinami. Usypano półokrągły kopiec, pokrywając go starannie świeżą darnią. Poutykane gdzieniegdzie uschnięte gałęzie dopełniły całości maskowania. Teraz nawet najbystrzejsze oko lotnika nie było w stanie dostrzec, gdzie kryją się mieszkańcy domu przy Zielonej ulicy.

Pozostało więc tylko urządzenie wnętrza schronu. Chłopcy sami poprzycinali deszczułki i umocowali je palikami na schodkach tak, aby nie uszkodził ich pierwszy gwałtowny deszcz. Starymi gontami przykryli dno rowu, a na to położyli wyłysiałe chodniki, które matka Byśka Stawskiego przeznaczyła do wyrzucenia. W ścianach wydrążyli komory na wiadro z wodą, podręczną apteczką z jodyną, bandażami i z kroplami uspokajającymi. W jednej z takich nisz znalazły się także dwie lampy naftowe i latarka, w innej woreczki sucharów.

Do tego schronu zaprowadził teraz całą czeredę podwórkowy przywódca, Bysiek Stawski. Posiadali w kucki, a on rozpoczął władczym głosem:

— Pięknie urządził nas pan podchorąży.

— Nie ma co, wystrychnął nas na dudków! — przerwała mu Milka słowami własnej matki.

— Siedź cicho, a jak nie, to wynocha do mamy! — W głosie Byśka zabrzmiała nuta rozkazu, więc wszyscy słuchali bez słowa komentarza.

— Naopowiadał mi właśnie Dzidek banialuk w obronie pana Mietka Czupryny. Niech mówi, co chce, ale podchorąży nie postępuje w ten sposób! — wydyszał z oburzeniem.

— Nie dawał słowa, nic nie obiecywał, tylko my prosiliśmy… — nie wytrzymał Dzidek, ale umilkł w połowie zdania.

— Potraktował nas jak ostatnich smarkaczy, chociaż dawniej sam wyciągał na różne zabawy. Zapomnieliście może, kto wykpił pióropusze, łuki i cały szczep Delawarów? Kto nauczył nas, jak się organizuje prawdziwe wojsko? Kto mianował mnie waszym porucznikiem? Pan Mietek Czupryna… — Bysiek przerwał na chwilę i podjął z innej beczki: — A czy my byliśmy złymi żołnierzami? Kto wczoraj wyczyścił Wichra do połysku? Milka przyniosła własną szczotkę do włosów. Jędrek wełnianym szalikiem pucował siodło i rzemienie uprzęży. A ty, Dzidek, sam czyściłeś sidolem sprzączki i strzemiona. I jak się nam odwdzięczył?

— Ale nie mów, że zdradził!

Na twarzy Dzidka wykwitł rumieniec gniewu. Postanowił bronić pana Mietka, choćby przyszło stanąć do walki z silniejszym kolegą. Ten jednak puścił jego słowa mimo uszu i dalej ciągnął swoje:

— Ponieważ pan podchorąży zawiódł zaufanie i odjechał, nie pozostawiając żadnej wiadomości, nie może być dłużej naszym generałem.

— Ani kapitanem drużyny piłkarskiej! Niech skoczę, nie może! — wyrwał się po swojemu gorąca głowa, Szybki Jędrek.

Dzidek nie zdążył otworzyć ust, kiedy w schronie zrobiło się całkiem ciemno. Jakaś postać zasłoniła sobą otwór wejściowy, a ponury bas przykuł wszystkich do miejsca:

— Ręce do góry!

Na moment cała czwórka znieruchomiała. Dopiero Dzidek zakrzyknął:

— Chłopcy, to pan podchorąży!

— Ręce do góry albo…! — odpowiedział mu bas i osiem rąk uniosło się nad głowami.

Teraz nie mieli już wątpliwości — to nie był podchorąży Mieczysław Czupryna. A bas komenderował dalej:

— Wszyscy klęknąć! Twarzami do ściany! I ręce wyżej! No, wyżej!

Dzidek czuł, że dzieje się coś niedobrego. Tyle nasłuchał się w domu o niemieckich dywersantach, że chłopięca fantazja podsuwała mu najgorsze możliwości. Czyżby Niemiec zakradł się znienacka, by zniszczyć ich schron? Ale ten przybysz mówił po polsku. Przez chwilę sądził nawet, że to pan Mietek, i jak filip z konopi wyskoczył z okrzykiem. Pośmieją się teraz z niego koledzy! Oj, pośmieją! Ale zaraz przypomniał sobie, co opowiadał ojciec. Dywersanci, szpiedzy muszą znać dobrze język kraju, w którym działają. Inaczej przepadliby z kretesem. Teraz zrozumiał, że kto wie, czy Bysiek, Jędrek i ta koza Milka będą jeszcze mieli okazję pośmiać się z niego. Czego chce ten Niemiec? Co z nimi zrobi? Wolnym ruchem zbliżył głowę w stronę Byśka — bądź co bądź on tu był najstarszy — i jak tylko potrafił najciszej, wyszeptał:

— Kto to jest? Zapytaj go!

— Milczeć!

Ostry głos przybysza uciszył szept, a Dzidek poczuł gęsią skórkę, która od nóg posuwała się coraz wyżej i wyżej. Z rogu posłyszał ciche pochlipywanie Milki. Kiedy wystraszona dziewczynka zachłysnęła się krótkim szlochem, a on sam nie potrafił już myśleć z wrażenia, usłyszeli pytanie:

— Gdzie ukryliście zapasy?!

Pytającemu odpowiedziała cisza.

— Nie rozumiecie po polsku? — nalegał. — Gdzie są zapasy?

Znowu nikt się nie odezwał.

— Powtarzam po raz ostatni: gdzie są zapasy?! — głos przybysza zadrgał gniewem.

— Tu nie ma nic, proszę pana. — Dzidek nie wiedział, kiedy wykrztusił te słowa ze ściśniętej strachem krtani.

— Nie ma?! Jesteś pewien?! Jeżeli znajdę, to z wami koniec!

Głośny szloch Milki był jedyną odpowiedzią.

— Ty, pierwszy z brzegu — zahuczało ponownie — wstawaj i wyciągnij worek z sucharami!

Dzidek ani drgnął.

— Ruszaj się! Prędko!

Silna dłoń ujęła za pasek od jego spodenek i postawiła chłopca na nogi. Szturchnięcie pod żebra przekonało, że przybysz ani myśli żartować.

— Worek, dawaj worek! — ponaglał.

Cóż było robić, kiedy koledzy Dzidka wciąż tkwili pod ścianą z podniesionymi rękami, a Milka dostała czkawki od tłumionego płaczu. Wyciągnął woreczek sucharów i odstawił bliżej zasłoniętego wejścia. Chrzęst suszonego chleba świadczył, że przybysz sprawdza po omacku zawartość worka.

— To wszystko? — zapytał po chwili. — Wszystko? Komu to będziesz mówił?! Dawaj następny!

Zanim Dzidek sięgnął po następny woreczek, który zawierał suszone bułeczki niezrównanego wypieku mamy, przez głowę przebiegła myśl, że ten Niemiec wie wszystko. To by się zgadzało z tym, co słyszał w domu: Hitler od dawna przygotowywał wojnę, a jego agenci w Polsce interesowali się wszystkim i bardzo dużo wiedzieli. Ale żeby aż tak wszystko? Przecież suchary były w schronie dopiero od wczoraj. Nowy szturchaniec zmusił go do pośpiechu i drugi worek powędrował w stronę nieznajomego.

— A teraz apteczka. Prędzej!

Dzidek nie zdążył jeszcze ochłonąć z nowego zaskoczenia, kiedy Niemiec zażądał latarki elektrycznej, a lampy naftowe pozwolił łaskawie pozostawić na miejscu. Teraz chłopiec nie miał już żadnych wątpliwości, że przybysz wiedział absolutnie wszystko o ich schronie. Ale skąd? Może był tu wcześniej i ich winą jest, że rankiem zaspali i nie pilnowali schronu jak oka w głowie. Widać ojciec miał podstawy do obaw, podkreślając to „oko” kilkakrotnie. A może ktoś mu powiedział? Tylko kto? Nie było czasu na dociekanie i żądane przedmioty znalazły się w rękach nieznajomego.

— Pod ścianę, szczeniaki! — rozkazał teraz tonem nieznoszącym sprzeciwu. — I żeby mi żaden nie wysadził nosa z tej dziury przez najbliższe pięć minut. Jeśli który wychyli głowę, to już nie będzie miał co chować…

Zaskrzypiały deski na schodach, do schronu wtargnęło słońce — znak, że Niemiec odszedł. Jeszcze przez moment cała czwórka klęczała pod ścianą, nim wszyscy jednocześnie odwrócili głowy. To, co ujrzeli, przyprawiło ich o najwyższe zdumienie i odebrało mowę.

U stóp schodów stały nietknięte worki z sucharami, a na pierwszym stopniu leżała torba z pięknie wymalowanym czerwonym krzyżem. Jedynie po latarce nie zostało śladu.

— Co to? Kto to? — Bysiek zawył głosem rannego lwa, ale nie doczekał się odpowiedzi.

Szybki Jędrek jednym wielkim susem znalazł się u wyjścia, lecz w tej samej chwili runął z powrotem do rowu i jęcząc, trzymał się za głowę. Bysiek, Dzidek i Milka struchleli: Niemiec ostrzegał, a teraz…

Na twarzach dzieci malowało się przerażenie. Uklękli przy koledze, daremnie usiłując oderwać jego dłonie kurczowo obejmujące czaszkę. Rozpaczliwe łkanie utrudniało Milce rozpakowanie apteczki. Wreszcie uporała się z nią i białe bandaże rozsypały się po podłodze schronu.

— Zabili mi braciszka, zabili — powtarzała raz po raz w potokach łez.

— Zabili, o rany… Zabili w głowę — zawtórował Jędrek i całkiem niespodziewanie poderwał się na nogi.

Zamiast krwawego wlotu kuli ujrzeli na jego czole olbrzymi guz, nabrzmiewający i siniejący w oczach. Dopiero teraz uprzytomnili sobie, że kiedy Jędrek runął do schronu, ani jeden strzał nie dobiegł ich uszu.

— Jędruś, braciszku, ty żyjesz! — Milka rozbeczała się na dobre, uwieszona na szyi brata.

Otrząsnął się energicznie od tych siostrzanych czułości.

— Chłopaki! — krzyknął. — Niech skoczę, widziałem go, jak uciekał!

— To był dywersant? — Gorączkowe pytanie Dzidka nie pozostawiało możliwości jakiejkolwiek innej odpowiedzi.

— Dy… co?

— Dywersant, Niemiec?!

— O rany, skąd ja mogę wiedzieć? Mignęły mi tylko gołe pięty i…

— Gorzej mu, dostał w głowę — wtrącił oniemiały do tej pory Bysiek. — Gdzie ty widziałeś, żeby szpieg chodził na bosaka? Całkiem z tobą źle!

— To ciebie tchórz obleciał i siedziałeś pod ścianą jak baba! Trzeba go było gonić! Widziałem dobrze, jakboganoga! Uciekał w stronę stodoły między krzakami porzeczek i agrestu. Zobaczyłem gołe nogi… Czekajcie, o rany! On miał krótkie spodnie!

— Zgłupiałeś? Dywersant?

— Niech skoczę! Nie mogło mi się przywidzieć. Był już koło dziury w płocie, kiedy drugi gruchnął mnie w głowę.

— To tamten dywersant nie był sam? Co ty pleciesz?

— O rany, tak dobrze to nie widziałem… Coś huknęło i poczułem, że spadam.

— Jędruś, nie było żadnego strzału.

— Nie przerywaj, Milka! Mnie huknęło, w łeb huknęło i nic więcej nie widziałem. Jakboganoga, nie widziałem. — Szybki Jędrek znowu objął głowę i zaczął z cicha pojękiwać. Opatrzeniem guza zajęła się siostra.

Bysiek zebrał całą odwagę, jaka pozostała mu jeszcze po minutach niedawnej grozy i zachowując wielką ostrożność, zaczął wychodzić na czworaka z rowu. Kiedy był już na ostatnim stopniu, wychylił głowę na zewnątrz, rozejrzał się dokoła i odzyskał pewność siebie.

— Chodźcie, nie ma nikogo!

W sadzie panował zupełny spokój. Szeleściły monotonnie liście wiśni, sprzeczały się, swoim zwyczajem, skrzekliwe wróble i całe stado kur z gdakaniem rozgrzebywało ziemię wokół krzewów. Chłopcy popatrzyli na siebie nic nierozumiejącymi oczami. Czyżby im się przywidziała ta cała historia z niemieckim dywersantem?

Raptem wszystkie oczy jednocześnie spoczęły na pokaźnych rozmiarów drągu, leżącym niemalże u ich stóp.

— O rany, tym mnie trafił! — Jędrek pochylił się nad drągiem.

— Chłopcy, poznaję, to kołek Sępińskiego, gospodarz podpiera nim wrota zagrody dla koni. Skąd się tu wziął? — wtórował Bysiek.

Za chwilę nie mieli już żadnej wątpliwości, że ktoś przyniósł drąg celowo w to miejsce i wykorzystał jako narzędzie zemsty na Jędrkowej głowie. Tym kimś mógł być tylko dywersant!

Ale czy dywersanci muszą się uciekać do takich nędznych sztuczek?

Po uważnym obejrzeniu kołka stwierdzili, że do jego końca przywiązany był długi szpagat. Bysiek pociągnął z całych sił, ale sznurek trzymał. Wodząc po nim dłonią, doszedł do stopni schronu i zobaczył, że drugi koniec szpagatu był na mur przymocowany do korzenia, który został przecięty w czasie kopania schronu i teraz sterczał nad schodami.

— Przygotował zasadzkę. — Uspokojony już Bysiek wyjaśniał kolegom mechanizm działania kłody i sznurka: — Drąg oparł o gałęzie wiśni, a sznurek przeciągnął nad schodami. Kiedy Jędrek wychodził, zaczepił nogą o sznurek i ściągnął na swoją łepetynę uderzenie drąga. Zmyślna sztuka ten wasz dywersant!

— Jak Indianin!

— Ty, Dzidek, zawsze szukasz nie wiadomo czego. Do tej pory był dywersant, teraz znowu Indianin.

— A ja wam mówię, że ktoś nam zrobił kawał — wtrąciła Milka.

— Wiemy to bez twojego podpowiadania! Czego wcześniej nie byłaś taka mądra? Beczałaś jak baba — mądrzył się Bysiek.

— Bo ona jest baba! — bronił siostry Jędrek. — A ty siedziałeś jak trusia! Niech skoczę, nic nam po takim dowódcy!

— Co będzie z latarką mojego ojca? Ledwie wyprosiłem, żeby mi ją dał do schronu, kazał jej strzec jak oka w głowie.

Niepokój Dzidka zażegnał kłótnię i byli Delawarowie, obecnie wojsko Byśka Stawskiego, zaczęli szukać tropu. Byli zdecydowani pójść za nim choćby na koniec świata i odzyskać skradzioną latarkę. W przeciwnym razie wszystko wydałoby się przed rodzicami.

A na to nie mogli sobie pozwolić. Wprawdzie pan Cent przebolałby jakoś latarkę, która świeciła czerwono i zielono, ale byłby to koniec wojennej sławy podwórkowej czeredy. Wszyscy chłopcy to rozumieli. Postanowili więc odzyskać ją za wszelką cenę.

Uszli raptem kilka kroków z oczami wlepionymi w ziemię, kiedy Jędrek przycupnął pod krzakiem agrestu.

— Ślad! O rany, jest ślad! — zawołał.

Na zrytej przez kury ziemi widniał odcisk stopy. W odległości prawie dwóch metrów za nim — drugi, również zwrócony palcami w kierunku stodoły. Stopy były duże, ślady głębokie i bardzo wyraźne.

— Patrzcie, niedowiarki! Mówiłem, że uciekał na bosaka. Gazem w stronę dziury w płocie — ponaglał Szybki.

Nie patrząc już pod nogi, skoczyli wszyscy ku ogrodzeniu z pokrytego rdzą drutu kolczastego, rozpiętego między pokracznymi, sękatymi słupami.

Dzidek pierwszy dostrzegł przedmiot, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości, co do tego, kto spłatał im paskudnego figla. Zaraz za płotem, jeszcze przed pierwszym rządkiem dorodnych buraków pastewnych, których liście wyrastały nieraz do samego pasa, leżał żółty kozik. Taki kozik miał tylko jeden znany mu chłopak — Jasiek od Pawła.

— To sprawka Jaśka!

— Co? Gdzie? Skąd wiesz?! Gadaj, o rany — zawołała pozostała trójka.

— Patrzcie, tam leży kozik Jaśka od Pawła!

Szybki Jędrek prześliznął się przez dziurę między drutami, chwycił nożyk i już był z powrotem. Tak, to był kozik Jaśka od Pawła. Po obydwu stronach drewnianej rączki, do której składało się ostrze, widniały głęboko wypalone litery J.C.

Wszyscy pamiętali, kiedy Jasiek dostał od swego ojca nóż i przechwalał się, jakie to klawe łódki wycina z kory. Kiedy oczy rozbłysły im zazdrością na widok małych cacek, Jasiek pomyślał, że zazdroszczą mu kozika. Na ich oczach w palenisku parnika rozgrzał do czerwoności ostrze gwoździa i wypalił nim na trzonku dwie niezdarne litery J.C.

— Teraz żaden nie odważy się buchnąć — powiedział wtedy z groźną miną. — A jak buchnie, to już ja go znajdę i dam taki wycisk, że rodzona mamusia nie pozna.

W tej chwili wszyscy stali odrobinę stropieni, a Szybki przekładał kozik z ręki do ręki, całkiem jakby mu parzył skórę.

— Jasiek posiał go w czasie przechodzenia przez dziurę w płocie — wyraził przypuszczenie, lecz z jego twarzy zniknął poprzedni entuzjazm.

Za to Bysiek kipiał wodzowską energią:

— To on, to Jasiek zrobił z nas wariatów! Na dudków nas wystrychnął.

— On ma moją latarkę! Chodźmy ją odebrać — poparł wodza mały Dzidek.

Ale jego ostatnie słowa wyraźnie osłabiły zapał Byśka. Jak wszyscy, miał już różne przeprawy z Jaśkiem od Pawła i wolał ostudzić zapędy kolegów.

— Trzeba wszystko rozważyć — zaproponował. — Jasiek może nie zechce z nami gadać.

— Gadać nie zechce, ale może wymieni latarkę na kozik — nie ustępował Dzidek.

— Latarkę na kozik? Gorzej ci? To tak jak ten stryjek, co to zamieniał siekierkę na kijek. Chcesz oberwać przy okazji, to idź sam. Trzeba powiedzieć wszystko starszym. Oni to już jakoś załatwią z ojcem Jaśka.

— Ale wtedy wszystko się wyda i…

— Chyba masz rację. Co tu robić?

— Może Jasiek, kiedy zauważy zgubę, wróci jej szukać?

Nieśmiałe pytanie Milki przyjęli za dobrą radę. Tylko Bysiek — wódz, był przekonany, że on zgłosił pomysł takiego rozwiązania.

— Zawsze wam powtarzam, że nie wolno działać w pośpiechu. Jędrek pośpieszył się i ma teraz guza. A z Jaśkiem lepiej nie zaczynać, bo sami wiecie…

Wiedzieli aż za dobrze!

Jaśka od Pawła znali wszyscy — rówieśnicy i dorośli — jak przysłowiowy zły szeląg. Ale gdyby kogokolwiek na Zielonej ulicy zapytać o jego nazwisko, zapytany wybałuszyłby ze zdziwienia oczy, że o coś takiego można w ogóle pytać. Od kiedy się pojawił w okolicy, zawsze był Jaśkiem od Pawła, pogromcą podwórkowych Delawarów i utrapieniem swego ojca. Nazwisko Pawła, człowieka spokojnego, zrównoważonego, i jego wyrodnego synalka nikogo, szczerze mówiąc, nie obchodziło. Przywędrowali do Zamościa nie wiadomo skąd i nie bardzo wiadomo kiedy. Odkąd chłopcy sięgali pamięcią, Paweł od świtu do nocy obrządzał inwentarz i krzątał się w zabudowaniach gospodarskich Sępińskiego. Z wyjątkiem niedziel i świąt kościelnych, państwowych nie dostrzegał, nie wychodził z welwetowej marynarki o barwie przydymionego brązu, z połami sięgającymi kolan. „Hrabia to ja nie jestem — mawiał Sępiński — ale parobka mam w liberii”.

Za to Jaśka rzadko widywano na podwórku przy Zielonej ulicy. Ojciec zabronił mu pokazywać się tutaj, bo każda wizyta znaczyła się porozbijanymi nosami, rżeniem spłoszonych koni, wybitą szybą albo złamaną gałęzią w sadzie. Nie była to dla Jaśka wielka strata, ten zakaz, bo i tak wszystkie okoliczne sady stały dla niego otworem. Żaden nawet najwyższy płot nie stanowił przeszkody dla zasmakowania cudzych jabłek czy śliwek.

Przewodził też Jasiek od Pawła strasznemu wojsku z Zaułka i prał, ile wlazło, za byle zaczepkę. To wojsko było niepokonane w całym Zamościu, radziło sobie nawet z „oficerskimi synkami” — jak mawiał Jasiek — którzy w pobliżu bloków koło szpitala zbudowali prawdziwą fortecę z prawdziwymi szańcami i mieli straszaki. Rówieśnicy bali się Jaśka od Pawła, a starsi, choć przestrzegali przed nim swoje latorośle, w głębi duszy podziwiali jego niespożytą energię i andrusowską fantazję. Chłopcy zazdrościli mu swobody i podziwiali skrycie jego wyczyny. Każde wojsko przyjęłoby z zachwytem takiego harcownika. Tylko że Jasiek od Pawła miał w nosie zabawy maminsynków. On chodził własnymi, niezbadanymi ścieżkami.

I oto teraz czekało ich spotkanie oko w oko z tym postrachem całej okolicy. Ukryci w gąszczu malin czekali już przeszło godzinę, a on jakoś nie przychodził po swoją zgubę, którą Bysiek ukrył w kieszeni i raz po raz sprawdzał, czy jest na miejscu. Przed kilkunastu minutami donośne wołanie pani Centowej wyrwało z szeregów Dzidka. Wprawdzie niechętnie, ale dowódca zwolnił podwładnego i kazał mu przełknąć obiad bez marudzenia i wracać na jednej nodze. Ku zdziwieniu matki błyskawicznie uporał się z zupą, drugie danie pochłonął niczym zgłodniały wilk i już go nie było w kuchni.

Dla przełknięcia ostatniego kęsa zatrzymał się właśnie przy oknie niskiego półpięterka klatki schodowej. Ale ta wysokość wystarczała, by dojrzeć z góry jakiś podejrzany ruch w buraczanych zagonach za ogrodzeniem. Dzidek wytężył wzrok i omal się nie udławił ostatnim kęsem obiadu.

Bruzdą między dwoma zagonami sunęła jasna czupryna. Przed nią, z kocią zręcznością pracowały ręce czołgającego się człowieka. Postać na chwilę znieruchomiała. Głowa powolutku uniosła się ku górze i zastygła, lustrując przedpole. Promienie słońca oświetliły smagłą twarz. Błysnęły bielą gałki oczu. To był Jasiek od Pawła! Przychodził po swój kozik!

Zanim Dzidek zdążył podbiec do kolegów i powiadomić ich o zbliżaniu się Jaśka, ten stał już wyprostowany na długich nogach i, przyłożywszy dłonie do ust, wołał z całej siły:

— Wyłaźcie, tchórze, zza krzaków! Nic wam nie zrobię. Pomóżcie mi szukać kozika, który gdzieś tu musiałem posiać, to daję słowo, że nikt się nie dowie o waszej bohaterskiej obronie schronu.

Ukryci w gąszczu nie odezwali się słowem. Rad nierad Dzidek postanowił upomnieć się o swoją latarkę.

— Oddaj latarkę, a dostaniesz swój kozik! — odkrzyknął i ugryzł się w język. Było już jednak za późno. Wysypał to, co powinno być największą tajemnicą w przetargu o latarkę. Teraz Jasiek wiedział już, co chciał wiedzieć. Dzidek nie zdążył jednak zrobić w tył zwrot, kiedy Jasiek był już przy nim. Chwycił go za przegub ręki i syknął przez zaciśnięte wargi:

— Oddajesz kozik albo zrobię z ciebie marmoladę!

— Odczep się! Nie mam twojego noża! Ja tylko tak kłamałem, chciałem…

— Bujać to my, ale nie nas! Oddajesz albo… — Pięść wyższego o głowę Jaśka uniosła się złowieszczo do góry, dopowiadając resztę groźby.

Wystraszony na dobre Dzidek zrobił płaczliwą minę, choć starał się za wszelką cenę zachować twarz gotowego na wszystko Delawara. Zupełnie niespodziewanie Jasiek parsknął śmiechem.

— Zakichane wojsko maminsynków. Do worka i do Łabuńki z takimi wojakami! Wyłaźcie wreszcie z tych dziur, jakoś się dogadamy. Mam z wami jeszcze do pogadania w innej sprawie. A ty, pętaku — zwrócił się do Dzidka — powiedz, żeby wyłazili, bo pożałują.

Zawołał ich bez entuzjazmu. Z ociąganiem zbliżyli się na kilka kroków i stanęli, zachowując nadal bezpieczny dystans. Wtedy Jasiek wspaniałomyślnym gestem wyciągnął z przepaścistej kieszeni spodni latarkę i wręczył ją oniemiałemu Dzidkowi.

— Trzymaj! A na drugi raz pilnuj lepiej! Zasmarkane lale! A teraz chodźcie do schronu, to sobie pogadamy.

Posiadali w kucki na wymoszczonej chodnikiem podłodze, a Jasiek, wciąż ze srogim wyrazem twarzy, zajął miejsce na schodkach.

— Przestańcie się wreszcie bać, maminsynki! A ty, Dzidek, może byś podziękował? Tak to cię mama uczyła?

— Dziękuję, ale…

— Żadnego ale! Pamiętaj, że dostałeś latarkę z powrotem tylko dlatego, że broniłeś pana Mietka Czupryny przed tym, co pletli ci frajerzy. Wszystko słyszałem! Dlatego utarłem wam nosa.

— Ale pan podchorąży powinien był zostawić chociaż kartkę z wiadomością, że musi wyjechać! — w głosie Byśka nie było już tej pewności, z jaką przedtem przekonywał chłopców o winie ukochanego do wczoraj podchorążego.

— A skąd wiesz, że nie zostawił? Szukałeś chociaż przez chwilę?

— Pewnie, że szukałem. I pytałem jego matkę, ale nie chciała…

— Jeszcze czego! Nie miała co robić, tylko zabawiać ciebie rozmową! Widziałeś chyba, że płacze? Syna na wojnę wysłała! A szukać mogłeś, ślepy wodzu kulawych Dela… no wiesz, Dela…

— …warów — dokończył Dzidek.

— Sam wiem, patałachu! Dela… warów. Tylko wasz wódz patrzy i nie widzi, a wy też wytrzeszczacie ślepia bez skutku.

— O rany! Jasiek, powiedz! Jest list od pana podchorążego? Jasiek, ty coś wiesz? Powiedz, niech skoczę — gorączkował się Szybki Jędrek, zapomniawszy najwidoczniej, komu zawdzięcza okazałą śliwkę na czole i że za ten owoc Jaśkowej przebiegłości przyjdzie mu zapłacić w domu potężną burą.

— No, rozejrzyjcie się, maminsynki. Poszukajcie! Zimno, zimno, trochę cieplej, całkiem zimno — komentował wódz z Zaułka nerwową krzątaninę całej czwórki. — No, no, Milka, ciepło, ciepło, gorąco! No widzisz!

— Jest! Jest list! — wrzasnęła dziewczynka, unosząc wysoko w dłoni maleńki kwadracik papieru. Przez cały ten czas tkwił przyszpilony cienkim patyczkiem do ściany schronu.

— Jak mogliśmy nie zauważyć? — biadolił Bysiek. — Prawie oparłem się o list plecami.

— O rany, prędko daj. Przeczytamy! — ponaglał Szybki Jędrek.

— Tak ci się spieszy? — Jasiek od Pawła wyjął liścik z dłoni Milki. — I tak nie będziesz pierwszy. Tylko tu wszedłem, kiedy wy jeszcze kimaliście w najlepsze u mamy pod pierzynką, zobaczyłem i przeczytałem. Może się wam nie podoba, co?

— No nie! — próbował go udobruchać Dzidek. — Mogłeś nam jednak powiedzieć.

— Po to tu właśnie szedłem. I wtedy usłyszałem, coście gadali. „Nie będzie generałem”, „nie będzie kapitanem drużyny!”. Patałachy! Psami poszczuć takie wojsko! Sam Szeląg nastrzelałby wam kopę bramek bez pana Mietka Czupryny na obronie! A wy mówicie, że on zdradził. Masz, czytaj!

Drżącymi dłońmi rozwinął Dzidek małą kartkę papieru, której brzeg z jednej strony był postrzępiony. Widocznie pan Mietek wyrwał ją w pośpiechu z notesu. Czwartoklasista jąkał się i stękał, czytając, jakby był najgorszym patałachem z pierwszaka. Bysiek, Jędrek i Milka zaglądali mu przez ramię, nie zważając, że może się to nie podobać Jaśkowi.

List podchorążego Czupryny był króciutki. Wszystkiego sześć zdań skreślonych dużymi, nerwowymi literami:

Odtrąbiono wsiadanego! Nie będziecie długo czekali. Wrócę na Wichrze z samego Berlina. Wtedy sobie pojeździcie. Trzymajcie się, pętaki kochane!

Wasz generał, kapral podchorąży

M. Czupryna

Ostatnie „a” miało długi, zamaszysty wykrętas. Taki wykrętas stawiał tylko pan Mietek. Widzieli na własne oczy, kiedy uczył ich trudnej sztuki wyrabiania podpisu.

Gdy Dzidek zakończył czytanie, schron zaległa kompletna cisza. Nawet Milka tłumiła cisnące się jej mimo woli dziewczyńskie westchnienie, którego tak nie lubił jej brat i za które niejeden raz oberwała po uchu. Nie ośmielili się też podnieść oczu na Jaśka, który dźwignął się ze schodka.

— Bulić scyzoryk — syknął bez cienia życzliwości. Bysiek nieśmiało wyciągnął rękę i starając się nie dotykać dłoni Jaśka, pozbył się kłopotliwego przedmiotu. Wtulił głowę w ramiona, jakby był przekonany, że zasłużył na porządne cięgi. Cios spadł, ale tym razem Jasiek uderzył słowami:

— Zapamiętajcie, konusy, że polski podchorąży nie zdradza! Nie zdradza nawet takich maminsynków!

Kiedy się ocknęli po chwili, Jasiek już sobie poszedł. Nawet nie zauważyli kiedy. Rozeszli się do mieszkań.

Dzidek wlókł się noga za nogą i był pewien, że tym razem przegrali u Jaśka z kretesem. Nie czuł się jednak pokonany. Ich podchorąży nie zdradził! Jak mógł o tym wątpić choćby przez jedną, najkrótszą chwilkę!

List pana Mietka postanowił zachować i ukryć na stryszku tam, gdzie spoczywały jego największe skarby: dwie łuski karabinowe, wytrych, który ojciec kazał wyrzucić do śmietnika, i zwędzona ukradkiem fotografia pana podchorążego w ułańskim mundurze.

II.

Strzaskane drzwi

Pani Centowa traciła cierpliwość.

— Głęboko, proszę, głęboko. Jeszcze głębiej! — powtarzała raz po raz.

Dzidkowi oczy wychodziły z orbit. Usta Milki układały się do płaczu. Bysiek był czerwony jak burak, a Szybki odchylał palcem maseczkę, by ukradkiem zaczerpnąć haust świeżego powietrza. Polcia-Kapelusik stroiła okropne miny, całkiem jak człowiek, którego głowę zanurzają w wodzie i tylko na krótko pozwalają zaczerpnąć oddechu.

— Bożeż, mój Boże! Za jakie grzechy ja się tak męczę?! — jęknęła wreszcie dziewczyna, energicznym ruchem zrywając z twarzy maseczkę.

Za jej przykładem poszły wszystkie dzieci, odrzucając ni to kagańce, ni to dziwaczne poduszeczki.

— Mamo, już nie mogę dłużej! Duszę się! — usprawiedliwiał się Dzidek.

— To śmierdzi — wtrąciła Milka.

Bysiek sapał niczym miech kowalski.

— O rany, ja nie wierzę w żadne gazy — dodał żałośnie Szybki Jędrek.

Bo straszliwej, jak niosła fama, broni — gazów bali się wszyscy bez wyjątku. Całe miasto opętał szał robienia maseczek, bo tych prawdziwych nie mogło wystarczyć dla wszystkich. Pani Centowa kupiła błękitnej flaneli, z której razem z Polcią-Kapelusik uszyły dla całej dzieciarni zgrabne poszeweczki. Do środka włożyły trochę gazy, ligniny, węgla i czegoś tam jeszcze. Pasowały do twarzy niczym kaganiec do psiego pyska. Dla każdego z osobna przygotowano także buteleczkę ze smrodliwym płynem, którym należało przesączyć maseczkę. Całość mieściła się w niewielkim woreczku z kolorowego kretonu. Szeroka tasiemka pozwalała swobodnie przewiesić maskę przez ramię.

Tragedia zaczynała się dopiero wtedy, gdy mama Dzidka kazała ćwiczyć oddychanie. Dziesięć minut dziennie! I dzieci, i Polcia nie potrafili wytrzymać ani sekundy dłużej ponad dwie minuty.

— Bardzo was proszę, zrozumcie — prosiła pani Centowa. — Tu chodzi tylko o wasze dobro. Z gazami nie ma żartów. Ludzie mówią, że Niemcy mogą ich użyć. Wszyscy teraz ćwiczą oddychanie.

— O rany, ale ten straszny smród — Szybki wskazał gazę przesączoną cuchnącym roztworem.

— Trzeba tylko cierpliwości, odrobinę cierpliwości — podjęła pani Centowa. — Spójrzcie, mnie to nie sprawia najmniejszej trudności — nałożyła maseczkę i oddychała miarowo, uśmiechając się przy tym zachęcająco.

Kiedy jednak nikt nie poszedł w jej ślady, stanowczym głosem wezwała całą gromadkę do posłuszeństwa. W końcu założyli maseczki, a mama Dzidka instruowała energicznie:

— Głęboko, tak, tak. Jeszcze głębiej. Wdech i wydech, tylko odrobinę głębszy, wdech i wydech, raaz i dwaaa, głęboko, proszę głęboko. Jeszcze głębiej i bardziej rytmicznie.

Ruch ręki pani Centowej, przypominający do złudzenia batutę dyrygenta orkiestry wojskowej, która każdej niedzieli wygrywała marsze i poleczki w parku miejskim, nie na długo potrafił utrzymać w ryzach dzieci i Polcię-Kapelusik. Bysiek zakrztusił się, jakby połknął chrabąszcza. Polcia-Kapelusik chlipnęła żałośnie i z takim mozołem przygotowana zaprawa przeciwgazowa wzięła w łeb.

Wszystkie dzieci z domu przy Zielonej ulicy wolały innego rodzaju przygotowania wojenne. Choćby przyklejanie na szybach pasków papieru. Długie, szerokie na kilka centymetrów paski smarowało się klejem z żytniej mąki i przyklejało po przekątnej każdej szyby. Powstawały w ten sposób w każdym oknie wielkie, białe, rzymskie dziesiątki. Wyglądało to nie tylko zabawnie, ale miało chronić szyby przed skutkami detonacji bomb lotniczych. Każde okno wyposażone też zostało w zasłonę z czarnego papieru, która zgrabnie opuszczała się i podnosiła za jednym pociągnięciem sznurka. Pan Cent, uważany za największego specjalistę w sprawach obrony przeciwlotniczej, kilkakrotnie sprawdzał, czy przez zasłony nie przedostaje się choćby promyk światła, który mógłby zwabić niemieckiego lotnika. Oględziny wypadły zadowalająco i rodzinne przygotowania do wojny uznano za zakończone.

Nie zakończyły się one jedynie dla Polci-Kapelusik, władczyni gospodarstwa domowego Centów. Na jej wątłe, niespełna dwudziestoletnie barki, spadło ciężkie brzemię zaopatrzenia rodzinnej spiżarni na całą wojnę. Tak brzmiało niepodlegające dyskusji polecenie pani Centowej.

Właśnie wczoraj ojciec z dumą wyłożył na stół plik świeżutkich banknotów i garść srebra. Trzymiesięczne pobory, prawie siedemset złotych! Udźwigała się Polcia koszyków i woreczków. Nakupiła mąki, grochu, kaszy i cukru. Wielkie połcie słoniny, apetyczna szynka i pęta podsuszonej kiełbasy — stanowiły ozdobę tych żelaznych zapasów na całe trzy miesiące.

— Kto to zje? — powątpiewała Polcia, poprawiając zsunięty na ucho kapelusik z zawadiackim piórkiem. — Chyba że ugościmy żołnierzyków powracających z Berlina.

— Ty im pomożesz, jeśli wcześniej nie zdążysz zjeść wszystkiego! — żartował Dzidek z wielkiego apetytu dziewczyny.

Chłopiec już nie pamiętał, kiedy Polcia przywędrowała do ich domu z dalekiego świata, aż gdzieś spod Nowogródka. Służyła na wsi u gospodarzy. Nie wiedział nawet, jaka to wieś, bo Polcia mawiała po prostu — nasza wieś. Kucharząc u Centów, nabrała krągłości i miejskiej fantazji, którą podkreślały przenoszone sukienki Centowej. Pełną radości życia osobę wieńczył kapelusik ze wstążką i barwnym piórkiem, wygrzebany z przepaścistego kufra po babci nieboszczce. Stąd wzięło się przezwisko — Kapelusik, z którego Polcia była najwyraźniej dumna.

I Polcia, i Dzidek, i jego koledzy nie bardzo wierzyli w tę wojnę, o której mówili wszyscy dookoła. Otworzył im oczy dopiero odjazd pana Mietka Czupryny, a zaraz na drugi dzień ojca Jędrka i Milki, pana Hipolita Szelesta, którego w podwórku nazywali wujkiem, bo był przyjacielem wszystkich dzieci. Polcia-Kapelusik dostrzegła lęk w spojrzeniach ludzi, Dzidka niepokoiły przyciszone rozmowy rodziców, ich poważne, skupione twarze.

Wczoraj Dzidka spotkała ogromna przykrość. Nigdy, nigdy nie spodziewałby się tego po Szybkim!

A Szybki podszedł do niego napuszony niczym paw lub co najmniej pan i władca podwórkowego stada kur i oświadczył z miną najważniejszej pod słońcem osoby:

— Nasz tata poszedł do wojska. Niech skoczę, został zmobilizowany — przeciągnął ostatnie słowo.

— Wiem — odparł Dzidek. — Żegnałem się przecież z wujkiem Hipolitem.

— A widziałeś, jak mu błyszczały gwiazdki? Mój tata jest podporucznikiem, jakboganoga.

— Widziałem — przyznał ochoczo Dzidek i wtedy Szybki wyskoczył z tym okropnym pytaniem:

— A dlaczego twój tata nie poszedł na wojnę z Niemcami?

Dzidek zaniemówił. Łzy zakręciły mu się w oczach i czym prędzej pobiegł do domu. Na szczęście ojciec nie wyszedł jeszcze do biura. Zadyszany, łamiącym się głosem powtórzył chłopiec pytanie kolegi.

Wtedy przez twarz ojca przebiegł skurcz. Gdy przytulił głowę Dzidka do piersi i głaskał jego włosy, chłopiec czuł, że dłoń ojca drży. Obydwaj długo milczeli, aż wreszcie ojciec przemówił głosem z lekka schrypniętym:

— Widzisz, synku, nie wszyscy mogą iść do wojska…

Chłopiec przerwał mu w pół słowa:

— Jak to nie wszyscy?! Pan Mietek poszedł, wujek Hipolit!

— Ale nie poszedł na przykład ojciec Byśka, pan Stawski.

— On jest kulawy!

— Widzisz, bywają i inne wady, bardziej ukryte, które jednak tak samo wykluczają ze służby wojskowej.

— Tatusiu, ty nigdy nie byłeś w wojsku?

— Nigdy.

— Dlaczego? — w głosie chłopca zadrgało rozczarowanie.

— Od pewnego czasu mam poważną wadę wzroku. Już na pierwszej komisji wojskowej otrzymałem kategorię D — niezdolny do służby wojskowej.

— To znaczy, że nie wezmą cię i na wojnę z Niemcami?

— Nie wezmą — ojciec westchnął ciężko.

Dzidek opuścił głowę.

— To już nic, przepraszam — ledwie wyszeptał.

Ojciec zajrzał mu w oczy nabiegłe łzami.

— Spotkała cię przykrość? — spytał.

— Nnie… — Dzidek uciekał ze wzrokiem.

— Przyznaj się. Wyjaśnimy wszystko, do końca.

Dzidek zdobył się na decyzję:

— Jeden z kolegów zapytał mnie, dlaczego ty nie idziesz na wojnę…

— A więc jednak przykrość — twarz ojca znowu spochmurniała. — Musisz więc wiedzieć, że dwukrotnie chodziłem do Rejonowej Komendy Uzupełnień. Dwukrotnie odmówiono mi przyjęcia do wojska. Ale pójdę jeszcze raz.

Chłopiec uścisnął go ze wszystkich sił i ojciec poszedł.

Wrócił grubo po zapadnięciu zmroku. Ściągnięte rysy twarzy nie wróżyły pomyślnego załatwienia sprawy. Gdy matka postawiła przed nim szklankę herbaty, odsunął ją gwałtownie i poderwawszy się z krzesła, począł krążyć po pokoju. W pewnej chwili napotkał wzrok syna. Opanował nerwowe ruchy i wycedził ze smutkiem:

— Nie chcieli mnie… I tym razem nie chcieli.

— To nic, tatusiu, nie martw się… — bąknął Dzidek.

Ojciec był już przy nim. Ujął za przeguby rąk i mówił szybko, nerwowo:

— Nic nie rozumiesz! Ja sam nic nie rozumiem. Mogę jeszcze pojąć, że mnie nie wzięli: przeklęta kategoria D! Ale innych też nie chcieli! Młodych, zdrowych — puścił ręce chłopca i znowu zaczął krążyć wokół stołu. — Wszystkich ochotników odesłali z kwitkiem. Powiedzieli, że nie ma mundurów, karabinów… Nic nie rozumiem! Kazali iść do kopania rowów przeciwlotniczych. Nie pojmuję! Nic z tego nie pojmuję — ojciec usiadł ciężko z głową opuszczoną na piersi.

Dzidek cichutko opuścił pokój. On jeszcze mniej rozumiał.

Tej nocy prześladowały Dzidka przedziwne sny.

To budził się z okrzykiem radości na widok małej postaci ojca w zielonym mundurze z błyszczącą gwiazdką podporucznika na naramienniku, to znów wylękniony, zlany potem, gdy siwy kapitan z RKU udowadniał mu kłamstwo.

Bo Dzidek udał się do tego kapitana, by wstawić się za tatusiem, przekonać go, że ten wcale nie jest chory na oczy. To nic, że na co dzień nosi okulary, że do czytania zakłada jeszcze inne. Tatuś ma zdrowe oczy! — przysięgał na wszystkie świętości. I dba o nie jak nikt inny. Każdego wieczora siaduje w ciemnym pokoju i kładzie na oczy gazę nasączoną rumiankiem. Ktoś, kto tak dba o swój wzrok, powinien iść na wojnę z Niemcami…

Rankiem obudziły chłopca zagadkowe odgłosy dochodzące z pokoju rodziców. To matka wykrzykiwała coś podniesionym głosem, gorączkowo, to znów ojciec tłumaczył — a może uspokajał — swoim huczącym basem. Ale przez moment chłopcu zdawało się, że w pokoju rodziców jest jeszcze ktoś trzeci. Jego głos odrobinę nosowy i jakby uroczysty — wybijał się, gdy tamte dwa milkły. Cóż, u licha, za gość mógł przyjść do nich tak rano?

Chłopiec wyskoczył z łóżka z postanowieniem rozwikłania tej zagadki. Bez pukania nacisnął klamkę i zamarł na progu na widok poważnych twarzy i kompletnego o tak wczesnej porze stroju rodziców.

Chyba po raz pierwszy w życiu nie powitali go radosnym dzień dobry. Postąpił krok, gdy przebrzmiały głośne ostatnie akordy marsza i popłynął ten obcy, uroczysty głos:

— Uwaga, uwaga. Koma trzy przeszedł!…

Dzidek nie potrafił powstrzymać okrzyku:

— Co to za szopka?! Czego słuchacie?! — ze zdziwieniem obserwował posępne oblicza rodziców. — Czy coś się stało? — wyjąkał przejęty ich powagą.

— Wojna — szepnął ojciec.

— Bombardują Warszawę — westchnęła matka. Podeszła do chłopca i objęła czule. — Nieszczęście — wyszeptała drżącym głosem.

Głos z radia dudnił niemal żałobnie:

— Uwaga! Uwaga! Koma siedem nadchodzi!…

W słoneczne przedpołudnie czwartego września Dzidek wybrał się z Polcią na targowisko, by uzupełnić zapasy kaszy gryczanej, za którą wszyscy przepadali. Szli od wozu do wozu, bo Polcia swoim zwyczajem targowała się o każdy grosik. Płaciła właśnie za pękaty woreczek kaszy, kiedy zawyły syreny. Drgającym jękiem wwiercały się w mózg i siały niepokój w sercach. Nie czekając nawet na resztę drobniaków, które wąsaty gospodarz wyłuskiwał z węzełka, chwyciła dłoń Dzidka i zaczęła biec w stronę rowu przeciwlotniczego w pobliżu kościółka. W połowie drogi dopędził ich metaliczny głos silników samolotowych. Pociągnęła chłopca pod mur klasztoru i sama przypadła do ziemi.

— Nie będę się kładł w pokrzywy! Czego się boisz?

— Dzidek, zobaczysz, że powiem mamie. Chowaj się!

— Nikt się nie chowa, to i ja nie będę.

Rzeczywiście rolnicy stali nadal spokojnie przy swoich furmankach wpatrzeni w niebo pozbawione najmniejszej choćby chmurki. Hen, wysoko sunęły wolno trzy srebrne punkciki, od których dolatywało słabe jeszcze, jękliwe zawodzenie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki