Już ci niosę suknię z welonem - Joanna Szarańska - ebook + audiobook + książka

Już ci niosę suknię z welonem ebook i audiobook

Joanna Szarańska

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Michalina nie spodziewa się, że zwyczajny dzień odmieni jej życie. Tymczasem pod jej drzwi trafia tajemnicza przesyłka – pięć ciężkich kufrów i list, który otwiera drzwi do przeszłości.

To prezent od dawnej przyjaciółki: kolekcja sukien ślubnych z zamkniętego już salonu. Ale to nie są zwykłe kreacje. Każda z nich ma swoją historię, skrywa emocje i niespełnione marzenia.

Mimo plotek, niedowierzania i złośliwych spojrzeń Michalina otwiera wyjątkowy salon sukien ślubnych w stylu vintage o nazwie Ofelia. Wierzy, że każda z tych niezwykłych kreacji odnajdzie swoją właścicielkę… a może to przyszłe panny młode odnajdą coś znacznie więcej niż tylko suknię?

Do Ofelii trafiają kobiety różne jak ich historie – młode i dojrzałe, odważne i zagubione, pełne nadziei lub skrywające lęk przed przyszłością. Każda stoi u progu nowego życia. Każda pragnie miłości. Każda szuka swojej drogi do szczęścia.

A suknie? Wśród szelestu tiulu i szmeru paciorków dzielą się swoimi tajemnicami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 301

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 25 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kim Sayar

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Joanna Szarańska, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka inicjująca: Zuzanna Sołtysiak

Redaktorka prowadząca: Joanna Jeziorna-Kramarz

Marketing i promocja: Judyta Kąkol

Redakcja: Katarzyna Dragan

Korekta: Magdalena Owczarzak, Agnieszka Śliz

Projekt okładki i strony tytułowe: Magda Bloch

Fotografie na okładce: © Olga_Korneeva, © Cattallina | iStock

Fotografia autorki na skrzydełku: © Adam Słowikowski

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68889-53-6

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Celina

W dniu, w którym Michalina Potocka oświadczyła, że otwiera salon z modą ślubną w stylu vintage, jej bratowa Celina usiadła przy kuchennym stole z wysłużonym notesem w skórzanej oprawie. W plątaninie niezliczonych notatek, ciągów cyfr, rysunków, podkreśleń i skreśleń odszukała numer doktora Leśniaka.

Chciała wiedzieć, czy psychiatra pomoże jej zapobiec katastrofie, i nie kryła oburzenia, gdy ten oświadczył, że to nie leży w jego kompetencjach.

– Jak to nie? Przecież ten pomysł to czyste szaleństwo! A czy nie właśnie tym zajmują się psychiatrzy?

– Nie bardzo – odparł z przekąsem mężczyzna i rozłączył się bez pożegnania.

Celinie z wrażenia odebrało mowę. Nie przeszkodziło jej to jednak w podzieleniu się z mężem dygresją, że na polską służbę zdrowia nie można liczyć. Zastanawiała się właśnie, czy nie powinna zadzwonić na numer alarmowy i zasugerować, że Michalina podtruła się jakimś gazem, gdy Henryk odłożył książkę i odebrał jej telefon.

– Co robisz? – oburzyła się.

– Jeśli naprawdę chcesz pomóc, to się nie wtrącaj! – odparł. Wsunął aparat pod lewą pachę i wygodnie rozsiadł się w ulubionym fotelu pod oknem. – Michasia jest dorosła i wie, co robi.

– Ach, tak! Jasne! – W zdenerwowaniu Celina przygryzła kciuk. – Dlatego na stare lata postanowiła zainwestować w interes, przez który w najlepszym razie się zadłuży! Salon mody ślubnej? W takiej mieścinie jak nasza? Przypominam ci, że był już jeden! – Palec opuścił usta kobiety, by podkreślić wagę argumentu. – Działał niespełna rok i zwinął żagle, a jego właścicielka…

– Jestem przekonany, że Michalina wszystko przemyślała. Poza tym szkoda naszej energii. Żadna siła nie zawróci jej z raz obranej drogi. Zawsze taka była… – westchnął Henryk.

Oczywiście, że jest taka siła, pomyślała Celina i już otworzyła usta, gdy mężczyzna dodał:

– Właściwie nie wiem, czemu cię to tak dziwi.

– Jak to czemu? Uparła się przy swoim! Nikogo nie chce słuchać! Wczoraj wyłączyła telefon, żeby „mieć spokój do działania”, nie odpisuje, nie oddzwania, jak grochem o ścianę. No powiedz mi, czy to jest normalne?

Henryk uniósł brwi.

– Brzmi znajomo.

– Słucham?

– Celina, gdyby ktoś postawił was obok siebie, pomyślałby, że wychowałyście się w jednym domu.

– Bzdura.

– Mhm.

– Ja nie upieram się przy głupocie.

– Oczywiście – zgodził się skwapliwie. – Ty upierasz się wyłącznie przy słusznych sprawach. Jak ta…

Celina spojrzała krzywo na męża. Ostatecznie jeśli jego siostra zamierzała utopić oszczędności całego życia w jakimś trefnym sklepiku, a jemu to nie przeszkadzało, to bardzo proszę. Ona może się nie wtrącać. Ale na wszelki wypadek podczas wieczornego bingo w bibliotece usiądzie obok żony doktora Leśniaka. Nie zaszkodzi szepnąć jej do ucha słówko albo dwa.

Michalina była głucha na ostrzeżenia i dobre rady, jakich nie szczędzili jej krewniacy, przyjaciele, sąsiedzi, znajomi, znajomi znajomych, a nawet przypadkowo napotkani specjaliści od małomiasteczkowych biznesów. Nie minął tydzień od dnia, w którym podzieliła się z rodziną planami dotyczącymi interesu, a już stała się najemczynią niewielkiego lokalu przy kalwaryjskim rynku.

Na widok burej, odrapanej elewacji kamienicy i pokrytych grubą warstwą brudu okien, za którymi niewyraźnie majaczyły szkielety chwiejnych regałów, Celina załamała ręce.

– Ale po co się tak spieszyć? – jęczała. – Nielepiej spokojnie rozejrzeć się po mieście? Jestem pewna, że znalazłoby się coś lepszego od tej… budowli!

W duchu dopowiedziała, że to wcale nie byłoby takie trudne. Bo wszystko okazałoby się lepsze od rudery, na którą natrafiła ta nieszczęśnica.

– Nie jest tak źle – odparła pogodnie Michalina. Wcisnęła dłonie w kieszenie swetra i podniosła wzrok na zakurzoną tablicę przytwierdzoną nad wejściem. Dawniej musiała tu działać agencja ubezpieczeniowa, wciąż dało się odczytać część napisu: „UBE” i dalej „ENIA”. – Lokal jest odpowiedniej wielkości, widny, ma nawet nieduże zaplecze, gdzie mogę urządzić przymierzalnię oraz kącik do parzenia kawy i herbaty. Poza tym liczy się lokalizacja…

Lokalizacja, pomyślała z przekąsem Celina. W takim razie pakuj manatki, kochana bratowo, i razem ze swoimi marzeniami przenieś się do jakiegoś większego miasta, na przykład Krakowa albo Wrocławia. Dopiero po chwili dotarło do niej, że Michalina ma na myśli bliskość księgarni i cukierni.

– Oczywiście lokal wymaga pewnego odświeżenia, ale nie ma się czym martwić – ciągnęła Michalina. – Właściciel obiecał, że wszystkim się zajmie.

Sprowadzi kulę do wyburzania murów? – chciała zapytać Celina. Zamiast tego palnęła:

– O tak, bliskość cukierni i księgarni to dobra rzecz. Zwłaszcza na wypadek przestoju w interesie…

– Przestoju w interesie? – Michalina skierowała na nią zdumione spojrzenie. – Nie przewiduję takowego! – Nagle się roześmiała. – Wiem, że ty również jesteś zdania, że raz-dwa zamknę salon. Uważasz, że zwariowałam, Celinko?

Od kiedy tylko usłyszałam o tym nieprawdopodobnym pomyśle, potwierdziła w duchu Celina.

– Sądzę, że musisz mieć dobry powód, żeby na stare lata porywać się na takie szaleństwo! – odpowiedziała dyplomatycznie.

Michalina Potocka odwróciła się i utkwiła błyszczące oczy w pokrytej brudem witrynie.

– O tak, mam bardzo dobry powód… – szepnęła.

– I pewnie mi go nie zdradzisz? – prowokowała Celina.

Michalina nie odpowiedziała.

Michalina

W rzeczywistości Michalina miała nie jeden, a pięć powodów, aby otworzyć salon z modą ślubną. Każdy z nich mierzył metr osiemdziesiąt, był opasany szeroką taśmą i miał postać ciężkiego kufra zamykanego na metalowe sprzączki. Kurier, który dostarczył jej przesyłkę, nie krył złości.

– A to sobie paniusia nazamawiała! Trzynastka przyszła, co?

– Nic podobnego – broniła się Michalina, z niepokojem zerkając na wielkie skrzynie.

– A to jest Kolejowa …naście?

– Owszem.

– A pani nazywa się Michalina Potocka?

– Tak się nazywam – potwierdziła.

– No to wszystko się zgadza! Pani pokwituje, tutaj, gotowe. Na przyszłość to się bierze firmę przeprowadzkową, a nie kuriera. Do widzenia!

– Ale jak to: do widzenia?! Jak to: na przyszłość?! Halo! Proszę pana! – Zdenerwowana Michalina próbowała przekazać dostawcy, że zaszła pomyłka, jednak drzwi już się za nim zamknęły, a ją trzymały wielkie skrzynie, które skutecznie zatarasowały cały przedpokój. Próbowała je wyminąć, najpierw z prawej, potem z lewej strony, tymczasem z podwórka dobiegł warkot uruchamianego silnika. Wiedziała, że kurier jej nie usłyszy, mimo to włożyła w okrzyk cały wysiłek: – To pomyłka! Proszę to zabrać! Niczego nie zamawiałam!

Gdy ucichł szmer opon na wysypanym żwirem podjeździe, nakazała sobie spokój. Wszystko z pewnością uda się jakoś odkręcić. Może na pakunkach znajdują się jakieś kwity z adresem nadawcy albo numerem kontaktowym do firmy transportowej? Michalina przeciskała się przez zagracony przedpokój, uważnie przyglądając się skrzyniom. Właśnie wtedy zauważyła, że każda była oznaczona dużą cyfrą. „Jedynka” stała najbliżej salonu, niemal blokując wejście do pomieszczenia. Do jej boku przyklejono dokument w foliowej koszulce.

– Aha, tu cię mam! – ucieszyła się Potocka.

Radość okazała się przedwczesna. Na kartce nie było ani nadawcy, ani adresata, ani danych firmy transportowej. Tylko krótka adnotacja: „Proszę otwierać po kolei…”.

Michasia przeniosła wzrok na skrzynię z cyfrą jeden.

– Coś mi się wydaje, że ktoś spłatał mi figla – uznała. – Tylko kto? Celina i Heniek? Nie, to nie w ich stylu… Może kiedy otworzę pierwszy kufer, wszystko się wyjaśni?

Szybko jednak przekonała się, że jego otwarcie nie będzie proste. W przedpokoju było zbyt ciasno. Kobieta obijała się o twarde rogi skrzyń, zaś o manewrowaniu przy sprzączkach i pasach w ogóle nie było mowy. Nie miała wyjścia, zaczęła przesuwać pakunki. Na szczęście nie były tak ciężkie, jak zakładała. Pierwszą pakę przepchnęła do salonu, drugą do łazienki, trzecią do kuchni, dwie ostatnie pozostały w przedpokoju, by dumnie bronić dostępu do drzwi.

Po tej kufrowej roszadzie Michalina wróciła do salonu. Postękując z wysiłku, ostrożnie ułożyła pakunek na dywanie. Następnie natarła z nożyczkami na szeroką taśmę i odpięła sprzączki. Wieko się uchyliło. Uwolniona woń naftaliny połaskotała ją w nos. Na zwojach pożółkłej bibułki spoczywał list.

Michalina przebiegła wzrokiem pierwsze linijki i z wrażenia osunęła się na najbliższy fotel.

– Jak to możliwe… jak…? – szepnęła zdławionym głosem i drżącą dłonią przycisnęła kartkę do serca. Przymknęła powieki. Nie była w stanie czytać dalej.

Dopiero gdy kilka razy głęboko odetchnęła, drżenie wreszcie ustąpiło. Otworzyła oczy i wróciła do listu, zaczynając raz jeszcze od początku, od radosnego powitania.

Najdroższa przyjaciółko!

Z pewnością zdumiał Cię ten list, podobnie jak „skromna” przesyłka, do której został dołączony. Och, ileż bym dała, by ujrzeć Twoją minę, gdy kurier wtaszczy te wszystkie kufry! Niestety, nie będzie mi to dane, bo zaplanowałam, że trafią do Ciebie dopiero wtedy, gdy ja już przeniosę się na tamten świat. Tak na wszelki wypadek, gdybyś wpadła na pomysł, żeby mi je odesłać. Nie rób tego, Misiu. Nie ma już adresu, pod którym mogłyby mnie zastać. Zresztą myśl, że trafią do jakiegoś obskurnego magazynu, gdzie szorstkie, pozbawione czułości dłonie będą je bez końca przerzucać z kąta w kąt, jest nie do zniesienia.

W swoim długim życiu najbardziej kochałam Ciebie i Ofelię. Ofelia to dzieło mojego życia, Michasiu. Dziecko, którego nigdy nie wydałam na świat. Ktoś by rzekł: Wielkie mi rzeczy! Ot, zwykły sklep z fatałaszkami! Ale obie dobrze wiemy, że Ofelia to coś więcej. Odnoszę wrażenie, że wchłonęła w siebie cząstkę każdej historii, jaką między półki i wieszaki wniosły odwiedzające ją kobiety. Tym większym smutkiem przejmuje mnie myśl, że gdy odejdę, zostanie sama. Stąd pomysł, aby przekazać ją komuś, kto widzi w niej coś więcej niż ściany, podłogi i ladę z kasą! Tobie, Kochana Michasiu! Wciąż mam przed oczami, jak przechadzasz się po salonie i muskasz palcami materiał sukienek na manekinach! Pamiętam zachwyt w Twoich oczach! Dlatego wiem, że docenisz mój ostatni dar i zaopiekujesz się Ofelią!

Wiem jednak, że w tym wieku trudno rzucić wszystko i wyprowadzić się z rodzinnej mieściny, by poprowadzić salon w mieście. Dlatego wpadłam na inny pomysł: żebyś Ty nie musiała przyjeżdżać do Ofelii, to Ofelia pojedzie do Ciebie. Przecież jej istota nie tkwi w ścianach czy szyldzie zainstalowanym nad wejściem, ale w kreacjach, dzięki którym każda panna młoda poczuje się w Wielkim Dniu naprawdę wyjątkowo!

I jak, Kochana Przyjaciółko?

Spełnisz moją ostatnią wolę?

Jeśli tak, otwórz kufry i przekonaj się, co kryją. I zaopiekuj się tym najlepiej, jak potrafisz!

Moc uścisków!

Twoja najwierniejsza przyjaciółka

Michalina przeczytała list dwukrotnie, nerwowo krążąc po pokoju. Nagle zatrzymała się przy skrzyni.

– To wariactwo! – zwróciła się do kufra, jakby za jego pośrednictwem mogła dotrzeć do nieżyjącej przyjaciółki. – Co, według ciebie, mam z tym wszystkim zrobić?!

Odpowiedź, rzecz jasna, nie nadeszła. Kobieta, sfrustrowana i zasmucona, przepchnęła skrzynię pod ścianę. Na moment jej myśli odpłynęły do przyjaciółki i złość zastąpił cichy cień tęsknoty. Postanowiła jeszcze raz zerknąć na list. Kiedy wzięła kartkę do ręki, zauważyła skreślony na odwrocie dopisek.

Wiem, że w głębi duszy zawsze marzyłaś o własnym salonie mody ślubnej. Pamiętasz, co mówiłyśmy przed laty? Należy kroczyć za marzeniami, nie wolno spuszczać ich z oczu!

Całuję. Z.

Michalina złożyła list i parę razy uderzyła nim o wyprostowaną dłoń. To prawda, marzyła o własnym butiku. Dawno temu, gdy była młoda, a srebrna igła zwinnie śmigała w przywykłych do niej palcach! Teraz miała sześćdziesiąt lat i reumatyzm dokuczał jej do tego stopnia, że czasami przy śniadaniu z trudem podnosiła pełną filiżankę! Na marzenia było zdecydowanie za późno. Prawda?

Zamyślona ponownie uniosła wieko, aby schować list, a wtedy jej palce trąciły piętrzące się bibułki i natrafiły na skrawek błyszczącego materiału. Śliczna satyna w odcieniu kości słoniowej! Michasia, niewiele myśląc, wyciągnęła sukienkę z kufra i uniosła do światła, by lepiej się jej przyjrzeć. Na widok misternego koronkowego wykończenia przy stójce oraz bufiastych rękawów cmoknęła z uznaniem.

Następnego dnia rozpoczęła poszukiwanie lokalu dla Ofelii.

Ofelia

I tym oto sposobem przy kalwaryjskim rynku, w bliskim sąsiedztwie Cukierni Pysia oraz Księgarni Akapit, pojawił się Salon Mody Ślubnej Ofelia.

Jego otwarcie przebiegło cicho i skromnie: w jeden dzień witrynę osłaniała jeszcze kurtyna z brązowego papieru pakowego, a już w następny w wejściu kołysały się pastelowe balony, popychane lekkim, majowym wiatrem. Tego dnia słońce przygrzewało wyjątkowo mocno i pod budką z lodami włoskimi po drugiej stronie ulicy uformowała się spora kolejka. Amatorzy zimnego deseru z wyraźnym zaciekawieniem zerkali w stronę nowego lokalu. Jedni wychylali się nieco z szeregu, inni szeptali coś do siebie, dyskretnie wskazując na kołyszący się na łańcuszkach szyld z nazwą butiku, a w końcu również na samą właścicielkę.

W ogonku ustawiła się także Celina. Cierpliwie czekała na swą kolej, zasłaniając się szerokim rondem kapelusza i wachlując się chusteczką. Owszem, słońce prażyło bez litości, ale jeszcze goręcej robiło jej się od nadstawiania uszu na cudze rozmowy. Tym bardziej że strzępy zdań, które wyłapywała, ani trochę jej się nie podobały.

…musiała szukać źródła dodatkowego dochodu…

…przed laty wyjechała do wielkiego miasta, ale szczęścia to tam nie znalazła…

…podobno miała pracować przy kostiumach w teatrze, myślała, że Pana Boga za nogi złapała, a koniec końców wylądowała w zwykłej szwalni! Kto wysoko mierzy, boleśniej się tłucze przy upadku…

Celinę ścisnęło w gardle. Wrzuciła chusteczkę do torebki i wyszła z kolejki. Straciła apetyt, poza tym z lodami i tak nie weszłaby między te wszystkie sukienki, bolerka i welony. Przecięła ulicę i zatrzymała się przy drzwiach. Z bliska baloniki okazały się lekko oklapnięte. Jakby i one wiedziały, że cały ten butik to nie jest zajęcie na dłużej, pomyślała z przekąsem o Michasi, po czym pchnęła drzwi. Nad jej głową wesoło zabrzęczał dzwonek.

Rozejrzała się po sklepie. Teraz, gdy wypełniły go meble i manekiny, a w drzwiach oddzielających część sprzedażową od zaplecza zawisła ciężka aksamitna kotara, wydał jej się jeszcze mniejszy. Ale też bardzo przytulny i ciepły. Nawet jej się podobało.

Dwie ściany pokrywała jasnożółta tapeta w białe pionowe pasy. Przy jednej stała niska kanapa obita pluszem, stolik kawowy oraz przeszklony regał wypełniony uroczymi dodatkami. Druga stanowiła tło dla czterech manekinów ubranych w ślubne kreacje. Po lewej ustawiono wielkie lustro w złoconej ramie. Celina napotkała w nim swoje spojrzenie i odruchowo poprawiła włosy. Po prawej znajdowało się osłonięte kotarą wejście na zaplecze. Wystrój uzupełniała wąska lada, za którą ciągnął się drążek z kolejnymi sukniami. Na blacie stał pękaty szklany wazon z bukietem białych róż. Wnętrze ożywiały śliczne ryciny dam w długich sukniach i strojnych kapeluszach. Ale gdzie podziała się Michasia?

Zawołała ją.

– Jestem na zapleczu! Wejdź za kotarę! – usłyszała po chwili wesoły głos świeżo upieczonej właścicielki salonu.

Celina przycisnęła do ciała torebkę i szarpnęła zasłonę w przejściu, a wtedy jej oczom ukazała się pozostała część lokalu. Sama nie wiedziała, czego się spodziewała, ale raczej nie tego… Zaplecze okazało się zaskakująco jasne, dużo jaśniejsze niż sam salon. Światło wpadało tu przez dwa wąskie okna wychodzące na tylne podwórze, a także sączyło się przez świetliki w suficie. Do tego dołożono trzy duże lampy. Po co doświetlać taką klitkę? Wyjaśnienie czekało pod przeciwległą ścianą.

– Twoja stara maszyna do szycia! – wykrzyknęła zdumiona Celina i żwawym krokiem podeszła do bratowej.

– Będzie mi potrzebna – odparła Michalina.

– Do czego?

– Do przeróbek, oczywiście!

Celina zmarszczyła lekko brwi.

– Więc poza sprzedażą sukien ślubnych zamierzasz też zająć się szyciem? – drążyła zaaferowana. Nagle przypomniała sobie pogłoski zasłyszane przy budce z lodami. Pochyliła się ku bratowej i zniżonym głosem zapytała: – Czy ty masz może kłopoty finansowe? Powiedziałabyś mi, gdybyś potrzebowała pieniędzy, prawda?

Michasia spojrzała na nią zaskoczona.

– Gdybym miała kłopoty finansowe, raczej nie inwestowałabym w nowy lokal. Nie potrzebuję pieniędzy! To znaczy, potrzebuję, jak każdy, ale wystarcza mi tyle, ile mam!

– W takim razie ja już nic nie rozumiem! Po co ci ta maszyna?

– Do przeróbek – powtórzyła cierpliwie Michalina. – Widać, że nie znasz się na modzie vintage. Każda z tych kreacji jest niepowtarzalna, występuje tylko w jednym egzemplarzu. Nie można wejść sobie ot tak z ulicy, wskazać palcem i powiedzieć: chcę taką, poproszę rozmiar czterdzieści dwa.

– Oczywiście, że nie – mruknęła Celina, której to wszystko coraz mniej się podobało. Biznes Michasi już wcześniej zakrawał na szaleństwo, ale zważywszy, że dostępny w sklepie asortyment jest tak mocno ograniczony, awansował do rangi szalenie szalonego szaleństwa!

– Ale każdą suknię można przerobić, żeby leżała idealnie – dopowiedziała Michasia tonem znawczyni. – Naturalnie w miarę możliwości. Rozmiar trzydzieści cztery trudno byłoby dopasować na ciebie czy na mnie, prawda?

Celina odruchowo poprawiła na biodrach luźną tunikę, którą zawsze starała się maskować nielubiane fałdki.

– Wiesz, Michasiu, coraz mniej mi się to wszystko podoba – zdobyła się nagle na szczerość.

Michalinie zrzedła mina.

– Nie podoba ci się, jak urządziłam salon?

– Wprost przeciwnie, salon podoba mi się bardzo. Mam na myśli ten cały pomysł ze starzyzną…

– Modą vintage – poprawiła ją Michalina. – I proszę cię, nie zaczynaj znowu…

– Właśnie przez to vintasz… – Celina zmarszczyła brwi. – Nie wydaje ci się, że to zbyt duże ryzyko? Nawet zwykły salon mody ślubnej miałby problem, żeby się utrzymać w takim mieście jak nasze, a co dopiero tak specyficzny! A jeśli po okolicy rozniesie się fama, że nie masz pełnej rozmiarówki? Dzisiaj młodzi mają inne oczekiwania. Pomyślałaś o tym? – Szeroko rozłożyła ręce. – Nie martwi cię to?

Michalina uśmiechnęła się pogodnie.

– Ani trochę! Dobrze wiem, że nie każda panna młoda znajdzie w Ofelii suknię dla siebie!

– Ach, wiesz!

– Tak. Prawdę mówiąc, liczę na coś zupełnie innego!

– Na co, na litość boską?

– Mam nadzieję, że każda suknia wisząca w moim salonie znajdzie swoją pannę młodą. I zrobię wszystko, aby jej w tym pomóc, moja kochana bratowo!

Anastazja

Po cukierni roznosił się apetyczny aromat słodkości i kawy.

– Co dla ciebie? – zapytała niska, ciemnowłosa kobieta.

Nastka oderwała wzrok od blachy z pulchnymi, bogato obsypanymi złocistą kruszonką jagodziankami. Do ust napłynęła jej ślinka. Rano wybiegła z domu bez śniadania, a w szkole przełknęła tylko parę łyków owocowego musu z tubki. Nic dziwnego, że jej kiszki marsza grały!

– Poproszę cappuccino i… jagodziankę. Albo nie… może rogalika. Ma pani te z pistacjowym nadzieniem?

– Dziś nie. Ale mamy pistacjowe eklerki.

– W takim razie jednak jagodziankę. A kawę poproszę na wynos.

– Pewnie, dziś taka ładna pogoda, szkoda siedzieć w murach.

– Właśnie! – przytaknęła z entuzjazmem, kładąc na plastikowej podkładce odliczoną kwotę.

Z kawą w jednej ręce i jagodzianką zapakowaną w papierową torebkę w drugiej, wyszła przed Pysię. Przez skrzyżowanie przetaczała się właśnie ciężarówka z długą naczepą i nad asfaltem zawisła chmura gryzącego, sinego dymu. Nastka skrzywiła się i odwróciła wzrok, po czym ruszyła w stronę księgarni. Może znajdzie coś ciekawego na wystawie? Ostatnio wypatrzyła wspaniały planer. Uśmiechnęła się na samo wspomnienie chwili, gdy wzięła go do ręki i przerzuciła pierwsze strony.

Miał bladoróżową, lakierowaną okładkę zdobioną girlandami z kwiatów i liści. Na przodzie połyskiwał złoty napis ozdobną kursywą: „Mój wyjątkowy dzień”, a tuż pod nim mniejszą czcionką: „Zaplanuj z nami ślub marzeń”. Anastazja od razu poczuła, że został stworzony z myślą o niej.

Kosztował pięćdziesiąt sześć złotych, a ona miała przy sobie tylko sfatygowany banknot z królem Kazimierzem, który dostała od matki na klasowe kino. Na szczęście była z nią wtedy Ilona. Pożyczyła jej brakującą kwotę i Nastka mogła kupić planer. Wyjścia z przyjaciółmi nie było jej żal. Źle się czuła w ciemnych salach kinowych, a film i tak pewnie wkrótce obejrzy na Netfliksie albo innej platformie streamingowej. Zakup w księgarni wydawał się dużo lepszą inwestycją. Po powrocie do domu zamknęła się w swoim pokoju i najładniejszym długopisem starannie wykaligrafowała na pierwszej stronie: „Anastazja i Paweł”. Poniżej znajdowało się wykropkowane miejsce na datę planowanej uroczystości. Po krótkim wahaniu wpisała: „Wkrótce”.

Tak bardzo zatopiła się w marzeniach, że nawet nie zauważyła, kiedy minęła księgarnię. Już miała zawrócić, gdy jej uwagę przyciągnęła kolejna wystawa. Serce zabiło jej szybciej.

– To musi być przeznaczenie… – szepnęła. Bo jak inaczej określić sytuację, gdy ktoś w jednej chwili rozmyśla o przedślubnych przygotowaniach, a już w następnej stoi przed salonem mody ślubnej?

Przylgnęła nosem do nagrzanej szyby. Remont w lokalu trwał od paru tygodni, a po miasteczku krążyły rozmaite teorie, co w nim powstanie. Mówiono o aptece, salonie gier albo ciucholandzie. Zdaniem rodziców Nastki miały tu wrócić ubezpieczenia. O butiku z modą ślubną też przebąkiwano, lecz Anastazja traktowała tę wersję jak mrzonkę. A tu proszę: niespodzianka!

„Ofelia. Salon Mody Ślubnej Vintage”.

Otwarcie musiało nastąpić niedawno. Jeszcze przed weekendem okno wystawowe było oklejone papierem, a dziś mogła zajrzeć do środka i pooglądać wystawione na sprzedaż kreacje. Najchętniej od razu nacisnęłaby klamkę i zanurkowała w przytulnym wnętrzu, tyle że… wciąż niosła tę nieszczęsną kawę i jagodziankę! Wizja plamy albo fioletowego kleksa na ślubnej sukni aż ją zmroziła. Odsunęła się od drzwi i w pośpiechu odwinęła słodką bułkę z papieru. Pochłonęła ją wielkimi kęsami, aż musiała odetchnąć, potem popiła kawą i zaczęła rozglądać się za koszem na śmieci. Znajdował się po drugiej stronie ulicy, z dala od przejścia dla pieszych. Nastka rzuciła się w jego stronę, nie zważając na nadjeżdżający samochód. Czerwona Kia zahamowała z piskiem opon, a siedząca za kierownicą kobieta krzyknęła coś gniewnie. Nastka uniosła dłoń w pojednawczym geście. Huczało jej w uszach, a serce łomotało jak kowalski młot. Odczekała, aż samochód przejedzie, i biegiem zawróciła do Ofelii.

Ofelia…

Romantycznie. Zmysłowo. Tajemniczo.

Naciskając klamkę, raz po raz powtarzała szeptem nazwę salonu. Naprawdę jej się podobała.

Nad głową Anastazji melodyjnie zabrzęczał dzwonek. Kiedy przystanęła zaraz za progiem i powiodła wzrokiem po wnętrzu, poczuła ukłucie rozczarowania. Od pewnego czasu interesowała się branżą weselną i odwiedziła już kilka salonów dla przyszłych panien młodych. Wszystkie dosłownie lśniły bielą, satyną, kryształowymi dodatkami i elegancją, niemal sterylną czystością. Ten był zupełnie inny. Ciaśniejszy i… pusty. Oczywiście niedosłownie – stały tu lada i kanapa, no i manekiny, na których wisiały sukienki.

Cztery. Cztery sukienki.

Nastce wyrwał się cichy jęk zawodu. W tej samej chwili zza bordowej kotary dobiegł pogodny głos.

– Idę, już idę!

Dziewczyna najchętniej odwróciłaby się na pięcie i czmychnęła na ulicę. Bała się, że właścicielka wyczyta z jej twarzy zawahanie. Już, już łapała za klamkę, gdy jej wzrok zatrzymał się na drążku za ladą. W głębi wisiało więcej sukienek, w tym… TA! Absolutnie cudowna: z dopasowanym gorsetem i spódnicą uszytą z wielu warstw bielutkiego tiulu, z każdą fałdką obszytą delikatnymi paciorkami, skrząca jak śnieg w mroźne styczniowe popołudnie! Nastka nie mogła oderwać od niej wzroku. Czuła rozkoszny dreszcz pełznący wzdłuż kręgosłupa. Żadna z tych, które dotąd widziała i przymierzała, nie zahipnotyzowała jej tak, jak ta. Jakby powstała dokładnie z myślą o niej, z jej wyobrażeń. W tym miejscu – tak innym od eleganckich, wystylizowanych salonów – wydała jej się niemal nierzeczywista.

Tymczasem rozległ się cichy klekot przesuwanych po szynie żabek, kotara się odsunęła i w przejściu ukazała się starsza kobieta w złotych oprawkach na czubku nosa. Przez szyję miała przewieszony centymetr krawiecki.

– Dzień dobry! – przywitała się ciepło. – Jak miło, że nas pani odwiedziła!

– Nas? – odruchowo zapytała Nastka.

Kobieta się zaśmiała.

– Ofelię, znaczy się salon mody ślubnej, i mnie. Proszę wybaczyć, ale spędziłam w tym wnętrzu, pośród tych sukien, ostatnich kilka dni, od rana do wieczora, nic dziwnego, że nabrało ono w moich oczach cech nieomal ludzkich. Stało się moim przyjacielem. Właściwie przyjaciółką – zreflektowała się Michalina. – W końcu to Ofelia.

– Piękna nazwa – pochwaliła Anastazja.

– Prawda? – Kobieta się rozpromieniła. – Tak nazwała ją moja przyjaciółka. Cóż, Ofelię już pani poznała, ja jestem Michalina, a pani to… – wyczekująco zawiesiła głos.

– Anastazja.

– Anastazja… – Michasia się zamyśliła. – Ładne imię. Chyba oznacza odrodzenie, nowy początek.

Anastazja przytaknęła, nerwowo rozcierając nagie ramiona.

Popołudnie było ciepłe, ale pierzeja rynku, przy której mieścił się salon mody ślubnej, o tej porze dnia kryła się już w cieniu. A może gęsia skórka, która pokryła jej ciało, była wyrazem emocji? Wzrok dziewczyny ponownie powędrował w kierunku wiszącej za ladą sukienki.

– Co za zbieg okoliczności, że właśnie pani, pani Anastazjo, jest pierwszą klientką. Wie pani, ten sklep… – zaczęła, ale dziewczyna weszła jej w zdanie.

– Nie wiem, czy coś kupię. To znaczy chciałabym… Na razie tylko oglądam. Ale ta sukienka…

Kobieta uśmiechnęła się łagodnie.

– Podoba się pani? – zapytała.

– Jest idealna!

– Na kiedy zaplanowano ten piękny dzień?

– Ja… – Anastazja się zmieszała. – Jeszcze nie wiem. Nie ustaliliśmy dokładnej daty. Ale na pewno wkrótce. Nie… nie chcemy czekać – dodała szybko i się zarumieniła.

– Rozumiem.

– Wiem, co pani myśli. Wszyscy tak mi mówią. Że jestem młoda i niepotrzebnie się tak spieszę. Że powinnam korzystać z życia, podróżować.

– To normalne, że każdy ma swoją opinię – powiedziała łagodnie Michalina. – Ale najważniejsze, co pani czuje. Chciałaby pani przymierzyć?

Dłonie Anastazji nagle zwilgotniały. Otarła je o nogawki szortów.

– Mogłabym? – zapytała cicho, wyraźnie onieśmielona.

Właścicielka salonu skinęła ręką zapraszająco i odsunęła zasłonę. Oczom dziewczyny ukazał się skrawek zaplecza z jasną wykładziną i rogiem stolika. W tle cicho grała muzyka. Coś spokojnego, z nutą jazzu, czego Anastazja nie znała.

Przeszła za kotarę i rozejrzała się z zaciekawieniem po zapleczu. Fragment mebla, który wcześniej dostrzegła, okazał się blatem staromodnej maszyny do szycia. Jej prababcia miała podobną. Dopóki żyła, masywna bryła na żeliwnych nogach stała w kącie kuchni. Anastazja nie miała pojęcia, gdzie podziewała się teraz. Może wylądowała na strychu? Albo już dawno trafiła na stertę gratów przeznaczonych do wywózki?

Michalina weszła za dziewczyną i zasunęła kotarę. Przez lewe ramię miała przerzuconą suknię do przymiarki. Kiedy wyciągnęła rękę, by zawiesić ją na drążku, paciorki zdobiące spódnicę zamigotały radośnie.

– Śmiało! – zachęciła, z uśmiechem wskazując przebieralnię ukrytą za kolejną zasłoną. – Proszę zawołać, gdy będzie pani gotowa, pomogę z zamkiem na plecach!

Anastazja zsunęła z ramienia szkolny plecak i posłusznie weszła do przymierzalni. Zrzuciła ze stóp tenisówki, zsunęła szorty i złapała za brzeg koszulki, aby przeciągnąć ją przez głowę. Za kotarą zaszeleściło i rozległ się stłumiony głos właścicielki.

– Jaki ma pani numer buta?

Nastka znieruchomiała.

– Siódemkę.

– Tak mi się wydawało. Zauważyłam, że jest pani w płaskim obuwiu, a sukienkę dobrze przymierzać do obcasa. Chyba że zamierza pani pójść przed ołtarz w trampkach? To podobno teraz modne!

– Nie – zaprzeczyła Anastazja. – W sportowych butach chodzę na co dzień, do sukni ślubnej chciałabym szpilki. Mam nawet upatrzone. Na dziewięciocentymetrowym obcasie. Atłasowe, z zaokrąglonymi noskami i cienkim paskiem na kostce! – zawahała się. – Tyle że jeszcze ich nie zamówiłam. Nie sądziłam, że tak szybko będą potrzebne.

– Poradzimy sobie! – pocieszyła ją Michalina. – Na szczęście mam pod ręką zgrabne pantofle w pani rozmiarze, choć trochę niższe, przyniosłam je z domu właśnie z myślą o takich sytuacjach. Musi pani wiedzieć, że był czas, gdy nie wyobrażałam sobie innego obuwia niż szpilki. Kupowałam je nałogowo i wprost wysypywały się z mojej garderoby, a niektórych nawet nie zdążyłam włożyć! – paplała Michalina. – Gdy mój brat, Henryk, pomagał mi skręcać nową szafę i zobaczył te wszystkie pudełka, złapał się za głowę i zapytał, czy zamierzam otworzyć sklep obuwniczy! Odparłam zgodnie z prawdą, że nigdy nie miałam takiego zamiaru, ale kto wie? Salonu mody ślubnej też nie miałam w planach, a teraz proszę! Może za jakiś czas powstanie też sklep z obuwiem z drugiej ręki… Jak pani idzie? Mogę jakoś pomóc?

W odpowiedzi dziewczyna odsunęła zasłonę i wyszła z przymierzalni w stronę dużego lustra zawieszonego na ścianie. Michalina pokiwała głową z wyraźnym zadowoleniem, a następnie postawiła przed klientką parę czółenek z kremowej skórki.

– Proszę je włożyć! – poinstruowała. – Wygodne? Nic nie ciśnie? Da się ustać?

Anastazja przytaknęła.

– W takim razie proszę się teraz obrócić plecami do mnie, zapnę suwak. Dobrze… Ułożymy fałdki, każda powinna leżeć idealnie, na swoim miejscu! O, i ramiączka, równiutko! Tak jest! – Cofnęła się o krok i obrzuciła Nastkę badawczym spojrzeniem. Oględziny najwyraźniej przebiegły pomyślnie, bo klasnęła w dłonie ukontentowana. – Proszę na siebie popatrzeć, pani Anastazjo! Czy nie ma pani wrażenia, że ta suknia została uszyta właśnie dla pani? – szepnęła z podziwem.

Anastazja posłusznie utkwiła wzrok w swoim odbiciu, a jej twarz rozjaśnił szczery uśmiech.

– Jest idealna… – wymruczała, obracając się bokiem i gładząc połyskującą spódnicę. – Po prostu cudowna… Ile kosztuje? – zapytała, nagle podrywając głowę.

Stojąca za jej plecami Michalina drgnęła i zmarszczyła czoło.

– Popatrzmy… – Sięgnęła do przywieszki z ceną, kołyszącej się na nitce nad prawą łopatką dziewczyny. – Pięć tysięcy cztery… – zaczęła, ale zauważywszy bladość na twarzy Anastazji, natychmiast zamilkła. – Wszystko w porządku?

– Tak… – Nastka pochyliła głowę, jakby chciała ukryć napływające do oczu łzy. – Ta sukienka jest niesamowita. Naprawdę. Jest prześliczna, ale… dopiero zaczynam przymiarki. Jeszcze się zastanowię. Dziękuję, że pozwoliła mi ją pani przymierzyć… – rzuciła, robiąc krok w kierunku przymierzalni.

Michalina postąpiła za nią.

– Nie ma za co, doprawdy, to oczywiste – rzekła z zakłopotaną miną. – Proszę poczekać, rozepnę suwak…

Jednak rozgoryczona Nastka, do której z pełną mocą dotarło, że nie stać ją na wymarzoną suknię, zanurkowała w przymierzalni i już niecierpliwie sięgała do zapięcia.

Nagle rozległ się trzask rozdzieranego materiału. Obie kobiety, po przeciwnych stronach aksamitnej kotary, zastygły w bezruchu. W tej samej chwili jazzowy utwór płynący z głośnika w kącie dobiegł końca i na zapleczu Salonu Mody Ślubnej Ofelia zapanowała głucha cisza.

Przerwała ją w końcu Michalina, która z wahaniem dotknęła zasłony.

– Przepraszam, czy mogłabym…

Jej słowa wyrwały Anastazję ze stuporu. Z trudem powstrzymując szloch, wyślizgnęła się z sukienki i trzęsącymi się rękoma szybko włożyła własne ubranie. Nawet nie zaprzątała sobie głowy zakładaniem butów, przycisnęła je jedną ręką do piersi, drugą szarpnęła za zasłonę i wybiegła z przymierzalni.

Przy wyjściu obejrzała się jeszcze na osłupiałą Michalinę.

– Przepraszam. Bardzo przepraszam… – wyszeptała z wykrzywioną miną i wypadła na ulicę.

Michalina odprowadziła ją zdumionym spojrzeniem, po czym odwróciła się ku przymierzalni. Na widok kłębka połyskliwego materiału porzuconego na wykładzinie szarpnęła nią złość. Ale gdy podniosła suknię i zobaczyła rozdarcie przy szwie, gniew ustąpił miejsca żalowi. Na miękkich nogach podeszła do maszyny do szycia i osunęła się na krzesło. Wyjęła ze szkatułki z przyborami igłę, nawlekła nitkę i z ciężkim sercem pochyliła się nad kreacją.