Japonia, Chiny i Korea. O ludziach skłóconych na śmierć i życie - Michael Booth - ebook

Japonia, Chiny i Korea. O ludziach skłóconych na śmierć i życie ebook

Michael Booth

0,0
47,99 zł

lub
Opis

Kolejna książka autora bestsellera Skandynawski raj

Japończycy, Koreańczycy i Chińczycy nie tylko ze sobą sąsiadują, ale też należą do jednej wielkiej konfucjańskiej rodziny. W sferze kulturowej łączy ich bardzo wiele, a przyjazne stosunki mogą im przynieść mnóstwo korzyści. Dlaczego więc pałają do siebie taką nienawiścią?

Michael Booth, dziennikarz i autor wielu bestsellerów, rusza w podróż po Azji Wschodniej, by zbadać przyczyny wzajemnej wrogości trzech azjatyckich tygrysów. Okazuje się, że wszystko może być źródłem konfliktu: przynależność terytorialna wysp, wojenna historia, kontrowersyjne pomniki, eskalacja zbrojeń, a nawet… zła dekoracja deseru.

Japonia, Chiny i Korea… to barwna, sugestywna i niezwykle zabawna książka, będąca połączeniem relacji z podróży z zarysem historii i polityki tamtego regionu. „Dwa tygrysy nie mogą mieszkać na tej samej górze” – mówi wschodnie przysłowie. I okazuje się, że jest w nim sporo prawdy.

 

„Polityka historyczna jest w Azji Wschodniej najsilniejszą bronią masowego rażenia. Nie trzeba nowoczesnych rakiet, żeby trzymać się w szachu. Nienawiść do sąsiadów można włączać i wyłączać, jeżeli rządy tego potrzebują. Booth rzuca światło na ten skomplikowany, zerojedynkowy świat”.

Rafał Tomański, autor kanału „Środek od środka” (TikTok/YouTube/podcast), były korespondent Polskiej Agencji Prasowej w Pekinie

To zabawny, barwny i pełny ciekawych informacji dziennik podróży… [Booth] jest wspaniałym obserwatorem rzeczywistości a jego podsumowania spornej historii są uderzająco trafne.

Michael Sheridan, „Sunday Times”

Doskonałe zwięzłe studium kultur i konfliktów w Azji Wschodniej, z którego emanują życzliwość, empatia i głębokie zainteresowanie autora (…). Frapująca lektura, pełna ciekawych informacji i przystępnie napisana.

Mike Cormack, „Spectator”

W tej dowcipnej książce podróżniczej… [Booth] staje się naszym przewodnikiem podczas wycieczki po Japonii, Korei Południowej, Tajwanie i Chinach… to źródło zarówno rozrywki jak i wiedzy dla czytelników.

Jasper Becker, „Literary Review”

Obiektywna, rzetelna, przenikliwa i przystępnie napisana książka o historii i aktualnych wydarzeniach w Azji.

„Kirkus Reviews”

 

Michael Booth to uhonorowany wieloma nagrodami autor siedmiu bestsellerowych książek z gatunku literatury faktu, a także dziennikarz prasowy i radiowy. W Polsce ukazało się kilka jego książek, w tym Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych. Booth regularnie publikuje w „The Guardian”, „The Independent”, „The Times”, „The Telegraph”, w magazynie podróżniczym „Condé Nast Traveller” i innych czasopismach o zasięgu globalnym. Jest korespondentem magazynu „Monocle” oraz radia Monocle 24, często podróżuje też po krajach nordyckich z cyklami pogadanek i wykładów. Jako dziennikarz zajmuje się tematyką krajów skandynawskich i Azji Wschodniej oraz pisze teksty o gotowaniu i podróżach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 553

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Seria: MUNDUS. Fenomeny

Projekt okładki: Agnieszka Winciorek Fotografia na okładce: iStock

Tytuł oryginału: Three Tigers, One Mountain: A Journey through the Bitter History and Current Conflicts of China, Korea, and Japan

Copyright © Michael Booth 2020 

© Copyright for Polish Translation and Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Wydanie I, Kraków 2021 All rights reserved

Niniejsza książka stanowi utwór chroniony na podstawie ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Prawami do tego utworu dysponuje Wydawca – Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Bez zgody Wydawcy niedopuszczalne jest kopiowanie, rozpowszechnianie lub inne korzystanie z niniejszej książki w całości lub z jej fragmentów z wyjątkiem dozwolonego użytku osobistego lub publicznego.

ISBN 978-83-233-4913-6 ISBN 978-83-233-7157-1 (e-book)

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków

tel. 12 663 23 80, faks 12 663 23 83

Dystrybucja: tel. 12 631 01 97, tel./faks 12 631 01 98

tel. kom. 506 006 674, e-mail: [email protected]

Konto: PEKAO SA, 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

www.wuj.pl

Dwa tygrysy nie mogą mieszkać na tej samej górze

(starożytne przysłowie chińskie)

Prolog

Źródłem problemu były dwie maleńkie kropeczki z błękitnego lukru, każda o średnicy niespełna milimetra. Stanowiły one element dekoracji deseru, wyglądającego całkiem apetycznie musu z mango o dźwięcznej nazwie Wiosna Narodów, który – jak zapowiedziano – miał być podany podczas uroczystego obiadu na cześć przywódców Korei Północnej i Południowej. Kropeczki były ledwie widoczne, ale Japończycy je wypatrzyli i nie kryli niezadowolenia.

„Jest to wysoce niefortunne i nie do przyjęcia” – stwierdził rzecznik japońskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, kiedy informacja o nieszczęsnych kropeczkach wyciekła do mediów przed historycznym spotkaniem w kwietniu 2018 roku. „Poprosiliśmy, aby nie podawano tego deseru”.

Japończycy złożyli oficjalną skargę i domagali się usunięcia musu z menu, lecz ich starania nie zdały się na nic. Podczas uroczystego obiadu prezydent Republiki Korei Mun Jae-in (Mun Dzae-in) i przywódca Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Jŏng-ŭn (Kim Dzong Un, Kim Dzong-yn) powitali deser gorącymi oklaskami.

Przyczyną oburzenia Japończyków było to, że kropki, stanowiące element czekoladowej mapy Półwyspu Koreańskiego, wyobrażały grupę spornych wysp, a raczej kilka wystających z wody skał położonych w odległości 280 kilometrów od wschodniego wybrzeża Korei Południowej. W Korei noszą one nazwę Tokdo, w Japonii – Takeshima, w krajach anglojęzycznych zaś znane są jako Liancourt Rocks. Japonia i Korea Południowa od dawna toczą zaciekły spór o ich przynależność terytorialną. Koreańczycy opierają swoje roszczenia na wzmiankach w dwunastowiecznej kronice Epoki Trzech Królestw – Samguk sagi. Japończycy natomiast utrzymują, że wysepki od stuleci stanowią bazę japońskich rybaków, i podkreślają, że roszczenia Korei Południowej zostały odrzucone przez Amerykanów podczas konferencji pokojowej w San Francisco w 1951 roku.

Chociaż w czasie gdy wydawano uroczysty obiad dla przywódców obydwu Korei, to ich kraje, praktycznie rzecz biorąc, znajdowały się w stanie wojny i choć jeden z owych przywódców był despotą, który zagrażał bezpieczeństwu w Azji Wschodniej oraz odpowiadał za śmierć tysięcy obywateli swego kraju, co do jednej kwestii byli całkowicie zgodni.

Japończycy mogą się wypchać.

Dla Koreańczyków, zarówno tych z Północy, jak i z Południa, dwie kropeczki z lukru były symbolem buntu przeciwko ich dawnemu ciemięzcy, dla Japończyków zaś niepotrzebną prowokacją; dla Chińczyków, którzy z całą pewnością pilnie śledzili przebieg wydarzeń, stanowiły zapewne krzepiącą oznakę nieustającej wrogości między ich dwoma sąsiadami, jako że silne przymierze japońsko-koreańskie stanowiłoby poważne zagrożenie dla Pekinu (chiń. Běijīng)1.

Śledziłem rozwój wydarzeń, siedząc przed telewizorem w pokoju hotelowym na Tajwanie, pod koniec mojej podróży po tym wstrząsanym konfliktami regionie. Dzięki temu, co zobaczyłem i czego się dowiedziałem o jego historii, rozumiałem całkiem dobrze symboliczne znaczenie owego deseru. Kiedy myślałem o dwóch kropelkach lukru, widziałem dziesiątki milionów martwych, niewinnych ludzi, widziałem zniszczenie miast i upadki imperiów, widziałem ucisk, okupację, wyzysk i, przede wszystkim, jątrzącą się nienawiść, która w każdej chwili mogła wybuchnąć i przekształcić się w niszczycielską wojnę regionalną o trudnych do przewidzenia konsekwencjach dla całego świata.

Czemu więc narody Azji Wschodniej nie mogą żyć w zgodzie? Jak głęboko sięgają korzenie wrogości między Japonią, Koreą i Chinami i co ją nadal podsyca? Czyim interesom służy sabotowanie pokoju między trzema azjatyckimi tygrysami? Oto zaledwie kilka spośród mnóstwa pytań, które skłoniły mnie do odbycia tej wyprawy do regionu świata, który fascynuje mnie przez całe moje dorosłe życie.

Mogłoby się wydawać, że harmonijne relacje przyniosłyby Chinom, Korei, Japonii, a także czwartemu tygrysowi – Tajwanowi – same korzyści: rozkwit gospodarczy, wymianę kulturalną i technologiczną, wszechstronny postęp i pokój, a jednak kraje te nieustannie balansują na granicy poważnego konfliktu. Zdaniem wielu obserwatorów, jeżeli dojdzie do wybuchu trzeciej wojny światowej, najprawdopodobniej rozpocznie się ona tutaj, być może poprzedzona rozruchami w Korei Północnej albo konfrontacją czy też jakimś incydentem w Cieśninie Tajwańskiej, która od dawna jest uznawana za najgroźniejszy punkt zapalny na świecie. Choć równie dobrze konflikt może się rozpocząć od jakiegoś głupstwa, które ktoś zrobi na Tokdo/Takeshima.

Co kilka miesięcy dochodzi do sporów dyplomatycznych między tymi krajami, protestów społecznych na ulicach Seulu, Pekinu, Taipei (Tajpej, w transkrypcji pīnyīn: Taiběi) albo Tōkyō, nakładania sankcji gospodarczych, przepychanek militarnych. Przywódcy polityczni i dyplomaci, pozornie nie licząc się z konsekwencjami, sięgają po coraz ostrzejszą retorykę, co wywołuje adekwatne reakcje ich wyborców, reszta świata zaś reaguje pobłażliwym westchnieniem, przewidując, że wszystko jak zwykle rozejdzie się po kościach. A tymczasem napięcie stale narasta. Chiny szybko organizują największe na świecie siły zbrojne, a ich marynarka wojenna dominuje na oceanach regionu; rządzący Japonią dążą do obalenia jej pacyfistycznej konstytucji, co umożliwiłoby temu krajowi budowanie agresywnego potencjału militarnego; jednostronna deklaracja niepodległości Tajwanu niemal na pewno sprowokuje Chiny do inwazji, co teoretycznie może doprowadzić do zaangażowania w ów konflikt Stanów Zjednoczonych, jako że w tamtym regionie stacjonują dziesiątki tysięcy amerykańskiego personelu wojskowego. Nie wolno także zapominać o Małym Rocket Manie z Phyŏngyang (także Pjŏngyang), który ponoć stale trzyma swoje tłuste paluchy niepokojąco blisko nuklearnego guzika. Wzajemne animozje we wschodniej Azji nie ograniczają się jednak tylko do rządów i przywódców wojskowych. Nienawiść – prawdziwa, instynktowna, ślepa nienawiść – nieprzerwanie tli się w ludziach, eksplodując od czasu do czasu aktami przemocy.

W 2012 roku w chińskim mieście Xi’an w prowincji Shaanxi pięćdziesięciojednoletni Li Jianli został wywleczony ze swego samochodu i pobity niemal na śmierć przez rozwścieczony tłum, który wyległ na ulice, aby protestować przeciwko znacjonalizowaniu przez rząd Japonii kilku innych spornych skalistych wysepek, w tym wypadku Wysp Senkaku – nazywanych w Chinach, które roszczą sobie do nich prawo, Wyspami Diaoyu – położonych między Tajwanem a Okinawą.

Pan Li nie był nawet Japończykiem – wystarczyło, że jechał japońskim samochodem. Ambasador Japonii w Chinach miał więcej szczęścia, salwował się bowiem ucieczką, kiedy w tym samym tygodniu jego samochód został zaatakowany na ulicy w Pekinie.

Niektóre protesty ludności są organizowane co tydzień. Podczas mojej podróży spędziłem nieco czasu w towarzystwie kilkuset osób, które zgromadziły się przed ambasadą Japonii w Seulu, aby demonstrować przeciwko seksualnemu wykorzystywaniu kobiet przez japońskich żołnierzy w czasie drugiej wojny światowej; demonstracje te odbywają się w każdą środę od 1992 roku. Znaczną część uczestników stanowili uczniowie. Można się spodziewać kwiecistej antyjapońskiej retoryki ze strony reżimu Korei Północnej, ale jakim cudem gniew wywołany wydarzeniami sprzed ponad siedemdziesięciu lat jest nadal żywy wśród młodych Koreańczyków z Południa? Kto go podsyca i dlaczego? Nienawiść Koreańczyków do Japończyków jest odwzajemniana, przynajmniej przez część obywateli Japonii. Kiedy na wcześniejszym etapie podróży odwiedziłem Yokohama (Jokohama), natknąłem się na konwój czarnych miniwanów wyposażonych w megafony, z których wylewały się potoki obrzydliwych inwektyw pod adresem Koreańczyków. Nie był to bynajmniej pierwszy raz, kiedy zdarzyło mi się obserwować coś takiego w Japonii. Od wielu lat najrozmaitsze frakcje prawicowe wychodzą na ulice, aby grozić i obrażać mniejszości etniczne, przede wszystkim w Ōsaka, gdzie żyje najliczniejsza społeczność koreańska. Cóż takiego Japończycy mieli do zarzucenia Koreańczykom? Czy były to tylko demonstracje zorganizowane w odwecie, czy też naprawdę nienawiść jest głęboka po obu stronach Morza Japońskiego?

Japonia nie jest zaangażowana we wszystkie spory, mają one bowiem różnorodne konfiguracje. Przykładowo instalacja amerykańskiego systemu obrony przeciwrakietowej na polu golfowym pod Seulem w 2017 roku rozdrażniła Pekin i w konsekwencji doprowadziła do natychmiastowego, gwałtownego i katastrofalnego dla południowokoreańskiej gospodarki spadku ruchu turystycznego z Chin do Seulu. Chociaż pociski rakietowe miały stanowić odpowiedź na agresywną postawę Korei Północnej, to Chiny poczuły się zagrożone obecnością amerykańskiej technologii militarnej w jeszcze jednym miejscu w bezpośrednim sąsiedztwie swoich granic i zemściły się na sąsiedzie, wprowadzając nieoficjalne, dotkliwe sankcje gospodarcze.

Korzenie owej nienawiści i konfliktów tkwią w historii tego regionu, która od schyłku XIX wieku jest pasmem najpaskudniejszych okropności, jakie ludzie mogą sobie zgotować nawzajem: wojen, masakr, masowych gwałtów, ataków z użyciem broni chemicznej albo bomb zapalających, totalitaryzmu, głodu, zniszczenia, prześladowań politycznych, tortur i atomowej hekatomby. Pamięć o nich wszystkich jest wciąż żywa w świadomości zbiorowej.

W tej części świata – poza oficjalnymi obchodami i uroczystościami upamiętniającymi w rodzaju tych, które odbywają się w Hiroshima – pamięć historyczna przybiera wiele innych, nierzadko kontrowersyjnych i pogłębiających podziały form. Zanim wyruszyłem w podróż, wiedziałem na przykład, że w samym sercu Tōkyō znajduje się świątynia Yasukuni, w której obywatele Japonii, w tym także, od czasu do czasu, premierzy jej rządu, oddają hołd zbrodniarzom wojennym na równi z tysiącami innych Japończyków, którzy zginęli za ojczyznę. Wydawało mi się to dziwne i niesmaczne, nie dawało jednak większego pojęcia o całej złożoności destrukcyjnych relacji w tamtym regionie. Wiedziałem również, że ponad siedemdziesiąt lat po zakończeniu drugiej wojny światowej Chiny i Korea Południowa nadal domagają się od Japonii przeprosin za zbrodnie wojenne. A przecież zarówno japońscy premierzy, jak i sam cesarz wielokrotnie przepraszali swoich byłych wrogów, nie szczędząc wyrazów „skruchy” i „głębokiego żalu”. Czyżby w owych deklaracjach pobrzmiewała nuta nieszczerości, słyszalna tylko dla Koreańczyków i Chińczyków, która sprawiała, że nigdy nie brali skruchy Japończyków za dobrą monetę?

Zewnętrzny obserwator może się czuć skonfundowany. Większości z nas, mieszkańców reszty świata, Azja Wschodnia kojarzy się przede wszystkim z nieprzebranym bogactwem jego cudownych, fascynujących kultur: skarbami sztuki starożytnych cywilizacji, wspaniałą kuchnią, barwnym wachlarzem współczesnych pokus, od kimchi po Hello Kitty i od Gangnam Style po smartfony. W naszej opinii mieszkańcy tego regionu to ludzie pracowici, pomysłowi, sumienni, szanujący tradycyjne wartości rodzinne i dumni z dziedzictwa kulturowego, nieporównanie starszego od naszej zachodniej cywilizacji. Dziś żaden kraj Azji Wschodniej, naturalnie z wyjątkiem „szalonej sąsiadki” – Korei Północnej, nie przejawia skłonności do religijnego ani ideologicznego ekstremizmu. Jest to region ze wszech miar godny podziwu: Chiny staną się niebawem najpotężniejszą gospodarką świata; Korea Południowa zmieniła się z ekonomicznego Kopciuszka w czołowego producenta naszych ulubionych gadżetów technologicznych, a w 2017 roku, gdy Mun Jae-in zwyciężył w wyborach prezydenckich, okazała się wzorcowym przykładem społeczeństwa obywatelskiego; japońskie społeczeństwo wciąż uchodzi za najbardziej cywilizowane i uprzejme na ziemi, a jego wytwory – zarówno materialne, jak i niematerialne – cieszą się ogromną popularnością na całym świecie. Nie można też zapominać o Tajwanie, wysepce, która wbrew wszelkim przeciwnościom dynamicznie się rozwija.

Korea Południowa, Tajwan i Japonia powinny być najwierniejszymi sojusznikami. Wszystkie trzy kraje są demokracjami o wysoko rozwiniętych gospodarkach i prowadzą intensywną wymianę handlową; wszystkie są także sojusznikami Stanów Zjednoczonych, uzależnionymi militarnie od tego mocarstwa i głęboko zaniepokojonymi zagrożeniem ze strony Chin. Mimo to nienawiść Koreańczyków z Południa do Japończyków chwilami wydaje się graniczyć z obłędem. Wielu obserwatorów jest zdania, że gdyby nie Amerykanie, Koreańczycy najchętniej sprzymierzyliby się z Pekinem przeciwko Tōkyō. Jednocześnie mimo oczywistych ideologicznych i politycznych różnic między komunistycznymi Chinami a ich sąsiadami obie strony są ze sobą ściśle powiązane pod względem kulturowym, genetycznym oraz historycznym i przez tysiąclecia czerpały z tych powiązań wzajemne korzyści. Chiny ofiarowały swym sąsiadom filozofię konfucjańską, technikę uprawy ryżu, buddyzm, porcelanę i herbatę, a także tajniki metalurgii, język pisany i sztukę kaligrafii.

W mniej odległej przeszłości Korea i Japonia oddały przysługę swemu potężnemu sąsiadowi. Z Korei pochodzą k-pop, przesadnie melodramatyczne seriale telewizyjne i filmy ociekające przemocą, które cieszą się niesamowitą wręcz popularnością w Chinach, Japonii, ale także poza nimi (zjawisko to nosi nazwę Hallyu – „koreańskiej fali”). W ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat Japonia dostarczyła Korei Południowej, Tajwanowi, a później także Chinom model gospodarczy (łącznie ze wsparciem finansowym i know-how), dzięki któremu rozwinęły produkcję i eksport. Niezależnie od tego, do którego kraju wschodniej Azji się udamy, wszędzie znajdziemy japońskie restauracje, a w sklepach produkty takich marek, jak Uniqlo, Hello Kitty i Muji. Odkąd dwadzieścia lat temu zacząłem jeździć do Japonii, mam okazję obserwować, jak ulice Tōkyō wypełniają się tłumami chińskich i koreańskich turystów, który przyjeżdżają tam, aby stołować się w tamtejszych restauracjach i robić zakupy. Podczas ostatniej wizyty w Japonii siedziałem w pewnej restauracji w Ōsaka obok dwojga młodych Chińczyków. Oznajmili mi, że przyjechali do Japonii, ponieważ chcieli kupić obrączki tamtejszej produkcji. W Japonii wszystko jest lepszej jakości. Szacuje się, że obecnie mieszka w Japonii około miliona Chińczyków, co czyni ich najliczniejszą mniejszością etniczną w tym kraju. Drugie miejsce zajmują Koreańczycy.

Gdy zapytamy, kto ponosi największą odpowiedzialność za ową niezmiernie szkodliwą waśń rodzinną, większość obserwatorów wskaże, nie bez solidnego uzasadnienia, Japończyków i ich zbrodniczy ekspansjonizm z początku XX stulecia, choć dziś żaden inny naród nie wydaje mi się równie pokojowo nastawiony, uprzejmy, pełen szacunku i godzien zaufania. Zdaję sobie sprawę, że ekstrapolując moje własne, z definicji ograniczone doświadczenie na cały 127-milionowy naród, wpadam w solipsystyczną pułapkę, ale Japończycy są naprawdę tacy mili. Szczerze. Są wręcz absurdalnie mili. Jak ktokolwiek mógłby ich nie lubić? Jestem głęboko zmartwiony, że ich sąsiedzi tak ich nie znoszą.

Przed wyjazdem byłem pewien, że mam całkiem dobre pojęcie na temat listy zarzutów wobec Japonii. Okazało się, że nie miałem; było znacznie gorzej, niż mi się zdawało. Skoro jednak Europa i Izrael mogły dojść do porozumienia z Niemcami w kwestii zbrodni wojennych, a Filipiny, Indonezja i inne kraje okupowane niegdyś przez Japonię nie żywią już głębokiej niechęci do Japończyków, skoro Indie dobrze żyją z Wielką Brytanią, a Indonezja uważa Holendrów za swoich przyjaciół, czemu Korea i Chiny uparcie trwają w swej niechęci? Sporne wyspy to niewątpliwie śliska sprawa, a przecież Korea Południowa toczy jeszcze spór z Chinami o inną grupkę ledwie wystających z wody skał, nie wspominając już o sporze z Koreą Północną o wyspę Yeonpyeong na Morzu Żółtym, ale skoro Hiszpania toleruje rządy Brytyjczyków w Gibraltarze, a obie społeczności Cypryjczyków potrafią ze sobą koegzystować, to z pewnością jakaś niezależna, międzynarodowa komisja mogłaby rozstrzygnąć także te sporne kwestie.

Czyim interesom służy utrwalanie nienawiści? Czy jej źródłem są autentyczne nastroje społeczne, czy też ów geopolityczny impas to skutek manipulacji elit z Seulu, Phyŏngyang, Tōkyō i Pekinu? Masowa wymiana turystyczna, handlowa i kulturalna wskazywałyby na drugą przyczynę, ale wyniki sondażu Pew Research Center przeprowadzonego w 2016 roku sugerują raczej tę pierwszą. Jak się bowiem okazuje, 81 procent Chińczyków ma niepochlebną opinię o Japończykach, 86 procent Japończyków żywi podobne odczucia wobec Chińczyków, a 77 procent Koreańczyków z Południa nie przepada za Japończykami.

Muszę jeszcze wspomnieć o dodatkowym toksycznym składniku tej mieszanki: pojęciu wyższości rasowej. Japończycy wierzą, że są wyjątkowi, ponieważ ich cesarz pochodzi w prostej linii od bogini słońca.

Na początku XX wieku japońskie elity pod wodzą cesarza Hirohito posłużyły się tym narodowym mitem założycielskim, aby uzasadnić swoje boskie prawo do kolonizowania siłą „gorszych” sąsiadów. Koreańczycy natomiast są przekonani, że to oni są wyjątkowi ze względu na swoją niespotykaną czystość rasową czy też czystość krwi, o której ma świadczyć to, że ponad połowa z nich nosi jedno z pięciu nazwisk – Kim, Pak, Yi, Sŏk (Sok) i Ch’oe (Ch’ ö, Choi, Chey, Czhwö). Chińczycy uważają się za pępek świata i są uczeni od wczesnego dzieciństwa, że ich kultura ma pięć tysięcy lat. A przywódcy Tajwanu wierzyli kiedyś, że są prawowitymi władcami Chin. Dziś nie są już o tym przekonani.

Śledziłem przebieg awantury wokół deseru na szczycie w Korei na ekranie telewizora w pokoju hotelowym na Tajwanie, pod koniec mojej podróży po tym pięknym, oszałamiającym, toksycznym regionie. Sytuacja wydała mi się paradoksalna, ponieważ Tajwańczycy naprawdę podziwiają Japończyków. Stawiają pomnikiku czci swoich byłych władców kolonialnych, ale nie po to, by ich zawstydzić, jak to czynią Koreańczycy z Południa. Jak to możliwe? Niestety, ku memu przygnębieniu, przebywając w Taipei, odkryłem jeszcze jeden regionalny antagonizm, o którym wcześniej nie miałem pojęcia. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, żeby nie popsuć Czytelnikowi niespodzianki, ale okazuje się, że Tajwańczycy szczerze nienawidzą Koreańczyków. Jakby nie wystarczało im zmartwień z Chińczykami, którzy mieszają się do ich wyborów, próbują sabotować ich gospodarkę i bez przerwy grożą im inwazją, Tajwańczycy znajdują w sobie jeszcze dość energii, aby żywić głęboką urazę do sąsiadów z Północy, chociaż jak dotąd nawet się z nimi porządnie nie pokłócili.

Wyruszając z Tōkyō w podróż po tym zakątku świata z piekła rodem, mam wiele wątpliwości i obaw, ale pokładam wiarę w ciekawości, otwartym umyśle i braku oporów przed zadawaniem głupich pytań ludziom lepiej zorientowanym ode mnie. Przede wszystkim jednak jestem podekscytowany tym, że już niebawem znajdę się w samym środku tego niewiarygodnego regionu i zetknę się z tamtejszymi kulturami, choć także nieco zdenerwowany perspektywą przepraw promami i festiwalem błota, który oczekuje mnie w Korei Południowej.

Zamierzam przejechać samochodem przez Japonię aż do Fukuoka, a następnie wsiąść na prom do Korei Południowej, przemierzyć ją zygzakiem aż do granicy z Koreą Północną, a potem udać się drogą morską do Chin. W Chinach pojadę pociągiem z Pekinu do Harbinu na północy, skąd udam się na południe do Hongkongu, odwiedzając po drodze miasta na wschodnim wybrzeżu, które były głównymi celami japońskiej inwazji w latach 1937–1945. Stamtąd przeprawię się na Tajwan, aby zakończyć podróż w stolicy Japonii. Nie mogę się już doczekać tej wyprawy, choć zapewne nie raz przyjdzie mi żeglować po mrocznych wodach. Zdaję sobie sprawę, że czasami będę musiał spojrzeć w samo jądro owego wschodzącego słońca, które tak mnie urzekło w przeszłości, i że być może na końcu tej podróży będę postrzegać Japończyków zupełnie inaczej niż na początku.

Rozpoczynam moją wyprawę nie w określonym punkcie w przestrzeni, lecz w czasie – w roku 1853. Wyruszam w drogę, mając niezachwianą pewność co do jednego: wystarczy cofnąć się wystarczająco daleko w przeszłość, żeby się przekonać, że wszystkiemu są winni Amerykanie.

Japonia

1 Koreańczycy z Południa, którzy są mistrzami tego rodzaju przebiegłej „obiadowej” dyplomacji, z premedytacją ujawnili nazwę deseru i udostępnili profesjonalnie wykonane zdjęcia, wiedząc doskonale, że rozsierdzi to Japończyków. Kilka miesięcy wcześniej podczas oficjalnej wizyty w Seulu Donald Trump zajadał się przystawką z krewetek wyhodowanych na Tokdo/Takeshima. Trump nie zdawał sobie sprawy z symboliki owych krewetek, ale Japończycy byli jej w pełni świadomi. I nieźle się wkurzyli.

1

Kurihama

Licznie zgromadzeni, zafascynowani samurajowie i urzędnicy siogunatu (od jap. shōgun – generał), dworzanie cesarza Kōmei, obserwowali w wielkim skupieniu amerykańskich inżynierów Gaya i Danby’ego, którzy przez cały ranek układali kolisty tor kolejowy na nabrzeżu portowym w Yokohama i doglądali miniaturowej lokomotywy Norris Works z troską ogrodników przycinających bonzai. Kiedy wreszcie rozpalono ogień pod kotłem, a para – osiągnąwszy wymagane ciśnienie – wprawiła koła w ruch, oczom obserwatorów ukazał się zupełnie nowy i ekscytujący widok lokomotywy jadącej po szynach i wyrzucającej z komina kłęby pary. Japończycy „nie potrafili powstrzymać okrzyków zachwytu po każdym przenikliwym odgłosie gwizdka”.

Pociąg był modelem oryginalnego składu w zmniejszonej skali, a wagony były tak małe, że nie zmieściłoby się w nich nawet dziecko, nic jednak nie mogło pozbawić samurajów przyjemności przejażdżki. W swoich paradnych strojach panów feudalnych „rozsiedli się na dachach” wagonów, starannie przyciskając miecze do boków i przytrzymując pomięte szaty, by doświadczyć owego cudu zachodniej technologii, który krążył po szynach o rozstawie 46 centymetrów i długości 107 metrów z prędkością 32 kilometrów na godzinę.

Była to słynna wymiana darów między komandorem Matthew Calbraithem Perrym, wysłannikiem prezydenta Stanów Zjednoczonych Fillmore’a, a przedstawicielami siogunatu Tokugawa, sprawującego realną władzę w Japonii, której nominalnym władcą był cesarz Kōmei. Oprócz raportu Perry’ego, z którego zaczerpnąłem cytaty, istnieje niezwykle sugestywny obraz autorstwa Japończyka, naocznego świadka wydarzeń z marca 1854 roku. Jest to panel złożony z dwunastu scen ukazujących owo spektakularne zderzenie cywilizacji, moment, w którym Japonia rozpoczęła swój burzliwy marsz ku nowoczesności.

Podczas pierwszej wizyty, latem 1853 roku, flota „czarnych okrętów” Perry’ego rzuciła kotwicę w Kurihama, nieco na południe od Yokohama, tuż za cyplem zamykającym wejście do Zatoki Tokijskiej. Perry i jego ludzie przybyli z nadzwyczajną misją otwarcia kraju, który izolował się od świata, począwszy od lat trzydziestych XVII wieku, kiedy to rozpoczęła się epoka znana jako sakoku, okres „zamkniętego kraju”. Czytałem o tym wydarzeniu wielokrotnie i za każdym razem kojarzyło mi się ono z wyważaniem zablokowanej kuchennej szuflady albo otwieraniem wyjątkowo opornej ostrygi. Dlaczego jednak i w jaki sposób marynarz z odległego kraju zdołał jednostronnie narzucić suwerennemu krajowi epokowy zwrot w polityce zagranicznej bez jednego wystrzału?

Aby się dowiedzieć dlaczego, musimy się cofnąć do roku 1848. Meksyk właśnie przegrał dwuletnią wojnę ze Stanami Zjednoczonymi i miał za to zapłacić utratą Kalifornii, ostatniego brakującego elementu amerykańskiej układanki na zachodnim wybrzeżu, odkąd kilka lat wcześniej Amerykanie wykurzyli Anglików z Oregonu. Stany Zjednoczone spoglądały teraz chciwie na Pacyfik. W jego głębinach żyło mnóstwo wielorybów. Zyski ze sprzedaży ich tłuszczu – wykorzystywanego na całym świecie jako smar oraz paliwo do lamp – stanowiły w tamtym okresie około 20 procent dochodów całej amerykańskiej gospodarki. Jednakże im więcej tych stworzeń ginęło od harpunów wielorybników – w połowie XIX wieku nawet do 3 tysięcy rocznie – tym dalej w głąb Pacyfiku musieli się oni zapuszczać. Gdyby Amerykanie pożeglowali wystarczająco daleko, dotarliby do Chin, gdzie czekały na nich tamtejsze bogactwa: herbata, jedwab i porcelana. Ich najwięksi rywale Brytyjczycy, posiadający kolonie od Indii po Singapur i Hongkong, wzbogacili się na handlu z Chinami. Ameryka potrzebowała więc pilnie punktu zaczepienia w tej części świata.

Amerykanie mieli ważny atut – trasa przez kontynent północno­amerykański na wschód była najkrótszym połączeniem między Chinami a Europą, „szosą do świata”, jak stwierdzono w jednym z ówczesnych raportów. Realizację zamierzeń utrudniała im jednak pewna poważna przeszkoda. Drogę do Chin i ich bogactw zagradzała bowiem nieprzenikniona jak dotąd bariera o długości ponad 3 tysięcy kilometrów: Wyspy Japońskie, położone na tej samej szerokości geograficznej co baza wielorybnicza w San Francisco. Japonia była zamknięta dla świata, odkąd portugalscy misjonarze podburzyli miejscową ludność swoimi radykalnymi ideami, zagroziwszy w ten sposób militarno-feudalnemu siogunatowi Tokugawa Chrześcijaństwo zostało zakazane, odmawiano także wstępu do kraju wszystkim cudzoziemcom z obawy, że mogliby się mieszać w jego wewnętrzne sprawy. Wyjątek stanowiła garstka potulnych kupców holenderskich, którym pozwolono prowadzić interesy na paru hektarach sztucznego lądu w porcie Nagasaki – oraz naturalnie Chińczycy. Zaniechanie wymiany handlowej z Chinami było nie do pomyślenia. Japończyka, który opuszczał wyspy bez oficjalnego zezwolenia, po powrocie czekała kara śmierci. Każdy cudzoziemiec, który próbował wylądować na terytorium Japonii, był natychmiast odprawiany, o ile mu się poszczęściło i nie spotkał go gorszy los.

W 1846 roku komodor James Biddle, stojący na czele oficjalnej amerykańskiej ekspedycji, przypłynął w pobliże wejścia do Zatoki Tokijskiej, aby ubiegać się o zezwolenie na uzupełnianie zapasów paliwa oraz wykonywanie niezbędnych napraw w japońskich portach przez amerykańskie statki wielorybnicze. Przeżył jednak nie lada upokorzenie, kiedy jego okręty zostały bezceremonialnie odholowane przez Japończyków z powrotem na pełne morze. Podobne próby nawiązania stosunków podejmowane przez Rosjan spotkały się z równie stanowczą odmową. Pozostałe mocarstwa zachodnie – Francja i Niemcy – także zdawały sobie sprawę, że ten, kto ma dostęp do japońskich portów, kontroluje Pacyfik.

Wody otaczające skaliste wybrzeża Japonii były jednak słabo zbadane i wyjątkowo niebezpieczne, pełne zdradliwych prądów i wirów. W 1848 roku amerykański statek wielorybniczy Lagoda zatonął u wybrzeży Hokkaidō, jednej z czterech głównych wysp Japonii, wysuniętej najdalej na północ, a rozbitkowie zostali uwięzieni. Część załogi zmarła w więzieniu, a pozostałych jej członków zmuszono do podeptania krzyża na dowód, że wyrzekają się chrześcijaństwa. Dowódca amerykańskiego okrętu wojennego, który przypłynął do Japonii jakiś czas po katastrofie, zdołał nakłonić Japończyków do uwolnienia ocalałych marynarzy, lecz amerykańska prasa komentowała z oburzeniem sposób, w jaki ich potraktowano.

Reakcja Ameryki na incydent z Lagodą oraz znieważenie komodora Biddle’a nie tylko zmieniły na zawsze stosunki Japonii z Zachodem, ale także przyczyniły się do destabilizacji utrwalonego ładu we wschodniej Azji. Katastrofalne skutki tego procesu są odczuwalne do dziś. W lipcu 1853 roku cztery silnie uzbrojone okręty wojenne pod dowództwem komodora Perry’ego wpłynęły do zatoki Kurihama na wschodnim wybrzeżu Japonii, by raz na zawsze rozwiązać problem japoński. Warto dodać, że Japonię uważano za kraj posiadający bogate złoża surowców mineralnych, przede wszystkim złota i miedzi, a także zasoby węgla, niezmiernie istotne dla nowoczesnych statków napędzanych silnikami parowymi.

*

Stoję teraz na nabrzeżu portowym w Kurihama, tu, gdzie po raz pierwszy cumowały czarne okręty, spoglądam na morze i próbuję myśleć o tak wzniosłych sprawach, jak narody, kultury, spuścizna kolonialna i bieg dziejów, ale współczesność zwraca się przeciwko mnie. Zaledwie kilka metrów dalej, na plaży, młoda rodzina zapamiętale grzebie w lodowatym, mokrym piasku, starając się jak najlepiej wykorzystać pobyt nad morzem po sezonie; na ścianie chaty rybackiej na prawo ode mnie widnieje graffiti PIEPRZYĆ POLICJĘ (rzadko spotykane w Japonii), a horyzont przesłaniają słupy wysokiego napięcia i cementownia. Wszystko to utrudnia mi przywołanie wizji tamtego epokowego momentu, gdy Perry wpłynął do tej niepozornej zatoki na południe od Tōkyō i zmienił oblicze świata.

Odwracam się i ruszam do niewielkiego parku po drugiej stronie ulicy. Znajduje się tam cokół, na którym spoczywa szary głaz, wielki niczym menhir Obeliksa, z pionowym białym napisem w języku japońskim po jednej stronie i jego angielskim tłumaczeniem – zapisanym, nader stosownie, czcionką w stylu Dzikiego Zachodu – po drugiej.

POMNIK TEN

UPAMIĘTNIA

PIERWSZĄ WIZYTĘ

KOMODORA PERRY’EGO,

AMBASADORA

STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI,

KTÓRY W TYM MIEJSCU ZSZEDŁ NA LĄD

14 LIPCA 1853 ROKU

Dodatkowe informacje znajdują się na umieszczonej obok pamiątkowej tablicy:

8 lipca 1853 roku komodor Marynarki Wojennej Stanów Zjed­no­czo­nych Matthew Calbraith Perry, naczelny dowódca sił morskich Stanów Zjednoczonych w rejonie Indii Wschodnich, Chin i Japonii, którego flota zakotwiczyła w pobliżu Uragi, zszedł na ląd tutaj, na plaży Kurihama, by przekazać ówczesnemu rządowi Japonii list od prezydenta Filmore’a [sic]. W następnym rokuw Kanagawa podpisano amerykańsko-japoński traktat o pokojui przyjaźni. Za sprawą tego ciągu wydarzeń Japonia, która na mocy jednostronnej decyzji swego ówczesnego rządu nie utrzymywała stosunków dyplomatycznych z innymi krajami, ponownie otworzyła się na świat2.

Przyjechałem do Kurihama, ponieważ szukam miejsca, od którego mógłbym rozpocząć swoją wędrówkę, miejsca o szczególnym znaczeniu historycznym. Wydaje mi się – przynajmniej na tym etapie podróży po regionie, w którą właśnie wyruszam – że moment, gdy Amerykanie wepchnęli się bezceremonialnie do Japonii, jest najbardziej znaczący ze wszystkich.

Gdy Perry zawinął do Kurihama, nieświadomie zapoczątkował ciąg wydarzeń, które doprowadziły do całkowitego odwrócenia konfucjańskiej hierarchii geopolitycznej, obowiązującej w regionie przez blisko dwa tysiąclecia. Chiny były od dawien dawna Państwem Środka, źródłem wszelkiej wiedzy, technologii i cywilizacji; Korea była ich główną trybutariuszką, starszą siostrą, Japonia zaś – nieco prymitywną i okrutną młodszą siostrą. Przybycie czarnych okrętów stało się iskrą, która wywołała wybuch japońskiej quasi-rewolucji, po której nastąpił okres błyskawicznej modernizacji i militaryzacji, zwieńczony katastrofalną w skutkach próbą zbudowania imperium na wzór zachodni.

Dla Japonii wydarzenie to było odpowiednikiem inwazji kosmitów z filmu science fiction, w którym olbrzymi statek kosmiczny wisi na niebie, przesłaniając słońce. Gdy eskadra Perry’ego rzuciła kotwicę, na okrętach „działa były ustawione w pozycji do strzału, amunicja ułożona na podorędziu, broń ręczna odbezpieczona, wartownicy i załoga na pozycjach, krótko mówiąc, poczyniono wszelkie przygotowania, które zazwyczaj poprzedzają kontakt z wrogiem”. Widok potężnych okrętów, mniej więcej 40 razy większych od jednostek japońskich i buchających kłębami piekielnego dymu, głęboko wstrząsnął Japończykami. Ze swymi muszkietami i włóczniami byli kompletnie bezsilni i mogli tylko przyglądać się biernie Perry’emu, który dostarczył, jak sam to ujął, „stanowczy, choć pełen szacunku” list od trzynastego prezydenta Stanów Zjednoczonych do cesarza Japonii3.

Japończycy, ostrzeżeni zawczasu przez Holendrów, że płyną do nich amerykańskie okręty, niezwłocznie poinformowali Perry’ego, posługując się mieszaniną języków francuskiego, holenderskiego i chińskiego, że musi opuścić wody Japonii, a przynajmniej udać się do Nagasaki na południowo-zachodnim krańcu państwa, gdzie urzędują przedstawiciele władz upoważnieni do negocjacji z cudzoziemcami w bezpiecznej odległości od stolicy, Edo (Tōkyō). Perry odmówił. Był gotów czekać tak długo, jak będzie trzeba. W trakcie rozmów na temat sposobu i miejsca przekazania listu od prezydenta oraz odebrania odpowiedzi cesarza Japończycy przysłali artystów, którzy mieli narysować amerykańskie okręty i ich wyposażenie.

Niemal tydzień później, opróżniwszy wspólnie mnóstwo butelek brandy na pokładzie okrętu Susquehanna (Perry zanotował, że Japończycy odnosili się z „wyszukaną uprzejmością” nie tylko do siebie nawzajem, ale także do swoich gości, że wiedzieli skądś o budowie Kanału Panamskiego po drugiej stronie globu i robili szczegółowe notatki, gdy objaśniano im zasadę działania okrętowych silników parowych), Amerykanie i japońscy urzędnicy uzgodnili wreszcie wszystkie, nawet najdrobniejsze szczegóły porozumienia, na mocy którego Perry miał własnoręcznie przekazać list japońskiemu komisarzowi. W trakcie niezwykle uroczystej ceremonii Perry wraz z dwustoma marynarzami i orkiestrą wojskową zszedł na ląd tutaj, na plaży w Kurihama, i wręczył list od prezydenta japońskiemu urzędnikowi, którego status odpowiadał komodorowi Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych.

Perry dodał do listu krótkie postscriptum, w którym otwarcie groził cesarzowi: „Wiele spośród naszych największych okrętów wojennych, które wysłano z wizytą do Japonii, nie wpłynęło jeszcze na tutejsze wody, lecz spodziewamy się ich lada godzina; na dowód swoich przyjaznych zamiarów niżej podpisany przywiódł ze sobą tylko cztery mniejsze jednostki, gdyby jednak zaszła taka potrzeba, gotów jest wrócić do Yedo [Edo] przyszłej wiosny ze znacznie większymi siłami”.

Spędziwszy zimę na Okinawa, Perry wrócił do Kurihama po odpowiedź w lutym 1854 roku. Tym razem przyprowadził osiem okrętów. Jego cierpliwość została wynagrodzona, otrzymał bowiem list, w którym cesarz obiecywał: „Przychylimy się do wszystkich propozycji pańskiego rządu”.

Japończycy dobrze wiedzieli, jaki los zgotowali Chińczykom Anglicy, którzy przejęli Hongkong w 1842 roku. Ustąpili więc, otwierając dla amerykańskich statków porty Shimoda, na południe od Tōkyō, i Hakodate na Hokkaidō oraz zezwalając na otwarcie konsulatów Stanów Zjednoczonych w obu portach. Rozbitkowie mieli być odtąd dobrze traktowani, a amerykańskie statki mogły zawijać do portów, aby uzupełnić zaopatrzenie. 31 marca 1854 roku Perry podpisał traktat w Kanagawa, w którym ujęto wszystkie uzgodnione kwestie. Ceremonię uświetniły pokazy zapaśników sumō („dwudziestu pięciu gór tłuszczu” – zdaniem Perry’ego), podarek od Japończyków w postaci kilkuset woreczków ryżu, minstrel show4 w wykonaniu amerykańskich marynarzy oraz wspomniana wcześniej prezentacja miniaturowej lokomotywy parowej.

Perry napisał później: „Energiczny uścisk amerykańskiej dłoni, podanej w duchu życzliwości, lecz wyciągniętej z siłą, która świadczy o zdolności do wyprowadzenia ciosu, a zarazem z gotowością do przyjacielskiego uścisku, pobudził Japonię do zastąpienia izolacji rozumnymi stosunkami z resztą świata”.

Japonia doznała jednak także upokorzenia. Jej poczucie własnej wartości zostało mocno nadszarpnięte, a najbliższą przyszłość zasnuła mgła niepewności. Wystarczyła najlżejsza aluzja na temat użycia siły, aby rząd Tokugawa położył uszy po sobie, lecz Amerykanie nie zamierzali poprzestać na wstępnym traktacie wynegocjowanym przez Perry’ego. Na mocy postanowień kolejnego traktatu, podpisanego w 1858 roku, otrzymali zgodę na otwarcie w kilku japońskich portach placówek konsularnych, które miały pozostawać pod jurysdykcją Stanów Zjednoczonych, mogli ustalać korzystne dla siebie warunki wymiany handlowej, a także praktykować religię chrześcijańską na terenie Japonii, na co władze tego kraju zezwoliły po raz pierwszy od trzystu lat. W następnych latach rządy Anglii, Francji, Holandii i Rosji podpisały podobnie „nierównoprawne traktaty”, narzucając Japonii własne warunki, a Yokohama stała się największym ośrodkiem handlu zagranicznego.

Eksterytorialny status cudzoziemców, który oznaczał, że nie podlegają oni japońskiemu prawu ani sądom, był przyczyną licznych nadużyć i konfliktów. W latach sześćdziesiątych XIX stulecia brytyjski dyplomata C. Pemberton Hodgson pisał: „Zniewagi, groźby, słowa, którymi nie posługują się ludzie kulturalni – oto z czym spotykali się łagodni, oniemiali ze zdumienia Japończycy, ilekroć usiłowali uspokoić swoich oburzonych gości”. Przybycie cudzoziemców o barbarzyńskich obyczajach wywołało w Japonii głęboki wstrząs i podzieliło społeczeństwo. Część Japończyków opowiadała się za wydaleniem obcego elementu siłą i na początku lat sześćdziesiątych doszło do kilku ataków na cudzoziemców. W 1862 roku samurajowie ze słynącego z wojowniczości klanu Satsuma z wyspy Kyūshū (Kiusiu) zabili brytyjskiego kupca C.L. Richardsona, gdy ten nie zechciał zsiąść z konia, aby okazać im należny szacunek. W odwecie Brytyjczycy zbombardowali Kagoshima, miasto leżące w samym sercu terytorium klanu Satsuma, na południowo-zachodnim krańcu Japonii, i zmusili klan do wypłaty odszkodowania.

W 1866 roku klan Satsuma zawarł sojusz z klanem Chōshū (z terenu dzisiejszej prefektury Yamaguchi, która najzupełniej przypadkowo jest także ojczystym regionem obecnego premiera Abe Shinzō) i wystąpił wraz z nim przeciwko siogunatowi Tokugawa w imieniu cesarza. Celem wywołanej przez samurajów rewolucji było przywrócenie realnej władzy i dominującej pozycji wśród postępowych elit głowie państwa, której rola od kilku stuleci sprowadzała się wyłącznie do funkcji reprezentacyjnych, oraz uznanie shintō (shintōizmu), tradycyjnego japońskiego systemu wierzeń, za religię państwową. W trakcie rewolucji, nazwanej później Restauracją Meiji, od imienia nadanego pośmiertnie cesarzowi Mutsuhito, który panował w tamtym okresie, nie doszło do wielkiego rozlewu krwi dzięki dość nieoczekiwanemu obrotowi zdarzeń. Zarówno shōgun Iemochi, który sprawował wówczas władzę w kraju, jak i cesarz Kōmei zmarli w tym samym roku. Następca Iemochi, ostatni shōgun Tokugawa Yoshinobu, rządził tylko przez rok. Sprzymierzone siły przeciwników siogunatu doprowadziły do zniesienia struktur feudalnych i likwidacji klasy samurajów oraz przywróciły cesarzowi realną władzę w Japonii, która już niebawem miała się stać zmilitaryzowanym, wysoko uprzemysłowionym i nowoczesnym krajem. Początkowo zwycięzcy planowali powrót do izolacjonizmu, lansując hasło „czcić cesarza, wypędzić barbarzyńców”, wkrótce jednak zdali sobie sprawę, że najlepszą strategią będzie przyswojenie nowych zachodnich technologii. W przysiędze cesarskiej, odczytanej podczas intronizacji cesarza Meiji, znalazło się następujące stwierdzenie: „Będziemy poszukiwać wiedzy na całym świecie i w ten sposób umacniać fundamenty cesarstwa”.

Cudzoziemcom pozwolono zostać, a 48 japońskich urzędników i 58 studentów wysłano na dwa lata do Europy i Stanów Zjednoczonych z misją poznania sekretów zachodnich imperialistów. Do Japonii zaproszono dziesiątki inżynierów z Zachodu; mieli oni pomagać w procesie bunmei kaika – „cywilizacji i oświecenia” – którego ideę wyrażało kolejne motto tamtej epoki, Wakon Yōsai – „japoński duch, zachodnia nauka/wiedza”. Japonia odtrąciła Azję i zwróciła się ku Zachodowi. Od tamtej pory nigdy nie oglądała się za siebie.

Cesarz przeniósł swoją siedzibę z Kyōto (Kioto) do Edo, które przemianowano na Tōkyō. Japonia została podzielona na prefektury, którymi mieli zarządzać wyznaczeni przez rząd gubernatorzy. Utworzenie narodowej armii poborowej zmusiło samurajów do szukania pracy. Ponieważ jednak nie wszyscy znaleźli nowe zajęcie, wielu umarło w biedzie. Mimo szumnych haseł o wypędzeniu z kraju nikczemnych cudzoziemców, które głosili rewolucjoniści, przed upływem dekady od przybycia Perry’ego Japończycy zaczęli się ubierać na modłę zachodnią, nosić wykrochmalone kołnierzyki, cylindry i fraki, jadać curry i sznycle, dokonywać transakcji za pośrednictwem banków zorganizowanych w stylu zachodnim, a nawet uczyć się produkcji whisky i gry w golfa. Przede wszystkim jednak doszli do przekonania, że jeśli Japonia ma być państwem nowoczesnym, szanowanym na arenie międzynarodowej, musi się stać ekspansjonistycznym mocarstwem kolonialnym.

W 1876 roku Japonia postąpiła z sąsiednią Koreą dokładnie tak samo, jak Ameryka z nią samą dwadzieścia lat wcześniej – doprowadziła do otwarcia kraju i narzuciła nierównoprawne warunki traktatu. Co jeszcze bardziej zdumiewające, w kwietniu 1895 roku Japończycy pokonali armię chińskiej dynastii Qīng w czasie pierwszej wojny chińsko-japońskiej, której stawką było rozstrzygnięcie, kto zostanie „protektorem” Korei. Wojna zakończyła się podpisaniem traktatu w Shimonoseki, na mocy którego Chiny zostały zmuszone do przekazania Japonii kontroli nad Tajwanem. W 1905 roku Japonia stała się pierwszym krajem zewnętrznym, który odniósł zwycięstwo nad jednym z zachodnich mocarstw, Rosją, wygrywając konflikt o terytorium dzisiejszej Korei Północnej.

W 1910 roku Japonia, zachęcona tym sukcesem militarnym, zaanektowała całą Koreę, by stworzyć bufor zabezpieczający przed Rosją, zapewnić sobie źródło dostaw żywności i surowców dla szybko rosnącej populacji oraz znaleźć jakieś zajęcie dla samurajów. Przez następne trzydzieści kilka lat armia japońska wdzierała się w głąb północno-wschodnich Chin, a także kontynuowała marsz na południe do Hongkongu, Singapuru i w jeszcze dalsze rejony. Żołnierze powrócili do ojczyzny dopiero w 1945 roku.

W 1946 roku, na procesie zbrodniarzy wojennych w Tōkyō, generał Ishiwara Kanji, który dowodził inwazją na Chiny w 1931 roku, pytany o japoński ekspansjonizm militarny, wspomniał o komodorze Perrym: „Czyżbyście nie słyszeli o Perrym? [Japonia] potraktowała wasz kraj jak nauczyciela i uczyła się od was, jak być agresywnym”.

Moje rozczarowanie brakiem historycznej atmosfery w Kurihama oczywiście nie ma żadnego znaczenia, i to nie tylko dlatego, że – jak się później okazało – moja pierwotna hipoteza, iż to Ameryka jest źródłem wszystkich problemów Azji, była całkowicie błędna. Zrezygnowałem z prób przywołania monumentalnych wizji wydarzeń historycznych i skierowałem się do małego lokalnego muzeum historycznego na rogu Parku Perry’ego. Idąc żwirową ścieżką, niechcący przerwałem dwóm chłopcom trening baseballu.

W muzeum znajdują się fenomenalne japońskie obrazy, przedstawiające okręty Perry’ego, których wyolbrzymione rozmiary pozwalają się domyślać, w jakie osłupienie musiały wprawić artystów. Są tam również groteskowe przedstawienia komodora z wielkimi jak skrzydła, złotymi epoletami i członków jego załogi z ogromnymi nochalami.

Przyglądam się makiecie okrętów w zatoce i wyobrażam sobie, jak wielki lęk musiały wzbudzać; szczególnie dwa potężne, trójmasztowe parowce wydawały się zapewne czymś nie z tego świata. Wcześniej tamtego popołudnia, jadąc samochodem wzdłuż wybrzeża z Tōkyō do Kurihama, zatrzymałem się na krótko w Yokosuka, największej bazie marynarki wojennej w Japonii. Znajdują się tam kwatery główne 7. Floty, największego związku operacyjnego marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych poza terytorium tego kraju oraz Japońskich Morskich Sił Samoobrony, czyli tamtejszej marynarki wojennej. Choć olbrzymie szare kadłuby niszczycieli nie stanowiły dla mnie żadnego zagrożenia, kiedy stałem obok nich, przeszył mnie dreszcz grozy. Nic nie przyprawia o gęsią skórkę bardziej skutecznie niż oglądanie okrętu wojennego z bliska.

Wychodzę z muzeum i wracam do samochodu. Kurihama to dosyć przeciętne miasto o rozproszonej zabudowie, z małym portem rybackim, zakładami przemysłu lekkiego i kameralną główną ulicą zamkniętą dla ruchu kołowego. Zauważam, że niektóre płyty chodnikowe zdobi wytłoczona sylwetka jednego z okrętów Perry’ego, z charakterystycznym kołem łopatkowym z boku. Najwyraźniej dziś Kurihama pielęgnuje swoją tradycję historyczną. Co roku w lipcu odbywa się tu nawet festyn upamiętniający Perry’ego.

Zamierzam pojechać na zachód, przez Japonię, a potem dalej, najpierw jednak cofnę się wzdłuż wybrzeża do Yokohama, żeby zgłębić pewną bardziej współczesną kwestię natury społeczno-politycznej, która ma swoje korzenie w epoce Meiji, okresie ambitnej ekspansji kolonialnej kraju.

2 Okręty Perry’ego przybyły w okolice Uragi 8 lipca, lecz komodor zszedł na ląd dopiero 14 lipca.

3 Zawsze zakładałem, że miniaturowa armada Perry’ego wyruszyła z zachodniego wybrzeża Ameryki, w rzeczywistości jednak popłynęła ona dłuższą drogą, ze stoczni marynarki wojennej w Annapolis, w stanie Maryland, na wschodnim wybrzeżu, przez Atlantyk na Wyspy Kanaryjskie, następnie wokół Przylądka Dobrej Nadziei na Mauritius, a stamtąd, po krótkim odpoczynku, na Cejlon (Sri Lankę), do Singapuru, Hongkongu, Makao, Szanghaju i do miasta, które obecnie nosi nazwę Okinawa.

4Minstrel show albo minstrelsy – dziewiętnastowieczne amerykańskie widowisko rozrywkowe złożone z piosenek, tańca i zabawnych scenek rodzajowych (przyp. tłum.).

2

Yokohama

Czekam, aż przejedzie konwój złożony z jednego białego i pięciu czarnych minivanów, żeby przejść przez ulicę w pobliżu stadionu w Yokohama. Na dachach vanów, ozdobionych powiewającymi flagami, migają czerwone policyjne koguty, nie jest to jednak żadna oficjalna kawalkada. Przez szybę jednego z aut dostrzegam białe bawełniane rękawiczki na dłoniach kierowcy, elegancki akcent zupełnie niepasujący do brutalnej tyrady, która rozbrzmiewa z megafonów zainstalowanych w pojazdach. Jest tak głośna, że zagłusza nawet krzyki kibiców oglądających mecz baseballu na stadionie w to słoneczne, sobotnie popołudnie. Żaden z otaczających mnie przechodniów nie zwraca na nią najmniejszej uwagi.

Nie rozumiem słów wyszczekiwanych przez megafon – zazwyczaj są to slogany w rodzaju „Koreańczycy to robactwo” albo „śmierć Koreańczykom” – wiem jednak, że vany należą do jednej z licznych japońskich grup ultranacjonalistycznych. Świadczą o tym między innymi umieszczone na dwóch wozach flagi z symbolem wschodzącego słońca – czerwonymi promieniami wychodzącymi z czerwonego kręgu na białym tle. Kyokujitsu-ki, niegdyś symbol japońskiego imperializmu militarnego, dziś chętnie wykorzystywany przez osobników, których cechuje, że się tak wyrażę, fałszywie pojmowane poczucie patriotyzmu, jest szczególnie obraźliwy dla Koreańczyków i Chińczyków. Flaga z tym symbolem powiewa także na okrętach Japońskich Morskich Sił Samoobrony, co – jak nietrudno się domyślić – bywa źródłem problemów, gdy uczestniczą one w imprezach z udziałem marynarki koreańskiej.

Nazwa tej konkretnej grupy widnieje na bokach pojazdów. Znaczy ona dosłownie „robić wiatr”, nie nawiązuje jednak do wzdęcia, lecz do kamikaze, mitycznego boskiego wiatru, który podobno dwukrotnie ocalił Japonię przed inwazją Mongołów w XIII stuleciu oraz – naturalnie – do pilotów samobójców z okresu drugiej wojny światowej. Jedno z haseł umieszczone na vanach głosi, że konstytucja utwierdza status Japonii jako kraju okupowanego, należy więc ją „zlikwidować”, drugie natomiast nawiązuje do sporu o wyspy Tokdo/Takeshima.

Wiele lat temu, kiedy pierwszy raz natknąłem się na podobne konwoje w Japonii, założyłem, że stanowią one element kampanii mainstreamowych partii politycznych. Kilkoro przechodniów, których w końcu o to spytałem, stwierdziło z lekceważeniem, że ci ludzie to „wariaci”. Opinię tę podzielają jednogłośnie wszyscy Japończycy, z którymi rozmawiałem później na ten temat. Organizatorzy konwojów są jednak hałaśliwymi, rzucającymi się w oczy i upartymi wariatami – bandziorami i rasistami, którzy wywołują głębokie zaniepokojenie w społecznościach imigrantów. (Ktoś, kto jeździł kiedyś takim vanem, powiedział mi później, że teksty puszczane przez megafony nie są czytane, lecz odtwarzane z nagrań, a pasażerowie pojazdów zabijają czas, oglądając programy kulinarne w telewizji).

Moje zetknięcie z ultranacjonalistami to wyjątkowo niefortunny zbieg okoliczności, ponieważ przyjechałem do Yokohama, drugiego co do wielkości miasta w Japonii, położonego na południowy zachód od Tōkyō, w poszukiwaniu optymistycznej opowieści o najliczniejszej, chińskiej mniejszości etnicznej. W Japonii żyje dziś 730 tysięcy Chińczyków, którzy mają status rezydentów, choć przypuszcza się, że w rzeczywistości przebywa ich tu ponad milion. W yokohamskim Chinatown, największym w Azji, znajduje się około 250 sklepów i restauracji. Dzielnica ta jest największą atrakcją turystyczną w mieście. Dziś obchodzi się tu jakieś doroczne święto, jest więc wyjątkowo tłoczno.

Przechodzę przez wielką páifāng – bramę w stylu chińskim – zdobioną złotymi smokami i zielonymi kafelkami, ale już wkrótce się przekonuję, że yokohamskie Chinatown to w rzeczywistości japońska wersja Chin. W pewnej chwili mijam wielką, wykonaną z włókna szklanego Hello Kitty w stroju pandy, którą interpretuję jako ujmujący symbol porozumienia chińsko-japońskiego. W sklepach z pamiątkami można kupić pandy na baterie (misie te, nie wiedzieć czemu, tańczą lambadę), jedzenie zaś to „międzynarodowa chińszczyzna”, która nie ma zbyt wiele wspólnego z autentyczną kuchnią regionalną. Wszystko jest tu ładne, schludne i czyste, tak jak wszędzie w Japonii, choć niektórzy Japończycy marszczyli nosy, kiedy wspominałem im, że się tu wybieram, i ostrzegali mnie, że Chinatown jest brudniejsze i bardziej śmierdzące od „normalnej” Japonii.

Kolejki do wszystkich restauracji w chińskiej dzielnicy są dziś wyjątkowo długie, ja jednak wcale się tym nie przejmuję. Mam już inne plany na chińsko-japoński lunch na przeciwległym krańcu Yokohama.

Zamieram z pałeczkami zawieszonymi w połowie drogi między miską a ustami. Jest to niewątpliwie najwyborniejsze danie z makaronem, jakiego kiedykolwiek próbowałem, prawdziwe niebo w gębie. Hola, Michael. Nie tak szybko. Opanuj się. Pamiętaj o swojej złotej zasadzie ramenu: „O jego prawdziwej jakości świadczy to, co czujesz po zjedzeniu połowy porcji”. Powtarzam sobie, że każda miska ramenu na początku smakuje wyśmienicie, ale w głębi serca już wiem, że potrawa, którą podają w Rishiri Ramen Miraku, „wysuniętej placówce restauracyjnej” na zagubionej wysepce u wschodniego wybrzeża Hokkaidō, to najpyszniejsza zupa z makaronem, jaką jadłem w życiu. Siorb, siorb, chwila przerwy, żeby napawać się smakiem, siorb. Już mi smutno, że to prawie koniec. Siorb, przechylam miskę, nabieram ostatnią łyżkę, skrobiąc po dnie. Prostuję się na krześle z głębokim westchnieniem.

Znajduję się w yokohamskim Muzeum Raumenu („raumen” to bardzo rozpowszechniona alternatywna wymowa nazwy „ramen”), które ze swoim wystrojem w stylu epoki Shōwa, nadającym mu wygląd Tōkyō z roku 1958, przypomina raczej kulinarny park tematyczny. Umówiłem się na spotkanie z dyrektorem ds. PR Nakano Masahiro, ponieważ chcę się dowiedzieć czegoś więcej na temat chińskiego pochodzenia ramenu oraz stosunku Japończyków do chińskich korzeni ich ulubionej potrawy. Opowieść zaczyna się tak samo jak wiele innych historii z dziejów współczesnej Japonii.

– Aż do lat pięćdziesiątych XIX wieku Japonia była krajem zamkniętym – mówi Nakano. – Chiny natomiast od dawna hand­lowały z Europą i Ameryką, wielu Chińczyków znało więc angielski, francuski i inne języki. Kiedy Japonia otworzyła się na świat, Chińczycy przyjeżdżali tu w charakterze tłumaczy. Towarzyszyli Europejczykom i Amerykanom napływającym do wyznaczonych portów, takich jak Yokohama, do których wpuszczano cudzoziemców.

Do 1899 roku wszyscy przybysze z Zachodu przenieśli się stąd do pobliskiego Tōkyō, ale Chińczycy, których społeczność rozrosła się z czasem do 5 tysięcy osób, zostali. Prowadzili tu działalność gospodarczą, początkowo ograniczoną do trzech dziedzin: gastronomii (kucharzy sprowadzano z Kantonu), fryzjerstwa i przemysłu tekstylnego.

– W Yokohama traktowano Chińczyków dość podejrzliwie, mimo to uważano ich za dobrych partnerów w interesach – twierdzi Nakano.

Jedynym miejscem, w którym obie społeczności biznesowe mogły się zawsze spotkać i dogadać, był wielki unifikator – stół.

– Chińczycy nie gustowali w japońskiej kuchni z jej surowymi warzywami i rybami, zaczęli więc otwierać własne restauracje. Japończyków zaś intrygowała chińska kuchnia, zwłaszcza że z mięs jadali właściwie tylko kurczaki, a nie wołowinę i wieprzowinę jak Chińczycy.

Początkowo chińskie restauracje uważane były za miejsca ekskluzywne i wykwintne; ich status zaczął się obniżać dopiero na początku XX wieku. Antenatką ramenu była jedna z pierwszych potraw kuchni chińskiej przeniesionych na grunt japoński, którą w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku serwowano w Yokohama pod nazwą Nanking soba.

Tak więc ramen, najbardziej kultowe ze wszystkich dań kuchni japońskiej, zaczynał jako chińszczyzna, ale z czasem przekształcił się w potrawę o wybitnie lokalnym charakterze, za sprawą sosu sojowego, a później dashi, japońskiego bulionu na bazie suszonych wodorostów konbu. Chińczycy przygotowują zwykle zupę bazę, która jest później wykorzystywana do przyrządzania najrozmaitszych dań, baza ramenu natomiast jest specyficzna dla tego dania.

– Japończycy uważają ramen za danie kuchni japońskiej, wiedzą jednak, że ma ono chińskie korzenie, podczas gdy wielu Chińczyków sądzi, że jest ono rdzennie japońskie – dodaje Nakano.

Amerykanie także przyczynili się do gwałtownego wzrostu popularności ramenu. Po drugiej wojnie światowej zalali oni japoński rynek tanią pszenicą ze swoich nadwyżek. Napędzała ona ramenowy boom, ponieważ makaron do tej potrawy produkuje się z mąki pszennej. Amerykańscy żołnierze stacjonujący w okolicach Yokohama chętnie korzystali z rozrywek oferowanych przez Chinatown; do dziś mieści się tam całkiem sporo klubów jazzowych i barów w amerykańskim stylu. Prawdziwy rozkwit chińskiej dzielnicy zaczął się jednak dopiero po roku 1972, kiedy to Japończycy wpadli w panikę pod wpływem „pingpongowej dyplomacji” uprawianej przez Nixona w stosunkach z Chinami. Zdali sobie sprawę, że oni także muszą zacząć budować dyplomatyczne mosty między swoim krajem a Chinami. Premier Tanaka Kakuei udał się więc czym prędzej do Nankinu, aby uścisnąć dłoń Máo Zédōnga. Podobnie jak w Stanach Zjednoczonych gest ten zapoczątkował modę na wszystko, co chińskie, dzięki której chińska dzielnica w Yokohama przekształciła się stopniowo w – jak ujął to jeden z miejscowych – „miłą dla oka, kreskówkową wersję Chin, podobną do wizji Ameryki, jaką prezentuje Disneyland”.

Gdy opuszczałem muzeum i wyruszałem na kolejne umówione spotkanie na drugim krańcu miasta, pomyślałem, że wszystko, co zobaczyłem i czego się dowiedziałem, to dowód, że różne narody potrafią współpracować i znajdować płaszczyzny porozumienia. A co się dzieje, gdy linia podziału przebiega wewnątrz jednej z owych imigranckich społeczności?

3

Kotobuki

– Zobaczysz ich, jeśli zajrzysz dyskretnie do środka, tylko lepiej, żeby nie zauważyli, że się gapisz – instruuje mnie szeptem profesor Tom Gill, mój przewodnik po mroczniejszej stronie Yokohama, z którym sterczę teraz na chodniku.

Sprawdza, czy nikt nas nie obserwuje, a potem zachęca mnie gestem, bym zajrzał przez zasłonę z koralików wiszącą w wejściu do domu tuż przed nami. Na ulicy przed wejściem stoi lśniący czarny mercedes kabriolet z lat siedemdziesiątych, zupełnie nie na miejscu w tej zapyziałej części miasta. Mijając otwarte drzwi z udawaną nonszalancją, zapuszczam przez nie żurawia. Wewnątrz kilku mężczyzn siedzi wokół stolika i gra w karty. Tom mówi, że to członkowie yakuza. Dom zaś to nielegalna jaskinia hazardu.

Z mojego punktu widzenia jest to niesamowicie ekscytujący zwrot akcji, ale Tom – spec od antropologii kulturowej w swetrze w romby i okularach niedbale przesuniętych na czoło – już nie raz widywał takie rzeczy. Mój dobiegający sześćdziesiątki przewodnik od dawna mieszka w Yokohama, a w Japonii spędził już 26 lat. Jest wykładowcą na yokohamskim Uniwersytecie Meiji Gakuin i kopalnią wiedzy na temat dzielnicy Kotobuki, którą właśnie zwiedzamy. Choć sąsiaduje ona z Chinatown, jest do niej zupełnie niepodobna. Turyści zapuszczają się tu tylko wtedy, kiedy się zgubią.

W Kotobuki mieszkają nie tylko yakuza, ale także kilka tysięcy robotników pracujących za dniówkę. Rozmaite wersje tych japońskich slumsów znajdują się w wielu dużych miastach, lecz yoko­hamskie są chyba najsłynniejsze; są też czymś w rodzaju nieoficjalnej dzielnicy koreańskiej, ponieważ zarówno właściciele, jak i lokatorzy większości tutejszych noclegowni są z pochodzenia Koreańczykami.

Koreańczycy mieszkający na stałe w Japonii są nazywani Zainichi. Termin ten znaczy dosłownie „obcokrajowiec przebywający w Japonii”. Teoretycznie więc może oznaczać każdego cudzoziemca, w rzeczywistości jednak używa się go w odniesieniu do potomków koreańskich imigrantów przybyłych do Japonii przed 1945 rokiem. Owa fala imigracji była pokłosiem aneksji Korei, która znajdowała się pod japońską okupacją w latach 1910–1945. Wówczas to setki tysięcy Koreańczyków, zachęcanych przez japońskie władze, przeniosło się do Japonii, aby podjąć tam pracę w kopalniach, fabrykach amunicji, rolnictwie i innych sektorach, kiedy jednak militarne ambicje Japonii nabrały rozmachu, wielu innych sprowadzono do tego kraju siłą lub zwabiono podstępem, aby zastępowali Japończyków wysyłanych na front. Pod koniec drugiej wojny światowej w Japonii mieszkało już około 2,3 miliona Koreańczyków, w większości pochodzących z terenu dzisiejszej Korei Południowej, ponieważ jednak gospodarka kraju uległa niemal całkowitej destrukcji i trudno było znaleźć jakiekolwiek zajęcie, większość z nich wróciła do ojczyzny. Ci, którzy zostali, a było ich około 600 tysięcy, przeważnie wyemigrowali do Japonii dobrowolnie we wczesnym okresie japońskich rządów kolonialnych w Korei i przez kilkadziesiąt lat zdążyli się zadomowić w nowej ojczyźnie. W latach 1950–1953 Korea pogrążyła się w krwawej wojnie domowej, po której nastał okres dotkliwej biedy i klęsk głodu, a władzę, zarówno w północnej, jak i południowej części podzielonego kraju, objęli brutalni dyktatorzy. Wszystko to skutecznie zniechęcało japońskich Koreańczyków do powrotu do ojczyzny przodków.

Dziś w Japonii żyje około pół miliona Zainichi, choć – jak się przekonamy – na skutek ich burzliwych losów w okresie powojennym niełatwo jednoznacznie określić, kim są ani jak sami postrzegają swoją tożsamość. Zainichi byli bezwzględnie dyskryminowani na powojennym rynku pracy. Nie mogli podejmować pracy w sektorze publicznym, ponieważ aby móc pracować dla rządu, trzeba być obywatelem Japonii. W 1952 roku, gdy tylko Japończycy odzyskali kontrolę nad własnym krajem, bezpośrednio po podpisaniu traktatu z San Francisco, na mocy którego aliancka okupacja Japonii oficjalnie dobiegła końca, Zainichi zostali zepchnięci na wiele lat do roli bezpaństwowców o znacznie ograniczonych prawach obywatelskich w zakresie opieki medycznej, swobody podróżowania i szans na znalezienie zatrudnienia, chociaż wnieśli niemały wkład zarówno w japoński wysiłek wojenny, jak i w powojenną odbudowę kraju.

Gdy pozwolono im w końcu ubiegać się o japońskie obywatelstwo, proces ten był długi i kosztowny, co dla wielu Koreańczyków stanowiło przeszkodę nie do pokonania. Dopiero w 1965 roku, kiedy przywrócono stosunki dyplomatyczne z Koreą Południową, Zainichizyskali możliwość składania podań o koreańskie paszporty, z której wielu skwapliwie skorzystało. Później wolno im było występować z wnioskiem o przyznanie „wyjątkowego statusu stałego pobytu” w Japonii. Nawet wówczas wiele japońskich firm nadal nie chciało zatrudniać Koreańczyków, którzy w tej sytuacji podejmowali pracę dla zachodnich okupantów, przede wszystkim Amerykanów. Mnóstwo Zainichi zatrudniło się w dokach w Yokohama przy wyładunku ogromnej liczby statków z pomocą żywnościową, które przypływały do Japonii w pierwszych latach po zakończeniu wojny, a także później, w okresie wojen koreańskiej i wietnamskiej, który był dla Japonii czasem gospodarczej prosperity.

Odmienność Kotobuki rzuca się w oczy, kiedy tylko profesor Gill i ja mijamy pierwszą z jej czterech przecznic: obok jezdni piętrzą się stosy śmieci, a dokoła wznoszą się obskurne budynki o poplamionych, betonowych murach i brudnych, zardzewiałych oknach. Chinatown było kolorowe, pełne życia, oferowało mnóstwo rozrywek. Kotobuki jest monochromatyczne i przygnębiające. Na rogu jednej z ulic kilkudziesięciu dość niechlujnie wyglądających mężczyzn rozsiadło się na krawężniku z puszkami piwa u stóp. To robotnicy dniówkowi.

– Koreańska społeczność w Yokohama nigdy nie miała takiej maszynki do robienia pieniędzy, jaką jest Chinatown – mówi Tom, kiedy zbliżamy się do obskurnego baru kawowego.

Dwaj mężczyźni w roboczych kombinezonach, którzy sączą przy barze piwo beczkowe, przez chwilę przypatrują się nam podejrzliwie, a potem powracają do oglądania jakiegoś konkursu młodych talentów w telewizorze ustawionym na lodówce.

– Wszystko, co mają, to te slumsy. Większość Japończyków nie ma pojęcia, że to koreańska dzielnica, a nawet gdyby wiedzieli, wykorzystaliby ją jako jeszcze jeden przykład na to, jak „niechlujni” i „śmierdzący” są Koreańczycy – dodaje Tom.

Uprzedzenia te nie znikają, chociaż ludzie wywodzący się ze społeczności Zainichi osiągnęli sukces i wysoką pozycję w wielu sferach japońskiego społeczeństwa. Najbogatszy człowiek w Japonii Son Masayoshi, założyciel telekomunikacyjnego giganta SoftBank, jest potomkiem Koreańczyków, którzy przybyli do Japonii przed drugą wojną światową; powrócił nawet do swego koreańskiego nazwiska rodowego. Mimo to wielu Japończyków nadal postrzega Zainichi – i to nie tylko robotników dniówkowych, ale w ogóle wszystkich Koreańczyków – jako przedstawicieli klasy niższej, którzy jedzą potrawy o ostrym smaku i zapachu, hołdują odmiennym tradycjom niż japońskie oraz pracują jako robotnicy niewykwalifikowani albo wręcz zajmują się działalnością przestępczą. W powszechnym mniemaniu wszyscy Koreańczycy prowadzą salony gry w pachinko5, restauracje yakiniku (oferujące mięso z rusztu, na wzór dań kuchni koreańskiej) albo trudnią się nielegalnym hazardem – na tych stereotypach opierają się autorzy haseł rozpowszechnianych za pośrednictwem czarnych vanów.

Obecnie liczba Zainichi – potomków migrantów w czwartym albo piątym pokoleniu – systematycznie się zmniejsza. Co roku około 10 tysięcy przyjmuje japońskie obywatelstwo, a wraz z nim nierzadko także japońskie nazwiska. Sprzyja temu pewna japońska osobliwość – można tu bowiem mieć jedno nazwisko codziennego użytku oraz drugie, oficjalne nazwisko, którego używa się wyłącznie do celów reprezentacyjnych. Zainichimają wiele możliwości, najczęściej jednak w sytuacjach nieformalnych posługują się swoimi koreańskimi nazwiskami, nazwiska japońskie natomiast zachowują do oficjalnego użytku, jako swego rodzaju urzędowe aliasy.

– Większość ludzi przyzna, że koreańskie nazwisko w CV to duży minus, kiedy szuka się pracy – mówi Tom.

W przeszłości Zainichi miewali spore problemy z wynajęciem nieruchomości i mimo świetnej opinii, jaką koreańscy mężczyźni cieszą się wśród Japonek za sprawą popularności koreańskich telenowel w japońskiej telewizji, koreańskie pochodzenie wciąż jeszcze utrudnia randkowanie i zawieranie związków małżeńskich.

Ponieważ w Japonii wypytywanie rozmówcy o koreańskie pochodzenie jest tabu, czasami Japończycy muszą się uciekać do innych metod, by uzyskać tę informację. Opowiadam Tomowi o pewnym znajomym Japończyku, który powiedział mi, że rodzice jego narzeczonej, którzy podejrzewali, że może on mieć koreańskie korzenie, chcąc to sprawdzić, skorzystali z usług prywatnego detektywa. Tom twierdzi, że obecnie takie praktyki są nielegalne, dodaje jednak, że dla wielu tradycjonalistycznych rodzin kwestia pochodzenia jest nadal bardzo istotna. Mimo to zawiera się dziś wiele małżeństw, w których jedno z małżonków jest pochodzenia koreańskiego, a drugie rdzennie japońskiego. Wedle niektórych szacunków w takich rodzinach urodziło się już ponad milion mieszanych rasowo dzieci.

Socjolog Fukuoka Yasunori wyodrębnił pięć kategorii Koreańczyków mieszkających w Japonii. Do pierwszej należą ci, którzy identyfikują się z Koreą Południową. Są nazywani Mindan i miewają nawet podwójne, japońsko-koreańskie obywatelstwo – oficjalnie nielegalne, lecz rzadko traktowane jak przestępstwo i ścigane sądownie. Najbardziej zdumiewająca z punktu widzenia cudzoziemca jest druga kategoria – twardogłowi sympatycy Korei Północnej, którzy żywią nadzieję, że pewnego dnia powrócą do zjednoczonej na nowo Korei pod rządami dynastii Kimów z Phyŏngyang. Nazywa się ich Chongryŏn albo Chongreon (Czongrion). Z oczywistych powodów w ostatnich latach ich szeregi stopniały, ale był taki czas, w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy ich postawa nie była tak absurdalna jak obecnie, ponieważ Korea Północna mogła się jeszcze wydawać interesująca pod względem ekonomicznym i ideologicznym.

Na przeciwległym krańcu tego spektrum znajdują się Koreańczycy, którzy nienawidzą swego pochodzenia i zmienili nazwiska, by wtopić się całkowicie w japońskie społeczeństwo: często nie mówią po koreańsku, naturalizowali się i mają japońskie paszporty. W wielu przypadkach przyjaciele i współpracownicy tych osób nie mają pojęcia o ich koreańskich korzeniach. Wśród japońskich Koreań­czyków są też tacy, którzy odczuwają dumę ze swojej koreańskiej spuścizny – szczególnie odkąd za sprawą fali kulturowej Hallyu bycie Koreańczykiem stało się „cool” – nie są jednak szczególnie przywiązani do swojej koreańskości, nie utożsamiają się ani z Koreą Północną, ani z Południową, z całą pewnością nie mają zamiaru przeprowadzać się do Korei i często nie mówią nawet po koreańsku. Ostatnią grupę stanowią ludzie, którzy mają te kwestie w nosie, chcą tylko, żeby pozwolono im żyć w spokoju i nie zmuszano do utożsamiania się z czymkolwiek.

Szacuje się, że w Japonii mieszka 35 tysięcy Koreańczyków, którzy nie ubiegają się ani o południowokoreański, ani o japoński paszport, ponieważ sympatyzują z reżimem Wielkiego Przywódcy Kima; jest też bardzo prawdopodobne, że część spośród tych, którzy z oporami wystąpili o jeden lub drugi paszport, także wciąż utożsamia się z Północą. Wyczekują oni dnia, w którym tamtejsza totalitarna dyktatura w końcu zatriumfuje i czysta rasa „prawdziwej” Korei na nowo zjednoczy obydwa kraje półwyspu.

Co jeszcze bardziej osobliwe, sympatycy Korei Północnej prowadzą większość z ponad sześćdziesięciu koreańskich szkół, które działają na terenie Japonii. Szkół o północnokoreańskiej afiliacji było znacznie więcej, ale w ciągu minionych dwudziestu lat wiele z nich połączyło się lub zostało zamkniętych. Niektóre szkoły prowadzone przez Chongryŏn są subsydiowane bezpośrednio przez Phyŏngyang, a część z nich otrzymuje nawet finansowanie z japońskiego budżetu za pośrednictwem lokalnych prefektur. Dzieje się tak, ponieważ do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku wielu japońskich polityków, szczególnie z ugrupowań komunistycznych i socjalistycznych, bardzo dbało o utrzymywanie dobrych stosunków z przywódcami społeczności Chongryŏn. Przedstawiciele grupy Mindan – sympatyzującej z Koreą Południową – często posyłają swoje dzieci do tych szkół, ponieważ chcą, aby nauczyły się one języka i poznały koreańską kulturę. Rodzice stają przed wyborem: mogą zapisać dzieci do szkół północnokoreańskich albo całkowicie utracić więź ze swoim dziedzictwem kulturowym i etnicznym. Gdy uświadomimy sobie, że niszczenie miejscowej kultury i języka stanowiło element japońskiej polityki okupacyjnej w Korei, bez trudu zrozumiemy, jakimi pobudkami kierują się owi rodzice.

– Wyobraź sobie, że przez dziesięciolecia przyglądasz się, jak Japończycy usiłują zniszczyć twoją kulturę i tożsamość narodową – zmuszają ludność do posługiwania się językiem japońskim, przybierania japońskich imion i nazwisk, stawiają wszędzie shintōistyczne świątynie – mówi Tom.

Szczególnie pod koniec okupacji Japończycy robili wszystko, co w ich mocy, by zrobić z Koreańczyków obywateli Japonii. Określali ich nawet mianem „zewnętrznych Japończyków”.

Mieszkańcy Korei Południowej, jak się zdaje, mają ambiwalentny stosunek do niedoli swoich ziomków Zainichi. W przeprowadzonym w 2018 roku badaniu opinii publicznej tylko 7,8 procent ankietowanych wymieniło „dyskryminację Koreańczyków z Południa mieszkających w Japonii” jako powód swoich „negatywnych odczuć” w stosunku do Japończyków. Za znacznie bardziej palącą kwestię uznano na przykład suwerenność wysp Tokdo/Takeshima. Tymczasem, zdaniem japońskich ugrupowań prawicowych, specjalny status Zainichi, uprawniający ich do stałego pobytu, zapewnia im nienależne przywileje. To niesprawiedliwe – twierdzą – że kiedy rezydent pochodzenia koreańskiego popełnia przestępstwo, w doniesieniach prasowych nie pojawia się jego prawdziwe nazwisko, lecz któryś z japońskich aliasów. Irytuje ich również, że Zainichi mają prawo przechodzić przez te same bramki kontroli imigracyjnej, co Japończycy.

Japońscy ultranacjonaliści wykorzystują specjalny status rezydentów przyznany Zainichi w charakterze poręcznego kija, którym mogą ich do woli okładać. Ale tym, co naprawdę ich wkurza, jest nieustająca krytyka kolonialnej przeszłości Japonii, którą uprawiają południowi Koreańczycy – słychać ją w wystąpieniach polityków, hasłach uczestników wieców protestacyjnych, w telewizji, w filmach – a nade wszystko elementy antyjapońskiej propagandy nadal obecne w tamtejszych programach nauczania, no i, oczywiście, spór o wyspy Tokdo/Takeshima.

Ostatnio jednym z najbardziej aktywnych ugrupowań prawicowych o wyraźnie antykoreańskim nastawieniu jest Zaitokukai. (Jego pełna nazwa w swobodnym tłumaczeniu brzmi „Stowarzyszenie Obywateli przeciwko Przywilejom Zasiedziałych Japońskich Koreańczyków”). Rozpoczęło działalność około roku 2010, początkowo w internecie, później zaś przeszło do organizowania protestów ulicznych w Ōsaka i Tōkyō, zazwyczaj w dzielnicach zamieszkiwanych przez dużą liczbę Koreańczyków. Oto hasła, które wykrzykują przed koreańskimi szkołami i osiedlami mieszkaniowymi (zaczerpnięte z relacji w „Japan Times”):

Wykopać Koreańczyków z Japonii.

Wrzucić koreańskich przestępców do Zatoki Tokijskiej.

Wyjdźcie, Koreańczycy, którzy tego słuchacie. Wyjdźcie, żebyśmy mogli was zatłuc na śmierć. Nie oszukacie Japończyków, karaluchy.

Pokażcie się, jeżeli czujecie się dumnymi Koreańczykami z Północy. Wyjdźcie, żeby dać się zakatować za waszego Kim Jŏng-Ila. Wyłaźcie, żebyśmy was mogli pozabijać.

Po wielu podobnych zajściach w 2014 roku amerykański Departament Stanu w swoim raporcie na temat sytuacji w Japonii zarzucił temu krajowi „głęboko zakorzenioną dyskryminację” społeczności imigranckich. Na skutek nacisków ze strony Komisji Praw Człowieka ONZ w Japonii uchwalono w końcu ustawę zakazującą stosowania gróźb użycia przemocy fizycznej, która jednak nie zakazuje mowy nienawiści (także w sieci) ani nie przewiduje kar dla winnych.

W Tōkyō społeczność koreańska tradycyjnie skupia się przede wszystkim w Shin-Ōkubo, niewielkiej dzielnicy przycupniętej w cieniu Okręgu Shinjuku. Jadę tam następnego dnia i spędzam miło popołudnie, spacerując po ulicach wokół dworca, na których znajduje się mnóstwo koreańskich restauracji. Przyjechałem tu na spotkanie z dziennikarzem Yasuda Kōichi. Chcę zdobyć nieco informacji na temat hałaśliwych pasażerów czarnych minivanów, którzy wydają się tak bardzo nie na miejscu w przykładającej wielką wagę do przestrzegania form i nader powściągliwej współczesnej Japonii. Yasuda był obecny przy narodzinach ich ruchu.

„Tu, w Japonii, rasiści są obecni od zawsze, ale jeśli się ich nie szukało, trudno było ich zauważyć” – mówi Yasuda, mężczyzna tuż po pięćdziesiątce, z charakterystycznymi dla reporterów oznakami lekkiego przemęczenia na twarzy. „Ale to była całkiem nowa grupa. Widywało się zupełnie zwyczajne matki z dziećmi, niewyróżniających się niczym urzędników, emerytów, którzy twierdzili, że było nam lepiej bez cudzoziemców. Mieli to dojmujące poczucie straty, wrażenie, że wiele rzeczy zostało im odebranych przez cudzoziemców i obce kraje”.

Mniej więcej w grudniu 2006 roku niezadowolenie manifestowane dotąd w internecie przeniosło się na japońskie ulice. Niezadowolonym przewodził człowiek, który przedstawiał się jako Sakurai Makoto – jego prawdziwe imię i nazwisko to Takada Makoto – z Fukuoka. Yasuda powęszył trochę, żeby czegoś się o nim dowiedzieć.

– Rozmawiałem z ludźmi, którzy chodzili z nim do liceum, ale powiedzieli mi tylko, że był bardzo cichy i niczym się nie wyróżniał. Większość nawet go nie pamiętała. Nikt nie umiał powiedzieć, co się z nim działo po ukończeniu szkoły poza tym, że imał się dorywczych prac, a to oznacza, że przypuszczalnie nie miał wielu przyjaciół – powiedział.

Takada przeprowadził się do Tōkyō, podjął tam pracę jako ochroniarz i zdołał jakimś cudem zyskać sympatię rzeszy internautów, którzy śledzili jego rasistowskie tyrady i wpisy na blogu.

– Zaczął atakować Koreańczyków, nawiązując do kwestii terytorialnych i historycznych. Stał się internetowym bohaterem, charyzmatycznym patriotą – dodał Yasuda.

Tymczasem skala migracji do Japonii jest minimalna. W 2017 roku kraj rozpatrzył pozytywnie 20 z ponad 20 tysięcy wniosków o azyl. Rocznie przyznaje się obywatelstwo nie więcej niż 10 tysiącom osób. Cudzoziemcy mieszkający w Japonii stanowią obecnie 1,75 procent ogółu obywateli, podczas gdy na przykład w Wielkiej Brytanii około 14 procent. Warto jednak zauważyć, że w ciągu ostatnich pięciu lat liczba zagranicznych pracowników wysoko i średnio wykwalifikowanych, którzy otrzymali zezwolenie na pobyt w Japonii, podwoiła się, osiągając w 2018 roku 1,28 miliona. Wśród nich największy odsetek – 29 procent – stanowią Chińczycy, a zaledwie 4,4 procent przybysze z Korei Południowej. Paradoksalnie napływ imigrantów jest nadzorowany przez obecnego premiera Abe Shinzō, blisko powiązanego z prawicowymi nacjonalistami. Co więcej, premier planuje sprowadzenie do 2025 roku na krótki pobyt jeszcze pół miliona pracowników niewykwalifikowanych w celu uzupełnienia niedoborów rąk do pracy w rolnictwie, budownictwie oraz opiece nad osobami starszymi.

Coraz więcej zwolenników Takady wylegało na ulice, początkowo w największej koreańskiej dzielnicy w Japonii, Tsuruhashi w Ōsaka, a później także tutaj, w Tōkyō, w dzielnicy Shin-Ōkubo. Yasuda niemal od samego początku zwracał uwagę na aktywność tego ruchu, ale japońskie media głównego nurtu nie chciały drukować jego artykułów.