Góry. Stan umysłu - Robert Macfarlane - ebook + audiobook
Opis

Robert Macfarlane nareszcie po polsku! Znakomity brytyjski pisarz i podróżnik tym razem poszukuje źródeł osobliwej, nieracjonalnej i intrygującej miłości do wspinaczki wysokogórskiej.

Chodzenie w góry jest od dwudziestu lat jedną z najszybciej upowszechniających się form spędzania czasu wolnego – tym, co wyróżnia ją na tle innych, jest nieodłącznie związane z nią ryzyko śmierci.

Ryzykowanie życia, by wspiąć się na jakąś górę, jeszcze trzy wieki temu uznano by za dowód szaleństwa. Dziki krajobraz nie był pociągający; atrakcyjne było to, co człowiek uporządkował. Poza tym przebywanie w górach wiązało się z niebezpieczeństwami: uważano, że lawinę potrafi wywołać nawet kaszlnięcie lub muśnięcie skrzydła ptaka, przelatującego nisko nad ośnieżonym zboczem. Można było wpaść w szczelinę; lodowce czasami po latach „wypluwały” zesztywniałe zwłoki.

Dopiero w drugiej połowie XVIII wieku ludzie zaczęli podróżować w góry nie tylko z konieczności i uznawać wspaniałość górskiego krajobrazu. Góry zaczęły wywierać ogromny, często tragiczny w skutkach wpływ na ludzkie umysły. W 1865 roku człowiek po raz pierwszy stanął na szczycie Matterhornu; w czasie zejścia czterech ze zdobywców zginęło, spadając w przepaść.

Do końca wieku zdobyto wszystkie szczyty Alp i sporządzono mapy niemal wszystkich alpejskich przełęczy. Tym samym dobiegła końca tak zwana złota era wspinaczki. Wielu zwróciło swoją uwagę na wielkie pasma górskie; zaczęto zdobywać szczyty Kaukazu, Andów i Himalajów. Na przełomie XIX i XX wieku często stawały się one obiektami obsesji.

Uczucia i postawy, które popychały do działania pierwszych wspinaczy, do dziś pozostają żywe w wyobraźni Zachodu. Respekt odczuwany przed górami wydaje nam się naturalny. Strzeliste, srogie, oblodzone – wszystkie tego typu formy krajobrazu cieszą się naszym uwielbieniem; wydajemy się coraz bardziej spragnieni choćby zapośredniczonego kontaktu z „dzikością”.

Robert Macfarlane rzetelnie opisuje fenomen radykalnej zmiany: co stało się na przełomie kilku stuleci, że cechy gór, które budziły wcześniej odrazę – stromizna, odosobnienie, śmiertelne niebezpieczeństwa – zaczęto zaliczać do ich największych zalet.

 

"Ta zadziwiająca książka pomaga nam wspiąć się na nowe wyżyny intelektualne jeśli chodzi o zgłębianie ludzkiej obsesji na punkcie zawrotnych wysokości. Jest w niej coś, co zadowoli każdego." THE SUNDAY TIMES

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 380

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 55 min

Lektor: Filip Kosior

Popularność


1. OPĘTANIE

Rozmyślałem o niepohamowanej namiętności, która popychała ludzi do podejmowania karkołomnych wspinaczek. Żaden przykład ich nie zniechęci […] szczyt potrafi odznaczać się taką samą nieodpartą siłą przyciągania jak głębina.

THÉOPHILE GAUTIER, 1868

Miałem dwanaście lat, kiedy w położonym w górach Szkocji domu dziadków natknąłem się po raz pierwszy na jedną z najbardziej poruszających opowieści o wspinaczce, The Fight for Everest — relację z brytyjskiej wyprawy z 1924 roku, w czasie której George Mallory i Andrew Irvine zaginęli niedaleko wierzchołka najwyższej góry świata.

U dziadków mieszkaliśmy przez całe lato. Mój brat i ja mogliśmy zaglądać wszędzie z wyjątkiem pokoju na końcu korytarza, gdzie mieścił się gabinet dziadka. Bawiliśmy się w chowanego, a ja często wybierałem na kryjówkę dużą szafę w naszej sypialni. Pachniało w niej kamforą, a na dnie zalegały stosy butów, przez które trudno było dłużej tam ustać. W szafie wisiało też futro dziadka w przezroczystym plastikowym pokrowcu, który miał je chronić przed molami. Kiedy odruchowo wyciągnęło się dłoń, żeby dotknąć miękkiego włosia, zamiast niego czuło się gładką powierzchnię plastiku.

Najciekawszym pomieszczeniem w domu była oranżeria, którą dziadkowie nazywali Słonecznym Pokojem. Posadzkę ułożono tam z płaskich kamieni, nieodmiennie zimnych. Dwie ściany były całkowicie przeszklone. Na jednym z okien wisiał wycięty z kartonu sokół. Miał odstraszać małe ptaki, jednak one i tak co rusz wpadały na okna i ginęły, biorąc szybę za powietrze.

Nawet w lecie wnętrze domu wypełniało rześkie, przesycone zapachem minerałów powietrze typowe dla szkockich gór, a wszystkie powierzchnie były chłodne w dotyku. Do obiadu wyjmowano z kredensu masywne lodowate sztućce. Gdy leżałem już w łóżku, naciągałem kołdrę na głowę, żeby odgrodzić się od chłodu. Potem oddychałem głęboko, dopóki nie ogrzałem pościeli.

Cały dom wypełniały książki. Dziadek nie próbował ich porządkować, zdarzało się więc, że obok siebie stały bardzo różne pozycje. Komiks Mr Crabtree Goes Fishing, Hobbit i zbiór opowiadań kryminalnychdzieliły małą półkę w jadalni z oprawionymi w skórę tomamiSystemu logiki dedukcyjnej i indukcyjnej J.S. Milla. Było tam też kilka książek o tematyce rosyjskiej, których tytułów nie potrafiłem wtedy jeszcze w pełni zrozumieć, a także kilkadziesiąt pozycji poświęconych wyprawom badawczym i wspinaczce.

Pewnej nocy, nie mogąc zasnąć, zszedłem na dół po coś do czytania. Pod jedną ze ścian korytarza piętrzył się stos książek. Niemal na chybił trafił wziąłem ze środka, jakbym wyjmował cegłę ze ściany, duże zielone tomiszcze i poszedłem z nim do Słonecznego Pokoju. Księżyc świecił jasno, a ja usiadłem na jednym z szerokich kamiennych parapetów i zacząłem czytać The Fight for Everest.

Niektóre szczegóły tej wyprawy znałem z opowieści dziadka, ale książka, z długimi opisami, dwudziestoma czterema czarno-białymi fotografiami i rozkładaną mapą zawierającą znajomo brzmiące nazwy — lodowiec Rongbuk Wschodni, obóz w Shekar Dzong, przełęcz Lhakpa — podziałała na moją wyobraźnię o wiele bardziej. Pod wpływem lektury opuściłem ciało i przeniosłem się w Himalaje. Przed oczami przelatywały mi kolejne obrazy. Widziałem kamieniste równiny Tybetu rozciągające się ku wypiętrzonym w oddali białym szczytom, Everest przypominający czarną piramidę, butle z tlenem, które wspinacze nieśli na plecach i które upodabniały ich do nurków, potężne lodowe ściany Przełęczy Północnej, które wspinacze pokonywali za pomocą lin i drabin, niczym średniowieczni wojownicy oblegający mury miasta, wreszcie czarną literę T ułożoną ze śpiworów na śniegu w obozie VI, informującą osoby z niższych obozów, obserwujące górę przez lunety, że Mallory i Irvine zaginęli.

Moją fascynację wzbudził szczególnie jeden z rozdziałów. Był to sporządzony przez Noela Odella, geologa wyprawy, opis chwili, kiedy po raz ostatni widziano Mallory’ego i Irvine’a:

Chmury nade mną niespodziewanie się rozstąpiły i zobaczyłem całą grań oraz wierzchołek Everestu. Na zaśnieżonym zboczu prowadzącym, jak mi się wydawało, do ostatniego uskoku przed piramidą szczytową, zauważyłem maleńki punkcik zbliżający się do uskoku. Za nim podążał drugi, pierwszy wspiął się tymczasem na szczyt uskoku. Kiedy tak stałem, przyglądając się uważnie tej pełnej dramatyzmu scenie, widok przesłoniłychmury.

Czytałem ten ustęp raz za razem i niczego nie pragnąłem bardziej niż być jednym z tych dwóch punkcików walczących o przetrwanie w rozrzedzonym powietrzu.

* * *

To wystarczyło — złapałem bakcyla. Podczas jednego z tych seryjnych zachłyśnięć książkami, jakie możliwe są tylko w wypełnionym nieprzebranymi połaciami wolnego czasu dzieciństwie, przetrząsnąłem gruntownie bibliotekę dziadka i do końca lata przeczytałem z tuzin najsłynniejszych relacji z wypraw — na górskie szczyty i na bieguny — między innymiNa krańcu świata Apsleya Cherry’ego-Garrarda, opowieść o wyprawie na biegun południowy, Zdobycie Mount Everestu Johna Hunta i krwawą relację Edwarda Whympera zatytułowaną Zdobycie Matterhornu.

Dziecięca wyobraźnia odznacza się większą ufnością w prawdziwość opowieści od wyobraźni osoby dorosłej — młody czytelnik łatwiej uwierzy, że wydarzenia rozegrały się w taki sposób, w jaki zostały przedstawione. Potrafi również znaleźć w sobie większe pokłady empatii, więc w czasie lektury przeżywałem wszystko razem z odkrywcami i poprzez nich. Spędzałem z nimi wieczory w namiotach, rozmrażając pemikan[1] na piecyku opalanym foczym tłuszczem, podczas gdy na zewnątrz świszczał wiatr. Przemierzałem saniami głębokie do pasa polarne śniegi. Przejeżdżałem przez zastrugi[2], zsuwałem się żlebami, wspinałem na skalne żebra i wędrowałem graniami. Z górskich szczytów oglądałem świat, jakby rozciągała się przede mną mapa. Z dziesięć razy o mały włosnie zginąłem.

Fascynowały mnie trudy, z jakimi mierzyli się i jakie znosili ci mężczyźni — bo byli to niemal wyłącznie mężczyźni. Na biegunach panowały temperatury tak niskie, że potrafiły zamrozić na kość brandy w butelce. Języki przymarzały psom do sierści, kiedy próbowały ją polizać, a mężczyznom brody do kurtek, jeżeli opuścili głowę. Wełniane okrycia robiły się sztywne jak blacha i trzeba było walić w nie młotkami, żeby się odgięły. Wieczorami badacze wwiercali się z mozołem cal po calu w śpiwory ze skóry reniferów, lodowe pochwy zesztywniałe od mrozu. W górach natrafiali na nawisy przypominające poziome fale, walczyli z nadchodzącymi ukradkiem atakami choroby wysokościowej, a także z lawinami i śnieżycami, które w jednej sekundzie przesłaniały cały świat bielą.

Pomijając udane wejście Hillary’ego i Tenzinga na Everest w 1953 roku oraz uratowanie całej załogi przez Ernesta Shackletona w 1916 — dzięki cudownym zdolnościom nawigacyjnym Worsleya, łódce „James Caird”, która przepłynęła po idealnie prostej linii osiemset mil przez sztormowy Ocean Południowy, i temu, że Shackleton zachował niewzruszony spokój, mimo że na północ od niego Europa pękała niczym dryfująca kra — niemal wszystkie opowieści kończyły się śmiercią lub jakiegoś rodzaju okaleczeniem. Podobały mi się te makabryczne szczegóły. W niektórych podbiegunowych opowieściach niemal na każdej stronie dochodziło do utraty członka załogi albo jakiejś części ciała. Czasami członek załogi oznaczał część ciała. Spustoszenie w szeregach odkrywców szerzył szkorbut, który tak bardzo osłabiał ciało, że odpadało od kości jak namoknięty herbatnik. Jeden z opisywanych mężczyzn zapadł na tak ciężką postać tej choroby, że krew sączyła mu się z wszystkich porów skóry.

Na moją wyobraźnię działało również umiejscowienie tych opowieści, sceneria, w której się rozgrywały. Pociągała mnie posępność obszarów, w które docierali odkrywcy — jałowość górskiego i polarnego krajobrazu z surową, manichejską kolorystyką czerni i bieli. W tych opowieściach spolaryzowaniu ulegały również ludzkie wartości. Odwaga i tchórzostwo, odpoczynek i wysiłek, zagrożenie i bezpieczeństwo, dobro i zło: bezlitosna natura dzieliła wszystko na proste przeciwieństwa. Marzyło mi się, żeby i moje życie było równie wyraźnie zarysowane, równie proste w swych hierarchiach.

Pokochałem odkrywców: badaczy biegunów z ich saniami, pieśniami i szczególnym umiłowaniem pingwinów, wspinaczy z ich fajkami, niefrasobliwością i nieprawdopodobną kondycją. Uwielbiałem to, że ich szorstki wygląd — niezniszczalne tweedowe bryczesy, pokaźne bokobrody i wąsiska, jedwab i niedźwiedzi tłuszcz, które chroniły ich przed mrozem — w ogóle nie pasował do ich subtelnej wrażliwości na piękno krajobrazu. Do tego dochodziło połączenie arystokratycznej wybredności (na przykład sześćdziesiąt puszek przepiórki w foie gras, muchy i szampan marki Montebello, które zabrali ze sobą uczestnicy wyprawy na Mount Everest z 1924 roku) z niesamowitą wytrzymałością. Oraz pogodzenie się przez nich z tym, że gwałtowna śmierć była jeśli nie prawdopodobna, to z całą pewnością możliwa.

Wydawali mi się wtedy modelowymi podróżnikami, niewzruszonymi w obliczu trudności i skromnymi z natury. Pragnąłem być taki jak oni. Szczególnie zazdrościłem odporności małemu Birdiemu Bowersowi, prawej ręce Scotta, który w czasie rejsu na południe na żaglowcu „Terra Nova” codziennie rano mył się na pokładzie w wiaderku morskiej wody i potrafił spać — tak, spać! — w temperaturach dochodzących do minus trzydziestu stopni Celsjusza.

Najbardziej wszakże fascynowali mnie ci, którzy próbowali się wspiąć na wysokie szczyty najwyższych górskich pasm Azji. Wielu zginęło. Nauczyłem się na pamięć tego apelu poległych: Mallory i Irvine na Evereście, Mummery na Nanga Parbat, Donkin i Fox na Kosztantau… Lista ciągnęła się bez końca ku mniej znanym nazwiskom. Relacje z górskich wypraw działały na moją wyobraźnię równie mocno, jak te z wypraw na bieguny — piękno i surowość krajobrazu, bezkres przestrzeni, całkowita niepraktyczność tych wysiłków — tyle że miejsce szerokości geograficznych zajmowały wysokości nad poziomem morza. Ludzie ci niewątpliwie nie byli bez wad. Ciążyły na nich grzechy ich epoki: rasizm, seksizm i nieustępliwy snobizm. Odwaga mieszała się z wyraźnym egoizmem. Wtedy jednak tego nie dostrzegałem. Widziałem tylko nieprawdopodobnie śmiałych ludzi zapuszczających się w jaskrawe światło nieznanego.

* * *

Książką, która bez wątpienia zrobiła na mnie największe wrażenie, była AnnapurnaMaurice’a Herzoga, podyktowana przez niego w 1951 roku, gdy leżał na szpitalnym łóżku. Nie mógł spisać tej relacji sam, ponieważ stracił wszystkie palce. Herzog był kierownikiem wyprawy francuskich wspinaczy, którzy wiosną 1950 roku przybyli do Nepalu, aby jako pierwszy zespół zdobyć jeden z czternastu ośmiotysięczników.

Po uciążliwych, trwających miesiąc rekonesansach, w obliczu zbliżającej się coraz szybciej pory deszczowej, Francuzi zapuścili się w pasmo Annapurny, odległy świat lodu i skał odgrodzony pierścieniem najwyższych gór na Ziemi. Herzog pisał:

Żaden człowiek nie oglądał nigdy otaczających nas szczytów. Żadne zwierzę, żadna roślina nie mają prawa obywatelstwa w tych stronach. Podczas czystego poranka ten brak wszelkiego życia, to ubóstwo przyrody dodają nam tylko sił wewnętrznych. Któż zrozumie zapał, jaki czerpiemy z tej nicości, skoro ludzie podziwiają przyrodę bogatą i szczodrą?[3]

Zespół posuwał się powoli, zakładając coraz wyżej kolejne obozy. Wysokość, straszliwe mrozy i zmęczenie zaczęły zbierać żniwo. Choć Herzog słabł, coraz bardziej umacniał się w przekonaniu, że zdobycie szczytu jest w zasięgu możliwości zespołu. Wreszcie 3 czerwca, w towarzystwie Louisa Lachenala, opuścił najwyższy, V obóz i obaj podjęli próbę zdobycia Annapurny.

Ostatnia część wyprawy wiązała się z koniecznością wejścia po długim, zakrzywionym lodowcu, przez zespół nazwanym Sierpem, a potem wspięcia się na stromy pas skalny, który zagradzał drogę na szczyt. Poza tym odcinkiem droga nie przedstawiała poważniejszych trudności technicznych, dlatego Lachenal i Herzog zostawili linę w obozie, aby zmniejszyć wagę plecaków.

Z obozu V wychodzili w idealnych warunkach atmosferycznych. Niebo było całkowicie bezchmurne, co jednak oznaczało spadek temperatury. Powietrze było tak zimne, że obaj wspinacze czuli, jak w miarę wspinaczki stopy zamarzają im w butach. Dość szybko stało się jasne, że jeśli nie zawrócą, ryzykują poważnymi odmrożeniami. Szli dalej.

Herzog opisuje, że coraz mniej kontrolował, co się z nim dzieje. Przejrzystość rozrzedzonego powietrza, krystaliczne piękno gór i osobliwa bezbolesność odmrożeń wprawiły go w odrętwienie, co sprawiło, że nie zwracał uwagi na swój pogarszający się stan:

Odczuwam obecność mojego towarzysza i otaczający mnie świat w jakiś nierealny sposób… Śmieję się w głębi ducha z naszych mizernych wysiłków […]. Lecz wysiłek znikł, jak gdyby nie istniała już grawitacja. Ten przejrzysty krajobraz to nie są moje góry. To góry moich snów[4].

Nadal jak w transie — nadal niewrażliwi na ból — Herzog i Lachenal pokonali ostatni pas skał i znaleźli się na szczycie.

Lachenal tupie nogami: marznie. Ja też! Ale nie zwracam na to uwagi. Najwyższy szczyt, jaki dotąd został zdobyty, znajduje się pod naszymi stopami! Defilują mi w pamięci nasi poprzednicy w tych wysokich górach: Mummery, Mallory i Irvine, Bauer, Welzenbach, Tilman, Shipton… Ilu z nich zginęło, ilu znalazło tutaj koniec, który dla nich był najpiękniejszy? […] Czuję, że kres jest bliski, ale takiego kresu pragną wszyscy alpiniści, gdyż zgodny jest z ich pasją. Jestem wdzięczny górom, że są dziś dla mnie tak piękne. Ich cisza wzrusza mnie jak cisza kościoła. Nie cierpię wcale i nie czuję żadnego lęku[5].

Cierpienie i lęk przyszły później. Gdy schodzili ze skalnego pasa, Herzog upuścił rękawice, a po dotarciu do obozu IV ledwie trzymał się na nogach. Miał poważnie odmrożone dłonie i stopy. Podczas rozpaczliwego odwrotu do bazy upadł na stromym stoku i złamał kilka kości w i tak już uszkodzonej stopie. Kiedy musiał opuścić się na linie, ta odrywała mu z dłoni długie płaty mięsa.

Gdy teren zrobił się mniej stromy, Herzoga można było nieść: najpierw na barana, potem w koszu, na saniach, wreszcie na noszach. Stopy i dłonie miał owinięte materiałem i folią, żeby zapobiec dalszym urazom. Każdego wieczoru, kiedy uczestnicy docierali do kolejnego obozu, Oudot, lekarz wyprawy, wstrzykiwał mu nowokainę, spartokamforę i penicylinę do tętnic udowych i ramiennych, wprowadzając długą igłę przez lewą i prawą pachwinę oraz na zgięciu łokci, co bolało tak bardzo, że Herzog błagał o śmierć. Kiedy uczestnicy zeszli z góry, jego stopy zbrązowiały i sczerniały, a zanim dotarli do Gorakhpur, Oudot zdążył mu amputować niemal wszystkie palce u nóg i rąk.

Tamtego lata przeczytałem Annapurnę trzy razy. Nie miałem wątpliwości, że Herzog dokonał słusznego wyboru, idąc na szczyt, mimo iż w rezultacie zapłacił za to uszczerbkiem na zdrowiu. Czymże są, uważaliśmy obaj, palce u stóp i dłoni w porównaniu z doświadczeniem stania na tych kilku metrach kwadratowych zaśnieżonego wierzchołka? Byłoby warto, nawet gdyby zginął. Właśnie taką naukę wyniosłem z książki Herzoga: najwspanialszy koniec może spotkać człowieka na górskim szczycie. Od śmierci w dolinach uchrońmnie, Panie!

* * *

Dwanaście lat po pierwszej lekturze Annapurny — dwanaście lat, w czasie których większość wakacji spędzałem w górach — natknąłem się na inny egzemplarz, przesuwając palcami po grzbietach książek w antykwariacie gdzieś w Szkocji. Tamtego wieczoru siedziałem do późna, czytając ją znowu, i po raz kolejny uległem jej czarowi. Niedługo potem znalazłem połączenie lotnicze i partnera wspinaczkowego — przyjaciela z wojska, Toby’ego Tilla — z którym wybrałem się na tydzień w Alpy.

Do Zermatt przybyliśmy na początku czerwca w nadziei, że zdążymy wspiąć się na Matterhorn, zanim zaczną oblegać go tłumy wakacyjnych wspinaczy. Górę jednak wciąż pokrywał gruby pancerz lodu, zbyt niebezpieczny, abyśmy mogli podjąć próbę zdobycia szczytu. Pojechaliśmy zatem do sąsiedniej doliny, w której odwilż rzekomo nadeszła nieco wcześniej. Zamierzaliśmy przenocować wysoko w górach, a rano wejść na Lagginhorn łatwą południowo-wschodnią granią. Przeszło mi przez myśl, że mający 4010 metrów Lagginhorn jest niższy od Annapurny niemal dokładnie o połowę.

Tamtej nocy padał śnieg, a ja leżałem, wsłuchując się w odgłos dużych płatków śniegu lądujących na tropiku naszego namiotu. Przybierały na materiale postać ciemnych kontynentów, w końcu taka zaspa robiła się zbyt ciężka i z delikatnym świstem zsuwała się na ziemię. Późno w nocy śnieg przestał padać, lecz kiedy o szóstej rano rozsunęliśmy zamek namiotu, przez chmury sączyło się złowieszcze żółtawe światło zwiastujące kolejną śnieżycę. Z niepokojem wyruszyliśmy w stronę grani.

Kiedy na nią weszliśmy, okazała się trudniejsza, niż wydawało się z dołu. Utrudnieniem był stary, „zgniły” śnieg tworzący czapę o głębokości ponad metra, pokryty piętnastoma centymetrami świeżego — niezwiązanego i lepkiego. Mokry śnieg jest ziarnisty jak cukier albo przybiera postać skrzypiącej pod nogami struktury złożonej z dłuższych, cieńszych kryształków, pustych w środku i niepołączonych ze sobą. Tak czy inaczej, jest niestabilny.

Zamiast stawiać pewnie kroki na skale, brnęliśmy przez śnieg, nie mając pewności, czy pod spodem znajduje się skała, czy powietrze. Na grani nie było wydeptanej ścieżki, która mogłaby nas poprowadzić, najwyraźniej od poprzedniego lata nikt tamtędy nie szedł. Poza tym było zimno, piekielnie zimno. Ciekło mi z nosa, wydzielina zamarzała mi na twarzy w grubych strużkach. Pod wpływem wiatru zacząłem łzawić; w prawym oku rzęsy przymarzły do siebie. Musiałem je rozdzielić, odciągając powieki.

Po dwóch godzinach mozołu zbliżaliśmy się do szczytu, ale grań zaczęła robić się bardziej stroma, więc posuwaliśmy się jeszcze wolniej. Czułem, jak mróz wnika do wnętrza mojego ciała. Również mój umysł zdawał się pracować wolniej, bardziej bełkotliwie, zupełnie jakby procesy myślowe zastygły w niskiej temperaturze, jakby zrobiły się od niej kleiste. Oczywiście mogliśmy zawrócić. Szliśmy jednak dalej.

Ostatnich pięćdziesiąt metrów przed szczytem było bardzo stromych, brnęliśmy przez stary niestabilny śnieg. Zatrzymałem się, żeby ocenić sytuację. Wyglądało na to, że góra w każdej chwili może strząsnąć z siebie za jednym zamachem cały śnieg, jakby zrzucała płaszcz. Raz po raz obok mnie schodziły małe lawiny. Usłyszałem stukot kamieni toczących się wschodnią ścianą.

Stałem w śniegu, wbiwszy w niego czubki butów, zbocze wznosiło się tuż przed moją twarzą. Odchyliłem głowę i spojrzałem w niebo. Nad szczytem przepływały chmury. Przez moment miałem wrażenie, jakby góra powoli się na mnie przewracała.

Odwróciłem się i zawołałem do znajdującego się sześć metrów niżej Toby’ego:

— Idziemy dalej?! Kiepsko to wygląda. Na moje oko w każdej chwili może stąd zjechać duża ilość śniegu.

Poniżej Toby’ego zbocze zwężało się w rynnę, która miała wylot nad urwiskiem południowej ściany. Gdybym się poślizgnął albo gdyby zarwał się pode mną śnieg, ześlizgnąłbym się obok Toby’ego, porwałbym go ze sobą, po czym obaj zlecielibyśmy kilkadziesiąt metrów w stronę lodowca.

— Pewnie, że idziemy, Rob, pewnie, że idziemy! — zawołał Toby.

— Dobra.

Miałem tylko jeden czekan, tymczasem stok był na tyle stromy, że przydałyby się dwa. Musiałem improwizować. Przerzuciłem czekan do lewej ręki i usztywniłem jak tylko się dało palce prawej. Zamierzałem wbijać je w śnieg, aby zyskać dodatkowy punkt oparcia. Nerwowo podjąłem wspinaczkę.

Pokrywa śnieżna wytrzymała, zaimprowizowany czekan się sprawdził i niedługo potem niespodziewanie znaleźliśmy się na wierzchołku o wielkości kuchennego stołu, trzymając się kurczowo stalowego krzyża, który wystawał z grubej warstwy śniegu. Rozglądaliśmy się, jednocześnie przerażeni i uszczęśliwieni. Ze wszystkich stron góra opadała stromo. Miałem wrażenie, że próbujemy utrzymać równowagę na czubku wieży Eiffla. Chmury odpłynęły i mrok poranka zastąpiło lśniące białe światło. Wypatrzyłem żółtą kropkę naszego namiotu stojącego kilkaset metrów niżej. Lodowiec, przez który przeszliśmy poprzedniego dnia, zmierzając do podstawy grani, oglądany z tej wysokości przypominał szereg jasnych bałwanów morskich. Widziałem dziesiątki jeziorek z wytopionego śniegu, które utworzyły się w zagłębieniach między bałwanami i teraz mrugały do mnie w słońcu niczym tarcze. Ich błękit był wprost olśniewający. Na zachód od nas światło wschodzącego słońca zaczynało oblewać ściany gór pasma Mischabel. Porywisty wiatr wdzierał się przez szczeliny w ubraniu i napierał na policzki z taką siłą, że straciłemw nich czucie.

Spojrzałem na swoje dłonie. Przez całą drogę pod górę miałem na nich cienkie rękawiczki. Gdy wbijałem je w zmarznięty śnieg, zdarłem materiał z czubków trzech palców prawej ręki. Nie czułem ich. Po chwili uświadomiłem sobie z osobliwym spokojem, że nie czuję całej dłoni. Zbliżyłem ją do załzawionych oczu. Koniuszki palców wystawione na działanie lodowatego powietrza przybrały woskowożółty kolor i zrobiły się półprzezroczyste jak stary ser.

Nie wziąłem zapasowych rękawiczek, ale nie miałem czasu, żeby się tym przejmować, ponieważ mokry śnieg, który z ledwością wytrzymał nasz ciężar podczas wspinaczki, zaczął topić się w porannym słońcu. Musieliśmy jak najszybciej ruszyć w dół.

Schodziliśmy szybko i sprawnie, dopóki nie dotarliśmy do — jak się wydawało — ostatniej przeszkody. Był to most śnieżny: cienki, zapadnięty fałd śniegu o długości jakichś dziesięciu metrów, wiszący między dwiema skalnymi turniczkami. Wyglądał jak płachta materiału przyczepiona do dwóch palików. Był zbyt wygięty i delikatny, żeby dało się po nim przejść, nie można go było również okrążyć ani skręcić w tym miejscu w dół. Musieliśmy przejść wzdłuż jego krawędzi tak, jak zrobiliśmy to, idąc do góry, tyle że teraz istniało jeszcze większe ryzyko, że cała struktura runie pod naszym ciężarem, a my polecimy w dół na lodowiec.

Toby zaczął wykopywać w miękkim śniegu miejsce do siedzenia.

— Z twojego zachowania wnoszę, że mam iść pierwszy, zgadza się? — zapytałem.

— Tak, nie krępuj się.

Opuściłem się na niemal pionową grań, szukając oparcia w śniegu. Lina biegła poziomo między mną i Tobym. Kiedy wbijałem buty w śnieg, ten osypywał się z szumem jak mokry cukier. No i proszę, stoję na niemal pionowej ścianie w topniejącym śniegu, przesuwam się w bok centymetr za centymetrem niczym krab, wyposażony tylko w jeden czekan, do tego z lekko odmrożonymi trzema palcami. Przekląłem w myślach Maurice’a Herzoga. Potem spojrzałem w dół.

Między moimi nogami ziała pustka. Wbiłem raki w śnieg i spod butów uciekła mi wielka rozmiękła bryła, po czym pomknęła w stronę lodowca, stopniowo się rozpadając. Poczułem mrowienie w pośladkach, które rozeszło się na pachwinę i uda. Chwilę potem całą środkową część mojego ciała opanował brzęczący rój strachu. Przepaść wydawała się bezdenna i złowroga, zupełnie jakby próbowała mnie wchłonąć, wciągnąć w nicość.

Tylko jeden czekan… dlaczego nie zabrałem dwóch? Ponownie wbiłem w śnieg prawą dłoń — tę z woskowymi palcami — żeby znaleźć jakieś oparcie. Na szczęście nie czułem bólu. Pełzłem zatem dalej w miarowym rytmie. Wbicie buta, wbicie buta, wbicie dłoni, wbicie dłoni, przekleństwo. Wbicie buta, wbicie buta, wbicie dłoni, wbicie dłoni, przekleństwo…

Oczywiście zeszliśmy z tej góry — w przeciwnym razie nie opisywałbym tego zdarzenia — a kiedy zsuwaliśmy się na plecakach z położonego niżej stoku ku naszemu namiotowi, krzyczeliśmy z radości i ulgi. Udało nam się wspiąć na szczyt i z niego zejść.

Dwie godziny później, siedząc na kamieniu przed namiotem, wpatrywałem się w moje palce z obojętnością wyczerpanego człowieka. Wypogodziło się, dzień zrobił się ciepły i bezwietrzny, a okolicę oświetlało precyzyjne, równomierne światło charakterystyczne dla wysokich gór. Dźwięk niósł się daleko w rozrzedzonym powietrzu, a ja słyszałem pobrzękiwanie sprzętu i rozmowy wspinaczy schodzących z Weissmies, jakiś kilometr od nas. Wydawało się, jakby moja prawa dłoń należała do kogoś innego, niemniej z pewną ulgą zauważyłem, że odmrożenie dotknęło opuszków tylko trzech palców i nie jest głębokie. Kiedy postukałem nimi o kamień, wydały twardy głuchy odgłos, jak drewno uderzające o metal. Wyjąłem scyzoryk i zacząłem je zestrugiwać. Na płaskiej części szarego kamienia między moimi kolanami urósł stosik drobinek naskórka. Kiedy dotarłem do różowej skóry i zacząłem odczuwać ból przy każdym pociągnięciu noża, spopieliłem stosik obierek pomarańczowym płomieniem zapalniczki. Spłonęły, trzaskając, pozostała po nich woń spalonego mięsa.

* * *

Trzy wieki temu ryzykowanie życiem, aby wspiąć się na górę, uznano by za bezsprzeczny dowód szaleństwa. Idea dzikiego krajobrazu jako miejsca, które może być z jakiegoś powodu pociągające, właściwie nie istniała. Pejzaż mógł poruszać ortodoksyjną wyobraźnię ludzi żyjących w XVII i na początku XVIII wieku głównie ze względu na swą żyzność. Łąki, sady, pastwiska, głębokie bruzdy pól uprawnych — to były idealne składniki krajobrazu. Inaczej mówiąc: atrakcyjny był krajobraz ujarzmiony, krajobraz, któremu człowiek narzucił swój porządek za pomocą pługa, żywopłotu, rowu. Jeszcze w 1791 roku William Gilpin zauważał, że „większość ludzi” nie przepada za dzikimi terenami. „Tylko nieliczni — pisał — nie przedkładają ruchliwych widoków przetworzonych przez człowieka terenów nad najwspanialsze z surowych wytworów natury”. Górskie masywy, najsurowsze wytwory natury, nie tylko opierały się rolnictwu, ale wydawały się odpychające z estetycznego punktu widzenia; panowało poczucie, że ich nieregularne i gargantuiczne kształty kłócą się z naturalnym duchowym wymiarem umysłu. Uprzejmiejsi przedstawiciele XVII stulecia mówili z dezaprobatą o górach jako o „pustyniach”, inni piętnowali je i nazywali „czyrakami” szpecącymi powierzchnię Ziemi, „brodawkami”, „torbielami”, „naroślami” czy nawet, za sprawą labialnych grzbietów i waginalnych dolin, „sromem Natury”.

Poza tym przebywanie w górach wiązało się z niebezpieczeństwami. Uważano, że lawinę potrafi wywołać nawet kaszlnięcie, stąpnięcie żuka albo muśnięcie skrzydła ptaka przelatującego nisko nad zboczem pokrytym grubą warstwą śniegu. Można było wpaść w błękitne szczęki lodowej szczeliny — czasami lodowiec po latach wypluwał takiego nieszczęśnika, zmiażdżonego i zesztywniałego. W górach można było napotkać boga, półboga lub jakiegoś potwora rozgniewanego tym, że ktoś wkroczył do jego krainy — góry uważano zwykle za siedziby istot nadnaturalnych i wrogich. W słynnych Podróżach Jan z Mandeville opisywał plemię Asasynów, które mieszkało na szczytach pasma Elbrus; przewodził mu tajemniczy „stary człowiek z gór”. W UtopiiThomasa More’a Zapoleci — „lud dziki, nieokrzesany i zuchwały” — mieli zamieszkiwać w „górach skalistych”[6]. Owszem, góry zapewniały w przeszłości schronienie prześladowanym ludom — na przykład właśnie w góry uciekł Lot ze swoimi córkami, kiedy uszedł do Soaru — jednak powszechnie uważano je za obszar, którego należy unikać. Panowało przekonanie, że góry należy obchodzić, a w razie konieczności poruszać się ich obrzeżem albo między nimi — tak musiało postępować wielu kupców, żołnierzy, pielgrzymów i misjonarzy — lecz pod żadnym pozorem nie można wdrapywać się na ich wierzchołki.

Dopiero w drugiej połowie XVIII stulecia ludzie po raz pierwszy zaczęli podróżować w góry nie tylko z konieczności, wtedy też zaczął formować się spójny pogląd o wspaniałości górskiego krajobrazu. Szczyt Mont Blanc został zdobyty w 1786 roku, a wspinaczka jako sport pojawiła się na dobre w połowie wieku XIX, napędzana pragnieniem dokonywania odkryć naukowych (w tamtych pionierskich latach każdy szanujący się alpinista przynajmniej zmierzyłby na szczycie temperaturę gotującej się wody), choć zrodzona z pewnością z potrzeby doświadczania piękna. Złożone piękno lodu, światła słonecznego, skał, wysokości, ostrych kątów i powietrza — które John Ruskin nazwał „nieskończoną klarownością przestrzeni, niezmąconą prawdziwością wiecznego światła” — budziła niekwestionowany zachwyt w ludziach żyjących w drugiej połowie XIX wieku. Góry zaczęły wywierać ogromny, często tragiczny w skutkach wpływ na ludzkie umysły. „Oddziaływanie tego osobliwego Matterhornu na wyobraźnię było w istocie tak wielkie — stwierdzał z dumą Ruskin, pisząc w 1862 roku o swojej ulubionej górze — że nie potrafili mu się oprzeć nawet najznamienitsi filozofowie”. Trzy lata później człowiek po raz pierwszy stanął na szczycie Matterhornu, a podczas zejścia czterech zdobywców zginęło, spadając w przepaść.

Do końca stulecia zdobyto wszystkie szczyty Alp — dokonali tego głównie Brytyjczycy — i sporządzono mapy niemal wszystkich alpejskich przełęczy. Tym samym dobiegła końca tak zwana złota era zdobywców gór. Wielu zaczęło uważać, że Europa jest passé, a alpiniści przenieśli swoją uwagę na wielkie pasma górskie i mierzyli się z jeszcze poważniejszymi trudnościami i zagrożeniami, próbując wejść na szczyty Kaukazu, Andów i Himalajów: Uszbę, Popocatépetl, Nanga Parbat, Chimborazo czy Kazbek, gdzie Wulkan miał przykuć Prometeusza do skały.

Na przełomie XIX i XX wieku te wyższe szczyty oddziaływały na wyobraźnię ludzi z ogromną siłą i często stawały się obiektami obsesji. Kanczendzonga, ośmiotysięcznik widoczny przy dobrej pogodzie z uzdrowiska górskiego Dardżyling, przez wiele dekad fascynowała Europejczyków i Europejki uciekających latem do tej miejscowości przed upałami indyjskich nizin. „Zaśnieżony szczyt Kanczendzongi odcina się ostro i wyraźnie na tle intensywnie błękitnego nieba — zachwycał się Francis Younghusband, uczestnik Wielkiej Gry, czyli rywalizacji między Imperium Brytyjskim a Cesarstwem Rosyjskim o wpływy w Azji, który w 1904 roku stał na czele ataku na Tybet — eteryczny niczym dusza, biały i czysty w promieniach słońca […]. Patrzymy na niego w uniesieniu”. Opinia publiczna, dzięki depeszom wysyłanym do londyńskiego „Timesa”, w 1892 roku śledziła z zapartym tchem przebieg śmiałej ekspedycji Martina Convaya, której członkowie próbowali zdobyć Gaszerbrum w Karakorum.

Mount Everest, najwyższy i najsilniej działający na wyobraźnię szczyt na świecie, zauroczył całą Wielką Brytanię, która uznała go w dużym stopniu za swoją górę. Do tych zauroczonych należał George Mallory, którego śmierć podczas próby zdobycia Everestu zaszokowała w 1924 roku brytyjskie społeczeństwo. W opublikowanym w prasie nekrologu Mallory’ego i Irvine’a zwrócono z zachwytem uwagę na „bliskość umysłów zdobywców i ludzi pozostających w kraju”.

Uczucia i postawy, które popychały do działania pierwszych wspinaczy, do dziś pozostają żywe w wyobraźni mieszkańców Zachodu: wręcz na dobre zdążyły się w niej zadomowić. Miliony ludzi uważają oddawanie czci górom za coś naturalnego. Strzeliste, srogie, oblodzone — wszystkie te formy krajobrazu cieszą się teraz, niejako automatycznie, uwielbieniem, ich wizerunki przenikają zurbanizowaną kulturę Zachodu, coraz bardziej spragnioną choćby pośredniego kontaktu z dzikością i dziczą. Chodzenie w góry od dwudziestu lat jest jedną z najszybciej upowszechniających się form spędzania wolnego czasu. Szacuje się, że około dziesięciu milionów Amerykanów wybiera się co roku na wspinaczkę, a pięćdziesiąt milionów na wycieczkę w góry. Za takiego czy innego rodzaju turystów górskich uważa się około czterech milionów Brytyjczyków. Wartość sprzedaży towarów i usług plenerowych sięga ponoć dziesięciu miliardów dolarów rocznie i wciąż rośnie.

Tym, co odróżnia wspinaczkę od innych sposobów spędzania czasu wolnego, jest związane z nią ryzyko śmierci. W czasie siedmiu tragicznych tygodni w lecie 1997 roku w Alpach zginęły sto trzy osoby. Średnia liczba ofiar samego masywu Mont Blanc w skali roku przekracza niemal setkę. W niektóre zimy więcej ludzi traci życie w górach Szkocji niż na otaczających je drogach. Kiedy Mallory wspinał się na Everest, był to ostatni niezdobyty bastion Ziemi, „trzeci biegun”. Dziś jest gargantuicznym, kiczowatym, zamarzniętym Tadź Mahalem, wymyślnie polukrowanym tortem weselnym, na który firmy wspinaczkowe windują co roku setki klientów bez górskiego doświadczenia. Jego zbocza są usiane zwłokami, większość spoczywa w tak zwanej strefie śmierci, czyli na wysokości, na której ludzkie ciało zaczyna ulegać stopniowemu, niepowstrzymanemu procesowi degeneracji.

* * *

W ciągu trzech wieków w postrzeganiu gór przez mieszkańców Zachodu dokonała się niezwykła rewolucja. Cechy, które wcześniej budziły odrazę — stromizna, odosobnienie, śmiertelne niebezpieczeństwa — zaczęto uznawać za ich największe zalety.

Mamy tu do czynienia z tak radykalną zmianą, że uświadamia nam ona kulturowe w znacznej mierze uwarunkowanie sposobu, w jaki reagujemy na krajobraz. Oznacza to, że kiedy patrzymy na pejzaż, nie postrzegamy tego, co się przed nami znajduje, lecz w dużej mierze to, co naszym zdaniem powinno się tam znajdować. Przypisujemy mu właściwości, których sam w sobie nie ma — na przykład okrucieństwo czy posępność — i stosownie do tego go oceniamy. Innymi słowy, czytamy krajobrazy, interpretujemy ich formy, patrząc na nie przez pryzmat naszego doświadczenia i wspomnień oraz tego, co składa się na naszą wspólną pamięć kulturową. Mimo iż ludzie zawsze zapuszczali się na dzikie obszary, aby w jakiś sposób uciec przed kulturą i konwencją, postrzegali tę dzikość, podobnie jak postrzega się wszystko inne, w kontekście własnych skojarzeń. William Blake uchwycił istotę tego zjawiska: „Drzewo, które wywołuje u niektórych łzy radości, jest w oczach innych osób jedynie zielonym obiektem zagradzającym drogę”. Historia uczy nas, że to samo można powiedzieć o górach. Przez wieki uważano je za bezużyteczne przeszkody — „znaczące wypukłości”, jak lekceważąco określił je Samuel Johnson. Dziś zalicza się je do najwspanialszych form świata naturalnego, a ludzie, w imię miłości do nich, gotowi są oddać życie.

Tak więc to, co nazywamy górą, jest połączeniem fizycznych form świata z wyobraźnią ludzi — jest górą wyobrażoną. Z kolei sposób, w jaki ludzie odnoszą się do gór, niewiele ma wspólnego z faktycznymi obiektami ze skały i lodu. Góry są jedynie wypadkowymi geologii. Nie zabijają celowo ani też celowo nie zachwycają, wszelkie właściwości emocjonalne, które miałyby posiadać, są im narzucane przez wyobraźnię człowieka. Góry — podobnie jak pustynie, podbiegunowa tundra, głębokie oceany, dżungle i wszystkie inne rodzaje dzikiego krajobrazu, które tak bardzo uromantyczniliśmy — po prostu istnieją, pozostają na swoim miejscu, a ich fizyczne struktury ulegają stopniowemu przemodelowaniu pod wpływem sił geologicznych i atmosferycznych; istnieją niezależnie od naszych wyobrażeń. Są jednak również wytworami ludzkiego postrzegania, od wieków były powoływane do istnienia siłą wyobraźni. W książce tej próbuję prześledzić, w jaki sposób wyobrażenia o górach zmieniały się w czasie.

Rozziew między tym, co wyobrażone, a tym, co realne, charakteryzuje wszystkie obszary aktywności człowieka, ale jedną z najbardziej wyrazistych postaci przybiera w związku z górami. Kamień, skała i lód stawiają znacznie większy opór ludzkim dłoniom niż oku umysłu, a góry ziemskie okazywały się często znacznie bardziej oporne, znacznie realniejsze w swoich śmiertelnych niebezpieczeństwach od gór umysłu. Jak Herzog miał okazję przekonać się na Annapurnie, a ja na Lagginhornie, góry, na które człowiek spogląda, o których czyta, marzy i które pragnie zdobyć, nie są tymi samymi górami, na które się wspina. Te ostatnie składają się z twardych, stromych, ostrych skał i lodowatego śniegu; ze skrajnie niskich temperatur; z lęku wysokości tak przemożnego, że dostaje się skurczu żołądka i rozwolnienia; z nadciśnienia, nudności i odmrożeń; oraz z niewysłowionego piękna.

* * *

Zachował się list, który George Mallory napisał do swojej żony Ruth podczas rekonesansu przed wyprawą na Mount Everest w 1921 roku. Część uczestników ekspedycji rozbiła obóz około dwudziestu pięciu kilometrów od góry, między tybetańskim klasztorem a jęzorem lodowca spływającym od podnóża Everestu. W pewnym momencie od lodowca odłamał się kawał lodu; Mallory napisał, że „przypominało to wielkie fale rozgniewanego brązowego morza”. Wybrali niewygodne miejsce na biwak: zimne, położone wysoko, smagane wiatrem, który przybierał materialną postać, niosąc cząsteczki śniegu i pyłu, wijąc się między skałami brudnymi strumieniami. Dwudziesty ósmy czerwca Mallory spędził na pierwszych próbach zbliżenia się do góry, na której zginie trzy lata później. Miał za sobą wyczerpujący dzień: wstał kwadrans po trzeciej i do obozu wrócił dopiero o dwudziestej, pokonawszy wiele kilometrów po lodowcu, morenach i skałach. Dwa razy wpadł do lodowatych jeziorek.

Wreszcie zaległ, wyczerpany, w ciasnym, zapadającym się namiociku i przy migotliwym świetle lampy olejowej napisał list do domu, do Ruth. Wiedział, że kiedy korespondencja po miesiącu dotrze do Anglii, on prawdopodobnie zdąży zakończyć rekonesans, z takim czy innym rezultatem. Dużą część listu zajęła relacja z przebiegu dnia, ale w ostatnich akapitach Mallory starał się opisać żonie, jakie uczucia towarzyszą mu, gdy przebywa w takim miejscu i próbuje porwać się na podobny wyczyn. „Everest ma najbardziej strome granie i najbardziej przerażające urwiska, jakie kiedykolwiek widziałem — pisał do Ruth. — Najdroższa […] nie potrafię wyrazić tego, jak bardzo mną zawładnął”.

W mojej książce próbuję wyjaśnić, w jaki sposób góra może „zawładnąć” człowiekiem, wytworzyć w nim takie przywiązanie do czegoś, co jest przecież tylko stertą kamieni i lodu. Dlatego nie badam dróg, którymi ludzie docierali w góry, ale drogi, które wedle ich wyobrażeń miały ich tam zawieść, a także to, co w związku z nimi czuli i jak je postrzegali. Nie będę się zajmował nazwiskami, datami, szczytami i wysokościami nad poziomem morza, jak czynią autorzy typowych górskich opowieści, lecz doznaniami, emocjami i ideami. Nie jest to historia wspinaczki, ale historia wyobraźni.

„W tych górach tętno żywe dla mnie bije”[7], mówił Byronowski Childe Harold, wpatrując się w zamyśleniu w spokojne wody Jeziora Genewskiego. W każdym z rozdziałów tej książki próbuję prześledzić genealogię różnych sposobów emocjonalnego podejścia do gór, pokazać, jak to podejście się formowało, jak przekazywano je z pokolenia na pokolenie i przekształcano tak, by pasowało do ludzi i epoki. W ostatnim rozdziale opisuję, w jaki sposób Everest zawładnął George’em Mallorym, skłaniając go do opuszczenia żony i rodziny — i jak go następnie zabił. Losy Mallory’ego ilustrują wiele wątków omówionych w książce, ponieważ wszystkie sposoby emocjonalnego podejścia do gór zbiegły się w nim z osobliwą śmiercionośną siłą. W rozdziale mu poświęconym porównałem to, co pisał w listach i dziennikach, z moimi przypuszczeniami, aby stworzyć hipotetyczną rekonstrukcję trzech wypraw na Everest w latach dwudziestych, w których wziął udział.

Żeby prześledzić genealogie ludzkich odczuć wobec gór, musimy cofnąć się w czasie — wyminąć mnie, przesuwającego się nerwowo wzdłuż śnieżnej czapy w Alpach, Herzoga stojącego na szczycie Annapurny, w którego głowie dźwięczały nazwiska wszystkich jego znamienitych poprzedników, Mallory’ego w bazie u podnóża Everestu, gryzmolącego listy do Ruth na łóżku polowym z lampą szumiącą cicho w kącie, czterech mężczyzn spadających z urwisk Matterhornu w 1865 roku — i powrócić do epoki, kiedy współczesny zestaw odczuć wobec gór dopiero zaczynał się formować. Tak naprawdę musimy się cofnąć do nietypowo zimnych dni lata 1672 roku na pewnej alpejskiej przełęczy, przez którą filozof i teolog Thomas Burnet prowadził swojego młodego podopiecznego, hrabiego Wiltshire, do Lombardii. Tak się bowiem składa, że zanim ludzie mogli pokochać góry, musieli zdefiniować swoją przeszłość, a kluczową rolę w tym procesie odegrał właśnie Burnet.

[1] Pemikan (w języku Indian kanadyjskich Kri pimîhkân, pemmicane oznacza „tłuszcz”) — zakonserwowane przez suszenie na słońcu chude mięso bizonów, łosi lub jeleni pokrojone w cienkie paski lub plastry, następnie rozdrobnione, wymieszane z łojem bizona i kwaśnymi jagodami, po czym uformowane w wałki albo bochenek; lub po prostu suszone mięso (przyp. red.).

[2] Zastrugi — nieregularne wąskie grzędy i bruzdy na powierzchni śniegu, utworzone przez wiatr podczas zamieci (przyp. red.).

[3] Maurice Herzog, Annapurna, przeł. Rafał Unrug, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018, s. 92.

[4] Tamże, s. 174.

[5] Tamże, s. 179, 201.

[6] Thomas More, Utopia, przeł. Kazimierz Abgarowicz, De Agostini, Altaya, Warszawa 2001, s. 181.

[7] George Gordon Byron, Wędrówki Childe-Harolda, przeł. Aleksander Krajewski, G. Gebethner, Kraków 1896, s. 109.

2. WIELKA KAMIENNA KSIĘGA

Gdy spojrzymy na góry jako na pomniki powolnych działań potężnych sił natury w ciągu niezliczonych tysiącleci, przepełni nas nabożny lęk i podziw.

LESLIE STEPHEN, 1871

Sierpień 1972 roku — przesilenie kontynentalnego lata. Mieszkańcy Mediolanu i Genewy zalewają się potem pod palącym europejskim słońcem. Setki metrów nad nimi, w śniegach przełęczy Simplon — jednej z najważniejszych dróg wiodących przez Alpy — dygoce z zimna Thomas Burnet. Obok niego kuli się młody hrabia Wiltshire, praprawnuk Thomasa Boleyna, ojca pechowej Anny. Rodzina postanowiła, że chłopaka trzeba wyedukować, a Burnet, anglikański duchowny obdarzony bujną i niespokojną wyobraźnią, wziął urlop z Christ’s College w Cambridge, aby, jak się później okazało, przez dziesięć lat pełnić rolę opiekuna i cicerone korowodu nastoletnich arystokratów — młody hrabia był pierwszym z nich.

Dla Burneta jest to okazja do zobaczenia katolickiej, kontynentalnej Europy. Przełęcz Simplon przekroczą w towarzystwie ponurego przewodnika i orszaku porykujących mułów, następnie udadzą się na południe, przejdą obok długiego, lśniącego pasa jeziora Maggiore, przez sady i wioski pogórza, zielonym suknem równin Lombardii, wreszcie dotrą do bladych i pouczających miast północnych Włoch — w pierwszej kolejności do Mediolanu — które chłopak musiał zwiedzić.

Wcześniej jednak czekała na nich wspomniana przełęcz. Simplon nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Znajduje się tam prosta gospoda, ale raczej nie warto się w niej zatrzymywać na noc. Zimno przenika do kości, po okolicy kręcą się niedźwiedzie i wilki. Gospoda jest tak naprawdę zwykłą budą prowadzoną przez Sabaudczyków, którzy bez entuzjazmu pełnią podwójną rolę pasterzy i hotelarzy.

A jednak, mimo licznych niewygód, Burneta przepełnia zadowolenie. Wysokie góry są dla niego miejscem niepodobnym do żadnego innego, miejscem, do którego chwilowo nie potrafi znaleźć żadnej analogii. Krajobraz nie przypomina Burnetowi niczego, co można zaobserwować gdzie indziej na Ziemi. Mimo panującego lata śnieg zalega głębokimi zaspami, wyrzeźbiony i zmrożony przez wiatr, niewrażliwy na promienie słońca. Za dnia lśni na złoto, w cieniu uzyskuje kremową szarobiałą barwę chrząstki. Na przełęczy leżą głazy wielkości budynków, rzucając różnorodność niebieskich cieni. Z południa nadlatują odgłosy odległych grzmotów, ale jedyne deszczowe chmury kłębiaste, jakie widać, wiszą setki metrów pod Burnetem, gdzieś nad Piemontem. Ku swojemu zachwytowi uświadamia sobie, że znajduje się nad burzą!

W Italii zobaczą słynne ruiny Rzymu, które zdaniem Burneta młody hrabia powinien zwiedzić w ramach zdobywania wiedzy na temat starożytności. Sam Burnet pozostaje pod wrażeniem wspaniałości rozpadających się świątyń Rzymu i pozłoconych płaczących świętych, których figury wypełniają nisze w kościołach. Ale tu, na przełęczy, znajduje coś, co później opisze jako „dźwięczne górskie obszary”, leżące pośrodku gargantuicznego alpejskiego rumowiska, które znacznie silniej działa na wyobraźnię Burneta i wywiera na nim większe wrażenie niż ruiny Rzymu. Choć ze względu na swój wiek powinien postrzegać je jako wrogie i odpychające, z niewiadomego powodu pozostaje pod ich urokiem.

Otacza je swego rodzaju Aura dostojeństwa i okazałości — pisze po przebyciu przez przełęcz Simplon — które wzbudzają w umyśle wspaniałe myśli i namiętności […] jak wszystko, co przerasta nasze pojmowanie, wypełniają i przepełniają umysł swoim Nadmiarem, wprawiając go w stan przyjemnego stuporu i urojenia.

* * *

W czasie dziesięciu lat spędzonych na kontynencie Thomas Burnet i jego kolejni podopieczni wielokrotnie przekraczali Alpy i Apeniny. Powtarzający się widok „dzikich, rozległych i amorficznych stert Kamieni i Ziemi” wzbudził w Burnecie pragnienie zrozumienia, jak powstał ten dziwny krajobraz. Co sprawiło, że na świecie jest tyle skał? Dlaczego góry tak silnie oddziaływały na jego psychikę? Rozbudzały jego wyobraźnię i dociekliwość tak bardzo, że doszedł do wniosku, iż „nie zazna spokoju, póki nie znajdzie jakiegoś zadowalającego wyjaśnienia, skąd wzięło się to zamieszanie w Naturze”.

Tak oto Burnet rozpoczął pracę nad oryginalnym, apokaliptycznym arcydziełem, pierwszą książką stawiającą tezy na temat przeszłości gór — obiektów, które wydawały się przecież absolutnie odwieczne. Burnet pisał w czasie złowieszczych wydarzeń w Europie. W 1680 i 1682 roku na niebie pojawiły się wyjątkowo jasne komety. Edmond Halley, dokonawszy obserwacji nieba ze szczytu wulkanu, wytyczył trajektorię jednego z tych ognistych posłańców, komety nazwanej później jego nazwiskiem, i (prawidłowo) przewidział jej powtórne przybycie na rok 1759. W Europie opublikowano tysiące broszur, których autorzy przewidywali katastrofy mające w niedługim czasie spustoszyć cywilizowane obszary Ziemi, niosąc śmierć monarchom, porywiste wiatry ogołacające pola, susze, katastrofy statków, zarazy i trzęsienia ziemi.

Właśnie w takiej przesiąkniętej znakami i omenami atmosferze w 1681 roku ukazała się The Sacred Theory of the Earth, opublikowana najpierw po łacinie w ukradkowym nakładzie dwudziestu pięciu egzemplarzy, poprzedzona krótką i zuchwałą dedykacją dla króla (sugerującą, że Jego Wysokość jest głupi). Książka Burneta nie dotyczyła możliwych przyszłych katastrof, lecz spoglądała w przeszłość na największy ze wszystkich kataklizmów — potop. To właśnie od The Sacred Theory… rozpoczęło się podkopywanie biblijnej ortodoksji, według której Ziemia zawsze wyglądała tak samo; to właśnie The Sacred Theory… ukształtowała w znacznej mierze sposób, w jaki ludzie postrzegali góry i je sobie wyobrażali. To, że dziś potrafimy wyobrazić sobie przeszłość — odległą historię — krajobrazów, jest po części zasługą Burneta i jego trwającej dekadę ruminacji nad rujnacją.

* * *

Przed Burnetem ideom na temat powstania Ziemi brakowało czwartego wymiaru — czasu. Czy mogłoby istnieć, sądzono, coś trwalszego, coś istniejącego bardziej bezsprzecznie niż góry? Zostały odlane przez Boga w swych obecnych formach i pozostaną takie po wsze czasy. Do XVIII wieku wyobrażenia na temat przeszłości Ziemi dyktował biblijny opis Stworzenia, a według Biblii początek świata był wydarzeniem względnie nieodległym. W XVII wieku przeprowadzono pomysłowe próby ustalenia daty powstania Ziemi na podstawie informacji zwartych w Biblii. Najbardziej znanym z autorów zajmujących się tą kwestią był James Ussher, arcybiskup Armagh, którego podejrzanie precyzyjne rachunki doprowadziły do wyznaczenia daty narodzin Ziemi na dziewiątą rano w poniedziałek 26 października 4004 roku przed naszą erą. Chronologia stworzenia Ziemi, choć powstała w 1650 roku, przetrwała na wyklejce angielskich wydań Biblii do początkuXIX wieku.

Ortodoksyjna wyobraźnia chrześcijan czasów Burneta została zatem zaszczepiona przeciwko przykładaniu do Ziemi wymiaru historycznego. Powszechnie sądzono, że Ziemia liczy sobie niecałe sześć tysięcy lat i że w tym czasie nie zdążyła się w widoczny sposób zestarzeć. Nie istniała potrzeba analizowania przeszłości jakiegokolwiek typu krajobrazu, jako że powierzchnia Ziemi zawsze wyglądała tak samo. Góry, podobnie jak wszystko inne, powstały owego pierwszego tygodnia szalonej kreatywności opisanej w Księdze Rodzaju. Bóg stworzył je trzeciego dnia, a więc akurat wtedy, gdy strefy polarne się ochłodziły, a tropiki rozgrzały. Od tamtego czasu wygląd gór prawie się nie zmienił, pomijając kosmetyczne kwestie w rodzaju rozwoju porostów i nieznacznych zmian spowodowanych działaniem pogody. Wyglądu gór nie odmienił nawet potop.

Tymczasem Thomas Burnet doszedł do wniosku, że biblijny opis stworzenia, tak jak go wtedy rozumiano, nie wyjaśnia obserwowanego wyglądu świata. Burneta frapowały zwłaszcza hydrauliczne aspekty potopu. Skąd, do diabła, wzięła się woda potrzebna, aby — jak precyzuje Biblia — „zostały zakryte wszystkie najwyższe góry, istniejące pod niebem”[8]?

Burnet obliczył, że potrzebnych byłoby „osiem oceanów”, tymczasem opisanych w Biblii czterdzieści dni deszczu wypełniłoby najwyżej jeden, co nie wystarczyłoby do zakrycia choćby podnóży większości gór. „Gdzie mielibyśmy szukać ponad siedmiu oceanów wody, których wciąż nam brakuje?” — pytał. Z tych obliczeń wyciągnął wniosek, że skoro nie mogło istnieć dostatecznie wiele wody, musiało być mniej ziemi.

Sformułował zatem teorię „zwykłego jaja”. Zaraz po Stworzeniu, twierdził, Ziemia była gładką jajowatą sferoidą. Miała nieskazitelny wygląd i jednorodną fakturę; żadne wzgórza ani doliny nie zaburzały jej pięknego kształtu. Pod tą porcelanową powierzchnią skrywała się wszakże złożona wewnętrzna architektura. „Żółtko” Ziemi — jej środek — wypełniał ogień, a kolejne warstwy wokół żółtka, przypominające matrioszki, miały postać „szeregu Kul zawierających się w sobie nawzajem”. „Białko jaja” (Burnet konsekwentnie trzymał się swoich metafor) było otchłanią wypełnioną wodą, na której unosiła się skorupa Ziemi.

Zaraz po narodzinach, twierdził Burnet, młody glob miał nieskazitelną powierzchnię, ale nie miało to trwać wiecznie. W miarę upływu lat działanie Słońca wysuszyło skorupę, która popękała i porozłupywała się. Napierały na nią wody zgromadzone w otchłani, aż w końcu na wezwanie Stwórcy nadszedł „ten wielki i tragiczny zalew” — potop. Wewnętrzne oceany i paleniska skruszyły ziemską skorupę. Niektóre jej obszary zapadły się w dopiero co odsłoniętą otchłań, a wody powodzi popędziły z rykiem w górę i ponad pozostałymi lądami, tworząc „wielki Ocean przetaczający się w powietrzu, pozbawiony granic i brzegów”, jak ujmująco opisał go Burnet. Materia, z której zbudowana była skorupa, pozwijała się w kłębowisko skał i ziemi, a kiedy wody ustąpiły, pozostawiły po sobie dobrze nam znany chaos. Pozostawiły, by przywołać sformułowanie Burneta, Świat spoczywający na swoim Rumowisku.

Burnet sugerował zatem, że świat znany jego obecnym mieszkańcom był zaledwie „Odzwierciedleniem albo Obrazem wielkiej Ruiny”, do tego odzwierciedleniem wyjątkowo niedoskonałym. Karząc rasę ludzką za bezbożność, Bóg za jednym zamachem „rozpuścił ramy dawnego Świata i z pozostałych po nim ruin stworzył dla nas nowy świat, w którym obecnie żyjemy”. Góry, najbardziej chaotyczne i charyzmatyczne ze wszystkich form krajobrazu, nie zostały bynajmniej stworzone przez Boga ab origine — okazały się pozostałością po wielkiej wodzie, fragmentami skorupy ziemskiej przemaglowanymi przez monstrualną hydraulikę potopu i usypane przez nią w stosy. Góry były zatem olbrzymimi pamiątkami grzesznych zapędów ludzkości.

Potop i rozpad Ziemi w The Sacred Theory of the Earth Thomasa Burneta (za wydaniem II, 1691). Ilustracja przedstawia trzy kolejne etapy zapadania się skorupy ziemskiej w wypełnioną wodą otchłań (a). Ostatnia, najniższa ilustracja pokazuje powstanie gór (b) i wysp (c).

Po ukazaniu się angielskiego przekładu książki Burneta w 1684 roku nastąpił wysyp publikacji jego krytyków. Poirytowani sugestią o ułomności pierwszego projektu Ziemi i podważeniem powszechnie uznawanego rozumienia Pisma Świętego, starali się obalić jego teorię. Po niedługim czasie idee Burneta i wysuwane kontrargumenty zadomowiły się na dobre w debacie intelektualnej — obrońcy i krytycy nazywali The Sacred Theory of the Earth po prostu „Teorią”, było również wiadome, że enigmatyczne odwołania do „Teoretyka” oznaczają Burneta. Stephen Jay Gould ocenia, że The Sacred Theory… była najczęściej czytaną w XVII wieku pracą z dziedziny geologii.

W ten sposób wyobraźnia — którą po raz pierwszy kierował intelekt — została zaprzęgnięta do refleksji nad możliwymi historiami dzikich obszarów Ziemi. Kontrowersje związane z teorią Burneta zwróciły uwagę ludzi na wygląd gór, które przestały być jedynie tapetą lub tłem, a stały się obiektami godnymi zadumy same w sobie. Co istotne, to właśnie Burnet ugruntował w umysłach swoich następców postrzeganie gór jako form jednocześnie paskudnych i ekscytujących. Jego teksty tak bardzo poruszyły Samuela Taylora Coleridge’a, że postanowił przerobić The Sacred Theory… na epopeję napisaną białym wierszem. Praca Burneta wpłynęła również na teorie wzniosłości sformułowane przez Josepha Addisona i Edmunda Burke’a. Burnet dostrzegł i opisał majestatyczność górskiej scenerii, kładąc w ten sposób podwaliny pod zupełnie nowe postrzeganie gór.

Za swoje błyskotliwe spostrzeżenia zapłacił jednak bardzo wysoką cenę. Uniwersytet Cambridge już wcześniej zbudował wokół siebie cordon sanitaire, który miał zapobiegać importowi idei szkodliwych lub sprzecznych z obowiązującą doktryną, a zakwestionowanie treści zawartych w Piśmie Świętym oznaczało przekroczenie wszelkich granic. Po chwalebnej rewolucji w 1688 roku zmuszono Burneta do odejścia z królewskiego dworu, potem został pominięty przy wyborach na arcybiskupa Canterbury.

Renoma Burneta jako pisarza miała jednak przewyższyć jego wątpliwie zasługi jako anglikańskiego duchownego. Sugerując, że powierzchnia Ziemi niekoniecznie zawsze wyglądała tak samo, zapoczątkował trwające do dziś badania nad jej historią. „Odzyskałem Świat, który został utracony tysiące Lat temu; który został usunięty z Pamięci Człowieka”— chełpił się we wstępie do The Sacred Theory… Miał wszelkie powody do takich przechwałek. Burnet był pierwszym z geologicznych podróżników w czasie, badaczem podążającym pod prąd historii, konkwistadorem najodleglejszej ze wszystkich krain: zamierzchłej przeszłości.

* * *