Głosy z głębi. Nieoczywista podróż przez Włochy - Paolo Rumiz - ebook + audiobook + książka

Głosy z głębi. Nieoczywista podróż przez Włochy ebook

Paolo Rumiz

0,0
54,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Są książki, które opisują Włochy.

Ta jest dla tych, którzy chcą je poczuć.

Zapach siarki i rozgrzanego kamienia, drżenie ziemi pod stopami, chrapliwy pomruk z wnętrza planety i ciepło pamiętające erupcję sprzed tysięcy lat. Tak zaczyna się ta włoska podróż – od zalanej słońcem Sycylii aż po Alpy, wzdłuż linii uskoku tektonicznego, od jednego wulkanu do drugiego.

Odkryj świat, w którym rytm życia wyznaczają potężne i nieprzewidywalne siły natury. Poznaj ludzi, którzy nauczyli się żyć w cieniu katastrof i czerpią z nich nieoczywistą siłę. Rumiz wsłuchuje się w głosy półwyspu – od skowytu psów na Alicudi, po ‘u trenu, mroczny lament ziemi – o których Włosi na co dzień próbują zapomnieć.

Zrozumieć ten kraj, to usłyszeć głos płynący z jego podziemi.

„To nie jest książka jedynie do czytania, lecz także – a może przede wszystkim – do zanurzenia się i doświadczania jej wszystkimi zmysłami. Sejsmologia duszy, jaką uprawia Paolo Rumiz, prowadzi szlakiem katastrof, gdzie z detali fizycznych wyłaniają się historie, mity, wydarzenia z wczoraj i sprzed tysiącleci.” – ARTUR DOMOSŁAWSKI

„Podróż Paolo Rumiza w głąb włoskiej ziemi staje się podróżą w głąb włoskiej duszy. Zmysłowy, erudycyjny traktat z pogranicza mitu, nauki, reportażu, w którym język poezji opowiada o geologii i polityce.” – MAŁGORZATA REJMER

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 460

Data ważności licencji: 7/3/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Robertowi De Simone

i ziemi, na której się wychował.

I wiatr zagrał na harmonijce

Zaczęło się około drugiej w nocy od żałosnego skowytu psów. Długiego, nieznośnego, przywodzącego na myśl zawodzenie zbłąkanych dusz. Wycie dochodziło z wielu stron wyspy: od przystani promów, ale też od strony krateru. Byłem wtedy na tarasie, całkowicie przytomny. Wcześniej wspólnie z Irene wyciągnęliśmy materac na zewnątrz, żeby pobyć pod gwiazdami i pooddychać zachodnią bryzą. Jeszcze nie zasnęliśmy. Nowo przybyłym trudno spać, kiedy mieszkają uczepieni wulkanu pośrodku morza.

Na Alicudi, najdalej położonej z Wysp Eolskich, odległość mierzy się w schodkach, a tamtego dnia takich schodków pokonaliśmy pół tysiąca, przemierzając plątaninę ścieżek i rozpalonych od słońca tarasów, wspomagani przez jucznego muła – naszym celem był mikroskopijny żółciutki domek w osiedlu Pianicello; pertuso, jak mówią na Sycylii. Szczelina, lecz także stanowiąca idealną kryjówkę nora.

Ujadanie trwało jedną, najwyżej dwie minuty. Zaczynało robić się zimno, a nas oddzielał od nieba jedynie wełniany koc o grubym splocie. Stromboli, położona trzydzieści mil morskich na wschód od Alicudi, wysyłała przerywane błyski i w tamtej chwili pomyślałem, że rozsiane przed nami wyspy dziwnie przypominają Wzgórza Euganejskie, czyli ziemię wenecką, na której urodziła się Irene. Tamte wzniesienia też są dawnymi wulkanami – wyrastającymi pośrodku Niziny Padańskiej, która z kolei była niegdyś morzem.

Kiedy wycie ustało, wróciła cisza. Taka cisza, że dźwięk świerszczy niemal nas ogłuszył, a pulsowanie krwi w uszach przypominało uderzenia bębna. Po trzech dniach bardzo silnego wiatru morze, znowu krystalicznie czyste, rozpościerało się u naszych stóp jak okiem sięgnąć, lśniło niczym arkusz stalowej blachy. W górze obracał się zodiak z całym bagażem swych przepowiedni.

Górski wiatr, szelesty, szmery. Głos nocnego ptaka przedarł się przez makię, by potem osłabnąć, zaniknąć i rozbrzmieć od nowa.

Nieco przed drugą księżyc w ostatniej kwadrze – czerwonawy, nierealny – wzeszedł znad kalabryjskich ziem na niebo zapełnione diademami. Widoczne po stronie południowej gwiazdy miały aureole i wyglądały jak płonące pochodnie. W telefonie nie słyszałem sygnału. Wyspa oferowała luksus umiarkowania i nieosiągalności dla świata. Było tam wszystko, czego potrzebowałem: woda, trochę jedzenia, notatnik, długopis, latarka. Na śniadanie – opuncje, dostępne na wyciągnięcie ręki, zwisające z wierzchołków zielonych naturalnych kandelabrów.

Zakotwiczony w posadach Ziemi, spowity bezkresną ciszą ląd Arcudari1 na chwilę stał się katapultą i wystrzelił nas niczym asteroidę, która mknie nieustraszona, oddala się od gwiazdy matki ze świstem pikującego sokoła. Usłyszeliśmy, jak w pustce zostawia za sobą dźwiękową smugę. Trochę podobną do armeńskiej pieśni.

Wcześniej wieczorem zjedliśmy kolację z Lucianem, pilotem samolotu, od kilku miesięcy emerytem. Przypuszczam, że wybrał Alicudi, aby nadal… latać. I faktycznie, jego życie było jak długie, ciche lądowanie szybowcem, a jego dom w osiedlu Serro Pagliaro – jak wspaniała kabina sterownicza. Budynek trwał przylepiony do góry na wysokości, z której – tak twierdził pilot – dostrzega się zakrzywienie Ziemi.

Luciano przybył prawie po ciemku ze swoim psem krętymi, przecinającymi nadbrzeżne stromizny ścieżkami, które znał na pamięć. Żył z dala od turystycznego bestiarium, lecz była to egzystencja pustelnicza tylko pod pewnym względem. Jego koleżanka cudzoziemka mieszkała na sąsiedniej wyspie Filicudi w towarzystwie popielatego osła odznaczającego się fenomenalnym wręcz lenistwem. Przez dobrą lornetkę Lucianowi udawało się nawet tę koleżankę dojrzeć. Dzieliło ich pół godziny rejsu wodolotem – akurat tyle, ile trzeba, żeby dodać smaku każdemu spotkaniu.

To była prosta kolacja: spaghetti z oliwkami, kaparami i suszonymi pomidorami. Luciano przyniósł białe chłodne wino liparyjskie, które utorowało drogę historiom z wyspy naznaczonej cudami.

Dowiedziałem się, że na Alicudi chleb uderza do głowy, jeśli pszenicę wymieszać z buławinką czerwoną – „jońskim zielem” o działaniu podobnym do LSD, czyli pasożytniczym grzybem Claviceps purpurea2. Tradycja wyrobu takiego psychodelicznego pieczywa liczona jest w wiekach; obecnie została zarzucona, lecz jego spożycie nadal może otwierać w głowie trzecie oko.

Znajdowaliśmy się w jakimś osobnym świecie, w którym kobiety „potrafią latać”; może dlatego że podczas najazdów tureckich zagrożone uprowadzeniem dziewczęta spuszczano na linach do jaskini w klifie zwanej po sycylijsku ’u Timpune d’i Fimmini, co znaczy Przepaść Kobiet.

Po okolicy nadal krążyła legenda o wiedźmach określanych mianem mahare: owe megiery specjalizowały się w rzucaniu uroków i klątw, były zdolne przybierać postać zwierząt, przedostawać się przez morze, a także ułatwiać (lub utrudniać) rybakom powrót do domu. Pochodziły – jak usłyszałem – z obcych stron, gdzie brały udział w Wielkim Sabacie pod słynnym orzechowcem w Benewencie. Fimmini di fora, kobiety nietutejsze – tak o nich się mówiło.

Również kobiety miejscowe odgrywały – i nadal odgrywają – ważną rolę w roztaczaniu nadprzyrodzonej aury wokół wyspy. Kobiety silne, kobiety ze skały. To one przekazywały kolejnym pokoleniom dawne wierzenia. Darzone czcią, przemieniały Alicudi we wszechświat żeński. Matrony takie jak Rosina, która miała jedenaścioro dzieci z różnymi mężami, albo takie jak babka Peppa, która przyprawiała gotowane przez siebie zupy, zanurzając w nich morskie kamienie.

– Czasami można się tu najeść tyle strachu, że szkoda gadać! – powiedział pilot samotnik. – Kiedy pewnej nocy siedziałem w domu w doskonałej ciszy, usłyszałem, jak w ogrodzie gra harmonijka ustna. Z lekkim drżeniem poszedłem sprawdzić, co się dzieje… i była to tylko bryza, która przelatywała przez otwory mojego instrumentu. Dzień wcześniej zapomniałem zabrać go z murka.

Na Alicudi rzeczywiście łatwo poczuć, że jest się w osobnym świecie. Nawet takiego człowieka z zewnątrz jak Luciano ogarnia poczucie obcości wobec osób di fora, nietutejszych. Kiedy Arcudari stawiają stopę na stałym lądzie, łatwo ich rozpoznać po zagubionym wzroku; są niczym przybysze z innego wymiaru.

Poza ekstremalną izolacją ma na to wpływ świadomość, że jest się przycupniętym na uśpionym wulkanie, oraz bezpośrednia bliskość wielkiego ognia. W grę wchodzi też jednak oswojenie się z rozszalałymi żywiołami i morskimi potworami, nie wspominając już o niemal absolutnej ciemności tutejszych nocy.

Do lat osiemdziesiątych XX wieku na wyspie znajdował się jeden jedyny generator prądu, po którego wyłączeniu o północy ludzie pogrążali się w nieprzeniknionej i wywołującej halucynacje ciemności.

Hefajstos często bywał na Wyspach Eolskich, podobnie zresztą jak Posejdon, władca burz i trzęsień ziemi.

Co zaś się tyczy Eola, boga tych wysp, czuło się, jak dmucha nawet z wnętrza góry3.

– Prawie każdy przylegający do zbocza dom – wyjaśnił mi kiedyś Luciano – ma z tyłu wejście do jaskini bądź wykutego ludzką dłonią korytarza, co wymusza w pomieszczeniach obieg powietrza. Ten konwekcyjny ruch powietrza zapewnia naturalną klimatyzację latem i zimą.

Zdawało się, że wulkan ciągle hałasuje: jego głos można było słyszeć nocami, kiedy naokoło panowała cisza.

Pół godziny po odejściu pilota odezwały się pierwsze psie wycia od strony Osiedla Montagna, z okolic krateru. Wkrótce odpowiedziały im kolejne, z domostw rozsianych wokół Giardino dei Carrubi i z plaży obok przystani wodolotu. Cały wulkan sprawiał wrażenie, jakby wysyłał niespokojne sygnały pod same gwiazdy.

„Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze – trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu – szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł” (1 Krl 19, 11–13)4.

Później wiatr się uspokoił. A cisza, jaka zapadła, wywołała głos z Głębokości. Płaczliwy, barytonowy dźwięk wyrósł z niebytu i – przez materac – wdarł się w nasze klatki piersiowe, przybierając na sile. Rozbrzmiewał donośnym „uooo!”, przywodził na myśl łoskot turlających się otoczaków przemieszczanych przez prąd rzeki. Na długą chwilę głos wydawał się jednak czymś mroczniejszym, wołaniem przepełnionym boleścią. Albo może śpiewem żeńskiego chóru złożonego z samych kontraltów. Był niski, zgrzytliwy.

Trwaliśmy sparaliżowani, jakby zawieszeni na krawędzi przepaści. Dźwięk brzmiał głucho, przypominał stłumione dudnienie, które narasta i narasta. Pomyśleliśmy, że doszło do erupcji, lecz nie występowały ani wstrząsy, ani drgania. Pozostawaliśmy w bezpośrednim kontakcie z ziemią i ziemia wysyłała nam sygnał.

Wzywał nas świat bez gwiazd. Jego zimne tchnienie podnosiło się z bezdennych kryjówek. Z jakiegoś nienaruszalnego gdzieś indziej, w które szpiegowskie satelity Elona Muska ciągle nie mogą wetknąć nosa.

W tamtej chwili oprócz cienia Filicudi i Panarei ukazała się też Stromboli, która rozbłysnęła silniej, z kolei na południowym wschodzie wyrósł pokryty śniegiem stożek Etny, słabo oświetlony przez księżyc. Na przestrzeni wielu mil morskich we wszystkich kierunkach krajobraz zdawał się poruszać.

Tuż potem pomruk ucichł.

Zastygliśmy na długo w ciszy. I w owej ciszy przypomniała mi się Marina, koleżanka z podstawówki. Każde lato spędzała na tej wyspie – a mowa o czasach, gdy na Alicudi nie bywał jeszcze nikt. Miała gruby blond warkocz, który opadał jej między łopatki, i wprawiała nas w zachwyt wypracowaniami zawierającymi opowieści, jakie dawniej snuło się przy blasku świecy: historiami o sztormach i morskich głębinach w stylu Juliusza Verne’a. Marina swój wulkan często okrążała wpław.

Pewnego razu opowiedziała mi, że usłyszała mroczne dźwięczenie trzewi góry. „Jest jak pieśń” – objaśniła – „i możesz je usłyszeć, tylko kiedy panuje cisza. Nocą”.

Jej relacja zrobiła na mnie ogromne wrażenie i teraz, ponad sześćdziesiąt lat później, w całej swej wyrazistości powracała z niebytu na powierzchnię niczym martwe ciało wynurzające się z niezbadanej morskiej głębiny.

Nazajutrz zagadka się wyjaśniła… Silvio – rybak o twarzy spękanej jak kora, uważany za chodzącą kronikę wyspy – zaserwował nam pod pergolą talerz linguine5 z homarem, nad którymi unosił się zapach Ligurii i jednocześnie Fenicji i które po mistrzowsku przyrządził. W drzwiach co pewien czas pojawiała się z dokładkami jego ciemnowłosa towarzyszka. Kuchnia była jamą dostępną tylko dla kobiet. Wyjątek stanowił rybak Silvio, jedyny mężczyzna, któremu wolno było tam wchodzić.

Kiedy przywołałem historię z nocnym hukiem, pilot samolotu odrzekł, że niejaka Nunziatina, żona niejakiego Angelina Barbuta, często słyszy ów głos. Mieszkała kawałek wyżej, w pobliżu cmentarza, i utrzymywała, że to rzecz z innego świata. Wołanie tych, którzy odeszli.

Silvio dodał, że zjawisko powtarza się dosyć często i że miejscowi nadali owemu dźwiękowi dokładną nazwę: ’u trenu, pociąg. Określenie wydało mi się dziwne, bo dźwięk góry nie miał nic wspólnego z podzwanianiem na torach kolejowych. Niskotonowy łoskot przypominał co najwyżej zgrzytanie składu wagoników niosące się w ciemności kopalnianego chodnika albo coś w tym rodzaju.

Françoise, pochodząca z Francji samotniczka zakwaterowana powyżej Kościoła Matki Bożej z Góry Karmel, zwierzyła mi się, że około drugiej w nocy miała dziwny sen. Ujrzała, jak wiatr wymiata z jakiegoś placu mnóstwo walizek na kółkach i strąca je w przepaść, a za nimi bezsensownie podąża tłum mężczyzn i kobiet o oliwkowej cerze. W tym samym czasie również pies Francuzki zdradzał oznaki niepokoju, długo szczekał i nasłuchiwał rozlegającego się dookoła wycia.

Luciano sprowadził nas na ziemię: wyjaśnił, że wszystko bierze się z banalnej różnicy temperatur. Góra ma w sobie dużo pustych przestrzeni i powstające tam ciągi powietrza stają się tak silne, że na niedostępnych dla człowieka głębokościach przemieszczają kamienie. Rozgrzane w pobliżu magmy odłamki skalne są wypychane do góry, a następnie, po schłodzeniu, znowu spadają, by się rozgrzewać. Konwekcyjny ruch gazów trwa bez końca.

No dobrze, ale dlaczego ’u trenu? Kwestia pozostała nierozstrzygnięta i przeszliśmy do innych spraw. Do tematów takich jak „przywilej nudzenia się” – wyrugowany z naszej obsesyjnie zabieganej egzystencji; wydaje się, że na Alicudi z tego prawa można korzystać w pełnym zakresie. Była też mowa o „luksusie prognoz pogody”, który każdą przeprawę przez morze zamienia w przyjemną niewiadomą.

– Najlepsze jest to – stwierdziła współbiesiadniczka z Bergamo – że człowiek nie wie, czy prom będzie mógł wyruszyć. Chodzi o przyjemność oczekiwania. O zależność od wiatru, ánemos, od oddechu ziemi.

Taka zabawa w filozofię była bardzo grecka i budziła we mnie, obywatelu Mitteleuropy, wojującego i zagorzałego wyznawcę Śródziemnomorza. Właśnie tam, na Alicudi, coraz bardziej uświadamiałem sobie, że mam święte prawo opróżniać swój umysł z mnóstwa najrozmaitszych treści, rozprawiając – dlaczegóż by nie? – nawet o niczym nad kieliszkiem małmazji.

Dopiero po długim czasie dowiem się od pewnego Kalabryjczyka, że thrḗnos jest wyrazem greckim i oznacza lament, albo ściślej mówiąc: opłakiwanie czyjejś śmierci. Język grecki był w owych stronach bardzo powszechny. Mówiło się tam również o brontidi – to równie piękne słowo (pochodzące od greckiego wyrazu brontḗ, czyli grzmot) nazywa małe trzęsienia ziemi, do jakich dochodzi wewnątrz wulkanów. Później mogłem słuchać brontidi też w innych miejscach: pod Monte Amiata w Toskanii czy przykładając ucho do „brzucha” góry Vulture w Basilicacie.

Słowo ‘u trenu jednoczyło ludzi i wulkany: ale niezależnie od tego, którą z dwóch rzeczy oznaczało, Irene uświadomiła mi, że niewiele to zmienia. Komunikat pochodził zawsze z Głębokości.

Coraz chętniej puszczaliśmy wodze fantazji. Tak oto wspomniane odkrycia sprawiły, że powierzchnia Morza Tyrreńskiego zaczęła nam się zdawać już tylko pozbawioną znaczenia warstwicą – w porównaniu z potężnymi masami wody, których głębokość wynosi do 4500 metrów i które rozlewają się tu od nawet siedmiu milionów lat, skrywając tajemnicze skalne katedry.

Powierzchnia owa umownie rozdzielała świat, w którym to, co wystaje nad wodę, nie było niczym innym niż przedłużeniem tego, co znajduje się niżej: rozdzielała bezkresną przestrzeń, którą wypełniały stoki, doliny, kaniony, równiny, łańcuchy górskie, pęknięcia oraz linie uskoków, obszary poddane działaniu wielkich sił i noszące ślady spektakularnych zderzeń.

Różnica między tymi dwiema strefami dotyczyła może tylko czasu. Wyżej mierzyło się go w minutach. Niżej – w erach. Hefajstos uderzał swoim młotem także niżej, w jaskiniach podwodnych. I takie postrzeganie rzeczywistości było całkowicie prawidłowe: Wysp Eolskich nie jest tylko siedem, lecz mają one zatopione rodzeństwo o greckich imionach, a do tego rodzeństwa należą Eol, Alkione, Syzyf czy na przykład Bliźnięta Lametyńskie.

Cała południowa część Morza Tyrreńskiego skrywała ogniste giganty. U wybrzeży Cilento6 znajdował się Palinurus – przyczajony niczym jaszczurka ramarro, z kraterem sięgającym tak blisko powierzchni, że dobry nurek nawet na bezdechu mógłby dojrzeć jego paszczę, która rozwiera się na otwartych wodach.

Po stronie północno-zachodniej drzemie sobie Vavilov – ta sroga bestia wysokością prawie dorównuje Etnie; została znaleziona przez Rosjan. Mówi się, że natrafił na nią okręt podwodny wykonujący tajną misję, który w samym środku zimnej wojny zdołał przewlec się przez Bosfor jak nitka przez ucho igielne: w zanurzeniu, pod konwojem frachtowców. To opowieść żywcem wyjęta z Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi, która mogłaby zainspirować scenarzystów Polowania na Czerwony Październik.

Jednak największe monstrum znajduje się niecałe pięćdziesiąt mil morskich na północ od Alicudi. Po bokach ma jęzory świeżego bazaltu i kryształy siarki; nikt nie potrafi orzec, czy rzeczywiście pozostaje uśpione, czy to tylko krótka przerwa w jego aktywności. Ostatnio zarejestrowano podejrzane drgania wokół krateru; niewykluczone, że wulkan znowu wybuchnie – tak działo się przez ostatnie siedemset tysięcy lat.

W latach siedemdziesiątych XX wieku jego odkrycie otworzyło nowe horyzonty przed dopiero co powstałą oceanografią eksploracyjną. Legendą jest owiana nazwa tego wulkanu: Marsili; upamiętnia Luigiego Ferdinanda Marsilego – Bolończyka, który żył na przełomie XVII i XVIII wieku i o którego historii nadającej się na powieść milczą podręczniki szkolne.

Był to człowiek wszechstronny jak Leonardo da Vinci: wyśledził prądy wodne w cieśninie Bosfor, obronił Wiedeń przed otomańskim oblężeniem, został pojmany przez Turków, a później wspólnie z nimi wytyczył jedną z najtrwalszych granic Europy. W Bolonii gładziłem dłonią łańcuchy, którymi był skuty (teraz prezentowane na tamtejszym uniwersytecie), a także kartkowałem jego fascynującą historię morza7.

Podwodne wulkany: znali je już starożytni, i to bardzo dobrze!

Ante nos et iuxta Italiam inter Aeolias insulas… – pisze Pliniusz Starszy. „Przed naszymi czasami, naprzeciw wybrzeży Italii, wyłoniła się jedna z Wysp Eolskich. Tak samo w pobliżu Krety wynurzyła się inna wyspa z gorącymi źródłami licząca 2500 kroków długości. Kolejna zaś [wynurzyła się] w trzecim roku 163. olimpiady [w 126 roku przed Chrystusem] w Zatoce Etruskiej [u wybrzeży Etrurii] i wiał z niej gwałtowny gorący wiatr. Powiadają, że pływało wokół niej wielkie mnóstwo ryb, a ci, którzy przyrządzili z nich pokarm i go spożyli, natychmiast umierali”8.

Zanim wylądowaliśmy na Alicudi, dzielni Liparyjczycy zorganizowali nam rejs wokół archipelagu, od zielonej Saliny po dymiącą katedrę wyspy Vulcano. Zapoznali nas z bezsennością Ziemi, z piekielnymi sokami żołądkowymi tej planety, z jej nawracającym refluksem.

Przed gozzo9, którym sunęliśmy wzdłuż brzegu po szmaragdzie wód, spadały bryły zastygłej lawy podobne do łap brontozaura, wyrastały menhiry ostre jak noże, przezierały rybne tonie mieniące się najróżniejszymi kolorami, przesuwały się tarasy porośnięte gajami oliwnymi i ponacinane wyrwami dawnych kopalń.

Była to fotografia świata bogatego i niespokojnego, nękanego przez erupcje, trzęsienia ziemi, inwazje oraz wojny; świata, który wszelako od tysiącleci przyciągał ludzi zdolnych zagnieżdżać się na najbardziej niestabilnych, niebezpiecznych i nietrwałych skrawkach skorupy ziemskiej.

Pękające w szwach od znalezisk muzeum archeologiczne na głównej wyspie archipelagu ze wzruszającą prostotą relacjonuje epopeję Fenicjan, Rzymian, Greków, Arabów, Żydów i Kartagińczyków: ich twarze zdają się z tobą rozmawiać, kiedy oglądasz terakotowe maski teatralne, które na powrót wyłoniły się z grobów, albo sylwetki mitologicznych postaci namalowane na wazach.

Mamy przed sobą fizjonomie czasem niewiarygodnie podobne do twarzy współczesnych mieszkańców Lipari, których można spotkać w barze, na głównej ulicy, na przystani wodolotów albo w smażalni arancini. Tak wyglądają Giancarlo, Bartolo i Liborio – arystofanejski triumwirat włóczących się po nocy kumpli, niedościgłych mistrzów w dziedzinie śródziemnomorskiej gościnności i emocjonalnego przywiązania do tutejszych klifów. Udzieliło mi się to epikurejskie podejście do życia, dzięki czemu doświadczyłem Lipari, zanurzając się w jej pozbawionej upiększeń codzienności, na całkowitym luzie, jakbym był u siebie w domu. Podobnego luksusu nie kosztowałem od dekad. Właśnie tam, gdzie człowiek styka się z Głębokością, Wyspy Eolskie zwracały mi czas.

Na Alicudi zabrałem ze sobą szczególną mapę Włoch. Towarzyszyła mi od czasu trzęsienia ziemi w L’Aquili w 2009 roku, kiedy jako dziennikarz dokonywałem przeglądu aktywnych sejsmicznie stref kraju.

Mapa nie była ani fizyczna, ani polityczna, tylko opowiadała o tym, co znajduje się pod spodem. Stanowiła jedno z arcydzieł CNR, Consiglio Nazionale delle Ricerche10. Tytuł: Mapa strukturalno­-kinematyczna, skala: jeden do dwóch milionów11. Podarował mi ją Renato Funiciello, wybitny geolog zakochany w swoim zawodzie. Arkusz jest olśniewający także pod względem malarskim z powodu gry kontrastów oraz doboru barw odpowiadających różnym okresom geologicznym.

Pamiętam, że tamtej nocy, gdy rozległ się Wielki Lament, zapaliłem latarkę, która rozświetliła fiolet triasu, wulkaniczną czerwień plejstocenu i ochrową żółć „masywów plutonicznych”12 północnej części Morza Tyrreńskiego. Ponad sześćdziesiąt różnych kolorów rozpętywało chromatyczną burzę, zdolną lepiej niż jakiekolwiek podziały administracyjne przedstawić złożoność mojej ojczyzny rzuconej na środek Morza Śródziemnego, między trzy kontynenty. Lądu naznaczonego niespokojną orografią, który od tysiącleci stanowi idealne schronienie dla migrujących ludów.

Mapa Renata opowiadała historię rozgrywającą się przez miliony lat. Informowała na przykład, że płyta adriatycka mocno napiera w kierunku północno-zachodnim, ciągnąc za sobą Apulię i Gargano, oraz że Kalabria emigruje ku Grecji w tempie kilku milimetrów na rok, co wystarcza, żeby wprawić Półwysep Apeniński w ruch obrotowy, odbywający się dookoła Ligurii.

Mapa cudów pokazywała, że Morze Tyrreńskie rozszerza się, podczas gdy Morze Jońskie się kurczy i skorupa ziemska tworząca jego podłoże wysyła na wschód serię wstrząsów, które nękają Grecję i Turcję. Przypominała fanatykom etnonacjonalizmu, że z punktu widzenia geologii Padania to Afryka, za Europę zaś można uznać co najwyżej południowe Włochy.

Jednak prawdziwym chromatycznym cudem tego korowodu poziomic były Apeniny. Na północy w miarę zbliżania się do Alp złożoność rysunku szybko malała. Po drugiej stronie Szwajcarii i Tyrolu kolory płowiały, „rozsmarowane” na bardziej monotonnych powierzchniach. Paleta barw Europy kontynentalnej prezentowała się, krótko mówiąc, znacznie mniej ciekawie. Były to ziemie spokojne, ostrugane przez czas, które często nie znają ryku Minotaura. Blade wrzosowiska, gdzie ziemia nie drży, nie wrze, nie pęka, nie wybucha ani nie uruchamia żadnych tsunami.

Natomiast na obszarze Apeninów ziemia tworzyła fantastyczne rzeźby. Fossa Bradanica, Messinian Chain, Tyrrhenian Rifting, Cobblestone Area of the Ionian Sea… W nazwach tych pobrzmiewały echa mitologii, które – razem z kolorami geologicznej tęczy – rozbudziły we mnie już za młodu fascynację historią Ziemi.

Owej nocy znów pomyślałem, że głos z Głębokości usłyszałem już wcześniej. Miało to miejsce w dolinie Val Resia, w Prealpach Friulskich, po katastrofalnym trzęsieniu ziemi w 1976 roku. Dopiero co wyciągnąłem się w namiociku po dniu pracy wykonywanej u boku innych wolontariuszy. Naokoło wyrastały góry posępne, wyludnione, niegościnne, poorane przerażająco wielkimi bliznami.

I wtedy dobiegł mnie huk – bez zapowiedzi i wyprzedzając o kilka sekund właściwy potężny wstrząs. Niski, głęboki dźwięk w piekielnej tonacji, wydany przez tysiące puzonów, fagotów, obojów i rożków angielskich, przeniknął z podłoża bezpośrednio do moich płuc, penetrując ciało.

Po chwili oczekiwania, która wydawała się nie mieć końca, pobliskie strome ściany zaczęły się wyginać i walić, a spomiędzy przerażająco głośno trących o siebie skalnych warstw buchnął zapach siarki. W takich chwilach czujesz się niczym.

Coś podobnego miałem usłyszeć czterdzieści lat później w najbardziej niespodziewanych okolicznościach: w miejscu upamiętniającym Szoah, wewnątrz dworca kolejowego w Mediolanie. Podczas spotkania z okazji Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu, w obecności Liliany Segre13, przez podobne do jaskini podziemia Peronu 21 – z którego potajemnie wysyłano lombardzkich Żydów do obozów koncentracyjnych – przetoczył się przeciągły grzmot.

Był to jedynie odgłos ruszającego pociągu: żelazne koła hałasowały poziom wyżej i wprawiały w wibracje fundamenty dworca centralnego, jednak w tamtej przeciągającej się chwili mieliśmy wrażenie, jakby żubry namalowane przed sześćdziesięcioma tysiącami lat na ścianach jaskini Altamira wydostały się całym stadem na zewnątrz, by galopem opanować mediolańską sieć kolejową, a dudnienie ich kopyt rozbrzmiewało ostrzegawczym echem – mocniejszym, cięższym i mroczniejszym niż nasze własne słowa.

Tamten grzmot odebrał nam mowę.

Właśnie w Mediolanie po raz pierwszy pomyślałem, że to, co znajduje się pod powierzchnią, przemawia własnym głosem, i że ów głos, niosąc się, podsuwa wyobraźni jeden bezkresny fresk, na którym groza wzbudzana przez naturę przeplata się z piekłem tego, co ludzkie.

Uskoki tektoniczne, podziemne rzeki, tunele schronów przeciwlotniczych, jaskinie przyozdobione malunkami paleolitycznych artystów, wielkie, nabrzmiewające i obkurczające się bez pośpiechu komory magmowe, podmorskie rurociągi, złoża pod dnami oceanów, schrony przeciwatomowe, pieczary pierwszych pustelników. Świat wulkanicznych kraterów, kopalń, wywierzysk, katakumb, cuchnących wyziewów; labirynt, na który składają się korytarze, linie metra, lochy, krypty z sarkofagami świętych, niewyeksplorowane studnie jaskiniowe, morskie głębie usłane wrakami, żelastwo pozostałe po niegdysiejszych wojnach, nadal zdolne przyciągać pioruny i eksplodować w razie pożaru.

Wszystko to było księgą, której pisanie nawet się nie zaczęło, monumentalną symfonią ciemności, która może nigdy nie miała się doczekać swego kompozytora. Plątaniną, która rozrastała się w zbyt wielu kierunkach. Może za duży lęk budziła myśl o wniknięciu w posady jakiejś terra incognita – trafieniu wprost pod powierzchnię psychiki i wkroczeniu na wywołujące zawrót głowy percie, które biegną wewnątrz nas samych.

Głos wygasłego wulkanu proponował mi już, bym jak grotołaz zstąpił ku prawdziwej, ostatecznej granicy. Ku nieświadomości. Wcześniej jednak należało wejść do królestwa Minotaura, podążając za solidną nicią Ariadny, a była nią bez wątpienia fala sejsmiczna, która przechodzi przez Włochy od Sycylii po Alpy.

Lata temu odwiedziłem kwaterę główną INGV, Istituto Nazionale di Geofisica e Vulcanologia (Narodowego Instytutu Geofizyki i Wulkanologii) w Rzymie. To tam po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że posady ziemi potrafią wysyłać słyszalne sygnały oraz że najwierniejsza reprezentacja jej drgań ma postać akustyczną.

Jedną ze ścian obszernej, tonącej w półmroku sali tego instytutu prawie w całości zajmował podświetlany ekran przedstawiający Półwysep i połączony z tysiącami sejsmografów. Wyświetlacz „słyszał” wstrząsy, a sygnały o nich docierały do niego nie dzień po dniu czy godzina po godzinie, lecz minuta po minucie: epicentrum każdego z tych zjawisk pokazywał jako czerwone światełko na mapie, podczas gdy organy wygrywały pierwsze, niepowtarzalne nuty V Symfonii Beethovena – echo tamtych dźwięków do dzisiaj rozbrzmiewa we mnie niczym śpiewane w katedrze Confutatis maledictis.

Abruzja, magnituda 2,4. Płaskowyż Sila, 2,0. Irpinia, 1,5. Morze Jońskie u wybrzeża Syrakuz, 1,8. Duża częstotliwość, z jaką trzaski przeradzały się w muzykę, świadczyła o tym, że na Półwyspie trzęsienie ziemi jest czymś normalnym, a nie nadzwyczajnym wydarzeniem.

Ów grzmot w c-moll na stałe zadomowił się w kręgosłupie Włoch, lepiej ucieleśniał ich ducha niż hymn narodowy, jednak Włosi o tym nie wiedzieli i, co gorsza, woleli nie wiedzieć. Mówienie o erupcjach i o ziemi, która drży, sprowadza nieszczęście, wprawia w zakłopotanie polityków, psuje szyki deweloperom, sieje panikę w biurach turystycznych, nastawia przeciwko tobie operatorów tego, co efemeryczne.

Lepiej nie wiedzieć, że Padania wcale nie jest nieruchoma, bo pod niziną, przez którą płynie największa włoska rzeka, ścierają się ze sobą Afryka i Europa. Nikt wam nie powie, że w Rimini na początku XX wieku runęły hotele oraz że czterdzieści lat wcześniej tamtejsza Wieża Zegarowa została zniszczona, otrzymawszy cios, który uczynił ją niestabilną.

Niewygodnie jest pamiętać o tym, że przed ostatnimi trzęsieniami ziemi Ischia uniosła się o osiemset metrów w ciągu trzydziestu tysięcy lat, albo o tym, że Mesyna i Reggio Calabria nieustannie osiadają, chociaż później znowu wędrują do góry w okresach sejsmicznego wytchnienia.

A co dopiero rzec o Bolonii, która zapada się w obojętność, czego przyczyną jest rabunkowa gospodarka padańskimi zasobami wodnymi. Albo o wzniesieniu Montello w Wenecji Euganejskiej, które rośnie jak na drożdżach (dwa razy szybciej niż Alpy), morderczo wypychane do góry, z niewyjaśnionych do końca powodów. Albo o gminie Pozzuoli, której terytorium „wybrzuszyło się” na wysokość półtora metra w ledwie kilka miesięcy i teraz ciągle drży, więc tamtejsi mieszkańcy muszą spać na zewnątrz domów, w samochodach albo gdzieś indziej, żeby zachować gotowość do ucieczki.

Są też wulkany, kaldery, gotujące się błota, fumarole14, nie wspominając już o złożach węglowodorów. Wszystko jest podziurawione jak ser ementaler. Mimo tego, co się stało w L’Aquili, na Ischii i w Amatrice, grzmot z Głębokości nadal pozostaje symbolem chronicznej amnezji Włochów.

Choć tego sobie nie uświadamiałem, niewidzialna nić prowadząca mnie podczas wielu podróży często snuła się przez labirynt drgań, którymi pulsują spychane najgłębiej pod powierzchnię i najbardziej niespokojne elementy narodowej tożsamości; nić ta staje się wykresem sejsmografu rejestrującego włoskie obawy, przywary i wyparcia; oplata historię, na której piętno odcisnęły pirackie napaści, letnie spiekoty, śnieżyce rozpętujące się poza sezonem zimowym, osuwiska, zniszczenia, katastrofy morskie, wojny, inwazje, szkwały, procesje i apokaliptyczne lęki.

Moje wędrówki służyły osłuchiwaniu Włoch i wychwytywaniu najintymniejszych wibracji Półwyspu, na którym co rusz spotyka się wota i wyrzuty sumienia, wróżby i przesądy, litanie i wyliczanki, demony i Czarne Madonny. Po drodze wikłałem się w sprzeczności dziwnego kraju, gdzie ludzie umierają z powodu błahych wstrząsów i urządzają antyimigranckie patrole, a jednocześnie społeczeństwo nie oburza się na nieuczciwych inwestorów budowlanych. Kraju, który nie leży na linii uskoku, lecz sam jest taką linią.

Noce spędzone na Alicudi, pamiętne noce… Przed domem Droga Mleczna żarzyła się ponad cyprysem wygiętym przez bryzę jak na płótnie van Gogha. Malejący księżyc wznosił się ku zenitowi i pamiętam, że śledziłem go wzrokiem, nie zadając mu zbyt wielu pytań, pośród nocnego chłodu, który wydobywał z powietrza coraz to nowe zapachy: pistacji, figi, rozmarynu…

Przyszło mi do głowy, że na całym świecie nie istnieje druga ziemia podobna do Włoch, gdzie nauka, mit i historia przeplatają się ze sobą w sposób tak fascynujący i tak mocno osadzony na tym, co znajduje się poniżej poziomu gruntu. Mojemu krajowi nie dorówna żadna Kali­fornia. We Włoszech piękno i groza – podobnie jak sejsmika i płodność – nie pozostają we wzajemnym konflikcie, lecz stapiają się w jedną i tę samą tajemniczą istotę, ukrytą w trzewiach ziemi.

Opowiada się, że w celu zbadania erupcji wulkanu Grek Empedokles rzucił się głową w dół do krateru Etny, która z powrotem wypluła jego sandały. Ponoć przybycie Hannibala do Włoch zwiastowały silne wstrząsy; podobno też cyklop Polifem żył w pieczarze u stóp Etny.

Niezliczone zastępy sybilli zamieszkiwały nyże w różnych pasmach Apeninów targanych wstrząsami i po dziś dzień, w Sessa Aurunca, pod wygasłym wulkanem, w Wielki Piątek bractwa religijne intonują pieśń zatytułowaną w lokalnym dialekcie Tremuoto, czyli Trzęsienie ziemi.

Spędziliśmy kolejne noce na zewnątrz, cały czas pozostając pod wrażeniem tamtego Głosu. Ostatniej nocy, krótko przed świtem, ujrzałem oświetlone statki zmierzające ku Cieśninie Mesyńskiej. Zza czarnego grzbietu Kalabrii sączyła się pierwsza słaba poświata.

Zaraz potem również po stronie południowej rozświetliła się kordyliera. Nebrodi, Góry Pelorytańskie, Madonìe. Góry posępne, niespokojne, ulotne: można było odnieść wrażenie, że to zaklęte w kamień wzburzone morze.

Przypomniało mi się moje pierwsze spotkanie z Sycylią. Ujrzałem masyw Monte Pellegrino, który wyłania się z morza niczym brodawka stercząca na długiej fali wyżyn z miejscowościami Partinico i Piana degli Albanesi; już z daleka wyczuwało się afrykański zapach spalonych słońcem rżysk, świeżego chleba i śmieci; po nabrzeżu dla promów kręciły się bezpańskie psy, postawione na straży wrót Hadesu.

Potem wróciło wspomnienie zejścia ze świątynnego wzgórza w Segeście ku słońcu Afryki i ku rozedrganym w upale wydmom białych lilii o zmysłowej woni, intensywniejszej od zapachu jaśminu.

Przede wszystkim jednak przypomniałem sobie zdumienie, jakie ogarnęło mnie na widok tamtej agresywnie nastroszonej rzeźby terenu skąpanej w oślepiającym żółtym świetle.

Właśnie z powodu owego światła, a także z powodu huku ukrytego w ostępach Sycylii postanowiłem jeszcze raz stamtąd wyruszyć i na nowo odczytać sens moich podróży wzdłuż włoskich gór, by wsłuchać się w głos ciemności.

Byłem synem ziemi, która drży. Należałem do niej i chciałem zajrzeć do jej wnętrza. Wejść tam, trzymając w dłoni lampę Aladyna.

I

Ognisko na otwartym morzu

Ab insidiis diaboli, ab omni malo, libera nos, Domine, „Od zasadzek szatana, od zła wszelkiego, wybaw nas, Panie”.

Podróż do świata leżącego poniżej wymaga nie byle jakiego ekwipunku. Na przykład amuletów. Mój amulet był szczególny: funkcję tę pełniła pergaminowa etiopska ewangelia, poczerniała od dymu świec i przesiąknięta zapachem tysiąca dłoni. Na oprawie z drewna eukaliptusowego św. Jerzy – przedstawiony z brodatym Mikołajem, największym ze wschodnich świętych – wbijał lancę w grzbiet smoka, jak gdyby chciał zagnać go z powrotem pod ziemię.

Był czerwiec 2009 roku, wypływałem w rejs na Pantellerię. Krótko przedtem L’Aquila została zniszczona przez trzęsienie ziemi i neapolitańscy przyjaciele na wieść, że wybieram się do piekła, podarowali mi także rożek z czerwonego koralu, remedium na nieszczęścia wszelkiego rodzaju.

Pierwszy raz miałem ze sobą też mały komputer: chciałem odczytywać ze zdjęć satelitarnych szaloną topografię południowych Włoch. Egzorcyzmy i nowoczesna technika – wrzucone z dezynwolturą do jednego plecaka.

Pogoda była dobra. Lekki grecale1 i mało fal. Jakaś włoska fregata żeglowała w tę i we w tę po stronie Mazary, w pasie wód terytorialnych. Wyruszaliśmy z głębokiego Południa, z morza pokonywanego w niewielkich grupkach przez pierwszych nielegalnych migrantów, przez przemytników i kutry walczące między sobą o pesce azzurro2.

Jednak także pod powierzchnią Cieśniny Sycylijskiej trwała kotłowanina. W tutejszych przepastnych głębiach wyraźniej niż na Morzu Tyrreńskim widać było podwodne burzenie się ziemi. Stanowiły one otchłań pod otchłanią – najbardziej przejrzysty dla świata powierzchniowego przejaw obecności piekieł.

W 1831 roku z morza na kilka dni wynurzył się wulkan; oszałamiającą feerię płomieni podziwiały załogi kilkudziesięciu statków. Pewna stara książka opowiada historię tamtej wyspy, Ferdinandei, która „po życiu trwającym kilka mgnień oka zatonęła, zdruzgotana przez fale”. Anglicy, „zawsze żądni panowania, w te pędy wzięli ją pod symboliczną okupację, zatykając tam flagę”, co doprowadziło do incydentu dyplomatycznego na linii Korona Brytyjska – Królestwo Obojga Sycylii; wreszcie przekształcenie się wyspy w mieliznę „położyło definitywny kres całej sprawie”, która również „utknęła na mieliźnie”.

W 1891 roku – jak relacjonuje ten sam autor Angelo D’Aietti – przyszła kolej na Pantellerię; „już rok wcześniej jej mieszkańcy byli świadkami niesłychanie gwałtownego preludium: popękało blisko czterdzieści [kamiennych] cystern i podniosło się północno­-wschodnie wybrzeże”.

Któregoś dnia dzwony odezwały się same, „bijąc jak na pogrzeb”, później zaś „morze poczęło tajemniczo się burzyć oraz gotować i wydęło się w osobliwy garb, a niektórzy rozgłaszali, jakoby wypatrzyli tam morskiego potwora o obcym kształcie. Następnie garb się rozciągnął, przybierając postać pasa długiego na prawie kilometr: jęły stamtąd buchać nieprzebrane ilości dymu, któremu towarzyszyły złowrogie ogniste błyski i mrożące krew w żyłach huki”.

Wtedy nastąpił wielki finał, z „fantasmagorycznymi ogniami bengalskimi”, gradem pocisków, „tchnieniem dwutlenku siarki” oraz „piekielną sarabandą grzmotów i detonacji”. Cały spektakl zakończył się o zmroku „gigantycznym ogniskiem, które z przeciwległych brzegów oglądali osłupiali Tunezyjczycy i Sycylijczycy”. „Zdumiewający pokaz fajerwerków” udało się mieszkańcom Pantellerii przerwać, dopiero gdy zgromadzili się w głównym kościele wyspy i stamtąd ponieśli w procesji kości św. Fortunata3.

Rzecz dziwna, głębie te pozostawały słabo zbadane, także w pobliżu wybrzeża sycylijskiego. Musiało upłynąć wiele lat, zanim poznano rzeźbę ich dna. Dopiero w 2023 roku zostały odkryte trzy kolejne wulkany w morzu przylegającym do Sciakki i Mazary – jeden z nich ma średnicę dobrych sześciu kilometrów i wznosi się sto pięćdziesiąt metrów ponad poziom dna.

Badania doprowadził do końca międzynarodowy zespół uczonych, przy udziale grupy Triesteńczyków z Osservatorio Geofisico Sperimentale4. Moich ziomków – ludzi od kolebki zżytych z podziemnym światem, których będę często spotykał na swojej dalszej drodze.

Musiałem się zmierzyć z Sycylią, włoską ziemią najściślej związaną z Awernem5. Słynie ona z największego aktywnego wulkanu w naszym kraju i nosi ślady wyjątkowo potężnego trzęsienia ziemi, jednego z wielu, jakie dewastowały ją na przestrzeni minionych dwóch tysięcy lat. Kataklizmu, który pochłonął sześćdziesiąt tysięcy ofiar i wydarzył się pod koniec XVII wieku w południowo-wschodniej części wyspy.

Z pewnością nie mogłem rozpocząć podróży na Sardynii: ze swoimi niewyobrażalnie starymi granitami jest ona najmniej aktywnym sejsmicznie obszarem spośród lądów, które wypiętrzyły się w basenie Morza Śródziemnego. Jej statyczność zdaje się znajdować odzwierciedlenie również w charakterze tamtejszych mieszkańców. O ile zdołałem wywnioskować, Sardyńczycy to pod każdym względem lud twardo stojący na ziemi. Są tyleż niezawodni, wierni i przewidywalni, co nieufni, enigmatyczni oraz mocno zamknięci w sobie. W przeciwieństwie do Neapolitańczyków nie wykazują najmniejszych oznak wewnętrznego niepokoju ani żadnych skłonności ekstrawertycznych.

Był jeszcze jeden powód, by wyruszyć z Sycylii.

W świecie, który za wszelką cenę maskował śmierć, Sycylia się z nią obnosiła, nadawała jej widowiskową oprawę w sytuacjach takich jak pogrzeby czy dokonywane na ulicy mordy, a nawet w rzeźniach bądź na targach rybnych. Obnosiła się ze śmiercią rozumianą nie jako końcowy punkt na osi czasu, lecz jako działająca dzień po dniu korozja, która obraca wszystko w proch zsypujący się do lejka nicości.

Na syrakuzańskim targowisku, gdzie wystawione towary z dramatyzmem odtwarzały walkę o życie toczącą się w głębinach, sprzedawcy ryb błyskali nożami jak wprawni torreadorzy, na straganach można zaś było oglądać złowione przy nadmorskich klifach dorady z wędką rozpiętą między otworem gębowym a ogonem, zmuszone imitować agonalny spazm nawet po śmierci.

Pewien znawca przestrzegł mnie, żebym nie kupował tych ryb, bo wraz z mięsem wchłonę przenikające je szaleństwo. Ale owo epatowanie śmiercią zachowywało wymowność symbolu, który mówił: cokolwiek sobie o tym myślicie wy, nordyccy higieniści hipokryci – jak świat światem, człowiek zjada śmierć, aby żyć. Czy jest nią carnazza, mięso, czy pisci, ryba, czy też wyrwane ziemi warzywa, nasza kuchnia nie robi nic innego, jak tylko malowniczo przyrządza tę śmierć na wszelkie możliwe sposoby.

Na Pantellerii istniał świat znajdujący się pod powierzchnią. Sutereny, piwnice, spiżarnie do przechowywania żywności w chłodzie. Nawet lotnisko umieszczono wewnątrz „jaskini”. Mussolini kazał wkopywać się w góry, żeby ukryć przed wrogiem wojskowe samoloty. Pantelleryjczycy byli zaprawieni w myśleniu o tym, co leży poniżej. Oczywiście doskonale wiedzieli, że mieszkają na drzemiącym wulkanie (podobnym do bestii, która zagraża greckiemu archipelagowi Santoryn i która – budząc się kilka tysięcy lat temu – zmieniła klimat Morza Śródziemnego), lecz opowiadali o nim jak o dobrotliwym przyjacielu.

I rzeczywiście to nie wulkan napędzał im strachu, lecz morze.

Zagrożenia zawsze układają się w pewną hierarchię, a tutaj właśnie morze przynosiło prawdziwe nieszczęścia: sztormy, wojny, katastrofy morskie, tsunami, saraceńskie i tureckie najazdy… Ponadto na Pantellerii, podobnie jak w Irlandii, fale uderzają o skalne kolumny, więc nie ma do niej dostępu prawie z żadnej strony.

W odróżnieniu od Malty i Lampedusy Pantelleria jest wyspą, na którą zejście średnio co kilka dni staje się niemożliwe: wiatr wieje tak mocno, że do jej brzegów nie docierają nawet łódki desperatów, a samoloty czasami nie odważają się podchodzić do lądowania. Dlatego nielegalni migranci wybierają Lampedusę stanowiącą od niepamiętnych czasów przystanek dla żeglarzy, umiejscowiony akurat między Afryką a Europą. I dlatego ludziom, którzy odwiedzają Pantellerię, licząc na wakacje w stylu karaibskim, po dziesięciu minutach puszczają nerwy.

– To miejsce albo nienawidzisz, albo kochasz do zatracenia – oświadczył mi z dumą Giuseppe Bernardo, geolog, który uczy w miejscowym liceum i z którym umówiłem się na wspinaczkę ku kraterowi. To był naprawdę rodzaj choroby: przywiązanie do gór, do kaparów, do ogródków wypełnionych małymi pomidorami i chronionych od wiatru przez murki z czarniawej, nakrapianej porostami lawy.

Mijaliśmy tarasy, na których uprawia się brzoskwinie i zibibbo6, a także lasy złożone z dębów ostrolistnych i sosen alepskich, o podszyciu pachnącym czystkiem, janowcem, wrzoścem i drzewkiem poziomkowym. Później ze szczytu naszym oczom ukazała się wspaniała panorama. Zobaczyliśmy brzeg kaldery, której wiek ocenia się na sto czternaście tysięcy lat, a także krater główny Gibele – nie wiedzieć czemu niższy od piętrzących się naokoło zwałów lawy, jakie z siebie wystrzelił. Dalej wyrastał grzbiet Montagna Grande, na którym stoi wotywna Kapliczka św. Fortunata i Matki Boskiej z Màrgany7.

Wszędzie widoczne były ślady ostatniej apokalipsy, do jakiej doszło pięć tysięcy lat temu: zielone, zbite lapilli8 zwane pantellerytami, które zasypały niebo jak w Pompejach. Tymczasem w Głębokości kryła się komora wypełniona wrzącą magmą; sytuację na wyspie monitorowały instrumenty pomiarowe zainstalowane przy gorących źródłach i fumarolach.

Na południowym zachodzie z ziemi wionęło siarką, a żlebami Gibele szybko opadała lawina puszystych obłoków, spychanych przez grecale.

Oddychałem czymś podobnym do wyziewów dobywających się z rozpadlin góry Kronio: podczas pobytu w Sciacce odwiedziłem tamtejsze jaskinie parowe, którym jakiś czas temu nadano imię św. Kalogera; ów eremita, wielki uzdrowiciel, przybył z daleka – podobnie jak rodzice związanego z Afryką Benedykta Manasseriego, patrona Palermo – konkretnie z Chalkedonu (dziś w azjatyckiej części Stambułu), i od około 500 roku zamieszkiwał grotę wypełnioną oparami siarki, wysiedliwszy z niej swego poprzednika, Kronosa, boga pożeracza dzieci.

Teraz Kaloger opiekował się sanktuarium, które było też ośrodkiem wypoczynkowym wyspecjalizowanym w leczeniu rwy kulszowej oraz dny moczanowej. Łaźnie parowe obok Sciakki zdradzały bliskie pokrewieństwo z podwodnym wulkanizmem Cieśniny Sycylijskiej i podsuwały wyobraźni obraz wiecznie gotującej się, ukrytej w tamtych głębinach krainy. Świata spowitego oparami siarki, który już w latach trzydziestych zbadali – jakżeby inaczej! – moi triesteńscy ziomkowie, przedostając się poza „sauny” góry Kronio.

Na Pantellerii „chochla wiatrów” poszła w ruch (tam Eol daje z siebie wszystko przez dwieście dni w roku) i w ciągu jednej doby sześciokrotnie zmieniła kierunek ich podmuchów. Grecale, levante, scirocco, maestrale, libeccio, tramontana9, potem znowu grecale.

W ustronnej dolince pokrytej czarnym żwirkiem, który chrzęścił pod podeszwami naszych górskich butów, para siarkowa ulatywała z dwóch czerwonawych otworów przysłoniętych konstrukcjami z patyków i tworzyła kłęby. Bernardo niczym kozica skakał po stromiznach swojej Itaki; co jakiś czas przystawał, żeby snuć opowieści. Dowiedziałem się, że jeszcze kilka lat temu pasterze mieli zwyczaj chwytać opary z Favára Grande10, a potem je schładzać; skraplającą się w ten sposób wodę gromadzili w kamiennym zbiorniku. Służyła ona do pojenia stad – na wyspie, na której prawie nigdy nie pada.

Później pojawili się specjaliści z CNR: za pomocą nowoczesnych metod chcieli ujarzmić bogów, żeby wykorzystać piekielne opary do celów naukowych, lecz przedsięwzięcie się nie powiodło; dzisiaj eternitowe rury walają się jeszcze po okolicznych krzakach, brudne od siarki i zapomniane.

Mimo wszystko starożytność trzymała się mocno. Uprawa winorośli metodą „na drzewko” i ich umiejętne przycinanie sprawiły, że na Pantellerii przetrwało dziedzictwo genetyczne tak stare jak cywilizacja śródziemnomorska: skarb, który dzięki wulkanicznemu terenowi uchował się przed plagą filoksery11 i którego nigdy nie wskrzesiłoby z niebytu żadne klonowanie.

We Francji tę pieśń przeszłości podchwycono o wiele wcześniej: urządza się święta przycinania winorośli, żeby mądrość starych vignerons, winiarzy, przekazywać kolejnym pokoleniom, a etykiety informują koneserów nie tylko o warunkach dojrzewania trunku, lecz również o tym, na ile dojrzała jest kultura jego produkcji. Także w hiszpańskim Prioracie12, na północny wschód od Tarragony, pewne formy szaleńczej pogoni za wydajnością się nie przyjmują: wielusetletnie winne krzewy rosną na otwartej przestrzeni, mają pomarszczoną korę i są powykręcane niczym sylwetki potępieńców z Boskiej komedii na drzeworytach Gustave’a Dorégo.

Lecz na smaganym przez żywioły skrawku skały płodność pozostawała w ścisłym związku ze śmiercią. Zaświadczały o tym pantelleryjskie podania. Ich tematem były katastrofy morskie, do których dochodziło w pobliżu latarni rdzewiejącej na cyplu Punta Spadillo. Albo rozbójnicy schwytani w jaskini wewnątrz Montagna Grande i później powieszeni w Trapani. Na południe od miejscowości Rekhále – czyli Domu Alego – czarną, wyrastającą z morza kolumnę skalną ochrzczono imieniem Salto della Vecchia, Skok Staruszki; najstarsza z kobiet należących do haremu wspomnianego Araba podobno rzuciła się z niej w kipiel po tym, jak musiała opuścić alkowę z powodu pojawienia się nowej faworyty.

Zerwy kolumny mieniły się obsydianem, morze przypominało świetlisty pożar. Byliśmy na środku Morza Śródziemnego, balansując między Afryką, Włochami a wyspami Grecji; właśnie tutaj umiejscawiano Słupy Heraklesa, zanim kraniec starożytnego świata przesunął się do Cieśniny Gibraltarskiej.

– W dni z dobrą widocznością – powiedział Giuseppe – można dojrzeć nawet Kartaginę, odległą o czterdzieści mil.

Pod wieczór siła wiatru osiągnęła siedem w skali Beauforta. Morze wydawało się niezdatne do żeglugi. U podstawy skalnych słupów wzgardzona przez Alego Staruszka zawodziła pośród huku przyboju, a ludzie już się zastanawiali, czy prom z Trapani zdoła przycumować.

– Czy wiesz, co to katastrofa? – spytała mnie Niemka zakochana w Morzu Śródziemnym, do której zagadałem w barze. – To nieobecność gwiazd – rzekła – która dezorientuje żeglarzy. To przemieszczanie się bez ciał niebieskich wskazujących drogę. – Była antropolożką i każdego roku spędzała kilka miesięcy w ekstremalnym klimacie Pantellerii, żeby – jak mawiała – na nowo oczyścić umysł.

Wyjaśniła mi także sens słowa „ryzyko”. Dla pokonania konkurencji kupcy ze Wschodu, zamiast żeglować wzdłuż wybrzeża, kierowali się na pełne morze, kiedy dął wiatr, który po persku nazywa się ruzgar-i kuvve. Jako że ów wiatr był jednak niebezpieczny i zatapiał statki, w uszach Włochów wyrażenie prendere ruzgar, łapać ruzgar w żagle, zaczęło brzmieć jak prendere rischio, czyli podejmować ryzyko.

Doceniłem piękno tego wyrazu. Brzmiał podobnie do słowa fischio, gwizd: kojarzyło mi się ono z bardzo silnym wiatrem grającym na szotach żaglowca. Tym samym, który właśnie wzmagał się na wyspie. Pomyślałem o ogromnym – nomen omen – ryzyku ponoszonym przez nas wszystkich w obliczu erozji słów, jaka dokonuje się w nowoczesnym świecie cyfrowym.

Przyjrzałem się Niemce. Jej twarz nie sprawiała wrażenia „niemieckiej”: ogorzała cera, pokryta zmarszczkami jak u żeglarza, i krótkie siwo-brązowe włosy. Było to przeciwieństwo tych „twarzowych” twarzy, które – od nadmiaru dobrostanu – upodabniają do siebie nawzajem wielu ludzi z północy Europy. Miała na imię Sara.

Za otrzymane dary zrewanżowałem się jej znaczeniem słowa desiderio, pragnienie, złączonego sekretną więzią z wyrazem disastro, katastrofa. Wywodziło się z łaciny, powstało przez zestawienie cząstki de-, odejmującej znaczenia, z rzeczownikiem sidera, oznaczającym gwiazdy. Mowa o sytuacji, w której człowiek zostaje bez gwiazd, odczuwa ich brak albo też ma je przeciwko sobie – zarówno na morzu, jak i na otwartych przestrzeniach stałego lądu. To geograficzne znaczenie z biegiem czasu rozszerzyło się na każdą możliwą nieobecność oraz, być może, na tęsknotę wszelkiego rodzaju.

– Jest pan geodetą? – zapytał mnie po wyjściu Niemki typ o oliwkowej karnacji, przekrzykując porywisty wiatr.

Wcześniej dostrzegł, że rozkładam mapę Sycylii.

– Nie – odparłem. – Jadę polować na wulkany i trzęsienia ziemi.

– Że co proszę? – obruszył się mężczyzna. – Ludzie mają to gdzieś, nawet jeśli ich informujecie… Zawsze będą woleli ładne jacuzzi od domu zbudowanego jak należy.

Chciał wiedzieć, czy się orientuję, który ze świętych najskuteczniej chroni budynki przed zawaleniem. Wiedziałem już wówczas, że na południu świętym nie wolno leżeć do góry brzuchem: jeśli nie pomagają, na ich miejsce znajduje się innych. W San Cono, w Górach Pelorytańskich, wierni chwytają patrona wioski – ściślej mówiąc: figurę swego patrona – i dosłownie uderzają jego głową w ściany tych domów, o które nie potrafił się zatroszczyć. Gdzie indziej świętych, którzy nie zesłali deszczu, wrzuca się do wody albo karze, wpychając im do ust kawałki solonej ryby.

Stwierdziłem, że na wstrząsy najlepszy jest chyba św. Emidiusz z Ascoli. Na kontynencie jest rozchwytywany.

– A ojciec Pio? – drążył temat mój rozmówca.

– Nie – odparłem – to nie jego branża. Czasami wręcz – odważyłem się dodać – niektórzy cwaniacy wysługują się nim, żeby „przepychać” odbiory domów spartaczonych: takich, co to zawalają się jako pierwsze.

Facet pokazał mi dłonią le corna13. Kwestionowanie cudotwórczej mocy słynnego zakonnika przynosi pecha.

Otwarte morze zaczęło wzbierać długimi wałami ciężkiej niczym olej wody. Później nagle kadłubem targnęły fale nadciągające z różnych stron – tak dzieje się wówczas, gdy scirocco spotyka się z libeccio. Drobne kropelki wdzierały się aż pod koszulę.

Prom, cały przechylony na prawo, wychynął z rozbryzgującej się piany. Pobledli od mdłości pasażerowie trzymali się burt.

Przed wejściem na pokład w małej tawernie „Bice” obok pirsu poprosiłem o kanapkę z pomidorami, kaparami i oliwkami; to moja profilaktyka choroby morskiej. Smażąc panelle14, kucharka powiedziała:

– Jako dziewczynka nie rozumiałam, dlaczego rodzice uparli się, żeby mieszkać w takim miejscu. Ale kiedy popłynęłam na kontynent, zjadłam pomidorka koktajlowego i uświadomiłam sobie, że jest bez smaku. W ten sposób dotarło do mnie, że powinnam tu zostać.

To tak, jakby powiedzieć, że dla smaku warto podejmować ryzyko. Słowo „ryzyko” znowu jaśniało blaskiem: odsłaniało metaforę na wskroś wyspiarską, lecz mającą zastosowanie w życiu dowolnej osoby. Najlepiej wyrażało wzniosłą niejednoznaczność ziemi zawieszonej między śmiercią a płodnością po wszystkie czasy.

Prom odbił od brzegu w potężnej ulewie – smagany wiatrem, zalewany morską pianą i światłem błyskawic. Przypominały się nieodmawiane już litanie, urywki starych nabożeństw przebłagalnych: A fulgure et tempestate, a peste, fame et bello, libera nos, Domine, a flagello terrae motus, libera nos…, „Od pioruna i burzy, od powietrza, głodu i wojny wybaw nas, Panie, od bicza trzęsienia ziemi, wybaw nas”…

Jednocześnie statek, kołysząc się na boki, mijał trzydziesty siódmy równoleżnik – ten sam, na którym leży Tunis; potem wbił się w szarą kurtynę i roztopił w nicości.

Dalsza część w wersji pełnej

Przypisy

I wiatr zagrał na harmonijce

1 Arcudari – w języku syc. nazwa mieszkańców wyspy Alicudi. Starożytni Grecy mówili na tę wyspę Erikūssa, czyli „bujnie porośnięta wrzoścem”. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

2 Grzyb, którego przetrwalniki są silnie trujące; w Polsce znany pod nazwą sporysz.

3 W starożytności – jeśli wierzyć legendzie – imię Eol nosił władca greckiej kolonii na Wyspach Eolskich (Liparyjskich). Zasłynął umiejętnością przewidywania pogody na podstawie kształtu kłębów pary wydobywających się z wulkanu Stromboli; miało to praktyczne znaczenie dla miejscowych rybaków. Na przestrzeni wieków umiejętność owa była mylona z mocą wywierania wpływu na pogodę: w greckiej mitologii pojawiła się postać Eola – boga wiatrów, który trzymał je w bukłaku w jaskini na wyspie Lipari i uwalniał, kiedy miał taki kaprys.

4 Wszystkie cytaty za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, wyd. 4, Poznań 1983.

5 Linguine (wł.) – języczki; kojarzony zwykle z kuchnią północno-zachodnich Włoch, cienki i długi makaron o spłaszczonym, prostokątnym przekroju.

6 Cilento – górzysta kraina historyczno-geograficzna w południowo-zachodniej Kampanii.

7 Luigi Ferdinando Marsili, Histoire physique de la mer. Ouvrage enrichi de figures dessinées d’après le naturel (Fizyczna historia morza. Dzieło wzbogacone ilustracjami rysowanymi z natury), Amsterdam 1725.

8 Gajusz Pliniusz Sekundus, Historia naturalna, t. 1: Kosmologia i Geografia. Księgi II–VI, tekst, wstęp, tłum. i komentarz I. Mikołajczyk, N. Raj, E. Twarowska-Antczak, K. Ant­czak, Toruń 2017, Księga II, rozdz. 89, s. 167.

9Gozzo (wł.) – nazwa typowej dla Włoch niewielkiej płaskodennej łódki, pierwotnie drewnianej i używanej przez rybaków przybrzeżnych.

10CNR – Narodowa Rada Badań Naukowych, włoski odpowiednik Polskiej Akademii Nauk.

11 Giuseppe Bigi et al., Synthetic Structural-Kinematic Map of Italy, Consiglio Nazionale delle Ricerche / SELCA, Firenze 1989.

12 Plutoniczny (gr. Ploútōn – Pluton, jedno z imion boga Hadesa) – związany z procesami magmowymi przebiegającymi głęboko pod powierzchnią ziemi.

13 Liliana Segre (ur. 1930) – ocalała z Holokaustu polityczka, dożywotnia senatorka pochodzenia żydowskiego. W wieku trzynastu lat trafiła do Auschwitz-Birkenau, po wojnie zaś stała się jednym z najbardziej znanych włoskich świadków zagłady.

14 Fumarole – wyziewy gazów wulkanicznych o wysokiej temperaturze.

I. Ognisko na otwartym morzu

1Grecale (wł.) – wiatr wiejący w zachodniej i środkowej części Morza Śródziemnego z północnego wschodu, czyli od strony Grecji, czemu zawdzięcza swą nazwę.

2Pesce azzurro (wł.) – błękitna ryba; zbiorcze określenie drobnych morskich ryb, takich jak sardynki, śledzie, sardele czy belony.

3 Angelo D’Aietti, Il libro dell’isola di Pantelleria (Księga wyspy Pantelleria), Trapani 2008, s. 84–86.

4Osservatorio Geofisico Sperimentale – używana od 1958 r. nazwa instytucji oficjalnie przemianowanej w 1999 r. na Istituto Nazionale di Oceanografia e di Geofisica Sperimentale, Narodowy Instytut Oceanografii i Geofizyki Eksperymentalnej, z siedzibą w Trieście.

5 Awern – w starożytności kraina zmarłych. Nazwa pochodzi od łac. Lacus Avernus (wł. Lago d’Averno), czyli kraterowego jeziora niedaleko Neapolu, na Polach Flegrejskich. Rzymianie uważali je za przedsionek piekieł.

6 Zibibbo (wł.) – szczep winorośli uprawiany w najcieplejszych częściach strefy śródziemnomorskiej. Wytwarza się z niego białe wino deserowe.

7 Màrgana – osiedle (obecnie przylegające do lotniska), w którym znajduje się sanktuarium patronki wyspy z cudowną, pochodzącą z IX w. ikoną Matki Boskiej, opiekunki rolników.

8 Lapilli (łac. lapillus – kamyk) – także w polskiej terminologii geologicznej niewielkie bryłki lawy wyrzuconej w powietrze i zakrzepłej przed opadnięciem na ziemię.

9 Włoskie określenia wiatrów wiejących odpowiednio: od północnego wschodu, wschodu, południowego wschodu, północnego zachodu, południowego zachodu i północy.

10 Favára Grande – Wielka Favára; słowem favára mieszkańcy Pantellerii nazywają fumarole i różne formy tamtejszych wyziewów wulkanicznych.

11 Filoksera winiec (Daktulosphaira vitifoliae) – przywieziona w drugiej połowie XIX w. z Ameryki Północnej mszyca, której gwałtowna ekspansja poczyniła ogromne spustoszenia w europejskich winnicach.

12 Priorat – rejon Hiszpanii słynący z jakości produkowanych tam win. Położony u stóp gór Montsant obszar charakteryzuje się unikalnym klimatem, przypominającym warunki panujące na Pantellerii; występują tam też strome, skaliste stoki. Winnice zakłada się na tarasach z ciemnoczerwoną, gliniasto-gruzową glebą zwaną licorella, złożoną z fragmentów łupków i kwarcytów.

13Le corna (wł.) – rogi; gest polegający na wystawieniu małego i wskazującego palca dłoni. Może obrażać lub chronić przed złymi urokami.

14 Panelle (wł.) – pochodzące z czasów arabskich, sprzedawane na ulicach Sycylii małe, chrupiące placki na bazie mąki z ciecierzycy. Spożywa się je zwykle w bułce z sezamem.

Tytuł oryginałuUNA VOCE DAL PROFONDO

Copyright © Paolo Rumiz

Copyright © for the translation by Sebastian Korczyk

Projekt okładkiMichał Jakubik

Fotografia na okładce© Salvatore Allegra Photography / Moment Open / Getty Images

Konsultacja geologicznadr hab. inż. Jan Urban, Polska Akademia Nauk, Kraków

Redaktor nabywającyPaweł Goźliński

Redaktorka prowadzącaEwelina Janowska

RedakcjaAnna Śledzikowska / Wydawnictwo JAK

KorektaMaria Armata / Wydawnictwo JAKAnna Śledzikowska / Wydawnictwo JAK

Projekt makietyKarolina Korbut

Opieka promocyjnaAleksandra Pakieła

Koordynatorka produkcjiEwelina Wójcikowska-Jakubiec

Niniejsze dzieło zostało przetłumaczone dzięki wsparciu finansowemu Centrum Książki i Czytelnictwa włoskiego Ministerstwa Kultury.

ISBN 978-83-8427-286-2

Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znakul. Kościuszki 37, 30-105 KrakówDział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Spis treści

I wiatr zagrał na harmonijce

I. Ognisko na otwartym morzu

Przypisy

Karta redakcyjna

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji

Przypisy

Strona redakcyjna