Gra szklanych paciorków - Hermann Hesse - ebook
Opis

Kolejny tom w nowej edycji klasycznych dzieł Hermana Hessego. Spragniony sensu życia Sinclair, znudzony iluzorycznością świata, w którym się wychował, wyrusza w fascynującą duchową podróż. Stawia pytania, które mają go doprowadzić do prawdziwego oświecenia, a w poszukiwaniu niełatwych odpowiedzi wspomaga go niezwykły przyjaciel – Max Demian. Ta pasjonująca opowieść o budowaniu własnej tożsamości pióra noblisty Hermana Hessego porusza kwestie o wymiarze tak uniwersalnym, że niezmiennie chwyta za serce zarówno dojrzewających, jak i dojrzałych czytelników na całym świecie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 857

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:DAS GLASPERLENSPIEL. VERSUCH EINERLEBENSBESCHREIBUNG DES MAGISTER LUDI JOSEFKNECHT SAMT KNECHTS HINTERLASSENEN SCHRIFTEN
Copyright © 1943 by Hermann Hesse Renewal copyright © 1971 by Heiner Hesse All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin. Copyright © 2018 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o. Copyright © for the Polish translation by Aleksander Wirpsza
Projekt graficzny serii i układ typograficznyAndrzej Komendziński
Zdjęcia na okładceDenis Belyaevskiy/shutterstock, pexels
Redaktor serii oryginalnej Volker Michels
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Tekst powieści na podstawie wydania Państwowego Instytutu Wydawniczego, Warszawa 1999
ISBN 978-83-8008-487-2
Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 [email protected]
Konwersja: eLitera s.c.

Wędrowcom Wschodu

...non entia enim licet quodammodo levibusque hominibus facilius atque incuriosius verbis reddere quam entia, verumtamen pio diligentique rerum scriptori plane aliter res se habet: nihil tantum repugnat ne verbis illustretur, at nihil adeo necesse est ante hominum oculos proponere ut certas quasdam res, quas esse neque demonstrari neque probari potest, quae contra eo ipso, quod pii diligentesque viri illas quasi ut entia tractant, enti nascendique facultati paululum appropinquant.

ALBERTUS SECUNDUS

tract. de cristall, spirit. ed. Clangor et Collof. lib. I, cap. 28

W odręcznym przekładzie Józefa Knechta:

...choć bowiem ludziom lekkomyślnym mniejszą poniekąd odpowiedzialność i trudność oznacza przedstawianie słowami rzeczy nieistniejących niż istniejących, jednak dla pobożnego a sumiennego dziejopisa rzecz ma się zgoła przeciwnie: nic trudniejszego nad ukazanie w słowach, jednocześnie przecie nic też konieczniejszego nad ukazanie ludziom pewnych rzeczy, których istnienie ani daje się udowodnić, ani jest możliwe, które wszelako właśnie wskutek tego, iż ludzie pobożni a sumienni jako istniejące je traktują, przybliżone zostają o krok do bytu i możliwości swych narodzin.

.

W książce tej zamierzamy zawrzeć skąpe materiały biograficzne, jakie zdołaliśmy odnaleźć na temat Józefa Knechta, magistra ludi, Józefa III, jako nazywany jest w archiwach gry szklanych paciorków. Nie zamykamy oczu na fakt, że próba ta stanowi, lub co najmniej wydaje się stanowić sprzeczność z istniejącymi zasadami i obyczajami życia duchowego. Jedna bowiem z kardynalnych reguł duchowego naszego żywota polega przecież na zatarciu indywidualności, na możliwie najdoskonalszym podporządkowaniu jednostki nauce oraz hierarchii urzędu pedagogicznego. A zasada ta została w ciągu wieloletniej tradycji tak dalece urzeczywistniona, że trudno dziś niesłychanie, a w wielu wypadkach okazuje się to wręcz niemożliwe, odnaleźć biograficzne lub psychologiczne szczegóły, dotyczące poszczególnych osób, które wybitne usługi oddały owej hierarchii; w nader licznych przypadkach nie można już nawet ustalić imion tych osób. Do cech życia duchowego naszej prowincji przynależy już po prostu, iż hierarchiczna jego organizacja hołduje ideałowi anonimowości i że bardzo bliska jest urzeczywistnienia owego ideału.

Lecz jeśli mimo to obstawaliśmy przy naszej próbie ustalenia pewnych szczegółów z życia magistra ludi Józefa III i naszkicowania sobie, choćby pobieżnie, obrazu jego osobowości, postępowaliśmy tak – jak mniemamy – nie z racji kultu jednostki ani nieposłuszeństwa względem obyczajów, lecz przeciwnie, powodowani jedynie chęcią oddania przysługi prawdzie i nauce. Myśl to nienowa: im ostrzej i bezwzględniej formułujemy jakąś tezę, tym nieuchronniej domagać się ona będzie antytezy. Uznajemy i szanujemy ideę stanowiącą podstawy anonimowości naszych instytucji i naszego życia duchowego. Wszelako wgląd w prehistorię owego życia, mianowicie w dzieje rozwoju gry paciorków szklanych, wykazuje niezbicie, iż każda faza tego rozwoju, każda jego rozbudowa, każda zmiana, każda istotna cezura, niezależnie od tego, czy będziemy je sobie tłumaczyć w sposób postępowy, czy konserwatywny, nieodmiennie ukaże nam wprawdzie nie jednego i właściwego jej sprawcę, lecz najwyraźniejsze jej oblicze właśnie w postaci tego, kto ową zmianę wprowadził, stając się narzędziem przekształcenia i udoskonalenia.

Wprawdzie to, co dziś rozumiemy jako osobowość, różni się znacznie od pojęć, jakie na ten temat mieli biografowie i historycy w czasach dawniejszych. Dla nich, zwłaszcza zaś dla autorów z owych epok, w których występowały tak wyraźne skłonności biograficzne, istotę osobowości zdawało się tworzyć wszystko, co wyjątkowe, anormalne i niepowtarzalne, częstokroć wręcz patologiczne, podczas gdy my, współcześni, dopiero wówczas mówić zaczynamy o wybitnej osobowości, gdy napotykamy ludzi, którym udało się bez śladu aspiracji do jakiejkolwiek oryginalności czy niezwykłości, w sposób możliwie najdoskonalszy podporządkować się ogólnie obowiązującym zasadom i najdoskonalej służyć temu, co ponadosobowe. Dokładniej rzecz rozpatrując, stwierdzimy, że już starożytni znali ów ideał: postać „mędrca” czy „człeka doskonałego” na przykład u dawnych Chińczyków lub sokratyczny ideał nauki o cnocie ledwo da się odróżnić od dzisiejszego naszego ideału, niejedna zaś wielka organizacja duchowa, choćby Kościół Rzymski w okresach swej największej potęgi, znała podobne zasady, niektóre zaś z najwybitniejszych jej postaci, na przykład Święty Tomasz z Akwinu, wydają się nam, na podobieństwo wczesnych rzeźb greckich, raczej klasycznymi przedstawicielami pewnych typów niż pojedynczymi osobami. Lecz mimo wszystko ów dawny, prawdziwy ideał zaginął niemal całkowicie w czasach poprzedzających reformację życia duchowego, która rozpoczęła się w dwudziestym stuleciu i której jesteśmy spadkobiercami. Zdumiewamy się, odnajdując w ówczesnych biografiach obszerne relacje o liczbie rodzeństwa bohatera lub też o psychicznych urazach czy uszczerbkach, jakich doznał, odrywając się od dzieciństwa wskutek dojrzewania, walki o uznanie lub zalotów miłosnych. Nas dzisiaj nie interesuje ani patologia, ani dzieje rodziny, ani popędy, ani trawienie, ani też sen bohatera; nawet historia jego duchowego rozwoju i wykształcenia przez ulubione studia i ulubioną lekturę etc. wydaje się nam niezbyt ważna. Bohaterem godnym szczególnego zainteresowania jest dla nas jedynie ten, kto z natury i dzięki wychowaniu potrafi zatracić w sposób niemal doskonały własną osobę w jej funkcji hierarchicznej, nie tracąc jednak przy tym silnego, świeżego a godnego podziwu impulsu, decydującego o indywidualnej wartości. Jeśli zaś pomiędzy jednostką i hierarchią powstają konflikty, uważamy je właśnie za kamień probierczy danej osobowości. I choć bynajmniej nie aprobujemy buntownika, którego do naruszenia ładu społecznego nakłaniają żądze i namiętności, czcimy przecież pamięć prawdziwie tragicznych ofiar.

Tam właśnie, wobec bohaterów, wobec tych ludzi prawdziwie za przykład służyć mogących, zainteresowanie osobą, imieniem, obliczem i gestem wydaje nam się dozwolone i oczywiste, gdyż nawet w najdoskonalszej hierarchii, najsprawniejszej organizacji bynajmniej nie widzimy maszyny złożonej z martwych, w istocie obojętnych części, lecz żywe, z cząstek złożone, a przez organa swoje ożywione ciało, którego każda cząstka zachowuje swą właściwość i swobodę, współuczestnicząc w cudzie życia. W tym też sensie usiłowaliśmy zebrać wiadomości o życiu mistrza gry szklanych paciorków, Józefa Knechta, zwłaszcza zaś o wszystkim, co sam napisał; zdobyliśmy też sporo rękopisów, które uważamy za godne przeczytania.

To, co mamy do przekazania o życiu i osobie Knechta, znane jest już zapewne w całości lub po części członkom zakonu, a zwłaszcza graczom szklanych paciorków, i choćby z tej już przyczyny książka nasza zwraca się nie tylko do tego grona, lecz spodziewa się uzyskać i poza nim pełnych zrozumienia czytelników.

Dla węższego owego kręgu książka nasza nie potrzebowałaby wstępu ani komentarza. Ponieważ jednak pragniemy pozyskać dla życiorysu i pism naszego bohatera grono czytelników i spoza zakonu, przypadło nam w udziale niełatwe raczej zadanie opatrzenia tej książki – dla owych mniej przygotowanych czytelników – niewielkim, popularnym wprowadzeniem w sens i dzieje gry szklanych paciorków. Podkreślamy, że wstęp ów jest i pragnie być popularny, bynajmniej nie roszcząc sobie pretensji do wyjaśniania dyskutowanych w obrębie samego zakonu problemów gry i jej historii. Nie czas jeszcze na obiektywne ujęcie tego tematu.

Nie należy tedy oczekiwać od nas pełnej historii i teorii gry szklanych paciorków, godniejsi bowiem i zręczniejsi od nas autorzy nie sprostaliby dziś takiemu zadaniu. Jeśli źródła, a także predyspozycje duchowe przedtem nie zaginą – zadanie to przypadnie na czasy późniejsze. A podręcznikiem gry szklanych paciorków praca nasza tym bardziej być nie może; takiego podręcznika nikt zresztą nigdy nie napisze. Reguł tej arcygry nie można przyswoić sobie inaczej niż w zwykły, przepisowy sposób, wielu lat wymagający, a nikt z wtajemniczonych nie byłby zainteresowany jakimkolwiek ułatwianiem nauki owych zasad.

Reguły te, mowa znaków i gramatyka gry, stanowią rodzaj wysoce rozwiniętego, tajemnego języka, w którym udział swój mają przeróżne nauki i sztuki, zwłaszcza jednak matematyka i muzyka (albo teoria muzyki), a który wyraża treść i rezultaty niemal wszelkich nauk, wzajemne mogąc tworzyć pomiędzy nimi związki. Gra szklanych paciorków jest zatem grą wszelkimi treściami i wartościami naszej kultury, igra nimi zapewne tak, jak w okresie rozkwitu sztuk pięknych malarz igrał barwami swojej palety. Cokolwiek ludzkość w twórczych swoich epokach wydała w zakresie wiedzy, szczytnych myśli i dzieł sztuki, co późniejsze czasy uczonej refleksji sprowadziły do pojęć i uczyniły naszym dobrem intelektualnym, cały ów ogromny zasób duchowych wartości służy graczowi szklanych paciorków, który gra na nich tak, jak organista na organach, a instrument ów jest niewiarygodnie doskonały, manuały jego i pedały penetrują cały duchowy kosmos, liczba rejestrów jest niemal niezliczona i teoretycznie można by z pomocą tego instrumentu odtworzyć w grze intelektualną treść całego świata. Lecz owe manuały, pedały i rejestry są już niezmienne, zmiana ich liczby i układu lub próby ich udoskonalenia możliwe są właściwie już tylko w teorii: wzbogacenie języka gry przez włączenie doń nowych treści podlega jak najsurowszej kontroli najwyższego zwierzchnictwa. Natomiast w obrębie tych niezmiennych ram czy też, pozostając przy naszym porównaniu, w zakresie skomplikowanego mechanizmu tych olbrzymich organów, każdy gracz korzystać może z mnóstwa możliwości i kombinacji, a jest rzeczą niemal niemożliwą, by spośród tysiąca ściśle przeprowadzonych gier dwie nawet wykazywały inne niż zaledwie powierzchowne do siebie podobieństwo. Gdyby nawet kiedyś przypadkiem zdarzyć się miało, że dwóch graczy uczyni treścią swej gry dokładnie tę samą, niewielką grupkę tematów, obie te gry mogłyby przedstawiać się i przebiegać zupełnie inaczej, w zależności od sposobu myślenia, charakteru, nastroju i wirtuozerii graczy.

Ostatecznie jest kwestią upodobań historyka, jak daleko zechce przesunąć w czasie początki i prehistorię gry szklanych paciorków. Albowiem, jak każda wielka idea, nie miała ona właściwie początku, lecz w zamyśle istniała zawsze. Zaczątki jej odnajdujemy jako ideę, przeczucie czy marzenie już w wielu dawniejszych epokach, na przykład u Pitagorasa, następnie w późnym okresie kultury antycznej, w kręgu hellenistyczno-gnostycznym, jak również u dawnych Chińczyków, w szczytowych momentach rozwoju arabsko-mauretańskiego życia duchowego, dalej zaś ślady jej prehistorii wiodą poprzez scholastykę i humanizm ku akademiom matematycznym siedemnastego i osiemnastego wieku, aż po filozofie romantyczne i runy magicznych rojeń Novalisa. Ta sama odwieczna idea, która dla nas wcieliła się w grę szklanych paciorków, przyświecała wszelkim dążeniom ducha ku idealnemu celowi jakiejś universitas litterarum, każdej akademii platońskiej, wszelkim igraszkom intelektualnej elity, wszelkiej próbie zbliżenia pomiędzy naukami ścisłymi i wyzwolonymi, wszelkim usiłowaniom pogodzenia nauki ze sztuką czy religii ze sztuką. Umysłom takim jak Abelard, Leibniz, Hegel, niewątpliwie znane były marzenia o ujęciu duchowego uniwersum w koncentryczne systemy i o połączeniu żywego piękna intelektu oraz sztuki z magiczną siłą formułowania nauk ścisłych. W owych czasach, gdy muzyka i matematyka przeżywały niemal jednocześnie okres klasyczny, częste były przyjaźnie i wzajemne zapłodnienia pomiędzy obu tymi dyscyplinami. A dwieście lat wcześniej znajdujemy u Mikołaja z Kuzy zdania przesycone tą samą atmosferą, na przykład takie: „Umysł dostosowuje się do potencjalności, by wszystko na modłę potencjalności zmierzyć, oraz do absolutnej konieczności, by wszystko zmierzyć zdołał na modłę jedności i prostoty, tak, jako Bóg czyni, a także do konieczności powiązań, by wszystko ze względu na właściwości mierzyć, wreszcie też dostosowuje się do zdeterminowanej potencjalności, by mierzyć wszystko ze względu na jej egzystencję. Ponadto jednak umysł mierzy również symbolicznie, przez porównania, wtedy gdy posługuje się liczbą i figurami geometrycznymi, odwołując się do nich jako do symboli”. Nie tylko zresztą ta jedna myśl Kuzańczyka zdaje się już niemal wskazywać na naszą grę szklanych paciorków czy też wywodzi się z wyobrażeń podobnych do jego myślowych igraszek; można by znaleźć u niego sporo, a nawet bardzo wiele takich podobieństw. Również przyjemność, jaką znajdował w matematyce, oraz radość i umiejętność, z jaką potrafił się posługiwać figurami i pewnikami geometrii euklidesowej przy wyjaśnianiu pojęć teologiczno-filozoficznych, wydają się bardzo bliskie mentalności naszej gry; nierzadko zaś nawet rodzaj jego łaciny (której słowa częstokroć zostały przezeń wynalezione, mimo iż zrozumiałe są dla każdego latynisty) przypomina swobodnie rozigraną elastyczność języka gry naszej.

Albertus Secundus, na co wskazuje już motto naszej rozprawy, w nie mniejszym stopniu należy również do prekursorów gry szklanych paciorków. A przypuszczamy, nie mogąc jednak poprzeć tego cytatami, że zamysł owej gry fascynował również owych uczonych muzyków w szesnastym i osiemnastym stuleciu, którzy kompozycje swoje opierali na spekulacjach matematycznych. W dawnym piśmiennictwie natrafiamy tu i ówdzie na legendy o mądrych, magicznych grach, wynajdywanych i uprawianych przez uczonych, mnichów lub na życzliwych umysłowym igraszkom dworach książęcych – na przykład w postaci szachów, których figury i pola miały, oprócz potocznych, także tajemne znaczenia. Ogólnie znane są też relacje, baśnie i klechdy z okresu młodości wszelkich kultur, przypisujące muzyce – w zasięgu znacznie przekraczającym wszelkie dziedziny sztuki – moc ujarzmiania dusz i ludów, czyniące ją tajemnym władcą czy też kodeksem dla państw i ludzi. Od pradawnych Chin aż po podania Greków spełnia swą rolę owa myśl o jakimś idealnym, niebiańskim życiu ludzi pod hegemonią muzyki. I z owym kultem muzyki („wśród wiecznych przemian na tym padole pozdrawia nas tajemna pieśni moc” – Novalis) złączona jest jak najściślej gra szklanych paciorków.

Lecz mimo iż samą ideę owej gry uznajemy za wieczną, i dlatego na długo już przed jej urzeczywistnieniem istniejącą i żywotną, realizacja jej w znanej nam formie ma określoną własną historię, o której najważniejszych etapach postaramy się pokrótce opowiedzieć.

Ruch umysłowy, do którego owoców należy – wśród wielu innych – ustanowienie zakonu i gra szklanych paciorków, wywodzi się z pewnego okresu historycznego, który od czasu zasadniczych badań dokonanych przez historyka literatury, Pliniusa Ziegenhalsa, nosi sformułowaną przezeń nazwę „epoki felietonu”. Nazwy takie są ładne, lecz niebezpieczne, nieustannie bowiem nakłaniają do niesprawiedliwej oceny jakiegoś okresu ludzkiego życia z czasów dawniejszych, a przecież „epoka felietonu” wcale nie była bezduszna ani nawet uboga duchem. Nie potrafiła tylko – jak zdaje się wynikać z wywodów Ziegenhalsa – wykorzystać należycie tego swojego intelektu lub raczej nie umiała wyznaczyć mu właściwego miejsca i funkcji w ekonomii życia i państwa. Prawdę mówiąc, bardzo niewiele wiemy o owej epoce, mimo iż stanowi ona podłoże, z którego wyrosło niemal wszystko, co dzisiaj stanowi cechy naszego życia duchowego. Była to – według Ziegenhalsa – epoka niesłychanie „mieszczańska”, hołdująca wybujałemu indywidualizmowi, a jeśli dzisiaj, chcąc nieco wyraźniej określić jej atmosferę, przytaczamy pewne jej cechy według relacji Ziegenhalsa, wiemy przynajmniej na pewno, iż cechy te nie są wymyślone, nadmiernie przesadzone ani przerysowane, zostały bowiem udokumentowane przez owego wielkiego badacza mnóstwem literackich i innych dokumentów. Przyłączamy się do tego uczonego, który jedyny dotychczas zaszczycił „epokę felietonu” poważnymi badaniami, a pamiętamy przy tym również, że łatwo jest i głupio wydziwiać nad błędami i przywarami odległych czasów.

Rozwój życia duchowego w Europie zdawał się wykazywać od schyłku średniowiecza dwie wielkie tendencje: do oswobodzenia wiary i myśli od wszelkich autorytatywnych wpływów, czyli do walki czującego się już niezależnym i dojrzałym rozumu przeciw władzy Rzymskiego Kościoła, i – z drugiej strony – do tajemnego, lecz namiętnego poszukiwania legalizacji tej swojej swobody, zgodnie z nowym, z niego samego się wywodzącym i adekwatnym mu autorytetem. Uogólniając, rzec chyba można, iż w zasadzie umysł ludzki wygrał ową, częstokroć w osobliwe sprzeczności obfitującą walkę o dwa w zasadzie sprzeczne ze sobą cele. Czy zysk ów równoważy niezliczone ofiary, czy obecny ład naszego życia duchowego jest już absolutnie doskonały i potrwa dostatecznie długo, by wszelkie cierpienia, wynaturzenia i konwulsje – od procesów kacerskich i płonących stosów, aż po losy wielu, obłędem lub samobójstwem kończących „geniuszy” – wydać nam się mogły ofiarą sensowną, pytać nam nie wolno. Działy się dzieje – a czy były dobre, czy też lepiej, aby się nie przydarzyły, czy zdołamy dostrzec ich „sens” – nie ma znaczenia. Tak tedy toczyły się też owe walki o „wolność” ducha i właśnie w owej późnej, felietonowej epoce doprowadziły do tego, iż umysł istotnie cieszył się niesłychaną, trudną już dlań nawet do zniesienia wolnością, przezwyciężywszy całkowicie kuratelę kościelną, a państwową po części, nadal jednak jeszcze nie znajdując prawdziwego, przez siebie sformułowanego i respektowanego prawa, prawdziwego, nowego autorytetu i legalności. Przykłady poniżenia, sprzedajności i przeniewierstwa duchowego w owej epoce, o których opowiada nam Ziegenhals, istotnie są poniekąd zdumiewające.

Wyznać musimy, iż nie jesteśmy w stanie dać jednoznacznej definicji owych produktów, według których nazwaliśmy tę epokę, mianowicie „felietonów”. Wydaje się, że produkowano ich miliony, gdyż stanowiły ulubioną część materiałów codziennej prasy i zasadniczy pokarm żądnych edukacji czytelników, opowiadały, czy raczej „gawędziły”, o tysiącach zagadnień naukowych, a wydaje się też, iż co mądrzejsi spośród owych felietonistów częstokroć naśmiewali się z własnej roboty, Ziegenhals przynajmniej wyznaje, że natrafił na liczne takie prace, które skłonny jest uważać za autorskie autopersyflaże, gdyż inaczej byłyby całkiem niezrozumiałe. Być może, że w tych na przemysłową modłę produkowanych artykułach ukryto mnóstwo ironii i autoironii, dla których zrozumienia należałoby dopiero znaleźć odpowiedni klucz. Producenci owych igraszek należeli po części do redakcji gazet, po części byli „wolnymi” pisarzami; często nawet poetami ich nazywano, lecz bardzo wielu spośród nich należało – zdaje się – także do stanu uczonych, bywali nawet sławnymi profesorami wyższych uczelni. Ulubionymi tematami takich artykułów były anegdoty z życia wybitnych mężczyzn czy kobiet oraz ich korespondencja, a zatytułowane były na przykład: „Fryderyk Nietzsche a moda damska około 1870 roku” lub „Ulubione potrawy kompozytora Rossiniego”, albo „Rola piesków pokojowych w życiu wielkich kurtyzan” – lub podobnie. Ponadto lubowano się w historiozoficznych rozważaniach na aktualne tematy, stanowiące przedmiot konwersacji ludzi zamożnych, na przykład „Marzenia o sztucznym wytwarzaniu złota w ciągu stuleci” albo „Próby chemicznego i fizycznego oddziaływania na stan pogody”, i setki podobnych kwestii. Czytając przytaczane przez Ziegenhalsa tytuły takich gawęd, dziwimy się nie tyle faktowi, że istnieli ludzie, którzy pochłaniali je jako codzienną lekturę, ile raczej temu, że znani, cenieni i należycie wykształceni autorzy pomagali w „obsługiwaniu” owej olbrzymiej konsumpcji błahych ciekawostek, albowiem, co charakterystyczne, zajęcie to nazywano „obsługą”, a określenie to wyraża również ówczesny stosunek człowieka do maszyny. Niekiedy znów lubowano się szczególnie w indagowaniu znanych osobistości na aktualne tematy, każąc na przykład wybitnym chemikom lub pianistom-wirtuozom wypowiadać się na temat polityki, ulubionych aktorów, tancerzy, akrobatów, lotników albo poetów w kwestii wad i zalet stanu kawalerskiego, domniemanych przyczyn kryzysów finansowych i tak dalej. Chodziło przy tym wyłącznie o skojarzenie znanego nazwiska z aktualnym właśnie tematem: wystarczy przeczytać u Ziegenhalsa wręcz zdumiewające niekiedy przykłady, przytacza ich setki. Jak już wspominaliśmy, cała ta krzątanina odbywała się zapewne z przymieszką sporej dawki ironii; być może była to nawet demoniczna, rozpaczliwa ironia, z trudem wielkim potrafimy to sobie wyobrazić, lecz tłumy publiczności, które zdawały się przejawiać wówczas zadziwiający zapał czytelniczy, przyjmowały niewątpliwie wszystkie te groteskowe rzeczy z pełną ufności powagą. I jeśli znany jakiś obraz zmieniał właściciela, zlicytowano jakiś cenny rękopis, spłonął jakiś stary zamek, członek jakiejś starej arystokratycznej rodziny zamieszany został w jakiś skandal – czytelnicy nie tylko dowiadywali się z wielu tysięcy felietonów o samych faktach, lecz otrzymywali ponadto jeszcze tego samego dnia lub nazajutrz mnóstwo anegdotycznych, historycznych, psychologicznych, erotycznych i innych materiałów dotyczących tej, w danej chwili aktualnej, kwestii; w sprawie każdego aktualnego wydarzenia wylewał się istny potop skrzętnej pisaniny, a przekazywanie, klasyfikowanie i formułowanie wszystkich tych informacji miało wszelkie cechy śpiesznie i bez poczucia odpowiedzialności wytwarzanego masowego towaru. Z felietonem zresztą, jak się wydaje, łączyły się także pewne gry, do których zachęcano czytelników, pobudzając przeciążone nadmiarem wiadomości umysły; mówi o tym długi wywód Ziegenhalsa na dziwaczny temat „krzyżówek”. Setki tysięcy ludzi, którzy przeważnie ciężką wykonywali pracę i ciężkie też mieli życie, schylało się podówczas w wolnych chwilach nad złożonymi z liter kwadracikami i krzyżykami, wypełniając według określonych reguł gry istniejące w nich luki. Pragniemy ustrzec się przed dostrzeganiem jedynie śmiesznej lub szaleńczej strony tego zjawiska, wstrzymamy się też od pokpiwania z tego. Ludzie ci bowiem, wraz z dziecinnymi swymi zgadywankami i instruktywnymi artykułami, nie byli wcale naiwnymi dziećmi ani rozbawionymi Feakami, tkwili natomiast, zalęknieni, pośród politycznych, gospodarczych i moralnych wstrząsów tektonicznych i fermentów, wiedli sporo straszliwych wojen i wojen domowych, a ich małe gry dydaktyczne były nie tylko wdzięczną, bezmyślną dziecinadą, lecz odpowiadały głębokiej potrzebie przymknięcia oczu i ucieczki przed nierozwiązanymi problemami i przerażającymi przeczuciami zagłady w na wskroś – o ile możności – nieszkodliwy świat pozorów. Wytrwale uczyli się kierowania samochodami i trudnych gier karcianych i marzycielsko oddawali się rozwiązywaniu krzyżówek – ponieważ niemal bezbronnie stali wobec śmierci, lęku przed bólem i głodem, niepocieszani już przez Kościół ani niewspierani radami rozumu. Oni, którzy czytali tak wiele artykułów i tylu słuchali wykładów, nie umieli zdobyć się na wysiłek i znalezienie czasu, by uodpornić się na lęki, zwalczyć w sobie strach przed śmiercią; żyli z dnia na dzień, wśród drgawek, bez wiary w jakiekolwiek jutro.

Wygłaszano bowiem też prelekcje i musimy pokrótce omówić również i tę nieco wytworniejszą odmianę felietonu. Ówczesnym obywatelom, nadal mocno jeszcze przywiązanym do pojęcia edukacji, wyzutego już z dawnego swego znaczenia, zarówno specjaliści, jak i hochsztaplerzy intelektualni oferowali prócz artykułów również liczne wykłady, nie tylko w postaci uroczystych przemówień przy szczególnych okazjach, lecz pośród gwałtownej konkurencji i w niebywałych wręcz ilościach. Obywatel przeciętnego miasta lub żona tegoż obywatela mogli na ogół raz w tygodniu, a w miastach większych prawie co wieczór, słuchać wykładów, w których pouczano ich teoretycznie o dziełach sztuki, pisarzach, uczonych, badaczach i podróżach dookoła świata, wykładów, podczas których słuchacz pozostawał na wskroś bierny, a które na zasadzie milczącej umowy z góry już przewidywały jakieś nastawienie owego słuchacza do ich treści, jakiś poziom jego wykształcenia, jakieś uprzednie przygotowanie i chłonność umysłu, których przeważnie brakowało. Zdarzały się wykłady interesujące, błyskotliwe lub dowcipne, na przykład o Goethem, który wysiadał w błękitnym fraku z dyliżansów i uwodził dziewczęta w Strasburgu lub Wetzlarze, albo o kulturze arabskiej, gdy kilkanaście modnych, intelektualnych terminów mieszano ze sobą niczym kostki do gry, wytrząsane w kubku, a każdy cieszył się niezmiernie, jeśli zdołał choć jeden z nich choćby w przybliżeniu rozpoznać. Słuchano prelekcji o pisarzach, których dzieł nikt nigdy nie czytał ani miał zamiar czytać, i oglądano wyświetlane podczas nich za pomocą projektorów reprodukcje, przedzierając się, zupełnie tak samo jak przy dziennikarskich felietonach, przez istne chaszcze oderwanych, pozbawionych sensu wartości dydaktycznych i okruchów wiedzy. Słowem, znajdowano się już o krok od owej koszmarnej dewaluacji słowa, która początkowo wywołała jedynie potajemnie i w najmniejszych grupkach heroiczno-ascetyczny odruch sprzeciwu, który już wkrótce potem ujawnił się, wzrósł w siłę i dał początek nowym rygorom i nowej godności umysłu.

Niepewność i nieautentyczność życia intelektualnego owych czasów, przejawiających przecież w niejednej dziedzinie aktywność i wielkość, tłumaczymy sobie dzisiaj jako objaw przerażenia, które ogarnęło umysły, gdy pod koniec epoki pozornych sukcesów i rozkwitu stanęły one nagle w obliczu nicości: wielkiej nędzy materialnej, burz politycznych i wojennej zawieruchy oraz niespodzianie kiełkującej nieufności wobec samych siebie, własnej mocy i godności, nawet wobec własnego istnienia. A przecież na ów okres katastroficznych nastrojów przypada jeszcze niejedno wzniosłe osiągnięcie intelektualne; powstały wówczas również zaczątki wiedzy muzycznej, której wdzięcznymi spadkobiercami my właśnie jesteśmy. Lecz choć tak łatwo uporządkować dowolne odcinki przeszłości i rozmieścić je w dziejach świata sensownie i pięknie, żadna teraźniejszość nie potrafi zaszeregować samej siebie, a wówczas – gdy wszelkie intelektualne ambicje i osiągnięcia spadły na nader niski poziom – szerzyć się jęła właśnie wśród intelektualistów straszliwa niepewność i rozpacz. Dokonano bowiem właśnie odkrycia (od czasów Nietzschego odkrycie owo już tu i ówdzie przeczuwano), iż młodzieńczy, twórczy okres naszej kultury przeminął, a rozpoczęła się era starości i zmierzchu, i opierając się na tym, nagle przez wszystkich odczutym, a przez wielu wyraźnie sformułowanym poglądzie, wyjaśniano sobie liczne przerażające cechy czasu: jałową mechanizację życia, głęboki upadek moralności, brak wiary wśród narodów, nieprawdziwość sztuki. Zabrzmiała – jak w owej cudownej baśni chińskiej – „muzyka zagłady”; przez wiele dziesiątków lat dźwięczała niczym długotrwałe dudnienie organowych basów, wdarła się potem w postaci korupcji do szkół, czasopism i akademii, w postaci melancholii i chorób umysłowych dotarła do większości tych artystów i krytyków, których można było jeszcze traktować poważnie, rozhulała się w postaci dzikiej a dyletanckiej nadprodukcji we wszelkich dziedzinach sztuki. Różne przyjmowano postawy wobec tego wroga, który wtargnął oto i nie pozwalał się już przepędzić. Można było w milczeniu uznać i znosić ze stoicyzmem tę gorzką prawdę – co czynili niektórzy spośród najlepszych. Można było próbować przesłaniania jej kłamstwem: tu niektórzy literaccy głosiciele nauki o zagładzie kultury stanowili dogodny cel ataków; wreszcie każdy, kto podejmował walkę z owymi groźnymi prorokami, znajdował uznanie i posłuch u współobywateli, albowiem pogląd, że kultura, której posiadaniem szczycili się jeszcze wczoraj i tak z niej byli dumni, już nie żyje, że tak przez obywateli umiłowane wykształcenie i tak przez nich ukochana sztuka nie są już wcale prawdziwym wykształceniem ani prawdziwą sztuką, wydawał im się równie zuchwały i nieznośny, co nagła inflacja lub zagrożenie ich kapitałów przez rewolucję. A ponadto istniała jeszcze wobec wielkiego, katastroficznego nastroju postawa cyniczna, ludzie szli tańczyć, oświadczając, że wszelka troska o przyszłość to staroświecka głupota; układano nastrojowe felietony na temat bliskiego już kresu sztuki, nauki, języka, z samobójczą niejako rozkoszą stwierdzano w owym własnoręcznie z papieru stworzonym świecie felietonu całkowitą demoralizację intelektu oraz inflację pojęć, udając, że z cyniczną obojętnością lub w bachicznym uniesieniu obserwuje się zagładę nie tylko sztuki, intelektu, moralności i uczciwości, lecz nawet Europy i „świata”. Wśród ludzi dobrych zapanował łagodny i posępny, a wśród złych zjadliwy pesymizm, i trzeba było najpierw usunąć nadmiar przeżyć i wprowadzić polityką i wojną pewien nieład w świecie i w moralności, aby również i kultura zdolna się stała do prawdziwego wniknięcia w siebie i znalezienia dla siebie miejsca w nowym układzie.

Kultura owa jednak podczas przejściowych dziesięcioleci wcale nie była pogrążona we śnie, lecz właśnie w okresie swego rozkładu i pozornej rezygnacji artystów, profesorów i felietonistów osiągnęła w sumieniu poszczególnych ludzi stan największej czujności i samokontroli. Już w okresie największego rozkwitu felietonu istniały wszędzie pojedyncze, niewielkie grupki, zdecydowane dochować wierności intelektowi i dążyć ze wszystkich sił do uratowania dla przyszłych pokoleń jądra dobrej tradycji, dyscypliny, metody i intelektualnego sumienia. Wydaje się – jeśli procesy te są dla nas dziś poznawalne – że ów proces samokontroli, opamiętania i świadomego oporu przeciwko rozkładowi dokonywał się głównie w dwóch grupach. Intelektualne sumienie uczonych szukało ucieczki w badaniach i metodach nauczania historii muzyki, ta bowiem właśnie dziedzina wiedzy jęła się podówczas rozwijać i pośród owego felietonowego świata dwa słynne seminaria opracowały sumienne, wręcz wzorowe metody pracy. Los zaś, jakby chcąc pocieszająco aprobować usiłowania tej małej dzielnej kohorty, sprawił, iż w najmroczniejszym momencie tych ponurych czasów wydarzył się świetlisty cud, właściwie przypadek, lecz przypadek wywierający wrażenie boskiego potwierdzenia: odnaleziono jedenaście rękopisów Jana Sebastiana Bacha pośród dobytku, pozostałego po jego synu Friedemannie! Drugim punktem oporu przeciwko wynaturzeniu było Bractwo Wędrowców Wschodu, którego członkowie przestrzegali dyscypliny nie tyle intelektualnej, co raczej psychicznej, ćwicząc się w pobożności i bojaźni bożej – i od tej strony dzisiejsza nasza forma życia duchowego oraz gry paciorków szklanych doznała doniosłej podniety, mianowicie wskutek zwrotu ku kontemplacji. Wędrowcy Wschodu uczestniczyli zresztą również w tworzeniu nowych poglądów na istotę naszej kultury i na możliwości jej przetrwania, nie tyle dzięki osiągnięciom naukowo-analitycznym, ile wskutek opartej na dawnych ich i tajemnych ćwiczeniach zdolności przenoszenia się w czasy odległe i w dawne okresy kultury. Byli wśród nich na przykład śpiewacy i muzykanci, co do których utrzymuje się, że posiadali zdolność doskonałego odtwarzania dawnej muzyki w pierwotnym jej stylu, potrafili więc, powiedzmy, grać i śpiewać kompozycje z 1600 czy 1650 roku tak, jakby wszelkie późniejsze mody, udoskonalenia i wirtuozerie były jeszcze nieznane. Działo się to w czasach, gdy dążenie ku dynamice i gwałtowności opanowało wszelkie muzykowanie i kiedy na rzecz wykonania oraz „koncepcji” dyrygenta zapominano – co wręcz niesłychane – o samej muzyce; opowiadają, że gdy orkiestra Wędrowców Wschodu po raz pierwszy publicznie wykonała pewną suitę sprzed epoki Händla, bez jakichkolwiek crescendo czy diminuendo, z pełną naiwnością i niewinnością innego czasu i innego świata, część słuchaczy nic absolutnie nie zrozumiała, część jednak nastawiła uszu, odnosząc wrażenie, iż po raz pierwszy w życiu słyszy muzykę. Jeden z członków Bractwa skonstruował w hali tego stowarzyszenia, pomiędzy Bremgarten i Morbio, organy Bachowskie, dokładnie takie same, jakie kazałby sobie zbudować Jan Sebastian, gdyby miał po temu środki i możliwości. Budowniczy organów, zgodnie z obowiązującą już podówczas w jego Bractwie zasadą, zachował swe nazwisko w tajemnicy i nazwał się na wzór swego poprzednika z osiemnastego wieku Silbermannem.

Przybliżyliśmy się tak oto do źródeł, z których wywodzi się dzisiejsze nasze pojęcie kultury. Jednym z najważniejszych spośród nich była najmłodsza dziedzina wiedzy, historia muzyki i estetyka muzyczna; następnym – rozkwit matematyki, jaki wkrótce potem nastąpił, z domieszką kropli oleju zaczerpniętego z mądrości Wędrowców Wschodu, oraz w najściślejszym pozostająca związku z nowym ujęciem i wykładnią muzyki, zdecydowana, tyleż pogodna, co i zrezygnowana postawa wobec zagadnienia żywotności okresów kultury. Nie warto wiele o tym mówić, są to bowiem sprawy powszechnie znane. Najważniejszym rezultatem tego nowego nastawienia, czy raczej nowego zaszeregowania w proces kultury, była daleko idąca rezygnacja z tworzenia dzieł sztuki, stopniowe odrywanie się elementu duchowego od spraw tego świata i – co nie mniej ważne, a stanowiące ukoronowanie całości: gra szklanych paciorków.

Na początki owej gry przemożny wpływ wywarło rozpoczynające się już wkrótce po 1900 roku, jeszcze w dobie największego rozkwitu felietonu, pogłębienie wiedzy muzycznej. My, spadkobiercy owej wiedzy, przekonani jesteśmy, że lepiej znamy, a w pewnym sensie lepiej nawet rozumiemy muzykę wielkich, twórczych stuleci, zwłaszcza siedemnastego i osiemnastego wieku, niż pojmowały je wszystkie epoki poprzednie (łącznie z epoką muzyki klasycznej). Oczywiście my, potomni, mamy na wskroś inne nastawienie do muzyki klasycznej niż ludzie owych twórczych epok; nasza uduchowiona, a nie zawsze dostatecznie od zrezygnowanej melancholii wolna, cześć dla prawdziwej muzyki jest czymś absolutnie innym od pogodnej a naiwnej radości z muzykowania w owych czasach, którym skłonni jesteśmy zazdrościć jako szczęśliwszym, ilekroć z powodu tej ich muzyki właśnie zapominamy o warunkach i okolicznościach, pośród których powstawała. Od całych pokoleń nie dostrzegamy już – jak to czyniło jeszcze całe niemal dwudzieste stulecie – filozofii ani literatury, uznając jedynie matematykę i muzykę za wielkie i trwałe osiągnięcie owego okresu kultury, mieszczącego się pomiędzy schyłkiem średniowiecza i naszą erą. Odkąd – przynajmniej w zasadzie – zrezygnowaliśmy z twórczego współzawodnictwa z owymi pokoleniami, odkąd wyrzekliśmy się również owego kultu przewagi harmonii i na wskroś zmysłowej dynamiki w muzyce, jaki mniej więcej od czasów Beethovena i początków romantyzmu przez dwa stulecia w uprawianiu muzyki panował, przekonani jesteśmy – na naszą, oczywiście, modłę, na naszą nietwórczą, epigońską, choć czołobitną modłę! – że czyściej i wyraźniej widzimy obraz owej kultury, której jesteśmy spadkobiercami. Nie ma w nas już ani śladu wybujałej, twórczej radości owych czasów i niemal niepojęte wydaje nam się, w jaki sposób style muzyczne w piętnastym i szesnastym stuleciu zdołały tak długo utrzymać się w niezmiennej czystości, jak pośród ogromu skomponowanej wówczas muzyki nie daje się w ogóle odnaleźć nic pośledniego, jak nawet wiek osiemnasty, era rozpoczynającej się już degeneracji, wystrzelił zupełnie świadomie, w promiennym pośpiechu, istnym fajerwerkiem stylów, mód i szkół – lecz wydaje się nam, że w tym, co dzisiaj nazywamy muzyką klasyczną, pojęliśmy i przejęli za wzór tajemnicę, ducha, cnotę i pobożność owych pokoleń. Nader nikłe lub zgoła żadne jest dzisiaj mniemanie nasze o kulturze kościelnej osiemnastego wieku lub o filozofii Oświecenia, lecz w kantatach, pasjach i preludiach Bacha widzimy szczytową sublimację kultury chrześcijańskiej.

Stosunek naszej kultury do muzyki ma zresztą jeszcze wzór pradawny i na wskroś czcigodny, któremu gra szklanych paciorków hołd wielki składa. Przypomnijmy sobie, że w legendarnych Chinach, w okresie „starych królów”, przypisywano muzyce główną rolę w życiu państwowym i dworskim; utożsamiano wręcz poziom muzyki z poziomem kultury i moralności, nawet z poziomem całego królestwa, a mistrzowie muzyki obowiązani byli bacznie czuwać nad zachowaniem czystości „starych tonacji”. Upadek muzyki był widomym znakiem upadku rządów i państwa. A poeci rozpowiadali straszliwe bajki o zakazanych, diabelskich i przez niebiosa wyklętych tonacjach, na przykład o tonacji Tsing Szang i Tsing Tse, o „muzyce zagłady”, przy której – gdy świętokradczo zaintonowano ją w pałacu królewskim – niebo natychmiast się zamroczyło, mury zadrżały i runęły, władca zaś zginął wraz z całym państwem. Zamiast cytowania wielu dawnych autorów przytaczamy tu niektóre fragmenty z rozdziału o muzyce w dziele Lü Buwei Wiosna i jesień:

„Początki muzyki są nader odległe. Powstaje ona z miary, a zakorzeniona jest w wielkiej Jedności. Wielka Jedność rodzi dwa bieguny; dwa bieguny tworzą siłę ciemności i siłę światła.

Gdy świat żyje w pokoju, wszelkie rzeczy są w spoczynku, wszystko zaś w przeobrażeniach swoich idzie śladem tworów wyższych – tworzyć można muzykę. Gdy żądze i namiętności nie biegną fałszywym torem, można muzykę udoskonalać. Doskonała muzyka ma swoją przyczynę. Powstaje ona z równowagi. Równowaga powstaje z tego, co słuszne, a to, co słuszne, powstaje z istoty świata. Dlatego o muzyce mówić można jedynie z człowiekiem, który pojął istotę świata.

Muzyka polega na harmonii pomiędzy niebem a ziemią, na zgodności pomiędzy mrokiem a światłem.

Upadające państwa i ludzie skazani na zagładę mają wprawdzie również muzykę, lecz muzyka ich nie jest pogodna. Dlatego: im szumniejsza muzyka, tym bardziej melancholijni stają się ludzie, bardziej zagrożony staje się kraj i niżej upada władca. W ten sposób ginie też istota muzyki.

Tym, co święci władcy najbardziej cenili w muzyce, była jej pogoda. Tyrani Jie i Zhou Xin tworzyli muzykę szumną. Donośne dźwięki uważali za piękne, a masowe efekty za interesujące. Dążyli do nowych, osobliwych efektów dźwiękowych, szukali dźwięków, jakich żadne jeszcze ucho nie słyszało, usiłowali prześcignąć się wzajem i przekroczyli granice celu i miary.

Przyczyną upadku państwa Czu był wynalazek muzyki czarnoksięskiej. Muzyka taka jest aż nadto szumna, lecz w istocie oddaliła się ona od istoty muzyki. A ponieważ oddaliła się od istoty muzyki prawdziwej, nie jest to muzyka pogodna. Jeśli zaś muzyka nie jest pogodna, lud szemrze, a życie doznaje uszczerbku. Wszystko to zaś wynika stąd, iż zapoznaje się istotę muzyki, poszukując jedynie szumnych efektów dźwiękowych.

Dlatego też muzyka czasów należytego ładu jest spokojna i pogodna, a rządy zrównoważone. Muzyka czasów niespokojnych jest zawzięta, pełna podniecenia, a rządy opaczne. Muzyka państwa upadającego jest sentymentalna i smutna, a jego rząd zagrożony”.

Sentencje owego Chińczyka ukazują nam oto dość wyraźnie źródła i właściwy, nieomal już zapomniany sens wszelkiej muzyki. W pradawnych bowiem czasach muzyka, podobnie jak taniec i wszelkie ćwiczenia artystyczne, była czarodziejskim arkanem, jednym ze starych a prawowitych środków magicznych. Poczynając od rytmu (klaskania w dłonie, tupania, uderzania w drewniane pałeczki i najdawniejszego kunsztu bicia w bębny), stanowiła silny a wypróbowany sposób wprawiania znacznej i licznej gromady ludzi w jednaki „nastrój”, doprowadzania ich oddechu, uderzeń serca i emocji do jednakiego rytmu, ośmielania owych ludzi do inwokowania i zaklinania odwiecznych mocy, do tańca, igrzysk, wypraw wojennych i czynności sakralnych. I owa pierwotna, czysta, prawładna istność, owa istota magii przetrwała w muzyce znacznie dłużej niż w innych dziedzinach sztuki, wystarczy tu choćby przypomnieć liczne wypowiedzi dziejopisów i poetów o muzyce – od Greków aż po nowelę Goethego. Taniec i marsz w praktyce nigdy nie utraciły swego znaczenia.

Lecz wracajmy do właściwego tematu!

O początkach gry szklanych paciorków przekazać pragniemy pokrótce jedynie najważniejsze wiadomości. Powstała ona, jak się wydaje, jednocześnie w Niemczech i w Anglii, w obu tych krajach mianowicie jako ćwiczebna zabawa w owych niewielkich gromadkach muzykologów i muzyków, pracujących i studiujących w nowych seminariach teorii muzyki. Porównanie zaś początkowego stanu owej gry z późniejszym i dzisiejszym będzie całkiem podobne do porównywania zapisu muzycznego sprzed 1500 roku i prymitywnych jego nut, pomiędzy którymi brak nawet jeszcze kresek taktowych, z partyturą z osiemnastego czy zgoła nawet dziewiętnastego wieku, z mnóstwem jej oszałamiających, skrótowych oznaczeń: dynamiki, tempa, frazowania i tak dalej, powodujących częstokroć, iż druk takiej partytury stawał się trudnym problemem technicznym.

Gra stanowiła początkowo jedynie rodzaj ciekawego ćwiczenia pamięci i daru kombinatoryki w gronie studentów i muzykantów, a – jak już wspominaliśmy – uprawiano ją zarówno w Anglii, jak i w Niemczech, zanim jeszcze została „wynaleziona” tutaj, w Wyższej Szkole Muzycznej w Kolonii, i zanim uzyskała swą nazwę, którą i dzisiaj jeszcze po tak wielu pokoleniach nosi, mimo iż już od dawna nic nie ma wspólnego ze szklanymi paciorkami. Szklanymi tymi paciorkami posługiwał się jej wynalazca, Bastian Perrot z Calw, nieco dziwaczny, lecz mądry, towarzyski i ludziom życzliwy teoretyk muzyki, używając ich zamiast liter, liczb, nut i innych znaków graficznych. Perrot, który pozostawił zresztą jeszcze także rozprawę o Rozkwicie i upadku kontrapunktu, zastał w kolońskim seminarium pewien, dość już przez uczniów rozwinięty, nawyk zabawowy: nawoływali się wzajemnie przy pomocy skrótowych formułek swej naukowej dyscypliny dowolnymi motywami lub początkami klasycznych kompozycji, przy czym ten, kto w taki sposób został wywołany, musiał odpowiedzieć albo dalszym ciągiem utworu, albo – lepiej jeszcze – głosem wyższym czy niższym, kontrastowym kontrtematem i tak dalej. Były to ćwiczenia pamięciowe i improwizacyjne, zupełnie takie same, jakie niegdyś (choć nie teoretycznie, za pomocą formułek, lecz praktycznie, przy klawikordzie, na lutni, flecie lub ludzkim głosem) uprawiać mogli gorliwi uczniowie muzyki i kontrapunktu za czasów Schütza, Pachelbela i Bacha. Bastian Perrot, zamiłowany w rękodziele – własnoręcznie skonstruował według starych wzorów wiele fortepianów i klawikordów – należał najprawdopodobniej do Wędrowców Wschodu; krąży też o nim legenda, iż umiał grać na skrzypcach na dawny, od 1800 roku zapomniany sposób, z mocno wygiętym smyczkiem i ręcznie regulowanym napięciem włosia. Otóż Perrot sporządził sobie na modłę pospolitych, kulkowych liczydeł dziecinnych ramę z kilkoma tuzinami drutów, na których mógł uszeregować paciorki szklane różnej wielkości, kształtu i barwy. Druty stanowiły odpowiednik linii nutowych, paciorki odpowiadały wartościom nut i tak dalej, i w taki oto sposób tworzył on ze szklanych paciorków cytaty muzyczne lub wynalezione przez samego siebie tematy, zmieniał je, transponował, rozwijał, przekształcał oraz inne im przeciwstawiał. Pod względem technicznym była to dziecinna igraszka, lecz spodobała się uczniom, stała się modna i naśladowana, również i w Anglii, i przez czas pewien uprawiano ćwiczenia muzyczne w ów wdzięczny, acz prymitywny sposób. I, jak częstokroć się zdarza, także i w tym wypadku doniosły, długo trwający wynalazek uzyskał swą nazwę od rzeczy nietrwałej a ubocznej. To, co później powstało z owej gry seminarzystów i obwieszonych szklanymi paciorkami drutów Perrota, nosi dziś jeszcze popularną nazwę „gry szklanych paciorków”.

Zaledwie w dwadzieścia czy trzydzieści lat później gra ta utraciła, jak się wydaje, swą popularność wśród studentów muzyki, przejęta natomiast została przez matematyków i przez czas dłuższy w dziejach owej gry znamiennym pozostał fakt, że zawsze faworyzowała ją, wykorzystywała i dalej rozwijała ta dziedzina wiedzy, która przeżywała właśnie okres szczególnego swego rozkwitu lub renesansu. Matematycy nadali owej grze znaczną ruchliwość i zdolność do sublimacji, przy czym zdobyła ona już wówczas coś w rodzaju wiedzy o samej sobie i swoich możliwościach, a rozwój ten przebiegał równolegle do ogólnego rozwoju ówczesnej świadomości kulturowej, która przezwyciężyła wielki kryzys i, jak to sformułował Pliniusz Ziegenhals, „ze skromną dumą jęła odnajdywać swą rolę późnej kultury i przynależność do stanu, odpowiadającego mniej więcej okresowi późnego antyku, epoce hellenistyczno-aleksandryjskiej”.

Tyle Ziegenhals. My natomiast usiłujemy doprowadzić do końca nasz zarys dziejów gry szklanych paciorków, stwierdzając: Gra, przeszedłszy od seminariów muzycznych do matematycznych (przemiana, która we Francji i Anglii dokonała się raczej jeszcze szybciej niż w Niemczech), rozwinięta już była tak dalece, że potrafiła wyrażać w specjalnych znakach i skrótach procesy matematyczne; gracze podsuwali sobie nawzajem owe abstrakcyjne formułki, rozwijając je bardziej jeszcze, odkrywając przed sobą wzajem szeregi rozwojowe i możliwości swej wiedzy. Owa matematyczno-astronomiczna gra formułek wymagała wielkiej uwagi, czujności i koncentracji; opinia dobrego gracza szklanych paciorków znaczyła już podówczas w gronie matematyków bardzo wiele i była równoznaczna ze sławą znakomitego matematyka.

Grę przejęły i przez czas pewien naśladowały wszystkie niemal nauki, czyli stosowały ją w swej dziedzinie, na co dowody mamy w filologii klasycznej i logice. Analityczne rozpatrywanie wartości muzycznych doprowadziło do tego, że procesy muzyczne wyrażano we wzorach fizyczno-matematycznych. Nieco później jęła posługiwać się tymi metodami filologia, dokonując pomiaru tworów językowych w ten sam sposób, w jaki fizyka mierzyła procesy zachodzące w przyrodzie; dołączyły do nich badania w dziedzinie sztuk pięknych, gdzie architektura od dawna już wykazywała związki z matematyką. I oto zaczęto odkrywać pomiędzy uzyskanymi w ten sposób abstrakcyjnymi formułami coraz to nowe stosunki, analogie i odpowiedniki. Każda nauka, przyswajając sobie ową grę, tworzyła w tym celu odpowiedni język ludyczny, złożony z wzorów, skrótów i kombinacji, a igraszki sekwencji owych wzorów i dialogów pomiędzy nimi cieszyły się wielką popularnością wśród elity intelektualnej młodzieży. Gra była nie tylko ćwiczeniem i nie tylko rozrywką; stanowiła skoncentrowany wyraz pewnej świadomej, umysłowej dyscypliny, zwłaszcza zaś matematycy uprawiali ją z ascetyczną, choć jednocześnie sportową wirtuozerią i ścisłością formalną, znajdując w niej rozkosz, ułatwiającą im zgodę na konsekwentnie już wówczas przeprowadzaną rezygnację intelektualistów z uciech i ambicji światowych. Gra szklanych paciorków przyczyniła się znacznie do całkowitego przezwyciężenia felietonu i do rozbudzenia na nowo owej radości z najbardziej rygorystycznych ćwiczeń umysłowych, której zawdzięczamy powstanie nowej dyscypliny umysłowej o zakonnej surowości. Świat się zmienił. Życie intelektualne epoki felietonu można by przyrównać do zwyrodniałej rośliny, która roztrwoniła się w wybujałych rozrostach, a późniejsze korektury – do przycięcia owej rośliny aż po same korzenie. Młodzi, którzy chcieli się obecnie oddać studiom intelektualnym, pojmowali je już nie jako wałęsanie się po wyższych uczelniach, gdzie sławni a wymowni, choć pozbawieni autorytetu profesorowie podsuwali im resztki dawniejszego wyższego wykształcenia; obecnie musieli uczyć się dokładnie, a nawet jeszcze dokładniej i systematyczniej, niż to niegdyś czynić musieli inżynierowie na politechnikach. Musieli wspinać się po stromej drodze, oczyszczać i rozszerzać swój sposób myślenia za pomocą matematyki i Arystotelesowych ćwiczeń scholastycznych, a ponadto uczyć się rezygnacji ze wszystkich tych dóbr, które uprzednio w licznych generacjach uczonych uchodziły za godne pożądania: z szybkiego a łatwego zarabiania pieniędzy, z publicznej sławy i zaszczytów, z pochwał prasowych, małżeństw z córkami fabrykantów i bankierów, z wygód i luksusu w życiu materialnym. Pisarze z wysokimi nakładami, Nagrodami Nobla i pięknymi rezydencjami wiejskimi, sławni lekarze z orderami i służbą przystrojoną w liberię, akademicy z bogatymi żonami i wspaniałymi salonami, chemicy zasiadający w przemysłowych radach nadzorczych, filozofowie kierujący fabrykami felietonów i wygłaszający porywające wykłady w przepełnionych salach, wśród oklasków i kwiatów – wszystkie te postacie znikły i po dzień dzisiejszy już się nie ukazały. Zapewne i teraz jeszcze było mnóstwo młodych, dla których owe postaci stanowiły świetlany wzór, ale drogi do publicznej sławy, bogactwa, zaszczytów i luksusu nie wiodły już obecnie przez sale wykładowe, seminaria i prace doktorskie; zawody intelektualne, pogrążone w głębokim upadku, zbankrutowały w oczach świata, uzyskały jednak w zamian znowu pokutniczo-fanatyczne oddanie dla spraw ducha. Te zaś talenty, które szukały raczej blasku i dobrobytu, musiały odwrócić się od nieprzychylnie traktowanego intelektualizmu, a zwrócić ku tym zawodom, którym pozostawiono możność zarabiania pieniędzy i osiągania dostatku.

Zbyt daleko zaszlibyśmy, chcąc bardziej szczegółowo opisać, w jaki to sposób intelekt, po swym oczyszczeniu, odzyskał uznanie także i w państwie. Niebawem przekonano się, iż wystarczyło paru pokoleń o rozluźnionej i niesumiennej dyscyplinie umysłowej, aby i życiu praktycznemu wyrządziła ona dotkliwe szkody; przekonano się, że sprawność i odpowiedzialność we wszystkich wyższych zawodach, także i technicznych, stawały się coraz rzadsze, intelektualiści zmonopolizowali więc stopniowo całą kulturę umysłową w państwie i narodzie, zwłaszcza zaś całe szkolnictwo, albowiem i dziś jeszcze zresztą niemal we wszystkich krajach Europy szkoła, jeśli nie pozostała pod kontrolą Kościoła Rzymskiego, znajduje się w gestii owych anonimowych zakonów, rekrutujących się spośród intelektualnej elity. I choć dla opinii publicznej surowość i rzekoma pycha owej kasty bywają niekiedy niewygodne, choć jednostki niejednokrotnie przeciwko niej się buntowały – kierownictwo to trwa jeszcze niewzruszone; utrzymuje je i osłania nie tylko jego nieskazitelność i rezygnacja ze wszelkich, prócz duchowych, dóbr i przywilejów, lecz również od dawna już rozpowszechniona, świadoma czy intuicyjna wiedza o konieczności zachowania owej surowej szkoły, w celu dalszego utrzymania cywilizacji. Wiemy bowiem, lub przeczuwamy, że jeśli myśl nie będzie czysta i czujna, a szacunek dla intelektu przestanie obowiązywać, niebawem także statki i samochody przestaną sprawnie się poruszać, zachwieją się wszelkie prawa oraz wszelkie autorytety, zarówno inżynierskiego suwaka, jak matematyki w bankach i na giełdach, i wówczas nastanie chaos. A mimo to sporo przecież upłynęło czasu, zanim zdołano zrozumieć, że również zewnętrzna strona cywilizacji, również technika, przemysł, handel i tak dalej, wymagają wspólnego podłoża w intelektualnej moralności i uczciwości.

Grze szklanych paciorków brakowało podówczas jeszcze daru powszechności, umiejętności wzniesienia się ponad fakultety. Astronomowie, helleniści, latyniści, scholastycy, studenci muzyki uprawiali ową grę o przemyślnych regułach, lecz dla każdego wydziału, każdej dyscypliny i jej odgałęzień gra owa posiadała własny język i zakres własnych reguł. Pół wieku upłynęło, zanim dokonano pierwszego kroku wiodącego do przekroczenia tych granic. Przyczyna tej powolności była niewątpliwie natury raczej moralnej niż formalnej czy technicznej: dałoby się zapewne znaleźć sposoby, aby owe granice przebyć, lecz z nader surową moralnością świeżo powstałego uduchowienia łączyła się purytańska obawa przed „błazeństwem”, przed pomieszaniem dyscyplin i kategorii, głęboka i całkowicie uzasadniona obawa przed ponownym popadnięciem w grzech igraszki i felietonu.

Jeden tylko człowiek sprawił dopiero, że oto gra szklanych paciorków jednym nieomal krokiem doprowadzona została do uświadomienia sobie swych możliwości, a wskutek tego także do granic zdolności rozwoju uniwersalnego, i znowu połączenie z muzyką przyczyniło się do owego postępu. Muzykolog szwajcarski, a jednocześnie fanatyczny miłośnik matematyki, nadał grze nowy zwrot i przysporzył jej możliwości największego rozwoju. Świeckiego nazwiska tego wielkiego człowieka dociec się już nie da, jego epoka nie znała już kultu jednostki w dziedzinie intelektu, w historii żyje on nadal jako Lusor (jak również: Joculator) Basiliensis. Wynalazek jego, jak każdy wynalazek, był wprawdzie na wskroś jego własnym osiągnięciem i łaską, nie wywodził się jednak bynajmniej z osobistych jedynie potrzeb i dążeń, lecz napędzany był motorem silniejszym. Wśród intelektualistów jego epoki żywo i namiętnie poszukiwano środków wyrazu dla jej nowych treści myślowych, tęskniono do filozofii, do syntezy, odczuwano dotychczasowe szczęście wycofania się w granice własnej wyłącznie dyscypliny jako niewystarczające, tu i ówdzie jakiś uczony przełamywał bariery fachowej wiedzy, usiłując dotrzeć do spraw ogólnych, marzono o nowym alfabecie, nowej mowie znaków, w której można by utrwalać i wymieniać nowe duchowe przeżycia. Szczególnie wyrazistym tego świadectwem jest tekst pewnego ówczesnego paryskiego uczonego, zatytułowany Chińska przestroga. Autor owego tekstu, wyszydzany swego czasu przez wielu jako rodzaj Don Kichota, ceniony zresztą w swojej dziedzinie filolog chiński, wyjaśnia, ku jakim niebezpieczeństwom zmierza mimo dzielnej swej postawy nauka i kultura umysłowa, rezygnując z rozbudowania międzynarodowej mowy znaków, umożliwiającej, na podobieństwo dawnego pisma chińskiego, wyrażenie – bez wykluczenia osobistej fantazji czy inwencji – graficznie kwestii najbardziej zawiłych, i to w sposób zrozumiały dla wszystkich uczonych świata. Najważniejszy krok ku spełnieniu tego żądania uczynił właśnie Joculator Basiliensis. Wynalazł on dla gry szklanych paciorków zasady nowego języka, mianowicie języka formułek i znaków, w którym muzyka i matematyka uczestniczyły w równych proporcjach i w którym można było łączyć ze sobą formuły astronomiczne i matematyczne, sprowadzając niejako matematykę i muzykę do wspólnego mianownika. A choć rozwój bynajmniej na tym się nie zakończył, nieznajomy z Bazylei stworzył wówczas podwaliny wszystkiego, co później zaszło w dziejach tak drogiej nam gry.

Gra szklanych paciorków, niegdyś specjalistyczna rozrywka to matematyków, to znowu filologów lub muzyków, jęła oto przyciągać coraz bardziej wszystkich prawdziwych intelektualistów. Zwróciła się ku niej niejedna stara akademia, niejedna loża, zwłaszcza zaś prastare Bractwo Wędrowców Wschodu. Niektóre zakony katolickie także zwietrzyły tu nową atmosferę duchową i uległy jej urokowi; zwłaszcza zaś w niektórych opactwach benedyktyńskich okazano tyle zainteresowania grą, że już wówczas pojawiła się z całą ostrością, później też zresztą przy różnych okazjach wynikająca kwestia, czy Kościół i kuria powinny w istocie ową grę tolerować, popierać, czy też jej zakazać.

Od owego wielkiego dzieła Bazylejczyka gra szybko już się rozwinęła, stając się w pełni tym, czym i dzisiaj jest jeszcze: synonimem wszystkiego, co duchowe i artystyczne, wzniosłym kultem, unio mystica wszelkich poszczególnych członów universitatis litterarum. Przejęła ona w życiu naszym częściowo rolę sztuki, częściowo zaś spekulatywnej filozofii, a w epoce Pliniusza Ziegenhalsa na przykład nierzadko określana była wyrażeniem, pochodzącym jeszcze z epoki felietonu i określającym w owej epoce cel tęsknoty niektórych umysłów obdarzonych przeczuciem przyszłości, mianowicie nazwą „teatr magiczny”.

Lecz choć gra szklanych paciorków od czasu swoich początków rozwinęła się niesłychanie pod względem techniki i zakresu tematów, a w dziedzinie intelektualnych wymagań wobec graczy stała się wielką wiedzą i kunsztem, brak jej było jednak jeszcze w epoce Bazylejczyka czegoś istotnego. Dotychczas bowiem każda gra była szeregowaniem, porządkowaniem, grupowaniem i przeciwstawianiem sobie skoncentrowanych wyobrażeń z wielu dziedzin myśli i piękna, szybkim przypominaniem sobie ponadczasowych form i wartości, krótkim a wirtuozerskim przelotem przez królestwo ducha. Dopiero znacznie później i stopniowo przeniknęło do gry z duchowych zasobów systemu wychowawczego, zwłaszcza zaś z nawyków i obyczajów Wędrowców Wschodu, pojęcie kontemplacji. Ujawniła się bowiem pewna wada: oto ludzie obdarzeni wyjątkową pamięcią, choć nieposiadający żadnych innych cnót, uprawiali wirtuozerskie, olśniewające gry, zdumiewając i oszałamiając uczestników szybkimi sekwencjami niezliczonych wyobrażeń. Lecz oto wirtuozeria taka jęła stopniowo podlegać coraz surowszym zakazom, kontemplacja zaś stała się niezmiernie ważnym składnikiem gry, a nawet najważniejszym jej elementem dla widzów i słuchaczy. Dokonał się zwrot w kierunku religijności. I nie chodziło już wyłącznie o to, by szybko, uważnie śledzić wyćwiczoną pamięcią sekwencję pomysłów i całą intelektualną mozaikę danej gry, lecz zaczęto domagać się głębszego, psychicznego oddawania się jej. Po każdym mianowicie znaku, wywołanym przez aktualnego kierownika gry, oddawano się cichej, ścisłej medytacji nad owym znakiem, pochodzeniem jego i znaczeniem, co zmuszało każdego ze współuczestników gry do intensywnego, ograniczonego uprzytomnienia sobie treści danego znaku. Technikę i nawyk kontemplacji zdobywali wszyscy członkowie zakonu i związków ludycznych w szkołach elitarnych, gdzie kunszt kontemplacji i medytacji otaczano największą troskliwością. Dzięki temu zaś zdołano uchronić hieroglify gry przed wynaturzeniem w zwyczajne litery.

Gra szklanych paciorków pozostawała zresztą dotychczas, mimo popularności, jaką cieszyła się wśród uczonych, ćwiczeniem jedynie prywatnym. Można było rozgrywać ją samemu, we dwóch lub w gronie liczniejszym, choć zdarzało się, że szczególnie pomysłowe, dobrze skomponowane i udane gry notowano niekiedy, po czym przechodziły one z miasta do miasta i z kraju do kraju, podziwiane lub krytykowane. Jednak dopiero teraz gra jęła powoli wzbogacać się o nową funkcję, stając się uroczystością publiczną. I dzisiaj jeszcze każdemu wolno uprawiać ową grę prywatnie, czemu zwłaszcza ludzie młodsi oddają się z zapałem. Lecz przy słowach „gra szklanych paciorków” każdy dziś myśli chyba przede wszystkim o uroczystych grach publicznych. Odbywają się one pod kierunkiem nielicznych wytrawnych mistrzów, którym w każdym kraju przewodzi magister ludi, czyli mistrz gry, wśród nabożnego zasłuchania zaproszonych i napiętej uwagi słuchaczy we wszystkich częściach świata; niektóre z owych gier trwają kilka dni lub kilka tygodni, a podczas celebrowania takiej gry wszyscy jej uczestnicy i słuchacze żyją według ściśle określonych przepisów, obejmujących również czas przeznaczony na sen, wiodą wstrzemięźliwe, ofiarne życie pełne kontemplacji, dające się porównać do surowo uregulowanego życia pokutników, jakie prowadzić musieli uczestnicy jednego z ćwiczeń Świętego Ignacego.

Wiele tu już dodać nie zdołamy. Owa arcygra, pod hegemonią raz jednej, raz znowu innej nauki lub sztuki, ukształtowała się w rodzaj uniwersalnego języka, dzięki któremu grający mogli wyrażać pewne wartości w sensownych znakach i tworzyć powiązania pomiędzy nimi. Gra miała zawsze ścisły związek z muzyką i przebiegała przeważnie według zasad muzycznych lub matematycznych. Ustalano jeden, dwa, trzy tematy, wykonywano je, dokonywano ich przekształceń i doznawały one tego samego losu, co temat jakiejś fugi lub części koncertu. Gra mogła na przykład wywodzić się z pewnej podanej już konfiguracji astronomicznej czy tematu fugi Bachowskiej, lub od jakiegoś cytatu z Leibniza czy Upaniszad, a zależnie od zamiaru i zdolności grającego można było albo dalej prowadzić tę rozbudzoną już ideę przewodnią i rozbudowywać ją, albo wzbogacać jej wyraz współbrzmieniami z wyobrażeniami pokrewnymi. I jeśli początkujący gracz potrafił na przykład tworzyć za pomocą znaków gry paralele pomiędzy muzyką klasyczną a formułą pewnego prawa przyrodniczego, u sprawnego już mistrza gra wiodła swobodnie od początkowego tematu aż po nieograniczone kombinacje. Pewna szkoła gry przez czas dłuższy darzyła szczególnym upodobaniem zestawianie, przeciwstawianie i sprowadzanie w końcu do harmonijnego zakończenia dwóch wrogich sobie tematów lub idei, jak na przykład prawa i wolności, jednostki i społeczeństwa, zważano zaś przy tym usilnie na prowadzenie w takiej grze obu tematów w sposób bezstronny i równouprawniony, tak by możliwie jak najczęściej z tezy i antytezy wywieść syntezę. W ogóle zresztą, abstrahując od genialnych przypadków, gry o zakończeniu negatywnym bądź też sceptycznym i dysharmonicznym nie były lubiane, a okresowo nawet wręcz zakazywane, co łączyło się ściśle ze znaczeniem, jakie owa gra uzyskała dla graczy w szczytowym okresie swego rozwoju. Stanowiła ona bowiem wyszukaną, symboliczną formę poszukiwania doskonałości, wzniosłą alchemię, jedynego w samym sobie, ponad wszelkimi mnogościami i obrazami ducha, czyli Boga. I podobnie jak pobożni myśliciele w czasach dawniejszych ukazywali na przykład żywot wszelkiego stworzenia jako wędrówkę ku Bogu, a kres i doskonałość zróżnicowanego, widzialnego świata widzieli dopiero w boskiej jedności, podobnie też budowały, muzykowały i filozofowały figury i formuły gry szklanych paciorków w uniwersalnym języku, zasilanym przez wszystkie nauki i sztuki, zmierzając w rozigraniu swoim ku doskonałości, ku czystemu bytowi i rzeczywistości całkowicie wypełnionej. „Realizacja” była ulubionym wyrażeniem graczy, a działalność swoją pojmowali oni jako drogę od stawania się ku istnieniu, od możliwości ku rzeczywistości. I tu niechaj nam będzie wolno raz jeszcze przypomnieć wyżej przytoczone zdania Mikołaja z Kuzy.

Sformułowania teologii chrześcijańskiej zresztą, jeśli tylko wyrażone były w sposób klasyczny i dzięki temu zdawały się przynależeć do powszechnego dorobku kulturalnego, były oczywiście włączone do ludycznej mowy znaków, a niejedno z podstawowych pojęć wiary, niejeden cytat biblijny, zdanie z pism któregoś z ojców Kościoła czy z łacińskiego tekstu mszy wyrazić można było i włączyć do gry równie łatwo i dokładnie jak pewnik geometryczny lub którąś melodię Mozarta. I chyba nie będzie przesadą, jeśli ośmielimy się powiedzieć, że dla ścisłego grona prawdziwych graczy szklanych paciorków owa gra była niemal równoznaczna z nabożeństwem, mimo iż powstrzymała się od tworzenia jakiejś własnej teologii.

Lecz w walce swej o przetrwanie powśród aintelektualnych potęg światowych zarówno gracze szklanych paciorków, jak i Kościół katolicki zanadto zdani byli na siebie wzajem, aby mogli dopuścić do jakiegokolwiek pomiędzy sobą rozstrzygnięcia, mimo iż znalazłyby się liczne po temu okazje, u obu tych potęg bowiem uczciwość intelektualna i szczere dążenie do ostrych, jednoznacznych sformułowań domagały się separacji. Nigdy jednak jej nie dokonano. Rzym zadowalał się zajmowaniem wobec gry raz przychylnego, raz znowu niechętnego stanowiska, niektóre bowiem najświetniejsze talenty w kongregacjach, wśród wyższego i najwyższego kleru należały również do grona graczy. Sama zaś gra, od chwili gdy ustanowiono gry publiczne oraz magistra ludi, znajdowała się pod opieką zakonu i instytucji pedagogicznych, będących zawsze wobec Rzymu uosobieniem uprzejmości i rycerskości. Pius XV, który jeszcze jako kardynał był dobrym, pełnym zapału graczem szklanych paciorków, jako papież nie tylko, wzorem swych poprzedników, na zawsze z gry zrezygnował, lecz usiłował ponadto wszcząć przeciwko niej proces, i niewiele wówczas brakowało, aby katolikom całkowicie jej zabroniono. Lecz zanim do tego doszło, papież zmarł, a pewna poczytna biografia tego niewątpliwie wybitnego męża przedstawiła jego stosunek do gry paciorków szklanych jako głęboką namiętność, którą, jako papież, okiełznać potrafił jedynie wrogością.

Gra, dawniej uprawiana swobodnie przez jednostki lub w gronach koleżeńskich, choć co prawda od dłuższego już czasu życzliwie popierana przez urząd pedagogiczny, zorganizowana została oficjalnie najpierw we Francji i w Anglii, a pozostałe kraje dość szybko poszły ich śladem. W każdym tedy kraju ustanowiono komisję do spraw gry i naczelnego jej kierownika z tytułem magistra ludi, oficjalnie zaś, pod osobistym nadzorem owego magistra przeprowadzane gry podniesiono do rangi duchowych uroczystości. Magister pozostawał oczywiście – jak wszyscy wyżsi i najwyżsi funkcjonariusze kultury duchowej – anonimowy i prócz kilku najbliższych osób nikt nie znał prawdziwego jego imienia. Jedynie wielkie, oficjalne gry, za które odpowiedzialny był magister ludi, miały do dyspozycji oficjalne i międzynarodowe środki przekazu, jak radio i temu podobne. Do obowiązków magistrów należało – prócz kierowania publicznymi grami – popieranie graczy i szkół gry, lecz przede wszystkim mieli oni jak najskrupulatniej czuwać nad dalszym rozwojem samej gry. I wyłącznie Światowa Komisja Magistrów ze wszystkich krajów decydowała o przyjmowaniu (co dziś niemal się już nie zdarza) do gry nowych formuł czy znaków, o ewentualnym rozszerzeniu reguł gry, o tym, czy włączenie do niej nowych dziedzin pożądane jest, czy zbędne. Jeśli będziemy uważać grę za rodzaj uniwersalnego języka intelektualistów, komisje poszczególnych krajów pod kierownictwem swoich magistrów stanowiłyby akademie, czuwające nad zasobami, dalszym rozwojem oraz utrzymywaniem czystości tego języka. Każda krajowa komisja posiada archiwum gry, czyli wszystkie dotychczas zbadane i dopuszczone znaki i klucze, których liczba od dawna już przewyższyła liczbę dawnych chińskich znaków pisarskich. Na ogół za wykształcenie wstępne, wystarczające dla gracza szklanych paciorków, uchodzi końcowy egzamin jednej ze szkół wyższych, zwłaszcza zaś szkół elitarnych; na podstawie milczącej umowy zakłada się jednak i zakładało zawsze nieprzeciętne opanowanie jednej z głównych dziedzin nauki lub muzyki. Dojść kiedyś aż do godności członka komisji gry albo nawet magistra ludi było marzeniem niemal każdego piętnastolatka w szkołach elitarnych. Ale już w gronie doktorantów znikoma jedynie część poważnie traktowała ambicje aktywnego służenia grze szklanych paciorków i dalszemu jej rozwojowi. Natomiast wszyscy ci miłośnicy gry ćwiczyli się pilnie w jej znajomości i medytacji, tworząc podczas „wielkich” gier ów najściślejszy krąg nabożnych i oddanych słuchaczy, nadających grom publicznym ich uroczysty charakter i chroniących je przed wypaczeniem w wyłącznie dekoracyjne akty. Dla prawdziwych graczy i miłośników magister ludi jest władcą lub arcykapłanem, nieomal bóstwem.

Lecz dla każdego samodzielnego gracza, a zwłaszcza dla magistra, gra szklanych paciorków jest przede wszystkim muzykowaniem o znaczeniu zbliżonym mniej więcej do tego, które niegdyś wyraził słowami Józef Knecht, pisząc o istocie muzyki klasycznej:

„Uważamy muzykę klasyczną za ekstrakt i najpełniejszy wyraz naszej kultury, ponieważ jest ona najdobitniejszym, najbardziej charakterystycznym jej gestem i przejawem. W muzyce tej posiadamy dziedzictwo antyku i chrystianizmu, duch mężnej a pogodnej pobożności i niezrównanie rycerską moralność. O moralności bowiem stanowi ostatecznie każdy klasyczny gest kulturalny, każdy zredukowany do gestu wzorzec ludzkiego postępowania. Rozmaitą tworzono muzykę pomiędzy rokiem 1500 i 1800, style i środki wyrazu były najróżniejsze, lecz duch, a raczej moralność, wszędzie jest jednaka. Zawsze jednaka jest postawa ludzka, której wyraz stanowi muzyka klasyczna, zawsze oparta jest ona na jednakiej znajomości życia, a dąży ku zawsze jednakiej przewadze nad przypadkowością. Gest muzyki klasycznej oznacza: wiedzę o tragizmie człowieczeństwa, afirmację ludzkiego losu, męstwo, pogodę! I czy będzie to wdzięk menueta Händla lub Couperina, czy wysublimowana w czułym geście zmysłowość, jak u wielu Włochów albo u Mozarta, lub spokojna i opanowana gotowość na śmierć, jak u Bacha, zawsze brzmi w tym przekorna odwaga wobec śmierci, rycerskość, pobrzmiewa nadludzki śmiech i nieśmiertelna pogoda. Wszystko to brzmieć też powinno w naszych grach szklanych paciorków i całym naszym życiu, działalności i cierpieniach”.

Słowa te zanotowane zostały przez jednego z uczniów Knechta. I nimi kończymy nasze rozważania o grze szklanych paciorków.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki