Hopnięci. Biblioteczka przygody. Disney Pixar - Francis Suzanne - ebook

Hopnięci. Biblioteczka przygody. Disney Pixar ebook

Francis Suzanne

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Co by było, gdybyśmy rozumieli mowę zwierząt?

Przed tobą świat, w którym wynaleziono hopnozę, która umożliwia komunikację międzygatunkową. Malwina korzysta z nadarzającej się okazji i używa nowoczesnej technologii, aby zobaczyć, jak się żyje w świecie zwierząt, na własne oczy.

Wkrótce odkryje tajemnice niedźwiedzi, bobrów, i innych gatunków fauny, wykraczające daleko poza wszystko, co mogła sobie wyobrazić.

Przeczytaj powieściową adaptację najnowszego filmu Disneya i Pixara. Do książki dołączona jest kolorowa wkładka z kadrami z animacji, a także zakładka do książki ze świata ""Hopniętych"".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 101

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rozdział pierwszy

DRR­RYŃ! W szkole pod­sta­wo­wej w Bobro­my­ślu roz­legł się dzwo­nek obwiesz­cza­jący koniec lek­cji. Ucznio­wie pierw­szej klasy zerwali się z krze­seł i pod­bie­gli do sto­ją­cego w kącie ter­ra­rium. Miesz­ka­jący w nim mały żół­wik natych­miast ukrył głowę w sko­ru­pie.

Dzieci nachy­liły się nad nim, wpa­tru­jąc się w niego wiel­kimi oczami. Zaczęły go sztur­chać i dźgać pal­cami.

– Hej, żół­wiku. Masz, jedz!

– Czy on w ogóle żyje?

Wkrótce zwie­rzak wylą­do­wał na grzbie­cie i zaczął bez­rad­nie poru­szać nogami, pró­bu­jąc się prze­krę­cić. Wycho­waw­czyni oznaj­miła, że pora już na prze­rwę. Wtedy dzieci wybie­gły z klasy i popę­dziły pro­sto na plac zabaw.

Gdy w końcu zapa­dła cisza, zza ławki wyj­rzała dziew­czynka. Czym prę­dzej pode­szła do ter­ra­rium i wbiła wzrok w żół­wia.

– Ciii, malutki – szep­nęła. Się­gnęła do środka, deli­kat­nie odwró­ciła zwie­rzątko grzbie­tem do góry i wyjęła je z ter­ra­rium. – Jestem Mal­wina. Zabiorę cię stąd.

To powie­dziaw­szy, ostroż­nie wło­żyła żół­wia do tor­ni­stra i zasu­nęła suwak na tyle, by zwie­rzak nie wypadł. Zarzu­ciła ple­cak na ramię i zde­cy­do­wa­nym kro­kiem wyma­sze­ro­wała na kory­tarz.

Ciche popi­ski­wa­nie spra­wiło, że zaj­rzała do innej pustej klasy. Szybko namie­rzyła zamknię­tego w klatce cho­mika. Nie­wiele myśląc, wzięła go do ręki i umie­ściła w ple­caku obok żół­wia.

Inne dzieci bawiły się na dwo­rze, pod­czas gdy Mal­wina prze­my­kała z klasy do klasy, zbie­ra­jąc kolejne zwie­rzątka i wkła­da­jąc je do tor­ni­stra. Kiedy w końcu skie­ro­wała się w stronę wyj­ścia z budynku, oprócz żół­wia i cho­mika, dźwi­gała na ple­cach żaby, papużki, jasz­czurkę i węża! Ugi­nała się pod cię­ża­rem prze­my­ca­nych stwo­rzeń, ale za wszelką cenę zamie­rzała wynieść je na zewnątrz. Była już nie­mal u celu, gdy tuż za nią roz­legł się głos:

– Hej, ty! – Mal­wina ciężko wes­tchnęła i powoli odwró­ciła się w stronę woź­nego, który szedł kory­ta­rzem, popy­cha­jąc wózek do sprzą­ta­nia. Nie spusz­czał wzroku z jej ple­caka, który lekko pod­ska­ki­wał, naj­wy­raź­niej żyjąc wła­snym życiem. – Co masz w tor­ni­strze?

Zanim Mal­wina zdą­żyła odpo­wie­dzieć, z ple­caka dobie­gło gło­śne KUM, KUM! Woźny wytrzesz­czył oczy, a dziew­czynka rzu­ciła się bie­giem.

– Wra­caj tu! – zawo­łał męż­czy­zna, pró­bu­jąc ją dogo­nić. – Mówię do cie­bie!

Mal­wina przy­spie­szyła kroku, ale gdy skrę­ciła za róg, zoba­czyła, że drogę blo­kuje jej grupa gawę­dzą­cych na kory­ta­rzu nauczy­cieli. Zatrzy­mała się z pośli­zgiem.

– Eee… Mal­winka? – ode­zwała się jej wycho­waw­czyni. – Co tu robisz?

– To TA Mal­winka? – upew­nił się inny nauczy­ciel szep­tem.

Wycho­waw­czyni ski­nęła głową.

Mal­wina zaczęła powoli się cofać, ale z dru­giej strony drogę zastą­pił jej zdy­szany woźny.

– Jej ple­cak! – wysa­pał. – Coś się w nim rusza!

– Znowu to samo! – jęk­nęła wycho­waw­czyni.

Doro­śli zaczęli zbli­żać się do Mal­winy, która zago­to­wała się ze zło­ści. Skrzy­wiła się i zaci­snęła pię­ści na szel­kach tor­ni­stra, przy­ci­ska­jąc go do ple­ców. A potem natarła na nauczy­cieli! Z nie­zwy­kłą zwin­no­ścią sko­czyła i wymi­nęła wszyst­kie wycią­ga­jące się do niej ręce. Ale zanim dostała się do wyj­ścia, któ­raś nauczy­cielka zła­pała ją za ple­cak i zatrzy­mała w pół­kroku.

Mal­wina wark­nęła i ugry­zła ją w dłoń!

– AAAAAAUĆ! – wrza­snęła kobieta, cofa­jąc rękę.

W tym momen­cie ple­cak się otwo­rzył. Zwie­rzęta wyle­ciały, wysko­czyły i wypeł­zły na wol­ność, wpa­da­jąc na nauczy­cieli. W zamie­sza­niu jedno z nich wytrą­ciło komuś z ręki kubek kawy. Kubek wystrze­lił wysoko w górę i ude­rzył w zra­szacz prze­ciw­po­ża­rowy, z któ­rego try­snęła woda!

W mgnie­niu oka na pod­ło­dze zaczęły się zbie­rać kałuże, a wiszące na ścia­nach prace pla­styczne cał­kiem prze­mo­kły, podob­nie jak ubra­nia nauczy­cieli. Tym­cza­sem żółw powoli uniósł głowę. Wycią­gnął szyję naj­da­lej, jak potra­fił, i zamknął oczy, delek­tu­jąc się chło­dem kro­pli na gru­bej skó­rze.

Kilka chwil póź­niej Mal­wina sie­działa sku­lona na krze­śle w gabi­ne­cie dyrek­tora. Nachy­lało się nad nią prze­mo­czone grono peda­go­giczne.

– Te wybryki muszą się skoń­czyć – łajali ją. – Nie możemy pozwo­lić, żeby ucznio­wie robili, co im się żyw­nie podoba.

Dziew­czynka pró­bo­wała nie słu­chać. Obser­wo­wała bied­nego żół­wia, który naj­wy­raź­nej z powro­tem miał tra­fić do ter­ra­rium.

Wkrótce Mal­wina zna­la­zła się w samo­cho­dzie mamy, gdzie cze­kał ją kolejny wykład.

– Wiem, że kochasz zwie­rzątka, Mal­wiś, ale na litość boską, ugry­złaś nauczy­cielkę! – gde­rała mama, wzdy­cha­jąc ciężko. – Nie wolno gryźć. Czy naprawdę muszę ci o tym przy­po­mi­nać?

Skrę­ciły z ruchli­wej szosy na cichą drogę i zatrzy­mały się przed nie­wiel­kim domem. W drzwiach sta­nęła bab­cia Mal­winy. Jej życz­liwą twarz oka­lała czu­pryna siwych wło­sów, spo­mię­dzy któ­rych bły­skały wesołe, żywe oczy. Kobieta miała na sobie swoją nie­od­łączną kurtkę leśniczki. Z uśmie­chem zbli­żyła się do samo­chodu.

Mama Mal­winy otwo­rzyła okno.

– Mamo, muszę wra­cać do pracy. Mogła­byś się nią zająć przez parę godzin? – popro­siła.

Bab­cia ski­nęła głową.

Gdy auto odje­chało, przez chwilę stała bez ruchu. Nagle jej uszu dobie­gło chro­bo­ta­nie. Podą­żyła za nim i odgłos dopro­wa­dził ją do drzewa, na które wdra­pała się Mal­wina. Dziew­czynka przy­cup­nęła na gałęzi z rękoma skrzy­żo­wa­nymi na piersi.

– No dobrze – ode­zwała się bab­cia, uśmie­cha­jąc się szel­mow­sko. – To za co zgar­nęli cię tym razem?

Mal­wina odwró­ciła się do niej ple­cami i pocią­gnęła nosem.

– Żywot wyję­tej spod prawa awan­tur­niczki bywa samotny, co? – zaga­iła znów bab­cia. Zawa­hała się, po czym wes­tchnęła głę­boko. – W porządku, nie dajesz mi wyboru. Chodź. – I nie cze­ka­jąc, zaczęła się odda­lać.

Zacie­ka­wiona Mal­wina zesko­czyła z drzewa i trzy­ma­jąc się w pew­nej odle­gło­ści, ruszyła za bab­cią przez las, klu­cząc mię­dzy strze­li­stymi drze­wami.

Dotarła do ścieżki uło­żo­nej z dużych pła­skich kamieni, która zapro­wa­dziła ją nad brzeg jeziorka. Bab­cia cze­kała tam na nią na wiel­kim gła­zie. Sie­działa odwró­cona ple­cami do wnuczki i z wolna wodziła wzro­kiem po pola­nie.

Pokle­pała kamień, zapra­sza­jąc Mal­winę, by do niej dołą­czyła. Dziew­czynka zawa­hała się przez chwilę, po czym wdra­pała się na głaz i usia­dła obok babci.

– Gdy mia­łam dwa­na­ście lat, przy­ło­ży­łam kole­żance w nos – ode­zwała się star­sza pani.

Mal­wina roz­dzia­wiła buzię ze zdu­mie­nia.

Bab­cia popa­trzyła na nią z uśmie­chem.

– Daw­niej czę­sto wpa­da­łam w złość. Ale teraz już mi się to nie zda­rza. Zdra­dzić ci mój sekret?

Sze­ro­kim gestem poka­zała na ota­cza­jącą je piękną polanę.

Wciąż wzbu­rzona i roz­ża­lona, Mal­wina skrzy­żo­wała ręce na piersi i prych­nęła lek­ce­wa­żąco.

– Musisz być bar­dzo cicho – pora­dziła bab­cia. Nachy­liła się i szep­nęła jej na ucho: – Wytęż wzrok. I nad­staw ucha. Ciiii…

Mal­wina sie­działa bez słowa ze zmarsz­czo­nym czo­łem. Deli­katny wie­trzyk koły­sał wiszą­cymi nad ich gło­wami list­kami brzóz. Dziew­czynka wle­piła spoj­rze­nie w kry­sta­licz­nie czy­stą taflę jeziorka i dostrze­gła pły­wa­jące w nim kijanki i ryby. Bzy­cząca ważka prze­le­ciała tuż obok jej ucha i deli­kat­nie musnęła wodę, a moment póź­niej zare­cho­tała żaba, która wsko­czyła na prze­wa­lony pień drzewa. Potem Mal­wina prze­nio­sła wzrok na dumną kaczkę prze­mie­rza­jącą jezioro na czele grupki żół­ciut­kich kaczą­tek. Pisklaki dziar­sko prze­bie­rały nóż­kami, zna­cząc powierzch­nię wody deli­kat­nymi pier­ście­niami.

Mała bun­tow­niczka naraz poczuła, że jej gniew powoli ustę­puje. Z zachwy­tem prze­su­wała wzro­kiem po pola­nie, wyszu­ku­jąc co raz to nowe cie­kawe rze­czy do obser­wo­wa­nia.

Po dru­giej stro­nie jeziorka trawę sku­bała grupka jeleni. W pobli­skich szu­wa­rach pająk uwi­jał się przy roz­pi­na­niu sieci. Nad ich gło­wami prze­le­ciało stado roz­ćwier­ka­nych nie­bie­skich ptasz­ków, które przy­sia­dły w koro­nach drzew.

Mal­wina prze­nio­sła uwagę z powro­tem na jeziorko, przez które pły­nęła samica bobra z mło­dym. Dziew­czynka nachy­liła się, żeby lepiej im się przyj­rzeć. Maluch zanur­ko­wał, a mama poszła w jego ślady, zama­chu­jąc się ogo­nem, który ude­rzył w taflę wody z gło­śnym plu­skiem!

Mal­wina nie mogła powstrzy­mać uśmie­chu.

Bab­cia wzięła ją za rękę.

– Już lepiej?

Wnuczka przy­tak­nęła.

– Wła­śnie tak działa przy­roda – powie­działa kobieta w zie­lo­nej kurtce. – Ciężko się wście­kać, gdy czu­jesz, że jesteś czę­ścią cze­goś wiel­kiego.

Mal­wina zarzu­ciła babci ręce na szyję i mocną ją uści­skała.

– Czy mogę tu przy­cho­dzić codzien­nie?

– Kiedy tylko zechcesz. To może być nasze spe­cjalne miej­sce. Tylko nasze. Nie­ważne, co się wyda­rzy, zaką­tek ten zawsze będzie na cie­bie cze­kał.

Przez kolejne lata Mal­wina i jej bab­cia prze­żyły na leśnej pola­nie wiele wspól­nych dni i nocy. Uwiel­biały spę­dzać tam czas, sadząc drzewa, zbie­ra­jąc śmieci, eks­plo­ru­jąc oko­licę albo po pro­stu sie­dząc na gła­zie i obser­wu­jąc tęt­niące wokół nich życie. Polana rze­czy­wi­ście stała się ich spe­cjal­nym miej­scem. Ale gdy Mal­wina miała dzie­więt­na­ście lat, wszystko się zmie­niło.

Rozdział drugi

Pew­nego poranka pełną spo­koju ciszę polany zakłó­ciło dono­śne dud­nie­nie. Grupa robot­ni­ków roz­sta­wiła meta­lowe ogro­dze­nie, zamknęła bramę na kłódkę i powie­siła na niej znak z napi­sem: JUŻ WKRÓTCE. OBWOD­NICA BOBRO­MY­ŚLA!

Mal­wina z ręką w gip­sie gorącz­kowo krę­ciła się po swoim miesz­ka­niu. Zarzu­ciła na plecy kurtkę babci i popę­dziła w stronę drzwi. Zanim wyszła, wło­żyła jesz­cze bukie­cik kwia­tów do wazonu, który stał na półce poświę­co­nej pamięci zmar­łej sta­ruszki.

– Muszę lecieć, bab­ciu – mruk­nęła i wypa­dła na dwór. Wsko­czyła na desko­rolkę i roz­pę­dzona pomknęła chod­ni­kiem.

Tym­cza­sem na pola­nie ryczała piła łań­cu­chowa, a robot­nicy ukła­dali ścięte drzewa w stos. W pobliżu pisz­czała cofa­jąca cię­ża­rówka pełna mate­ria­łów wybu­cho­wych. W końcu usta­wiła się na odpo­wied­niej pozy­cji i ekipa zaczęła ją wyła­do­wy­wać.

– Uzbro­jone i zabez­pie­czone? – zawo­łał kie­row­nik robót.

Robot­nicy roz­mie­ścili ładunki wybu­chowe na zbu­do­wa­nej przez bobry tamie, po czym jeden z nich odpo­wie­dział:

– Tak jest!

W tym momen­cie do ogro­dze­nia przy­pa­dła Mal­wina.

– Hej, cze­kaj­cie! – krzyk­nęła. Prze­rzu­ciła desko­rolkę na drugą stronę i zaczęła się wdra­py­wać po meta­lo­wej siatce. – Stop!

Ale była za daleko, by robot­nicy mogli ją usły­szeć.

– No to przy­go­to­wać się do wysa­dza­nia – pole­cił kie­row­nik.

Mal­wina dalej gra­mo­liła się przez ogro­dze­nie. Nagle poczuła, jak jeden z jej tramp­ków utyka w oku siatki. Wie­działa, że nie ma ani chwili do stra­ce­nia, więc szarp­nęła nogą i prze­sko­czyła na drugą stronę, zosta­wia­jąc but tkwiący w pło­cie.

– Odbez­pie­czone – oznaj­mił jeden z robot­ni­ków. – Nausz­niki!

Mal­wina pędziła w stronę tamy, krzy­cząc na całe gar­dło, ale ekipa dalej przy­go­to­wy­wała się do deto­na­cji. Robot­nicy nie zda­wali sobie sprawy z obec­no­ści intruzki, dopóki… ta nie wbie­gła na tamę!

– Cze­kaj­cie! – wykrzyk­nęła. – Natych­miast prze­stań­cie! Akcja odwo­łana!

– Hej! Dziew­czyno, złaź stam­tąd! – zawo­łał kie­row­nik. – Tam jest dyna­mit!

– To go stąd zabierz­cie! – wrza­snęła zde­spe­ro­wana Mal­wina, nie rusza­jąc się z miej­sca.

– Nie możemy! – odpo­wie­dział męż­czy­zna.

– W porządku, to sama to zro­bię.

– Nie, nie, nie, nie, nie! – jeden przez dru­giego zaczęli w panice krzy­czeć robot­nicy.

– Spo­koj­nie, zajmę się tym – ode­zwał się nagle ktoś pew­nym i opa­no­wa­nym tonem.

Mal­wina wark­nęła, czu­jąc, jak zalewa ją kolejna fala zło­ści. Zmru­żyła oczy i zwi­nęła dło­nie w pię­ści.

– Dziar­ski – wyce­dziła przez zaci­śnięte zęby.

Bur­mistrz Bobro­my­śla minął ekipę robot­ni­ków i zbli­żył się do Mal­winy. Miał na sobie nie­na­gan­nie dopa­so­wany gar­ni­tur, a jego zacze­sane na żel włosy ukła­dały się w ide­alną fry­zurę. W zaro­zu­mia­łym uśmie­chu, wykrzy­wia­ją­cym prze­pi­sowo opa­loną twarz, bły­skały równe i olśnie­wa­jąco białe zęby. Mal­wina nie zno­siła w nim abso­lut­nie wszyst­kiego.

– Jak tam ręka? – zagaił Dziar­ski.

– Podejdź i sam się prze­ko­naj – rzu­ciła Mal­wina tonem groźby.

Przez chwilę wpa­try­wali się w sie­bie w mil­cze­niu, ale ani jedno, ani dru­gie nie zdo­łało poha­mo­wać buzu­ją­cej w nich zło­ści. Zaczęli wrzesz­czeć na sie­bie w tym samym momen­cie:

– Kiedy ty się wresz­cie obu­dzisz, Dziar­ski?! Co?! Będziesz miał krew na rękach! Tego wła­śnie chcesz?! Myślisz, że uda ci się ją zmyć z tych swo­ich tępych, obrzy­dli­wych łapsk?!

– Naprawdę jesz­cze ci się nie znu­dziło, Mal­wino?! Co ty tu w ogóle robisz?! Tu się roz­gry­wają ważne sprawy! Budu­jemy obwod­nicę! Mamy pełno samo­cho­dów, które muszą mieć po czym jeź­dzić! Jak według cie­bie ludzie mają się dostać do pracy?!

Gdy oboje wykrzy­czeli to, co mieli do wykrzy­cze­nia, Dziar­ski wes­tchnął ciężko.

– Mal­wino, nie możemy się wiecz­nie kłó­cić o to samo.

– Wcale nie kłó­cimy się o to „wiecz­nie” – odbiła piłeczkę Mal­wina.

Ale poli­tyk miał rację. O to samo spie­rali się już na scho­dach ratu­sza, pod­czas wie­ców wybor­czych Dziar­skiego, a nawet w jego domu!

Mal­wina skrzy­żo­wała ręce na piersi.

– Mówię serio, Dziar­ski. Łamiesz prawo. Naprawdę zamie­rzasz wysa­dzić jezioro pełne zwie­rząt?

– Ale prze­cież tu nie ma żad­nych zwie­rząt – zauwa­żył bur­mistrz.

– Ha, ha! – wykrzyk­nęła Mal­wina. – Bo musisz po pro­stu być super­me­ga­ci­cho – powie­działa, para­fra­zu­jąc słowa swo­jej babci. – Wytę­żyć wzrok i nad­sta­wić ucha. Ciiii.

Przez moment stali w mil­cze­niu… ale nie poja­wiło się żadne zwie­rzę. Ani żaden zwie­rzęcy odgłos.

Jeden z robot­ni­ków wyjął tele­fon z kie­szeni i przy­ło­żył go do ucha.

– Hej, kotku. Zapo­wiada się, że będę dzi­siaj póź­niej.

– Uch – jęk­nął Dziar­ski.

Mal­wina zmarsz­czyła czoło. Dziwne… Rozej­rzała się… Kur­czę, ten Dziar­ski ma rację.

– Zaraz, gdzie one się podziały? Prze­cież były tu jesz­cze parę dni temu.

– Słu­chaj, smar­kulo, nie mamy na to czasu – rzu­cił Dziar­ski gniew­nie.

– Mam dzie­więt­na­ście lat.

– Wszystko jedno! Złaź z tamy!

– Ni­gdzie się nie wybie­ram. Nic, co zro­bisz…

Chwilę póź­niej grupa poli­cjan­tów ścią­gnęła dziew­czynę z tamy.

– Zostaw­cie mnie! – krzy­czała obroń­czyni polany, sza­mo­cząc się gwał­tow­nie.

– Wybacz, mała – rzu­ciła poli­cjantka.

Gdy minęli bur­mi­strza, Mal­wina wrza­snęła:

– Nikt cię nie pro­sił o tę durną obwod­nicę!

– I tu się mylisz – odparł Dziar­ski. – To dzięki niej drugą kaden­cję mam w kie­szeni.

– Dziar­ski, nie możesz im zabrać domów – nale­gała Mal­wina, dalej pró­bu­jąc wyrwać się funk­cjo­na­riu­szom.

– Słu­chaj, umówmy się tak – ode­zwał się bur­mistrz polu­bow­nie – napisz pety­cję, zbierz pod­pisy. Wtedy będziemy mogli poga­dać. Masz czter­dzie­ści osiem godzin, zanim zaczniemy lać beton. Licząc od… – W tym momen­cie dał sygnał ręką, a tama eks­plo­do­wała!

Mal­wina krzyk­nęła z prze­ra­że­nia. Rzu­ciła nie­na­wistne spoj­rze­nie Dziar­skiemu, a ten w odpo­wie­dzi postu­kał pal­cem w zega­rek.

Następ­nego dnia – uzbro­jona w gruby plik for­mu­la­rzy i dłu­go­pis – Mal­wina zaczęła pukać do drzwi Bobro­my­ślan. Była gotowa popro­sić każ­dego miesz­kańca mia­sta o pod­pi­sa­nie jej pety­cji w spra­wie ura­to­wa­nia uko­cha­nego zakątka jej i jej babci.

Gdy otwo­rzyły się pierw­sze drzwi, przy­wo­łała na twarz swój naj­po­god­niej­szy i naj­przy­jaź­niej­szy uśmiech.

– Hej, dzień dobry, jestem Mal­wina i chcia­ła­bym zająć dwie minutki…

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki