Wydawca: Armoryka Kategoria: Języki obce Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 192 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Henryka. Henriette - François Coppée

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej Version bilingue: polonaise et française.

François Edouard Joachim Coppe (1842-1908) - poeta, dramaturg i powieściopisarz francuski. Coppe był popularny i sentymentalnym piewcą Paryża i jego przedmieść. Jego twórczość - pełna pięknych malarskich opisów, pełna jest nostalgii i przesycona romantyzmem. Przykładem jego znakomitego pióra jest także i niniejsza nowela.

François Édouard Joachim Coppée (1842-1908) - dramaturge et romancier français. Coppée fut le poète populaire et sentimental de Paris et de ses faubourgs, des tableaux de rue intimistes du monde des humbles. Poète du souvenir d'une première rencontre amoureuse (« Septembre, au ciel léger »), de la nostalgie d'une autre existence (« Je suis un pâle enfant du vieux Paris ») ou de la beauté du crépuscule (« Le crépuscule est triste et doux »), il rencontra un grand succès populaire. (http://fr.wikipedia.org/wiki/François_Coppée)

Opinie o ebooku Henryka. Henriette - François Coppée

Fragment ebooka Henryka. Henriette - François Coppée

François Coppée

Henryka Henriette

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej Version bilingue: polonaise et française

na język polski przełożyłaKasylda Kulikowska

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Na okładce: Hans Makart (1840–1884),Stehendes Mädchen(1878),

(licencjapublic domain), źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Jean-Marc_Nattier.jpg (This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights). 

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:wydawnictwo.armoryka@interia.pl

Henryka

I.

Kiedy proboszcz dał ostatnie błogosławieństwo i pokropił ciało wodą święconą, przyjaciele i znajomi nieboszczyka a wielkoświatowcy paryscy, wyszedłszy z kościoła, zgromadzili się na placu Świętego Tomasza z Akwinu, tworząc niewielkie grupy, i zaczęli swobodnie gawędzić, uszczęśliwieni, że po mszy, nieskończenie długiej, mogli nareszcie z duszącej atmosfery kadzideł wydostać się na świeże, ostre powietrze, ożywione promieniami marcowego słońca. 

— Ten biedny Bernard.... Jednakże to nieprzyjemnie w czterdziestym drugim roku życia zwinąć swoje manatki! 

— Zapewne. Ale też przyznaj, że się wcale nie szanował. On to dopiero umiał hulać! co? 

— Wydeptał ścieżkę na kobiercu schodów Bignon. 

— Podobno umarł z wyniszczenia?.... 

— Przetrawił się, spopielił!.... Karty, kobiety, wino.... Życie iście szatańskie... Czy nie nadszarpnął cokolwiek majątku? 

— Bynajmniej. Niedawno odziedziczył właśnie po jakiejś starej ciotce sześćkroć sto tysięcy franków. Zdaje się nawet, że zostawił znaczną fortunę żonie i synowi.

— W takim razie piękna pani Bernard wkrótce wyjdzie za mąż.

— Kto wie? Może i nie, ze względu na syna. Podobno ubóstwia swego malca.

W ogóle, nie bardzo żałowano tego nieboszczyka pierwszej klasy, chowanego z całym możliwym przepychem pogrzebowym, na jaki się składają: msza śpiewana, kwiaty nicejskie, kagańce o zielonych płomykach wkoło katafalku i najwspanialszy, jaki być może, mistrz ceremonii! Mężczyzna ogromny, z grobowym wyrazem twarzy, białymi faworytami, jak stary par angielski, człowiek nieoceniony, używany przez zarząd pogrzebowy w ważnych tylko chwilach, a który, jeśli chcecie nawet, grał niegdyś na prowincjonalnych scenach szlachetnych ojców! 

Mimo całej tej okazałości, nieboszczyk pan Bernard des Vignes, deputowany i członek rady głównej w Mayenne, dawny oficer dragonów, kawaler Legii honorowej itd., był oceniany wedle swych zasług przez ludzi, mających z nim bliższe zetknięcie, a którym czarne ubranie i czarne rękawiczki, jakie przywdzieli na ten obrzęd, nie przeszkadzały wypowiadać półgłosem zdań niezupełnie pochlebnych. 

Bo też w istocie zmarły był hulaką najzwyczajniejszym, bez wdzięku, bez elegancji, prawdziwym parafianinem, mimo piętnastu lat spędzonych w Paryżu. Nic pospolitszego nad jego dzieje. Bogaty, w dwudziestym ósmym roku życia poślubił córkę senatora korsykańskiego, osobistego przyjaciela Napoleona III, uroczą pannę Antonini, której piękność trausteweranki zachwycała w swoim czasie Tuileries i Compiègnes. Przez jakiś czas kochał ją po swojemu. Potem nagle ogarnęła go niedorzeczna i nieuzasadniona zazdrość o żonę, podał się o uwolnienie ze stopnia porucznika dragonów cesarzowej, zakopał w swoich dobrach, gdzie nabrał prostaczych zwyczajów, nie zdejmował prawie myśliwskich butów i palił przy obiedzie fajkę, wychylając przy czarnej kawie niezliczoną ilość kieliszków likieru. Urodził mu się syn, jedyna pociecha pani Bernard, zaniedbanej wkrótce przez tego rozpustnika garnizonowego, który już w dwa lata po ślubie robił częste wycieczki do Paryża, aby się nurzać w wielkomiejskim błocie, lub na wsi, na polowaniu, oddawać się swawoli, poprzestając na spożyciu jajecznicy na brudnej ławie, w pierwszej lepszej chacie. 

Pierwszy wystrzał armatni podczas wojny 1870 roku odbił się jednakże echem w duszy tego brutalnego hulaki i przypomniał mu, że był niegdyś żołnierzem. Jako dowódca ruchawki, bił się dzielnie, zyskał ranę i krzyż, a na wyborach był wysłany do Izby ze swego departamentu. Ale jako istota bezmyślna, trzymał się zawsze większości. Z reakcjonisty stał się oportunistą, przerzucał się kolejno z lewicy do prawicy, przemawiał tylko wtedy, kiedy żądał zamknięcia posiedzenia, mimo tego, zawsze był na nowo wybierany. Zmuszony zajęciami do ciągłego przebywania w Paryżu, puścił cugle swemu temperamentowi i oddał się ostatecznej rozpuście. 

Wtedy to pani Bernard została zupełnie zaniedbaną i widywała rzadko i tylko przy obiedzie tego męża, którego nie kochała nigdy, a teraz nim gardziła. Zbyt uczciwa, by się mścić, zbyt dumna, by się żalić, unikała towarzystwa i prawie wiecznie sama w obszernym swym mieszkaniu przy ulicy Malaquais, poświęciła się wyłącznie wychowaniu syna, który, jako przychodni, uczęszczał na kursy do liceum Ludwika Wielkiego i odznaczał się niezwykłą i przedwcześnie rozwiniętą inteligencją. Należała do rzędu tych matek, które uczą się greckiego i łaciny, żeby poprawiać ćwiczenia swych dzieci i przesłuchać ich lekcji. Mówiono o niej z uwielbieniem; bo te kilka kobiet, z którymi była połączona ściślejszymi stosunkami przyjaźni, nie mogły być zazdrosne o ukrywającą się piękność, piękność nietkniętą jednak biegiem czasu, której trzydziestka nadała pełną życia bladość wytwornego marmuru i na której ani wiek, ani smutek, nie zostawiły najmniejszego śladu. Jej niedolę, znoszoną z taką odwagą i godnością, podawano wszędzie jako przykład, a oszczerstwo i złośliwość paryska nawet półuśmiechem nie podkreślała nazwiska pułkownika de Voris, współtowarzysza jej męża, którego uczucia dla pani Bernard des Vignes, nacechowane najwyższą czcią, ośmielały się objawiać rzadkimi bardzo odwiedzinami. 

Nareszcie skończyły się długie męczarnie biednej kobiety. Bernard, gruby Bernard, jak go nazywali jego klubowi przyjaciele, został zabity silniejszą niż zwykle niestrawnością, spowodowaną przejedzeniem się truflami, i na progu świątyni, przy wspaniałej trumnie, na którą czekał karawan, utworzył się tłum dla wysłuchania mowy pogrzebowej. 

Ale, kiedy na kazalnicy wygłaszano kłamstwa, „dobry Francuz, niezwyciężony żołnierz, światły patriota,” wszyscy ci światowcy, znudzeni nieboszczykiem, którym się już za wiele zajmowano, myśleli co najwyżej — jeśli w ogóle o czymkolwiek myśleli — o pięknej i bogatej wdowie, wolnej nareszcie; a kiedy obrzęd się skończył i zgromadzeni zaczęli się rozchodzić, setki razy przy pożegnaniu dało się słyszeć to zdanie: 

— Piękna pani Bernard, od dziś za rok niespełna, wyjdzie za mąż.... Czy chcesz się założyć? 

II.

W kilka tygodni po pogrzebie, pani Bernard des Vignes siedziała nad krosnami, przy oknie w swoim buduarze, okryta żałobą. Oczy jej zadumane błądziły po krajobrazie tak ładnym w dzień pogodny. Ale nie widziała ani delikatnego błękitu wiosennego nieba, ani migocącej w promieniach słonecznych rzeki, po której żwawo uwijało się mnóstwo statków, ani szlachetnej fasady Luwru, ani smukłej kępy drzew przy moście królewskim, których czarne gałęzie zaczynały się już zielenić. Siedząc w fotelu z głową podpartą na dłoni, w sukni czarnej, uwydatniającej kształty wspaniałe pięknej kibici, urocza wdowa odtwarzała w marzeniu całą swą przeszłość. 

Widziała się w Tuileryach, kiedy wsparta na ramieniu ojca, wchodziła po raz pierwszy na pyszne salony. Słyszała poza sobą, wraz z szelestem balowej sukni, szmer uwielbienia. Widziała na twarzach wszystkich, co na nią patrzyli, wyraz zachwytu i półuśmiech jakby podzięki za to, że jest tak piękną. Nawet u cesarza i cesarzowej, kiedy ją przedstawiano, dostrzegła ten sam rodzaj spojrzenia, a gdy orkiestra zabrzmiała świetnymi preludiami walca, zdawało się, że to na jej cześć uderzono w tę pieśń tryumfalną. 

Potem nastąpiło kilka miesięcy olśniewających zabaw i uroczystości. Rozwijała się ta róża zwycięska w gronie dziewic dworskich. Królowa amazonek, mknęła po przez lasy, ozłocone słońcem jesiennym, uczestnicząc w polowaniach w Compiègne. Była ową sławną Bianką Antonini, obok której cesarzowa, ujęta czarem, otaczającym prawdziwą piękność, nie przejechała nigdy bez rzucenia kilku słów miłych i pochlebnych, słuchanych przez nią ze zmieszaniem, ze spuszczonym wzrokiem i głębokim ukłonem. 

Ale cóż! bez majątku, prawie bez grosza posagu... Wprawdzie cesarz wynagrodził krzesłem w senacie zasługi starego Antoniniego, jednego z tych, co łączą w sobie wierność wyżła z fanatyzmem mameluka, i co w każdej chwili gotowi, dla zasłonienia swego pana, nastawić własną pierś pod sztylet zabójczy. Ale oprócz pensji senatora, stary Korsykanin posiadał tylko walący się dom i kilka hektarów ziemi w dzikiej krainie Sartine. 

Niepokalanej uczciwości, ten spiskowiec, którego dobre psie oczy i dobroduszny uśmiech, pod siwym przystrzyżonym po żandarmsku wąsem, sprawiały prawdziwą przyjemność Napoleonowi III, przypominając mu jego młodość i przygody, ten dawny podoficer, który w sprawie strasburskiej narażał się na sąd wojenny i kule plutonu wykonawczego, mógł pokazać w owej epoce najbrudniejszych szacherek ręce zupełnie czyste. Wiedziano, że panna Antonini jest biedna. To też, kiedy Bernard des Vignes, przystojny porucznik dragonów, przetańczył z nią trzy razy z rzędu walca na balu w Tuileryach, wszyscy uważali ją za szczęśliwą, że znalazła partię z dochodem stu tysięcy franków rocznie. 

Wyszła za mąż bez miłości, z rozsądku, dla uspokojenia ojca o swą przyszłość; i nagle, jak sen, znikło jej szczęście. Czekała ją niedorzeczna zazdrość męża i gorzki niesmak, jakiego doznała, przekonawszy się, że człowiek, z którym połączyła swe życie, był najgorszego gatunku rozpustnikiem, ordynarnym hulaką, prawie pijakiem. Gdyby nie nowonarodzony, gdyby nie syn, karmiony jej własną piersią, a którego przyjście na świat przepełniło jej serce i całą istotę najgorętszą miłością macierzyńską, ta godna swego kraju Korsykanka, dumna, czysta, mściwa, była by z pewnością opuściła niegodziwego męża. Ze względu jednak na dziecko, zgodziła się z losem. Ale nowe nieszczęścia ją dotknęły. Cesarstwo upadło, ojciec jej umarł, tknięty apopleksją na wiadomość o poddaniu się Sedanu. Nareszcie po wojnie, mąż, wybrany deputowanym, przywiózł ją do Paryża... I przypomniała sobie długie lata nudów, samotności, spędzonych w tym samym buduarze, przy tym samym oknie, przed tą samą rzeką, płynącą zawsze tak wolno, tak jednostajnie, jak jej życie! 

Wprawdzie miała syna, którego kochała z całą namiętnością uczucia i który w trzynastu latach był już jej towarzyszem, małym mężczyzną. Czyż dotąd nie żyła tylko dla niego? A więc i nadal tak żyć będzie. Zestarzeje się przy nim, ożeni go, zostanie babką. Kochany Armandek! Właśnie czekała na niego, miał wrócić ze szkoły. Rozczulała ją myśl, że za chwilę wejdzie do tego pokoju, smukły, w żałobnym ubraniu, że jej się rzuci na szyję, że wycałuje gorąco czoło tego pracowitego ucznia, że go zatrzyma w swych objęciach, wpatrując się w jego czarne, głębokie oczy, które po niej odziedziczył, oczy czyste, jasne, pełne blasku myśli. 

Jednakże inne jeszcze wspomnienie zaczęło się snuć w marzeniach pani Bertrand. 

Myśli teraz o jedynym przyjaciela swego męża, który stał się także i jej przyjacielem, o jedynym człowieku, który zdołał wzbudzić w niej żywszą sympatią. 

Od kilku już lat, co środa, — był to jej dzień przyjęcia, — około godziny szóstej, to jest w chwili, kiedy nigdy nie była samą, wchodził pułkownik de Voris, chłodny, przyzwoity, cokolwiek sztywny, w surducie zapiętym po wojskowemu, siadał w kółku kobiet, z trudnością naginał się do zwykłej salonowej gawędki o niczym, nie przyjmował podawanej filiżanki herbaty i po kwadransie opuszczał salon. Kocha ją, jest tego pewną, a nie może jej nie wzruszać tyle szacunku i nieśmiałości, szczególniej ze strony bohatera z pod Saint-Privat, który, mając pod sobą zabitego konia, chwycił karabin, jak Ney w Rosji, zebrał i poprowadził do boju oddział swój rozpierzchły. Kocha ją! Czuła to po drżeniu ręki przy pożegnalnym uścisku, ręki, przeszytej na wylot lancą niemiecką, z której przez skromność nigdy nie zdejmował rękawiczki, nie chcąc chwalić się pozostałą po otrzymanej ranie blizną.... 

Gdyby jednakże wyszła po raz drugi za mąż? Ten człowiek, pełen honoru i odwagi, ten rycerz średniowieczny, o młodzieńczym sercu a siwiejących skroniach, byłby dla Armanda opiekunem, kierownikiem w życiu, lepszym od własnego ojca. 

Kiedy o tym myśli piękna wdowa, twarz jej nabiera wyrazu dziwnej słodyczy. Cóż się z nią dzieje? Dlaczego serce uderza silniej i żywiej. 

Wtem służący oznajmia przybycie pułkownika de Voris. 

Wprawdzie należały się jej odwiedziny współczucia po śmierci męża, a tytuł przyjaciela pozwalał mu przyjść każdego dnia i o każdej godzinie. Ale dlaczego właśnie dziś, dlaczego właśnie w chwili, kiedy o nim myślała? Czyż nie dziwny zbieg okoliczności? 

I widząc wchodzącego pułkownika, — zawsze młodego, smukłego, z bardzo czarnym wąsem przy siwiejących włosach, pani Bernard czuje się niezmiernie zmieszaną. Pułkownik się zbliża, podaje rękę, — ową rękę poranioną, — siada i zaczyna mówić o jej żałobie. 

— Nie wątpi pani, że całym sercem odczułem jej boleść. 

Ani słowa więcej o tym przykrym przedmiocie. Z wrodzoną sobie delikatnością rozumie dobrze, że niemile by ją dotknęły obłudne ubolewania. Pyta się o Armanda, a głos jego mięknie, kiedy wymawia imię chłopca. 

Ale rozmowa słabnie, przerywana częstym milczeniem. 

— Przyszedłem także, — rzecze pułkownik z pewnym wahaniem, — prosić panią o radę. 

— O radę? Mnie?.... I w czym? 

— Przed śmiercią męża pani, miałem zamiar wrócić do Algieru. Pragnąłem się oddalić, gdyż cierpiałem bardzo.... Otóż teraz, nowy minister ofiarowuje mi miejsce przy sobie w Paryżu.... Cierpienie, które mię stąd wypędzało nie istnieje, albo przynajmniej nie jest beznadziejne... Waham się.... Mam jechać, czy pozostać? W imię naszej przyjaźni, pytam panią o to po prostu, szczerze. 

Pani Bernard zrozumiała. Pod tą przejrzystą formą, pułkownik pyta, czy może liczyć na nagrodę za swoją milczącą wierność. Niech tylko wymówi wyraz „zostań,” a za rok zostanie żoną człowieka, którego wysoko ceni, który jej osłodzi wspomnienie przebytych dolegliwości, który otoczy ojcowską miłością jej ukochanego Armanda. Jednym słowem, zazna szczęścia, będzie kochała, będzie żyła!.... 

Nagle drzwi się otwierają i świeży dziecięcy głos wykrzykuje: 

— Dzień dobry, mateczko! 

Pani Bernard drgnęła. To jej syn wraca ze szkoły, a cisnąwszy książki na stół, rzuca się matce na szyję. 

— Dzień dobry, chłopcze, — rzecze pułkownik, — czy chcesz mi podać rękę? 

Armand prawie nie zna tego poważnego gościa. Z natury jest cokolwiek dziki. Jednakże dotyka podanej sobie dłoni, ale przez grzeczność tylko, w jego zaś dużych, czarnych oczach czytać można niepokój, prawie podejrzenie. Pani Bernard nie spuszcza wzroku ze swego syna. Widzi, do jakiego stopnia to dziecię i ten człowiek są sobie obcymi i, wzruszona do głębi, wzniosłym, potężnym instynktem macierzyńskim, oblewa się cała rumieńcem wstydu. Wielki Boże! cóż jej za myśli przed chwilą przychodziły do głowy? 

Wtedy, wstając z fotela, przyciąga do siebie Armanda pieszczotliwym ruchem, kładzie ręce na głowie syna i głosem spokojnym, ze spuszczonemi oczyma mówi, stając przed pułkownikiem: 

— Jestem panu dłużna odpowiedź, kochany panie de Voris.... będzie równie uczciwą, jak pańskie pytanie. Sądzę.... tak, sądzę, że lepiej pan zrobisz, jadąc do Algieru. 

Pułkownik ukłonił się z uszanowaniem i wyszedł pewnym krokiem, jak żołnierz, któremu dowódca każe iść na śmierć i który idzie. 

Skończyło się. Piękna pani Bernard nie wyjdzie za mąż po raz drugi. 

III.

Od tej stanowczej chwili, miłość wdowy dla syna wzrosła w stosunku zrobionego poświęcenia i stała się jeszcze namiętniejszą, prawie zazdrosną. Nie mogła się obejść ani chwili bez jego widoku. Jeśli nie patrzała na niego, musiała przynajmniej wiedzieć, że się znajduje pod jednym z nią dachem. Cierpiała, kiedy się oddalał, chociaż zwykle na krótko, gdyż chodził do liceum tylko na kursy, i często, nie mogąc się oprzeć pragnieniu ujrzenia go półgodziny wcześniej, wołała o powóz i kazała się wieźć przed bramę Ludwika Wielkiego. Zwykle przybywała za wcześnie, niecierpliwiła się, rzucała na bramę spojrzenia kochanki, przybyłej przed czasem na schadzkę. Nareszcie usłyszała odgłos bębna, oznajmującego o zamknięciu klasy, i jeśli dzieciak wychodził ostatni, naprawdę ją to bolało i o mało mu nie robiła wymówek, że nie przeczuł jej bytności. Kazała mu prędko wskakiwać do karety, obejmowała go, aby wycałować w czoło, jak gdyby wrócił z długiej podróży, i cały czas tuliła go do siebie, jak skąpiec, ukrywający swój skarb przed chciwcami. 

Czasem Armand wybiegał ze szkoły, śmiejąc się i rozmawiając z którym z towarzyszy; wnet pani Bernard, zaniepokojona, zarzucała go tysiącem pytań: „Jak się nazywa? Kim jest? Kto są jego rodzice? Czy naprawdę chcesz go mieć za przyjaciela?” Jeśli Armand, z właściwym zapałem swego wieku, mówił gorąco o swoim współtowarzyszu, chwalił jego umysł albo dobroć, pani Bernard doznawała uczucia przykrego, patrzała podejrzliwie na tego obcego, co jej w części zabierał dziecko. Była to niesprawiedliwość, o czym wiedziała i o którą się oskarżała. Czyż, przeciwnie, nie powinna się była cieszyć, że jej Armand jest serdecznym i przyjacielskim? 

— Zaproś go do siebie, — mówiła, gwałt sobie zadając. — Będzie mi bardzo przyjemnie przyjąć go w domu. 

Kiedy przyszedł, usiłowała być niezmiernie uprzejmą, jakby się chciała ukarać za niepoczciwe względem niego uczucia. Ale nie bardzo jej się to udawało; nie mogła nad sobą zapanować i dopiero kiedy odszedł, czuła się zupełnie swobodną, bo wtedy miała swego syna wyłącznie dla siebie. 

Armand zdawał sobie doskonale rachunek z uczuć swej matki i rozumiał cały ich despotyzm. Bo zarówno inteligencja, jak serce, rozwinęły się w nim przedwcześnie, do czego bezwarunkowo przyczyniło się wychowanie bardzo pieszczotliwe i przebywanie tylko z matką jedynie. W wykwintnej i wyborowej jego naturze nie pozostał żaden z instynktów egoizmu, brutalstwa, niewdzięczności, tak zwykłych w wieku młodzieńczym. Ten niepospolity chłopiec, który uczył się doskonale i, bawiąc się prawie, zbierał wszystkie wawrzyny uniwersyteckie, rozumiał, usprawiedliwiał i uosabiał serce macierzyńskie, kochające go aż do cierpienia, i dotykał go miłosną i lekką ręką, z delikatnością dojrzałego mężczyzny. 

Bani Bernard doznała nieopisanej radości, poznawszy, jak czule i jak szlachetnie jest kochaną. Zaczęła sobie wyrzucać, że za bardzo pochłania swego syna i za bardzo trzyma go przy sobie. Zapraszała i przyjmowała gościnnie towarzyszy Armanda i pragnęła mu dać więcej wolności. Ale on, zamiast jej nadużywać, tej swobody, jakby to był zrobił każdy na jego miejscu młodzieniaszek, jeszcze większymi i tkliwszymi względami otoczył swoją rodzicielkę. Przez lat kilka pani Bernard czuła się najszczęśliwszą z matek. 

Największą dla niej przyjemność stanowił spacer po ulicach Paryża, pod rękę z synem. Kończył właśnie liceum, był smukłym i ślicznym chłopcem, ubierał się dobrze, zręcznie. Co zaś do pani Bernard, ta zwycięsko przeszła trzydzieści sześć lat życia. Niejedne oczy ich ścigały, gdy przechodzili; ale piękna wdówka nie zwracała nawet uwagi na to, że wszyscy mężczyźni spoglądali z zajęciem na nią; widziała tylko w oczach i na ustach kobiet, rzucających przelotne spojrzenie na jej syna, ten uśmiech zadowolenia, który jasno mówi: „Śliczny chłopiec!” Co zresztą, jak się zdawało, Armandowi było zupełnie obojętnym, a co niesłychaną radością przejmowało matkę, która jasno widziała, że jej syn, taki inteligenty, tak rozwinięty umysłowo, był zarazem tak czystym i tak nic nie wiedział o swej piękności. 

Nieraz myślała o tej ważnej chwili przejścia do dojrzałości, o tej nieuniknionej przemianie młodzieniaszka w mężczyznę. Tak, przyjdzie dzień — dzień przeklęty! — w którym Armand pokocha inną kobietę, pokocha inaczej i silniej. Ta myśl tak ją strasznie bolała, że przez proste tchórzostwo nie chciała się nad nią zastanawiać, odsuwała ją od siebie. Z pewnością, — kiedyś, och! nieprędko jeszcze, — kiedy Armand skończy uniwersytet i obierze sobie stan jakiś, ożeni się. To, to zupełnie naturalne. Wtedy ona postara się być rozsądną, pomoże mu nawet w wyborze towarzyszki, mogącej go uszczęśliwić. Ale kochanka, złodziejka serc młodych, która porywa syna matce i oddaje go ze wzburzonymi zmysłami i zmęczonymi oczyma, taka kobieta, dla zawziętej Korsykanki, dla nieskażonej wdowy po rozpustniku, dla matki wymagającej i zazdrosnej, była już naprzód nieprzyjaciółką ohydną, o której nie mogła myśleć bez zaciśnięcia zębów i gniewnego drżenia w całym ciele. 

IV.

Tę przyszłą rywalkę pani Bernard wprowadziła sama do domu, w chwili, kiedy jej syn, doszedłszy do lat dwudziestu, rozpoczął naukę prawa. 

Nazywała się Henryka Perrin i była zwyczajną szwaczką, dziennie płatną. Przyjaciółka pani Bernard, osoba bardzo litościwa, gorąco poleciła jej to dziewczę, zaledwie dziewiętnastoletnie, sierotę po ojcu i matce, utrzymującą się z pracy rąk. Zarabiała trzy franki dziennie wraz z życiem, i mając tak niewiele, pomagała jeszcze starej ciotce, przy której miała mieszkanie. Na pierwszy zaraz rzut oka, ujęło panią Bernard dziewczątko pełne wdzięku, przyzwoite, ubrane z wrodzonym Paryżankom smakiem, które w sukience z materii po dwadzieścia sous metr, zrobionej własnymi ich rękami, wyglądają jak wielkie panie. Robotnicę polubiła także bardzo Leontyna, stara klucznica, i wydała o niej przed panią sąd najpochlebniejszy. 

— Kochane biedactwo! — mówiła do pani Bernard. — Na ósmą rano przybiega to piechotą, na czczo, z głębi Vaugirard. Po wypiciu kawy, którą jej daję, siada zaraz przy oknie w małym saloniku, spokojna, jak kotek, szmeru nie robi tyle nawet, co myszka! Nazywam ją panna Cichuteńka! Cały dzień igła w ręku. I szyje to, szyje.... A przy tym jaka ładna. Czy pani uważała jej śliczne blond włosy?.... w pasie można by ją objąć dwiema rękami.... Tak, jak pani kazała, przynoszę jej obiad na mały stoliczek. Pani ma słuszność, że dla takiego stworzenia młodego, usługa i towarzystwo lokajów na nic się nie zda. Je bardzo czysto, ani kruszynki chleba nie upuści. Jednego dnia rozmawiałyśmy troszkę. Ma ona dosyć na głowie! Niech sobie pani wyobrazi, że bez niej dziś jej stara ciotka byłaby żebraczką chyba, wyciągającą rękę do przechodniów. Takie to młode i już spadają na nią obowiązki rodzinne! Czy to nie budzi litości! 

Pani