Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Co by było, gdybyśmy rozumieli mowę zwierząt?
Przed tobą świat, w którym wynaleziono hopnozę, która umożliwia komunikację międzygatunkową. Malwina korzysta z nadarzającej się okazji i używa nowoczesnej technologii, aby zobaczyć, jak się żyje w świecie zwierząt, na własne oczy.
Wkrótce odkryje tajemnice niedźwiedzi, bobrów, i innych gatunków fauny, wykraczające daleko poza wszystko, co mogła sobie wyobrazić.
Przeczytaj powieściową adaptację najnowszego filmu Disneya i Pixara. Do książki dołączona jest kolorowa wkładka z kadrami z animacji, a także zakładka do książki ze świata ""Hopniętych"".
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 101
DRRRYŃ! W szkole podstawowej w Bobromyślu rozległ się dzwonek obwieszczający koniec lekcji. Uczniowie pierwszej klasy zerwali się z krzeseł i podbiegli do stojącego w kącie terrarium. Mieszkający w nim mały żółwik natychmiast ukrył głowę w skorupie.
Dzieci nachyliły się nad nim, wpatrując się w niego wielkimi oczami. Zaczęły go szturchać i dźgać palcami.
– Hej, żółwiku. Masz, jedz!
– Czy on w ogóle żyje?
Wkrótce zwierzak wylądował na grzbiecie i zaczął bezradnie poruszać nogami, próbując się przekręcić. Wychowawczyni oznajmiła, że pora już na przerwę. Wtedy dzieci wybiegły z klasy i popędziły prosto na plac zabaw.
Gdy w końcu zapadła cisza, zza ławki wyjrzała dziewczynka. Czym prędzej podeszła do terrarium i wbiła wzrok w żółwia.
– Ciii, malutki – szepnęła. Sięgnęła do środka, delikatnie odwróciła zwierzątko grzbietem do góry i wyjęła je z terrarium. – Jestem Malwina. Zabiorę cię stąd.
To powiedziawszy, ostrożnie włożyła żółwia do tornistra i zasunęła suwak na tyle, by zwierzak nie wypadł. Zarzuciła plecak na ramię i zdecydowanym krokiem wymaszerowała na korytarz.
Ciche popiskiwanie sprawiło, że zajrzała do innej pustej klasy. Szybko namierzyła zamkniętego w klatce chomika. Niewiele myśląc, wzięła go do ręki i umieściła w plecaku obok żółwia.
Inne dzieci bawiły się na dworze, podczas gdy Malwina przemykała z klasy do klasy, zbierając kolejne zwierzątka i wkładając je do tornistra. Kiedy w końcu skierowała się w stronę wyjścia z budynku, oprócz żółwia i chomika, dźwigała na plecach żaby, papużki, jaszczurkę i węża! Uginała się pod ciężarem przemycanych stworzeń, ale za wszelką cenę zamierzała wynieść je na zewnątrz. Była już niemal u celu, gdy tuż za nią rozległ się głos:
– Hej, ty! – Malwina ciężko westchnęła i powoli odwróciła się w stronę woźnego, który szedł korytarzem, popychając wózek do sprzątania. Nie spuszczał wzroku z jej plecaka, który lekko podskakiwał, najwyraźniej żyjąc własnym życiem. – Co masz w tornistrze?
Zanim Malwina zdążyła odpowiedzieć, z plecaka dobiegło głośne KUM, KUM! Woźny wytrzeszczył oczy, a dziewczynka rzuciła się biegiem.
– Wracaj tu! – zawołał mężczyzna, próbując ją dogonić. – Mówię do ciebie!
Malwina przyspieszyła kroku, ale gdy skręciła za róg, zobaczyła, że drogę blokuje jej grupa gawędzących na korytarzu nauczycieli. Zatrzymała się z poślizgiem.
– Eee… Malwinka? – odezwała się jej wychowawczyni. – Co tu robisz?
– To TA Malwinka? – upewnił się inny nauczyciel szeptem.
Wychowawczyni skinęła głową.
Malwina zaczęła powoli się cofać, ale z drugiej strony drogę zastąpił jej zdyszany woźny.
– Jej plecak! – wysapał. – Coś się w nim rusza!
– Znowu to samo! – jęknęła wychowawczyni.
Dorośli zaczęli zbliżać się do Malwiny, która zagotowała się ze złości. Skrzywiła się i zacisnęła pięści na szelkach tornistra, przyciskając go do pleców. A potem natarła na nauczycieli! Z niezwykłą zwinnością skoczyła i wyminęła wszystkie wyciągające się do niej ręce. Ale zanim dostała się do wyjścia, któraś nauczycielka złapała ją za plecak i zatrzymała w półkroku.
Malwina warknęła i ugryzła ją w dłoń!
– AAAAAAUĆ! – wrzasnęła kobieta, cofając rękę.
W tym momencie plecak się otworzył. Zwierzęta wyleciały, wyskoczyły i wypełzły na wolność, wpadając na nauczycieli. W zamieszaniu jedno z nich wytrąciło komuś z ręki kubek kawy. Kubek wystrzelił wysoko w górę i uderzył w zraszacz przeciwpożarowy, z którego trysnęła woda!
W mgnieniu oka na podłodze zaczęły się zbierać kałuże, a wiszące na ścianach prace plastyczne całkiem przemokły, podobnie jak ubrania nauczycieli. Tymczasem żółw powoli uniósł głowę. Wyciągnął szyję najdalej, jak potrafił, i zamknął oczy, delektując się chłodem kropli na grubej skórze.
Kilka chwil później Malwina siedziała skulona na krześle w gabinecie dyrektora. Nachylało się nad nią przemoczone grono pedagogiczne.
– Te wybryki muszą się skończyć – łajali ją. – Nie możemy pozwolić, żeby uczniowie robili, co im się żywnie podoba.
Dziewczynka próbowała nie słuchać. Obserwowała biednego żółwia, który najwyraźnej z powrotem miał trafić do terrarium.
Wkrótce Malwina znalazła się w samochodzie mamy, gdzie czekał ją kolejny wykład.
– Wiem, że kochasz zwierzątka, Malwiś, ale na litość boską, ugryzłaś nauczycielkę! – gderała mama, wzdychając ciężko. – Nie wolno gryźć. Czy naprawdę muszę ci o tym przypominać?
Skręciły z ruchliwej szosy na cichą drogę i zatrzymały się przed niewielkim domem. W drzwiach stanęła babcia Malwiny. Jej życzliwą twarz okalała czupryna siwych włosów, spomiędzy których błyskały wesołe, żywe oczy. Kobieta miała na sobie swoją nieodłączną kurtkę leśniczki. Z uśmiechem zbliżyła się do samochodu.
Mama Malwiny otworzyła okno.
– Mamo, muszę wracać do pracy. Mogłabyś się nią zająć przez parę godzin? – poprosiła.
Babcia skinęła głową.
Gdy auto odjechało, przez chwilę stała bez ruchu. Nagle jej uszu dobiegło chrobotanie. Podążyła za nim i odgłos doprowadził ją do drzewa, na które wdrapała się Malwina. Dziewczynka przycupnęła na gałęzi z rękoma skrzyżowanymi na piersi.
– No dobrze – odezwała się babcia, uśmiechając się szelmowsko. – To za co zgarnęli cię tym razem?
Malwina odwróciła się do niej plecami i pociągnęła nosem.
– Żywot wyjętej spod prawa awanturniczki bywa samotny, co? – zagaiła znów babcia. Zawahała się, po czym westchnęła głęboko. – W porządku, nie dajesz mi wyboru. Chodź. – I nie czekając, zaczęła się oddalać.
Zaciekawiona Malwina zeskoczyła z drzewa i trzymając się w pewnej odległości, ruszyła za babcią przez las, klucząc między strzelistymi drzewami.
Dotarła do ścieżki ułożonej z dużych płaskich kamieni, która zaprowadziła ją nad brzeg jeziorka. Babcia czekała tam na nią na wielkim głazie. Siedziała odwrócona plecami do wnuczki i z wolna wodziła wzrokiem po polanie.
Poklepała kamień, zapraszając Malwinę, by do niej dołączyła. Dziewczynka zawahała się przez chwilę, po czym wdrapała się na głaz i usiadła obok babci.
– Gdy miałam dwanaście lat, przyłożyłam koleżance w nos – odezwała się starsza pani.
Malwina rozdziawiła buzię ze zdumienia.
Babcia popatrzyła na nią z uśmiechem.
– Dawniej często wpadałam w złość. Ale teraz już mi się to nie zdarza. Zdradzić ci mój sekret?
Szerokim gestem pokazała na otaczającą je piękną polanę.
Wciąż wzburzona i rozżalona, Malwina skrzyżowała ręce na piersi i prychnęła lekceważąco.
– Musisz być bardzo cicho – poradziła babcia. Nachyliła się i szepnęła jej na ucho: – Wytęż wzrok. I nadstaw ucha. Ciiii…
Malwina siedziała bez słowa ze zmarszczonym czołem. Delikatny wietrzyk kołysał wiszącymi nad ich głowami listkami brzóz. Dziewczynka wlepiła spojrzenie w krystalicznie czystą taflę jeziorka i dostrzegła pływające w nim kijanki i ryby. Bzycząca ważka przeleciała tuż obok jej ucha i delikatnie musnęła wodę, a moment później zarechotała żaba, która wskoczyła na przewalony pień drzewa. Potem Malwina przeniosła wzrok na dumną kaczkę przemierzającą jezioro na czele grupki żółciutkich kaczątek. Pisklaki dziarsko przebierały nóżkami, znacząc powierzchnię wody delikatnymi pierścieniami.
Mała buntowniczka naraz poczuła, że jej gniew powoli ustępuje. Z zachwytem przesuwała wzrokiem po polanie, wyszukując co raz to nowe ciekawe rzeczy do obserwowania.
Po drugiej stronie jeziorka trawę skubała grupka jeleni. W pobliskich szuwarach pająk uwijał się przy rozpinaniu sieci. Nad ich głowami przeleciało stado rozćwierkanych niebieskich ptaszków, które przysiadły w koronach drzew.
Malwina przeniosła uwagę z powrotem na jeziorko, przez które płynęła samica bobra z młodym. Dziewczynka nachyliła się, żeby lepiej im się przyjrzeć. Maluch zanurkował, a mama poszła w jego ślady, zamachując się ogonem, który uderzył w taflę wody z głośnym pluskiem!
Malwina nie mogła powstrzymać uśmiechu.
Babcia wzięła ją za rękę.
– Już lepiej?
Wnuczka przytaknęła.
– Właśnie tak działa przyroda – powiedziała kobieta w zielonej kurtce. – Ciężko się wściekać, gdy czujesz, że jesteś częścią czegoś wielkiego.
Malwina zarzuciła babci ręce na szyję i mocną ją uściskała.
– Czy mogę tu przychodzić codziennie?
– Kiedy tylko zechcesz. To może być nasze specjalne miejsce. Tylko nasze. Nieważne, co się wydarzy, zakątek ten zawsze będzie na ciebie czekał.
Przez kolejne lata Malwina i jej babcia przeżyły na leśnej polanie wiele wspólnych dni i nocy. Uwielbiały spędzać tam czas, sadząc drzewa, zbierając śmieci, eksplorując okolicę albo po prostu siedząc na głazie i obserwując tętniące wokół nich życie. Polana rzeczywiście stała się ich specjalnym miejscem. Ale gdy Malwina miała dziewiętnaście lat, wszystko się zmieniło.
Pewnego poranka pełną spokoju ciszę polany zakłóciło donośne dudnienie. Grupa robotników rozstawiła metalowe ogrodzenie, zamknęła bramę na kłódkę i powiesiła na niej znak z napisem: JUŻ WKRÓTCE. OBWODNICA BOBROMYŚLA!
Malwina z ręką w gipsie gorączkowo kręciła się po swoim mieszkaniu. Zarzuciła na plecy kurtkę babci i popędziła w stronę drzwi. Zanim wyszła, włożyła jeszcze bukiecik kwiatów do wazonu, który stał na półce poświęconej pamięci zmarłej staruszki.
– Muszę lecieć, babciu – mruknęła i wypadła na dwór. Wskoczyła na deskorolkę i rozpędzona pomknęła chodnikiem.
Tymczasem na polanie ryczała piła łańcuchowa, a robotnicy układali ścięte drzewa w stos. W pobliżu piszczała cofająca ciężarówka pełna materiałów wybuchowych. W końcu ustawiła się na odpowiedniej pozycji i ekipa zaczęła ją wyładowywać.
– Uzbrojone i zabezpieczone? – zawołał kierownik robót.
Robotnicy rozmieścili ładunki wybuchowe na zbudowanej przez bobry tamie, po czym jeden z nich odpowiedział:
– Tak jest!
W tym momencie do ogrodzenia przypadła Malwina.
– Hej, czekajcie! – krzyknęła. Przerzuciła deskorolkę na drugą stronę i zaczęła się wdrapywać po metalowej siatce. – Stop!
Ale była za daleko, by robotnicy mogli ją usłyszeć.
– No to przygotować się do wysadzania – polecił kierownik.
Malwina dalej gramoliła się przez ogrodzenie. Nagle poczuła, jak jeden z jej trampków utyka w oku siatki. Wiedziała, że nie ma ani chwili do stracenia, więc szarpnęła nogą i przeskoczyła na drugą stronę, zostawiając but tkwiący w płocie.
– Odbezpieczone – oznajmił jeden z robotników. – Nauszniki!
Malwina pędziła w stronę tamy, krzycząc na całe gardło, ale ekipa dalej przygotowywała się do detonacji. Robotnicy nie zdawali sobie sprawy z obecności intruzki, dopóki… ta nie wbiegła na tamę!
– Czekajcie! – wykrzyknęła. – Natychmiast przestańcie! Akcja odwołana!
– Hej! Dziewczyno, złaź stamtąd! – zawołał kierownik. – Tam jest dynamit!
– To go stąd zabierzcie! – wrzasnęła zdesperowana Malwina, nie ruszając się z miejsca.
– Nie możemy! – odpowiedział mężczyzna.
– W porządku, to sama to zrobię.
– Nie, nie, nie, nie, nie! – jeden przez drugiego zaczęli w panice krzyczeć robotnicy.
– Spokojnie, zajmę się tym – odezwał się nagle ktoś pewnym i opanowanym tonem.
Malwina warknęła, czując, jak zalewa ją kolejna fala złości. Zmrużyła oczy i zwinęła dłonie w pięści.
– Dziarski – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Burmistrz Bobromyśla minął ekipę robotników i zbliżył się do Malwiny. Miał na sobie nienagannie dopasowany garnitur, a jego zaczesane na żel włosy układały się w idealną fryzurę. W zarozumiałym uśmiechu, wykrzywiającym przepisowo opaloną twarz, błyskały równe i olśniewająco białe zęby. Malwina nie znosiła w nim absolutnie wszystkiego.
– Jak tam ręka? – zagaił Dziarski.
– Podejdź i sam się przekonaj – rzuciła Malwina tonem groźby.
Przez chwilę wpatrywali się w siebie w milczeniu, ale ani jedno, ani drugie nie zdołało pohamować buzującej w nich złości. Zaczęli wrzeszczeć na siebie w tym samym momencie:
– Kiedy ty się wreszcie obudzisz, Dziarski?! Co?! Będziesz miał krew na rękach! Tego właśnie chcesz?! Myślisz, że uda ci się ją zmyć z tych swoich tępych, obrzydliwych łapsk?!
– Naprawdę jeszcze ci się nie znudziło, Malwino?! Co ty tu w ogóle robisz?! Tu się rozgrywają ważne sprawy! Budujemy obwodnicę! Mamy pełno samochodów, które muszą mieć po czym jeździć! Jak według ciebie ludzie mają się dostać do pracy?!
Gdy oboje wykrzyczeli to, co mieli do wykrzyczenia, Dziarski westchnął ciężko.
– Malwino, nie możemy się wiecznie kłócić o to samo.
– Wcale nie kłócimy się o to „wiecznie” – odbiła piłeczkę Malwina.
Ale polityk miał rację. O to samo spierali się już na schodach ratusza, podczas wieców wyborczych Dziarskiego, a nawet w jego domu!
Malwina skrzyżowała ręce na piersi.
– Mówię serio, Dziarski. Łamiesz prawo. Naprawdę zamierzasz wysadzić jezioro pełne zwierząt?
– Ale przecież tu nie ma żadnych zwierząt – zauważył burmistrz.
– Ha, ha! – wykrzyknęła Malwina. – Bo musisz po prostu być supermegacicho – powiedziała, parafrazując słowa swojej babci. – Wytężyć wzrok i nadstawić ucha. Ciiii.
Przez moment stali w milczeniu… ale nie pojawiło się żadne zwierzę. Ani żaden zwierzęcy odgłos.
Jeden z robotników wyjął telefon z kieszeni i przyłożył go do ucha.
– Hej, kotku. Zapowiada się, że będę dzisiaj później.
– Uch – jęknął Dziarski.
Malwina zmarszczyła czoło. Dziwne… Rozejrzała się… Kurczę, ten Dziarski ma rację.
– Zaraz, gdzie one się podziały? Przecież były tu jeszcze parę dni temu.
– Słuchaj, smarkulo, nie mamy na to czasu – rzucił Dziarski gniewnie.
– Mam dziewiętnaście lat.
– Wszystko jedno! Złaź z tamy!
– Nigdzie się nie wybieram. Nic, co zrobisz…
Chwilę później grupa policjantów ściągnęła dziewczynę z tamy.
– Zostawcie mnie! – krzyczała obrończyni polany, szamocząc się gwałtownie.
– Wybacz, mała – rzuciła policjantka.
Gdy minęli burmistrza, Malwina wrzasnęła:
– Nikt cię nie prosił o tę durną obwodnicę!
– I tu się mylisz – odparł Dziarski. – To dzięki niej drugą kadencję mam w kieszeni.
– Dziarski, nie możesz im zabrać domów – nalegała Malwina, dalej próbując wyrwać się funkcjonariuszom.
– Słuchaj, umówmy się tak – odezwał się burmistrz polubownie – napisz petycję, zbierz podpisy. Wtedy będziemy mogli pogadać. Masz czterdzieści osiem godzin, zanim zaczniemy lać beton. Licząc od… – W tym momencie dał sygnał ręką, a tama eksplodowała!
Malwina krzyknęła z przerażenia. Rzuciła nienawistne spojrzenie Dziarskiemu, a ten w odpowiedzi postukał palcem w zegarek.
Następnego dnia – uzbrojona w gruby plik formularzy i długopis – Malwina zaczęła pukać do drzwi Bobromyślan. Była gotowa poprosić każdego mieszkańca miasta o podpisanie jej petycji w sprawie uratowania ukochanego zakątka jej i jej babci.
Gdy otworzyły się pierwsze drzwi, przywołała na twarz swój najpogodniejszy i najprzyjaźniejszy uśmiech.
– Hej, dzień dobry, jestem Malwina i chciałabym zająć dwie minutki…
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
