Gdy przychodzą dusze. Tajemnica świętych obcowania - Henryk Bejda, Małgorzata Pabis - ebook
Opis

Zmarli ukazują się żyjącym, a dusza ludzka jest nieśmiertelna. Z tą prawdą zetknęliśmy się już niejeden raz. Tajemnicą pozostaje jednak, w jakim celu zmarli ukazują się nam, żyjącym? Czy każdy może doświadczyć obecności dusz z zaświatów? W końcu, kim są zmarli, którzy się nam objawiają?

Książka próbuje odpowiedzieć na te i inne pytania, przedstawiając poruszające historie świadków objawień. Opisane w niej świadectwa wiernych pokazują, że dusze zmarłych nie tylko przenikają do świata żywych, prosząc O modlitwę, ale także przestrzegają nas przed niebezpieczeństwami, a nawet... ratują nam życie.

Pozycja ta pozwala zrozumieć głębszy sens słów modlitwy: „Wierzę w świętych obcowanie (...) żywot wieczny. Amen”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 171

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wstęp

My im, a oni nam, czyli... pożyteczne związki

Zmarli ukazują się żyjącym. Kościół nigdy tego nie negował. Za Bożym przyzwoleniem objawiają się nam święci, dusze czyśćcowe, a nawet dusze potępione. Czynią to jedynie za przyzwoleniem i wolą swego Stwórcy i Pana. A jeśli tak się dzieje, w żadnym przypadku nie można tego lekceważyć.

„Wierzę, w świętych obcowanie” – takie słowa wypowiadamy codziennie w Credo. Teologia mówi nam o communio sanctorum, czyli o wspólnocie świętych, a jej istotą jest wzajemna jedność trzech wymiarów Kościoła: Kościoła pielgrzymujących (żywych), Kościoła oczyszczających się (przebywających w czyśćcu) i Kościoła zbawionych. Ta jedność polega na wzajemnym pomaganiu sobie w osiągnięciu jednego celu, którym jest zjednoczenie z Bogiem.

My, żyjący na ziemi, powinniśmy pomagać zmarłym, dla których czas tutaj się skończył. Możemy ich wspierać modlitwą, ofiarami i w ten sposób wypraszać dla nich wieczne zbawienie. Dusze czyśćcowe natomiast, mimo iż same nie mogą już sobie pomóc, mogą pomagać nam, na przykład przestrzegając nas przed złem, przed popełnieniem jakiegoś błędu. „Nasza modlitwa za zmarłych nie tylko może im pomóc, ale także sprawia, że ich wstawiennictwo za nami staje się skuteczne” – czytamy w Katechizmie Kościoła katolickiego.

W naszym życiu, w zmaganiu się z codziennymi problemami, nie jesteśmy sami. Pan Bóg daje nam pomocników w osobach świętych i błogosławionych. Wierzymy, że czuwają nad nami i pomagają nam także zmarli z naszych rodzin, „cisi święci”.

Przychodzą na różne sposoby

Objawienia dusz ludzi zmarłych mogą dokonywać się na różne sposoby – we śnie, na jawie, poprzez działanie na wyobraźnię, a nawet zmysły. Zmarli ukazują się żywym w przeróżnej materialnej postaci. Holenderski psycholog i psychiatra, badający zjawiska związane z objawianiem się dusz czyśćcowych, Gerard van der Aardweg uważa, że przyjmują one materialną postać po to, żeby mogły zostać rozpoznane i by to, co chcą przekazać, było czytelne. Ukazują się one – jak twierdzi badacz – jako osoby, którymi były za życia, na przykład w typowym dla siebie ubiorze, lub też jako zniekształcone istoty, uosabiające symbole grzechów lub odbywanych kar (przeżywanego cierpienia lub osobistych niedoskonałości), a także jako uczłowieczone zwierzęta lub ludzie pod postacią zwierząt. Dusze czyśćcowe mogą się pojawiać również jako ledwo dostrzegalna mgiełka, światło, cień lub jakiś bliżej nieokreślony zarys. Wiele z nich ukazywało się żyjącym spowite płomieniami ognia (symbolizującego z całą pewnością ogień czyśćcowy). Na twarzach zjaw zazwyczaj maluje się cierpienie, a to, że są szczęśliwe, pokazują najczęściej dopiero wówczas, kiedy przychodzą powiadomić żyjących o swoim uwolnieniu z czyśćca. Zdarza się, że objawieniom dusz towarzyszą różne zjawiska fizyczne, a zmarli mogą dawać nam dodatkowe znaki swojej obecności, takie jak podmuch wiatru, skrzypienie, stukot czy widok otwieranych drzwi, lodowaty chłód, mgła, z której stopniowo wyłania się zjawa, tajemnicze szepty i jęki, odgłosy kroków. Można również zauważyć niespokojne zachowanie domowych zwierząt, dziwne światła itp.

Dusze mogą pozostawiać także inne namacalne znaki swojej obecności, na przykład bolesne ślady lub rany na ciele człowieka (np. kropla potu, strącona na rękę Stanisława Kostki przez duszę, która mu się ukazała, sprawiła świętemu okrutny ból i pozostawiła niegojącą się ranę).

***

Dusze czyśćcowe objawiają się żywym tylko i wyłącznie za Bożym przyzwoleniem. „Wielką łaską dla dusz jest możność błagania o pomoc i wstawiennictwo” – stwierdziła bł. Anna Katarzyna Emmerich. Czego najczęściej pragną?

Pojawiają się one, by prosić nas o pomoc w odbyciu ich czyśćcowej pokuty, o odprawienie praktyk religijnych, które doprowadzą do skrócenia czyśćcowych męczarni. Zdarza się, że są to prośby konkretne, na przykład odprawienie w ich intencji trzech Mszy Świętych czy odmawianie przez miesiąc modlitwy różańcowej, przyjęcie na siebie ich cierpienia. By zmazać swoje grzechy, dusze proszą również o praktykowanie cnót i czynienie tego, w czym one najbardziej się za życia zaniedbały, a za co muszą ponosić teraz pokutę. Pewna dusza poprosiła o odprawienie postu, by zmazać swój grzech obżarstwa, a zmarły artysta pragnął, by znajomi zakonnicy zniszczyli, namalowany przez niego za młodu, gorszący obraz. Czasem dusze czyśćcowe zwracają się do żyjących z prośbą o naprawienie popełnionych przez nie błędów, na przykład zwrot bezprawnie zagrabionego majątku itp.

Dusze ukazujące się bł. Annie Katarzynie Emmerich potrzebowały czasem wypełnienia konkretnych czynów ekspiacyjnych: sprawowania Mszy Świętych, które zostały za nie zamówione, ale nieodprawione, dopełnienia pokuty czy złożonego, lecz niewypełnionego ślubu, zwrotu dóbr, w których posiadanie weszli bezprawnie. Jedna z dusz poprosiła wizjonerkę o zebranie jałmużny na określoną liczbę koszul i rozdanie ich ubogim.

Zdarza się, że dusze czyśćcowe przychodzą, by podziękować za okazane wsparcie, a także, by pomóc żywym, którzy się za nich modlą lub w ich intencji ofiarowują Mszę Świętą lub inny dar.

„Wierzę w świętych obcowanie, żywot wieczny. Amen”.

I Święci przychodzą z pomocą

1. Pomógł mężczyzna z helikoptera

Maria Szmyd z Orzechówki cierpiała z powodu kolana. Zdjęcie rentgenowskie wykonane 31 stycznia 1974 roku wykazało, że na kości udowej znajduje się guz. Zainterweniował Edmund Bojanowski i nastolatka wyzdrowiała.

Jesienią 1973 roku 15-letnia Marysia Szmyd zaczęła skarżyć się z powodu bólu kolana. W grudniu zgłosiła się do ośrodka zdrowia. Lekarz podejrzewał, że przyczyną cierpienia jest reumatyzm. Zaordynował nacierania, leki, a potem zastrzyki. Ból nie chciał jednak ustąpić, kolano obrzękło, dziewczynka kulała.

Nowotwór

Dziewczynę wysłano na konsultację do specjalisty – ortopedy w Przemyślu, który stwierdził, że pacjentka cierpi z powodu nowotworu. Medyk polecił, by dziewczynka przybyła za dwa dni do szpitala na pobranie wycinka do badań. Doradzał niezwłoczną amputację całej nogi aż po biodro. Mówił, że trzeba się spieszyć, póki nie ma jeszcze przerzutów. Matka zdecydowanie odrzuciła jednak myśl o amputacji, mówiąc doktorowi, że liczy tylko na Lekarza Niebieskiego. Prawdę o chorobie ukryła przed córką. Przez całą drogę powrotną Janina Szmyd błagała Matkę Bożą o pomoc. Prosiła Ją, by „wskazała, do kogo ma się zwrócić o pomoc w swoim strasznym doświadczeniu, do kogo ma się modlić i przez czyją przyczynę ma prosić Boga o zdrowie dla dziecka”. „Moje modlitwy są za ubogie i niegodne wysłuchania, (prosiłam) by mi wskazała kogoś godniejszego, kto by mi pomógł uprosić łaskę zdrowia” – opisywała później kobieta.

Nazajutrz Janina poszła do siostry Wiktorii, służebniczki starowiejskiej, ówczesnej przełożonej domu w Orzechówce. Wypłakała się i poprosiła o modlitwę. W nocy miała sen. „Razem z synem Antonim na rozległych łąkach kopaliśmy ziemię, która miała być wysłana do badania. Syn odwrócił ziemię łopatą i zobaczyliśmy na tle czarnej ziemi żółtą, w kształcie guza. Właśnie z tej żółtej ziemi miała być pobrana próbka do badania i wysłana w tym celu do Lublina lub Krakowa. W tym momencie cichutko nadleciał helikopter, a z jego okna wychylił się uśmiechnięty mężczyzna w okularach i z brodą i powiedział do nas: «Nic z tego badania nie wyjdzie, ani w Lublinie, ani w Krakowie! Ja pomogę...»” – relacjonuje matka chorej dziewczynki.

Znak od Boga

Następnego dnia do domu państwa Szmyd zapukała siostra Maria. Przyniosła chorej dziewczynce obrazek z wizerunkiem Edmunda Bojanowskiego i poleciła, żeby przyłożyła go na miejsce bolesne, i żeby się modlić o zdrowie za przyczyną sługi Bożego Edmunda. „Matka wzięła obrazek i wydawała mi się jakaś zaskoczona. Pamiętam dobrze jej reakcję: uporczywie wpatrywała się w postać na obrazku i powiedziała, że tego pana gdzieś widziała” – opisuje zakonnica.

W poniedziałek Maria, w towarzystwie ojca i siostry, pojechała do szpitala w Przemyślu. Janina została sama. Wzięła w dłoń obrazek i, przyglądając się dokładniej widniejącej na nim postaci, ze zdziwieniem stwierdziła, że to mężczyzna z jej snu. „Zrozumiałam, że to Matka Boża w ten sposób wskazuje mi Edmunda Bojanowskiego jako pośrednika między mną a Bogiem w modlitwie o uzdrowienie córki Marysi”.

O swoim odkryciu doniosła zakonnicom, które zainicjowały odmawianie nieustającej nowenny o zdrowie chorej. Siostra Wiktoria poprosiła o modlitwę siostry z domu w Starej Wsi. Żarliwe i ufne modlitwy do Boga rozpoczęła także cała rodzina Marysi. Wieczorami gromadzili się na różańcu. Janina Szmyd wspomina: „Powtarzałam po wiele razy: «Ojcze Bojanowski, daję Ci moje modlitwy, daję Ci cały przeżyty dzień, radości i strapienia, obawy i przykrości, a nawet zdenerwowanie moje, byś to wszystko złożył w ręce Matki Najświętszej, byś prosił, bo ja niegodna, o zdrowie dla Marysi». Miałam gorącą i silną wiarę, że On pomoże, że uprosi u Matki Bożej i u Pana Jezusa tę łaskę”. Za dziewczynkę modlili się także znajomi członków rodziny.

W przemyskim szpitalu pobrano wycinek do analizy. Wysłano go do Lublina. Kilka dni po tej operacji, podczas odwiedzin, matka niepostrzeżenie przyłożyła obrazek sługi Bożego do zabandażowanej nogi córki.

Siostra Marii, która czuwała przy chorej, zdecydowała, że jeśli wyniki okażą się niepomyślne, nie powie rodzicom prawdy i nie dopuści do amputacji. Podczas drzemki zobaczyła przed sobą twarz mężczyzny z brodą i w okularach. Postać wzięła ją za ramię. „Zrozumiałam, że jest to gest aprobaty dla mojego postanowienia. Spokój tej nieznanej twarzy w jakimś stopniu udzielił się i mnie” – napisała w świadectwie. Potem dowiedziała się, że to był Edmund Bojanowski.

Najgorsze wieści

Wyniki nadeszły w trzecim tygodniu pobytu Marii w szpitalu. „Niestety, proszę pani, jest to najgorsze, czegośmy się spodziewali... Nowotwór złośliwy! Tylko natychmiastowa amputacja może uratować na jakiś czas życie, póki nie ma przerzutów do płuc” – usłyszała Stanisława w słuchawce telefonu. Nogę jej siostry zaatakował chrzęstniakomięsak – złośliwy nowotwór kości. W świetle medycyny w takim przypadku bez leczenia operacyjnego chory ma przed sobą jedynie kilka miesięcy życia. Amputacja jest konieczna, ale i ona zazwyczaj przedłuża życie jedynie o kilka lat.

Dziewczyna oświadczyła jednak lekarzowi, że rodzina się na nią nie zgadza. Rodziców uspokoiła, że „powinny pomóc lampy”. Szmydowie postanowili zdać się na wolę Bożą. „Postawiliśmy wszystko na jedną kartę” – stwierdziła mama chorej. Była pewna skuteczności wstawiennictwa Edmunda Bojanowskiego.

Uzdrowiona noga

W marcu 1974 roku licealistkę przewieziono na naświetlania do szpitala onkologicznego w Rzeszowie. Miało to być przygotowanie do amputacji. Po powrocie do domu, w kwietniu 1974 roku, Maria chodziła o kulach. Zakazano jej stawać na chorej nodze. Co jakiś czas jeździła na badania do szpitala. Noga nie bolała. Stwierdzono zmniejszanie się guza. Mimo to nadal nalegano, by rodzina zgodziła się na amputację. W lecie kule okazały się już niepotrzebne. Wtedy też Maria poznała przerażającą prawdę. „Wyczytałam ją z napotkanego przypadkowo pamiętnika Stasi. Odpisałam sobie to wszystko co zanotowała: 90 procent, że to rak kości, 90 procent, że to jest rak złośliwy i 50 procent, że mogę przeżyć amputację. I że bez amputacji się nie obejdzie. Poczułam ogromny żal do rodziców i wszystkich, którzy mnie oszukiwali. Płakałam i chciałam żyć, a poznaną prawdę przeżywałam samotnie” – wspomina dziewczyna.

We wrześniu Maria wróciła do szkoły. Zamieszkała w internacie. Mijały dni i miesiące. Guz wciąż się zmniejszał. Przerzutów nie było.

W 1976 roku jej matka złożyła w podzięce wota w postaci serduszek – Matce Bożej Częstochowskiej w kaplicy sióstr w Orzechówce i ojcu Bojanowskiemu, którego portret wisi w zakonnej rozmównicy. W 1978 roku Maria zdała maturę. W tym mniej więcej czasie dowiedziała się od matki, że życie zawdzięcza Edmundowi Bojanowskiemu. „Pierwszy raz z ust mamy usłyszałam nazwisko osoby, dzięki której żyję”.

Powinnam już nie żyć!

Po maturze Maria skończyła Studium Laborantów Medycznych w Przemyślu i poszła do pracy w szpitalu w Brzozowie. Podczas kontroli uznano, że jej noga jest już zdrowa. Jeszcze raz zbadano pobrany przed laty wycinek – po raz kolejny stwierdzono, że to złośliwy rak. Jako laborantka Maria dotarła do swojej kartoteki. „Wyczytałam sobie wszystko. Chorowałam na złośliwy nowotwór kości, czyli powinnam już nie żyć!”. Po rozmowie z lekarzami doszła do przekonania, że żyje dzięki cudowi. W listopadzie 1983 roku pojechała do Starej Wsi, by złożyć świadectwo cudownego uzdrowienia.

Dla medycyny wyzdrowienie Marii pozostało zagadką, tematem do dyskusji, dziwnym przypadkiem, budzącym zainteresowanie w kołach lekarskich. Kościół uznał jej uzdrowienie za cud. Na tej podstawie Ojciec Święty Jan Paweł II beatyfikował Edmunda Bojanowskiego.

2. Wyrwany z rąk śmierci

Wakacje w 1996 roku 14-letni Daniel Gajewski spędzał u sióstr urszulanek w Ożarowie Mazowieckim koło Warszawy. Pewnego dnia – podczas koszenia trawy – został porażony prądem. Z rąk śmierci wyrwała go matka Urszula Ledóchowska.

To był początek sierpnia. Po południu Daniel kosił elektryczną kosiarką trawę w ogródku przed domem. Trawa była wilgotna, ponieważ w nocy była burza, a rano padał deszcz. Kosiarkę podłączono do gniazdka w kaplicy za pomocą dwóch przedłużaczy. Gdy Daniel je rozłączał, został porażony prądem.

Tajemnicza urszulanka

Chłopiec upadł na ziemię, próbował się ratować, jednak bez skutku. Krzyczał, prosił o pomoc. Siostry nie mogły go jednak usłyszeć, gdyż ogródek był oddzielony od reszty podwórza i gospodarstwa dość wysokim murem. Jedna z sióstr znajdowała się w innej części domu, a pozostałe daleko w ogrodzie. Gdy Daniel tracił już siły i miał świadomość zbliżającej się śmierci, zobaczył wychodzącą z budynku postać w habicie urszulanki, która podeszła i zapytała go, co mu się stało. „Powiedziałem wtedy: «Jak to, siostra nie widzi – prąd mnie poraził». A ona złapała mnie za nogi i szybko upadła na ziemię. Co działo się dalej – nie wiem. Straciłem przytomność – opowiada Daniel Gajewski. – Kiedy po jakimś czasie otworzyłem oczy, szybko zorientowałem się, że jestem «odłączony» od prądu, wstałem i pobiegłem do kaplicy, żeby wyłączyć kabel z gniazdka”.

Zaraz potem chłopiec rzucił się na kolana, by podziękować Bogu za ocalenie. „Podszedłem do tabernakulum, objąłem je, ucałowałem, zacząłem śpiewać, krzyczeć, dziękować. – wspomina Daniel. – Kiedy już przestałem trzymać tabernakulum, z pewnym respektem i bojaźnią spojrzałem na relikwie błogosławionej Urszuli Ledóchowskiej”.

Kto udzielił pomocy?

Wówczas do kaplicy przyszła, zaniepokojona dziwnymi odgłosami dochodzącymi z niej, siostra Maria Płonka, która pracowała w innej części domu. Zobaczyła Daniela – pokrwawionego i z poparzoną ręką. Chłopiec myślał, że to ona udzieliła mu pomocy. Siostra Maria zapytała go jednak, co mu się stało. „Zdziwiłem się, że pyta mnie o coś takiego, skoro sama mi pomogła. Zaraz jednak przyjechała karetka i zabrała mnie do szpitala” – opowiada Daniel Gajewski.

Tak to chłopiec znalazł się na Oddziale Chirurgii Dziecięcej Wojewódzkiego Szpitala w Dziekanowie Leśnym z objawami poparzenia trzeciego stopnia palca drugiego prawej ręki i drugiego stopnia palca trzeciego prawej ręki oraz z uszkodzonym ścięgnem zginacza palca drugiego prawej ręki, w wyniku porażenia prądem elektrycznym. Kiedy Daniel leżał w szpitalu, przyszła odwiedzić go siostra Maria. Wtedy urszulanka wyjaśniła mu, że to nie ona odłączyła go od prądu. „Gdy to usłyszałem, z całym przekonaniem powiedziałem: «No to uratowała mnie Matka Urszula Ledóchowska». Po chwili znowu to powtórzyłem. Nie znałem jednak wtedy Matki Urszuli tak jak dziś, właściwie nawet niewiele o niej wiedziałem” – wyznaje.

Autentyczny cud

Rzeczoznawcy, poproszeni o techniczną ocenę wydarzenia, potwierdzili nieprawidłowe połączenie przedłużaczy, stwarzające bezpośrednie zagrożenie życia przez porażenie prądem o napięciu 220 V. Orzekli również, że uratowanie się w takiej sytuacji – przy częściowej utracie przytomności – jest bardzo mało prawdopodobne bez pomocy osób trzecich.

Gdy okazało się, że żadna z sióstr obecnych wówczas w domu nie wiedziała o wypadku aż do znalezienia przez jedną z nich chłopca w kaplicy i nie mogły mu pomóc w oderwaniu się od źródła prądu, rodzina Daniela nabrała przekonania, że zawdzięcza on ocalenie cudownej interwencji bł. Urszuli Ledóchowskiej, której kult był wyjątkowo żywy w domu rodzinnym chłopca od chwili jego urodzenia. Po przeprowadzeniu procesu kościelnego na szczeblu diecezjalnym zeznania świadków oraz opinie biegłych zostały przedstawione Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, która po zasięgnięciu opinii własnych ekspertów orzekła autentyczność cudownej interwencji bł. Urszuli w uratowaniu życia Daniela Gajewskiego.

„Już w szpitalu wypowiedziałem słowa: «uratowała mnie Matka Urszula». Tak naprawdę dotarło to do mnie, kiedy z całą rodziną usiedliśmy i zaczęliśmy kojarzyć wszystkie fakty. Kiedy rozpoczął się proces i musiałem zeznawać, na początku nie bardzo mi się to podobało. Wydawało mi się, że to, co się stało, jest takie moje. Potem jednak zrozumiałem, że uratowanie mnie, cud, który się wydarzył, to dar dla całego Kościoła. Dlatego teraz często o tym opowiadam, daję świadectwo. Jednocześnie Matka Urszula jest mi naprawdę bardzo bliska i zawsze, kiedy tylko potrzebuję, proszę ją o ratunek. Kiedyś bardzo chciałem mieć swojego bliskiego patrona. Nie spodziewałem się, że otrzymam go w tak niesamowity sposób” – podkreśla Daniel.

Także Urszula Gajewska, mama Daniela, jest przekonana o szczególnej interwencji z nieba, która uratowała jej syna. Wspomina, że kiedy była w szóstym miesiącu ciąży, zachorowała na zapalenie opon mózgowych i była w bardzo ciężkim stanie. Zagrożone było także życie dziecka.

„Lekarze sugerowali nawet mojemu mężowi aborcję, ale on stanowczo odrzucił taką możliwość. Wtedy powiedziałam Bogu, że jeżeli uratuje moje dziecko, ja ureguluję moją sytuację życiową. Nie żyliśmy bowiem wtedy z mężem w związku sakramentalnym. Właściwie nie było przeszkód, aby wziąć ślub kościelny, ale jakoś nam na tym nie zależało. Bóg wtedy «złapał mnie za słowo». Daniel urodził się jako wcześniak, ale w tak dobrym stanie, że nie został nawet włożony do inkubatora. Tak więc spełniłam obietnicę. Wzięliśmy ślub kościelny, ochrzciliśmy Daniela. I w tym miejscu pomału w nasze życie zaczęła wkraczać Urszula Ledóchowska. Moja siostra mieszka w Poznaniu, a wszystko to działo się w czasie przygotowań do beatyfikacji Matki Urszuli. Wtedy moja siostra obiecała, że będzie się modlić za wstawiennictwem Urszuli Ledóchowskiej, by nasz wcześniak rozwijał się dobrze... Potem w naszym życiu zaczęło się wszystko zmieniać – przyszedł czas nawrócenia. Razem z mężem skończyliśmy teologię, ja zostałam katechetką. Często organizowaliśmy pielgrzymki do Częstochowy, a zawsze jadąc tam po drodze wstępowaliśmy do Pniew... W końcu przyszły wakacje 1996 roku. Za radą jednej z sióstr postanowiliśmy Daniela na jakiś czas zostawić u sióstr w Ożarowie, w miejscu gdzie kilka miesięcy wcześniej zmarła siostra Danuta, uzdrowiona za wstawiennictwem Matki Urszuli w 1946 roku. Przed wyjazdem poszliśmy do kaplicy pomodlić się o szczęśliwy pobyt syna na wakacjach. Tam – przed relikwiami Matki Urszuli – polecałam Daniela opiece Błogosławionej Urszulanki. I nie zawiodłam się. Kiedy życie syna było zagrożone, ona go uratowała. Za to jesteśmy jej wszyscy bardzo wdzięczni” – wyznaje kobieta.

3. Szczególne interwencje św. Ojca Pio

Święty Ojciec Pio swoimi niezwykłymi interwencjami zadziwia współczesny świat. W światowej literaturze medycznej nie opisano przypadku, żeby ktoś z ostrym zapaleniem opon mózgowych, u kogo przestaje pracować pięć organów, przeżył. Mateusz Collela był w bardzo ciężkim stanie – już dziewięć organów nie wypełniało swych funkcji. Jednak chłopiec wyzdrowiał, a jego przypadek zadziwił świat nauki.

Ośmioletni Mateusz Pio Colella zachorował 20 stycznia 2000 roku. Pierwsze symptomy choroby – bóle głowy i drgawki – pojawiły się, kiedy był w szkole. Ojciec, który jest lekarzem w Domu Ulgi w Cierpieniu w San Giovanni Rotondo, zabrał syna do domu. Chłopiec dostał wysokiej gorączki, nie rozpoznawał bliskich, na jego ciele pojawiły się plamy. Ojciec zawiózł go do szpitala. Stan dziecka gwałtownie się pogarszał. Mateusz trafił na oddział intensywnej terapii. „Mimo uporczywej reanimacji rano nie pracowało już dziewięć organów, w tym nerki, płuca, serce. Wykonano masaż serca. Ordynator powiedział: «Byłem pewny, że nasze zabiegi okażą się nieskuteczne. A jeśli nawet chłopiec przeżyje, będzie miał uszkodzony mózg. Spodziewałem się jednak śmierci»” – mówi dr med. Pietro Gerardo Violi, lekarz pracujący w Domu Ulgi w Cierpieniu w San Giovanni Rotondo, orzekający o prawdziwości cudów w procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym Ojca Pio.

Poprosił o czekoladę

Po kilku godzinach stał się cud. „Wydarzyło się coś dziwnego. Nagle organy chłopca zaczęły funkcjonować. Serce zaczęło bić, ciśnienie i wszystkie parametry życiowe wróciły do normy” – opowiada dr Violi. Zbadano mózg chłopca – wszystko było w porządku. 31 stycznia Mateusz zbudził się ze śpiączki. Poprosił o... czekoladę i PlayStation (grę telewizyjną). 26 lutego zdrowy chłopiec wyszedł ze szpitala. „Kiedy Mateusz był chory, modliłam się przy grobie Ojca Pio. I powiedziałam mu: «Ojcze, niech się stanie wola Boga, ale jestem przekonana, że jeżeli będziesz się modlił ze mną, to coś się wydarzy. Jeżeli Mateusz powróci do życia, ja oddam Ci moje życie” – wspomina Maria Lucia Ippolito, matka Mateusza, która od najmłodszych lat jest czcicielką kapucyna z Pietrelciny, a jako kilkuletnia dziewczynka uczestniczyła w odprawianych przez niego Mszach Świętych.

Łańcuch modlitwy

Tuż po przybyciu do szpitala Mateusz na moment odzyskał przytomność. Zawołał ojca, poprosił o wodę. „Tato, kiedy dorosnę, chcę być bogaty, żeby dać wszystko biednym” – powiedział. Po tych słowach stracił przytomność. „Wydawało mi się, że było to przesłanie. Wyszłam na zewnątrz, otworzyłam portfel. Szukałam różańca, aby zacząć się modlić. I wpadły mi w ręce dwa obrazki: Ojca Pio z koronką i obrazek z Jezusem Miłosiernym. Zrozumiałam wtedy, że jedyne, co mogę zrobić, to zwrócić się o wstawiennictwo do Ojca Pio i do Jezusa Miłosiernego” – opowiada kobieta.

Maria zaczęła odmawiać koronkę, którą modlił się Ojciec Pio, a także koronkę do Bożego Miłosierdzia. „Tej nocy byli ze mną mąż i brat, obydwaj lekarze. I obydwaj tak jak ja zdesperowani, może nawet bardziej, bo jako lekarze wiedzieli, że nic już nie można było zrobić. (...) Zmusiłam ich, żeby się ze mną modlili. Ale oni już nie mogli się modlić ze mną, bo nie wierzyli, że coś się może wydarzyć – opowiada matka chłopca. – Mąż powiedział mi: «Spróbuj zrozumieć, że to jest zbyt trudna sytuacja, że tu już naprawdę nie ma nic do zrobienia». Odpowiedziałam mu: «Jezus wskrzesił Łazarza. Jeżeli chce, może zrobić to samo z naszym Mateuszem. Musimy się modlić!». Rano zaczęli przybywać do naszego domu przyjaciele, rodzina. Mateusz wtedy właśnie przeżył zatrzymanie akcji serca. Nie powiedziano mi tego, ale zrozumiałam, że coś wielkiego się stało, bo widziałam jak zdesperowany, zrozpaczony był mój mąż”.

Zdesperowana