Jak zarobić na zwierzętach. Patologie petbiznesu - Michał Kowalski - ebook + audiobook

Jak zarobić na zwierzętach. Patologie petbiznesu ebook i audiobook

Michał Kowalski

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

W cieniu wzruszających historii o uratowanych psach i kotach, wśród zdjęć porzuconych zwierząt i dramatycznych apeli o pomoc, istnieje druga, mniej pozytywna strona działalności niektórych fundacji i stowarzyszeń prozwierzęcych. Ta książka odsłania kulisy funkcjonowania tych, które deklarują ratowanie zwierząt, a w rzeczywistości dopuszczają się zaniedbań, przemocy i nadużyć finansowych. Pod płaszczykiem empatii i troski kryją się mechanizmy manipulacji, fałszywe zbiórki i dramat ludzi, którzy nie potrafią się bronić.

Michał Kowalski, jeden z autorów strony Czarna Lista Organizacji Prozwierzęcych, pokazuje, jak łatwo zdobyć społeczne zaufanie, jak trudno zweryfikować prawdziwe intencje oraz jak brak kontroli i przejrzystości sprzyja patologiom. To opowieść o zwierzętach, które o pomoc prosić nie mogą, oraz o ludziach, którzy mieli pecha spotkać na swojej drodze rozpędzoną machinę petbiznesu.

To nie jest książka przeciwko pomaganiu. To książka o odpowiedzialności, czujności i potrzebie realnej ochrony tych, którzy sami o pomoc poprosić nie mogą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 460

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 28 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Bartosz Głogowski

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Fragment

Co­py­ri­ght © Mi­chał Ko­wal­ski, 2026

This edi­tion © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Anna Slo­torsz

Re­dak­torka pro­wa­dząca: Ju­styna Ku­kian

Re­dak­cja: Pa­weł Cie­śla­rek

Ko­rekta: Ma­ria Za­jąc, Anna No­wak

Skład i ła­ma­nie: Mo­nika Drob­nik-Sło­ciń­ska

ISBN 978-91-8076-016-4

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.fi

Wstęp

Mi­nęła już po­nad de­kada, od kiedy pro­wa­dzę w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych pro­fil Czarna Li­sta Or­ga­ni­za­cji Pro­zwie­rzę­cych* i je­stem sta­łym ob­ser­wa­to­rem wy­da­rzeń w śro­do­wi­sku pol­skiej ochrony zwie­rząt. Wiele spraw opi­sa­łem je­dy­nie w roli nar­ra­tora, w inne za­an­ga­żo­wa­łem się (dzięki wspar­ciu kilku osób, które chcą za­cho­wać ano­ni­mo­wość – dla­tego w nie­któ­rych frag­men­tach tej książki pro­wa­dzę nar­ra­cję w licz­bie mno­giej, jako „my”), by po­móc po­szko­do­wa­nym przez różne or­ga­ni­za­cje, a także sa­mym zwie­rzę­tom. Re­zul­taty tego by­wały roz­ma­ite, ale chyba je­stem czło­wie­kiem, który może udzie­lić kilku od­po­wie­dzi. Albo przy­naj­mniej za­dać kilka py­tań. Na przy­kład: czy można ko­muś znisz­czyć ży­cie, nio­sąc na sztan­da­rach tak szczytne ha­sła jak em­pa­tia wo­bec zwie­rząt? Czy krzyw­dze­nie zwie­rząt może ucho­dzić lu­dziom pła­zem, je­śli tylko wy­star­cza­jąco gło­śno de­kla­rują swoją tro­skę o nie? Czy ko­go­kol­wiek in­te­re­suje jesz­cze to, że cza­sem skrajne formy pet­biz­nesu do­pro­wa­dzają lu­dzi do tar­gnię­cia się na wła­sne ży­cie?

Ni­gdy bym nie po­my­ślał, że w świe­cie fun­da­cji i sto­wa­rzy­szeń, które za cel po­sta­wiły so­bie ochronę zwie­rząt, jest tyle pa­to­lo­gii. Jedna z naj­pięk­niej­szych idei, ja­kie tylko można so­bie wy­obra­zić, przez lata zmie­nia się w coś, co trudno wy­ra­zić sło­wami. Do opi­sa­nia tego zja­wi­ska nie wy­star­czy li­mi­to­wany liczbą zna­ków wpis w in­ter­ne­cie – trudno by­łoby za­wrzeć ca­łość w jed­nym lub na­wet kilku re­por­ta­żach. Te zresztą naj­czę­ściej po­ru­szają ja­kiś je­den, wą­ski pro­blem, a igno­rują sedno ca­łej sprawy.

Jesz­cze kilka, a wła­ści­wie już około 10 lat temu, mój stan wie­dzy na te­mat śro­do­wi­ska pro­zwie­rzę­cego był prak­tycz­nie ze­rowy. Są­dzi­łem, że w Pol­sce ist­nieją może trzy or­ga­ni­za­cje, może tro­chę wię­cej, które wo­lon­ta­riacko zaj­mują się dzia­łal­no­ścią po­mo­cową. No i by­łem prze­ko­nany, że z pew­no­ścią dzia­łają w nich sami bar­dzo uczciwi lu­dzie, bo prze­cież zła osoba nie po­świę­ca­łaby swo­jego czasu – żeby nie po­wie­dzieć ży­cia – na coś tak bez­in­te­re­sow­nego. W moim ów­cze­snym ro­zu­mie­niu nie mia­łoby to żad­nego sensu. Kto lubi zwie­rzęta, ten z pew­no­ścią jest do­brym czło­wie­kiem. Kto pra­cuje cha­ry­ta­tyw­nie, ten z całą pew­no­ścią in­ten­cje ma czy­ste jak łza, a serce prze­peł­nione do­bro­cią.

A póź­niej przy­szło zde­rze­nie z rze­czy­wi­sto­ścią. Ry­nek ochrony zwie­rząt w Pol­sce ge­ne­ruje dzie­siątki mi­lio­nów zło­tych przy­cho­dów rocz­nie. A może setki mi­lio­nów… wła­ści­wie nikt nie wie ile. Naj­bo­gat­sze or­ga­ni­za­cje ope­rują bu­dże­tem rzędu 20 mi­lio­nów, ale nie bra­kuje ta­kich, które pro­wa­dząc ab­so­lut­nie ni­szową, trudną do za­uwa­że­nia w skali ogól­no­kra­jo­wej dzia­łal­ność, oscy­lują w oko­licy mi­liona. Nie ma żad­nych sta­ty­styk, choć wy­daje się to ła­twe do po­li­cze­nia. Nie ma ofi­cjal­nych da­nych, po­nie­waż nie ma żad­nego spisu or­ga­ni­za­cji tego typu. W za­sa­dzie nikt nie wie, ile ich w Pol­sce jest. Jedno wia­domo na pewno – re­gu­lar­nie po­wstają nowe.

Osob­nym wąt­kiem (rów­nież ten jesz­cze kilka lat temu nie przy­szedłby mi do głowy) jest dzia­łal­ność kry­mi­nalna pod przy­krywką tej spo­łecz­nej. No bo jak? Prze­stępca to wielki fa­cet, który w ko­mi­niarce wła­muje się do czy­je­goś domu. Z pew­no­ścią nie jest to fi­li­gra­nowa pani w śred­nim wieku, która mieszka z tu­zi­nem ko­tów. Ale i tu gra­nice za­częły się za­cie­rać. Ba, po­ja­wiły się na­wet i ko­mi­niarki oraz nocne wej­ścia do cu­dzych do­mów. Tyle że nikt tego w Pol­sce nie trak­tuje jako dzia­łal­no­ści prze­stęp­czej. Mam na­dzieję, że kie­dyś się to zmieni.

Długo za­sta­na­wia­łem się nad ty­tu­łem tej książki. Na po­czątku naj­od­po­wied­niej­sza wy­da­wała mi się forma py­ta­nia, coś w stylu: „Czy ochrona zwie­rząt w Pol­sce to oszu­stwo?”. Ale wtedy mo­głoby tu za­dzia­łać prawo na­głów­ków Bet­te­ridge’a, czyli re­guła, zgod­nie z którą na każdy na­głó­wek pra­sowy koń­czący się zna­kiem za­py­ta­nia można od­po­wie­dzieć: „Nie”. Skoro py­tał­bym o to na wstę­pie, to by zna­czyło, że albo sam nie znam od­po­wie­dzi, albo jest to forma pro­wo­ka­cji i tak na­prawdę żad­nego oszu­stwa nie ma.

Póź­niej roz­wa­ża­łem wer­sję z wy­krzyk­ni­kiem: „Ochrona zwie­rząt w Pol­sce to oszu­stwo!”. Tyle że wy­krzyk­nik nie ma tu­taj ra­cji bytu. Wska­zuje na ja­kiś ła­du­nek emo­cjo­nalny albo wręcz agre­sję po stro­nie au­tora. Ja zaś po tylu la­tach ob­ser­wo­wa­nia spraw zwią­za­nych z dzia­łal­no­ścią róż­nych or­ga­ni­za­cji pro­zwie­rzę­cych je­stem w sta­nie dość spo­koj­nie o tym opo­wia­dać. Kie­dyś – ow­szem – chciało mi się krzy­czeć na różne ważne per­sony. Że prze­cież wi­dzą krzywdę lu­dzi i zwie­rząt, a jed­nak nic z tym nie ro­bią. Dzi­siaj tych emo­cji, żą­dań i krzy­ków już nie ma. Prze­sze­dłem do po­rządku nad całą tą nie­spra­wie­dli­wo­ścią, dzięki czemu le­piej od­naj­duję się w roli nar­ra­tora, a nie uczest­nika po­szcze­gól­nych wy­da­rzeń. Osta­tecz­nie więc ty­tuł brzmi: Jak za­ro­bić na zwie­rzę­tach. Pa­to­lo­gie pet­biz­nesu.

To, co kie­dyś miało dzia­łać w in­te­re­sie spo­łecz­nym, dziś ten in­te­res za­bija. Piękna idea prze­ro­dziła się w mo­ne­ty­za­cję cier­pie­nia. Nie chwa­ląc się, prze­wi­dy­wa­łem taką ko­lej rze­czy wiele lat temu. Ob­ser­wu­jąc, jak lu­dzie re­agują na po­szcze­gólne sprawy, można było za­kła­dać, że to, co do­brze się sprze­daje, bę­dzie znaj­do­wało na­śla­dow­ców. I tak też się stało. Dzi­siaj już mało kogo in­te­re­suje or­ga­ni­za­cja zaj­mu­jąca się ste­ry­li­za­cją ko­tów wolno ży­ją­cych albo ta szu­ka­jąca no­wych do­mów dla psów ze schro­ni­ska. Ry­nek dar­czyń­ców zo­stał prze­jęty przez tych naj­gło­śniej­szych. Tych, któ­rzy naj­spraw­niej grają na ludz­kich emo­cjach, naj­le­piej two­rzą wo­kół sie­bie skan­dale i dra­maty. Pu­blika ocze­kuje potu, łez i krwi, a nie co­dzien­nej pracy u pod­staw. Żeby za­ro­bić, trzeba wziąć udział w wy­ścigu cier­pie­nia. Trzeba zmo­ne­ty­zo­wać cier­pie­nie zwie­rząt i przed­sta­wić je w spo­sób, który za­chęci lu­dzi do otwar­cia port­feli. Jedni to po­tra­fią, inni nie­ko­niecz­nie.

Przy czym – jak w każ­dym re­por­tażu na te­mat nie­pra­wi­dło­wo­ści w do­wol­nej or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej – po­trzebne jest tu pewne za­strze­że­nie. Może wi­dzieli Pań­stwo tego typu ma­te­riał w te­le­wi­zji. Tam za­wsze w mo­wie po­cząt­ko­wej pro­wa­dzący za­zna­cza, że nie jest prze­ciwny ochro­nie praw zwie­rząt, że nie ne­guje ca­łej dzia­łal­no­ści da­nej or­ga­ni­za­cji i w ogóle to ma w domu przy­gar­nię­tego psa czy kota. To stan­dar­dowa re­gułka, która w za­ło­że­niu ma po­zwo­lić na mó­wie­nie o ciem­nej stro­nie ochrony zwie­rząt. Mimo że taki za­bieg nie za­wsze jest sku­teczny, a czę­sto wpro­wa­dza wręcz pewną kon­ster­na­cję u od­biorcy, chciał­bym za­sto­so­wać coś po­dob­nego.

Po pierw­sze i chyba naj­waż­niej­sze: oczy­wi­ście nikt nie ne­guje ochrony zwie­rząt jako kon­cep­cji. Nikt nie pod­waża sensu ich ochrony ani nie twier­dzi, że wszyst­kie or­ga­ni­za­cje zaj­mu­jące się ta­kimi za­gad­nie­niami skła­dają się z cy­nicz­nych oszu­stów wy­ko­rzy­stu­ją­cych zwie­rzęta do wła­snych ce­lów. Więk­szość, a moim zda­niem znaczna więk­szość, ak­ty­wi­stów od zwie­rząt to bar­dzo fajni lu­dzie. Nie można im nic za­rzu­cić ani pod wzglę­dem trak­to­wa­nia zwie­rząt, bo naj­czę­ściej da­liby się po­kroić za ja­kie­goś przy­pad­ko­wego Burka, ani pod wzglę­dem uczci­wo­ści, bo każdą zło­tówkę przed wy­da­niem oglą­dają z obu stron. Przez te wszyst­kie lata po­zna­łem ich kil­ku­dzie­się­ciu i szcze­rze im za­zdrosz­czę uporu, z ja­kim trzy­mają się wła­snych za­sad. Nie na­cią­gają, nie ma­ni­pu­lują, przed­sta­wiają swoje hi­sto­rie ta­kimi, ja­kimi one są. I to z pełną świa­do­mo­ścią, że wy­star­czy­łoby na­ło­żyć ja­kiś filtr na fo­to­gra­fie swo­ich pod­opiecz­nych, pod­ko­lo­ry­zo­wać opis lub wska­zać in­ter­nau­tom kie­ru­nek sztucz­nie wy­wo­ła­nego skan­dalu, aby pie­nią­dze pły­nęły do nich szer­szym stru­mie­niem. Bez pie­nię­dzy prze­cież nie­wiele można zro­bić, więc by­łoby to, w ja­kimś stop­niu, zro­zu­miałe, że ktoś do­daje tro­chę ma­ni­pu­la­cji do swo­jego crowd­fun­dingu. Oni jed­nak tego uni­kają. Może dla­tego, że nie jest im to po­trzebne. Re­nomę mają do­brą na tyle, że po­ra­dzą so­bie bez krzy­wych za­gry­wek, a może też lu­bią nie wi­dzieć na­cią­ga­cza, gdy pa­trzą w lu­stro.

Mó­wiąc krótko: więk­szość or­ga­ni­za­cji ochrony zwie­rząt to zwy­czajni lu­dzie, któ­rzy na­wet nie roz­wa­żają udziału w ak­cjach po­kroju tych opi­sa­nych w tej książce. Je­śli jest to coś warte, chciał­bym tu­taj po­dzię­ko­wać im za ca­ło­kształt tego, co ro­bią. Za każdy wy­jazd do cier­pią­cego zwie­rzę­cia, gdy nikt inny nie chce się tego pod­jąć, za każ­dego wy­ste­ry­li­zo­wa­nego kota, za każdy wo­rek karmy, który prze­ka­zali ja­kiejś po­trze­bu­ją­cej oso­bie, gdy o to po­pro­si­łem. Mógł­bym długo wy­mie­niać hi­sto­rie, gdy gdzieś na dru­gim końcu kraju ja­kaś nie do końca za­radna osoba miała pro­blem z pseu­do­ak­ty­wi­stami, a za moim po­śred­nic­twem otrzy­my­wała po­moc od tych fak­tycz­nych mi­ło­śni­ków zwie­rząt. Tych, któ­rzy po­tra­fią za­uwa­żyć cier­pie­nie nie tylko zwie­rzę­cia, lecz także jego opie­kuna. W tym ze­sta­wie­niu czę­sto jest to na­wet trud­niej­sze. Nie tylko dla­tego, że wy­maga em­pa­tii wo­bec lu­dzi, czego bar­dzo bra­kuje w tym śro­do­wi­sku, ale też dla­tego, że lu­dzie by­wają bar­dzo różni. Trudno ich prze­ko­nać do zmian na­wy­ków, są rosz­cze­niowi i kon­flik­towi. Ła­two jest za­brać ko­muś psa i wsta­wić go do kojca na wła­snym po­dwórku, trud­niej jest spra­wić, żeby stary pies mógł po­zo­stać ze swoim rów­nie wie­ko­wym opie­ku­nem, który nie­ko­niecz­nie po­trafi wła­ści­wie się nim za­jąć. Ale to już tylko dy­gre­sja. Je­stem bar­dzo wdzięczny, że przez te wszyst­kie lata mo­głem po­znać aż tak wielu praw­dzi­wych pa­sjo­na­tów. Dzięki za to, co ro­bi­cie. Trzy­mam kciuki, że­by­ście jak naj­dłu­żej nie dali się wcią­gnąć w śro­do­wi­skowe ba­gno, o któ­rym tak wiele razy roz­ma­wia­li­śmy. Zresztą bez na­szych roz­mów pew­nie do dziś trwał­bym w ja­kimś pół­mroku i ślepo wie­rzył we wszystko.

Dru­gie za­strze­że­nie jest ta­kie, że gdy ze­sta­wia się wy­da­rze­nia, które nie­pod­wa­żal­nie ne­ga­tyw­nie świad­czą o któ­rejś z or­ga­ni­za­cji, bądź o lu­dziach mie­nią­cych się obroń­cami zwie­rząt, nie może być mowy o obiek­ty­wi­zmie. Aby ob­raz był obiek­tywny w każ­dym wy­padku, na­le­ża­łoby wy­mie­niać wszyst­kie po­zy­tywne rze­czy, które na prze­strzeni lat dana or­ga­ni­za­cja bądź dany ak­ty­wi­sta zro­bili. W jed­nym z roz­dzia­łów opi­szę wy­da­rze­nia, w trak­cie któ­rych czło­nek za­rządu fun­da­cji zo­stał uchwy­cony na wła­snym mo­ni­to­ringu, gdy ka­to­wał zwie­rzęta. Jedne ko­pie, inne bije pię­ściami. Aby do­peł­nić obiek­ty­wi­zmu, mu­siał­bym opis tych wy­da­rzeń prze­ry­wać wzmian­kami o wszyst­kim, co było ko­rzystne w trak­cie pracy wspo­mnia­nego członka za­rządu. Może i ska­to­wał ja­kie­goś psa, ale in­nemu za­pew­nił po­moc we­te­ry­na­ryjną, która ura­to­wała mu ży­cie. Może i kop­nął psa z ca­łej siły w głowę, ale wiele psów zna­la­zło dom pod da­chem członka za­rządu, a prze­cież tych psów nikt nie chciał. Bez tego da­chu nad głową mo­gły tra­fić do złego schro­ni­ska, gdzie być może, w ja­kimś hi­po­te­tycz­nym sce­na­riu­szu, stra­ci­łyby ży­cie. Obiek­tywne nie bę­dzie przy­to­cze­nie słów ja­kie­goś świadka, który ma wie­dzę o złych dzia­ła­niach członka za­rządu. Na po­trzeby obiek­ty­wi­zmu mu­siał­bym przy­to­czyć re­la­cje, że ów czło­nek za­rządu za­wsze są­sia­dom mó­wił „dzień do­bry” i że wielu prze­cież lu­dzi nie wi­działo ni­czego złego w tym, jak trak­to­wał on zwie­rzęta. Albo ina­czej: że wielu lu­dzi wi­działo, jak trak­tuje zwie­rzęta do­brze.

W Pol­sce nie ma or­ga­ni­za­cji cał­ko­wi­cie, stu­pro­cen­towo złych. Każda ma na kon­cie mnó­stwo rze­czy, które są godne po­chwały. Tyle że i w tym wy­padku si­le­nie się na obiek­ty­wizm mi­ja­łoby się z ce­lem. Przy­po­mi­na­łoby to szu­ka­nie oko­licz­no­ści ła­go­dzą­cych dla pi­ja­nego kie­rowcy, który co prawda prze­je­chał sta­ruszkę na przej­ściu dla pie­szych, ale poza tym może po­chwa­lić się całą masą po­trzeb­nych i po­zy­tyw­nych rze­czy, które zro­bił. Może aku­rat jest chi­rur­giem w po­bli­skim szpi­talu, może kilka dni wcze­śniej inną sta­ruszkę prze­pro­wa­dził przez te same pasy. Obiek­tyw­nie pod­cho­dząc do te­matu, na­le­ża­łoby uznać, że każda wzmianka o do­pro­wa­dze­niu do czy­jejś śmierci przez tego wy­my­ślo­nego na po­trzeby me­ta­fory czło­wieka musi za­wie­rać też ca­ło­ściowe ze­sta­wie­nie jego za­sług. A za­tem – tak, świa­do­mie na­ra­żam się na za­rzut braku obiek­ty­wi­zmu. Świa­do­mie opi­suję ciemną stronę tego śro­do­wi­ska. Tę ja­sną opi­sały już wszyst­kie me­dia w Pol­sce, i ro­biły to setki razy. W końcu te­mat ochrony zwie­rząt jesz­cze nie­dawno był chyba naj­bez­piecz­niej­szym dla dzien­ni­ka­rza. Dziś już nie jest. W du­żej mie­rze wy­nika to z in­ter­netu, gdzie we­ry­fi­ka­cji pod­le­gają rów­nież tre­ści prze­ka­zy­wane przez bar­dzo opi­nio­twór­cze źró­dła, a i ja chyba do­ło­ży­łem do tego małą ce­giełkę.

Po­dob­nie mają się sprawy w roz­dziale do­ty­czą­cym stricte prawa. Pol­skie prze­pisy w tym kon­kret­nym za­kre­sie są nie tylko ab­sur­dalne, nie tylko dają ogromną prze­wagę jed­nej ze stron wy­stę­pu­ją­cych w spo­rach są­do­wych, ale też można nimi do­wol­nie, a przy oka­zji bez­kar­nie ma­ni­pu­lo­wać. Czy to ozna­cza, że są złe? Tak, zo­stały źle na­pi­sane i są źle wy­ko­rzy­sty­wane. Ale czy to ozna­cza też, że ni­gdy nie są one wy­ko­rzy­sty­wane we wła­ści­wych ce­lach? By­naj­mniej! Skła­mał­bym jed­nak, twier­dząc, że dzieje się tak, po­nie­waż In­spek­cja We­te­ry­na­ryjna, po­li­cja i pro­ku­ra­tura do­brze so­bie ra­dzą w kwe­stii ochrony zwie­rząt. Sy­tu­acja zdaje się po­pra­wiać, wciąż jed­nak służby pań­stwowe zbyt czę­sto roz­kła­dają bez­rad­nie ręce, gdy przy­cho­dzi im mie­rzyć się z przy­pad­kami złego trak­to­wa­nia. Ale tak pa­ra­dok­sal­nie… może to i le­piej? Dzieje się tak cza­sem z nie­wie­dzy, cza­sem z braku chęci, nieco czę­ściej z po­wodu sys­te­mo­wych blo­kad czy swego ro­dzaju śle­pych uli­czek, w które funk­cjo­na­riu­sze w da­nej in­sty­tu­cji mo­gliby za­brnąć, chcąc do­rów­nać w sku­tecz­no­ści sek­to­rowi po­za­rzą­do­wemu. Na­wet nie trzeba szu­kać wy­myśl­nych sce­na­riu­szy. Wy­star­czy, że po­li­cjant po­je­dzie do zgło­sze­nia znę­ca­nia się nad psem trzy­ma­nym w złych wa­run­kach. W nie­dzielę wie­czo­rem. Z jed­nej strony bę­dzie miał prawo „ode­brać” ta­kiego psa wła­ści­cie­lowi, z dru­giej, o ile nie weź­mie go so­bie na ko­mi­sa­riat, nie bę­dzie miał co z nim zro­bić. Na­wet je­śli uda się mu skon­tak­to­wać z urzę­dem gminy, która nad­zo­ruje prze­ka­zy­wa­nie zwie­rząt do schro­ni­ska, to może się oka­zać, że samo schro­ni­sko jest od­da­lone od gminy o na przy­kład 300 ki­lo­me­trów. I może bra­ko­wać w nim miej­sca dla tego psa lub czasu, aby po niego przy­je­chać. W ta­kich wła­śnie sy­tu­acjach na­sze we­wnętrz­nie sprzeczne prze­pisy przy­cho­dzą z po­mocą wła­ści­cie­lowi psa. To jest fakt, a nie opi­nia, na­wet je­śli kłóci się to z moim sta­no­wi­skiem na te­mat szko­dli­wo­ści tego prawa. Mam więc na­dzieję, że to ja­sne – je­śli nie wspo­mi­nam o tym, że te same prze­pisy, które po­zwa­lają krzyw­dzić lu­dzi i zwie­rzęta, nie­kiedy po­zwa­lają też im po­móc, to nie dla­tego, że nie chcę być obiek­tywny, lecz dla­tego, że nie na tym po­lega istota pro­blemu, który mnie zaj­muje.

À pro­pos zwie­rząt i służb mun­du­ro­wych: mia­łem oka­zję roz­ma­wiać z wie­loma przed­sta­wi­cie­lami po­li­cji i pro­ku­ra­tury. Cza­sem przy zu­peł­nie in­nych oka­zjach bądź na sto­pie pry­wat­nej. W ich „fir­mie” ist­nieją dwa po­dej­ścia do te­matu ochrony zwie­rząt. Pierw­sze – chyba po­pu­lar­niej­sze – po­dej­ście jest ta­kie, że… to nie ich sprawa. Wielu po­li­cjan­tów wy­cho­dzi z za­ło­że­nia, że ści­ga­nie prze­stępstw wo­bec zwie­rząt nie leży w ich kom­pe­ten­cjach. Ale jest i drugi bie­gun tych po­glą­dów. Po­li­cjanci oraz pro­ku­ra­to­rzy, któ­rzy wręcz mają żal o to, że nie są in­for­mo­wani o przy­pad­kach złego trak­to­wa­nia zwie­rząt. Co naj­mniej kilku mó­wiło mi, że naj­czę­ściej, je­żeli w ogóle są gdzieś wzy­wani, to już po fak­cie. W mo­men­cie, gdy na miej­scu prze­stęp­stwa nie ma już żad­nych zwie­rząt, a po­ten­cjalny sprawca miał sporo czasu, aby po­zbyć się wszel­kich śla­dów. Nie są też za­chwy­ceni for­mułą współ­pracy z nie­któ­rymi or­ga­ni­za­cjami, wska­zu­jąc wprost, że ści­ga­niem tego typu prze­stępstw po­wi­nien jed­nak za­rzą­dzać przed­sta­wi­ciel rze­czy­wi­stych służb, a nie przy­pad­kowy wo­lon­ta­riusz z ja­kiejś fun­da­cji. Skraj­nych opi­nii z pew­no­ścią jest wię­cej, ale to już nie mój za­kres za­in­te­re­so­wań. Na­dal cze­kam na moż­li­wość opu­bli­ko­wa­nia na­gra­nia do­ku­men­tu­ją­cego to, jak dwóch po­li­cjan­tów z Wiel­ko­pol­ski udziela tak zwa­nej asy­sty przed­sta­wi­cie­lom jed­nej z ni­szo­wych or­ga­ni­za­cji, wy­ko­nu­jąc ich wszyst­kie po­le­ce­nia, a w re­zul­ta­cie do­pro­wa­dza­jąc do kra­dzieży psa. Może kie­dyś wła­ści­ciele skra­dzio­nego psa po­zwolą na po­ka­za­nie szer­szemu gronu od­bior­ców, jak to wy­gląda w prak­tyce. Na ra­zie zdają się na­dal wie­rzyć w to, że ich pies wróci do domu, więc nie ma co na­ra­żać się na po­zwy ze strony funk­cjo­na­riu­szy po­li­cji. Tyle że ten pies nie wróci.

Wresz­cie trze­cie za­strze­że­nie, już sy­gna­li­zo­wane (i może mniej ważne, ale warto pod­kre­ślić pro­blem): próżno szu­kać tu da­nych sta­ty­stycz­nych. Z pew­no­ścią świet­nie wy­glą­da­łoby ze­sta­wie­nie liczb do­ty­czą­cych sek­tora po­za­rzą­do­wego w pol­skiej ochro­nie zwie­rząt. Ile zwie­rząt otrzy­mało opiekę, ile za­si­liło ru­brykę zgo­nów (czy jak kto woli: „ile pa­dło”), jaka kwota zo­stała spo­żyt­ko­wana i na jaki od­ci­nek dzia­łal­no­ści. Też chciał­bym zo­ba­czyć ta­kie wy­li­cze­nia. Pro­blem w tym, że nic ta­kiego nie ist­nieje. Można przy­to­czyć źró­dła, które po­dają, że przy­kła­dowo w 2023 roku 633 gminy, czyli 25,6 pro­cent wszyst­kich gmin w Pol­sce, za­pew­niły opiekę łącz­nie 9455 psom, co w su­mie kosz­to­wało te gminy 50 637 386 zło­tych. Było to 14,3 pro­cent wszyst­kich odło­wio­nych psów w Pol­sce, a jedna gmina śred­nio odła­wiała ich 11–20 pro­cent w ciągu roku1. Jed­no­cze­śnie nie jest moż­liwe for­malne spraw­dze­nie, ile psów tra­fiło do każ­dej z około ty­siąca fun­da­cji. Można je za­py­tać o to, pew­nie nie­które od­po­wie­dzą, ale nie ist­nieje for­malna ścieżka kon­tro­lo­wa­nia po­za­schro­ni­sko­wego prze­pływu zwie­rząt. Mo­żemy do­wie­dzieć się – co do sztuki i co do gro­sza – jak prze­bie­gała opieka nad zwie­rzę­tami w każ­dej gmi­nie w Pol­sce i w każ­dym z po­nad 200 schro­nisk, bo są one zo­bo­wią­zane do kon­troli wła­snych fi­nan­sów oraz pro­wa­dze­nia ewi­den­cji zwie­rząt, nie mo­żemy jed­nak for­mal­nie do­wie­dzieć się, ile zwie­rząt prze­bywa w or­ga­ni­za­cjach ochrony zwie­rząt. Mo­żemy je­dy­nie wie­rzyć w ich nie­wy­mu­szone de­kla­ra­cje. Że kiedy mó­wią: „U nas jest po­nad 100 psów”, to fak­tycz­nie tyle ich jest.

Nie ma ofi­cjal­nych da­nych na te­mat liczby or­ga­ni­za­cji ochrony zwie­rząt w Pol­sce ani tego, ilu swo­ich przed­sta­wi­cieli upo­waż­niły one do po­dej­mo­wa­nia dzia­łań w swoim imie­niu. Nie wiemy, ile zwie­rząt or­ga­ni­za­cje te przy­jęły pod opiekę, ile ko­muś wy­dały, a ile spo­śród nich za­koń­czyło swe ży­cie. Skoro nie ma li­sty or­ga­ni­za­cji, to nie ma też moż­li­wo­ści pod­li­cze­nia ca­ło­ściowo ge­ne­ro­wa­nych przez nie przy­cho­dów ani liczby zwie­rząt na ich utrzy­ma­niu. W tym rów­na­niu mamy do czy­nie­nia wy­łącz­nie z ik­sami. Kosz­mar ma­te­ma­tyka – raj węd­ka­rza. Po­noć w męt­nej wo­dzie ryby le­piej biorą.

Z jed­nej strony mówi się, że lu­dzie kła­mią, a liczby nie, więc po­sta­ram się w nie­któ­rych miej­scach wska­zać przy­naj­mniej rząd wiel­ko­ści kwot, które są uzy­ski­wane dzięki tego typu dzia­łal­no­ści cha­ry­ta­tyw­nej. Z dru­giej zaś strony po­noć ist­nieją trzy ro­dzaje kłamstw: kłam­stwa, wiel­kie kłam­stwa i sta­ty­styki, nie będę za­tem pró­bo­wał pod­li­czać cze­goś, co mia­łoby się opie­rać o zdaw­kowe bądź nie­pełne dane. Po­mi­ja­jąc już na­wet, że w więk­szo­ści wy­pad­ków ta­kie dane nie ist­nieją. Pod­ją­łem kilka prób uzy­ska­nia fak­tycz­nych in­for­ma­cji, na przy­kład z urzę­dów gmin co do de­cy­zji wy­da­wa­nych na te­mat cza­so­wego po­zba­wia­nia wła­ści­cieli zwie­rząt praw do nich. Jest to praca mo­zolna, cza­so­chłonna i osta­teczny jej re­zul­tat nie jest wcale taki zno­wuż mia­ro­dajny. Można je­dy­nie wnio­sko­wać, że liczby, na które część or­ga­ni­za­cji się po­wo­łuje, są wzięte z ka­pe­lu­sza, bo w rze­czy­wi­sto­ści oka­zują się wie­lo­krot­nie niż­sze, ale to i tak za­le­d­wie na­miastka da­nych, dzięki któ­rym ktoś mógłby wy­cią­gać wnio­ski. Kie­dyś po­dejmę ko­lejną próbę ze­bra­nia tego w ca­łość, obec­nie na­to­miast sku­pię się na kon­kret­nych hi­sto­riach, które w pew­nym stop­niu wpły­nęły na moje (i nie tylko moje) po­strze­ga­nie śro­do­wi­ska pol­skiej ochrony zwie­rząt.

Po­sta­ram się też nie na­pi­sać, mi­mo­wol­nie, po­rad­nika dla nie­uczci­wych or­ga­ni­za­cji. Oczy­wi­ście je­śli ktoś po­trafi czy­tać mię­dzy wier­szami, bez trudu wy­cią­gnie wnio­ski, jak prze­ło­żyć opi­sy­wany sche­mat na wła­sne dzia­ła­nia, ale tego cał­ko­wi­cie unik­nąć się nie da. Zresztą jest to swego ro­dzaju ta­jem­nica po­li­szy­nela. Każdy za­in­te­re­so­wany wie, jak na­pi­sać skan­da­li­zu­jący na­głó­wek, jak na­cią­gnąć hi­sto­rię zwie­rzę­cia, zmie­nić kon­trast na fo­to­gra­fii czy na­wet spro­wo­ko­wać ja­kieś zaj­ście, aby na­grać te kilka se­kund, które póź­niej wi­ra­lem ro­zejdą się po in­ter­ne­cie i po­zwolą za­ro­bić grub­szą kasę. Je­żeli ktoś ma złe in­ten­cje, i jesz­cze tych spo­so­bów nie po­znał, to prę­dzej na­uczy się ich, śle­dząc dzia­ła­nia kon­ku­ren­cji, niż z mo­jego an­ty­po­rad­nika. Chciał­bym, żeby któ­re­goś dnia dar­czyńcy sami za­uwa­żali, że je­śli zdję­cie przed­sta­wia­jące cier­piące zwie­rzę jest prze­ro­bione przy uży­ciu pro­gra­mów gra­ficz­nych, to praw­do­po­dob­nie jego au­tor pró­buje wpro­wa­dzić ich w błąd. Kiedy zaś usi­łuje wy­mu­sić na nich na­tych­mia­stową wpłatę, twier­dząc, że już ju­tro, już za go­dzinę a wła­ści­wie mi­nutę, doj­dzie do tra­ge­dii, to jest to je­dy­nie płytka ma­ni­pu­la­cja. Albo kiedy przed­sta­wiona hi­sto­ria jest tak mało wia­ry­godna, że wręcz prosi się o ja­kiś do­wód, to w gło­wie po­ten­cjal­nego dar­czyńcy od razu po­winna za­pa­lać się czer­wona lampka. Nie­stety nic ta­kiego się nie dzieje i pew­nie długo jesz­cze nie bę­dzie się dziać. Nie­zbyt za­awan­so­wane so­cjo­tech­niki są normą w dzia­ła­niach bar­dzo wielu or­ga­ni­za­cji. Dają się na nie na­bie­rać po­li­tycy i dzien­ni­ka­rze, trudno więc, żeby przy­pad­kowy dar­czyńca, który ma ochotę po­świę­cić co naj­wy­żej 60 se­kund na ana­lizę wy­świe­tla­nych mu tre­ści, pa­trzył na to wszystko kry­tycz­nie. Szcze­gól­nie że fak­tyczny cel zrzutki może go na­wet nie in­te­re­so­wać. Być może on je­dy­nie ku­puje so­bie wła­śnie odro­binę czy­stego su­mie­nia – za te 20, 50 czy 100 zło­tych. A or­ga­ni­za­to­rzy zrzu­tek, w tym nie­ko­niecz­nie uczciwi ak­ty­wi­ści, do­sko­nale o tym wie­dzą…

Tylko mnie nie o pie­nią­dze tu cho­dzi. Te są je­dy­nie wąt­kiem po­bocz­nym, ja­kimś do­peł­nie­niem ca­ło­ści. Ak­ty­wi­stów dzielę na trzy ka­te­go­rie, oczy­wi­ście w wiel­kim uprosz­cze­niu.

Do pierw­szej i naj­licz­niej­szej ka­te­go­rii na­leżą ci, któ­rym za­leży na do­bru zwie­rząt. Tych mamy naj­wię­cej, choć naj­mniej się o nich sły­szy. Ich nad­rzęd­nym ce­lem jest po­moc zwie­rzę­tom, a co za tym idzie – są nie­groźni. Zda­rzają im się po­myłki i błędy, po­tra­fią być zło­śliwi bądź mściwi, jak wszy­scy lu­dzie, ale ko­niec koń­ców ich prio­ry­te­tem są zwie­rzęta, więc z re­guły są nie­groźni, nie chcą ni­kogo skrzyw­dzić. Na­wet je­śli w dro­dze ja­kiejś fa­tal­nej po­myłki może im się to przy­tra­fić.

Druga ka­te­go­ria, mniej liczna, choć bar­dzo gło­śna, obej­muje tych, dla któ­rych pie­nią­dze są ce­lem sa­mym w so­bie, a zwie­rzęta głów­nie środ­kiem do tego celu. Praw­do­po­dob­nie w więk­szo­ści na­wet lu­bią zwie­rzęta, ale na po­trzeby zwięk­sze­nia swo­ich zy­sków są go­towi za­ry­zy­ko­wać ich do­bro. Po­rzu­cić psa w schro­ni­sku, je­śli ten nie ge­ne­ruje przy­cho­dów, po­zba­wić kota le­cze­nia, je­śli ten na­ru­sza ich bu­dżet. Cy­nizm w ich wy­ko­na­niu nie jest rzad­ko­ścią, ra­czej normą. Do­sko­nale wie­dzą, jak wpły­nąć na oto­cze­nie, aby wy­du­sić z niego ostatni grosz. By­wają groźni, bo w re­ali­za­cji swo­ich ce­lów po­zby­wają się wszel­kich prze­szkód, które staną im na dro­dze.

No i jest trze­cia ka­te­go­ria dzia­ła­czy, sku­pia­jąca tych moim zda­niem naj­groź­niej­szych. To są ci, któ­rym nie cho­dzi o zwie­rzęta ani na­wet za­ra­bia­nie za ich po­mocą. Mogą po­świę­cić jedno i dru­gie, aby osią­gnąć swój cel. A ce­lem tym jest wła­dza – w każ­dej od­mia­nie. Przy od­po­wied­nim – że tak po­wiem – za­krę­ce­niu się wo­kół po­li­ty­ków może to być wła­dza da­jąca bez­kar­ność. Może to być rząd dusz – do­wo­dze­nie pry­watną ar­mią lu­dzi nisz­czą­cych wro­gów na każde za­wo­ła­nie. Wła­dza może być me­dialna lub eko­no­miczna. Może to być też naj­prost­sza forma wła­dzy – pa­no­wa­nie nad dru­gim czło­wie­kiem. Na przy­kład po­przez kon­tro­lo­wa­nie jego losu – tego, co się wy­da­rzy w jego ży­ciu oraz z jego zwie­rzę­tami. Dzia­łacz z tej trze­ciej ka­te­go­rii nie znosi sprze­ciwu, nie uznaje kom­pro­mi­sów i jest go­towy po­świę­cić bar­dzo wiele, w tym zwie­rzęta oraz pie­nią­dze, aby zdo­być upa­trzoną przez sie­bie formę wła­dzy.

Oczy­wi­ście jest to ogromne uprosz­cze­nie. Można łą­czyć w so­bie ce­chy wszyst­kich trzech ka­te­go­rii, a jedna or­ga­ni­za­cja może zrze­szać re­pre­zen­tan­tów każ­dej z nich. Można też ewo­lu­ować – jak po­glądy – i prze­cho­dzić z jed­nej ka­te­go­rii do po­zo­sta­łych. W tej książce naj­wię­cej miej­sca po­święcę wła­śnie tej trze­ciej ka­te­go­rii. Z pro­stej przy­czyny – uwa­żam ich przed­sta­wi­cieli za nie­bez­piecz­nych. Za­równo dla lu­dzi, jak i dla zwie­rząt.

* Od po­wsta­nia strona po­siada łącz­nie kil­ku­na­stu ad­mi­ni­stra­to­rów, w tym le­ka­rzy we­te­ry­na­rii oraz za­słu­żo­nych dzia­ła­czy na rzecz zwie­rząt.

ROZ­DZIAŁ 1

Chata Zwie­rzaka

Spo­śród wszyst­kich, na­zwijmy to, nie­pra­wi­dło­wo­ści, ja­kie to­czą śro­do­wi­sko obroń­ców zwie­rząt, naj­trud­niej po­go­dzić się z sy­tu­acjami, kiedy ci, któ­rzy na sztan­da­rach niosą te wszyst­kie szczytne po­stu­laty, do­pro­wa­dzają do re­al­nej i fi­zycz­nej krzywdy zwie­rząt. Otoczka bu­do­wana wo­kół nie­któ­rych lu­dzi, ich me­dial­ność oraz nie­mal ak­tor­ska poza spra­wiają, że nikt – ze mną włącz­nie – na­wet nie roz­waża po­są­dze­nia ich o złe trak­to­wa­nie psów, ko­tów czy in­nych koni. Nie­stety rów­nież w tym aspek­cie rze­czy­wi­stość po­trafi bar­dzo szybko zwe­ry­fi­ko­wać po­dej­ście do te­matu.

Przy­jęło się też, że je­żeli ktoś po­dej­muje się opieki nad zwie­rzę­tami bez­dom­nymi, to na­leży mu nieba uchy­lić i dać wszystko, o co po­prosi. Za­ry­zy­kuję tezę, że nie­wiele jest branż, które po­zwa­lają prze­cięt­nemu czło­wie­kowi w sto­sun­kowo krót­kim cza­sie wejść w po­sia­da­nie wła­snej nie­ru­cho­mo­ści. Aby ku­pić nie­ru­cho­mość, trzeba pra­co­wać i od­kła­dać pie­nią­dze bar­dzo długo. Samo wy­na­ję­cie od­po­wied­nio du­żej po­se­sji jest kosz­tem nie­moż­li­wym do po­kry­cia dla wielu lu­dzi. W przy­padku lu­dzi de­kla­ru­ją­cych mi­łość do zwie­rząt wy­kształ­cił się jed­nak sys­tem po­zwa­la­jący na osią­gnię­cie ta­kiego celu znacz­nie szyb­ciej, bo w za­le­d­wie kilka lat.

I jest to sys­tem ge­nialny w swo­jej pro­sto­cie. Po­lega na tym, że ak­ty­wi­sta za­czyna zbie­rać zwie­rzęta do wy­na­ję­tego domu lub miesz­ka­nia. Gro­ma­dzi ich wię­cej i wię­cej. A każde zwie­rzę ma swoje imię oraz hi­sto­rię, która jest na bie­żąco re­la­cjo­no­wana – czy to w in­ter­ne­cie, czy w ar­ty­ku­łach lo­kal­nej prasy, a cza­sem w te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej. Każdy po­tra­fiący do­dać dwa do dwóch po­tra­fiłby prze­wi­dzieć, że z cza­sem bar­dzo duża liczba zwie­rząt zgro­ma­dzo­nych na nie­wiel­kiej prze­strzeni za­cznie być upo­rczywa dla są­sia­dów. Two­rze­nie mi­ni­schro­ni­ska w bloku miesz­kal­nym czy na po­se­sji gra­ni­czą­cej z in­nymi do­mami sta­nowi wręcz gwa­ran­cję kon­fliktu. Szcze­gól­nie gdy sama nie­ru­cho­mość jest je­dy­nie wy­naj­mo­wana od ko­goś in­nego.

W ta­kiej sy­tu­acji po­ja­wia się kul­towe już ha­sło: „Zwie­rzęta tracą dach nad głową”. Praw­dziwy wy­trych do otwie­ra­nia port­feli dar­czyń­ców. Prze­cież nikt nie chce, aby zwie­rzęta już raz skrzyw­dzone przez czło­wieka znów mu­siały cier­pieć. Emo­cje biorą górę i nikt na­wet nie za­sta­na­wia się, jak do ta­kiej sy­tu­acji do­szło. Z pew­no­ścią to ja­cyś są­sie­dzi albo wy­naj­mu­jący nie­ru­cho­mość w swo­jej nie­skoń­czo­nej pod­ło­ści chcą za­szko­dzić zwie­rzę­tom bę­dą­cym pod opieką da­nej or­ga­ni­za­cji bądź da­nego ak­ty­wi­sty. Na­ra­sta­jące obu­rze­nie prze­ra­dza się w zrzutkę pie­nię­dzy1, która po­zwoli ura­to­wać zwie­rzęta. Tym spo­so­bem ich opie­kun staje się wła­ści­cie­lem nie­ru­cho­mo­ści2.

Tak było w przy­padku Fun­da­cji Ochrony Zwie­rząt Chata Zwie­rzaka. I na­wet nie oce­niam, ile prawdy jest w opo­wie­ści o tym, że twór­czyni tej or­ga­ni­za­cji po­rzu­ciła świet­nie płatną pracę w kor­po­ra­cji, aby móc zaj­mo­wać się zwie­rzę­tami. Za­kła­dam, że aż tak świet­nie płatna nie była, skoro dom mu­sieli ufun­do­wać jej jed­nak dar­czyńcy. Wiem na­to­miast, że w tym kon­kret­nym wy­padku po­to­czyło się to bar­dzo źle. Jed­no­cze­śnie jest to chyba naj­le­piej udo­ku­men­to­wana sprawa, w któ­rej udało się do­wie­dzieć, co dzieje się we­wnątrz ta­kiej or­ga­ni­za­cji. Prze­cież nie da się za­mon­to­wać ka­mer w czy­imś domu i spraw­dzać, jak trak­to­wane są tam zwie­rzęta, nie da się też przej­rzeć wy­cią­gów ban­ko­wych z czy­je­goś konta, aby do­wie­dzieć się, jak wy­dat­ko­wane są pie­nią­dze prze­ka­zy­wane przez lu­dzi do­brej woli. Tyle że… tym wła­śnie ra­zem było to moż­liwe.

Pod ko­niec 2022 roku otrzy­ma­łem dra­styczne na­gra­nie z mo­ni­to­ringu Chaty Zwie­rzaka. Jak można się do­wie­dzieć z ar­chi­wal­nych wpi­sów fun­da­cji, ka­mery zo­stały tam za­mon­to­wane wła­śnie po to, aby kon­tro­lo­wać osoby opie­ku­jące się zwie­rzę­tami. Zresztą i one zo­stały za­ku­pione przez dar­czyń­ców. Chwała im za to, bo gdyby nie ten za­bieg, to nikt ni­gdy nie do­wie­działby się, do czego do­cho­dziło w tym rze­ko­mym domu spo­koj­nej sta­ro­ści dla skrzyw­dzo­nych zwie­rząt, tym „do­mo­wym ho­spi­cjum dla psów i ko­tów”3.

Krót­kie na­gra­nie przed­sta­wia po­staw­nego męż­czy­znę, który wy­cho­dząc z domu, prze­cho­dzi przez jego przed­sio­nek i po dro­dze z ca­łej siły ko­pie w głowę spo­koj­nie le­żą­cego tam psa. Prze­ra­żone zwie­rzę ze­ska­kuje z le­go­wi­ska i pa­trzy w ocze­ki­wa­niu na to, czy czeka go ko­lejny atak. Chwilę po sa­mym kop­nię­ciu psa męż­czy­zna opusz­cza po­miesz­cze­nie, za to po­ja­wia się w nim wła­ści­cielka fun­da­cji, pani Iwona Ga­bor-Kan­to­ro­wicz4. Na­gra­nie się koń­czy – i py­tań jest wię­cej niż od­po­wie­dzi. Po obej­rze­niu go chyba pierw­szy raz po­my­śla­łem, że to nie jest ma­te­riał na me­dia spo­łecz­no­ściowe, a ra­czej od razu do pro­ku­ra­tury. Tam też w końcu tra­fił. I nie trzeba było długo cze­kać na re­zul­tat. Inna sprawa, że był to re­zul­tat że­nu­jący…

Męż­czy­zna z na­gra­nia oka­zał się nie­przy­pad­kowy. Pan Pa­weł Dur­dyń nie był żad­nym tra­ga­rzem, który aku­rat prze­cho­dził koło sie­dziby Fun­da­cji Chata Zwie­rzaka, lecz człon­kiem jej za­rządu, pra­cow­ni­kiem, miesz­kań­cem, a pry­wat­nie rów­nież part­ne­rem pani pre­zes. Po bar­dzo krót­kim po­stę­po­wa­niu pro­ku­ra­tura prze­ka­zała do sądu wnio­sek o uka­ra­nie, a ten, w try­bie na­ka­zo­wym, uznał winę za nie­bu­dzącą wąt­pli­wo­ści i ak­ty­wi­stę ska­zał. Choć chyba po­wi­nie­nem to ska­za­nie wsta­wić w cu­dzy­słów – sąd za kop­nię­cie psa na­ka­zał ska­za­nemu za­pła­cić ty­siąc zło­tych i to, w prak­tyce, na jego wła­sne konto5. To nie żart, sam nie wie­rzy­łem w to, co czy­ta­łem. W opi­nii sądu na­wiązka po­winna zo­stać wpła­cona na konto Fun­da­cji Chata Zwie­rzaka, któ­rej – zgod­nie z ów­cze­snym wpi­sem w Kra­jo­wym Re­je­strze Są­do­wym – ska­zany był człon­kiem za­rządu i z któ­rej po­bie­rał wy­na­gro­dze­nie. Co wię­cej, jak się póź­niej oka­zało, po­dej­ście człon­ków or­ga­ni­za­cji do wy­dat­ko­wa­nia środ­ków z jej konta ban­ko­wego było bar­dzo swo­bodne, żeby nie po­wie­dzieć – miesz­czące się w de­fi­ni­cji słowa „de­frau­da­cja”. Uzna­li­śmy to za za­bieg przy­po­mi­na­jący prze­ło­że­nie go­tówki z jed­nej kie­szeni do dru­giej i zło­ży­li­śmy sprze­ciw wo­bec tak ab­sur­dal­nego wy­roku. Jed­no­cze­śnie na­gra­nie zo­stało opu­bli­ko­wane w in­ter­ne­cie, a sprawę po­ru­szyły nie­które me­dia, w tym Pol­ska Agen­cja Pra­sowa.

Po wielu mie­sią­cach od uwiecz­nio­nych na na­gra­niu wy­da­rzeń, po kilku mie­sią­cach pro­wa­dzo­nego już po­stę­po­wa­nia przy­go­to­waw­czego w pro­ku­ra­tu­rze i po za­pad­nię­ciu wy­roku na­ka­zo­wego do sprawy po­sta­no­wiła się od­nieść rów­nież pani pre­zes fun­da­cji. Była co prawda świad­kiem sko­pa­nia swo­jego pod­opiecz­nego, na­stęp­nie wszy­scy za­in­te­re­so­wani dzien­ni­ka­rze przy­cho­dzili pod jej ad­res, no i prze­cież sama nie mo­gła nie wie­dzieć, co się w tej spra­wie dzieje, ale do za­bra­nia głosu prze­ko­nała ją do­piero pu­bli­ka­cja na­gra­nia z jej domu. Wła­ści­wie to nie do końca jej domu. For­mal­nie jest on prze­cież wła­sno­ścią za­rzą­dza­nej przez nią fun­da­cji. W prak­tyce zaś miał na­le­żeć do po­trze­bu­ją­cych zwie­rząt, rzecz ja­sna.

Tłu­ma­cze­nia pani pre­zes były ku­rio­zalne. Jej zda­niem wy­da­rze­nie miało cha­rak­ter ab­so­lut­nie jed­no­ra­zowy – oczy­wi­sta oczy­wi­stość – ale rów­nież wy­ni­kało z bar­dzo emo­cjo­nal­nego po­dej­ścia pana Pawła. Otóż pies, który zo­stał kop­nięty, wcze­śniej tego dnia miał za­gryźć in­nego, mniej­szego psa. I to kop­nię­cie było ja­kąś formą kary. Czyli przy­zna­jąc się do tego, że je­den z jej pod­opiecz­nych zo­stał sko­pany przez jej part­nera, do­dat­kowo przy­znała, że inny jej pod­opieczny stra­cił ży­cie w wy­niku po­gry­zie­nia. Nie uj­mu­jąc jej in­te­lek­towi, nie jest to chyba naj­bar­dziej prze­my­ślana li­nia obrony. Ale może dzięki temu zo­stała uznana za szczerą i praw­dziwą. Choć taka nie była, przy­naj­mniej we frag­men­cie, gdy mó­wiła o „jed­no­ra­zo­wym przy­padku”.

Byli pra­cow­nicy (lub wo­lon­ta­riu­sze czy osoby od­wie­dza­jące fun­da­cję, pew­no­ści co do tego, kto fi­zycz­nie miał do­stęp do mo­ni­to­ringu fun­da­cji, mieć nie mogę) prze­ka­zali mi ko­lejne na­gra­nia z wnę­trza tego „azylu” dla skrzyw­dzo­nych zwie­rząt. I były one jesz­cze bar­dziej wstrzą­sa­jące, a przy oka­zji cał­ko­wi­cie zde­men­to­wały pro­wa­dzoną przez pa­nią pre­zes Chaty Zwie­rzaka nar­ra­cję o jed­no­ra­zo­wym przy­padku czy dzia­ła­niu w emo­cjach.

Jedno z na­grań przed­sta­wiało, jak męż­czy­zna ci­ska psem przez uchy­lone drzwi, ten lą­duje na wy­cie­raczce i zo­staje kop­nięty od tyłu. Z krót­kiego ma­te­riału można wy­wnio­sko­wać, że pra­cow­nik fun­da­cji w ten spo­sób wy­go­nił psa na spa­cer, a gdy ten po wy­lą­do­wa­niu przed drzwiami na se­kundę za­marł w bez­ru­chu, zo­stał kop­nięty, aby na spa­cer jed­nak się udał.

Inne wi­deo po­ka­zuje tego sa­mego męż­czy­znę, jak w ma­łym po­miesz­cze­niu pró­buje zła­pać i przy­ci­snąć do ziemi psa szu­ka­ją­cego ucieczki, a gdy mu się to udaje, to okłada go pię­ściami. Pies, mimo swo­ich cał­kiem spo­rych roz­mia­rów, nie po­dej­muje żad­nej walki. Ude­rzeń pię­ścią po tu­ło­wiu od do­ro­słego po­staw­nego fa­ceta mniej­sze zwie­rzę mo­głoby nie prze­żyć. Ja­kie ob­ra­że­nie po­niósł ten kon­kretny pies, ni­gdy się nie do­wiemy.

Na jesz­cze in­nym fil­mie, tym ra­zem przed­sta­wia­ją­cym uję­cia z kilku ka­mer, pra­cow­nik fun­da­cji prze­cho­dzi przez ko­lejne po­miesz­cze­nia i w rogu jed­nego z po­koi znaj­duje śpią­cego, sta­rego psa. Ko­pie go kilka razy, aż pies bez­wład­nie do­ciera do drzwi wyj­ścio­wych, przez które rów­nież zo­staje prze­ko­pany. Choć… w su­mie nie mam te­raz pew­no­ści, czy zwie­rzaka osta­tecz­nie przez sam próg rów­nież prze­trans­por­to­wano przy uży­ciu buta. I na­wet nie będę tego już we­ry­fi­ko­wał, bo oglą­da­nie tych fil­mów do naj­przy­jem­niej­szych nie na­leży, a w trak­cie ca­łej sprawy mu­sia­łem oglą­dać je wie­lo­krot­nie.

I do­piero wtedy, po ca­łej se­rii pu­bli­ka­cji za­trwa­ża­ją­cych na­grań, po wielu mie­sią­cach śledz­twa pro­ku­ra­tury i wy­roku na­ka­zo­wym, sze­fowa Fun­da­cji Chata Zwie­rzaka uznała, że chyba warto za­cząć dzia­łać. Albo przy­naj­mniej po­zo­ro­wać ja­kieś dzia­ła­nia, bo trudno ina­czej na­zwać wy­sła­nie wia­do­mo­ści e-mail na ogólną skrzynkę lo­kal­nej po­li­cji. Sze­fowa opu­bli­ko­wała na­wet – dla swo­ich fa­nów, po wcze­śniej­szym za­blo­ko­wa­niu wszyst­kich za­da­ją­cych do­cie­kliwe py­ta­nia – zrzut ekranu swo­jej wia­do­mo­ści do po­li­cjan­tów. Miała ona za za­da­nie, przy­naj­mniej zda­niem au­torki, peł­nić funk­cję for­mal­nego za­wia­do­mie­nia o moż­li­wo­ści po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa. Te­mat brzmiał: „Za­wia­do­mie­nie o prze­stęp­stwie Fun­da­cja Ochrony Zwie­rząt Chata Zwie­rzaka”, a treść była tak ob­szerna i wy­czer­pu­jąca, że po­zwolę ją so­bie za­cy­to­wać tu­taj w ca­ło­ści: „Zgła­szam po­peł­nie­nie prze­stęp­stwa do­ty­czą­cego znę­ca­nia się nad zwie­rzę­tami na te­re­nie sie­dziby Fun­da­cji Chaty Zwie­rzaka w Ruda 7a 07-311 Wą­sewo”. Do tego do­dano jesz­cze link prze­kie­ro­wu­jący na jedno z krą­żą­cych po me­diach spo­łecz­no­ścio­wych na­grań. I wła­ści­wie tyle.

Au­torka wia­do­mo­ści była nieco roz­mow­niej­sza pod­czas ko­men­to­wa­nia na­grań z jej wła­snego domu. Na­pi­sała mię­dzy in­nymi: „Drugi film jest zmon­to­wany. Pro­szę nie wie­rzyć we wszystko, co jest pu­bli­ko­wane. Wy­star­czy do­brze się przyj­rzeć, że o bie­głym i opi­nii nie wspo­mnę”. Zda­wała się w ten spo­sób su­ge­ro­wać, że ktoś mógł mo­dy­fi­ko­wać na­gra­nia z mo­ni­to­ringu w jej wła­snym domu. Oczy­wi­ście nikt tego nie ro­bił. Filmy same w so­bie były tak dra­styczne, że na­wet nie wiem, co ktoś mógłby do nich do­dać albo jak je prze­ro­bić, żeby wy­pa­dały go­rzej. Ca­łość tłu­ma­czeń prze­ry­wana była stwier­dze­niami, że prze­cież sze­fowa fun­da­cji nie wie­działa o ni­czym, więc nie po­nosi żad­nej od­po­wie­dzial­no­ści za los po­wie­rzo­nych jej zwie­rząt. Nie wie­działa i kropka. Od kilku mie­sięcy wie­dzieli na­to­miast po­li­cja, pro­ku­ra­tura, sąd, jej pra­cow­nicy i co oczy­wi­ste, jej ży­ciowy part­ner, tylko ona nie wie­działa, ni­czym pe­wien au­striacki akwa­re­li­sta, który to po­dob­nie o ni­czym miał nie wie­dzieć w la­tach 40. XX wieku.

Po dzia­ła­niach bar­dzo wy­raź­nie po­zo­ro­wa­nych nad­szedł czas na dzia­ła­nia mniej wy­raź­nie po­zo­ro­wane. Ale za to od­bi­ja­jące się czkawką sze­fo­wej fun­da­cji aż do dzi­siaj. Jako że kry­tyczne ko­men­ta­rze i ogólne za­mie­sza­nie wo­kół jej dzia­łal­no­ści na­dal było spore, ogło­siła ona, że od te­raz ktoś inny bę­dzie pre­ze­sem fun­da­cji. W za­my­śle miało to na celu przy­wró­cić do­bre imię ca­łej or­ga­ni­za­cji. Za­ra­zem nikt jed­nak nie za­mie­rzał się wy­pro­wa­dzać z nie­ru­cho­mo­ści za­ku­pio­nej przez dar­czyń­ców. Ro­szada miała mieć cha­rak­ter przede wszyst­kim for­malny, czyli nieść za sobą zmianę w Kra­jo­wym Re­je­strze Są­do­wym. Ktoś inny miał od te­raz po­dej­mo­wać bli­żej nie­okre­ślone, choć na pewno klu­czowe de­cy­zje, pod­czas gdy wcze­śniej­sza pani pre­zes po­zo­sta­nie pra­cow­ni­kiem opie­ku­ją­cym się zwie­rzę­tami.

Tu na scenę wkra­cza pan To­masz Łom­nicki, znany sze­rzej pod pseu­do­ni­mem „Fit Dzik” – po­stać, można chyba tak na­pi­sać, me­dialna. Za­sły­nął wy­stę­pem w te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej, gdzie po­chwa­lił się nie­sa­mo­witą me­ta­mor­fozą. Z osoby bar­dzo oty­łej prze­isto­czył się w świet­nie zbu­do­wa­nego uczest­nika gal spor­to­wych, pod­czas któ­rych za­wod­nicy biją się po łbach bez rę­ka­wic. Pan „Dzik” jest też przed­sta­wiany jako dzia­łacz spo­łeczny po­ma­ga­jący dzie­ciom pra­wi­dłowo się od­ży­wiać i dbać o kon­dy­cję. Nie wiem, jak to so­bie dwoje pre­ze­sów do­ga­dało, ale to on wła­śnie miał prze­jąć pa­łeczkę od pani Iwony Ga­bor-Kan­to­ro­wicz i zo­stać nową twa­rzą Fun­da­cji Chata Zwie­rzaka.

Mu­szę przy­znać, że mocno się co do niego po­my­li­łem. By­łem prze­ko­nany, że cho­dzi o ja­kąś formę przy­krywki, po­prawy PR-u lub wy­cią­gnię­cie jesz­cze więk­szej ilo­ści go­tówki z dar­czyń­ców. Co do sa­mego trak­to­wa­nia zwie­rząt przez pana „Dzika” rów­nież po­ja­wiły się wąt­pli­wo­ści. Le­d­wie ogło­szono go no­wym pre­ze­sem, a już otrzy­ma­łem se­rię wia­do­mo­ści od jego daw­nej pra­cow­nicy, która przed­sta­wiła go jako nie­spe­cjal­nie lu­bią­cego psy. Jego ka­riera w Cha­cie Zwie­rzaka nie trwała jed­nak długo.

Jak opo­wia­dał mi póź­niej, pla­no­wano zro­bić z niego wi­zy­tówkę, która nie­wiele by miała do po­wie­dze­nia, ale fir­mo­wa­łaby swoją twa­rzą dzia­łal­ność ca­łej or­ga­ni­za­cji. Wstęp­nie na­wet zgo­dził się na to, ale za­żą­dał wglądu w do­ku­men­ta­cję fun­da­cji6. Gdy tylko do niej zaj­rzał, zgasł jego en­tu­zjazm do re­pre­zen­to­wa­nia ca­łej or­ga­ni­za­cji. By­naj­mniej nie z po­wodu braku pie­nię­dzy, bo tych nie bra­ko­wało. Pro­ble­mem był spo­sób ich wy­dat­ko­wa­nia, a przy­naj­mniej tak twier­dzi sam za­in­te­re­so­wany. Pan „Dzik” zre­zy­gno­wał z pre­ze­sury w oba­wie o od­po­wie­dzial­ność karną za pod­pi­sy­wa­nie się pod ta­kim ro­dza­jem dba­ło­ści o prze­ka­zy­wane przez dar­czyń­ców środki. Ale do tego jesz­cze doj­dziemy.

Pod­czas gdy po­łowa in­ter­ne­to­wej bańki zaj­mu­ją­cej się zwie­rzę­tami roz­ma­wiała wy­łącz­nie o Cha­cie Zwie­rzaka, ode­zwała się do mnie jedna z pra­cow­nic, która była tam za­trud­niona jesz­cze przed po­ja­wie­niem się w or­ga­ni­za­cji pana Pawła Dur­dy­nia – (anty)bo­ha­tera na­grań. Pani Ta­tiana, z po­cho­dze­nia Ło­tyszka, pra­co­wała kilka lat dla pani pre­zes. Tra­fiła tam prak­tycz­nie z przy­padku i naj­pierw pra­co­wała w schro­ni­sku, a na­stęp­nie w sie­dzi­bie fun­da­cji. Wy­bór branży nie był jed­nak przy­pad­kowy – jako wielka mi­ło­śniczka zwie­rząt tym wła­śnie chciała się zaj­mo­wać. Opo­wie­działa swoją hi­sto­rię i do­dała do tego dwa nowe na­gra­nia wi­deo. Od­dajmy jej głos:

Mój wpis nie jest o znę­ca­niu nad zwie­rzę­tami, ra­czej nad pra­cow­ni­kami Fun­da­cji Chata Zwie­rzaka. W ja­kimś stop­niu. I nie pi­szę te­raz o pen­sji, każ­demu w mo­ich cza­sach Iwona była winna kasę.

Nie mogę po­wie­dzieć, że tak kar­mili za­wsze pra­cow­ni­ków w Cha­cie Zwie­rzaka. Nie, by­łoby to nie­prawdą, ale czę­sto. Kiedy przy­wo­zili prze­ter­mi­no­wane mięso i wę­dliny z Bie­dronki, my ro­bi­li­śmy se­lek­cję – co śmier­działo mocno – wy­rzu­ca­li­śmy, co nie śmier­działo, wkła­da­li­śmy do za­mra­żarki.

I nie­ważne było, kiedy mi­nął ter­min waż­no­ści – czy mie­siąc, czy dwa, czy trzy. Psy też do­sta­wały prze­ter­mi­no­wane mięso, co prawda go­to­wane. Mar­twe koty z za­mra­żarki były po­tem za­ko­py­wane na te­re­nie fun­da­cji. Kiedy było komu ko­pać doły.

Wiele osób, które były ze mną w te dni, pyta mnie, dla­czego nie pi­szę ni­czego o tym, jak po­stą­piła ze mną Iwona w naj­gor­szych cza­sach mo­jego ży­cia. To nie jest zwią­zane ze zwie­rzę­tami, to po­ka­zuje, ja­kim jest ona czło­wie­kiem. I je­żeli ona tak pod­cho­dzi do lu­dzi, to co mó­wić o zwie­rzę­tach.

Otóż ja przy­je­cha­łam do Pol­ski z Ło­twy. Na Ło­twie zo­stała moja mama. Sama. Ka­te­go­rycz­nie nie chciała ni­g­dzie wy­jeż­dżać. Ja po­ma­ga­łam jej ma­te­rial­nie. W lipcu 2018 roku do­stała wy­lewu. Po­je­cha­łam do niej, by­łam z nią ja­kiś czas, wszystko, co mia­łam, wy­da­łam na szpi­tal z do­brą opieką. Po­mo­gła mi da­leka ro­dzina opła­cić. Pla­no­wa­łam wró­cić do Pol­ski, za­brać swoje zwie­rzęta, rze­czy i wró­cić na Ło­twę. Wró­ci­łam do Pol­ski, mi­nęło kilka dni, i nie zdą­ży­łam. Moja mama zmarła. Trzeba było or­ga­ni­zo­wać po­grzeb. Oprócz mnie nie było żad­nej bli­skiej ro­dziny. Po­wie­dzia­łam Iwo­nie, że po­trze­buję kasy na po­grzeb. Swo­jej, uczci­wie i ciężko za­ro­bio­nej kasy. Obie­cy­wała, że mi ją da. Nie ca­łość, część.

Jak my­śli­cie, ile dała? Zero! Wy­je­cha­łam bez jed­nego gro­sza w kie­szeni. Bi­let ku­pi­łam za swoje. Ona obie­cy­wała, że wy­śle mi na konto kasę. Przy­się­gała na Boga. Ile wy­słała? Zero!

U mamy mo­jej nie było odło­żo­nych środ­ków. Ani gro­sza. Tego, w ja­kim sta­nie by­łam tam, ma­jąc tylko parę gro­szy od pań­stwa ło­tew­skiego na po­grzeb, w ży­ciu ci, Kan­to­ro­wicz, nie wy­ba­czę!

Po­mo­gły mi ko­le­żanki z Pol­ski, po­ży­czyły tro­chę kasy. Sprze­da­łam tam wszystko, co mo­głam, żeby tylko po­cho­wać mamę. Po kilku dniach Kan­to­ro­wicz opu­bli­ko­wała na stro­nie fun­da­cji prośbę. Ja­koby ode mnie. Że pro­szę o kasę na po­grzeb mamy. Ja pro­szę u lu­dzi, kiedy fun­da­cja winna mi sporo kasy? Na ten mo­ment około 16 ty­sięcy zło­tych. Wy­słali mi lu­dzie 700 zło­tych. Dzię­kuję im za to.

Ten, kto mówi i pi­szę, że ta osoba ma serce, bar­dzo myli się. Ona nie ma serca. Kan­to­ro­wicz, ży­czę ci, żeby z tobą też kie­dyś tak po­stą­pili. Jak ty ze mną7.

Żeby nie być go­ło­słowną, lub po­są­dzoną o zbęd­nie emo­cjo­nalny wpis, pani Ta­tiana do swo­jego apelu do­łą­czyła na­gra­nie wi­deo8. Wi­dać na nim, jak wy­ciąga z za­mra­żalki ko­lejne opa­ko­wa­nia wę­dlin i ła­maną pol­sz­czy­zną tłu­ma­czy, że tym wła­śnie są kar­mieni pra­cow­nicy (a jed­no­cze­śnie miesz­kańcy) Chaty Zwie­rzaka. Każda ko­lejna wę­dlina i ko­lejne opa­ko­wa­nie mięsa były prze­ter­mi­no­wane o ko­lejne mie­siące. Przy czym nie to było dra­styczne. Za­pewne do­brze prze­cho­wy­wane mięso po ter­mi­nie waż­no­ści na­dal można spo­ży­wać. Szo­ku­jące dla od­bior­ców było to, że w tej sa­mej za­mra­żalce, obok je­dze­nia dla lu­dzi, choćby prze­ter­mi­no­wa­nego, znaj­do­wały się zwłoki zwie­rząt. Kon­kret­nie – wspo­mniane we wpi­sie pani Ta­tiany mar­twe koty. Jedne bar­dziej, inne mniej za­pa­ko­wane, ale na­dal w bez­po­śred­nim są­siedz­twie po­karmu dla lu­dzi.

Ko­bieta tłu­ma­czyła, że z ko­tami był w tym miej­scu spory pro­blem, po­nie­waż tych cho­rych nie od­dzie­lano od tych zdro­wych, przez co słab­sze jed­nostki szybko cho­ro­wały i umie­rały. Ale tego oczy­wi­ście nikt nie udo­wodni, to tylko re­la­cja by­łego pra­cow­nika. Jak wspo­mi­na­łem, or­ga­ni­za­cje tego typu nie pod­le­gają pod ża­den nad­zór, a co za tym idzie – nie mu­szą pro­wa­dzić ewi­den­cji zwie­rząt. Gdyby w za­re­je­stro­wa­nym w In­spek­cji We­te­ry­na­ryj­nej schro­ni­sku na­gle zna­cząco wzro­sła liczba pa­dłych zwie­rząt, ktoś mógłby to za­uwa­żyć. W fun­da­cjach, „azy­lach”, „przy­tu­li­skach” – zwał jak zwał – nie jest to ni­g­dzie od­no­to­wy­wane. Poza pa­mię­cią pra­cow­ni­ków lub opie­ku­nów tych zwie­rząt. A ci ode­zwać się pu­blicz­nie nie mogą, do­póki są za­leżni od swo­jego pra­co­dawcy.

Za­równo pani Ta­tiana, jak i pan To­masz vel „Dzik” prze­ka­zali swoje in­for­ma­cje po­li­cji, czy to w po­staci za­wia­do­mie­nia o moż­li­wo­ści po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa, czy to ze­znań na te­mat tego, co wi­dzieli we­wnątrz Chaty. Rów­nież my zgło­si­li­śmy – dwu­krot­nie – znę­ca­nie się nad zwie­rzę­tami w wy­ko­na­niu członka za­rządu fun­da­cji. A ja cze­ka­łem na choć je­den mo­ment szcze­rej re­flek­sji ze strony wła­ści­cielki fun­da­cji. Mogę chyba zdra­dzić, bo nie bę­dzie to prze­sad­nym wy­bie­ga­niem w przy­szłość, że nie do­cze­ka­łem się tego do dzi­siaj. Można było spo­dzie­wać się choć jed­nego aka­pitu ja­kie­goś oświad­cze­nia albo kil­ku­dzie­się­ciu se­kund na­gra­nia, na któ­rym twór­czyni fun­da­cji fak­tycz­nie ża­ło­wa­łaby, że pod jej nad­zo­rem do­szło do tak dra­stycz­nych sy­tu­acji. Nie było tego ani krzty.

Pani Iwona sku­piła się ra­czej na ata­ko­wa­niu wszyst­kich, któ­rzy mieli za­rzuty do jej pracy. Bez względu na to, jak słuszne i oczy­wi­ste były to pre­ten­sje. Ob­ry­wało się wszyst­kim, w tym mnie za ujaw­nie­nie na­grań. W kontrze pani pre­zes wrzu­ciła do sieci fo­to­gra­fie, na któ­rych wi­dać mnie za cza­sów mło­do­ści, jak piję piwo na ja­kiejś im­pre­zie. Z pod­pi­sem, że na pewno al­ko­ho­lik, skoro 15 lat wcze­śniej spo­ży­wał al­ko­hol. Panu To­ma­szowi przy­pi­sy­wała różne skraj­nie ne­ga­tywne in­ten­cje, ja­koby na jej fun­da­cji chciał się do­ro­bić. Było to o tyle ab­sur­dalne, że fa­cet wy­co­fał się, gdy tylko za­uwa­żył, z czym ma do czy­nie­nia, a mógł zro­bić wręcz od­wrot­nie. Spie­nię­żyć, co się da, wy­cią­gnąć tro­chę go­tówki i za­po­mnieć o ca­łej spra­wie. Do­stało się też pani Ta­tia­nie, że prze­cież skoro coś jej się nie po­do­bało, to mo­gła mó­wić wcze­śniej. Bo i ow­szem, mo­gła, przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie. W prak­tyce po­je­dyn­cza osoba w star­ciu z oso­bo­wo­ścią me­dialną, która jest za­pra­wiona w ma­ni­pu­lo­wa­niu tłu­mem, nie ma żad­nych szans. Prę­dzej pani Ta­tiana zo­sta­łaby okrzyk­nięta ja­kimś po­two­rem, który z pew­no­ścią nie­na­wi­dzi zwie­rząt, niż do ko­goś do­tar­łoby, że z opieką nad zwie­rzę­tami ta cała Chata nie ma wiele wspól­nego. Nie za­bra­kło rów­nież gro­że­nia po­zwami, od­we­tami i in­nymi for­mami ze­msty. Jak na ra­zie nic ta­kiego się nie wy­da­rzyło.

Ko­ron­nym ar­gu­men­tem, czy też sed­nem, li­nii obrony pani pre­zes było w tym wszyst­kim re­to­ryczne py­ta­nie o los zwie­rząt, które znaj­do­wały się pod jej opieką – co by się z nimi stało, gdyby zgod­nie z wolą wielu lu­dzi na­gle w ja­kiś spo­sób „za­mknięto” cały przy­by­tek? Trzeba przy­znać, że jest to ar­gu­ment na tyle abs­trak­cyjny i po­bu­dza­jący wy­obraź­nię, a jed­no­cze­śnie fak­tycz­nie trudny do me­ry­to­rycz­nego od­bi­cia, że wielu lu­dzi prze­ko­nuje. W ro­zu­mie­niu ob­ser­wa­to­rów jej dzia­łal­no­ści może i fak­tycz­nie źle się działo, może i czło­nek za­rządu fun­da­cji ka­to­wał zwie­rzęta, ale nie ma żad­nej moż­li­wo­ści, aby ktoś te­raz opiekę nad tak ogrom­nym sta­dem prze­jął. A mó­wimy prze­cież o około 40 psach i 60 ko­tach. Plus mi­nus oczy­wi­ście, bo do­kład­nej liczby do­mow­ni­ków Chaty nie znamy. Je­śli jed­nak wie­rzyć de­kla­ra­cjom sze­fo­wej, to mowa o około setce zwie­rząt.

Za­pa­dło mi w pa­mięć okre­śle­nie sto­so­wane wo­bec firm fi­nan­so­wych w do­bie kry­zysu sek­tora ban­ko­wego. Wtedy o tych naj­więk­szych ame­ry­kań­skich ban­kach mó­wiono, że są zbyt duże, by upaść. Dla­tego co­kol­wiek by się działo, jak wiel­kie błędy by po­peł­niały, to nie­moż­liwy do zre­ali­zo­wa­nia jest sce­na­riusz, w któ­rym taki, przy­kła­dowo, Ci­ti­bank upada. Po­dob­nie jest w śro­do­wi­sku ochrony zwie­rząt. Kiedy ja­kieś miej­sce zgro­ma­dzi wy­star­cza­jąco dużo zwie­rząt, to żadne pań­stwowe in­sty­tu­cje się tym nie zajmą, bez względu na liczbę prze­sła­nek czy do­wo­dów świad­czą­cych na nie­ko­rzyść za­rząd­ców „azylu”, „przy­tu­li­ska” czy jak­kol­wiek by na­zy­wać te wszyst­kie „chaty zwie­rza­ków”.

Dla­czego tak się dzieje? Ano dla­tego, że je­dy­nymi in­sty­tu­cjami, które mają fi­zyczną moż­li­wość wzię­cia pod opiekę na przy­kład setki zwie­rząt, są or­ga­ni­za­cje ochrony zwie­rząt. A te są ze sobą w du­żej mie­rze, je­śli nie za­przy­jaź­nione, to po­wią­zane sie­cią kon­tak­tów czy za­leż­no­ści. Na­wet gdy już do­cho­dzi do tego, że jedna or­ga­ni­za­cja za­biera zwie­rzęta z in­nej, to za­wsze jest to bar­dzo trudny te­mat. W myśl po­wie­dze­nia, że nie kala się wła­snego gniazda, nie­zbyt re­ali­styczny zdaje się sce­na­riusz, w któ­rym od­po­wied­nio duże or­ga­ni­za­cje wspól­nie pla­nują za­bra­nie zwie­rząt na przy­kład z Chaty Zwie­rzaka. Sze­fowa tej fun­da­cji to prze­cież ich zna­joma, ich or­ga­ni­za­cje wspie­rały się na­wza­jem, wy­mie­niały zwie­rzę­tami. Łą­czą ich po­glądy oraz długi wdzięcz­no­ści. Jedni wie­dzą o dru­gich wy­star­cza­jąco wiele, by dbać o utrzy­ma­nie sta­tus quo.

Ale je­śli nie or­ga­ni­za­cje spo­łeczne, to prze­cież są schro­ni­ska gminne, urzędy, In­spek­cja We­te­ry­na­ryjna i nie tylko, prawda? Prawda, ale tylko w teo­rii. Naj­pro­ściej uj­mu­jąc, aby za­brać z do­wol­nego miej­sca setkę zwie­rząt, urząd gminy mu­siałby wy­ło­żyć od ręki kil­ka­set ty­sięcy zło­tych. Być może da­łoby się coś ta­kiego prze­pro­wa­dzić w cen­trum War­szawy (gdzie nikt żad­nych „przy­tu­lisk” prze­cież nie za­kłada), ale w przy­kła­do­wej gmi­nie Wą­sewo może się to już oka­zać znacz­nie trud­niej­sze. A na­wet gdyby się zda­rzyło, że wójt gminy za­bez­pie­czy te 300 ty­sięcy zło­tych, to po­jawi się na­stępny pro­blem. W Pol­sce nie ma schro­ni­ska, które trzyma wolne miej­sce dla ta­kiej liczby psów i ko­tów. Mu­sia­łoby to być kilka schro­nisk, po­ten­cjal­nie na te­re­nie ca­łego kraju. Wli­cza­jąc trans­port, opłatę za przy­ję­cie zwie­rząt, wie­lo­mie­sięczną opiekę nad nimi oraz nie­zbędne le­cze­nie – nie wiem, czy urząd gminy za­mknąłby się w kwo­cie po­ni­żej pół mi­liona zło­tych. Nikt na­wet nie bie­rze ta­kich sce­na­riu­szy pod uwagę.

Cóż, mó­wią, że pie­nią­dze rzą­dzą świa­tem. Na pewno rzą­dzą tym kon­kret­nym aspek­tem ochrony zwie­rząt. Tu­taj, żeby coś się urzę­dowo wy­da­rzyło, trzeba chyba naj­pierw za­brnąć w ślepą uliczkę, na końcu któ­rej mar­twe zwie­rzęta wy­pa­dają przez okna da­nego „azylu”, pod któ­rymi to oknami prze­cho­dzi aku­rat re­por­ter ogól­no­pol­skiej te­le­wi­zji. Ina­czej, jak się oka­zuje, nie­wiele można zro­bić, gdy ma się do czy­nie­nia z taką skalą dzia­łal­no­ści. Można za­brać sta­ruszce jed­nego psa, ale nie można za­brać ak­ty­wi­stce setki psów, o ile ak­ty­wistka nie jest aku­rat skon­flik­to­wana z całą grupą in­nych, waż­niej­szych i le­piej umo­co­wa­nych ak­ty­wi­stów.

Skoro je­ste­śmy już przy pie­nią­dzach, to w hi­sto­rii Chaty Zwie­rzaka wy­da­rzyła się jesz­cze jedna rzecz warta uwagi, i to taka bez pre­ce­densu. Otóż chyba po raz pierw­szy w hi­sto­rii tego śro­do­wi­ska, a bez wąt­pie­nia pierw­szy i je­dyny jak do­tąd raz, od kiedy ja je ob­ser­wuję, wszy­scy za­in­te­re­so­wani mo­gli prze­śle­dzić rze­czy­wi­ste prze­pływy go­tówki na kon­cie kon­kret­nej fun­da­cji. Czyli nie tak, jak działa to na spra­woz­da­niach fi­nan­so­wych, gdzie pod mniej lub bar­dziej czuj­nym okiem księ­go­wego roz­pi­sy­wane są przy­chody i wy­datki. Tym ra­zem można było obej­rzeć fak­tyczne trans­ak­cje. Dzień po dniu, ty­dzień po ty­go­dniu – na jaw wy­szło wszystko, co działo się na fun­da­cyj­nym kon­cie.

Wie­dza ta wzięła się z wy­cią­gów ban­ko­wych Chaty Zwie­rzaka. Na­to­miast tego, skąd wzięły się te wy­ciągi, nie je­stem w sta­nie zdra­dzić. Można się do­my­ślać, że do­stęp do tak po­uf­nych do­ku­men­tów miało bar­dzo skromne grono osób. Moż­liwe, że zrazu było to grono jed­no­oso­bowe, ale jak wspo­mi­na­łem, w na­stęp­stwie ujaw­nie­nia skan­da­licz­nych na­grań na czele or­ga­ni­za­cji sta­nął nowy pre­zes. To jed­nak tylko spe­ku­la­cje, któ­rych na szczę­ście nie da się po­twier­dzić. Ja bo­wiem otrzy­ma­łem te do­ku­menty ano­ni­mowo. Przej­rza­łem kilka z nich, a je­den wy­ciąg ro­ze­bra­łem na czyn­niki pierw­sze.

Mie­sięczny przy­chód fun­da­cji wy­niósł po­nad 100 ty­sięcy zło­tych. Czyli – śred­nio i przyj­mu­jąc, że w tym miej­scu prze­bywa 40 psów i 60 ko­tów – jest to ty­siąc zło­tych na jedno zwie­rzę. Warto nad­mie­nić, że wszyst­kie zwie­rzęta są sta­łymi lo­ka­to­rami. Za­sad­ni­czo nie wy­stę­puje ża­den, by tak to ująć, „ob­rót” – nie jest tak, że każ­dego dnia po­ja­wia się w Cha­cie nowe zwie­rzę, które wy­maga dia­gno­styki bądź le­cze­nia. Można chyba uznać, że dla utrzy­ma­nia zna­ko­mi­tej więk­szo­ści pod­opiecz­nych wy­star­czą jedna lub dwie mi­ski z karmą dzien­nie. Ale na­wet nie cho­dzi mi o ja­kieś szcze­gó­łowe roz­li­cza­nie kon­kret­nych zwie­rząt, bo pew­nie raz na ja­kiś czas zda­rza się po­trzeba wy­ko­na­nia fak­tycz­nie kosz­tow­nego za­biegu. Za­uwa­żam je­dy­nie, że kwota 100 ty­sięcy zło­tych z pew­no­ścią nie jest mała. I ni­jak się ma do po­wta­rza­ją­cych się z re­gu­lar­no­ścią za­chodu słońca apeli na stro­nie fun­da­cji, ja­koby środ­ków było za mało, a brak ko­lej­nych wpłat mógł skut­ko­wać ry­chłym koń­cem w bólu i cier­pie­niu.

Po­nadto z konta Fun­da­cji wy­dano 4870 zło­tych na przy­jem­no­ści pani pre­zes. Wśród kon­kret­nych trans­ak­cji można wy­róż­nić na­stę­pu­jące: Se­phora War­szawa (765 zł), OTCF War­szawa (494 zł), 50Style (231 zł), JD War­szawa (220 zł), Gu­ess Atrium Tar­gó­wek (1777 zł). Pod konto Chaty Zwie­rzaka pod­pięte są też (czy wtedy były) różne usługi, mię­dzy in­nymi Net­flix (60 zł), Cy­frowy Pol­sat (250 zł), Sto­ry­tel (29,90 zł) oraz Tin­der (54,42 zł oraz 111,51 zł). I nie, nie wiem, co to za pa­kiet Pol­satu. Ja na­wet nie wie­dzia­łem, że Tin­der jest płatny. Do tego ja­kaś ka­wiar­nia, tro­chę wię­cej ciu­chów, ca­łość bli­sko 5 ty­sięcy.

Po­przez ban­ko­maty wy­pła­cono z konta fun­da­cji 13 600 zło­tych. Nie od­ważę się jed­no­znacz­nie oce­nić, że te pie­nią­dze nie miały nic wspól­nego z wy­dat­kami na zwie­rzęta. Może ist­nieje ja­kaś przy­chod­nia we­te­ry­na­ryjna, która przyj­muje tylko go­tówkę. Naj­ła­twiej by­łoby za­py­tać o to pa­nią pre­zes, ale oba­wiam się, że nie od­po­wie.

Pro­wi­zje ban­kowe wy­nio­sły 365 zło­tych. Za wy­płaty z ban­ko­ma­tów, pro­wa­dze­nie ra­chunku, prze­lewy i alerty SMS o ru­chach na kon­cie. Może je­stem skąpy, ale mnie by­łoby szkoda tyle pła­cić za samą ob­sługę konta ban­ko­wego.

Na sta­cjach ben­zy­no­wych wy­dano 3644 złote. I w tym nie ma nic złego. Bo może ktoś musi dużo jeź­dzić. Go­rzej, że część z tych płat­no­ści to na pewno nie za pa­liwo. Nie­które skróty wy­ma­gają roz­szy­fro­wa­nia. Cóż może na przy­kład ozna­czać taka za­gadka: SOPL.CYTR/NA 1 × zł 7,49?

Za­kupy spo­żyw­cze to 1350 zło­tych. Ab­so­lut­nie nie twier­dzę, że zwie­rzęta na tym ja­koś nie sko­rzy­stały, choć do KFC i Pizza Hut ra­czej ich nie za­brano.

W ap­te­kach wy­dano 1250 zło­tych. Tu­taj po­dob­nie – ist­nieje szansa, że zwie­rzęta na tym ja­koś sko­rzy­stały. Ja co prawda le­kar­stwa dla psa ku­puję u we­te­ry­na­rza, ale wiem, że nie­które można zdo­być także w „ludz­kiej” ap­tece.

Ma­te­riały bu­do­walna i mo­to­ry­za­cyjne kosz­to­wały 4406 zło­tych. Za­pła­cono za nie w cza­sie, gdy na te­re­nie fun­da­cji nie to­czyła się żadna bu­dowa ani na­prawa. O tym jed­nak za chwilę.

Ko­lejna ka­te­go­ria to za­mó­wie­nia on­line – 4575 zło­tych. Płat­ność przez PayU, nie do zwe­ry­fi­ko­wa­nia. Mo­gło to być je­dze­nie dla zwie­rząt, ale rów­nie do­brze – wy­po­sa­że­nie si­łowni. Oso­bi­ście chcę wie­rzyć, że to była karma.

Prze­lewy do osób pry­wat­nych to kwota 13 150 zło­tych. Wśród nich dwa do pana Pawła Dur­dy­nia, któ­rego to po­noć miało już nie być w Cha­cie Zwie­rzaka po tym, jak we wrze­śniu 2022 roku pierw­szy raz „jed­no­ra­zowo” sko­pał psa. Wy­ciąg po­ka­zuje jed­nak, że w paź­dzier­niku tego sa­mego roku wciąż po­bie­rał on wy­na­gro­dze­nie (1500 zł + 863 zł).

Dla ja­sno­ści – wśród wy­dat­ków fun­da­cji zna­la­zły się także koszty zwią­zane z opieką nad zwie­rzę­tami. Skła­mał­bym, gdy­bym twier­dził, że wszyst­kie trans­ak­cje były dziwne. Oto dwie, które nie dzi­wią: prze­lew do Przy­chodni Ja­ta­gan (1500 zł ty­tu­łem za­le­głych fak­tur) oraz prze­lew do firmy Su­per Smak (4272 zł – jak mnie­mam, za mięso).

Trzeba pod­kre­ślić, że wszystko po­wy­żej do­ty­czy za­le­d­wie jed­nego mie­siąca, paź­dzier­nika 2022 roku. Nie jest to ze­staw wszyst­kich dziw­nych trans­ak­cji na kon­cie ban­ko­wym Chaty Zwie­rzaka, a tylko roz­pi­ska tych, które zna­la­zły się tam w ciągu 30 dni, po­mię­dzy jed­nym ge­ne­ro­wa­niem wy­ciągu ban­ko­wego a dru­gim. W tym cza­sie pani Iwo­nie udało się prze­pro­wa­dzić mul­tum cał­ko­wi­cie pry­wat­nych ope­ra­cji, które nie słu­żyły zwie­rzę­tom w naj­mniej­szym stop­niu. No chyba że uznamy, że jej do­bre sa­mo­po­czu­cie ja­koś prze­kłada się na do­bro­stan jej pod­opiecz­nych. Ale w tym celu i tak po­win na prze­cież uży­wać swo­jego pry­wat­nego konta, a nie tego na­le­żą­cego do fun­da­cji.

Dzia­ła­jąc w in­te­re­sie spo­łecz­nym, in­for­muję je­dy­nie, co działo się z pie­niędzmi dar­czyń­ców na kon­cie Fun­da­cji Chata Zwie­rzaka. Je­śli ktoś nie za­uwa­żył, to paź­dzier­nik na­stę­puje po wrze­śniu, a to wła­śnie we wrze­śniu 2022 roku fun­da­cja ape­lo­wała o wpłaty, bo ich konto „świe­ciło pust­kami”9. Naj­wy­raź­niej chwilę póź­niej od­mie­nił się los.

Naj­gor­sze w tym wszyst­kim jest to, że… to wszystko nie jest jesz­cze naj­gor­sze. Nie­pod­wa­żalne do­wody na znę­ca­nie nad zwie­rzę­tami w miej­scu, które miało być dla nich „azy­lem” spo­koj­nej sta­ro­ści, oszu­ki­wa­nie dar­czyń­ców po­przez wy­cią­ga­nie z nich jak naj­więk­szej ilo­ści pie­nię­dzy, które w prak­tyce mar­no­tra­wiono na pry­watne po­trzeby – tyle wy­szło na jaw, nie­kiedy przy­pad­kiem lub dzięki zbie­gowi oko­licz­no­ści. Ale lu­dzie by­wa­jący w tym miej­scu opo­wia­dali dużo wię­cej. Tyle że z obawy przed ze­mstą ro­bili to po­uf­nie, za­kła­da­jąc, że nikt nie wy­jawi ich toż­sa­mo­ści.

Po­wta­rza­nie usły­sza­nych hi­sto­rii jest ry­zy­kowne rów­nież dla po­wta­rza­ją­cego. Bo je­śli na­wet nie wy­sta­wia się on na po­zew są­dowy, to sta­wia jed­nak na szali co naj­mniej swoją wia­ry­god­ność. Każda opo­wie­dziana hi­sto­ria może być prze­ko­lo­ry­zo­wana bądź zwy­czaj­nie nie­praw­dziwa. Nie­mniej po­wta­rza­jąca się nar­ra­cja su­ge­ro­wała, że to wcale nie part­ner pani pre­zes był naj­gor­szym, co spo­tkało zwie­rzęta w tym miej­scu. In­for­ma­to­rzy byli zgodni, że ow­szem, bił on zwie­rzęta, gdy nikt nie wi­dział. Znacz­nie jed­nak gor­szy miał być jego syn, na któ­rego wi­dok zwie­rzęta ze stra­chu miały wręcz za­mie­rać w bez­ru­chu.

Sta­łym ele­men­tem opo­wie­ści by­wal­ców Chaty Zwie­rzaka były też bójki po­mię­dzy pa­nią pre­zes fun­da­cji a jej part­ne­rem, człon­kiem za­rządu. Za­sta­na­wia­łem się na­wet, zna­jąc jej skłon­ność do ma­ni­pu­la­cji, czy w któ­rymś mo­men­cie nie wej­dzie ona w rolę ofiary prze­mocy do­mo­wej i nie spró­buje w ten spo­sób wzbu­dzić w lu­dziach współ­czu­cia. Ale nie zro­biła tego. Może zbyt do­brze wie­działa, że była rów­no­rzędną uczest­niczką bó­jek, w spra­wie któ­rych, jak twier­dzą oko­liczni miesz­kańcy, wie­lo­krot­nie in­ter­we­nio­wała po­li­cja.

Ujaw­nione wy­datki, uka­zu­jące, że pani pre­zes nie stro­niła od ku­po­wa­nia za pie­nią­dze dar­czyń­ców kosz­tow­nych ubrań czy per­fum, to jedno. Lu­dzie ma­jący lep­szy wgląd w go­spo­da­ro­wa­nie pie­niędzmi w fun­da­cji mó­wią, że… było go­rzej. Że wła­ści­wie cały bu­dżet krę­cił się wo­kół sze­fo­wej i jej part­nera, bo prze­cież karma dla zwie­rząt też po­cho­dziła od dar­czyń­ców, a na­leż­no­ści za spo­ra­dyczne wi­zyty w przy­chod­niach we­te­ry­na­ryj­nych uisz­czano z opóź­nie­niem. Twier­dzili też, że bu­do­wana w są­sied­niej wsi nie­ru­cho­mość na­le­żąca do part­nera pani pre­zes fi­nan­so­wana jest z dat­ków. Czy tak było, nie da się udo­wod­nić. Szcze­gól­nie że pro­ku­ra­tura nie pod­jęła próby wy­ja­śnie­nia sprawy, po­mimo za­wia­do­mie­nia zło­żo­nego przez pana To­ma­sza Łom­nic­kiego vel „Fit Dzika”10. Sporą część go­tówki wy­cią­gano jed­nak z ban­ko­ma­tów, a co za tym idzie – nie da się spraw­dzić, na co zo­stała prze­zna­czona. Wi­dać tylko to, co wi­dać, czyli na przy­kład wciąż zmie­nia­jący się wy­gląd pani pre­zes. Mam na my­śli za­biegi me­dy­cyny es­te­tycz­nej. Nie mnie oce­niać efekty, ale me­ta­mor­fozę wi­dać go­łym okiem.

W trak­cie roz­mów z ludźmi mo­gą­cymi po­sia­dać we­wnętrzną wie­dzę na te­mat sche­ma­tów pa­nu­ją­cych w tej or­ga­ni­za­cji otrzy­ma­łem jesz­cze trzy na­gra­nia. Może są mniej dra­styczne, ale ko­niecz­nie trzeba je od­no­to­wać. Zda­rza się bo­wiem, że ktoś pod­nosi ar­gu­ment na­wią­zu­jący do ogól­nej sy­tu­acji zwie­rząt w Pol­sce. Bo prze­cież nie by­łoby pro­ble­mów z żadną or­ga­ni­za­cją, gdyby nie było zwie­rząt, któ­rymi te or­ga­ni­za­cje mu­szą się zaj­mo­wać. Zwie­rzęta by­wają po­rzu­cane, cier­pią z po­wodu bez­dom­no­ści, a sys­tem oparty o za­re­je­stro­wane schro­ni­ska jest w opi­nii wielu nie­wy­dolny. Nie można temu od­mó­wić lo­giki, ale to, że coś ma swoją lo­gikę, nie zna­czy jesz­cze, że jest do końca praw­dziwe. Część tych zwie­rząt wcale prze­cież nie mu­siała tra­fiać do żad­nej or­ga­ni­za­cji, bo miała swoje domy i swo­ich opie­ku­nów.

Pierw­sze na­gra­nie jest au­tor­stwa sa­mej pani pre­zes. Prze­słała je kie­dyś swo­jej zna­jo­mej, a ta – wiele mie­sięcy póź­niej – prze­ka­zała je mnie. Po­ka­zuje ono, jak pani pre­zes z part­ne­rem stoją na po­dwórku przed sie­dzibą fun­da­cji, a za pło­tem gro­ma­dzą się naj­praw­do­po­dob­niej dalsi są­sie­dzi. Po­wo­dem ich wi­zyty miał być pies, który w bli­żej nie­okre­ślony spo­sób tra­fił do fun­da­cji. To zna­czy – naj­pierw znik­nął ze swo­jego po­dwórka, a póź­niej ob­ja­wił się w Cha­cie Zwie­rzaka jako zwie­rzę zna­le­zione. Może fak­tycz­nie uciekł swoim wła­ści­cie­lom, a może ktoś mu w tej ucieczce po­mógł, ale nie to w tej spra­wie jest naj­istot­niej­sze.

Na­gra­nie po­ka­zuje sy­tu­ację, jaka po­wta­rza się nie­mal każ­dego dnia gdzieś w Pol­sce. Wła­ści­ciele psa stoją za pło­tem, ak­ty­wi­ści bę­dący w po­sia­da­niu cu­dzego zwie­rzę­cia stoją zaś na swo­jej po­se­sji. Sy­tu­acja jest pa­towa, bo nikt nie przej­dzie przez furtkę. Szcze­gól­nie gdy – jak na na­gra­niu sprzed Chaty Zwie­rzaka – sze­fowa fun­da­cji trzyma na krót­kiej smy­czy owczarka kau­ka­skiego go­to­wego za­bić po­ten­cjal­nego in­truza. Ten owcza­rek tam mieszka, więc choćby ktoś chciał zna­leźć do­god­niej­szy mo­ment, aby od­zy­skać swo­jego pu­pila, nie bę­dzie to moż­liwe bez ry­zy­ko­wa­nia wła­snym zdro­wiem lub ży­ciem. We­zwana na miej­sce po­li­cja rów­nież nie wej­dzie na pry­watny te­ren żad­nej or­ga­ni­za­cji bez na­kazu. Sy­tu­acja, jaką mun­du­rowi za­stają na miej­scu, to tro­chę słowo prze­ciwko słowu. Jedna strona po­wie: „To jest mój pies, pro­szę mi go zwró­cić”, a druga od­po­wie: „Ten pies jest za­nie­dbany, my je­ste­śmy or­ga­ni­za­cją, która ma usta­wowe upraw­nie­nia do od­bie­ra­nia lu­dziom za­nie­dba­nych zwie­rząt”. I da­lej kłó­cić można się już w pro­ku­ra­tu­rach i są­dach, co zaj­mie przy po­myśl­nych wia­trach rok, przy nie­po­myśl­nych – kilka lat. O ile mi wia­domo, w hi­sto­rii z oma­wia­nego na­gra­nia ża­den ciąg dal­szy nie na­stą­pił. Wła­ści­ciele psa albo do­szli do wnio­sku, że nic nie mogą zro­bić, albo się prze­stra­szyli i dali so­bie spo­kój, ak­ty­wistka na­to­miast uznała, że te­raz to już jest jej pies i że bę­dzie na­gry­wać z nim filmy okra­szone nu­me­rem konta.

Cie­kawy jest też wspo­mniany owcza­rek kau­ka­ski. Aby ta­kiego po­sia­dać, teo­re­tycz­nie trzeba mieć od­po­wied­nie ze­zwo­le­nie, gdyż kau­kazy znaj­dują na li­ście tak zwa­nych ras nie­bez­piecz­nych. W prak­tyce na­to­miast wy­star­czy po­wie­dzieć, że ten kon­kretny pies aku­rat nie jest ra­sowy, i pro­blem z głowy. Za­rząd­czyni Chaty Zwie­rzaka żad­nego ze­zwo­le­nia nie po­siada, a sam – ko­lejny już – owcza­rek kau­ka­ski zdaje się peł­nić funk­cję obronną. Przy­naj­mniej wzglę­dem na­chal­nych są­sia­dów, bo przed agre­sją ze strony do­mow­ni­ków nie udało mu się ni­kogo obro­nić.

Dru­gie na­gra­nie wy­ko­nane zo­stało na te­re­nie ogródka – czy też na wy­biegu dla psów – tej sa­mej nie­ru­cho­mo­ści. Wi­dać na nim, jak je­den pies ata­kuje dru­giego, dość bru­tal­nie. Sze­fowa fun­da­cji za­czyna do gry­zą­cych się psów pod­cho­dzić, jed­nak zo­staje za­trzy­mana przez part­nera. Moim zda­niem scena przed­sta­wia dwa po­dej­ścia do uło­że­nia zwie­rząt tak, aby żyły w sta­dzie. Jedno po­lega na roz­dzie­la­niu gry­zą­cych się psów, aby nie zro­biły so­bie krzywdy, dru­gie na po­zwo­le­niu zwie­rzę­tom, aby sa­mo­dziel­nie usta­liły hie­rar­chię w swo­jej gru­pie. I za­pewne ist­nieją zwo­len­nicy za­równo jed­nego, jak i dru­giego po­dej­ścia, lecz w kon­tek­ście póź­niej­szej wie­dzy wy­ni­ka­ją­cej z tłu­ma­czeń pani pre­zes, ja­koby do­cho­dziło pod jej opieką do śmier­tel­nych po­gry­zień, roz­sąd­niej by­łoby zwie­rzęta jed­nak se­pa­ro­wać w kon­flik­to­wych sy­tu­acjach. Nie bez po­wodu schro­ni­ska dla zwie­rząt już dawno zre­zy­gno­wały z mo­delu, w któ­rym kil­ka­na­ście czy kil­ka­dzie­siąt psów prze­bywa na jed­nym du­żym wy­biegu. Taki spo­sób spra­wo­wa­nia opieki za­stą­piły kojce, gdzie miesz­czą się dwa, cza­sem trzy psy. I to do­brane cha­rak­te­rem. Ale Chata Zwie­rzaka nie jest schro­ni­skiem, jest do­mem wąt­pli­wie spo­koj­nej sta­ro­ści dla psów, gdzie nie ma miej­sca na żadne kojce ani boksy. Pięk­nie wy­gląda to na re­ży­se­ro­wa­nych uję­ciach, nieco go­rzej w rze­czy­wi­sto­ści, czego na­gra­nie nie­pod­wa­żal­nie do­wo­dzi.

No i trze­cie na­gra­nie, po­cho­dzące z za­so­bów pani Ta­tiany. Od­na­la­zła je o wiele póź­niej, na star­szym te­le­fo­nie. Po­ka­zuje frag­ment za­war­to­ści ap­teczki, czy wła­ści­wie kon­kret­nego leku we­te­ry­na­ryj­nego, bę­dą­cego na wy­po­sa­że­niu Chaty. A kon­kret­niej dość sporą bu­te­leczkę Mor­bi­talu. Je­śli ktoś nie wie, jest to lek ści­słego za­ra­cho­wa­nia ze względu na jego nar­ko­tyczne wła­ści­wo­ści, ale nie ma za­sto­so­wa­nia – na­zwijmy to – re­kre­acyj­nego. Dwa i pół mi­li­li­tra leku może po­waż­nie uszko­dzić układ ner­wowy do­ro­słego czło­wieka, a sie­dem mi­li­li­trów za­bija. Sto­suje się go w celu prze­pro­wa­dze­nia eu­ta­na­zji zwie­rzę­cia. Co oczy­wi­ste, jest to za­bieg za­re­zer­wo­wany dla le­ka­rzy we­te­ry­na­rii. W za­sa­dzie samo po­sia­da­nie tego leku jest moż­liwe tylko w ra­mach pro­wa­dze­nia za­kładu lecz­ni­czego. I tak jak sa­mego uży­wa­nia Mor­bi­talu wła­ści­cielce fun­da­cji udo­wod­nić się nie da, tak na­po­częta bu­telka tego środka w domu pani pre­zes mo­głaby w pe­wien spo­sób tłu­ma­czyć obec­ność mar­twych zwie­rząt w za­mra­żal­niku. Ale to tylko do­my­sły, może te zwie­rzęta umarły ze sta­ro­ści. W końcu to dom spo­koj­nej sta­ro­ści dla zwie­rząt.

I znów, jak w in­nych te­ma­tach, na­leży pod­kre­ślić, że to, co wy­pły­nęło na ze­wnątrz tej or­ga­ni­za­cji, to nie jest wszystko. To tylko to, co wy­pły­nęło. A stało się to dzięki kilku oso­bom, które po­sta­no­wiły prze­zwy­cię­żyć we­wnętrzne opory, czy też strach, aby po­dzie­lić się wie­dzą z in­nymi. Do­dat­kowo były one na tyle świa­dome sy­tu­acji, że udo­ku­men­to­wały to, co wi­działy. Nikt by im nie uwie­rzył na słowo. Gdyby któ­raś z nich opo­wie­działa o do­wol­nej z po­wyż­szych sy­tu­acji, zo­sta­łaby okrzyk­nięta „hej­te­rem”, który na pewno mści się, kie­ruje nie­na­wi­ścią do zwie­rząt, albo zwy­czaj­nie za­zdro­ści nie­sa­mo­wi­tego suk­cesu twór­czyni Chaty Zwie­rzaka.

Gwoli for­mal­no­ści – pan Pa­weł Dur­dyń, czło­nek za­rządu i pra­cow­nik fun­da­cji oraz part­ner ży­ciowy pani pre­zes Iwony Ga­bor-Kan­to­ro­wicz, zo­stał pier­wot­nie ska­zany na za­płatę 2 ty­sięcy zło­tych na­wiązki na konto Fun­da­cji Chata Zwie­rzaka. Był to jed­nak wy­rok na­ka­zowy, któ­remu się sprze­ci­wi­li­śmy. Po prze­pro­wa­dze­niu pro­cesu sąd po­now­nie uznał winę oskar­żo­nego i na­ka­zał mu za­płatę na­wiązki o tej sa­mej wy­so­ko­ści, ale na rzecz in­nej już or­ga­ni­za­cji, a do­dat­kowo ogra­ni­czył jego wol­ność na dwa lata po­przez wy­ko­ny­wa­nie prac spo­łecz­nych w wy­mia­rze 30 go­dzin mie­sięcz­nie. W dru­gim pro­ce­sie męż­czy­zna rów­nież zo­stał ska­zany. Znów do­stał do za­płaty 2 ty­siące zło­tych, na rzecz ko­lej­nej – in­nej niż wła­sna – or­ga­ni­za­cji oraz obo­wią­zek wy­ko­ny­wa­nia prac spo­łecz­nych11.

Żad­nej kary nie otrzy­mała z ko­lei sze­fowa fun­da­cji. Po­stę­po­wa­nie pro­wa­dzone przez pro­ku­ra­turę re­jo­nową w Ostrowi Ma­zo­wiec­kiej w te­ma­cie de­frau­da­cji środ­ków na­le­żą­cych do fun­da­cji zo­stało umo­rzone, a za­ża­le­nie na taką de­cy­zję nie zo­stało przy­jęte, gdyż w opi­nii pro­ku­ra­tury wno­szący nie był upraw­niony do jego zło­że­nia. Za­wia­da­mia­ją­cym był chwi­lowy pre­zes fun­da­cji, pan To­masz Łom­nicki vel „Fit Dzik”. Pro­ku­ra­tura nie zgo­dziła się z jego ar­gu­men­ta­cją, iż był po­krzyw­dzo­nym w tej spra­wie, a co za tym idzie – jej stroną. Można za­tem uznać, że w ro­zu­mie­niu tych, któ­rzy stoją na straży prawa, za­kup ko­sme­ty­ków lub wódki w ra­mach fun­da­cji cha­ry­ta­tyw­nej nie bu­dzi żad­nych za­strze­żeń. Je­śli w isto­cie tak jest, to nie dziwmy się, że nie­ja­sno­ści wo­kół ta­kich or­ga­ni­za­cji po­ja­wiają się aż tak czę­sto. Nie może wszak dzi­wić, że opła­calne i za­ra­zem bez­karne po­stę­po­wa­nie znaj­duje na­śla­dow­ców.

Sama fun­da­cja do dziś ma się świet­nie – rysa na wi­ze­runku nie prze­szka­dza jej w dal­szym ge­ne­ro­wa­niu cał­kiem spo­rych przy­cho­dów, choć ich do­kładna wiel­kość po­zo­staje nie­znana. Sze­fowa Chaty Zwie­rzaka prze­ko­nuje, że jej part­ner już nie jest jej part­ne­rem, a co za tym idzie, nie ma stycz­no­ści ze zwie­rzę­tami znaj­du­ją­cymi się pod jej opieką. Nie­któ­rzy z tym po­le­mi­zują, ale znów – to tylko słowa lu­dzi z dal­szego oto­cze­nia.

Czy można po­wie­dzieć, że taki fi­nał jest ja­kąś na­miastką spra­wie­dli­wo­ści? Pew­nie tak, choć chyba każdy, kto oglą­dał te na­gra­nia oraz czy­tał do­ku­menty, ocze­ki­wałby wyż­szej kary. Przy­naj­mniej ta­kiej, która obej­mo­wa­łaby za­kaz po­sia­da­nia zwie­rząt. Może uda­łoby się ją uzy­skać, gdyby sprawą za­jęła się jedna z or­ga­ni­za­cji z bu­dże­tem po­zwa­la­ją­cym na za­trud­nie­nie ad­wo­kata z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Żadna jed­nak nie była tym za­in­te­re­so­wana. Do sprawy do­łą­czyły trzy ni­szowe or­ga­ni­za­cje, które dbają o każdy grosz, a nas nie było stać na praw­nika. Moim zda­niem re­zul­tat koń­cowy naj­traf­niej okre­śla wy­ra­że­nie: sym­bo­liczne zwy­cię­stwo. Or­ga­ni­za­cja ochrony zwie­rząt, która za­miast je chro­nić, do­pro­wa­dza do ich cier­pie­nia, po­winna być z mar­szu zde­le­ga­li­zo­wana, a jej twórcy otrzy­mać za­kaz pro­wa­dze­nia dzia­łal­no­ści zwią­za­nej ze zwie­rzę­tami. W tym wy­padku się to nie udało…

Or­ga­ni­za­cji po­dob­nych do Chaty Zwie­rzaka jest wię­cej, choć nikt wła­ści­wie nie wie ile. W końcu nie trzeba ich w ża­den spo­sób re­je­stro­wać, nie pod­le­gają też one żad­nej ru­ty­no­wej kon­troli. Można je spraw­dzać w spo­sób in­cy­den­talny, gdy ktoś za­wia­domi In­spek­cję We­te­ry­na­ryjną, jed­nak na­wet wtedy nie­wiele z tego wy­nika. Nie ma prze­cież żad­nych wy­tycz­nych dla ta­kich miejsc, żad­nych kon­kret­nych norm, ja­kie mia­łyby one speł­niać. Jed­nym ze sztan­da­ro­wych przy­kła­dów, który do­cze­kał się już swo­jego fi­nału, jest „przy­tu­li­sko” pro­wa­dzone przez Fun­da­cję Od­Nowa.

Miej­sce stwo­rzone przez pa­nią Mag­da­lenę No­wa­kow­ską fi­zycz­nie roz­po­częło dzia­łal­ność w sierp­niu 2019 roku, ale za­ło­ży­cielka już wcze­śniej udzie­lała się w te­ma­cie ochrony zwie­rząt. Pierw­sza wzmianka na jej te­mat po­cho­dzi z roku 2017, gdy przed­sta­wia­jąc się jako człon­kini ostro­łęc­kiej grupy Fun­da­cji Viva, pro­te­sto­wała prze­ciw ho­dowli zwie­rząt fu­ter­ko­wych12.

Je­śli wie­rzyć in­nym wciąż do­stęp­nym śla­dom – bo więk­szość bez­pow­rot­nie znik­nęła z in­ter­netu – pani Mag­da­lena zaj­mo­wała się też przej­mo­wa­niem zwie­rząt, któ­rym wła­ści­ciele nie za­pew­niali od­po­wied­nich wa­run­ków. Przy­to­czyć można cho­ciażby hi­sto­rię „ode­bra­nia” psów księ­dzu z miej­sco­wo­ści Jed­no­ro­żec. Jak do­no­sił ser­wis In­fo­Prza­snysz, pani Mag­da­lena do­ko­nała kon­troli do­bro­stanu zwie­rząt i pod­jęła de­cy­zję, że nie mogą one dłu­żej prze­by­wać u do­tych­cza­so­wego wła­ści­ciela13. Ksiądz tłu­ma­czył, że psy są przy­gar­nięte, ona kon­tro­wała, że trzeba o nie dbać le­piej. Wtedy jesz­cze nie ist­niała Fun­da­cja Od­Nowa, a sama pani Mag­da­lena przed­sta­wiała się jako człon­kini Sto­wa­rzy­sze­nia Obroń­ców Zwie­rząt z Ostro­łęki.

W tam­tych cza­sach spora część jej dzia­łal­no­ści cha­ry­ta­tyw­nej na­dal była zlo­ka­li­zo­wana w miesz­ka­niu, na jed­nym z ostro­łęc­kich blo­ko­wisk… ale ka­wa­lerka w bloku z wiel­kiej płyty to nie­ko­niecz­nie do­bre miej­sce na pro­wa­dze­nie schro­ni­ska dla psów. Na­wet je­śli jest to schro­ni­sko w mi­kro­skali. Wiąże się to prze­cież ze stale zmie­nia­jącą się liczbą zwie­rząt, wśród któ­rych – jak twier­dzi sama za­in­te­re­so­wana – są ta­kie wła­śnie ura­to­wane, a co za tym idzie, mo­gące mieć pro­blemy z so­cja­li­za­cją lub za­cho­wa­niem czy­sto­ści. Sy­tu­acja była więc źró­dłem na­ra­sta­ją­cego kon­fliktu są­siedz­kiego. Z jed­nej strony ak­ty­wistka na­rze­ka­jąca, że jest wy­koń­czona psy­chicz­nie cią­głymi do­no­sami, z dru­giej są­sie­dzi – też wy­koń­czeni psy­chicz­nie, ale cią­głym szcze­ka­niem psów. Jak można się do­my­ślać, sprawa stała się przy­czyn­kiem do ogło­sze­nia ak­cji pod szyl­dem „Zwie­rzęta tracą dach nad głową”. Skoro podli są­sie­dzi w ra­mach nie­zro­zu­mia­łej dla ak­ty­wistki nie­na­wi­ści do psów chcą im ode­brać miej­sce do ży­cia, to roz­wią­za­nie może być tylko jedno – bu­dowa wła­snego „azylu”.

Ka­mień wę­gielny pod „przy­tu­li­sko” zo­stał wmu­ro­wany, choć nie bez kon­tro­wer­sji. Świeżo upie­czona za­rząd­czyni nie­za­re­je­stro­wa­nego pseu­do­schro­ni­ska twier­dziła, że sprze­dała wła­sne miesz­ka­nie, aby po­ma­gać zwie­rzę­tom14. Lu­dzie jej nie­przy­chylni mó­wili na­to­miast, że wy­rzu­cono ją z lo­kalu, który zo­stał zli­cy­to­wany przez ko­mor­nika, i że po­mysł z „przy­tu­li­skiem” to jej je­dyna szansa na ja­kiś za­ro­bek15. Jak było, nie wni­kam, bo chyba nie ma to więk­szego zna­cze­nia dla ca­łej hi­sto­rii. Ważne, że „azyl” po­wstał i miał wiel­kie aspi­ra­cje. W mię­dzy­cza­sie jego twór­czyni od­gry­wała rolę lo­kal­nej bo­ha­terki od zwie­rząt. Wska­zy­wała pal­cem, kto opie­kuje się nimi do­brze, a kto robi to źle. Kto po­wi­nien mieć psa, a komu wręcz po­winno się go „ode­brać”. Jeź­dziła rów­nież do zgło­szeń o błą­ka­ją­cych się zwie­rzę­tach, gdy tylko ja­kaś po­stronna osoba in­for­mo­wała o zo­ba­cze­niu ja­kie­goś w oko­licy. Ca­łość – o czym pew­nie nie mu­szę przy­po­mi­nać – była okra­szona ape­lami o wpła­ca­nie pie­nię­dzy i wspar­cie w każ­dej moż­li­wej for­mie.