Jacob. Mennonita, który pragnął miłości - Sylwia Kubik - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Jacob. Mennonita, który pragnął miłości ebook i audiobook

Sylwia Kubik

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

31 osób interesuje się tą książką

Opis

Miłość, która na dotkniętych zarazą Żuławach nie miała prawa się wydarzyć

Na dawnych Żuławach życie wyznaczały wiara, ciężka praca i zasady, którym podporządkowana była cała mennonicka wspólnota. Gdy chłopak osiągał odpowiedni wiek, oczekiwano od niego nie tylko przejęcia rodzinnego gospodarstwa, lecz także założenia własnej rodziny. O przyszłości rzadko decydowało samo serce.

Jacob Dyck właśnie staje przed takim wyborem. Ojciec coraz częściej przekazuje mu obowiązki gospodarza, a członkowie zboru dają do zrozumienia, że nadszedł czas, by pomyślał o małżeństwie. Zanim jednak zdąży odnaleźć własną drogę, przez żyzne tereny Żuław przetacza się bezlitosna zaraza bydlęca. Każdy dzień staje się walką o przetrwanie, a jedna decyzja może zadecydować o losie całych rodzin.

Wśród strachu, niepewności i codziennej walki o ocalenie dobytku Jacob coraz częściej spotyka kobietę, którą zna od lat, lecz dopiero teraz zaczyna dostrzegać jej niezwykłą siłę, odwagę i oddanie bliskim.

Czy Jacob odważy się pójść własną drogą?

 

---

Sylwia Kubik - pisarka z Powiśla, autorka ponad trzydziestu książek, w tym bestsellerowej „Serii powiślańskiej” i "Sybiraczki". Jej książki są nie tylko chętnie czytane, ale również nagradzane. "Miłość pod naszym niebem" została uznana za Książkę Roku 2020 roku portalu Granice.pl w kategorii proza polska. Pasjonatka historii lokalnej, zbieraczka wspomnień i opowieści. Wytrawna znawczyni realiów wsi i małych miasteczek, dzięki czemu z mistrzostwem wciąga czytelników w opisywany przez siebie świat.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 280

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 51 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Róża Cieślińska-Dziekiewicz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2026 by IWR WE sp. z o.o.

Copyright © 2026 by Sylwia Kubik

Redaktor prowadzący: Magdalena Kędzierska-Zaporowska

Korekta: Katarzyna Machowska

Redakcja techniczna: Paweł Kremer

Projekt okładki: Pola Rusiłowicz

Zdjęcie na okładce: wygenerowane za pomocą narzędzi AI

Wydanie I | Kraków 2026

ISBN ebook: 978-83-8404-231-1

Emocje Plus Minus, ul. Meissnera 20, 31-457 Kraków

Dział sprzedaży: [email protected]

EmocjePlusMinus.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Mojemu kochanemu tacie Mirosławowi Kubikowi w dziesiątą rocznicę śmierci.

Kocham. Pamiętam. Tęsknię.

Prolog

Słońce powoli znikało za linią wierzb, a jego blask odbijał się w spokojnych wodach kanału. Na polach ucichło. Z oddali dochodziły jeszcze skrzypienie wozu i pojedyncze nawoływania gospodarzy wracających do domów.

Jacob zatrzymał konia na wale i przez chwilę patrzył przed siebie, omiatając wzrokiem żuławski krajobraz.

Jeszcze kilka tygodni temu był przekonany, że jego przyszłość jest z góry ustalona. Gospodarstwo, praca, żona, dzieci. Wszystko miało przyjść w swoim czasie i ułożyć się tak, jak układało się życie większości mężczyzn, których znał.

Wydarzyło się jednak coś, czego nie przewidział.

Do głosu doszły uczucia, których się nie spodziewał.

Poczuł coś, czego nie rozumiał.

Czy to mogła być miłość?

Czy to była miłość?

Wiosenny wiatr

Wiosenny wiatr niesiony od zalewu rwał resztki marcowego chłodu, rozgoniwszy poranne mgły nad Hauskampe. Ziemia była wciąż tłusta i ciężka od pozimowej wilgoci. Dla obcego oka te płaskie połacie pól mogły się wydawać monotonne i surowe, ale dla Jacoba Dycka były najczystszą formą piękna.

Jacob stał na skraju rowu granicznego, opierając się ciężko na drążku rydla. Jego bokobrody, starannie przycięte na zimowe wesela, znów straciły nienaganny kształt, mierzwione przez bezczelne żuławskie podmuchy.

Otarł wierzchem dłoni pot z czoła i spojrzał w dół, gdzie woda miarowo spływała w stronę głównego kanału. Faszyna trzymała dobrze, podwaliny nie podsiąkały, a sieć rowów, którą przekopywał od świtu, działała bez zarzutu. Zawsze przykładał się do pracy. Wiedział, że zaniedbanie choćby jednego jazu mogło przynieść katastrofalne skutki.

– Jacob! – Zza wierzby wyrósł rosły parobek, którego najęli do pomocy przy wiosennych roztopach. – Przy moście koło kościoła znowu spiętrzyło lód i gałęzie. Starszy zboru prosi, żebyś podjechał ze swoim koniem i im pomógł. Lotze i Wiebe już tam są, ale nie mogą ruszyć rygla.

Jacob skinął głową, potwierdzając, że rozumie prośbę. Choć powinien myśleć przede wszystkim o swoim nieobsianym jeszcze do końca polu jarej pszenicy, poczucie powinności wobec sąsiadów było dla niego czymś najzupełniej oczywistym.

– Dobrze, Will. Odstaw rydel do wiaty, tylko go porządnie oczyść z błota i naoliw, jak ojciec nakazał. Pójdę po Blessfuchsa.

Zmierzając do stajni, układał w głowie listę obowiązków. Ten wyjazd pokrzyżował mu plany na dziś, więc musiał pomyśleć, jak wszystko porozkładać, żeby zdążyć na czas z wiosennymi pracami. Od dwóch lat, czyli właściwie od momentu, gdy jego siostra Gretchen wyszła za mąż, większość obowiązków gospodarskich spadła na niego.

Zaczęło się niezauważenie. Ojciec cedował na niego coraz więcej prac, częściej przesiadując w oborze czy stodole. Dawniej nie wyobrażał sobie dnia bez obejścia gospodarstwa, teraz coraz rzadziej wychodził na pola. Wreszcie, gdy pewnego mglistego dnia nie był w stanie wstać z łóżka, przyznał się, że od kilku tygodni dokucza mu bardzo silny reumatyzm. Wezwano lekarza, ale niewiele mógł pomóc.

Teren, na którym mieszkali, był podmokły, a unoszące się nad nim powietrze naciągało wilgocią, zatem o choroby stawów nie było trudno. Jacob przejął więc nieformalnie obowiązki ojca, choć wciąż sami przed sobą udawali, że to Heinrich wszystkim zarządza.

Gdy Jacob wszedł na podwórze, zobaczył ojca krzątającego się koło stajni. Przypomniały mu się tamten dzień i trudna rozmowa, którą odbyli. Do teraz czuł się zażenowany tym, że musiał stać się świadkiem słabości ojca. Przykro mu się robiło, gdy widział, jak ten stara się normalnie funkcjonować, nie pokazując po sobie bólu.

Nie podszedł do niego. Skierował się wprost do domu, gdzie z komina czarnej kuchni unosił się gęsty dym niosący zapach świeżo upieczonego chleba, który jego matka Annchen przygotowywała regularnie co trzy dni. Winny aromat mieszał się z wonią zacierek na mleku, obficie kraszonych masłem.

– Już wracasz, synu? – Annchen wyszła na próg sieni, witając go z ciepłym uśmiechem i wycierając dłonie w biały, płócienny fartuch. – Chleb jeszcze się piecze, ale zostało trochę klusek.

– Nie jestem głodny. Poza tym muszę podjechać do jazu koło kościoła. Starszy zboru wzywa, bo rygiel zablokowało. Will dokończy czyszczenie rowów.

– Tam co roku pojawia się ten problem. Woda nie daje o sobie zapomnieć.

– Ano nie daje. Jadę.

Pożegnał matkę skinieniem i wyszedł na podwórze, gdzie Blessfuchs parskał radośnie, rozpoznając kroki swego pana. Heinrich Dyck stał przy stajennych wrotach, opierając się na drewnianych widłach. Choć starał się trzymać prosto, Jacob dostrzegł, jak mocno ojciec zaciska palce na trzonku, by odciążyć bolące kolana.

– Słyszałem, co Will mówił – odezwał się Heinrich, odprowadzając syna wzrokiem w stronę zaprzęgu. – Cornelius Wiebe i Lotze sami tam niewiele zdziałają, ich wałachy są za młode do takiego ciężaru. Stary Penner też pewnie zaraz tam podejdzie, bo jego chałupa najbliżej i woda już mu podsiąka pod płot, ale jego koń z kolei za stary na takie prace. Dobrze, że jedziesz im pomóc.

Jacob skinął głową, wrzucając na wóz grube liny.

– Weź podwójny łańcuch, ten kuty przez Goeringa – rzucił jeszcze ojciec, poprawiając wełnianą czapkę. – Jeśli dębowy rygiel spęczniał od wilgoci, samo szarpnięcie nie wystarczy. Trzeba pociągnąć z głową, żeby nie zerwać zaczepów.

– Wezmę, ojcze – odparł Jacob, starając się nie patrzeć w pomarszczoną z bólu twarz Heinricha. – Zaraz ruszam.

– Jedź, synu. Z Panem Bogiem.

Ledwo Jacob wskoczył na konia i chwycił lejce, już Blessfuchs rwał kopytami tłustą, żuławską glebę, niosąc go w stronę Freienhuben.

Droga była jedną wielką, lepką mazią, ale Blessfuchs szedł mocno, pewnie stawiając kopyta w głębokich koleinach. Z daleka, jeszcze zanim Jacob minął ostry zakręt rzeki za zagrodą Friesenów, dobiegł go hałas. Słychać było pokrzykiwania ludzi, głuche uderzenia lodu o drewniane pale i rżenie zmęczonych koni.

Gdy wjechał na groblę przy moście, zastał tam niesamowity chaos. Spiętrzona rzeka, szara i spieniona, niosła ze sobą grube kry, które zakleszczyły się tuż przed dębowym ryglem śluzy. Woda już teraz podchodziła niebezpiecznie wysoko, z głośnym, złowrogim szumem przelewając się przez szczyty palisady.

Na brzegu Cornelius Wiebe szarpał się z zaprzęgiem dwóch młodych, gniadych wałachów, które rzucały łbami, przerażone hałasem wywołanym przez pękający lód. Kawałek dalej, oparty o drewnianą barierę mostu, stary Penner sapał ciężko, wycierając pot z czoła wełnianą chustą, podczas gdy jego siwy, wychudzony koń stał obok z opuszczonym nisko łbem, cały pokryty białą pianą.

Jacob ściągnął lejce, zatrzymując się tuż obok Lotzego, który z bosakiem w dłoni próbował odpychać mniejsze gałęzie od zakleszczonej konstrukcji.

– Jacob! – zawołał Lotze, rzucając bosak na ziemię i podchodząc do wozu. Był cały ubłocony, a z jego kapoty kapała brudna woda. – Dąb spęczniał tak, że ani drgnie. Wałachy Corneliusa tylko się ślizgają na tej glinie, a z siwka Pennera pożytek żaden. Zaraz nam tu wszystko górą pójdzie, jak rygiel nie puści!

Jacob zeskoczył z konia, od razu zapadając się po kostki w tłustym błocie. Podszedł do krawędzi grobli, taksując wzrokiem zablokowaną śluzę.

– Trzeba założyć potrójny bloczek, a nie rwać na oślep – ocenił chłodno, zdejmując skórzane rękawice, by lepiej czuć liny. – Cornelius! Zostaw te gniadosze, tylko je zmarnujesz na tej mazi!

Cornelius Wiebe, chłopak niewiele starszy od Jacoba, puścił wodze i podszedł do mężczyzn, ciężko dysząc. Na jego twarzy malowała się bezradność zmieszana ze złością.

– Łatwo ci mówić, Dyck! Moje wałachy rwały tak, że aż podkowy dzwoniły, ale rygiel siedzi w gniazdach jak zamurowany! Mamy za cienkie liny. Jedna już pękła i o mało nie ucięła mi nóg.

– Jacob ma rację – wtrącił się Penner, podchodząc powolnym, niemrawym krokiem od strony swojego zmęczonego konia. Jego głos drżał ze starczego zmęczenia, ale i z trwogi. – Woda już podchodzi pod mój najniższy rów graniczny. Jak tego nie puścimy przed wieczorem, zaleje mi całe pastwisko. Jacob, twój Blessfuchs to jedyna nadzieja. Ma więcej siły niż te nasze trzy szkapy razem wzięte.

Jacob nie bawił się w dalsze debaty. Odwrócił się do konia i ściągnął przytroczony żelazny łańcuch, którego ogniwa uderzyły o siebie z głośnym, metalicznym brzękiem.

– Cornelius, weź drugą linę i zamocuj ją do tamtego pala, żeby lód nie napierał nam na boki, kiedy zaczniemy ciągnąć – zarządził Jacob, z naturalną dla siebie pewnością przejmując dowodzenie na wale. – Lotze, bierz bosak i pilnuj, żeby wielka kra z prawej strony nie zablokowała łańcucha. Ja podepnę Blessfuchsa. Pociągniemy powoli, bez szarpania. Inaczej rozwalimy zaczepy i od jutra będziemy pływać we własnych izbach.

Mężczyźni spojrzeli po sobie, po czym bez słowa sprzeciwu ruszyli do wyznaczonych zadań. Jacob podszedł do swojego konia i poklepał go mocno po potężnej, lśniącej szyi.

– No, stary przyjacielu – szepnął do niego. – Postaraj się.

Praca przy jazie we Freienhuben wycisnęła z nich wszystkie siły, ale udało im się poluzować zablokowaną konstrukcję i rygiel ustąpił z głuchym, potężnym trzaskiem. Spiętrzona woda runęła w dół kanału, niosąc połamane gałęzie i uwalniając most z lodowego uścisku.

– Dobra robota, udało się. – Penner ucieszył się, zerkając na udrożnioną rzekę. – Teraz trzeba to jeszcze oczyścić i można wracać do swoich zajęć.

*

Gdy skończyli, słońce zaczęło powoli chować się za wierzbami, kładąc długie cienie na żuławskich polach. Jacob, skrajnie zmęczony, przemoczony i powalany rzecznym błotem, uznał, że już nic tego dnia nie zdoła zrobić. Postanowił więc, że zamiast wracać od razu do Hauskampe, zajedzie do pobliskiego Tiegenhagen, do domu podcieniowego Gretchen i Józefa. Chciał im z pierwszej ręki przekazać wieści o stanie wód i o tym, że niebezpieczeństwo zalania niższych łąk zostało zażegnane.

W wielkiej izbie domu podcieniowego panowało przyjemne ciepło, które zaszczypało go w zmarzniętą twarz. Przy masywnym stole rzeźbionym we flamandzkie wzory siedziała Gretchen. Na widok brata jej twarz natychmiast rozjaśniła się szerokim, ciepłym uśmiechem.

– Jacob! – zawołała, odkładając robótkę. – Jedziesz prosto znad rzeki? Matka Friesena mówiła, że przy moście zrobiło się groźnie.

– Sytuacja opanowana. Rygiel puścił, woda opada – odparł Jacob, zdejmując zmarzniętymi dłońmi ciężką czapkę. – Przyjechałem wam powiedzieć, że wasze łąki są bezpieczne.

– Józef jakiś czas temu pojechał sprawdzić, jak wyglądają nasze pola, i jeszcze nie wrócił. Coraz lepiej mu idą obowiązki gospodarza.

– Stara się – przytaknął Jacob dyplomatycznie, bo do dobrego gospodarzenia przez szwagra była jeszcze daleka droga.

– Usiądź na chwilę, odpocznij. – Przyjrzała mu się uważnie. – Jesteś głodny? A może napijesz się ciepłego mleka albo naparu z lipy? Mam gorący na piecu.

– Głodny nie jestem, ale chętnie się napiję.

Gretchen poszła do kuchni, a on usiadł przy ciężkim dębowym stole, rozprostowując przemarznięte i nadwyrężone palce. Skóra mu ścierpła od wysiłku, a liczne otarcia, które powstały mimo rękawiczek, pulsowały piekącym bólem.

– Proszę, napar i ciasto drożdżowe – powiedziała, stawiając przed nim talerz.

Na widok wyrośniętego placka poczuł nagły głód i z przyjemnością zatopił zęby w jego puszystym, słodkim wnętrzu.

– W Hauskampe wszystko dobrze? Jak matka? Ojcu nie dokucza reumatyzm przy tych roztopach?

– Matka jak zawsze od świtu na nogach. Po niej w ogóle nie widać upływu czasu. Ma tyle energii, że i w domu zrobione, i w obejściu. – Jacob się uśmiechnął, ogrzewając dłonie o kubek. – A ojciec… sama wiesz. Udaje, że nic go nie boli, ale coraz wolniej chodzi. Niepokoi się pogodą. Sroga zima była, to i roztopy wielkie. W polach mnóstwo do zrobienia, ale na razie ziemia na wiele nie pozwala.

– Józef też się martwi, że grunt wciąż za ciężki. – Westchnęła cicho, spoglądając w stronę drzwi sieni. – Już prawie dwa lata gospodarzy, ale tu, u nas jest zupełnie inaczej niż w jego rodzinnym Witosławiu.

– Tutaj to sam musi zakasać rękawy, a tam miał tylu parobków, że niczym nie musiał się martwić.

Gretchen zamiast odpowiedzieć, uniosła lekko głowę, nasłuchując. Z głębi domu dobiegło ciche, stłumione kwilenie.

– Przebudził się – powiedziała krótko, wstając natychmiast od stołu i ruszając w kierunku rozlegającego się coraz głośniej płaczu.

Wróciła po kilkunastu minutach, niosąc uspokojone już dziecko, owinięte szczelnie w puchaty, wełniany kocyk.

W tym samym momencie ciężkie, bukowe drzwi sieni skrzypnęły, wpuszczając do środka powiew chłodnego, wieczornego powietrza. Do izby wszedł Józef. Niegdyś hrabia, a dziś pełnoprawny, ochrzczony bauer, nosił na sobie ślady tej samej walki z ziemią, którą Jacob toczył od rana. Jego kapota pociemniała od wilgoci, wysokie buty oblepione zostały czarną, żuławską gliną, a twarz poczerwieniała, smagana marcowym wiatrem.

Gretchen podała bratu zawiniątko z dzieckiem, a sama ruszyła przywitać męża.

– Ależ przemokłeś! Zrzuć tę kapotę, a ja zagrzeję ci jedzenie.

Jacob słyszał zza ścianki odgłosy zdejmowanego ciężkiego odzienia, stukanie butów o kamienną posadzkę sieni i niski, zmęczony głos szwagra odpowiadającego coś cicho żonie.

Jacob poczuł się nagłe nieswojo, trzymając małe, ciepłe zawiniątko na rękach. Niemowlę poruszyło się cicho, patrząc na wuja wielkimi, ciemnymi oczami, a on poczuł strach, że zaraz mu się wysmyknie z rąk.

– Jacob. Dobrze, że jesteś – odezwał się Józef, wchodząc do izby. – Minąłem na grobli Pennera. Mówił, że bez twojego Blessfuchsa woda poszłaby górą na jego pastwiska, a później dalej i na moje. Uratowałeś nam dzisiejszą noc.

– Nie powinno być już tam problemu, ale lepiej co kilka godzin sprawdzać, bo woda jest nieprzewidywalna – odparł Jacob, ostrożnie oddając małego Heinricha w ręce szwagra. – Trzymaj małego dziedzica, bo na mnie już czas. Słońce zaszło, a ojciec pewnie mnie wypatruje.

Józef chwycił synka, który na jego widok zaczął radośnie gaworzyć. Zwabiona tymi dźwiękami Gretchen szybko podeszła do męża.

– Wezmę go. Jedzenie już w piecu.

– Daj mi się nacieszyć synem. Cały dzień go nie widziałem – odparł Józef, zerkając z czułością na żonę.

Jacob wstał z ławy, czując w piersi nagły, niezrozumiały ucisk.

– Zostań jeszcze, Jacobie – odezwała się Gretchen, odwracając wzrok ku piecowi, by ukryć emocje. – Zaraz kolacja będzie gotowa.

– Nie, dziękuję ci, siostro – odparł, naciągając głęboko na uszy wysuszoną wełnianą czapkę i zmuszając się do raźnego tonu. – Droga przez te roztopy to będzie jedna wielka topiel, a Blessfuchs też już jest zmęczony.

– Pozdrów rodziców i powiedz, że przyjedziemy w niedzielę.

Jacob skinął głową i wyszedł na podwórze, gdzie lodowaty wiatr znad zalewu ciął go prosto w twarz, bezlitośnie rozwiewając resztki domowego ciepła. Wskoczył na konia i ruszył ciężkim, miarowym kłusem, rozbryzgując na boki gęste, czarne błoto z żuławskiego traktu.

W roli matki

Gdy Jacob odjechał, Gretchen porządnie nakarmiła i utuliła synka do snu. Kiedy odkładała go do kołyski, do oczu napłynęły jej łzy wzruszenia. Nie sądziła, że jako matka będzie odczuwała tak silne emocje. Nie pamiętała, żeby Annchen kiedykolwiek mówiła o swoich uczuciach. Owszem, okazywała je, przyrządzając ich ulubione dania, szyjąc koszule według kroju, który najbardziej im pasował, czy spędzając godziny na uczeniu ich podstaw zarządzania gospodarstwem. Słowa zaś zostawiała dla siebie. Gretchen czuła nieustanną pokusę mówienia synkowi, jak jest wspaniały i jak bardzo go kocha. Jej powściągliwa natura i pełen dystansu przykład z domu sprawiały, że nigdy nie uległa tej pokusie. Tłumiła pełne czułości słowa, zastępując je gestem. Jak chociażby teraz, gdy dokładnie otulała synka kołderką, sprawdzając, czy na pewno jest mu ciepło.

– Zasnął? – zapytał szeptem Józef, stając za jej plecami i obejmując ją w pasie dłonią.

– Tak. Poprzedniej nocy prawie nie spał. Ząbki mu idą i bardzo mu to dokucza. Dzisiaj jednak widziałam, że już powoli się przebijają. Ma takie cienkie kreseczki na dolnym dziąśle, więc może będzie spokojniejszy.

– Niech więc śpi, a my się napijmy dobrej herbaty.

– Mam na piecu kawę zbożową.

Józef skrzywił się lekko i mrugnął porozumiewawczo do żony.

– Wiele w moim życiu się zmieniło, ale herbata nadal góruje nad zbożówką. A że ostatnio przywiozłem z Danzigu całkiem spory zapas, to napijmy się dla odmiany czegoś innego.

– Te twoje wielkopańskie przyzwyczajenia – zażartowała, przewracając oczami. – Niech no już będzie, jak hrabia sobie życzy. Zaraz przygotuję napar i przyniosę.

– Tylko…

– Tak, wiem, jak zaparzyć. Mówiłeś mi już dziesiątki razy.

Józef stłumił odpowiedź, choć cisnęło mu się na usta, że mimo tego powtarzania Gretchen wciąż nie potrafiła przygotować idealnego naparu. Zamiast tego usiadł przy stole i wyprostowawszy umęczone całodziennym chodzeniem po wałach nogi, zapatrzył się na ogień płonący w kominku. Dawał rozkoszne ciepło i otulał syczeniem palących się polan. Prosta, zwykła chwila dająca niebywałą przyjemność.

Gretchen po chwili wróciła z kuchni, niosąc tacę z filiżankami i dzbankiem, z którego unosił się delikatny, esencjonalny aromat prawdziwej czarnej herbaty. Był objawem luksusu, który wciąż nieco kłócił się z prostotą mennonickiego gospodarstwa. Wspólne picie herbaty stało się jednak ich małym, cichym rytuałem.

Postawiła naczynia na stole, nalała ostrożnie naparu i usiadła naprzeciwko męża, owijając dłonie wokół ciepłego brzegu naczynia.

Józef spojrzał na żonę z czułością, w której topniało całe znużenie minionego dnia. Przez chwilę siedzieli w milczeniu, wsłuchani w ciche skwierczenie polan i równy, spokojny oddech malutkiego Heinricha dobiegający z kąta izby.

– O czym tak rozmyślasz, Gretchen? – zapytał w końcu szeptem, wyciągając rękę przez stół, by pogładzić jej palce. – Widzę, że coś cię trapi. Kiedy odkładałaś małego do kołyski, zauważyłem w twoich oczach łzy. Czy to z powodu jego ząbków? Czy może martwisz się listem, który dostałem?

Gretchen otwarła oczy, a jej spojrzenie spotkało się z ciepłym, rozumiejącym wzrokiem męża. Ząbkowanie czy list były idealną wymówką, za którą mogłaby skryć to, co ją naprawdę trapiło, ale w jej naturze nie leżało oszukiwanie.

– Nie, to nie przez to – odparła stanowczo. – Powiedz mi… Ty zostałeś zupełnie inaczej wychowany. Jak to wyglądało w waszym domu?

– Ale co, Gretchen?

– Jak cię traktowała matka? Co ci mówiła?

Józef westchnął ciężko i wrócił myślami do lat dzieciństwa. Trudno mu było przypomnieć sobie coś konkretnego, bo ani się nigdy nad tym nie zastanawiał, ani nie przywiązywał szczególnej wagi do tego, co mówiła mu matka.

– Gdy byłem dzieckiem, właściwie niewiele ze mną rozmawiała. Mnie i brata wychowywały głównie niańki. Z nimi spędzaliśmy praktycznie cały dzień. Rodziców widywałem jedynie podczas obiadu, ale i to nie codziennie, bo oni często wyjeżdżali, albo też do nas przybywali goście. Wtedy zaś obecność dzieci przy stole była całkowicie zbędna. Zostawaliśmy w pokoju dziecięcym, co nam w ogóle nie przeszkadzało, bo dostawaliśmy mnóstwo smakołyków od niani. Rozpieszczała nas strasznie – powiedział, uśmiechając się na wspomnienie kobiety, której ramiona kojarzyły mu się z ciepłem, laskami cukru oraz kruchymi ciasteczkami.

– Dziwne to. Obca osoba zastępowała wam matkę.

– Może dla ciebie dziwne, ale w moich kręgach bardzo normalne. Arystokratki po porodzie oddają niemowlę do mamki, najczęściej jest to jakaś kobieta z ludu, która niedawno urodziła, i to ona przez pierwsze miesiące karmi i niańczy maleństwo. Później opiekę przejmuje niańka, a gdy nadchodzi pora na naukę, to w domu pojawia się guwerner. Czasami guwernantka, ale moja matka uważała, że kobiety nie potrafią okiełznać chłopców. Wolała, żebyśmy byli trzymani twardą ręką, mieliśmy więc surowego guwernera. Po lekcjach nadzór nad nami przejmowała niańka, która na różne sposoby starała się nam rekompensować szorstkie zachowanie nauczyciela.

Gretchen słuchała tych opowieści z mieszaniną niedowierzania i współczucia. Dla dziewczyny wychowanej w mennonickiej rodzinie, w której matka, choć oszczędna w słowach, była zawsze obok, karmiąca, szyjąca, obecna w każdej części dnia, świat arystokracji wydawał się czymś niewyobrażalnie zimnym i obcym.

– Czyli wychowały cię właściwie obce osoby.

Józef posmutniał na moment, spuszczając wzrok na swój kubek. Przez lata uważał taki porządek za całkowicie naturalny. Dopiero teraz, gdy sam trzymał w ramionach małego Heinricha i widział, z jaką czułością Gretchen pochyla się nad kołyską, dotarło do niego, jak wiele stracił.

– Tak. Nie miałem takiego szczęścia jak nasz syn. Matka nie brała mnie w ramiona, nie kołysała, nie śpiewała mi piosenek. Nigdy też nie wzięła mnie na spacer. Wspólnie wychodziliśmy tylko w niedzielę, gdy powozem jechaliśmy do kościoła. To jednak nie było miłe, bo cały czas nas sztorcowała, że mamy być cicho, nie mówić, nie pytać, a najlepiej w ogóle nie oddychać. Dzieci dla dobrze urodzonych są balastem do czasu, gdy wreszcie wejdą w lata i ukończą edukację. Dopiero wtedy można się pochwalić dziedzicami.

– Przykre to.

– Miałem na szczęście babcię, która zawsze miała dla mnie czas. Lubiłem ją odwiedzać. Spędzałem u niej lato. Mój brat nie lubił do niej jeździć, więc miałem całą jej uwagę tylko dla siebie – odparł, smutniejąc. – Czas spędzony u niej był najlepszy. Dzięki niej chyba nie odczuwałem nigdy, że mi czegoś brakuje.

– Łączy was silna więź – zauważyła. – Chciałabym ją poznać.

– Wiesz, że możesz. Tym bardziej w tej sytuacji. Trzeba podjąć jakąś decyzję.

– Nie wiem, czy mogę. Nie powinnam. Wiesz, że i tak nie wszyscy zaakceptowali nasze małżeństwo. Jak zacznę się bratać z polskimi panami, to członkowie wspólnoty jeszcze bardziej się od nas odsuną – odparła, ważąc każde słowo, żeby nie urazić męża. – Zresztą zostawmy ten temat do jutra. Zobaczymy, co nam ojciec doradzi.

– Dobrze, tak zrobimy – powiedział i upił kilka łyków herbaty. – Wyszła ci naprawdę smaczna.

– Nie wiem, co w niej smacznego. Mleko czy kawa zbożowa są duże lepsze i zdrowsze – odparła, nie chcąc przyznać, że i jej coraz bardziej smakuje słomkowy napar.

– Ale nie rozgrzewają tak dobrze, a dzisiaj tak przemarzłem, że przyda mi się każde ciepło.

– Sytuacja na wałach zawsze wiosną jest trudna. Ojciec i Jacob każdego roku całe dnie spędzają, pilnując wody. U nas jest jej trochę mniej, ale i ty masz co robić.

– Mam. Najgorsze jest to, że tak naprawdę nie wiem, na co mam zwracać uwagę.

– Na co powinieneś zwracać uwagę? – Gretchen uśmiechnęła się lekko, stawiając filiżankę na stole i odsuwając na bok puste naczynie. – Przecież wiesz, że ziemia sama ci podpowie, tylko trzeba nauczyć się jej słuchać.

Józef spojrzał na nią, nie ukrywając swych wątpliwości, choć w głębi duszy wiedział, że żona ma rację. Każdy dzień na Żuławach był dla niego nową lekcją pokory i cierpliwości.

– Łatwo ci mówić – mruknął z udawanym żalem, choć w kącikach jego ust błądził delikatny uśmiech. – Wyobraź sobie, że dzisiaj Penner pokazał mi trzcinę i objaśniał jej rolę.

– Trzciny?

– Owszem. Powiedział, że kiedy kładzie się pod innym kątem, to znaczy, że woda pracuje pod wałem.

Gretchen się uśmiechnęła.

– A wiesz, co jest najdziwniejsze?

– Co?

– Jeszcze dwa lata temu w ogóle nie przyszłoby mi do głowy, żeby się tym zainteresować. Lubiłem jeździć na pola, oglądać, podziwiać, ale to zarządca zajmował się gospodarzeniem. On zlecał wszystkie prace, planował, co, gdzie posiać. Poza tym mam wrażenie, że tutaj wszyscy wiedzę o ziemi mają we krwi. Wiecie, co przyniesie wiatr z południa, które pole jest lepsze pod buraki, a które pod owies, choć dla mnie żuławska ziemia wszędzie wygląda tak samo. Płasko, czarno i mokro, a każdy szmer wody brzmi teraz jak zapowiedź katastrofy.

– Bo zbytnio się boisz – odparła łagodnie, przenosząc się bliżej niego i kładąc dłoń na jego ramieniu. – Strach jest złym doradcą, Józefie. Ojciec… to znaczy mój ojciec zawsze powtarza, że gospodarz musi patrzeć w przyszłość z otwartą głową, ale stąpać mocno po ziemi. Ty już robisz to drugie. Reszta przyjdzie z czasem. Nie jest łatwo z pana zmienić się w chłopa uprawiającego ziemię własnymi rękami, a jednak dałeś radę i idzie ci coraz lepiej. I nie tylko mój ojciec tak mówi. Gottlieb też tak uważa.

Józef objął ją ramieniem, przyciągając bliżej siebie.

– Dobrze, że cię mam, Gretchen – szepnął, tuląc ukochaną do siebie. – Tamta śnieżyca, za sprawą której do was trafiłem, była najlepszym, co mnie mogło w życiu spotkać. Dzięki niej zyskałem ciebie, syna, dom i życie, do którego zawsze mnie ciągnęło, ale nie miałem ani odwagi, ani wystarczająco motywacji, żeby te marzenia wcielić w życie.

– Też się cieszę, że Jacob was wtedy znalazł – odparła cicho, przytulając się do męża.

Miała dość słów na dzisiaj. Wolała poczuć męskie ciepło, wsłuchać się w rytm bicia mężowskiego serca i pozwolić sobie cieszyć się tą chwilą spokoju i intymności. Tak rzadką w ich codziennym, zapracowanym życiu.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Prolog

Wiosenny wiatr

W roli matki

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji