Opis

„Sylwester miał tylko dziewiętnaście lat, kiedy umarł na moich rękach. To mój błąd był przyczyną jego śmierci”.

Młody szwedzki lekarz, Christian Unge, po ukończeniu prestiżowych studiów medycznych, chce wykorzystać zdobytą wiedzę i nabyć doświadczenia tam, gdzie jest najbardziej potrzebny. Wyrusza do Burundi. Mały, biedny, źle wyposażony szpital, brak wykwalifikowanego personelu – to doświadczenie otworzyło mu oczy. Praca lekarza w ekstremalnych warunkach ukształtowało go na zawsze. Szczerze opowiada o błędach, jakie popełnił, zarówno w czasie praktyki w biednej Afryce, jak i w bogatej Szwecji. Błędach, jakie zdarzają się każdemu lekarzowi. Spowodowane zmęczeniem, niewłaściwym szkoleniem, brakiem komunikacji, stresem, trudnymi wyborami etycznymi. Unge pozwala czytelnikowi nałożyć doktorski kitel i poczuć ciężar odpowiedzialności, jaki spoczywa na tych, którzy decydują o ludzkim życiu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 304

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 5 min

Lektor: Filip Kosior


Wszystkie opisane w tej książce wydarzenia są związane z moją pracą jako lekarza. Zmieniłem jednak imiona, płeć, wiek i cechy charakterystyczne pacjentów oraz inne okoliczności towarzyszące spotkaniom z nimi. Niekiedy przedstawiłem jako jednego chorego dwóch pacjentów, którzy prezentowali ten sam przypadek, innym razem opisałem całą grupę chorych. Ale moje uczucia, reakcje oraz dylematy są prawdziwe i przedstawiłem je zgodnie z prawdą. Osoby mi bliskie, o których mowa w tej książce, wyraziły na to zgodę.

WSTĘP

Klasa mojego siedmioletniego syna zaprosiła mnie na spotkanie o udzielaniu pierwszej pomocy. Dzieci były podniecone i początkowo najbardziej zainteresowane tym, jak wygląda praca lekarza na oddziale ratunkowym.

– Czy często się pan denerwuje w pracy?

– Czasami.

– Ma pan czas zjeść obiad?

– Najczęściej tak. Ale nie zawsze mam czas na dłuższą przerwę obiadową.

– Czy szyje pan pacjentów?

– Nie tak często, nie jestem chirurgiem. Ale zdarza się.

– Czy ludzie są bardzo chorzy?

– Tak, jest dużo chorych. Niektórzy są zdrowi i mogą iść do domu, a inni są bardzo chorzy. Najczęściej starsi ludzie.

– Widziałeś, jak ktoś umiera?

– Tak. Wiele razy. To bardzo trudne.

Jedna dziewczynka na końcu klasy dusiła w sobie pytanie. W końcu nie wytrzymała i podniosła rękę.

– Czy pomyliłeś się kiedyś?

– Tak, nie raz.

Podekscytowane głosy i zaniepokojenie w rzędach ławek.

Inny chłopiec dopowiedział, patrząc szeroko otwartymi oczami:

– Dużo razy się pomyliłeś?

– Tak. Niestety. Jeżeli lekarz pracuje długo i miał wielu pacjentów, to w końcu popełni jakiś błąd. Nawet jeżeli jest dokładny i robi wszystko najlepiej, jak umie. Każdy może się pomylić.

– Ale chyba nikt nie umarł?

– Niestety, zdarzyło mi się popełnić taką pomyłkę, że ktoś umarł.

W klasie zapanowała cisza.

JAK WSZYSTKO SIĘ ZACZĘŁO

Jako dziecko byłem w stu procentach pewny, że nie zostanę lekarzem.

W szkole nie lubiłem przedmiotów ścisłych: matematyki, fizyki, chemii. Nie miałem wrodzonych zdolności do liczenia ani logicznego myślenia. Cyfry, atomy węgla i zawiłe eksperymenty fizyczne napełniały mnie grozą. Udawało mi się przetrwać lekcje algebry i doświadczenia chemiczne w dużej mierze dzięki pomocy uprzejmych kolegów, którym w zamian pomagałem we francuskim, kiedy mieli spore kłopoty. Interesowały mnie natomiast nauki społeczne, humanistyczne i języki. Pełen entuzjazmu nauczyciel wiedzy o społeczeństwie w gimnazjum otworzył mi oczy na ekscytujący świat polityki, a dzięki nauce języków obcych zdobyłem dostęp do świata poza granicami własnego kraju. Ale tak naprawdę wszystko zaczęło się od noża.

Moja mama była archeologiem i dużo podróżowała. W naszym domu regularnie rozbrzmiewały nazwy egzotycznych miejsc, jak Palmira, Syrakuzy czy Luksor. W Muzeum Archeologii Śródziemnomorskiej patrzyłem na groźne posągi, a potem śniłem koszmary o mumiach, które się budzą i gonią mnie w ciemnościach nocy. Kiedy miałem siedem lat, mama dała mi w prezencie mały scyzoryk z napisem „Oslo”. To był trochę niecodzienny podarunek dla siedmiolatka, ale przyjąłem go z radością i poprosiłem o następne scyzoryki z jej kolejnych wypraw. Wtedy oczywiście o tym nie myślałem, ale później zawsze wracałem do tamtego scyzoryka oraz uczuć i myśli, które we mnie obudził.

Tata też wyjeżdżał. Dzięki jego kongresom lekarskim i wyjazdom golfowym poznałem także inne części mapy: San Diego, Algarve i St Andrews. Mama i tata ze swoich różnych podróży po świecie zaczęli przywozić mi scyzoryki. Kolekcjonowałem moje nożyki i dbałem o nie, aż w końcu pokryły całą ścianę (tata pozwolił mi powbijać je w ścianę w piwnicy). Te koziki stały się moją mapą świata, przy której mogłem odpływać w marzenia. W myślach podróżowałem po Bliskim Wschodzie, Afryce, Azji i Ameryce. Moi rodzice się rozwiedli, ale nadal wyjeżdżali do różnych krajów i przywozili mi nożyki. Wciąż jednak nie dopuszczałem myśli, że mój bilet w świat mógłby prowadzić przez medycynę.

Lekarze, których spotykałem na Oddziale Chirurgii Klatki Piersiowej w szpitalu w Solnie, gdzie pracował mój tata, wydawali się sztywni i pozbawieni poczucia humoru. Tamtejsze środowisko było sterylne, białe i nudne. Jak ktoś mógłby chcieć spędzać dni w szpitalu? Poza tym w moim otoczeniu było zdecydowanie zbyt wielu lekarzy. „Co za brak wyobraźni, przecież muszą istnieć jakieś inne zawody” – myślałem.

Dziadek, stryjek i tata odnieśli sukces jako lekarze. Dużo pracowali i czuli się mocno związani ze swoim zawodem. Moim zdaniem prowadzili bardzo monotonne życie. Zauważyłem jednak, że wszyscy ludzie dookoła zdawali się podziwiać ich za to, co robią. „Dziwne” – uznałem i nie potrafiłem zrozumieć, co może być tak ekscytującego w białym fartuchu. Wszyscy trzej byli ordynatorami, doktoryzowali się w młodym wieku, sami prawie nigdy nie chorowali, pracowali wieczorami, w weekendy, na urlopie, ale nigdy nie narzekali. Przeciwnie: praca zdawała się sprawiać im przyjemność.

Pamiętam, że jako dziesięciolatek pojechałem kiedyś z tatą do pracy. Na ścianie jego gabinetu wisiał wielki olejny obraz, przedstawiający rannego mężczyznę na szpitalnym łóżku, być może z jakiejś wojny na początku XX wieku. Opiekowało się nim pięć pielęgniarek w białych czepkach z czerwonym krzyżem i długich sukniach. Zapytałem tatę, czy kiedyś pracował w jakimś kraju, gdzie trwała wojna.

– Nie. A tak to wyglądało tylko w przeszłości. Dzisiaj szpitale na całym świecie są nowocześnie wyposażone.

Dużo później miałem zrozumieć, że obraz świata mojego taty był nieco zawężony i prawdopodobnie wynikał z tego, że ojciec nigdy nie pracował w biednych krajach, dysponujących ograniczonymi środkami.

Mimo że sam zawód lekarza nie wydawał mi się interesujący, to fascynację ludzkim ciałem poczułem wcześnie. Moją ciekawość rozbudził dziadek, opowiadając o tym, jak Jezus umarł na krzyżu, a potem zmartwychwstał.

Siedzieliśmy razem na kanapie. Dziadek palił fajkę i pił whisky. Po przejściu na emeryturę wciąż przyjmował pacjentów w domu w Nysund. W jego gabinecie wisiały obrazy z motywami medycznymi: mężczyzna, któremu upuszczają krew, jakiś pacjent na stole operacyjnym otoczony wianuszkiem studentów w garniturach.

Dziadek był bardzo oczytany, sam też pisał i lubił opowiadać.

– Czy słyszałeś historię o zmartwychwstaniu Jezusa?

– Nie – odpowiedziałem, przyglądając się jego beżowemu golfowi pod wełnianą marynarką.

– Wiesz, że Jezus miał na głowie koronę cierniową, a na plecach dźwigał drewniany krzyż, który musiał nieść przez całą drogę na Golgotę?

– Nie...

– Tak to w każdym razie było. Został ukrzyżowany razem z innymi więźniami skazanymi na śmierć i wisiał tam, aż umarł. Rzymianie orzekli o jego śmierci, zdjęto go z krzyża i złożono w grobie wykutym w skale, który przygotował dla siebie Józef z Arymatei. Kiedy Maria Magdalena poszła tam trzeciego dnia, by ciało Jezusa namaścić, okazało się, że zmartwychwstał. Znowu był żywy. Jak to się mogło stać, jak myślisz?

– Nie mam pojęcia. – Wpatrywałem się w usta dziadka.

– Rzymianie byli bardzo dobrzy w krzyżowaniu swoich więźniów. Mieli duże doświadczenie. Więźniów przybijano gwoździami za dłonie i stopy, żeby cierpieli, niektórych przed ukrzyżowaniem biczowano batogiem, czyli biczem z ostrymi przedmiotami na końcach. – Dziadek dostrzegł moje szeroko rozwarte oczy. – Hm... może za dużo szczegółów. No cóż... Potem niejednokrotnie dyskutowano, co było przyczyną śmierci skazańców. Niektórzy naukowcy twierdzili, że ukrzyżowani wykrwawiali się od biczowania albo od ran, które powstawały od gwoździ przebijających dłonie i stopy; według innych dusili się, bo nie byli w stanie utrzymać w pionie ciała wiszącego na gwoździach, więc płuca się ściskały, a głowa opadała, co powodowało niedobór tlenu i w rezultacie śmierć.

Dziadek opowiadał bardzo obrazowo, a ja oczami wyobraźni widziałem potworne widoki.

Ciągnął dalej:

– Innym wytłumaczeniem mogło być odwodnienie: ukrzyżowani byli wystawieni na silne słońce. Tak czy inaczej, ukrzyżowanie oznaczało śmierć w okropnych męczarniach.

Opowiadanie dziadka bez reszty zaprzątnęło moją uwagę. Naprawdę chciałem wiedzieć, jak Jezus zmartwychwstał po tych wszystkich torturach.

Dziadek kontynuował swą opowieść.

– W Biblii jest napisane, że rzymski żołnierz wbił włócznię w bok Jezusa, po czym wypłynęła z niego krew i woda. Dlaczego Rzymianin miałby zrobić coś takiego?

Pokręciłem energicznie głową.

– Otóż Jezus był Żydem, a był to dzień przed szabasem, żydowskim dniem świątecznym. Każdy chciał się przygotować, więc poproszono Rzymian o zdjęcie Jezusa z krzyża. Aby przyspieszyć śmierć ukrzyżowanych, rzymscy żołnierze zazwyczaj jakimś twardym przedmiotem łamali im nogi. Kiedy ci nie byli już w stanie utrzymać w górze ciała na połamanych nogach, wykrwawiali się na śmierć albo dusili. Żołnierze połamali nogi skazańców wiszących obok Jezusa, którzy jeszcze nie umarli, ale kiedy doszli do Jezusa, ten już nie żył. Dlaczego zatem tamten rzymski żołnierz wbił włócznię w jego bok, nie wiadomo. Może tylko chciał się upewnić, że jest już martwy. A może istniała jakaś inna przyczyna.

– Ale od czego umarł? Opowiedz!

Dziadek uśmiechnął się.

– Badacze zastanawiali się, dlaczego Jezus umarł po zaledwie sześciu godzinach na krzyżu. Jedna z teorii głosiła, że Jezus był w stanie szoku, wcale nie umarł. Rzymianie pomylili się i złożyli go w grobie, gdzie się ocknął. Dużo później lekarz o nazwisku Gruner stwierdził, że Jezus musiał umrzeć w wyniku pęknięcia mięśnia sercowego, które nastąpiło od ciosów w klatkę piersiową przed ukrzyżowaniem.

Dziadek possał fajkę.

– Mów dalej! – zawołałem podekscytowany.

Odłożył fajkę na popielniczkę.

– Moja teoria jest taka, że Jezus miał tamponadę serca... to znaczy pęknięty mięsień sercowy, co powoduje, że krew zbiera się w osierdziu, które napełnia się jak torebka, serce jest uciskane i nie jest w stanie pompować krwi. Ciśnienie krwi spada i w końcu człowiek traci przytomność. Kiedy rzymski żołnierz przeszył bok Jezusa włócznią, ta przebiła też osierdzie wypełnione krwią. Tym samym nastąpiła tak zwana perikardiocenteza – krew z osierdzia została spuszczona. Wcześniej Jezus na skutek tamponady serca zapadł w śpiączkę. W grobie, kiedy położono go na wznak, powróciło krążenie, ponieważ krew z nóg znów trafiła do krwiobiegu, ciśnienie wzrosło, a on się przebudził.

– O rany! Ale super!

Zapamiętałem w szczegółach tę historię o Jezusie na krzyżu, którą opowiedział mi dziadek – prawdopodobnie dlatego, że później wielokrotnie opowiadałem ją moim kolegom. Wtedy chyba myślałem, że cała ta historia to efekt teoretycznych rozważań dziadka, ale później zrozumiałem, że w większości były to cudze hipotezy, o których czytał. Być może perikardiocenteza była jego własnym pomysłem. W każdym razie ta historia mnie zafascynowała i noszę ją w sobie całe życie. To było moje pierwsze zakochanie się w traumatologii i chirurgii. Dziadek po raz pierwszy otworzył mi oczy na medycynę poza sterylnymi ścianami szpitala.

W szkole walczyłem dalej, nadal byłem słaby z przedmiotów ścisłych. Zacząłem studiować nauki humanistyczne na Uniwersytecie Sztokholmskim. W końcu zdobyłem licencjat z psychologii. Podejmowałem się różnych dorywczych zajęć, ale wciąż nie myślałem o zawodzie lekarza – niezmiennie tkwił na samym dole listy wyobrażalnych profesji.

W czasie studiów, na początku lat dziewięćdziesiątych, usłyszałem o nowej organizacji, która pojawiła się w Szwecji: Lekarze bez Granic, po francusku MSF – Médecins Sans Frontières. Uczestniczyłem w kilku imprezach z udziałem jej członków i poznałem ludzi o otwartych umysłach, wybiegających myślą ku światu poza granicami ojczystego kraju. Wielu z nich naprawdę potrafiło przekraczać wszelkie, nawet najtrudniejsze granice, ale wtedy postrzegałem ich jedynie jako niezwykle inspirujących ludzi. Zacząłem snuć fantazje o wyjeździe do pracy z Lekarzami bez Granic. Problem polegał tylko na tym, że miałem dopiero niewiele ponad dwadzieścia lat i żeby móc z nimi wyjechać, musiałem być lekarzem albo pielęgniarzem.

Długo walczyłem z przeznaczeniem – przecież absolutnie nie miałem zostać lekarzem – ale ta perikardiocenteza Jezusa i Lekarze bez Granic stały się w końcu zbyt kuszące. Moje oceny ze szkoły nie były zbyt dobre, więc aby dostać się na kierunek lekarski, musiałem zdać egzamin i pomyślnie przejść wywiad psychologiczny.

PSYCHOLOG

– No dobrze, na początek proszę powiedzieć, dlaczego chce pan zostać lekarzem.

– Nie wiem.

– Ma pan na myśli, że nie wie, dlaczego chce zostać lekarzem?

– Nie, nie wiem, czy chcę zostać lekarzem.

Pani psycholog w podsztokholmskim Instytucie Karolinska próbowała ukryć zdziwienie. Dwudziestodwuletni chłopak, któremu udało się dostać na rozmowę kwalifikacyjną dzięki zdobyciu wymaganej liczby punktów w testach uczelnianych, nie wie, czego chce? Krecha w protokole?

Opuściła na nos okulary w granatowych oprawkach.

– Czy mógłby pan rozwinąć?

Przez kilka sekund rozważałem, czy powinienem być sprytny, czy szczery. Wybrałem to drugie.

– Lekarz jest na samym dole listy moich preferencji, tak naprawdę nigdy nie chciałem zostać lekarzem. Wydawało mi się to przesądzone z góry.

– Czy pana rodzice są lekarzami?

Spuściłem wzrok.

– Ojciec. I inni w rodzinie. W zasadzie nigdy mnie to nie pociągało. Raczej odstraszało. I zawsze przedmioty ścisłe sprawiały mi trudności.

– A zawód lekarza jest związany z naukami ścisłymi?

– No tak, chyba jest, prawda? Tak mi się wydaje. – Napotkałem jej badawczy wzrok i tym razem nie odwróciłem oczu. – Tak naprawdę chciałem zostać gitarzystą i zająć się muzyką.

– Ale?

– Ale... nie miałem odwagi całkowicie na to postawić. Dużo ćwiczyłem i tak dalej, ale... w końcu zrozumiałem, że nie mam zbyt dużego talentu.

– A czemu nie mógł pan grać po prostu dlatego, że to fajne?

– No bo... albo-albo.

– Co albo-albo?

– Nie wyobrażałem sobie, bym mógł być przeciętnym muzykiem.

– Ma pan na myśli, że chciał mieć poczucie, iż może stać się najlepszym?

– Coś w tym stylu.

Zapisała coś w swoim notesie. Być może „nastawiony na rywalizację”. Albo „niezdecydowana osobowość”.

– Więc dlaczego pan dziś tu siedzi?

– Bo skreśliłem już wszystkie inne możliwości z mojej listy. Zawód lekarza to jedyne, co na niej zostało.

Uśmiechnęła się ostrożnie i położyła dłonie jedną na drugiej na notesie.

– Ma pan... dwadzieścia dwa lata?

Kiwnąłem głową i dotarło do mnie, jak to wszystko głupio wygląda.

– Chodzi mi o to, że wszystko przemyślałem. Dużo eksperymentowałem. Podróżowałem, pracowałem, uczyłem się mnóstwa różnych rzeczy. W sumie uważam, że wszystko jest fajne. Może to jest moim głównym problemem.

– Co? To, że nie potrafi pan wybrać?

Zrobiłem głęboki wdech.

– Kiedy czytam poranną gazetę, ciekawi mnie wszystko. Prawie wszystko. I tak było przez całe życie. W szkole większość rzeczy mnie interesowała. Może nie byłem dobry we wszystkim, ale każdy przedmiot miał w sobie coś pociągającego. Na uniwersytecie mogłem równie dobrze rzucać kostką do gry – wszystkie kursy brzmiały ciekawie. Więc wszystkie wypróbowałem.

– Wszystkie?

– Wiele. I były fajne. Historia religii, politologia, filozofia, psychologia, socjologia... Kiedy mieliśmy drugi semestr psychologii i doszliśmy do psychologii klinicznej, zacząłem się domyślać, co chcę robić.

– W takim razie czemu nie psychologia?

Nie dostrzegłem nawet śladu uśmiechu, ale przeczuwałem, że to pytanie ją bawiło.

– Może byłem zbyt tchórzliwy. Albo jestem po prostu bardziej pragmatyczny. To musi być coś konkretniejszego. Coś, do czego używa się własnych rąk. Lekarz... Wiem, jak wygląda szpital. Jak lekarze pracują. Jak wygląda ich dzień powszedni.

– Ale powiedział pan, że to pana nie pociągało.

– Nie. Początkowo nie. Ale coś podświadomie popychało mnie w tym kierunku.

– Pieniądze?

– Lekarze dobrze zarabiają?

– Uważa się ich chyba za sowicie opłacanych.

– Nie, to nie dlatego. Wiem też, że chcę pracować dla Lekarzy bez Granic.

Pani psycholog podniosła wzrok. Trzy sekundy pauzy.

– Lekarze bez Granic...

– Tak, i dlatego muszę być lekarzem albo pielęgniarzem.

Wtedy nie wiedziałem, że zatrudniają także psychologów, ekonomistów i techników. Mógłbym nawet postawić na karierę klauna i dostać pracę u Lekarzy bez Granic.

Psycholożka odłożyła notes i długopis.

– A więc, jeżeli dobrze pana rozumiem, metodą wykluczania doszedł pan do tego, że zawód lekarza jest najmniej zły ze wszystkich wyobrażalnych zawodów świata?

– Tak można to ująć. I że chcę pracować dla MSF.

– MSF?

– Lekarze bez Granic, po francusku.

Kilka miesięcy później zacząłem studiować medycynę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tytuł oryginałuHAR JAG EN DÅLIG DAG KANSKE NÅGON DÖR
Projekt okładkiKarolina Żelazińska
RedakcjaAnna Kędziorek
KorektBożena LeszkowiczTeresa Zielińska
Copyright © Christian Unge, first published by Norstedts, Sweden, in 2018. Published by agreement with Norstedts Agency, Sweden, and BookLab Literary Agency, Poland Copyright © for the Polish translation by Urszula Pacanowska Skogqvist, 2019 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2019
ISBN 978-83-8032-325-4
Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Kosiarzy 37/53 02-953 Warszawa
POBIERZ NA TELEFON APLIKACJĘ WIELKA LITERA ARAplikacja WielkaLitera wykorzystuje technologię rozszerzonej rzeczywistości (AR) i umożliwia odtwarzanie wideo, audio oraz e-booków, a także przekierowuje na wybrane strony www. Aplikacja WielkaLitera jest dostępna w wersjach na Android oraz iOS. Pobierz ją za darmo i zobacz więcej.
Konwersja: eLitera s.c.