Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W cieniu wzruszających historii o uratowanych psach i kotach, wśród zdjęć porzuconych zwierząt i dramatycznych apeli o pomoc, istnieje druga, mniej pozytywna strona działalności niektórych fundacji i stowarzyszeń prozwierzęcych. Ta książka odsłania kulisy funkcjonowania tych, które deklarują ratowanie zwierząt, a w rzeczywistości dopuszczają się zaniedbań, przemocy i nadużyć finansowych. Pod płaszczykiem empatii i troski kryją się mechanizmy manipulacji, fałszywe zbiórki i dramat ludzi, którzy nie potrafią się bronić.
Michał Kowalski, jeden z autorów strony Czarna Lista Organizacji Prozwierzęcych, pokazuje, jak łatwo zdobyć społeczne zaufanie, jak trudno zweryfikować prawdziwe intencje oraz jak brak kontroli i przejrzystości sprzyja patologiom. To opowieść o zwierzętach, które o pomoc prosić nie mogą, oraz o ludziach, którzy mieli pecha spotkać na swojej drodze rozpędzoną machinę petbiznesu.
To nie jest książka przeciwko pomaganiu. To książka o odpowiedzialności, czujności i potrzebie realnej ochrony tych, którzy sami o pomoc poprosić nie mogą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 460
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Copyright © Michał Kowalski, 2026
This edition © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt graficzny okładki: Anna Slotorsz
Redaktorka prowadząca: Justyna Kukian
Redakcja: Paweł Cieślarek
Korekta: Maria Zając, Anna Nowak
Skład i łamanie: Monika Drobnik-Słocińska
ISBN 978-91-8076-016-4
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Gyldendal A/S Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.fi
Wstęp
Minęła już ponad dekada, od kiedy prowadzę w mediach społecznościowych profil Czarna Lista Organizacji Prozwierzęcych* i jestem stałym obserwatorem wydarzeń w środowisku polskiej ochrony zwierząt. Wiele spraw opisałem jedynie w roli narratora, w inne zaangażowałem się (dzięki wsparciu kilku osób, które chcą zachować anonimowość – dlatego w niektórych fragmentach tej książki prowadzę narrację w liczbie mnogiej, jako „my”), by pomóc poszkodowanym przez różne organizacje, a także samym zwierzętom. Rezultaty tego bywały rozmaite, ale chyba jestem człowiekiem, który może udzielić kilku odpowiedzi. Albo przynajmniej zadać kilka pytań. Na przykład: czy można komuś zniszczyć życie, niosąc na sztandarach tak szczytne hasła jak empatia wobec zwierząt? Czy krzywdzenie zwierząt może uchodzić ludziom płazem, jeśli tylko wystarczająco głośno deklarują swoją troskę o nie? Czy kogokolwiek interesuje jeszcze to, że czasem skrajne formy petbiznesu doprowadzają ludzi do targnięcia się na własne życie?
Nigdy bym nie pomyślał, że w świecie fundacji i stowarzyszeń, które za cel postawiły sobie ochronę zwierząt, jest tyle patologii. Jedna z najpiękniejszych idei, jakie tylko można sobie wyobrazić, przez lata zmienia się w coś, co trudno wyrazić słowami. Do opisania tego zjawiska nie wystarczy limitowany liczbą znaków wpis w internecie – trudno byłoby zawrzeć całość w jednym lub nawet kilku reportażach. Te zresztą najczęściej poruszają jakiś jeden, wąski problem, a ignorują sedno całej sprawy.
Jeszcze kilka, a właściwie już około 10 lat temu, mój stan wiedzy na temat środowiska prozwierzęcego był praktycznie zerowy. Sądziłem, że w Polsce istnieją może trzy organizacje, może trochę więcej, które wolontariacko zajmują się działalnością pomocową. No i byłem przekonany, że z pewnością działają w nich sami bardzo uczciwi ludzie, bo przecież zła osoba nie poświęcałaby swojego czasu – żeby nie powiedzieć życia – na coś tak bezinteresownego. W moim ówczesnym rozumieniu nie miałoby to żadnego sensu. Kto lubi zwierzęta, ten z pewnością jest dobrym człowiekiem. Kto pracuje charytatywnie, ten z całą pewnością intencje ma czyste jak łza, a serce przepełnione dobrocią.
A później przyszło zderzenie z rzeczywistością. Rynek ochrony zwierząt w Polsce generuje dziesiątki milionów złotych przychodów rocznie. A może setki milionów… właściwie nikt nie wie ile. Najbogatsze organizacje operują budżetem rzędu 20 milionów, ale nie brakuje takich, które prowadząc absolutnie niszową, trudną do zauważenia w skali ogólnokrajowej działalność, oscylują w okolicy miliona. Nie ma żadnych statystyk, choć wydaje się to łatwe do policzenia. Nie ma oficjalnych danych, ponieważ nie ma żadnego spisu organizacji tego typu. W zasadzie nikt nie wie, ile ich w Polsce jest. Jedno wiadomo na pewno – regularnie powstają nowe.
Osobnym wątkiem (również ten jeszcze kilka lat temu nie przyszedłby mi do głowy) jest działalność kryminalna pod przykrywką tej społecznej. No bo jak? Przestępca to wielki facet, który w kominiarce włamuje się do czyjegoś domu. Z pewnością nie jest to filigranowa pani w średnim wieku, która mieszka z tuzinem kotów. Ale i tu granice zaczęły się zacierać. Ba, pojawiły się nawet i kominiarki oraz nocne wejścia do cudzych domów. Tyle że nikt tego w Polsce nie traktuje jako działalności przestępczej. Mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni.
Długo zastanawiałem się nad tytułem tej książki. Na początku najodpowiedniejsza wydawała mi się forma pytania, coś w stylu: „Czy ochrona zwierząt w Polsce to oszustwo?”. Ale wtedy mogłoby tu zadziałać prawo nagłówków Betteridge’a, czyli reguła, zgodnie z którą na każdy nagłówek prasowy kończący się znakiem zapytania można odpowiedzieć: „Nie”. Skoro pytałbym o to na wstępie, to by znaczyło, że albo sam nie znam odpowiedzi, albo jest to forma prowokacji i tak naprawdę żadnego oszustwa nie ma.
Później rozważałem wersję z wykrzyknikiem: „Ochrona zwierząt w Polsce to oszustwo!”. Tyle że wykrzyknik nie ma tutaj racji bytu. Wskazuje na jakiś ładunek emocjonalny albo wręcz agresję po stronie autora. Ja zaś po tylu latach obserwowania spraw związanych z działalnością różnych organizacji prozwierzęcych jestem w stanie dość spokojnie o tym opowiadać. Kiedyś – owszem – chciało mi się krzyczeć na różne ważne persony. Że przecież widzą krzywdę ludzi i zwierząt, a jednak nic z tym nie robią. Dzisiaj tych emocji, żądań i krzyków już nie ma. Przeszedłem do porządku nad całą tą niesprawiedliwością, dzięki czemu lepiej odnajduję się w roli narratora, a nie uczestnika poszczególnych wydarzeń. Ostatecznie więc tytuł brzmi: Jak zarobić na zwierzętach. Patologie petbiznesu.
To, co kiedyś miało działać w interesie społecznym, dziś ten interes zabija. Piękna idea przerodziła się w monetyzację cierpienia. Nie chwaląc się, przewidywałem taką kolej rzeczy wiele lat temu. Obserwując, jak ludzie reagują na poszczególne sprawy, można było zakładać, że to, co dobrze się sprzedaje, będzie znajdowało naśladowców. I tak też się stało. Dzisiaj już mało kogo interesuje organizacja zajmująca się sterylizacją kotów wolno żyjących albo ta szukająca nowych domów dla psów ze schroniska. Rynek darczyńców został przejęty przez tych najgłośniejszych. Tych, którzy najsprawniej grają na ludzkich emocjach, najlepiej tworzą wokół siebie skandale i dramaty. Publika oczekuje potu, łez i krwi, a nie codziennej pracy u podstaw. Żeby zarobić, trzeba wziąć udział w wyścigu cierpienia. Trzeba zmonetyzować cierpienie zwierząt i przedstawić je w sposób, który zachęci ludzi do otwarcia portfeli. Jedni to potrafią, inni niekoniecznie.
Przy czym – jak w każdym reportażu na temat nieprawidłowości w dowolnej organizacji charytatywnej – potrzebne jest tu pewne zastrzeżenie. Może widzieli Państwo tego typu materiał w telewizji. Tam zawsze w mowie początkowej prowadzący zaznacza, że nie jest przeciwny ochronie praw zwierząt, że nie neguje całej działalności danej organizacji i w ogóle to ma w domu przygarniętego psa czy kota. To standardowa regułka, która w założeniu ma pozwolić na mówienie o ciemnej stronie ochrony zwierząt. Mimo że taki zabieg nie zawsze jest skuteczny, a często wprowadza wręcz pewną konsternację u odbiorcy, chciałbym zastosować coś podobnego.
Po pierwsze i chyba najważniejsze: oczywiście nikt nie neguje ochrony zwierząt jako koncepcji. Nikt nie podważa sensu ich ochrony ani nie twierdzi, że wszystkie organizacje zajmujące się takimi zagadnieniami składają się z cynicznych oszustów wykorzystujących zwierzęta do własnych celów. Większość, a moim zdaniem znaczna większość, aktywistów od zwierząt to bardzo fajni ludzie. Nie można im nic zarzucić ani pod względem traktowania zwierząt, bo najczęściej daliby się pokroić za jakiegoś przypadkowego Burka, ani pod względem uczciwości, bo każdą złotówkę przed wydaniem oglądają z obu stron. Przez te wszystkie lata poznałem ich kilkudziesięciu i szczerze im zazdroszczę uporu, z jakim trzymają się własnych zasad. Nie naciągają, nie manipulują, przedstawiają swoje historie takimi, jakimi one są. I to z pełną świadomością, że wystarczyłoby nałożyć jakiś filtr na fotografie swoich podopiecznych, podkoloryzować opis lub wskazać internautom kierunek sztucznie wywołanego skandalu, aby pieniądze płynęły do nich szerszym strumieniem. Bez pieniędzy przecież niewiele można zrobić, więc byłoby to, w jakimś stopniu, zrozumiałe, że ktoś dodaje trochę manipulacji do swojego crowdfundingu. Oni jednak tego unikają. Może dlatego, że nie jest im to potrzebne. Renomę mają dobrą na tyle, że poradzą sobie bez krzywych zagrywek, a może też lubią nie widzieć naciągacza, gdy patrzą w lustro.
Mówiąc krótko: większość organizacji ochrony zwierząt to zwyczajni ludzie, którzy nawet nie rozważają udziału w akcjach pokroju tych opisanych w tej książce. Jeśli jest to coś warte, chciałbym tutaj podziękować im za całokształt tego, co robią. Za każdy wyjazd do cierpiącego zwierzęcia, gdy nikt inny nie chce się tego podjąć, za każdego wysterylizowanego kota, za każdy worek karmy, który przekazali jakiejś potrzebującej osobie, gdy o to poprosiłem. Mógłbym długo wymieniać historie, gdy gdzieś na drugim końcu kraju jakaś nie do końca zaradna osoba miała problem z pseudoaktywistami, a za moim pośrednictwem otrzymywała pomoc od tych faktycznych miłośników zwierząt. Tych, którzy potrafią zauważyć cierpienie nie tylko zwierzęcia, lecz także jego opiekuna. W tym zestawieniu często jest to nawet trudniejsze. Nie tylko dlatego, że wymaga empatii wobec ludzi, czego bardzo brakuje w tym środowisku, ale też dlatego, że ludzie bywają bardzo różni. Trudno ich przekonać do zmian nawyków, są roszczeniowi i konfliktowi. Łatwo jest zabrać komuś psa i wstawić go do kojca na własnym podwórku, trudniej jest sprawić, żeby stary pies mógł pozostać ze swoim równie wiekowym opiekunem, który niekoniecznie potrafi właściwie się nim zająć. Ale to już tylko dygresja. Jestem bardzo wdzięczny, że przez te wszystkie lata mogłem poznać aż tak wielu prawdziwych pasjonatów. Dzięki za to, co robicie. Trzymam kciuki, żebyście jak najdłużej nie dali się wciągnąć w środowiskowe bagno, o którym tak wiele razy rozmawialiśmy. Zresztą bez naszych rozmów pewnie do dziś trwałbym w jakimś półmroku i ślepo wierzył we wszystko.
Drugie zastrzeżenie jest takie, że gdy zestawia się wydarzenia, które niepodważalnie negatywnie świadczą o którejś z organizacji, bądź o ludziach mieniących się obrońcami zwierząt, nie może być mowy o obiektywizmie. Aby obraz był obiektywny w każdym wypadku, należałoby wymieniać wszystkie pozytywne rzeczy, które na przestrzeni lat dana organizacja bądź dany aktywista zrobili. W jednym z rozdziałów opiszę wydarzenia, w trakcie których członek zarządu fundacji został uchwycony na własnym monitoringu, gdy katował zwierzęta. Jedne kopie, inne bije pięściami. Aby dopełnić obiektywizmu, musiałbym opis tych wydarzeń przerywać wzmiankami o wszystkim, co było korzystne w trakcie pracy wspomnianego członka zarządu. Może i skatował jakiegoś psa, ale innemu zapewnił pomoc weterynaryjną, która uratowała mu życie. Może i kopnął psa z całej siły w głowę, ale wiele psów znalazło dom pod dachem członka zarządu, a przecież tych psów nikt nie chciał. Bez tego dachu nad głową mogły trafić do złego schroniska, gdzie być może, w jakimś hipotetycznym scenariuszu, straciłyby życie. Obiektywne nie będzie przytoczenie słów jakiegoś świadka, który ma wiedzę o złych działaniach członka zarządu. Na potrzeby obiektywizmu musiałbym przytoczyć relacje, że ów członek zarządu zawsze sąsiadom mówił „dzień dobry” i że wielu przecież ludzi nie widziało niczego złego w tym, jak traktował on zwierzęta. Albo inaczej: że wielu ludzi widziało, jak traktuje zwierzęta dobrze.
W Polsce nie ma organizacji całkowicie, stuprocentowo złych. Każda ma na koncie mnóstwo rzeczy, które są godne pochwały. Tyle że i w tym wypadku silenie się na obiektywizm mijałoby się z celem. Przypominałoby to szukanie okoliczności łagodzących dla pijanego kierowcy, który co prawda przejechał staruszkę na przejściu dla pieszych, ale poza tym może pochwalić się całą masą potrzebnych i pozytywnych rzeczy, które zrobił. Może akurat jest chirurgiem w pobliskim szpitalu, może kilka dni wcześniej inną staruszkę przeprowadził przez te same pasy. Obiektywnie podchodząc do tematu, należałoby uznać, że każda wzmianka o doprowadzeniu do czyjejś śmierci przez tego wymyślonego na potrzeby metafory człowieka musi zawierać też całościowe zestawienie jego zasług. A zatem – tak, świadomie narażam się na zarzut braku obiektywizmu. Świadomie opisuję ciemną stronę tego środowiska. Tę jasną opisały już wszystkie media w Polsce, i robiły to setki razy. W końcu temat ochrony zwierząt jeszcze niedawno był chyba najbezpieczniejszym dla dziennikarza. Dziś już nie jest. W dużej mierze wynika to z internetu, gdzie weryfikacji podlegają również treści przekazywane przez bardzo opiniotwórcze źródła, a i ja chyba dołożyłem do tego małą cegiełkę.
Podobnie mają się sprawy w rozdziale dotyczącym stricte prawa. Polskie przepisy w tym konkretnym zakresie są nie tylko absurdalne, nie tylko dają ogromną przewagę jednej ze stron występujących w sporach sądowych, ale też można nimi dowolnie, a przy okazji bezkarnie manipulować. Czy to oznacza, że są złe? Tak, zostały źle napisane i są źle wykorzystywane. Ale czy to oznacza też, że nigdy nie są one wykorzystywane we właściwych celach? Bynajmniej! Skłamałbym jednak, twierdząc, że dzieje się tak, ponieważ Inspekcja Weterynaryjna, policja i prokuratura dobrze sobie radzą w kwestii ochrony zwierząt. Sytuacja zdaje się poprawiać, wciąż jednak służby państwowe zbyt często rozkładają bezradnie ręce, gdy przychodzi im mierzyć się z przypadkami złego traktowania. Ale tak paradoksalnie… może to i lepiej? Dzieje się tak czasem z niewiedzy, czasem z braku chęci, nieco częściej z powodu systemowych blokad czy swego rodzaju ślepych uliczek, w które funkcjonariusze w danej instytucji mogliby zabrnąć, chcąc dorównać w skuteczności sektorowi pozarządowemu. Nawet nie trzeba szukać wymyślnych scenariuszy. Wystarczy, że policjant pojedzie do zgłoszenia znęcania się nad psem trzymanym w złych warunkach. W niedzielę wieczorem. Z jednej strony będzie miał prawo „odebrać” takiego psa właścicielowi, z drugiej, o ile nie weźmie go sobie na komisariat, nie będzie miał co z nim zrobić. Nawet jeśli uda się mu skontaktować z urzędem gminy, która nadzoruje przekazywanie zwierząt do schroniska, to może się okazać, że samo schronisko jest oddalone od gminy o na przykład 300 kilometrów. I może brakować w nim miejsca dla tego psa lub czasu, aby po niego przyjechać. W takich właśnie sytuacjach nasze wewnętrznie sprzeczne przepisy przychodzą z pomocą właścicielowi psa. To jest fakt, a nie opinia, nawet jeśli kłóci się to z moim stanowiskiem na temat szkodliwości tego prawa. Mam więc nadzieję, że to jasne – jeśli nie wspominam o tym, że te same przepisy, które pozwalają krzywdzić ludzi i zwierzęta, niekiedy pozwalają też im pomóc, to nie dlatego, że nie chcę być obiektywny, lecz dlatego, że nie na tym polega istota problemu, który mnie zajmuje.
À propos zwierząt i służb mundurowych: miałem okazję rozmawiać z wieloma przedstawicielami policji i prokuratury. Czasem przy zupełnie innych okazjach bądź na stopie prywatnej. W ich „firmie” istnieją dwa podejścia do tematu ochrony zwierząt. Pierwsze – chyba popularniejsze – podejście jest takie, że… to nie ich sprawa. Wielu policjantów wychodzi z założenia, że ściganie przestępstw wobec zwierząt nie leży w ich kompetencjach. Ale jest i drugi biegun tych poglądów. Policjanci oraz prokuratorzy, którzy wręcz mają żal o to, że nie są informowani o przypadkach złego traktowania zwierząt. Co najmniej kilku mówiło mi, że najczęściej, jeżeli w ogóle są gdzieś wzywani, to już po fakcie. W momencie, gdy na miejscu przestępstwa nie ma już żadnych zwierząt, a potencjalny sprawca miał sporo czasu, aby pozbyć się wszelkich śladów. Nie są też zachwyceni formułą współpracy z niektórymi organizacjami, wskazując wprost, że ściganiem tego typu przestępstw powinien jednak zarządzać przedstawiciel rzeczywistych służb, a nie przypadkowy wolontariusz z jakiejś fundacji. Skrajnych opinii z pewnością jest więcej, ale to już nie mój zakres zainteresowań. Nadal czekam na możliwość opublikowania nagrania dokumentującego to, jak dwóch policjantów z Wielkopolski udziela tak zwanej asysty przedstawicielom jednej z niszowych organizacji, wykonując ich wszystkie polecenia, a w rezultacie doprowadzając do kradzieży psa. Może kiedyś właściciele skradzionego psa pozwolą na pokazanie szerszemu gronu odbiorców, jak to wygląda w praktyce. Na razie zdają się nadal wierzyć w to, że ich pies wróci do domu, więc nie ma co narażać się na pozwy ze strony funkcjonariuszy policji. Tyle że ten pies nie wróci.
Wreszcie trzecie zastrzeżenie, już sygnalizowane (i może mniej ważne, ale warto podkreślić problem): próżno szukać tu danych statystycznych. Z pewnością świetnie wyglądałoby zestawienie liczb dotyczących sektora pozarządowego w polskiej ochronie zwierząt. Ile zwierząt otrzymało opiekę, ile zasiliło rubrykę zgonów (czy jak kto woli: „ile padło”), jaka kwota została spożytkowana i na jaki odcinek działalności. Też chciałbym zobaczyć takie wyliczenia. Problem w tym, że nic takiego nie istnieje. Można przytoczyć źródła, które podają, że przykładowo w 2023 roku 633 gminy, czyli 25,6 procent wszystkich gmin w Polsce, zapewniły opiekę łącznie 9455 psom, co w sumie kosztowało te gminy 50 637 386 złotych. Było to 14,3 procent wszystkich odłowionych psów w Polsce, a jedna gmina średnio odławiała ich 11–20 procent w ciągu roku1. Jednocześnie nie jest możliwe formalne sprawdzenie, ile psów trafiło do każdej z około tysiąca fundacji. Można je zapytać o to, pewnie niektóre odpowiedzą, ale nie istnieje formalna ścieżka kontrolowania pozaschroniskowego przepływu zwierząt. Możemy dowiedzieć się – co do sztuki i co do grosza – jak przebiegała opieka nad zwierzętami w każdej gminie w Polsce i w każdym z ponad 200 schronisk, bo są one zobowiązane do kontroli własnych finansów oraz prowadzenia ewidencji zwierząt, nie możemy jednak formalnie dowiedzieć się, ile zwierząt przebywa w organizacjach ochrony zwierząt. Możemy jedynie wierzyć w ich niewymuszone deklaracje. Że kiedy mówią: „U nas jest ponad 100 psów”, to faktycznie tyle ich jest.
Nie ma oficjalnych danych na temat liczby organizacji ochrony zwierząt w Polsce ani tego, ilu swoich przedstawicieli upoważniły one do podejmowania działań w swoim imieniu. Nie wiemy, ile zwierząt organizacje te przyjęły pod opiekę, ile komuś wydały, a ile spośród nich zakończyło swe życie. Skoro nie ma listy organizacji, to nie ma też możliwości podliczenia całościowo generowanych przez nie przychodów ani liczby zwierząt na ich utrzymaniu. W tym równaniu mamy do czynienia wyłącznie z iksami. Koszmar matematyka – raj wędkarza. Ponoć w mętnej wodzie ryby lepiej biorą.
Z jednej strony mówi się, że ludzie kłamią, a liczby nie, więc postaram się w niektórych miejscach wskazać przynajmniej rząd wielkości kwot, które są uzyskiwane dzięki tego typu działalności charytatywnej. Z drugiej zaś strony ponoć istnieją trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, wielkie kłamstwa i statystyki, nie będę zatem próbował podliczać czegoś, co miałoby się opierać o zdawkowe bądź niepełne dane. Pomijając już nawet, że w większości wypadków takie dane nie istnieją. Podjąłem kilka prób uzyskania faktycznych informacji, na przykład z urzędów gmin co do decyzji wydawanych na temat czasowego pozbawiania właścicieli zwierząt praw do nich. Jest to praca mozolna, czasochłonna i ostateczny jej rezultat nie jest wcale taki znowuż miarodajny. Można jedynie wnioskować, że liczby, na które część organizacji się powołuje, są wzięte z kapelusza, bo w rzeczywistości okazują się wielokrotnie niższe, ale to i tak zaledwie namiastka danych, dzięki którym ktoś mógłby wyciągać wnioski. Kiedyś podejmę kolejną próbę zebrania tego w całość, obecnie natomiast skupię się na konkretnych historiach, które w pewnym stopniu wpłynęły na moje (i nie tylko moje) postrzeganie środowiska polskiej ochrony zwierząt.
Postaram się też nie napisać, mimowolnie, poradnika dla nieuczciwych organizacji. Oczywiście jeśli ktoś potrafi czytać między wierszami, bez trudu wyciągnie wnioski, jak przełożyć opisywany schemat na własne działania, ale tego całkowicie uniknąć się nie da. Zresztą jest to swego rodzaju tajemnica poliszynela. Każdy zainteresowany wie, jak napisać skandalizujący nagłówek, jak naciągnąć historię zwierzęcia, zmienić kontrast na fotografii czy nawet sprowokować jakieś zajście, aby nagrać te kilka sekund, które później wiralem rozejdą się po internecie i pozwolą zarobić grubszą kasę. Jeżeli ktoś ma złe intencje, i jeszcze tych sposobów nie poznał, to prędzej nauczy się ich, śledząc działania konkurencji, niż z mojego antyporadnika. Chciałbym, żeby któregoś dnia darczyńcy sami zauważali, że jeśli zdjęcie przedstawiające cierpiące zwierzę jest przerobione przy użyciu programów graficznych, to prawdopodobnie jego autor próbuje wprowadzić ich w błąd. Kiedy zaś usiłuje wymusić na nich natychmiastową wpłatę, twierdząc, że już jutro, już za godzinę a właściwie minutę, dojdzie do tragedii, to jest to jedynie płytka manipulacja. Albo kiedy przedstawiona historia jest tak mało wiarygodna, że wręcz prosi się o jakiś dowód, to w głowie potencjalnego darczyńcy od razu powinna zapalać się czerwona lampka. Niestety nic takiego się nie dzieje i pewnie długo jeszcze nie będzie się dziać. Niezbyt zaawansowane socjotechniki są normą w działaniach bardzo wielu organizacji. Dają się na nie nabierać politycy i dziennikarze, trudno więc, żeby przypadkowy darczyńca, który ma ochotę poświęcić co najwyżej 60 sekund na analizę wyświetlanych mu treści, patrzył na to wszystko krytycznie. Szczególnie że faktyczny cel zrzutki może go nawet nie interesować. Być może on jedynie kupuje sobie właśnie odrobinę czystego sumienia – za te 20, 50 czy 100 złotych. A organizatorzy zrzutek, w tym niekoniecznie uczciwi aktywiści, doskonale o tym wiedzą…
Tylko mnie nie o pieniądze tu chodzi. Te są jedynie wątkiem pobocznym, jakimś dopełnieniem całości. Aktywistów dzielę na trzy kategorie, oczywiście w wielkim uproszczeniu.
Do pierwszej i najliczniejszej kategorii należą ci, którym zależy na dobru zwierząt. Tych mamy najwięcej, choć najmniej się o nich słyszy. Ich nadrzędnym celem jest pomoc zwierzętom, a co za tym idzie – są niegroźni. Zdarzają im się pomyłki i błędy, potrafią być złośliwi bądź mściwi, jak wszyscy ludzie, ale koniec końców ich priorytetem są zwierzęta, więc z reguły są niegroźni, nie chcą nikogo skrzywdzić. Nawet jeśli w drodze jakiejś fatalnej pomyłki może im się to przytrafić.
Druga kategoria, mniej liczna, choć bardzo głośna, obejmuje tych, dla których pieniądze są celem samym w sobie, a zwierzęta głównie środkiem do tego celu. Prawdopodobnie w większości nawet lubią zwierzęta, ale na potrzeby zwiększenia swoich zysków są gotowi zaryzykować ich dobro. Porzucić psa w schronisku, jeśli ten nie generuje przychodów, pozbawić kota leczenia, jeśli ten narusza ich budżet. Cynizm w ich wykonaniu nie jest rzadkością, raczej normą. Doskonale wiedzą, jak wpłynąć na otoczenie, aby wydusić z niego ostatni grosz. Bywają groźni, bo w realizacji swoich celów pozbywają się wszelkich przeszkód, które staną im na drodze.
No i jest trzecia kategoria działaczy, skupiająca tych moim zdaniem najgroźniejszych. To są ci, którym nie chodzi o zwierzęta ani nawet zarabianie za ich pomocą. Mogą poświęcić jedno i drugie, aby osiągnąć swój cel. A celem tym jest władza – w każdej odmianie. Przy odpowiednim – że tak powiem – zakręceniu się wokół polityków może to być władza dająca bezkarność. Może to być rząd dusz – dowodzenie prywatną armią ludzi niszczących wrogów na każde zawołanie. Władza może być medialna lub ekonomiczna. Może to być też najprostsza forma władzy – panowanie nad drugim człowiekiem. Na przykład poprzez kontrolowanie jego losu – tego, co się wydarzy w jego życiu oraz z jego zwierzętami. Działacz z tej trzeciej kategorii nie znosi sprzeciwu, nie uznaje kompromisów i jest gotowy poświęcić bardzo wiele, w tym zwierzęta oraz pieniądze, aby zdobyć upatrzoną przez siebie formę władzy.
Oczywiście jest to ogromne uproszczenie. Można łączyć w sobie cechy wszystkich trzech kategorii, a jedna organizacja może zrzeszać reprezentantów każdej z nich. Można też ewoluować – jak poglądy – i przechodzić z jednej kategorii do pozostałych. W tej książce najwięcej miejsca poświęcę właśnie tej trzeciej kategorii. Z prostej przyczyny – uważam ich przedstawicieli za niebezpiecznych. Zarówno dla ludzi, jak i dla zwierząt.
* Od powstania strona posiada łącznie kilkunastu administratorów, w tym lekarzy weterynarii oraz zasłużonych działaczy na rzecz zwierząt.ROZDZIAŁ 1
Chata Zwierzaka
Spośród wszystkich, nazwijmy to, nieprawidłowości, jakie toczą środowisko obrońców zwierząt, najtrudniej pogodzić się z sytuacjami, kiedy ci, którzy na sztandarach niosą te wszystkie szczytne postulaty, doprowadzają do realnej i fizycznej krzywdy zwierząt. Otoczka budowana wokół niektórych ludzi, ich medialność oraz niemal aktorska poza sprawiają, że nikt – ze mną włącznie – nawet nie rozważa posądzenia ich o złe traktowanie psów, kotów czy innych koni. Niestety również w tym aspekcie rzeczywistość potrafi bardzo szybko zweryfikować podejście do tematu.
Przyjęło się też, że jeżeli ktoś podejmuje się opieki nad zwierzętami bezdomnymi, to należy mu nieba uchylić i dać wszystko, o co poprosi. Zaryzykuję tezę, że niewiele jest branż, które pozwalają przeciętnemu człowiekowi w stosunkowo krótkim czasie wejść w posiadanie własnej nieruchomości. Aby kupić nieruchomość, trzeba pracować i odkładać pieniądze bardzo długo. Samo wynajęcie odpowiednio dużej posesji jest kosztem niemożliwym do pokrycia dla wielu ludzi. W przypadku ludzi deklarujących miłość do zwierząt wykształcił się jednak system pozwalający na osiągnięcie takiego celu znacznie szybciej, bo w zaledwie kilka lat.
I jest to system genialny w swojej prostocie. Polega na tym, że aktywista zaczyna zbierać zwierzęta do wynajętego domu lub mieszkania. Gromadzi ich więcej i więcej. A każde zwierzę ma swoje imię oraz historię, która jest na bieżąco relacjonowana – czy to w internecie, czy w artykułach lokalnej prasy, a czasem w telewizji śniadaniowej. Każdy potrafiący dodać dwa do dwóch potrafiłby przewidzieć, że z czasem bardzo duża liczba zwierząt zgromadzonych na niewielkiej przestrzeni zacznie być uporczywa dla sąsiadów. Tworzenie minischroniska w bloku mieszkalnym czy na posesji graniczącej z innymi domami stanowi wręcz gwarancję konfliktu. Szczególnie gdy sama nieruchomość jest jedynie wynajmowana od kogoś innego.
W takiej sytuacji pojawia się kultowe już hasło: „Zwierzęta tracą dach nad głową”. Prawdziwy wytrych do otwierania portfeli darczyńców. Przecież nikt nie chce, aby zwierzęta już raz skrzywdzone przez człowieka znów musiały cierpieć. Emocje biorą górę i nikt nawet nie zastanawia się, jak do takiej sytuacji doszło. Z pewnością to jacyś sąsiedzi albo wynajmujący nieruchomość w swojej nieskończonej podłości chcą zaszkodzić zwierzętom będącym pod opieką danej organizacji bądź danego aktywisty. Narastające oburzenie przeradza się w zrzutkę pieniędzy1, która pozwoli uratować zwierzęta. Tym sposobem ich opiekun staje się właścicielem nieruchomości2.
Tak było w przypadku Fundacji Ochrony Zwierząt Chata Zwierzaka. I nawet nie oceniam, ile prawdy jest w opowieści o tym, że twórczyni tej organizacji porzuciła świetnie płatną pracę w korporacji, aby móc zajmować się zwierzętami. Zakładam, że aż tak świetnie płatna nie była, skoro dom musieli ufundować jej jednak darczyńcy. Wiem natomiast, że w tym konkretnym wypadku potoczyło się to bardzo źle. Jednocześnie jest to chyba najlepiej udokumentowana sprawa, w której udało się dowiedzieć, co dzieje się wewnątrz takiej organizacji. Przecież nie da się zamontować kamer w czyimś domu i sprawdzać, jak traktowane są tam zwierzęta, nie da się też przejrzeć wyciągów bankowych z czyjegoś konta, aby dowiedzieć się, jak wydatkowane są pieniądze przekazywane przez ludzi dobrej woli. Tyle że… tym właśnie razem było to możliwe.
Pod koniec 2022 roku otrzymałem drastyczne nagranie z monitoringu Chaty Zwierzaka. Jak można się dowiedzieć z archiwalnych wpisów fundacji, kamery zostały tam zamontowane właśnie po to, aby kontrolować osoby opiekujące się zwierzętami. Zresztą i one zostały zakupione przez darczyńców. Chwała im za to, bo gdyby nie ten zabieg, to nikt nigdy nie dowiedziałby się, do czego dochodziło w tym rzekomym domu spokojnej starości dla skrzywdzonych zwierząt, tym „domowym hospicjum dla psów i kotów”3.
Krótkie nagranie przedstawia postawnego mężczyznę, który wychodząc z domu, przechodzi przez jego przedsionek i po drodze z całej siły kopie w głowę spokojnie leżącego tam psa. Przerażone zwierzę zeskakuje z legowiska i patrzy w oczekiwaniu na to, czy czeka go kolejny atak. Chwilę po samym kopnięciu psa mężczyzna opuszcza pomieszczenie, za to pojawia się w nim właścicielka fundacji, pani Iwona Gabor-Kantorowicz4. Nagranie się kończy – i pytań jest więcej niż odpowiedzi. Po obejrzeniu go chyba pierwszy raz pomyślałem, że to nie jest materiał na media społecznościowe, a raczej od razu do prokuratury. Tam też w końcu trafił. I nie trzeba było długo czekać na rezultat. Inna sprawa, że był to rezultat żenujący…
Mężczyzna z nagrania okazał się nieprzypadkowy. Pan Paweł Durdyń nie był żadnym tragarzem, który akurat przechodził koło siedziby Fundacji Chata Zwierzaka, lecz członkiem jej zarządu, pracownikiem, mieszkańcem, a prywatnie również partnerem pani prezes. Po bardzo krótkim postępowaniu prokuratura przekazała do sądu wniosek o ukaranie, a ten, w trybie nakazowym, uznał winę za niebudzącą wątpliwości i aktywistę skazał. Choć chyba powinienem to skazanie wstawić w cudzysłów – sąd za kopnięcie psa nakazał skazanemu zapłacić tysiąc złotych i to, w praktyce, na jego własne konto5. To nie żart, sam nie wierzyłem w to, co czytałem. W opinii sądu nawiązka powinna zostać wpłacona na konto Fundacji Chata Zwierzaka, której – zgodnie z ówczesnym wpisem w Krajowym Rejestrze Sądowym – skazany był członkiem zarządu i z której pobierał wynagrodzenie. Co więcej, jak się później okazało, podejście członków organizacji do wydatkowania środków z jej konta bankowego było bardzo swobodne, żeby nie powiedzieć – mieszczące się w definicji słowa „defraudacja”. Uznaliśmy to za zabieg przypominający przełożenie gotówki z jednej kieszeni do drugiej i złożyliśmy sprzeciw wobec tak absurdalnego wyroku. Jednocześnie nagranie zostało opublikowane w internecie, a sprawę poruszyły niektóre media, w tym Polska Agencja Prasowa.
Po wielu miesiącach od uwiecznionych na nagraniu wydarzeń, po kilku miesiącach prowadzonego już postępowania przygotowawczego w prokuraturze i po zapadnięciu wyroku nakazowego do sprawy postanowiła się odnieść również pani prezes fundacji. Była co prawda świadkiem skopania swojego podopiecznego, następnie wszyscy zainteresowani dziennikarze przychodzili pod jej adres, no i przecież sama nie mogła nie wiedzieć, co się w tej sprawie dzieje, ale do zabrania głosu przekonała ją dopiero publikacja nagrania z jej domu. Właściwie to nie do końca jej domu. Formalnie jest on przecież własnością zarządzanej przez nią fundacji. W praktyce zaś miał należeć do potrzebujących zwierząt, rzecz jasna.
Tłumaczenia pani prezes były kuriozalne. Jej zdaniem wydarzenie miało charakter absolutnie jednorazowy – oczywista oczywistość – ale również wynikało z bardzo emocjonalnego podejścia pana Pawła. Otóż pies, który został kopnięty, wcześniej tego dnia miał zagryźć innego, mniejszego psa. I to kopnięcie było jakąś formą kary. Czyli przyznając się do tego, że jeden z jej podopiecznych został skopany przez jej partnera, dodatkowo przyznała, że inny jej podopieczny stracił życie w wyniku pogryzienia. Nie ujmując jej intelektowi, nie jest to chyba najbardziej przemyślana linia obrony. Ale może dzięki temu została uznana za szczerą i prawdziwą. Choć taka nie była, przynajmniej we fragmencie, gdy mówiła o „jednorazowym przypadku”.
Byli pracownicy (lub wolontariusze czy osoby odwiedzające fundację, pewności co do tego, kto fizycznie miał dostęp do monitoringu fundacji, mieć nie mogę) przekazali mi kolejne nagrania z wnętrza tego „azylu” dla skrzywdzonych zwierząt. I były one jeszcze bardziej wstrząsające, a przy okazji całkowicie zdementowały prowadzoną przez panią prezes Chaty Zwierzaka narrację o jednorazowym przypadku czy działaniu w emocjach.
Jedno z nagrań przedstawiało, jak mężczyzna ciska psem przez uchylone drzwi, ten ląduje na wycieraczce i zostaje kopnięty od tyłu. Z krótkiego materiału można wywnioskować, że pracownik fundacji w ten sposób wygonił psa na spacer, a gdy ten po wylądowaniu przed drzwiami na sekundę zamarł w bezruchu, został kopnięty, aby na spacer jednak się udał.
Inne wideo pokazuje tego samego mężczyznę, jak w małym pomieszczeniu próbuje złapać i przycisnąć do ziemi psa szukającego ucieczki, a gdy mu się to udaje, to okłada go pięściami. Pies, mimo swoich całkiem sporych rozmiarów, nie podejmuje żadnej walki. Uderzeń pięścią po tułowiu od dorosłego postawnego faceta mniejsze zwierzę mogłoby nie przeżyć. Jakie obrażenie poniósł ten konkretny pies, nigdy się nie dowiemy.
Na jeszcze innym filmie, tym razem przedstawiającym ujęcia z kilku kamer, pracownik fundacji przechodzi przez kolejne pomieszczenia i w rogu jednego z pokoi znajduje śpiącego, starego psa. Kopie go kilka razy, aż pies bezwładnie dociera do drzwi wyjściowych, przez które również zostaje przekopany. Choć… w sumie nie mam teraz pewności, czy zwierzaka ostatecznie przez sam próg również przetransportowano przy użyciu buta. I nawet nie będę tego już weryfikował, bo oglądanie tych filmów do najprzyjemniejszych nie należy, a w trakcie całej sprawy musiałem oglądać je wielokrotnie.
I dopiero wtedy, po całej serii publikacji zatrważających nagrań, po wielu miesiącach śledztwa prokuratury i wyroku nakazowym, szefowa Fundacji Chata Zwierzaka uznała, że chyba warto zacząć działać. Albo przynajmniej pozorować jakieś działania, bo trudno inaczej nazwać wysłanie wiadomości e-mail na ogólną skrzynkę lokalnej policji. Szefowa opublikowała nawet – dla swoich fanów, po wcześniejszym zablokowaniu wszystkich zadających dociekliwe pytania – zrzut ekranu swojej wiadomości do policjantów. Miała ona za zadanie, przynajmniej zdaniem autorki, pełnić funkcję formalnego zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa. Temat brzmiał: „Zawiadomienie o przestępstwie Fundacja Ochrony Zwierząt Chata Zwierzaka”, a treść była tak obszerna i wyczerpująca, że pozwolę ją sobie zacytować tutaj w całości: „Zgłaszam popełnienie przestępstwa dotyczącego znęcania się nad zwierzętami na terenie siedziby Fundacji Chaty Zwierzaka w Ruda 7a 07-311 Wąsewo”. Do tego dodano jeszcze link przekierowujący na jedno z krążących po mediach społecznościowych nagrań. I właściwie tyle.
Autorka wiadomości była nieco rozmowniejsza podczas komentowania nagrań z jej własnego domu. Napisała między innymi: „Drugi film jest zmontowany. Proszę nie wierzyć we wszystko, co jest publikowane. Wystarczy dobrze się przyjrzeć, że o biegłym i opinii nie wspomnę”. Zdawała się w ten sposób sugerować, że ktoś mógł modyfikować nagrania z monitoringu w jej własnym domu. Oczywiście nikt tego nie robił. Filmy same w sobie były tak drastyczne, że nawet nie wiem, co ktoś mógłby do nich dodać albo jak je przerobić, żeby wypadały gorzej. Całość tłumaczeń przerywana była stwierdzeniami, że przecież szefowa fundacji nie wiedziała o niczym, więc nie ponosi żadnej odpowiedzialności za los powierzonych jej zwierząt. Nie wiedziała i kropka. Od kilku miesięcy wiedzieli natomiast policja, prokuratura, sąd, jej pracownicy i co oczywiste, jej życiowy partner, tylko ona nie wiedziała, niczym pewien austriacki akwarelista, który to podobnie o niczym miał nie wiedzieć w latach 40. XX wieku.
Po działaniach bardzo wyraźnie pozorowanych nadszedł czas na działania mniej wyraźnie pozorowane. Ale za to odbijające się czkawką szefowej fundacji aż do dzisiaj. Jako że krytyczne komentarze i ogólne zamieszanie wokół jej działalności nadal było spore, ogłosiła ona, że od teraz ktoś inny będzie prezesem fundacji. W zamyśle miało to na celu przywrócić dobre imię całej organizacji. Zarazem nikt jednak nie zamierzał się wyprowadzać z nieruchomości zakupionej przez darczyńców. Roszada miała mieć charakter przede wszystkim formalny, czyli nieść za sobą zmianę w Krajowym Rejestrze Sądowym. Ktoś inny miał od teraz podejmować bliżej nieokreślone, choć na pewno kluczowe decyzje, podczas gdy wcześniejsza pani prezes pozostanie pracownikiem opiekującym się zwierzętami.
Tu na scenę wkracza pan Tomasz Łomnicki, znany szerzej pod pseudonimem „Fit Dzik” – postać, można chyba tak napisać, medialna. Zasłynął występem w telewizji śniadaniowej, gdzie pochwalił się niesamowitą metamorfozą. Z osoby bardzo otyłej przeistoczył się w świetnie zbudowanego uczestnika gal sportowych, podczas których zawodnicy biją się po łbach bez rękawic. Pan „Dzik” jest też przedstawiany jako działacz społeczny pomagający dzieciom prawidłowo się odżywiać i dbać o kondycję. Nie wiem, jak to sobie dwoje prezesów dogadało, ale to on właśnie miał przejąć pałeczkę od pani Iwony Gabor-Kantorowicz i zostać nową twarzą Fundacji Chata Zwierzaka.
Muszę przyznać, że mocno się co do niego pomyliłem. Byłem przekonany, że chodzi o jakąś formę przykrywki, poprawy PR-u lub wyciągnięcie jeszcze większej ilości gotówki z darczyńców. Co do samego traktowania zwierząt przez pana „Dzika” również pojawiły się wątpliwości. Ledwie ogłoszono go nowym prezesem, a już otrzymałem serię wiadomości od jego dawnej pracownicy, która przedstawiła go jako niespecjalnie lubiącego psy. Jego kariera w Chacie Zwierzaka nie trwała jednak długo.
Jak opowiadał mi później, planowano zrobić z niego wizytówkę, która niewiele by miała do powiedzenia, ale firmowałaby swoją twarzą działalność całej organizacji. Wstępnie nawet zgodził się na to, ale zażądał wglądu w dokumentację fundacji6. Gdy tylko do niej zajrzał, zgasł jego entuzjazm do reprezentowania całej organizacji. Bynajmniej nie z powodu braku pieniędzy, bo tych nie brakowało. Problemem był sposób ich wydatkowania, a przynajmniej tak twierdzi sam zainteresowany. Pan „Dzik” zrezygnował z prezesury w obawie o odpowiedzialność karną za podpisywanie się pod takim rodzajem dbałości o przekazywane przez darczyńców środki. Ale do tego jeszcze dojdziemy.
Podczas gdy połowa internetowej bańki zajmującej się zwierzętami rozmawiała wyłącznie o Chacie Zwierzaka, odezwała się do mnie jedna z pracownic, która była tam zatrudniona jeszcze przed pojawieniem się w organizacji pana Pawła Durdynia – (anty)bohatera nagrań. Pani Tatiana, z pochodzenia Łotyszka, pracowała kilka lat dla pani prezes. Trafiła tam praktycznie z przypadku i najpierw pracowała w schronisku, a następnie w siedzibie fundacji. Wybór branży nie był jednak przypadkowy – jako wielka miłośniczka zwierząt tym właśnie chciała się zajmować. Opowiedziała swoją historię i dodała do tego dwa nowe nagrania wideo. Oddajmy jej głos:
Mój wpis nie jest o znęcaniu nad zwierzętami, raczej nad pracownikami Fundacji Chata Zwierzaka. W jakimś stopniu. I nie piszę teraz o pensji, każdemu w moich czasach Iwona była winna kasę.
Nie mogę powiedzieć, że tak karmili zawsze pracowników w Chacie Zwierzaka. Nie, byłoby to nieprawdą, ale często. Kiedy przywozili przeterminowane mięso i wędliny z Biedronki, my robiliśmy selekcję – co śmierdziało mocno – wyrzucaliśmy, co nie śmierdziało, wkładaliśmy do zamrażarki.
I nieważne było, kiedy minął termin ważności – czy miesiąc, czy dwa, czy trzy. Psy też dostawały przeterminowane mięso, co prawda gotowane. Martwe koty z zamrażarki były potem zakopywane na terenie fundacji. Kiedy było komu kopać doły.
Wiele osób, które były ze mną w te dni, pyta mnie, dlaczego nie piszę niczego o tym, jak postąpiła ze mną Iwona w najgorszych czasach mojego życia. To nie jest związane ze zwierzętami, to pokazuje, jakim jest ona człowiekiem. I jeżeli ona tak podchodzi do ludzi, to co mówić o zwierzętach.
Otóż ja przyjechałam do Polski z Łotwy. Na Łotwie została moja mama. Sama. Kategorycznie nie chciała nigdzie wyjeżdżać. Ja pomagałam jej materialnie. W lipcu 2018 roku dostała wylewu. Pojechałam do niej, byłam z nią jakiś czas, wszystko, co miałam, wydałam na szpital z dobrą opieką. Pomogła mi daleka rodzina opłacić. Planowałam wrócić do Polski, zabrać swoje zwierzęta, rzeczy i wrócić na Łotwę. Wróciłam do Polski, minęło kilka dni, i nie zdążyłam. Moja mama zmarła. Trzeba było organizować pogrzeb. Oprócz mnie nie było żadnej bliskiej rodziny. Powiedziałam Iwonie, że potrzebuję kasy na pogrzeb. Swojej, uczciwie i ciężko zarobionej kasy. Obiecywała, że mi ją da. Nie całość, część.
Jak myślicie, ile dała? Zero! Wyjechałam bez jednego grosza w kieszeni. Bilet kupiłam za swoje. Ona obiecywała, że wyśle mi na konto kasę. Przysięgała na Boga. Ile wysłała? Zero!
U mamy mojej nie było odłożonych środków. Ani grosza. Tego, w jakim stanie byłam tam, mając tylko parę groszy od państwa łotewskiego na pogrzeb, w życiu ci, Kantorowicz, nie wybaczę!
Pomogły mi koleżanki z Polski, pożyczyły trochę kasy. Sprzedałam tam wszystko, co mogłam, żeby tylko pochować mamę. Po kilku dniach Kantorowicz opublikowała na stronie fundacji prośbę. Jakoby ode mnie. Że proszę o kasę na pogrzeb mamy. Ja proszę u ludzi, kiedy fundacja winna mi sporo kasy? Na ten moment około 16 tysięcy złotych. Wysłali mi ludzie 700 złotych. Dziękuję im za to.
Ten, kto mówi i piszę, że ta osoba ma serce, bardzo myli się. Ona nie ma serca. Kantorowicz, życzę ci, żeby z tobą też kiedyś tak postąpili. Jak ty ze mną7.
Żeby nie być gołosłowną, lub posądzoną o zbędnie emocjonalny wpis, pani Tatiana do swojego apelu dołączyła nagranie wideo8. Widać na nim, jak wyciąga z zamrażalki kolejne opakowania wędlin i łamaną polszczyzną tłumaczy, że tym właśnie są karmieni pracownicy (a jednocześnie mieszkańcy) Chaty Zwierzaka. Każda kolejna wędlina i kolejne opakowanie mięsa były przeterminowane o kolejne miesiące. Przy czym nie to było drastyczne. Zapewne dobrze przechowywane mięso po terminie ważności nadal można spożywać. Szokujące dla odbiorców było to, że w tej samej zamrażalce, obok jedzenia dla ludzi, choćby przeterminowanego, znajdowały się zwłoki zwierząt. Konkretnie – wspomniane we wpisie pani Tatiany martwe koty. Jedne bardziej, inne mniej zapakowane, ale nadal w bezpośrednim sąsiedztwie pokarmu dla ludzi.
Kobieta tłumaczyła, że z kotami był w tym miejscu spory problem, ponieważ tych chorych nie oddzielano od tych zdrowych, przez co słabsze jednostki szybko chorowały i umierały. Ale tego oczywiście nikt nie udowodni, to tylko relacja byłego pracownika. Jak wspominałem, organizacje tego typu nie podlegają pod żaden nadzór, a co za tym idzie – nie muszą prowadzić ewidencji zwierząt. Gdyby w zarejestrowanym w Inspekcji Weterynaryjnej schronisku nagle znacząco wzrosła liczba padłych zwierząt, ktoś mógłby to zauważyć. W fundacjach, „azylach”, „przytuliskach” – zwał jak zwał – nie jest to nigdzie odnotowywane. Poza pamięcią pracowników lub opiekunów tych zwierząt. A ci odezwać się publicznie nie mogą, dopóki są zależni od swojego pracodawcy.
Zarówno pani Tatiana, jak i pan Tomasz vel „Dzik” przekazali swoje informacje policji, czy to w postaci zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa, czy to zeznań na temat tego, co widzieli wewnątrz Chaty. Również my zgłosiliśmy – dwukrotnie – znęcanie się nad zwierzętami w wykonaniu członka zarządu fundacji. A ja czekałem na choć jeden moment szczerej refleksji ze strony właścicielki fundacji. Mogę chyba zdradzić, bo nie będzie to przesadnym wybieganiem w przyszłość, że nie doczekałem się tego do dzisiaj. Można było spodziewać się choć jednego akapitu jakiegoś oświadczenia albo kilkudziesięciu sekund nagrania, na którym twórczyni fundacji faktycznie żałowałaby, że pod jej nadzorem doszło do tak drastycznych sytuacji. Nie było tego ani krzty.
Pani Iwona skupiła się raczej na atakowaniu wszystkich, którzy mieli zarzuty do jej pracy. Bez względu na to, jak słuszne i oczywiste były to pretensje. Obrywało się wszystkim, w tym mnie za ujawnienie nagrań. W kontrze pani prezes wrzuciła do sieci fotografie, na których widać mnie za czasów młodości, jak piję piwo na jakiejś imprezie. Z podpisem, że na pewno alkoholik, skoro 15 lat wcześniej spożywał alkohol. Panu Tomaszowi przypisywała różne skrajnie negatywne intencje, jakoby na jej fundacji chciał się dorobić. Było to o tyle absurdalne, że facet wycofał się, gdy tylko zauważył, z czym ma do czynienia, a mógł zrobić wręcz odwrotnie. Spieniężyć, co się da, wyciągnąć trochę gotówki i zapomnieć o całej sprawie. Dostało się też pani Tatianie, że przecież skoro coś jej się nie podobało, to mogła mówić wcześniej. Bo i owszem, mogła, przynajmniej teoretycznie. W praktyce pojedyncza osoba w starciu z osobowością medialną, która jest zaprawiona w manipulowaniu tłumem, nie ma żadnych szans. Prędzej pani Tatiana zostałaby okrzyknięta jakimś potworem, który z pewnością nienawidzi zwierząt, niż do kogoś dotarłoby, że z opieką nad zwierzętami ta cała Chata nie ma wiele wspólnego. Nie zabrakło również grożenia pozwami, odwetami i innymi formami zemsty. Jak na razie nic takiego się nie wydarzyło.
Koronnym argumentem, czy też sednem, linii obrony pani prezes było w tym wszystkim retoryczne pytanie o los zwierząt, które znajdowały się pod jej opieką – co by się z nimi stało, gdyby zgodnie z wolą wielu ludzi nagle w jakiś sposób „zamknięto” cały przybytek? Trzeba przyznać, że jest to argument na tyle abstrakcyjny i pobudzający wyobraźnię, a jednocześnie faktycznie trudny do merytorycznego odbicia, że wielu ludzi przekonuje. W rozumieniu obserwatorów jej działalności może i faktycznie źle się działo, może i członek zarządu fundacji katował zwierzęta, ale nie ma żadnej możliwości, aby ktoś teraz opiekę nad tak ogromnym stadem przejął. A mówimy przecież o około 40 psach i 60 kotach. Plus minus oczywiście, bo dokładnej liczby domowników Chaty nie znamy. Jeśli jednak wierzyć deklaracjom szefowej, to mowa o około setce zwierząt.
Zapadło mi w pamięć określenie stosowane wobec firm finansowych w dobie kryzysu sektora bankowego. Wtedy o tych największych amerykańskich bankach mówiono, że są zbyt duże, by upaść. Dlatego cokolwiek by się działo, jak wielkie błędy by popełniały, to niemożliwy do zrealizowania jest scenariusz, w którym taki, przykładowo, Citibank upada. Podobnie jest w środowisku ochrony zwierząt. Kiedy jakieś miejsce zgromadzi wystarczająco dużo zwierząt, to żadne państwowe instytucje się tym nie zajmą, bez względu na liczbę przesłanek czy dowodów świadczących na niekorzyść zarządców „azylu”, „przytuliska” czy jakkolwiek by nazywać te wszystkie „chaty zwierzaków”.
Dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że jedynymi instytucjami, które mają fizyczną możliwość wzięcia pod opiekę na przykład setki zwierząt, są organizacje ochrony zwierząt. A te są ze sobą w dużej mierze, jeśli nie zaprzyjaźnione, to powiązane siecią kontaktów czy zależności. Nawet gdy już dochodzi do tego, że jedna organizacja zabiera zwierzęta z innej, to zawsze jest to bardzo trudny temat. W myśl powiedzenia, że nie kala się własnego gniazda, niezbyt realistyczny zdaje się scenariusz, w którym odpowiednio duże organizacje wspólnie planują zabranie zwierząt na przykład z Chaty Zwierzaka. Szefowa tej fundacji to przecież ich znajoma, ich organizacje wspierały się nawzajem, wymieniały zwierzętami. Łączą ich poglądy oraz długi wdzięczności. Jedni wiedzą o drugich wystarczająco wiele, by dbać o utrzymanie status quo.
Ale jeśli nie organizacje społeczne, to przecież są schroniska gminne, urzędy, Inspekcja Weterynaryjna i nie tylko, prawda? Prawda, ale tylko w teorii. Najprościej ujmując, aby zabrać z dowolnego miejsca setkę zwierząt, urząd gminy musiałby wyłożyć od ręki kilkaset tysięcy złotych. Być może dałoby się coś takiego przeprowadzić w centrum Warszawy (gdzie nikt żadnych „przytulisk” przecież nie zakłada), ale w przykładowej gminie Wąsewo może się to już okazać znacznie trudniejsze. A nawet gdyby się zdarzyło, że wójt gminy zabezpieczy te 300 tysięcy złotych, to pojawi się następny problem. W Polsce nie ma schroniska, które trzyma wolne miejsce dla takiej liczby psów i kotów. Musiałoby to być kilka schronisk, potencjalnie na terenie całego kraju. Wliczając transport, opłatę za przyjęcie zwierząt, wielomiesięczną opiekę nad nimi oraz niezbędne leczenie – nie wiem, czy urząd gminy zamknąłby się w kwocie poniżej pół miliona złotych. Nikt nawet nie bierze takich scenariuszy pod uwagę.
Cóż, mówią, że pieniądze rządzą światem. Na pewno rządzą tym konkretnym aspektem ochrony zwierząt. Tutaj, żeby coś się urzędowo wydarzyło, trzeba chyba najpierw zabrnąć w ślepą uliczkę, na końcu której martwe zwierzęta wypadają przez okna danego „azylu”, pod którymi to oknami przechodzi akurat reporter ogólnopolskiej telewizji. Inaczej, jak się okazuje, niewiele można zrobić, gdy ma się do czynienia z taką skalą działalności. Można zabrać staruszce jednego psa, ale nie można zabrać aktywistce setki psów, o ile aktywistka nie jest akurat skonfliktowana z całą grupą innych, ważniejszych i lepiej umocowanych aktywistów.
Skoro jesteśmy już przy pieniądzach, to w historii Chaty Zwierzaka wydarzyła się jeszcze jedna rzecz warta uwagi, i to taka bez precedensu. Otóż chyba po raz pierwszy w historii tego środowiska, a bez wątpienia pierwszy i jedyny jak dotąd raz, od kiedy ja je obserwuję, wszyscy zainteresowani mogli prześledzić rzeczywiste przepływy gotówki na koncie konkretnej fundacji. Czyli nie tak, jak działa to na sprawozdaniach finansowych, gdzie pod mniej lub bardziej czujnym okiem księgowego rozpisywane są przychody i wydatki. Tym razem można było obejrzeć faktyczne transakcje. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu – na jaw wyszło wszystko, co działo się na fundacyjnym koncie.
Wiedza ta wzięła się z wyciągów bankowych Chaty Zwierzaka. Natomiast tego, skąd wzięły się te wyciągi, nie jestem w stanie zdradzić. Można się domyślać, że dostęp do tak poufnych dokumentów miało bardzo skromne grono osób. Możliwe, że zrazu było to grono jednoosobowe, ale jak wspominałem, w następstwie ujawnienia skandalicznych nagrań na czele organizacji stanął nowy prezes. To jednak tylko spekulacje, których na szczęście nie da się potwierdzić. Ja bowiem otrzymałem te dokumenty anonimowo. Przejrzałem kilka z nich, a jeden wyciąg rozebrałem na czynniki pierwsze.
Miesięczny przychód fundacji wyniósł ponad 100 tysięcy złotych. Czyli – średnio i przyjmując, że w tym miejscu przebywa 40 psów i 60 kotów – jest to tysiąc złotych na jedno zwierzę. Warto nadmienić, że wszystkie zwierzęta są stałymi lokatorami. Zasadniczo nie występuje żaden, by tak to ująć, „obrót” – nie jest tak, że każdego dnia pojawia się w Chacie nowe zwierzę, które wymaga diagnostyki bądź leczenia. Można chyba uznać, że dla utrzymania znakomitej większości podopiecznych wystarczą jedna lub dwie miski z karmą dziennie. Ale nawet nie chodzi mi o jakieś szczegółowe rozliczanie konkretnych zwierząt, bo pewnie raz na jakiś czas zdarza się potrzeba wykonania faktycznie kosztownego zabiegu. Zauważam jedynie, że kwota 100 tysięcy złotych z pewnością nie jest mała. I nijak się ma do powtarzających się z regularnością zachodu słońca apeli na stronie fundacji, jakoby środków było za mało, a brak kolejnych wpłat mógł skutkować rychłym końcem w bólu i cierpieniu.
Ponadto z konta Fundacji wydano 4870 złotych na przyjemności pani prezes. Wśród konkretnych transakcji można wyróżnić następujące: Sephora Warszawa (765 zł), OTCF Warszawa (494 zł), 50Style (231 zł), JD Warszawa (220 zł), Guess Atrium Targówek (1777 zł). Pod konto Chaty Zwierzaka podpięte są też (czy wtedy były) różne usługi, między innymi Netflix (60 zł), Cyfrowy Polsat (250 zł), Storytel (29,90 zł) oraz Tinder (54,42 zł oraz 111,51 zł). I nie, nie wiem, co to za pakiet Polsatu. Ja nawet nie wiedziałem, że Tinder jest płatny. Do tego jakaś kawiarnia, trochę więcej ciuchów, całość blisko 5 tysięcy.
Poprzez bankomaty wypłacono z konta fundacji 13 600 złotych. Nie odważę się jednoznacznie ocenić, że te pieniądze nie miały nic wspólnego z wydatkami na zwierzęta. Może istnieje jakaś przychodnia weterynaryjna, która przyjmuje tylko gotówkę. Najłatwiej byłoby zapytać o to panią prezes, ale obawiam się, że nie odpowie.
Prowizje bankowe wyniosły 365 złotych. Za wypłaty z bankomatów, prowadzenie rachunku, przelewy i alerty SMS o ruchach na koncie. Może jestem skąpy, ale mnie byłoby szkoda tyle płacić za samą obsługę konta bankowego.
Na stacjach benzynowych wydano 3644 złote. I w tym nie ma nic złego. Bo może ktoś musi dużo jeździć. Gorzej, że część z tych płatności to na pewno nie za paliwo. Niektóre skróty wymagają rozszyfrowania. Cóż może na przykład oznaczać taka zagadka: SOPL.CYTR/NA 1 × zł 7,49?
Zakupy spożywcze to 1350 złotych. Absolutnie nie twierdzę, że zwierzęta na tym jakoś nie skorzystały, choć do KFC i Pizza Hut raczej ich nie zabrano.
W aptekach wydano 1250 złotych. Tutaj podobnie – istnieje szansa, że zwierzęta na tym jakoś skorzystały. Ja co prawda lekarstwa dla psa kupuję u weterynarza, ale wiem, że niektóre można zdobyć także w „ludzkiej” aptece.
Materiały budowalna i motoryzacyjne kosztowały 4406 złotych. Zapłacono za nie w czasie, gdy na terenie fundacji nie toczyła się żadna budowa ani naprawa. O tym jednak za chwilę.
Kolejna kategoria to zamówienia online – 4575 złotych. Płatność przez PayU, nie do zweryfikowania. Mogło to być jedzenie dla zwierząt, ale równie dobrze – wyposażenie siłowni. Osobiście chcę wierzyć, że to była karma.
Przelewy do osób prywatnych to kwota 13 150 złotych. Wśród nich dwa do pana Pawła Durdynia, którego to ponoć miało już nie być w Chacie Zwierzaka po tym, jak we wrześniu 2022 roku pierwszy raz „jednorazowo” skopał psa. Wyciąg pokazuje jednak, że w październiku tego samego roku wciąż pobierał on wynagrodzenie (1500 zł + 863 zł).
Dla jasności – wśród wydatków fundacji znalazły się także koszty związane z opieką nad zwierzętami. Skłamałbym, gdybym twierdził, że wszystkie transakcje były dziwne. Oto dwie, które nie dziwią: przelew do Przychodni Jatagan (1500 zł tytułem zaległych faktur) oraz przelew do firmy Super Smak (4272 zł – jak mniemam, za mięso).
Trzeba podkreślić, że wszystko powyżej dotyczy zaledwie jednego miesiąca, października 2022 roku. Nie jest to zestaw wszystkich dziwnych transakcji na koncie bankowym Chaty Zwierzaka, a tylko rozpiska tych, które znalazły się tam w ciągu 30 dni, pomiędzy jednym generowaniem wyciągu bankowego a drugim. W tym czasie pani Iwonie udało się przeprowadzić multum całkowicie prywatnych operacji, które nie służyły zwierzętom w najmniejszym stopniu. No chyba że uznamy, że jej dobre samopoczucie jakoś przekłada się na dobrostan jej podopiecznych. Ale w tym celu i tak powin na przecież używać swojego prywatnego konta, a nie tego należącego do fundacji.
Działając w interesie społecznym, informuję jedynie, co działo się z pieniędzmi darczyńców na koncie Fundacji Chata Zwierzaka. Jeśli ktoś nie zauważył, to październik następuje po wrześniu, a to właśnie we wrześniu 2022 roku fundacja apelowała o wpłaty, bo ich konto „świeciło pustkami”9. Najwyraźniej chwilę później odmienił się los.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że… to wszystko nie jest jeszcze najgorsze. Niepodważalne dowody na znęcanie nad zwierzętami w miejscu, które miało być dla nich „azylem” spokojnej starości, oszukiwanie darczyńców poprzez wyciąganie z nich jak największej ilości pieniędzy, które w praktyce marnotrawiono na prywatne potrzeby – tyle wyszło na jaw, niekiedy przypadkiem lub dzięki zbiegowi okoliczności. Ale ludzie bywający w tym miejscu opowiadali dużo więcej. Tyle że z obawy przed zemstą robili to poufnie, zakładając, że nikt nie wyjawi ich tożsamości.
Powtarzanie usłyszanych historii jest ryzykowne również dla powtarzającego. Bo jeśli nawet nie wystawia się on na pozew sądowy, to stawia jednak na szali co najmniej swoją wiarygodność. Każda opowiedziana historia może być przekoloryzowana bądź zwyczajnie nieprawdziwa. Niemniej powtarzająca się narracja sugerowała, że to wcale nie partner pani prezes był najgorszym, co spotkało zwierzęta w tym miejscu. Informatorzy byli zgodni, że owszem, bił on zwierzęta, gdy nikt nie widział. Znacznie jednak gorszy miał być jego syn, na którego widok zwierzęta ze strachu miały wręcz zamierać w bezruchu.
Stałym elementem opowieści bywalców Chaty Zwierzaka były też bójki pomiędzy panią prezes fundacji a jej partnerem, członkiem zarządu. Zastanawiałem się nawet, znając jej skłonność do manipulacji, czy w którymś momencie nie wejdzie ona w rolę ofiary przemocy domowej i nie spróbuje w ten sposób wzbudzić w ludziach współczucia. Ale nie zrobiła tego. Może zbyt dobrze wiedziała, że była równorzędną uczestniczką bójek, w sprawie których, jak twierdzą okoliczni mieszkańcy, wielokrotnie interweniowała policja.
Ujawnione wydatki, ukazujące, że pani prezes nie stroniła od kupowania za pieniądze darczyńców kosztownych ubrań czy perfum, to jedno. Ludzie mający lepszy wgląd w gospodarowanie pieniędzmi w fundacji mówią, że… było gorzej. Że właściwie cały budżet kręcił się wokół szefowej i jej partnera, bo przecież karma dla zwierząt też pochodziła od darczyńców, a należności za sporadyczne wizyty w przychodniach weterynaryjnych uiszczano z opóźnieniem. Twierdzili też, że budowana w sąsiedniej wsi nieruchomość należąca do partnera pani prezes finansowana jest z datków. Czy tak było, nie da się udowodnić. Szczególnie że prokuratura nie podjęła próby wyjaśnienia sprawy, pomimo zawiadomienia złożonego przez pana Tomasza Łomnickiego vel „Fit Dzika”10. Sporą część gotówki wyciągano jednak z bankomatów, a co za tym idzie – nie da się sprawdzić, na co została przeznaczona. Widać tylko to, co widać, czyli na przykład wciąż zmieniający się wygląd pani prezes. Mam na myśli zabiegi medycyny estetycznej. Nie mnie oceniać efekty, ale metamorfozę widać gołym okiem.
W trakcie rozmów z ludźmi mogącymi posiadać wewnętrzną wiedzę na temat schematów panujących w tej organizacji otrzymałem jeszcze trzy nagrania. Może są mniej drastyczne, ale koniecznie trzeba je odnotować. Zdarza się bowiem, że ktoś podnosi argument nawiązujący do ogólnej sytuacji zwierząt w Polsce. Bo przecież nie byłoby problemów z żadną organizacją, gdyby nie było zwierząt, którymi te organizacje muszą się zajmować. Zwierzęta bywają porzucane, cierpią z powodu bezdomności, a system oparty o zarejestrowane schroniska jest w opinii wielu niewydolny. Nie można temu odmówić logiki, ale to, że coś ma swoją logikę, nie znaczy jeszcze, że jest do końca prawdziwe. Część tych zwierząt wcale przecież nie musiała trafiać do żadnej organizacji, bo miała swoje domy i swoich opiekunów.
Pierwsze nagranie jest autorstwa samej pani prezes. Przesłała je kiedyś swojej znajomej, a ta – wiele miesięcy później – przekazała je mnie. Pokazuje ono, jak pani prezes z partnerem stoją na podwórku przed siedzibą fundacji, a za płotem gromadzą się najprawdopodobniej dalsi sąsiedzi. Powodem ich wizyty miał być pies, który w bliżej nieokreślony sposób trafił do fundacji. To znaczy – najpierw zniknął ze swojego podwórka, a później objawił się w Chacie Zwierzaka jako zwierzę znalezione. Może faktycznie uciekł swoim właścicielom, a może ktoś mu w tej ucieczce pomógł, ale nie to w tej sprawie jest najistotniejsze.
Nagranie pokazuje sytuację, jaka powtarza się niemal każdego dnia gdzieś w Polsce. Właściciele psa stoją za płotem, aktywiści będący w posiadaniu cudzego zwierzęcia stoją zaś na swojej posesji. Sytuacja jest patowa, bo nikt nie przejdzie przez furtkę. Szczególnie gdy – jak na nagraniu sprzed Chaty Zwierzaka – szefowa fundacji trzyma na krótkiej smyczy owczarka kaukaskiego gotowego zabić potencjalnego intruza. Ten owczarek tam mieszka, więc choćby ktoś chciał znaleźć dogodniejszy moment, aby odzyskać swojego pupila, nie będzie to możliwe bez ryzykowania własnym zdrowiem lub życiem. Wezwana na miejsce policja również nie wejdzie na prywatny teren żadnej organizacji bez nakazu. Sytuacja, jaką mundurowi zastają na miejscu, to trochę słowo przeciwko słowu. Jedna strona powie: „To jest mój pies, proszę mi go zwrócić”, a druga odpowie: „Ten pies jest zaniedbany, my jesteśmy organizacją, która ma ustawowe uprawnienia do odbierania ludziom zaniedbanych zwierząt”. I dalej kłócić można się już w prokuraturach i sądach, co zajmie przy pomyślnych wiatrach rok, przy niepomyślnych – kilka lat. O ile mi wiadomo, w historii z omawianego nagrania żaden ciąg dalszy nie nastąpił. Właściciele psa albo doszli do wniosku, że nic nie mogą zrobić, albo się przestraszyli i dali sobie spokój, aktywistka natomiast uznała, że teraz to już jest jej pies i że będzie nagrywać z nim filmy okraszone numerem konta.
Ciekawy jest też wspomniany owczarek kaukaski. Aby takiego posiadać, teoretycznie trzeba mieć odpowiednie zezwolenie, gdyż kaukazy znajdują na liście tak zwanych ras niebezpiecznych. W praktyce natomiast wystarczy powiedzieć, że ten konkretny pies akurat nie jest rasowy, i problem z głowy. Zarządczyni Chaty Zwierzaka żadnego zezwolenia nie posiada, a sam – kolejny już – owczarek kaukaski zdaje się pełnić funkcję obronną. Przynajmniej względem nachalnych sąsiadów, bo przed agresją ze strony domowników nie udało mu się nikogo obronić.
Drugie nagranie wykonane zostało na terenie ogródka – czy też na wybiegu dla psów – tej samej nieruchomości. Widać na nim, jak jeden pies atakuje drugiego, dość brutalnie. Szefowa fundacji zaczyna do gryzących się psów podchodzić, jednak zostaje zatrzymana przez partnera. Moim zdaniem scena przedstawia dwa podejścia do ułożenia zwierząt tak, aby żyły w stadzie. Jedno polega na rozdzielaniu gryzących się psów, aby nie zrobiły sobie krzywdy, drugie na pozwoleniu zwierzętom, aby samodzielnie ustaliły hierarchię w swojej grupie. I zapewne istnieją zwolennicy zarówno jednego, jak i drugiego podejścia, lecz w kontekście późniejszej wiedzy wynikającej z tłumaczeń pani prezes, jakoby dochodziło pod jej opieką do śmiertelnych pogryzień, rozsądniej byłoby zwierzęta jednak separować w konfliktowych sytuacjach. Nie bez powodu schroniska dla zwierząt już dawno zrezygnowały z modelu, w którym kilkanaście czy kilkadziesiąt psów przebywa na jednym dużym wybiegu. Taki sposób sprawowania opieki zastąpiły kojce, gdzie mieszczą się dwa, czasem trzy psy. I to dobrane charakterem. Ale Chata Zwierzaka nie jest schroniskiem, jest domem wątpliwie spokojnej starości dla psów, gdzie nie ma miejsca na żadne kojce ani boksy. Pięknie wygląda to na reżyserowanych ujęciach, nieco gorzej w rzeczywistości, czego nagranie niepodważalnie dowodzi.
No i trzecie nagranie, pochodzące z zasobów pani Tatiany. Odnalazła je o wiele później, na starszym telefonie. Pokazuje fragment zawartości apteczki, czy właściwie konkretnego leku weterynaryjnego, będącego na wyposażeniu Chaty. A konkretniej dość sporą buteleczkę Morbitalu. Jeśli ktoś nie wie, jest to lek ścisłego zarachowania ze względu na jego narkotyczne właściwości, ale nie ma zastosowania – nazwijmy to – rekreacyjnego. Dwa i pół mililitra leku może poważnie uszkodzić układ nerwowy dorosłego człowieka, a siedem mililitrów zabija. Stosuje się go w celu przeprowadzenia eutanazji zwierzęcia. Co oczywiste, jest to zabieg zarezerwowany dla lekarzy weterynarii. W zasadzie samo posiadanie tego leku jest możliwe tylko w ramach prowadzenia zakładu leczniczego. I tak jak samego używania Morbitalu właścicielce fundacji udowodnić się nie da, tak napoczęta butelka tego środka w domu pani prezes mogłaby w pewien sposób tłumaczyć obecność martwych zwierząt w zamrażalniku. Ale to tylko domysły, może te zwierzęta umarły ze starości. W końcu to dom spokojnej starości dla zwierząt.
I znów, jak w innych tematach, należy podkreślić, że to, co wypłynęło na zewnątrz tej organizacji, to nie jest wszystko. To tylko to, co wypłynęło. A stało się to dzięki kilku osobom, które postanowiły przezwyciężyć wewnętrzne opory, czy też strach, aby podzielić się wiedzą z innymi. Dodatkowo były one na tyle świadome sytuacji, że udokumentowały to, co widziały. Nikt by im nie uwierzył na słowo. Gdyby któraś z nich opowiedziała o dowolnej z powyższych sytuacji, zostałaby okrzyknięta „hejterem”, który na pewno mści się, kieruje nienawiścią do zwierząt, albo zwyczajnie zazdrości niesamowitego sukcesu twórczyni Chaty Zwierzaka.
Gwoli formalności – pan Paweł Durdyń, członek zarządu i pracownik fundacji oraz partner życiowy pani prezes Iwony Gabor-Kantorowicz, został pierwotnie skazany na zapłatę 2 tysięcy złotych nawiązki na konto Fundacji Chata Zwierzaka. Był to jednak wyrok nakazowy, któremu się sprzeciwiliśmy. Po przeprowadzeniu procesu sąd ponownie uznał winę oskarżonego i nakazał mu zapłatę nawiązki o tej samej wysokości, ale na rzecz innej już organizacji, a dodatkowo ograniczył jego wolność na dwa lata poprzez wykonywanie prac społecznych w wymiarze 30 godzin miesięcznie. W drugim procesie mężczyzna również został skazany. Znów dostał do zapłaty 2 tysiące złotych, na rzecz kolejnej – innej niż własna – organizacji oraz obowiązek wykonywania prac społecznych11.
Żadnej kary nie otrzymała z kolei szefowa fundacji. Postępowanie prowadzone przez prokuraturę rejonową w Ostrowi Mazowieckiej w temacie defraudacji środków należących do fundacji zostało umorzone, a zażalenie na taką decyzję nie zostało przyjęte, gdyż w opinii prokuratury wnoszący nie był uprawniony do jego złożenia. Zawiadamiającym był chwilowy prezes fundacji, pan Tomasz Łomnicki vel „Fit Dzik”. Prokuratura nie zgodziła się z jego argumentacją, iż był pokrzywdzonym w tej sprawie, a co za tym idzie – jej stroną. Można zatem uznać, że w rozumieniu tych, którzy stoją na straży prawa, zakup kosmetyków lub wódki w ramach fundacji charytatywnej nie budzi żadnych zastrzeżeń. Jeśli w istocie tak jest, to nie dziwmy się, że niejasności wokół takich organizacji pojawiają się aż tak często. Nie może wszak dziwić, że opłacalne i zarazem bezkarne postępowanie znajduje naśladowców.
Sama fundacja do dziś ma się świetnie – rysa na wizerunku nie przeszkadza jej w dalszym generowaniu całkiem sporych przychodów, choć ich dokładna wielkość pozostaje nieznana. Szefowa Chaty Zwierzaka przekonuje, że jej partner już nie jest jej partnerem, a co za tym idzie, nie ma styczności ze zwierzętami znajdującymi się pod jej opieką. Niektórzy z tym polemizują, ale znów – to tylko słowa ludzi z dalszego otoczenia.
Czy można powiedzieć, że taki finał jest jakąś namiastką sprawiedliwości? Pewnie tak, choć chyba każdy, kto oglądał te nagrania oraz czytał dokumenty, oczekiwałby wyższej kary. Przynajmniej takiej, która obejmowałaby zakaz posiadania zwierząt. Może udałoby się ją uzyskać, gdyby sprawą zajęła się jedna z organizacji z budżetem pozwalającym na zatrudnienie adwokata z prawdziwego zdarzenia. Żadna jednak nie była tym zainteresowana. Do sprawy dołączyły trzy niszowe organizacje, które dbają o każdy grosz, a nas nie było stać na prawnika. Moim zdaniem rezultat końcowy najtrafniej określa wyrażenie: symboliczne zwycięstwo. Organizacja ochrony zwierząt, która zamiast je chronić, doprowadza do ich cierpienia, powinna być z marszu zdelegalizowana, a jej twórcy otrzymać zakaz prowadzenia działalności związanej ze zwierzętami. W tym wypadku się to nie udało…
Organizacji podobnych do Chaty Zwierzaka jest więcej, choć nikt właściwie nie wie ile. W końcu nie trzeba ich w żaden sposób rejestrować, nie podlegają też one żadnej rutynowej kontroli. Można je sprawdzać w sposób incydentalny, gdy ktoś zawiadomi Inspekcję Weterynaryjną, jednak nawet wtedy niewiele z tego wynika. Nie ma przecież żadnych wytycznych dla takich miejsc, żadnych konkretnych norm, jakie miałyby one spełniać. Jednym ze sztandarowych przykładów, który doczekał się już swojego finału, jest „przytulisko” prowadzone przez Fundację OdNowa.
Miejsce stworzone przez panią Magdalenę Nowakowską fizycznie rozpoczęło działalność w sierpniu 2019 roku, ale założycielka już wcześniej udzielała się w temacie ochrony zwierząt. Pierwsza wzmianka na jej temat pochodzi z roku 2017, gdy przedstawiając się jako członkini ostrołęckiej grupy Fundacji Viva, protestowała przeciw hodowli zwierząt futerkowych12.
Jeśli wierzyć innym wciąż dostępnym śladom – bo większość bezpowrotnie zniknęła z internetu – pani Magdalena zajmowała się też przejmowaniem zwierząt, którym właściciele nie zapewniali odpowiednich warunków. Przytoczyć można chociażby historię „odebrania” psów księdzu z miejscowości Jednorożec. Jak donosił serwis InfoPrzasnysz, pani Magdalena dokonała kontroli dobrostanu zwierząt i podjęła decyzję, że nie mogą one dłużej przebywać u dotychczasowego właściciela13. Ksiądz tłumaczył, że psy są przygarnięte, ona kontrowała, że trzeba o nie dbać lepiej. Wtedy jeszcze nie istniała Fundacja OdNowa, a sama pani Magdalena przedstawiała się jako członkini Stowarzyszenia Obrońców Zwierząt z Ostrołęki.
W tamtych czasach spora część jej działalności charytatywnej nadal była zlokalizowana w mieszkaniu, na jednym z ostrołęckich blokowisk… ale kawalerka w bloku z wielkiej płyty to niekoniecznie dobre miejsce na prowadzenie schroniska dla psów. Nawet jeśli jest to schronisko w mikroskali. Wiąże się to przecież ze stale zmieniającą się liczbą zwierząt, wśród których – jak twierdzi sama zainteresowana – są takie właśnie uratowane, a co za tym idzie, mogące mieć problemy z socjalizacją lub zachowaniem czystości. Sytuacja była więc źródłem narastającego konfliktu sąsiedzkiego. Z jednej strony aktywistka narzekająca, że jest wykończona psychicznie ciągłymi donosami, z drugiej sąsiedzi – też wykończeni psychicznie, ale ciągłym szczekaniem psów. Jak można się domyślać, sprawa stała się przyczynkiem do ogłoszenia akcji pod szyldem „Zwierzęta tracą dach nad głową”. Skoro podli sąsiedzi w ramach niezrozumiałej dla aktywistki nienawiści do psów chcą im odebrać miejsce do życia, to rozwiązanie może być tylko jedno – budowa własnego „azylu”.
Kamień węgielny pod „przytulisko” został wmurowany, choć nie bez kontrowersji. Świeżo upieczona zarządczyni niezarejestrowanego pseudoschroniska twierdziła, że sprzedała własne mieszkanie, aby pomagać zwierzętom14. Ludzie jej nieprzychylni mówili natomiast, że wyrzucono ją z lokalu, który został zlicytowany przez komornika, i że pomysł z „przytuliskiem” to jej jedyna szansa na jakiś zarobek15. Jak było, nie wnikam, bo chyba nie ma to większego znaczenia dla całej historii. Ważne, że „azyl” powstał i miał wielkie aspiracje. W międzyczasie jego twórczyni odgrywała rolę lokalnej bohaterki od zwierząt. Wskazywała palcem, kto opiekuje się nimi dobrze, a kto robi to źle. Kto powinien mieć psa, a komu wręcz powinno się go „odebrać”. Jeździła również do zgłoszeń o błąkających się zwierzętach, gdy tylko jakaś postronna osoba informowała o zobaczeniu jakiegoś w okolicy. Całość – o czym pewnie nie muszę przypominać – była okraszona apelami o wpłacanie pieniędzy i wsparcie w każdej możliwej formie.
