Jutro przypłynie królowa - Maciej Wasielewski - ebook
Opis

Pitcairn to skrawek lądu na Oceanie Spokojnym leżący piętnaście tysięcy kilometrów na południowy wschód od Londynu. W 1790 roku do brzegów wyspy przybił brytyjski okręt Bounty. Buntownicy zeszli na ląd.

Obecnie żyje tam kilkadziesiąt osób. Sześć razy do roku w pobliże wyspy podpływa statek, czasem zawija jacht, a mieszkańcy z tajemniczych powodów niechętnie patrzą na obcych.

Angielski dziennikarz został deportowany, zanim zdążył zejść z pokładu. To samo spotkało francuskiego autora książek podróżniczych. Pewna reporterka usłyszała: „Powiesimy cię, jeśli o nas źle napiszesz”. Korespondentka australijskiego „The Independent” była zastraszana. Na forum internetowym zamieszczono post: „Kathy Marks powinna być zastrzelona”.

Maciej Wasielewski dostał się na wyspę, podając się za antropologa badającego żeglarskie sagi. To, co odkrył, okazało się jeszcze bardziej skomplikowane, niż przeczuwał…

"To nie jest książka o małej wysepce gdzieś na krańcu świata. To jest książka o tym, czego każdy z nas się boi. Maciej Wasielewski dotknął czegoś przerażającego i potrafił to opisać. Użył do tego dokładnie tylu słów, ilu trzeba, i ani jednego więcej. Wiedział, że to, co „najgorsze, można opowiedzieć milczeniem”. Ta książka dotyka zła w taki sposób, że po jej przeczytaniu człowiek koniecznie i natychmiast chce zrobić coś dobrego, by zmyć z siebie to, czego doświadczył. Przeżycie, które daje czytelnikowi Wasielewski, nie jest ani łatwe, ani przyjemne. Jest za to konieczne." Filip Springer

"Pitcairn to tylko pozornie mała wyspa zagubiona na wielkim oceanie. W książce Wasielewskiego Pitcairn to metafora całego świata, piekła, które my, ludzie, tworzymy sobie nawzajem. Piekła oblepionego miodem." Witold Szabłowski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 183

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Fo­to­gra­fia na okład­ce © AFTER CHAR­LES BEN­TLEY / THE BRID­GE­MAN ART LI­BRA­RY / GET­TY IMA­GESFo­to­gra­fie we­wnątrz tomu © by MA­CIEJ WA­SIE­LEW­SKI

Co­py­ri­ght © by MA­CIEJ WA­SIE­LEW­SKI, 2013

Re­dak­cja ŁU­KASZ NAJ­DER i TO­MASZ ZA­JĄC

Ko­rek­ty MAG­DA­LE­NA KĘ­DZIER­SKA-ZA­PO­ROW­SKA /D2D.PL, ALI­CJA LI­STWAN /D2D.PL

Re­dak­cja tech­nicz­na i skład RO­BERT OLEŚ /D2D.PL

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: MAG­DA­LE­NA WOJ­TAS / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

ISBN 978-83-7536-620-4

Wiel­ka Bry­ta­nia po­sia­da czter­na­ście te­ry­to­riów za­mor­skich roz­sia­nych po świe­cie. Naj­od­le­glej­szym jest wy­spa Pit­ca­irn na Oce­anie Spo­koj­nym, pięt­na­ście ty­się­cy ki­lo­me­trów na po­łu­dnio­wy wschód od Lon­dy­nu.

Zo­sta­ła od­kry­ta w 1767 roku przez za­ło­gę kró­lew­skie­go stat­ku ­Swal­low, lecz przez ko­lej­ne dwa­dzie­ścia trzy lata po­zo­sta­wa­ła bez­lud­na.

W 1790 roku na wy­spę za­wi­nął bry­tyj­ski okręt Bo­un­ty z dzie­wię­cio­ma an­giel­ski­mi bun­tow­ni­ka­mi i osiem­na­ścior­giem poj­ma­nych Ta­hi­tań­czy­ków.

Obec­nie na Pit­ca­irn żyje sześć­dzie­siąt osób. Wy­bie­ra­ją wła­dze lo­kal­ne, któ­re dzia­ła­ją na pod­sta­wie od­ręb­nej kon­sty­tu­cji i an­giel­skiej Kar­ty praw. Miesz­kań­cy wy­spy mają oby­wa­tel­stwo Wiel­kiej Bry­ta­nii, mogą ko­rzy­stać z praw przy­słu­gu­ją­cych oby­wa­te­lom Unii Eu­ro­pej­skiej.

Sto­sun­ki z Wiel­ką Bry­ta­nią utrzy­mu­ją za po­śred­nic­twem Mi­ni­ster­stwa do spraw Za­gra­nicz­nych i Wspól­no­ty w Lon­dy­nie.

W książ­ce wy­stę­pu­ją po­sta­ci Wy­spiar­ki i Wy­spia­rza. Pod tymi fi­gu­ra­mi kry­ją się wszy­scy miesz­kań­cy Pit­ca­irn, któ­rzy od po­cząt­ku wie­dzie­li, kim je­stem, i któ­rzy zde­cy­do­wa­li się ze mną roz­ma­wiać. Per­so­na­lia tych osób zo­sta­ły ukry­te w oba­wie o bez­pie­czeń­stwo ich i bli­skich. Imio­na i na­zwi­ska po­zo­sta­łych wy­spia­rzy zo­sta­ły zmie­nio­ne.

– Po­trzą­sasz ga­łę­zią, man­da­ryn­ki spa­da­ją pa­ra­mi. Jest bło­go. Na we­ran­dzie sta­je oj­ciec, mówi, że ko­cha, i chce wy­ści­skać. Wszy­scy cię ko­cha­ją. Mat­ka gła­dzi po wło­sach, dziś tak mięk­kich, do­brze uło­żo­nych. Czu­jesz się zro­zu­mia­na i bez­piecz­na. Sio­stra w oknie – pro­si na śnia­da­nie. To bę­dzie pięk­ny dzień. W domu nie ma drzwi. Są na­ni­za­ne na sznur­ki ko­lo­ro­we pa­cior­ki: do­wód, że so­bie ufa­my. Lu­bisz ich grze­chot, za­po­wiedź od­wie­dzin. Te­raz wcho­dzi sta­ry At­kins, kiwa się jak wa­ha­dło. Wczo­raj po­pił, lecz jest nie­groź­ny. Sia­da do sto­łu, ob­da­rza czu­łym uśmie­chem. Na pa­tel­ni skwier­czą plac­ki, two­je ulu­bio­ne, ba­na­no­we. Jest sy­rop klo­no­wy, a ty masz ape­tyt. Bo dziś bę­dzie na­praw­dę pięk­ny dzień. Za chwi­lę wyj­dziesz do lu­dzi. Ich oczy sta­ną się na­gle bli­skie i czy­tel­ne. Bę­dzie­cie roz­ma­wiać, a roz­mo­wy będą bła­he, przy­jem­ne, bez cię­ża­ru. Cze­ka cię zu­peł­nie nowy dzień. Za­po­mnisz. Umysł bę­dziesz mia­ła by­stry, my­śli spo­koj­ne. Po­zwo­lisz so­bie na roz­kosz­ne le­ni­stwo. Może na­wet pój­dziesz w tam­to miej­sce, do­koń­czysz bu­kiet. Nie prze­stra­szy cię war­kot mo­to­ru. Mu­sisz wie­rzyć, że dziś bę­dzie pięk­ny dzień. Już czas: na ży­cie, na nowy po­czą­tek. Być może zda­rzy się in­a­czej, ale ju­tro znów  m u s z ę  po­wta­rzać, że oj­ciec  m n i e  ko­cha, a mat­ka gła­dzi po wło­sach. Że lu­bię grze­chot pa­cior­ków.

* * *

Tam­te­go dnia po­szła na łąkę. Zry­wa­ła kwia­ty, ukła­da­ła bu­kie­ty. Dwa zdą­ży­ła. Trze­cie­go nie. Pod­je­chał na mo­to­rze. Trze­ci upu­ści­ła.

To było dwa­dzie­ścia lat temu, przed pierw­szą men­stru­acją. Kil­ka lat póź­niej ucie­kła z wy­spy. Do wa­liz­ki spa­ko­wa­ła fo­to­gra­fię ślub­ną ro­dzi­ców.

Na po­trze­by książ­ki wy­my­śli­ła imię Ve­ro­ni­ka. Ona jed­na zde­cy­do­wa­ła się ze mną roz­ma­wiać. Wspól­nie usta­li­li­śmy, że tymi zda­nia­mi jej nie zdra­dzę. Wszyst­kie zbie­ra­ły kwia­ty i bały się war­ko­tu mo­to­rów.

I

Tyl­ko z wza­jem­ne­go uza­leż­nie­nia, z łą­czą­cych lu­dzi po­trzeb wza­jem­nych po­wsta­ją wśród nich wię­zy pod­dań­stwa, że nie­po­do­bień­stwem jest za­tem ujarz­mić czło­wie­ka, nim się nie spra­wi, że się bez dru­gie­go nie zdo­ła obejść. Na to jed­nak nie ma miej­sca w sta­nie na­tu­ry, tak że wszy­scy są w nim wol­ni od jarz­ma, a pra­wo sil­niej­sze­go za­wo­dzi.

Jan Ja­kub Ro­us­se­au, przeł. Hen­ryk El­zen­berg

1

W sza­ra­wym świ­cie le­d­wo do­strze­gal­na, złud­na, tak że nie spo­sób oce­nić, ja­kie ma kształ­ty. Tyl­ko krzyk, któ­ry od­bi­ja się od ścian i wra­ca echem, na­ka­zu­je my­śleć, że nie bę­dzie ła­twe­go po­dej­ścia. Żad­nej pla­ży, doku, piasz­czy­stej ła­wi­cy. Tyl­ko para, wszę­dzie para, któ­rej nie zdą­ży­ło jesz­cze we­ssać słoń­ce. Sól draż­ni oczy, wil­got­ne po­wie­trze wgry­za się w płu­ca. Sil­nik zgasł, sta­tek za­ko­twi­czył w bez­piecz­nej od­le­gło­ści. Tam da­lej są gła­zy, szpi­cza­ste, wy­ska­ku­ją spod fali. Gła­zy jak miny.

Cze­ka­my na po­ra­nek, na tych kil­ka roz­bły­sków, któ­re za­bar­wią wid­no­krąg, któ­re roz­świe­tlą te zdra­dli­we dwie­ście me­trów dzie­lą­cych nasz sta­tek od wy­spy. Przy­pły­nie łódź, ko­bie­ta i dwu­na­stu męż­czyzn.

Ona bę­dzie py­tać, spraw­dzać pasz­por­ty, usta­lać, kto ma wstęp na ląd.

Oni są po to, że­byś przy­pad­kiem nie ze­chciał dys­ku­to­wać.

Ale naj­pierw py­ta­nia, grad py­tań, py­ta­nia się po­wta­rza­ją: kim je­steś, co wiesz o Pit­ca­irn, jaki jest cel two­jej po­dró­ży. No bo prze­cież żeby po­ko­nać te szes­na­ście ty­się­cy ki­lo­me­trów, trze­ba mieć ja­kiś cel. I je­śli nie je­steś dzien­ni­ka­rzem albo re­por­te­rem, to masz pra­wo wsko­czyć na łódź, i pły­nie­cie w stro­nę brze­gu. Po­więk­sza się pole wi­dze­nia, z mgły wy­bi­ja się kon­tur, wresz­cie wi­dać pro­fil wy­so­kiej na dzie­sięć pię­ter tur­ni.

Nie­ła­two się tu do­stać. Sta­tek za­wi­ja w po­bli­że wy­spy sześć razy do roku, cza­sem przy­pły­nie jacht. Nic wię­cej. Ża­den sa­mo­lot nie wy­lą­du­je na Pit­ca­irn, ża­den he­li­kop­ter nie do­le­ci. Pit­ca­ir­neń­czy­cy wie­rzą w do­sko­na­łą ko­mu­nę, od­gra­dza­ją się od świa­ta, nie zbu­do­wa­li por­tu.

Lu­dzie mo­rza mó­wią: „sa­mot­ny ka­mień Oce­anu Spo­koj­ne­go”, „wy­spa-twier­dza” – czte­ry ki­lo­me­try kwa­dra­to­we na środ­ku Pa­cy­fi­ku. Do naj­bliż­sze­go lądu dwie doby że­glu­gi.

Ta nie­do­stęp­ność dzia­ła­ła na wy­obraź­nię hi­pi­sów. Ci, któ­rym uda­ło się tu do­trzeć, opo­wia­da­li o zwie­rzę­tach, któ­rych nie pło­szy­ła obec­ność lu­dzi, i sa­dach man­da­ryn­ko­wych owo­cu­ją­cych dwa razy do roku. Ale z ja­kichś po­wo­dów szyb­ko opusz­cza­li Pit­ca­irn.

Pierw­szy raz usły­sza­łem o tej wy­spie w 2004 roku. W in­ter­ne­cie na­tra­fi­łem na fo­to­gra­fie przed­sta­wia­ją­ce wszyst­kich jej miesz­kań­ców. Było ich czter­dzie­ścio­ro ośmio­ro. Dwa lata póź­niej zdję­cia znik­nę­ły. Żad­ne­go śla­du, żad­nej twa­rzy.

Za­pa­mię­ta­łem te zda­nia:

„Pit­ca­irn jest miej­scem na­tu­ral­nej se­lek­cji. Żyją tam lu­dzie nie­złom­ni, go­to­wi po­świę­cić ży­cie dla wspól­no­ty”.

Ka­pi­tan Adam Jas­ser do­wie­dział się, że stat­ki to­wa­ro­we pły­wa­ją­ce z No­wej Ze­lan­dii do Pa­na­my za­ha­cza­ją o wy­spę. Po­le­cia­łem do Auc­kland. Co­dzien­nie cho­dzi­łem do por­tu, wy­pa­try­wa­łem ła­dun­ków. Pod wie­czór za­glą­da­łem do Domu Że­gla­rza w na­dziei, że spo­tkam ko­goś, kto weź­mie kurs na Pit­ca­irn.

Stat­ki zmie­ni­ły szlak.

Ostat­nią szan­są był pry­wat­ny frach­to­wiec Clay­mo­re II. Od­pły­wał sześć razy do roku z Man­ga­re­vy, jed­nej z tych tu­ry­stycz­nych wy­se­pek Po­li­ne­zji Fran­cu­skiej. O tym, kto mógł się do­stać na po­kład, de­cy­do­wa­li Pit­ca­ir­neń­czy­cy.

Para z Nie­miec, Ni­co­la i Hen­drik, do­tar­li na wy­spę, ale szyb­ko ucie­kli – nie do­wie­dzia­łem się dla­cze­go. Au­stra­lij­czy­cy Mol­lie i Alan po­sta­no­wi­li osiąść tam na sta­łe. Przez rok cze­ka­li na drew­no do bu­do­wy domu. Sta­tek z de­ska­mi pod­pły­wał wie­le razy, jed­nak za­wsze pod­czas sztor­mu, więc nie spo­sób było do­ko­nać roz­ła­dun­ku. W koń­cu zre­zy­gno­wa­li. Na wy­spę do­tarł jesz­cze so­cjo­log z No­wej Ze­lan­dii, nie chciał ujaw­nić na­zwi­ska. Na­pi­sał książ­kę o Pit­ca­ir­neń­czy­kach, ale nig­dy nie zo­sta­ła wy­da­na. Po­dob­no Ko­ściół Ad­wen­ty­stów Dnia Siód­me­go gro­ził mu eks­ko­mu­ni­ką.

Komu za­le­ża­ło, by wstrzy­mać druk? Wy­spia­rzom? Czy mają aż taką wła­dzę? Ko­ścio­ło­wi? Dla­cze­go? A może Bry­tyj­czy­kom – wy­spa jest te­ry­to­rium za­mor­skim Kró­le­stwa. Wszy­scy, jak­by umó­wie­ni, pie­lę­gno­wa­li ci­szę.

W 2002 roku Pit­ca­ir­neń­czy­cy de­por­to­wa­li an­giel­skie­go dzien­ni­ka­rza: przy­pły­nął wy­na­ję­tym jach­tem, na­wet nie zszedł na ląd. Kil­ka lat póź­niej ode­sła­li fran­cu­skie­go au­to­ra ksią­żek po­dróż­ni­czych.

Pew­na re­por­ter­ka usły­sza­ła: „Po­wie­si­my cię, je­śli o nas źle na­pi­szesz”.

Po­tem stra­szy­li ko­re­spon­dent­kę au­stra­lij­skie­go „The In­de­pen­dent”. Na fo­rum in­ter­ne­to­wym zrze­sza­ją­cym przy­ja­ciół Pit­ca­irn za­miesz­czo­no post: „Ka­thy Marks po­win­na być za­strze­lo­na”.

Na­pi­sa­łem do kon­su­la­tu Pit­ca­irn w Auc­kland, że in­te­re­su­ję się an­tro­po­lo­gią, ba­dam sagi że­glar­skie. Py­ta­nia i po­dej­rze­nia – czło­wiek kaja się bar­dziej niż w am­ba­sa­dzie Sta­nów Zjed­no­czo­nych. W koń­cu urzęd­nicz­ka wy­sła­ła pa­pie­ry na Pit­ca­irn. Po dwóch ty­go­dniach do­sta­łem po­zwo­le­nie na przy­jazd.

* * *

Sta­tek eks­pe­dy­cyj­ny Clay­mo­re II sta­nął dzio­bem do wy­brze­ża. Dłu­gi na czter­dzie­ści osiem me­trów, sze­ro­ki na dzie­sięć, osią­ga pręd­kość do dzie­wię­ciu wę­złów na go­dzi­nę. W prze­szło­ści opły­wał Ark­ty­kę, te­raz prze­rzu­ca to­wa­ry z Oce­anii do Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej. Ka­ju­ty cuch­ną ostry­ga­mi i ropą. Przez osiem mie­się­cy w roku są do­mem ośmiu ma­ry­na­rzy, któ­rzy te­raz, po sze­ściu ty­go­dniach że­glu­gi, scho­dzą na ląd w Man­ga­re­vie.

W por­cie od razu robi się gwar­no. Mło­de Po­li­ne­zyj­ki wy­pa­tru­ją męż­czyzn, wa­bią ich gło­śnym sa­pa­niem, cia­sno opię­ty­mi sta­ni­ka­mi. Ru­mie­niec wsty­du, wbi­ja­ją­ce się w skó­rę ra­miącz­ka, opa­ry per­fum – to wszyst­ko ro­dzi pra­gnie­nie, by ro­ze­brać ko­bie­ty do naga, przy­ci­snąć do po­dusz­ki. Jest dusz­ny, pie­ką­cy dzień.

* * *

Pró­bu­ję ob­jąć spoj­rze­niem wid­no­krąg: ilu­zja, oce­an zle­wa się z nie­bem. Po dwóch go­dzi­nach że­glu­gi od Man­ga­re­vy je­ste­śmy sa­mot­ni na szla­ku. Od­tąd ża­den sta­tek nie prze­tnie nam dro­gi, a każ­da mewa bę­dzie jak za­błą­ka­na wa­riat­ka.

– Co za dia­beł pro­wa­dzi cię na Pit­ca­irn? – prze­ry­wa mil­cze­nie Rob, pierw­szy ka­pi­tan. Pa­li­my pa­pie­ro­sy na ru­fie. Rob nie cze­ka na od­po­wiedź: – Dwa razy zsze­dłem tam na ląd. Mó­wię ci, ta wy­spa jest prze­klę­ta. Lu­dzi łą­czy tyl­ko współ­od­po­wie­dzial­ność za zbrod­nię.

– Mó­wisz o Bo­un­ty? – py­tam, ale nie od­po­wia­da.

Przy­słu­chu­je nam się Budd, me­cha­nik po­kła­do­wy.

– Al­ko­hol prze­żarł ci mózg, praw­da, Rob? – Męż­czyź­ni ści­na­ją się wzro­kiem i każ­dy od­cho­dzi w swo­ją stro­nę.

Clay­mo­re II le­d­wo ko­ły­sze się na dłu­gich fa­lach, ła­god­ny wie­trzyk wzdy­ma szor­ty schną­ce na lin­ce. Przez ko­lej­nych pięć go­dzin nie wy­da­rzy się nic, żad­nej ska­ły, żad­ne­go skrzy­dla­te­go po­my­leń­ca. Co ja­kiś czas prze­mknie tyl­ko sta­tek wid­mo.

– Duch Wil­ly’ego Har­ta przy­po­mi­na o so­bie. Pły­nął na Pit­ca­irn, roz­trza­skał się o rafę. Jego cia­ło nig­dy nie wy­pły­nę­ło – wy­ja­śnia Budd. – Wie­le stat­ków po­szło na dno Pa­cy­fi­ku. Nie­je­den roz­bił się u wy­brze­ży Pit­ca­irn. Że­gla­rze po­ko­ny­wa­li bez­kre­sne wody, by umrzeć sto me­trów od brze­gu. Mó­wi­li na wy­spę Port Na­dziei.

Zbli­ża się wie­czór, kie­dy Ric­ky, dru­gi ka­pi­tan, przy­wo­łu­je mnie do ste­row­ni i wska­zu­je pal­cem na lewą stro­nę:

– Patrz, wie­lo­ry­by!

Nic nie wi­dzę, o szy­bę roz­bry­zgu­ją się fale. Wy­bie­gam na ze­wnątrz i też nic. Ric­ky jest mną wy­raź­nie za­in­te­re­so­wa­ny, wy­py­tu­je:

– Rob nie osza­lał. Po co ci ta wy­spa? Czy na­praw­dę je­steś an­tro­po­lo­giem?

Noc przej­rzy­sta – jak moż­na się było spo­dzie­wać po tak po­god­nym dniu. Gwiaz­dy wy­raź­ne, za­wie­szo­ne ni­sko, czu­ła chwi­la. Się­gam po ko­lej­ne szklan­ki rumu jak po wodę. Nie za­snę. My­ślę o Ve­ro­ni­ce, o na­szym pierw­szym spo­tka­niu w No­wej Ze­lan­dii.

* * *

Mówi:

– Spójrz, jaka su­per­spód­ni­ca. Moż­na re­gu­lo­wać w pa­sie. Od­kąd pa­mię­tam, ska­cze mi waga, bo czło­wiek z nie­szczę­ścia naj­pierw tyje, a po­tem chud­nie.

– Ład­na – przy­zna­ję.

– Ale czy się nada? Py­tam, bo nie mam do­świad­cze­nia. Na co dzień ubie­ram się wy­zy­wa­ją­co: mi­niów­ka i de­kolt na wierz­chu. Albo na chło­pa­ka: sze­ro­kie spodnie, blu­za XL, choć zmie­ści­ła­bym się w emkę.

– Jest ide­al­na na tę oka­zję.

– Nie wiem, nie je­stem prze­ko­na­na. Wy­glą­dam w niej jak dziew­czy­na z ko­ścio­ła. Nie po­tra­fię zde­cy­do­wać. Zde­cy­duj za mnie.

– Bie­rze­my ją.

– Przed spo­tka­niem z tobą też prze­wró­ci­łam wszyst­ko, już mia­łam nie wyjść. Za­wsze po­trze­bu­ję ko­goś, kto mi po­wie, co mam ro­bić. Zo­bacz, po­ma­lo­wa­łam pa­znok­cie. Ład­nie?

– Na czer­wo­no, pa­su­je do ko­lo­ru szmin­ki.

– Nie po­tra­fię się ma­lo­wać. Bil­ly, mój eks, do­sta­wał fu­rii, kie­dy sie­dzia­łam przed lu­strem. Mó­wił: „To two­je pit­ca­ir­neń­skie roz­mem­ła­nie!”. A ja we wszyst­kim czu­łam się źle. Nie ża­łu­ję go. Był taki za­sad­ni­czy i sztyw­ny, jak­by po­łknął kij. Prze­pra­szam cię za tę go­dzi­nę spóź­nie­nia.

– Pan­to­fle, nie za­po­mnij o pan­to­flach.

– Sam wi­dzisz, pa­mię­ci też nie mam. Od dzie­ciń­stwa. Mu­szę wszyst­ko za­pi­sy­wać. Mój no­tes, gdzie jest no­tes? Patrz, na­wet to mu­sia­łam za­pi­sać. Ład­nie za­pi­sa­łam?

– Dziś jest twój wiel­ki dzień.

– Pew­nie nic z tego nie bę­dzie, wła­ści­wie mogę nie iść. Zo­ba­czą mnie i każą spa­dać na drze­wo.

– Dłu­go cze­ka­łaś.

– To rze­czy­wi­ście mili lu­dzie. Przez te­le­fon pani mia­ła cie­pły głos. Mó­wi­ła, że są ta­kie ślicz­ne i ufne. Może od­da­dzą mi jed­no?

– Weź pan­to­fle i chodź­my do kasy.

– Nie bę­dzie­my cze­kać w ko­lej­ce. Pój­dę w czymś in­nym. Wyjdź­my stąd! Po­rząd­ny bu­tik, a ko­lej­ka jak po dary. Nie­na­wi­dzę ko­le­jek, nie­na­wi­dzę, gdy ktoś stoi mi za ple­ca­mi. Wiesz co? Pój­dę, jak je­stem. Albo od­da­dzą to szcze­nię, albo nie.

* * *

Na Pit­ca­irn nie ma już psów. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych było ich jesz­cze szes­na­ście, wszyst­kie z jed­nej suki. Krył ją czar­ny mie­sza­niec, wo­ła­li go Su­per. Po­tem szcze­nia­ki ro­dzi­ły się mart­we albo cho­re: sztyw­ne koń­czy­ny, za­nik mię­śni, zde­for­mo­wa­ne krę­gi.

– Mała pula ge­nów – wy­ja­śnia ko­bie­ta od pasz­por­tów. Ma na imię Don­na, jest do­brze po pięć­dzie­siąt­ce. Kie­dyś była bur­mi­strzy­nią Pit­ca­irn, te­raz pra­cu­je w Służ­bie Cel­nej i jest po­li­cjant­ką. Ktoś po­wie­dział, że Don­na na­pra­wia błę­dy w pro­ce­sie na­tu­ral­nej se­lek­cji, że dzię­ki jej sta­ra­niom na wy­spie nie ma lu­dzi sła­bych i nie­przy­dat­nych.

Scho­dzi­my na ląd. W Przy­sta­ni cze­ka­ją na nas po­zo­sta­li Pit­ca­ir­neń­czy­cy. Przy­glą­da­ją się uważ­nie, nie­uf­nie. Py­tam w koń­cu, bo nie daje mi to spo­ko­ju, gdzie tra­fia­ją sła­bi i nie­przy­dat­ni. Mil­cze­nie.

Don­na tyl­ko po­ka­słu­je. Ma su­chy, mę­czą­cy ka­szel – ast­ma. Co rusz ude­rza pię­ścią w splot sło­necz­ny, jak­by chcia­ła ode­gnać cho­ro­bę. Na wy­spie po­dob­no nikt nie przy­zna­je się do cho­rób i lę­ków. Syn nie po­wie ojcu, że boi się sko­ków do wody. Mąż nie po­wie żo­nie, jak bar­dzo oba­wia się raka.

Za­pi­su­ję, cze­go do­wie­dzia­łem się w pierw­szych go­dzi­nach:

NA­SZE KO­BIE­TY PEŁ­NIĄ WAŻ­NE FUNK­CJE SPO­ŁECZ­NE. WSZYST­KIE MAJĄ PIW­NE OCZY.

MĘŻ­CZY­ZNA NIG­DY NIE UDE­RZYŁ DRU­GIE­GO MĘŻ­CZY­ZNY.

DZIE­CI OTA­CZA­NE SĄ TRO­SKĄ DO CZWAR­TE­GO ROKU ŻY­CIA. WTE­DY NAJ­BAR­DZIEJ KSZTAŁ­TU­JE SIĘ ICH CHA­RAK­TER. OD­TĄD GO­TO­WE SĄ SŁU­ŻYĆ WSPÓL­NO­CIE CAŁE ŻY­CIE.

* * *

Wspól­no­ta jest naj­waż­niej­sza. Czło­wiek ro­dzi się i umie­ra, a wspól­no­ta trwa – już dwie­ście dwa­dzie­ścia lat, od­kąd przy­pły­nę­li bun­tow­ni­cy. Don­na mówi, że bez wspól­no­ty czło­wiek zna­czy nie­wie­le. I że lu­dzie, któ­rzy my­śle­li in­a­czej, od­pły­nę­li.

Więk­szość Pit­ca­ir­neń­czy­ków mil­czy, gdy py­tam o ich ko­mu­nę. Kie­dy je­stem obok, w ogó­le ści­sza­ją głos, od­wra­ca­ją wzrok. Wy­chwy­tu­ję tyl­ko strzę­py roz­mów, po­je­dyn­cze zda­nia:

„Wspól­no­ta nie da­ru­je Edwar­do­wi”.

„Uwa­żać na ob­ce­go”.

„Carl już nig­dy nie bę­dzie jed­nym z nas”.

Dla­te­go trzy­mam się bli­sko Don­ny. Ona opo­wia­da mi o Pit­ca­irn:

– Zie­mię do­sta­jesz za dar­mo, a cała spo­łecz­ność po­ma­ga ci wy­bu­do­wać dom. Kie­dy pło­nął ogród At­kin­sa, ogień ga­si­li wszy­scy męż­czyź­ni. In­nym ra­zem fala ze­pchnę­ła Ze­ldę ze skar­py do oce­anu. Na ra­tu­nek rzu­ci­li się Buck, Bray­den, Gar­wo­od i ­Bo­ur­ne. Bez nich wy­spa by nie prze­trwa­ła. Rząd Wiel­kiej Bry­ta­nii opła­ca więk­szość ra­chun­ków i fi­nan­su­je ropę, któ­rą na­pę­dza­ny jest ge­ne­ra­tor prą­du. Każ­dy pra­cu­je za dwóch, obo­wiąz­ka­mi dzie­li­my się spra­wie­dli­wie. Ko­bie­ty pie­lę­gnu­ją ogro­dy, od­ma­lo­wu­ją bu­dyn­ki i oczysz­cza­ją dro­gi, któ­re bu­du­ją męż­czyź­ni. Na­sze bab­ki są na­uczo­ne dźwi­gać na ple­cach wor­ki ze słod­ki­mi ziem­nia­ka­mi. Czter­dzie­ści pięć kilo każ­dy. Drwa rą­bią sześć­dzie­się­cio­lat­ko­wie i nie­któ­rzy sie­dem­dzie­się­cio­lat­ko­wie. Pły­nie w nas krew bun­tow­ni­ków z Bo­un­ty. Pula ge­nów po­cho­dzi od dzie­wię­ciu an­giel­skich ma­ry­na­rzy i tu­zi­na ta­hi­tań­skich ko­biet. Z roz­my­słem do­bie­ra­my mę­żów i żony z ze­wnątrz. Nie każ­dy może żyć w na­szej ko­mu­nie. Kie­ru­je­my się kla­row­ny­mi za­sa­da­mi: du­cha har­tu­je­my przez pra­cę, cia­łu od­da­je­my sza­cu­nek. Nie uży­wa­my al­ko­ho­lu ani moc­nej kawy. Wy­zby­li­śmy się na­mięt­no­ści. Wier­ni na­sze­go Ko­ścio­ła chęt­nie pod­da­ją się pró­bom mo­ral­ne­go do­sko­na­le­nia, choć są tacy, któ­rzy twier­dzą, że ad­wen­tyzm jest wy­pad­kiem kul­tu­ry. Do nie­daw­na pa­stor dbał, by dia­beł nie mą­cił nam w gło­wach, i opi­nio­wał fil­my, któ­re spro­wa­dza­li­śmy na wy­spę. Od­by­wa­ły się dwie cen­zu­ry. Pierw­sza na stat­ku, dru­ga w kan­ce­la­rii pa­sto­ra. Sami re­gu­lar­nie or­ga­ni­zu­je­my spo­tka­nia dys­ku­syj­ne pod ha­słem „Jak ulep­szyć Pit­ca­irn”. Wy­da­rze­nia mi­nio­nych lat na­uczy­ły nas wy­ba­czać.

* * *

Nie­wie­le zna­ków za­po­wia­da Adam­stown, je­dy­ną osa­dę. Po­je­dyn­cze na­rzę­dzia po­roz­rzu­ca­ne na dro­dze, pusz­ki po kon­ser­wach, ku­beł do zbie­ra­nia żwi­ru. Idę stro­mą ścież­ką pod górę, na­zwa­li ją Wzgó­rzem Mo­zo­łu. Wszę­dzie za­ro­śla, pnie wy­dzie­ra­ją się z zie­mi. Po­ja­wia­ją się za­bu­do­wa­nia: warsz­ta­ty i ru­pie­ciar­nie. Dzie­cię­ce ro­we­ry, zde­for­mo­wa­ne koła. Za­rzu­co­ne ki­lo­fa­mi, gra­bia­mi, wi­dła­mi do gno­ju.

Pierw­szą re­ak­cją jest nie­do­wie­rza­nie, po­tem cie­ka­wość. Szmer w chasz­czach – już pchasz się w chasz­cze. Co się kry­je za ko­lej­nym za­krę­tem, w na­stęp­nym gra­to­wi­sku? Ta za­mra­żar­ka wy­pa­dła ze stat­ku. Ktoś ją wy­ło­wił i słu­ży­ła dwa­dzie­ścia dwa lata.

Te­raz po­dą­żam wy­ku­tą w ska­le dro­gą, z gę­stwi­ny drzew wy­ła­nia się za­czą­tek osa­dy. Świa­tła da­le­kich okien, smu­gi dymu z ko­mi­nów. Domy po­dłuż­ne, prze­waż­nie par­te­ro­we, jak ko­sza­ry. Bu­du­ją wy­so­ko, w oba­wie przed przy­pły­wem. Waż­niej­si sta­wia­ją domy bli­żej Dro­gi Głów­nej, po­zo­sta­li na ru­mo­wi­skach, do któ­rych pro­wa­dzą błot­ni­ste ścież­ki. Od­wzo­ro­wa­nie mapy z uwzględ­nie­niem wszyst­kich nazw geo­gra­ficz­nych za­ję­ło mi dzie­więć mi­nut.

Osa­da roz­cią­ga się w pół­okrąg, da­lej już dzi­ka prze­strzeń. Bu­dyn­ki skry­te w gę­stwi­nie drzew ko­ko­so­wych, pry­mi­tyw­ne, tra­wio­ne przez ter­mi­ty. Przy­po­mi­na­ją ra­czej bun­ga­lo­wy zbi­te na sło­wo ho­no­ru z de­ski pil­śnio­wej, z kru­che­go drew­na, po­kry­te ła­ta­ną bla­chą. W nie­któ­rych do­mach za­miast szyb po­wty­ka­ne pa­ty­ki i kli­ny. Fun­da­men­ta­mi są gła­zy wbi­te w zie­mię.

W maju jest jesz­cze zim­no, więc do­grze­wa­ją się świe­ca­mi. Wil­goć wkra­da się do środ­ka, ast­ma­ty­cy wy­plu­wa­ją płu­ca. W prze­szło­ści, kie­dy na Pit­ca­irn nie do­cie­ra­ły leki, du­si­li się na śmierć. Umie­ra­li dłu­gi­mi dnia­mi, gry­ząc ję­zy­ki i dra­piąc cia­ła. Te­raz wszę­dzie brud i ro­bac­two: chma­ry mo­ski­tów i ka­ra­lu­chy; szczur wpa­try­wał się w opo­nę qu­ada, a po­tem zo­sta­ła z nie­go mia­zga.

Don­na mówi, że po war­ko­cie sil­ni­ka moż­na roz­po­znać każ­de­go wy­spia­rza. Jej mąż Lu pro­wa­dzi ase­ku­ra­cyj­nie i za­wsze ustę­pu­je pierw­szeń­stwa. Wil­liam Ha­stings za­cho­wu­je po­zo­ry prze­pi­so­wej jaz­dy na Dro­dze Głów­nej, ale gdy nikt nie wi­dzi, lubi przy­ci­snąć i nie uwa­ża na za­krę­tach. Buck i Ha­rvey jeż­dżą jak sza­leń­cy, jak­by wszyst­kich mie­li za nic.

Na wy­spie jest pięć­dzie­siąt qu­adów i nie­wie­le po­nad czte­ry ki­lo­me­try dróg.

Głów­na nić, któ­ra pro­wa­dzi z Przy­sta­ni wy­so­ko pod górę do po­se­sji sta­re­go At­kin­sa, zo­sta­ła po­kry­ta be­to­no­wy­mi pły­ta­mi. Przez trzy lata ukła­da­li je wszy­scy zdol­ni do pra­cy. Na każ­dym frag­men­cie w pra­wym dol­nym rogu znaj­du­je się wy­żło­bio­na ostrym na­rzę­dziem sy­gna­tu­ra ko­lej­nych Pit­ca­ir­neń­czy­ków. Ostat­ni be­to­no­wy kloc, uło­żo­ny w sa­mym ser­cu wy­spy, pod­pi­sa­no: „Na pa­miąt­kę wspól­nej pra­cy”.

Od Dro­gi Głów­nej od­cho­dzi kil­ka­dzie­siąt gli­nia­stych od­nóg. Nie­któ­re pro­wa­dzą do do­mostw, inne wio­dą w śle­pe za­uł­ki. Kie­dy spad­nie deszcz, bę­dzie na­praw­dę śli­sko. O jed­nym z wy­spia­rzy mó­wi­li, że ma gar­ba­te szczę­ście. Zjeż­dżał po­chy­łą dro­gą do­bre dwa­dzie­ścia me­trów, aż zła­mał krę­go­słup.

Inny, Jim­my, scho­dził ze Wzgó­rza po Sznu­rze w Dół, kie­dy lu­nę­ło jak z ce­bra. Zła­pał za ka­mień, któ­ry wraz z nim ode­rwał się od ska­ły. Spa­dał pięć­dzie­siąt me­trów, a swój lot ku, wy­da­wa­ło­by się, pew­nej śmier­ci za­koń­czył na ko­ro­nie drze­wa. Od­na­le­zio­no go spa­ra­li­żo­wa­ne­go po dwóch go­dzi­nach.

Wal­ka o ży­cie Jim­my’ego do­pie­ro się roz­po­czy­na­ła. Na wys­pie wpraw­dzie urzę­do­wał (od nie­daw­na) dok­tor Hugh Ri­chards, ale do jego obo­wiąz­ków na­le­ża­ło po­da­wa­nie pe­ni­cy­li­ny i uzu­peł­nia­nie ubyt­ków w zę­bach. Naj­bliż­szy szpi­tal znaj­do­wał się w Pa­pe­ete, po­nad dwa ty­sią­ce ki­lo­me­trów stąd. Naj­bliż­sze lą­do­wi­sko – na Man­ga­re­vie – osiem­set ki­lo­me­trów od Pit­ca­irn. Rej­sy stat­ku eks­pe­dy­cyj­ne­go Clay­mo­re II od­by­wa­ją się rzad­ko, a wy­spia­rze nie po­sia­da­li ło­dzi, któ­ra mo­gła­by bez­piecz­nie prze­trans­por­to­wać Jim­my’ego do miej­sca, w któ­rym cze­ka­ła awio­net­ka. We­zwa­li więc okręt fran­cu­skiej ma­ry­nar­ki, któ­ry pa­tro­lo­wał wody te­ry­to­rial­ne Wysp Wiel­ka­noc­nych. Fran­cu­zi przy­pły­nę­li w nie­ca­łą dobę. Zu­ży­li dwa razy wię­cej pa­li­wa niż zwy­kle, ale w cią­gu na­stęp­nych dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin do­star­czy­li chło­pa­ka do Man­ga­re­vy.

Jim­my spadł ze Wzgó­rza po Sznu­rze w Dół w 2009 roku. Po kil­ku mie­sią­cach za­czął po­ru­szać po­wie­ka­mi. Sam trans­port do szpi­ta­la w Pa­pe­ete kosz­to­wał ubez­pie­czy­cie­la sto sześć­dzie­siąt ty­się­cy do­la­rów ame­ry­kań­skich.

Pit­ca­ir­neń­czy­cy opo­wia­da­ją hi­sto­rię Jim­my’ego, kie­dy ktoś pyta ich, jak się żyje w od­osob­nie­niu.

* * *

Ve­ro­ni­ka tuli szcze­nię do pier­si.

– Zo­bacz, jaka ślicz­na, cał­ko­wi­cie za­leż­na ode mnie. Na­zwę ją Fifi.

– Ufa to­bie.

– Jest zbyt ła­two­wier­na. Je mi z ręki, a prze­cież mo­gła­bym jej po­dać tru­ci­znę.

– Dla­cze­go mia­ła­byś ją kar­mić tru­ci­zną?

– Prze­pra­szam, nie złość się. Je­stem taka głu­pia! Cza­sem mie­wam nie­sto­sow­ne my­śli, tra­cę kon­tro­lę. Mó­wię coś, a po­tem tego ża­łu­ję. W głę­bi ser­ca czu­ję co in­ne­go. Gdy­byś wie­dział, ile mnie kosz­tu­je by­cie nor­mal­ną…

– Je­steś nor­mal­na.

– Bra­łam leki. Ła­go­dzi­ły za­bu­rze­nia. Czte­ry lata. Psy­chia­tra stwier­dził dys­ty­mię, to po­łą­cze­nie de­pre­sji i lęku.

– Masz ślicz­ny uśmiech, kie­dy się ba­wisz z Fifi.

– Na­praw­dę?

– Nie­spo­ty­ka­ny.

– Bo ja je­stem Ve­ro­ni­ka. I kie­dy chcę, sta­ję się nie do pod­ro­bie­nia.

* * *

Ktoś po­sta­no­wił, że za­miesz­kam u Don­ny i jej męża Lu. Ich dom  stoi na wzgó­rzu, z dala od Adam­stown, z dala od in­nych do­mów.

Po­ko­je jak po re­wi­zji – każ­dy za­ka­ma­rek za­wa­lo­ny gra­ta­mi: pu­ste sło­je, bu­tel­ki, ka­mie­nie, do­ku­men­ty, liny, na­rzę­dzia. Po sa­lo­nie krzą­ta­ją się kury, inne na po­dwó­rzu wy­dzio­bu­ją skór­ki po ba­na­nach.

– Ta jest naj­sil­niej­sza – po­ka­zu­je Lu. – Go­to­wa za­dzio­bać po­zo­sta­łe. Do kom­po­stu za­wsze pod­cho­dzi pierw­sza, odej­dzie, kie­dy się naje. Po­zo­sta­łe kury cze­ka­ją. Jak­by ujarz­mio­ne.

Lu przy­pły­nął na Pit­ca­irn trzy­na­ście lat temu, za Don­ną. Jest An­gli­kiem, miesz­kań­cy wy­spy na­zy­wa­ją go Prze­chrztą. Prze­chrzta to Obcy, któ­ry zwią­zał się z Pit­ca­ir­nen­ką.

– Kie­dy uma­wiał się na ży­cie z Don­ną, nie zda­wał so­bie spra­wy z trud­no­ści. Prze­chrzta jest co naj­wy­żej lo­ka­jem Pit­ca­ir­neń­czy­ków. Jak go do­pusz­czą do sto­łu, to może słu­chać, ale nie mó­wić – opo­wia­da Wy­spiarz i ner­wo­wo prze­bie­ra pal­ca­mi u rąk. – Lu jest te­raz jak go­ło­du­piec wże­nio­ny w lep­szą ro­dzi­nę. A prze­cież kie­dyś było in­a­czej: po­zna­li się z Don­ną w An­glii. Lu wszedł do skle­pu, w któ­rym pra­co­wa­ła, ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły. Po śmier­ci pierw­sze­go męża Don­na była tyl­ko za­gu­bio­ną emi­grant­ką z wy­spy. Lu był za­rad­ny, opie­kuń­czy. Spodo­ba­li się so­bie. Wcze­śniej słu­żył w bry­tyj­skiej ma­ry­nar­ce. Kie­dy ro­dzi­ła się So­li­dar­ność, sta­cjo­no­wał z bry­tyj­sko­-ame­ry­kań­skim od­dzia­łem pod Ko­pen­ha­gą. Dwa­dzie­ścia pięć ty­się­cy ka­ra­bi­nów, cze­ka­li na roz­kaz wej­ścia do Pol­ski. Roz­ka­zu nie było, po mie­sią­cu góra ode­sła­ła go do kra­ju. Był jesz­cze w Afga­ni­sta­nie i Ku­wej­cie, ale ka­rie­ry w woj­sku nie zro­bił. Don­na po­wie­dzia­ła, że chce wró­cić na Pit­ca­irn i że tyl­ko z nim. Za­miesz­ka­ją na pró­bę, a jak nie wyj­dzie, wró­cą do An­glii. Lu miał kurs księ­go­we­go i do­świad­cze­nie w lo­gi­sty­ce. Po­my­śla­ła, że przy­da się wspól­no­cie. A on, ro­man­tycz­ny głu­piec, zgo­dził się. Bar­dzo ją ko­chał. Tak pięk­nie o niej mó­wił: „Słod­ka, uwo­dzi­ciel­ska zgu­ba”. Sprze­dał dom i sa­mo­chód. Pie­nią­dze się ro­ze­szły. Gdy­by wró­cił, mu­siał­by żyć na uli­cy.

* * *

W prze­wo­dach elek­trycz­nych za­czę­ło brzę­czeć. Czy­li siód­ma. Ge­ne­ra­tor do­star­cza prąd dwa razy dzien­nie: do trzy­na­stej i od sie­dem­na­stej do dwu­dzie­stej dru­giej. Tyl­ko wte­dy trzesz­czy ma­gne­to­fon.

Ge­ne­ra­tor dzia­ła na ropę. Wy­spia­rze zu­ży­wa­ją oko­ło dwu­dzie­stu ty­się­cy li­trów przez trzy mie­sią­ce. Rząd bry­tyj­ski pła­ci za nie czter­dzie­ści ty­się­cy do­la­rów no­wo­ze­landz­kich. Kie­dy ropa się koń­czy, Pit­ca­ir­neń­czy­cy dzwo­nią do Auc­kland.

– Trze­ba za­ma­wiać z wy­prze­dze­niem – tłu­ma­czy Lu.

Gdy bra­ku­je ropy, lu­dzie krad­ną z cu­dzych ka­ni­strów.

Te­le­fo­ny raz dzia­ła­ją, raz nie. To za­le­ży od po­go­dy i sztor­mów. Te­le­fon mar­ki Erics­son z 1912 roku jest już za­byt­kiem. Nie­wie­le tego po­zo­sta­ło na Pit­ca­irn. W la­tach sześć­dzie­sią­tych przy­pły­nął tu ku­piec mor­ski. Cho­dził po do­mach i sku­py­wał wszyst­ko, co mia­ło ja­kąś war­tość. Pit­ca­ir­neń­czy­kom pła­cił po dzie­sięć fun­tów, a w Lon­dy­nie sprze­da­wał po pięć­dzie­siąt. Don­na mówi, że Ob­cym nie moż­na ufać, że są za­gro­że­niem. I że Pit­ca­ir­neń­czy­ka nig­dy nie zła­pa­ła na kra­dzie­ży ropy.

Strza­ły wy­ła­do­wań elek­trycz­nych – znak, że zbie­ra się na deszcz. Na­dzie­ja – bez desz­czu za mie­siąc, za dwa bę­dzie su­cho w kra­nach i klo­ze­tach. Słoń­ce wy­pa­li plo­ny, nie bę­dzie co jeść. Lu­dzie nie mają tu na­tu­ral­nych re­zer­wu­arów wody. Opra­co­wa­li jed­nak sys­tem: z da­chów pro­wa­dzą rury, któ­re zbie­ra­ją deszcz do zbior­ni­ków. Każ­dy po czte­ry­sta pięć­dzie­siąt, a na­wet sie­dem­set li­trów. Wie­czo­rem moż­na brać prysz­nic w wo­dzie na­grza­nej słoń­cem.

 – Mo­dlę się je­dy­nie o zdro­wie i deszcz. – Don­na wspo­mi­na ta­hi­tań­skich przod­ków, da­le­kich krew­nych, któ­rzy po­mar­li z od­wod­nie­nia, nie­rzad­ko na wor­kach peł­nych pe­reł.

Raz czy dwa gra­ni­ca opa­dów prze­bie­gła po­środ­ku Adam­stown. Jed­ni cie­szy­li się na­peł­nio­ny­mi becz­ka­mi, inni wy­cią­ga­li wia­dra, pro­si­li o wodę. Nie zro­zu­mie tej mo­dli­twy ten, kto nie wy­bie­rał desz­czów­ki z dna ło­dzi, kto nie mu­siał pa­trzeć z za­schnię­ty­mi usta­mi, jak umie­ra ogród, naj­waż­niej­szy ży­wi­ciel.

Na Pit­ca­irn jada się dwa razy. Oko­ło po­łu­dnia śnia­da­nie, obia­do­ko­la­cję zwy­kle póź­nym wie­czo­rem, kie­dy pra­ca skoń­czo­na i moż­na ga­pić się na pal­ce u stóp przy bu­tel­ce piwa z No­wej Ze­lan­dii. Na sto­le drób, pie­czo­ne ziem­nia­ki i cy­tru­sy. Na ana­na­sy mówi się „jabł­ka”. A ja­bło­nie tu­taj nie ro­sną.

Bu­dzą się o siód­mej. Lu roz­pa­la ogień pod ko­tłem, dłu­go myje ręce, po­tem idzie do uli. Miód z jego pa­sie­ki tra­fia na stół kró­lo­wej Elż­bie­ty II.

– Po­dob­no lubi mój miód. Wię­cej w li­ście nie na­pi­sa­ła – opo­wia­da Lu. – Trzy­mam ten list w szu­fla­dzie, pod klu­czem. ­Cza­sem wy­cią­gnę i czy­tam na po­lep­sze­nie na­stro­ju wszyst­kie czte­ry zda­nia po dwa razy. I po ci­chu, bo lu­dzie nie­na­wi­dzą kró­lo­wej.

Cho­dzi do psz­czół trzy–czte­ry razy w ty­go­dniu. Kar­mi je cu­krem, do­glą­da. Miód z Pit­ca­irn jest naj­czyst­szy, naj­słod­szy. Lu mówi, że do­brze robi na ner­wy.

Wie­czo­ra­mi, kie­dy po­koń­czy co pil­niej­sze pra­ce, sia­da w fo­te­lu nad książ­ką, po kil­ku stro­nach za­sy­pia na sie­dzą­co. I tak co­dzien­nie, do so­bo­ty. So­bo­ta jest dniem wol­nym od pra­cy. Pię­cio­ro wy­spia­rzy uczest­ni­czy w na­bo­żeń­stwie. Resz­ta od­wró­ci­ła się od pa­sto­ra, ale nikt nie chce po­wie­dzieć dla­cze­go. Wy­spa zo­sta­ła za­dwen­ty­zo­wa­na w 1890 roku. Nie ma dru­gie­go Ko­ścio­ła, nie ma in­nej re­li­gii. Tyl­ko Ad­wen­ty­ści Dnia Siód­me­go.

Lu zo­sta­je w domu, a wier­ni spo­ty­ka­ją się w mu­ro­wa­nym bu­dyn­ku przy pla­cu Głów­nym. Fa­sa­da jest po­bie­lo­na wap­nem. Ktoś przy­ci­snął dziew­czy­nę do muru ko­ścio­ła, po­tem wo­ła­li za nią: „Bla­da dupo, wróć!”.

Pa­stor Mey­ers mówi, że nic nie sły­szał, że lu­dzie mu nie opo­wia­da­ją. Tęgi, po sześć­dzie­siąt­ce, źle zno­si tro­pi­kal­ny upał. Oży­wia się, gdy te­mat scho­dzi na psz­czo­ły. Twier­dzi, że miód z jego pa­sie­ki tak­że jest naj­słod­szy.

– Pa­sto­rze, czy wie­rzy pan, że lu­dzie mają z na­tu­ry do­bre in­ten­cje?

– My, ad­wen­ty­ści, po­strze­ga­my ży­cie ziem­skie jako czas wiel­kie­go boju mię­dzy Bo­giem a sza­ta­nem. Raz czło­wie­ko­wi pod­po­wia­da Bóg, raz szep­cze sza­tan. Waż­ne, by zdą­żyć umrzeć przy Chry­stu­sie, bo tyl­ko On daje zba­wie­nie i nie­śmier­tel­ność.

– Czy Pit­ca­ir­neń­czy­cy są re­li­gij­ni?

Wy­mow­ne spoj­rze­nie pa­sto­ra.

Py­tam da­lej:

– Po­dob­no wy­zna­ją jed­ną z fun­da­men­tal­nych dok­tryn ad­wen­ty­stów: pie­kła nie ma.

Mil­cze­nie. Pa­stor, za­miast mó­wić, pod­ty­ka mi bro­szu­rę: „Ta­jem­ni­ca wy­spy Pit­ca­irn – hi­sto­ria oca­le­nia pierw­szych osad­ni­ków, któ­rzy w porę otwo­rzy­li ser­ca na Bi­blię”.

„Dzie­wię­ciu bun­tow­ni­kom uda­ło się ujść przed po­ści­giem i do­trzeć do wy­spy Pit­ca­irn, gdzie się osie­dli­li. Tu jed­nak­że zwy­rod­nie­li do tego stop­nia, że za­cho­wy­wa­li się go­rzej od naj­więk­szych dzi­ku­sów, za­mie­nia­jąc wy­spę w ist­ne pie­kło. Przy­czy­ną tego zwy­rod­nie­nia była pro­duk­cja al­ko­ho­lu, któ­ry pę­dzi­li z pew­nych ziół i ko­rze­ni ro­ślin. Bi­ja­ty­ki i kłót­nie były na po­rząd­ku dzien­nym. Za­bój­stwa i cho­ro­by prze­trze­bi­ły lud­ność, tak iż w koń­cu po­zo­stał z bia­łych tyl­ko je­den męż­czy­zna, Alek­san­der Smith, a z kra­jow­ców kil­ka­dzie­siąt ko­biet z nie­let­ni­mi dzieć­mi. […] W skrzyn­ce jed­ne­go ze zmar­łych bun­tow­ni­ków zna­le­zio­no Bi­blię. Smith za­brał zna­le­zio­ną książ­kę do sie­bie i za­czął pil­nie czy­tać. Co naj­waż­niej­sze, wie­rzył on Sło­wu Bo­że­mu i za­czął za­sto­so­wy­wać w ży­ciu co­dzien­nym na­uki w nim za­war­te. Cała nie­szczę­sna prze­szłość oży­ła na­gle w pa­mię­ci Smi­tha, wy­wo­łu­jąc wy­rzu­ty su­mie­nia. Po­sta­no­wił na­pra­wić, co się jesz­cze dało. Za­czął tedy gro­ma­dzić ko­bie­ty i dzie­ci, któ­re jesz­cze po­zo­sta­ły przy ży­ciu, i na­uczać je prawd chrze­ści­jań­skich. […] Lud­ność wy­spy zo­sta­ła schry­stia­ni­zo­wa­na i rząd an­giel­ski nie miał już wię­cej po­wo­du do kon­ty­nu­owa­nia ak­cji kar­nej. Na wy­spie nie było już wa­ria­tów, pi­ja­ków i zbrod­nia­rzy”.

– A gdzie znaj­dę Kre­ty­na, pa­sto­rze?

WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE SP. Z O.O.www.czar­ne.com.pl

Se­kre­ta­riat: ul. Koł­łą­ta­ja 14, III p., 38­-300 Gor­li­cetel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75 e­-mail: ma­te­usz@czar­ne.com.pl,to­masz@czar­ne.com.pl, do­mi­nik@czar­ne.com.pl,ho­no­ra­ta@czar­ne.com.pl, ewa@czar­ne.com.pl

Re­dak­cja: Wo­ło­wiec 11, 38­-307 Sę­ko­watel. +48 18 351 00 70e­-mail:re­dak­cja@czar­ne.com.pl

Se­kre­tarz re­dak­cji:mal­go­rza­ta@czar­ne.com.pl

Dział pro­mo­cji: ul. An­der­sa 21/56, 00­-159 War­sza­watel./fax +48 22 621 10 48e­-mail:agniesz­ka@czar­ne.com.pl, anna@czar­ne.com.pl, do­ro­ta@czar­ne.com.pl, zo­fia@czar­ne.com.pl

Dział mar­ke­tin­gu:ka­ta­rzy­na@czar­ne.com.pl

Dział sprze­da­ży:irek.grad­kow­ski@czar­ne.com.pltel. 504 564 092, 605 955 550agniesz­ka.wil­czak@czar­ne.com.pl

Au­dio­bo­oki i ebo­oki: Iza­be­la Re­gól­ska,iza@czar­ne.com.pl

Wo­ło­wiec 2013Wy­da­nie I