Jest pewien ukos światła. Poezje wybrane - Emily Dickinson - ebook
Opis

Wybór, przedmowa i przekład: Krystyna Lenkowska.

Edycja dwujęzyczna.

Podobno tłumacz musi się zakochać w umyśle poety, aby poświęcić ogrom czasu jego emocjom i myślom. I przełożyć je na własny język możliwie najżarliwiej. A własny język powinno się rozumieć nie tylko jako język rodzimy, ale też język tłumaczowi współczesny, w jakim sam myśli i którym mówi na co dzień; naturalny, niearchaiczny, nieupozowany na epokę nieznaną mu z autopsji.

Zachwyt tłumacza poezji i jego sztuka przekładu mogą zastąpić, skompensować myśli i formy „zgubione w przekładzie”. Bo przekładanie poezji nie jest aktem w najwyższym stopniu twórczym, nie jest też samotnym, ponieważ otwiera się na współpracę z mistrzem.

Umysł Dickinson wydaje się mózgiem, sercem, duszą i dodatkowym zmysłem w jednym. A każde z nich służy, szczerej do bólu, ekspresji uczuć, choćby przesłanie zabrzmiało grzesznie, makabrycznie lub bluźnierczo.

 

(fragment wstępu)

 

 

1120

Ten ciężki Dzień posuwał się –

Słyszałam jego osie

Jakby nie mogły się podźwignąć

Tak ruch był im nieznośny –



Kazałam swojej duszy przyjść –

Czekać nie było po co –

Poszłyśmy i grałyśmy i wróciłyśmy

 

 

Wtedy zniknął z oczu –

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 88

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Węglany wyrzeczenia i utraty

Wszystkich poetów oddałbym za Emily Dickinson.

Emil Cioran

Niech nas nie zwiedzie Pszczoła, powracająca w utworach Emily Dickinson dwadzieścia razy, co skrzętnie policzono. Pszczoła i jej kwiat nie wystarczą do tworzenia, choć tu wydają się komplementarne jak kobieta i mężczyzna, forma i treść, figuratywność i abstrakcja. Zanim amerykańska poetka opracuje słynny przepis na Prerię[1], wykorzysta swoją ekstazę nad łąkową menażerią i zielnikiem do abstrakcyjnych medytacji. Kiedy zaczyna pisać swoje pierwsze wiersze około trzydzieści lat wcześniej, traktujące nie tylko o miłości i przyrodzie, ale też o pogrzebie, gniciu (ciała), dzikiej rozkoszy, duszy „poszarpanej na strzępy i atomy”, musi pokonać ogrom sentymentalizmu, przypisywanego ówcześnie kobiecej narracji. Dość szybko jednak osiąga swój najwyższy stopień lirycznego wtajemniczenia w operowaniu formą. A celem nadrzędnym jest demonstrowanie utraty w całym jej siermiężnym przepychu niedostatku. Od początku towarzyszy temu eksces bluźnierstwa i ostentacji, a nawet element masochistyczny.

Ziemia to byłoby zbyt wiele – widzę –

A Niebo – nie dosyć dla mnie –

Miałabym Radość

Bez Strachu – żeby wyłożyć –

Sens Palmy – Bez Kalwarii – więc Zbawicielu –

Możesz mnie Krzyżować –[2]

Okres twórczej gorączki Emily Dickinson pokrywa się, nieprzypadkowo, z utratą przyjaciół, na przykład wyjazdem pastora Charlesa Wadswortha, śmiercią Benjamina Franklina Newtona, opuszczaniem miasta przez stałych bywalców domu Dickinsonów – absolwentów Amherst College, oraz czasem narodowej traumy spowodowanej wojną secesyjną. Prawdopodobnie także ze wstrząsającym zawodem miłosnym i załamaniem emocjonalnym, o konkretnych przyczynach których możemy tylko spekulować. Mocne przeżycia, następujące czasem krótko po sobie, poczucie osamotnienia, początek poważnych kłopotów zdrowotnych, szczególnie w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, były przyczyną psychicznego kryzysu młodej kobiety. Te przeżycia wyzwoliły u niej nieprzeciętny talent poetycki i rewolucyjny formalnie styl. Sposób na niezgodę i bunt znalazła w paradoksalnym odwróceniu wektorów sił, które ją przygniotły. Zamieniła swoje niespełnienie w świadome wyrzeczenie, a to z kolei – w bogactwo utraty. Nie chciała jednak robić tego publicznie (za jej życia nie został opublikowany ani jeden wiersz sygnowany jej nazwiskiem), jakby w obawie, że ówczesny świat czytelników nie jest gotowy na takie „ułomne” uchwycenie rzeczywistości: „(…) Nie mogłam ocenić swojej wagi. Mój rozmiar wydawał mi się mały. (…) ‘publikowanie’ (…) jest obce mojej myśli jak firmament płetwie. Jeśli sława jest mi pisana, nie mogłabym przed nią uciec; jeśli jest inaczej, najdłuższy dzień minąłby mnie w pościgu, (…) i wtedy Moja bosa ranga jest lepsza. (…)” – napisała prowokująco skromnie do wydawcy Thomasa Wentwortha Higginsona w roku 1862; nawet w listach „przesuwając” granice gramatycznych czasów i trybów.

Dwa lata później była już pewna niegasnącego oddziaływania „żywego Światła” Poetów. Przeczuwała, że raz zapalona Lampa Poezji nigdy nie zgaśnie. Dowiadujemy się o tym, a raczej domyślamy się tego, choćby z tego profetycznego wiersza:

Poeci zapalają Lampy –

Sami – gasną –

Jeśli ich żywe Światło

Rozpala Knot –

I trwa podobnie do Słońc –

Soczewką jest każdy Czas

powiększający

ich Krąg –[3]

W epigramatycznych „traktatach” o istocie poezji, miłości, wiary, śmierci, a poprzez oswojenie śmierci – o istocie wieczności i nieśmiertelności, natrętnie powraca idea utraty. W końcu to nie śmierć ziemska, a wieczność staje się bardziej niepokojąca w wizjonerskim obrazie poetki.

Za Mną – zanurza się Wieczność –

Przede Mną – Nieśmiertelność –

Ja – Termin pośrodku –

Śmierć ledwie Prąd co o Szarym Wschodzie,

Rozpuszcza się w Świcie,

Zanim Zachód przyjdzie –

(…)

Ten Cud przede Mną – więc –

Ten Cud za Mną – pomiędzy –

Poświata w Głębinie –

Ciemność na Północ od Niej –

Ciemność na Południe od Niej –

A Wiry – na Nieboskłonie –[4]

Nade wszystko jednak są to rozprawy poetyckie roztrząsające ten świat. Świat pozornie nieistotny we wszechświecie, a jednak tak dotkliwie drogi, że aby pogodzić się z jego utratą, trzeba ją najpierw skomplikować, zrelatywizować, wyidealizować i w końcu uświęcić, aby jej przypisać atrybut wyższego, wręcz boskiego sensu.

Nasz wzrok jest – Względny –

Jeszcze – Wczoraj –

Nie mogliśmy pojąć fragmentu

Rzeczy tak wygórowanej

Dziś Rano jasny Osąd –

Przychodzi bez trudu –

Bruzda – Nasza Kordyliera –

Nasze Apeniny – Wzgórek –

Może to i dobrze – dla nas –

Ten Ból – i ta utrata –

Ten zabór – na rzecz Jego Niebios

Rzeczy która była nasza –

(…)[5]

Uwaga Emily Dickinson nad rzeczywistością w kontekście przepychu niespełnień, tą oglądaną przez okno rodzinnego domu w Amherst, wyobrażoną lub przeczuwaną, jest tak głęboka, że staje się z czasem jej absolutem, religią. Niebagatelne jest też tutaj doświadczenie lektur, chociażby Biblii, a także wierszy i powieści autorstwa rodzeństwa Brontë, szczególnie imienniczki Emily, której wiersz towarzyszył Dickinson na własnym pogrzebie; zażądała tego w testamencie od wydawcy, wspomnianego już Thomasa W. Higginsona[6].

Helen Vendler[7] uważa, że wiersze Emily Dickinson to poezja implikacji raczej niż twierdzenia, jako że poetka konsekwentnie prowokuje inteligencję czytelnika do aktywnych reakcji. I choć otwarcie oświadcza na przykład, że „Usłyszałam bzyk Muchy – gdy umarłam” (465) lub że „Wyrzeczenie – jest dotkliwą Cnotą” (745) – te jednoznaczne twierdzenia na ogół prowadzą do dalszych, bardziej zagadkowych wersów, zarówno na poziomie języka, jak i treści.

Wyrzeczenie – to Wybieranie

Przeciw sobie –

Sobie na dowód –

Siebie –[8]

Można zaryzykować porównanie, że Dickinson wprowadziła do swojej poezji instrumentarium filozoficzne i matematyczne równie nowatorsko, jak Platon do swojego systemu studiów wprowadził miłość. Studiując jej poezję wynikania – w formie filozoficznej dywagacji, sylogizmu, implikacji – nie dajmy się zwieść pochopnym wnioskom, które mogą sugerować, że Dickinson formułuje czy choćby implikuje wyraźne przesłanie, na przykład przesłanie afirmujące. Jej afirmacja jest wynikiem genu danego nielicznym; dziecięcego, niezakłóconego zadziwienia w najczystszej postaci, który większość ludzi zatraca z wiekiem. Ten ekstatyczny zachwyt sprawił, że poetka inaczej niż przeciętny człowiek postrzegała czas i przestrzeń. Za sprawą innego swojego nieprzeciętnego daru (można by go nazwać chorobliwą nadwrażliwością) nieustanie odczuwała przestrzeń jako coś zanurzonego w bezkresie, który ją przerażał. Aby nie zatracać się w nieznanym oraz niepewności co do istoty egzystencji, na pohybel intuicji, stara się zbliżać tylko do konkretu i aż konkretu. A tym konkretem jest materialny i społeczny świat z jego „zwykłymi tęsknotami”, których ona się demonstracyjnie wyrzeka na rzecz przywłaszczania sobie daru utraty „Wszystkiego” do granic pojęcia nieśmiertelności. I to jest jej drugie źródło afirmacji, tym razem wypracowanej, wydedukowanej, co w konsekwencji może stać się domyślnym przesłaniem dla nas, spadkobierców tej filozofii natury, o ile otworzymy się na to dziedzictwo.

Utrata Wszystkiego – przyćmiła Mi

Zwykłe Tęsknoty,

I nawet gdyby z Orbity

Nagle Świat wyskoczył –

Lub Słońce wygasało –

Nie zdziwiłabym się

Na tyle by Czoło znad pracy –

Unieść.[9]

Na podstawie wielu utworów można zaobserwować, że wraz z wyrzekaniem się „zwykłych tęsknot” w postawie poetki, ascetycznej z pozoru, paradoksalnie następuje jakby równoległe odrzucenie obowiązku komunikowania się wyłącznie językiem plemienia. Konsekwentnie wypiera tradycyjne traktowanie pobożności oraz praktykowanie obrzędów religijnych na rzecz obowiązku znalezienia własnej formy uwagi nad unikalnością ziemskiego życia, nobilitując tym samym jego utratę. Wielokrotne przymierzanie się do trumny, grobu, pogrzebu, wręcz bluźniercze roztrząsanie istoty śmierci oraz tego, co dalej, to nic innego, jak dotkliwy sposób obwieszczania z góry ukartowanego końca. Skoro nie można zatracić się w posiadaniu, trzeba zatracić się w jego braku, zdaje się mówić poetka. A ekspresją tego braku, z całą swoją wystawnością wyrzeczeń, może być poezja, którą Dickinson bierze w swoje totalne posiadanie i wykorzystuje w postaci listu „do Świata / Co nie pisał do Mnie –”[10]; w nim dzieli się swoim duchowym odkryciem, a nawet dzieli się nim jak duszą. W ostatnim swoim wierszu, nr 1775, mówi, że nie ma większego piękna nad elegię świerszcza. I to jest właśnie poetycki kod Emily Dickinson – rozpamiętywanie utraty i nieskończoności służące autoryzacji parametrów ziemskiego piękna.

Inni święcą Niedzielę w Kościele –

Ja, święcę ją w Domu –

Ze Szczygłem Chórzystą –

Pod Kopułą Sadu –

(…)

Bóg, Kaznodzieja znakomity –

Głosi kazania niedługie,

Więc zamiast pójść do Nieba, wreszcie –

Ja tam, ciągle, idę.[11]

Przez rafy mieszczańskiej XIX-wiecznej religijności protestanckiej, meandry etycznych rozważań, wypierając stopniowo usankcjonowany obrzęd Kościoła, Dickinson doszła do odrębnej teologii, w której nauka o Bogu, jego naturze oraz relacji do świata i ludzi jest nauką stosowaną tu i teraz, na tym jedynym w swoim rodzaju mikroskopijnym świecie w kosmosie. A najwyższym celem człowieka nie musi być zbawienie i życie wieczne. Sensem jest miłość do ziemskiej natury. Choć znajdujemy też wiersze dowodzące wielkiej pokusy poetki wobec chrześcijańskiej obietnicy własnej nieśmiertelności i ponownego połączenia się z ukochaną osobą. W wierszu 664 Dickinson pisze: „(…) Gdy Kształty ukażą swoje królewskie Rangi – / I z Mgieł – ociosane będą, / Ujrzyj ten Atom – który wolałam – / Od wszystkich innych z Gliny!”.

A może nadużyciem jest nazywanie tego odrębną teologią? Może, po prostu, Emily Dickinson odpowiada myśl starożytnych filozofów, dla których religia oznaczała zdolność odczytywania tego, co jest związane z Bogiem. Stąd w swoim myśleniu o religii widzi bezpośredniość relacji sfery boskiej i ludzkiej, w której sfera sacrum to sztuczny system pośredni, zbędna doktryna, kult, narzucony rytuał. Może jej poezja to, między innymi, wielka rozprawa o religii ponad różnorodnością podziałów, wartościowaniem, a nawet ponad należnym Bogu poczuciem lęku i pojęciem ofiary, fetyszu, grzechu i kary? Należałoby raczej historycznie przypisać poezję Dickinson kulturze metafizycznej, a nie religijnej. Jej metafizyczność znalazła swój własny unikalny algorytm na rozwiązywanie dylematu cierpienia i utraty przez stawianie trudnych pytań filozoficzno-teologicznych.

O unikalności tej liryki nie stanowią ani poruszane tematy, które były podobne do tematów innych poetów jej współczesnych, ani zainteresowania intelektualne epoki. W poezji Dickinson uderza wizja wyparcia się religijnych doktryn, wręcz wyrzeczenia się „Wszystkiego”, w zamian za korzyść posiadania bogactwa utraty. Poraża „nieskończenie” szeroka gama uczuć zawarta w 1775 pozornie prostych, najczęściej krótkich, wierszach, od miłosnego żaru po śmiertelny smutek egzystencjalny. Wiersz 280 to jeden z tych, które pokazują tę ogromną siłę, koncentrację przekazu i bolesną esencję doświadczenia zmysłów.

Poczułam Pogrzeb, w moim Mózgu,

I Kondukt co kroczył –

I kroczył – aż się wydawało

Że Czucie Rozum przekracza –[12]

Poezja ta miała swoich adwersarzy nie tylko w XIX-wiecznej literackiej epoce panowania wiersza sylabotonicznego, ale też w XX wieku, który był łaskawy dla eksperymentów artystycznych. Warto jednak wspomnieć, że cztery lata po śmierci Emily Dickinson pierwsze wydanie jej wierszy było bardzo popularne w Ameryce i w ciągu zaledwie dwóch lat doczekało się jedenastu wznowień.

Generalnie jednak wiek XIX, zatopiony w krysztale tradycyjnej formuły jak chińska dynastia Qing, kwestionował slant rhyme poetki z prowincjonalnego Amherst lub wręcz brzydził się „ułomną” formą wiersza. W podobnym czasie, w Anglii, Gerald Manley Hopkins eksperymentował z rymem określanym jako sprung rhyme.

Po latach wciąż zdarzało się protekcjonalne traktowanie poezji Dickinson z powodu jej epigramatyczności oraz „dziecięcej naiwności”, w której nie rozpoznano rozmyślnie konsekwentnej formy. Ona sama zaczytywała się w poważnej epice, dramatach z długimi monologami, pokaźnych rozmiarów poematach i sonetach. Uwielbiała poetów metafizycznych. Miała też solidne wykształcenie w naukach ścisłych. Jej wiersz 1063 brzmi jak odpowiedź skierowana do malkontentów, którzy sądząc dzieło po pozorach, pochopnie upatrują jego słabości.

Popiół oznacza dawny Ogień –

Uczcij najbardziej Szary Stos

Przez wzgląd na tę Byłą Istotę

Co tam krążyła jakiś czas –

Ogień istnieje najpierw w świetle

A potem jest scalany

I tylko Chemik może odkryć

Jakie to Węglany.[13]

Praca przekładowa wierszy Emily Dickinson to bardzo trudne, ale i niezmiernie kuszące wyzwanie dla tłumaczy na całym świecie od wielu dziesiątek lat. Poetka była specjalistką od Starego i Nowego Testamentu. Znała świetnie Biblię Króla Jakuba. Zaczytywała się w dziełach Szekspira, Miltona, Wordswortha, Keatsa, Browninga, rodzeństwa Brontë i wierszach modnych w jej czasach poetów, jak na przykład Longfellowa. Dziwi fakt jej zainteresowania niewybitnym i koniunkturalnym Longfellowem (wspomniano w prasie literackiej, że „pisał mając ‘szerokie rzesze’ zbyt mocno na myśli”)[14]. Jednak współczesna historia literatury klasyfikując Longfellowa jako protoplastę modernizmu, na przykład T.S. Eliota[15], pokazuje, że Dickinson miała genialne ucho krytyka poezji. Tym bardziej dziwi jej brak zainteresowania Waltem Whitmanem, jedynym współczesnym poetą amerykańskim, który dorównywał jej wybitności. Jakkolwiek dziś na to spojrzymy, Emily miała swoje zdanie: „Nie czytałam jego książki – napisze w liście do wydawcy Thomasa Higginsona – ale podobno jest haniebna”[16]. Agnieszka Salska[17] uważa, że „Emily Dickinson swój czas wyprzedziła, choć w dalece inny sposób niż Whitman. Zawstydzałaby ją i krępowała konfesyjność i demonstracyjna cielesność Whitmana. Była wszak ‘panną z dobrego domu’ w epoce wiktoriańskiej, ceniącej prywatność, dyskrecję i formę w relacjach interpersonalnych. Poezja Whitmana jest poezją apetytów, a Dickinson – poezją wyrzeczenia”.

Jej poezja jest nie tylko wyzwaniem merytorycznym; należy też stawić czoła formie nieregularnie regularnego dickinsonowskiego wiersza – prozodii trochejów, anapestów, a głównie niemal wszechobecnego metrum kościelnego hymnu oraz zagadkowej interpunkcji w postaci słynnych pauz biegnących. A nade wszystko trzeba ogarnąć tę śmiałą enigmatyczną manierę i spekulatywną dykcję wyrzeczenia i utraty; ogarnąć ponad stereotypami dawnej i obecnej epoki, myślenia o płci, religii, o stosunkach społecznych, a nawet o roli samej poezji.

Podobno tłumacz musi się zakochać w umyśle poety, aby poświęcić ogrom czasu jego emocjom i myślom. I przełożyć je na własny język możliwie najżarliwiej. A własny język powinno się rozumieć nie tylko jako język rodzimy, ale też język tłumaczowi współczesny, w jakim sam myśli i którym mówi na co dzień; naturalny, niearchaiczny, nieupozowany na epokę nieznaną mu z autopsji.

Zachwyt tłumacza poezji i jego sztuka przekładu mogą zastąpić, skompensować myśli i formy „zgubione w przekładzie”. Bo przekładanie poezji nie jest aktem w najwyższym stopniu twórczym, nie jest też samotnym, ponieważ otwiera się na współpracę z mistrzem.

Umysł Dickinson wydaje się mózgiem, sercem, duszą i dodatkowym zmysłem w jednym. A każde z nich służy, szczerej do bólu, ekspresji uczuć, choćby przesłanie zabrzmiało grzesznie, makabrycznie lub bluźnierczo. Wyobraźmy sobie teraz, jak bardzo bluźnierczo musiało brzmieć w purytańskiej Ameryce. Wydawcy początkowo „łagodzili” wymowę niektórych wierszy, posuwając się nawet do wykreślania „obrazoburczych” fraz.

Emily Dickinson, amerykańska poetka postromantyczna, jest od lat jednym z najbardziej pożądanych poetów świata. Męska końcówka brzmi tu wieloznacznie. Po pierwsze, stawia tę poezję ponad płcią. Tym samym, nie stygmatyzuje i nie zawęża zbioru do drugiej połowy świata poetek. Po drugie, wyraża podziw dla gramatycznej prostoty i zwięzłości języka angielskiego, a co za tym idzie – jego językowej pojemności. Nie ułatwia to jednak pracy tłumaczowi, a wręcz przeciwnie. Język angielski oparty jest na krótkich słowach – monosylabach, wyrazach dwusylabowych, w przeciwieństwie do polskiego, w którym trudno o ich dźwiękowe odpowiedniki. W wierszach Dickinson jest moc abstrakcji, symboli, alegorii i wieloznaczności, na których opiera się znaczenie. Dla tłumacza bolesna jest świadomość utraty każdej figury retorycznej, każdego znaczącego rymu czy rytmu, z powodu gramatycznej nieadekwatności. Bardzo często też pojawia się dylemat rodzaju podmiotu, który w polszczyźnie jest gramatycznie ściśle określony, a w języku angielskim wynika z kontekstu, i bywa, że zwyczajnie nie wiadomo, czy podmiotem jest ON czy ONA lub jak tę dwuznaczność wyrazić zaimkiem, przypadkiem czasownika, polskim rzeczownikiem genderowo obciążonym. I choć ta poezja dotyczy odwiecznych tematów, jak miłość, natura, śmierć czy religia, to wymyka się pełnemu zrozumieniu na poziomie intelektu, a gramatyka angielska wydaje się być z tą wielką zagadką w doskonałej symbiozie.

Mój – Prawem Białego Wyboru!

Mój – z Królewskiej Pieczęci!

Mój – przez Znak w Szkarłatnym Więzieniu – którego

Krata – nie więzi!

Mój – z Odwołania Grobu – tutaj

Mój – w Wizji – i w Weto!

Potwierdzony –

Ekstatyczny Zapis!

Mój – nie na pastwę Wieków![18]

Skoro poetka wyrzekła się „Wszystkiego” i oparła „jedynie” na przywileju utraty, kim jest posiadany przez nią „Mój” („Mój” lub „Moja” w języku angielskim) w tym wierszu? Symptom negacji, w tym wypadku – pozyskanie przez weto, jest logicznie niczym innym jak utratą przez aprobatę, co wpisuje się w studium naukowych badań nad tą poezją. Wiersz 528 to jeden z tych wierszy, które stanowią poetycki manifest Emily Dickinson. Według niej, poezja jest nieodwołalnym darem, tak jak zbawienie i potępienie są z góry określone przez Boga według religijnej koncepcji predestynacji. „Biały” akt narodzin lub zaślubin z poezją, królewskie nadanie talentu i powołania, skazanie na suwerenność myślenia ponad kulturowym i religijnym kodem, to symbole dualizmu ograniczenia i wolności, utraty i zysku. Ale również wizja przetrwania w „ekstatycznym zapisie”.

(…)

Wolna – jest moja Dusza –

Za śmiertelną Kością

Pracuje Ta śmielsza –

(…)[19]

Czy tę pewność i wierność sprawie symbolizowały białe suknie Emily Dickinson, które nosiła w ostatnich latach życia? Nie potrafią odpowiedzieć na to pytanie najwnikliwsi badacze jej poezji i biografii. Nie można też mieć pewności, kim był tajemniczy „Master”, do którego pisała listy w latach 1858–1862. Kim była istota, którą posiadła „prawem białego wyboru”? Poezją – „Duszą w Białym Skwarze”[20]? Wieczną sławą? Mężczyzną? Kobietą? Bogiem? Zbawieniem? Posiadła ją czy jego? Gramatyka języka angielskiego pozostaje w tym względzie dwuznaczna, a poezja Emily Dickinson – w swoich „węglanach” zachwytu, wyrzeczenia i utraty – dotkliwie wieloznaczna i enigmatyczna.

[1]  Wiersz 1755

Do prerii trzeba koniczyny i jednej pszczoły,

Jednej koniczyny, i pszczoły,

I zadumy.

Sama zaduma wystarczy,

Gdy pszczół nie uświadczy.

[2]  Wiersz 313.

[3]  Wiersz 883, rok 1864.

[4]  Wiersz 721, rok 1863.

[5]  Wiersz 534, rok 1862.

[6]Moja dusza nie tchórz,

Nie drży przed światem niespokojnych sfer:

Widzę niebo w słońcu bez burz,

Gdzie Wiara błyszczy odpędzając lęk.

(…)

Nie ma miejsca na Śmierć,

Więc żaden atom nie sprosta próżni:

Ty – TY jesteś Tchnąć i Być,

Tego czym TY jesteś nie można zburzyć. (tłum. KL)

[7]  Prof. Helen Hennessy Vendler, autorka m.in. Poets Thinking: Pope, Whitman, Dickinson, Yeats Harvard University Press, 2004 oraz Dickinson: Selected Poems and Commentaries (Harvard University Press, 2010)

[8]  Wiersz 745, rok 1863.

[9]  Wiersz nr 985.

[10]  Wiersz 441, rok 1862.

[11]  Wiersz 324.

[12]  Wiersz 280, rok 1861.

[13]  Wiersz 1063.

[14]  „(Longfellow) wrote with the ‘masses’ too firmly in mind”, Library of Congress.

[15]  Dan Goi, Longfellow in the Aftermath of Modernism, w: The Columbia History of American Poetry, ed. Jay Parini, 1993.

[16]  „You speak of Mr. Whitman. I never read his Book – but was told it was disgraceful”.

[17]  Prof. Agnieszka Salska, autorka m.in. Walt Whitman and Emily Dickinson. Poetry of the Central Consciousness (Philadelphia: University of Pennsylvania Press, 1985), współautorka The Emily Dickinson Handbook (Amherst: University of Mass. Press, 1998) oraz Emily Dickinson Encyclopedia, (Westport, Conn., London: Greenwood Press, 1998).

[18]  Wiersz 528.

[19]  Wiersz 384.

[20]  Wiersz 365, rok 1862.

Jest taki ukos światła

2

There is another sky,

Ever serene and fair,

And there is another sunshine,

Though it be darkness there;

Never mind faded forests, Austin,

Never mind silent fields –

Here is a little forest,

Whose leaf is ever green;

Here is a brighter garden,

Where not a frost has been;

In its unfading flowers

I hear the bright bee hum;

Prithee, my brother,

Into my garden come!

1851    1894

2

Jest też inne niebo,

Wciąż jasne i piękne,

I jest także inne słońce,

Choć tam bywa ciemno;

Co tam spłowiałe lasy, Austin,

Co tam pola ciche –

Tutaj jest maleńki lasek,

Z wciąż zielonym liściem;

Tutaj jest jaśniejszy ogród,

Nietknięty przymrozkiem;

W niepłowiejących kwiatach

Żywy szum pszczół słychać;

Do mojego sadu

Bracie, proszę, przychodź!

1851    1894

18

The Gentian weaves her fringes –

The Maple’s loom is red –

My departing blossoms

Obviate parade.

A brief, but patient illness –

An hour to prepare,

And one below this morning

Is where the angels are –

It was a short procession,

The Bobolink was there –

An aged Bee addressed us –

And then we knelt in prayer –

We trust that she was willing –

We ask that we may be.

Summer – Sister – Seraph!

Let us go with thee!

In the name of the Bee –

And of the Butterfly –

And of the Breeze – Amen!

c. 1858    1891

18

Goryczka przędzie frędzle –

Krosna Klonu rude –

Moje więdnące kwiaty

Nie chcą parady.

Cierpliwa, krótka niemoc –

Godzina szykowania,

I ta co rano jeszcze z nami

Jest już z aniołami –

Procesja była mała,

I Szczygieł tam był –

Kazanie Pszczoła miała –

I pomodliliśmy się –

Ufamy, że tak chciała –

Prosimy niech nam wolno

Serafinie – Siostro – Lato!

Udać się z tobą!

W imię Pszczoły –

I Ważki –

I Wiatru – Amen!

c. 1858    1891

19

A sepal, petal, and a thorn

Upon a common summer’s morn –

A flask of Dew – A Bee or two –

A Breeze – a caper in the trees –

And I’m a Rose!

c. 1858    1896

19

Pręcik, płatek, oraz kolce

Latem kiedy wstaje słońce –

Fiolka rosy – Pszczoła, dwie osy –

Wiaterek – w drzewach sus – i Różą

Jestem już!

c. 1858    1896

49

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Węglany wyrzeczenia i utraty
Jest taki ukos światła
2
2
18
18
19
19
49
Karta redakcyjna

© for translation by Krystyna Lenkowska

© for the preface by Krystyna Lenkowska

© for the Polish edition by Officyna s.c.

Wydanie I, Łódź 2018

Konsultacja akademicka: prof. dr hab. Agnieszka Salska

Redakcja: Maja Wójcik, Hanna Borawska

Korekta: Łukasz Urbaniak, Maja Wójcik

Projekt okładki: Maciej Mraczek / maciejmraczek.pl

Projekt typograficzny: Katarzyna Turkowska, Ewa Mikuła

Wydawnictwo Officyna s.c.

93–114 Łódź, ul. Przędzalniana 99

www.officyna.com.pl, [email protected]

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

ISBN 978-83-62409-80-8

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek