Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Przeżył niespełna czterdzieści dziewięć lat. Z tego dwa lata spędził w wojsku, kolejne trzy jako urzędnik, cenzor i referent w konsulacie, potem pięć jako jeniec w stalagu. W tym czasie prawie nie pisał. Według czarnej legendy przez resztę życia pił, miotał się i awanturował. Jednak dorobek, jaki zostawił, imponuje. Blisko tysiąc wierszy i poematów, kilka powieści, „Zielone Gęsi” i „Listy z fiołkiem”, Notatnik z Altengrabow, tłumaczenia. W tym przekład Ody do radości Schillera, dziś hymnu Unii Europejskiej.
Próbowano zamknąć go w klatce. Na zjeździe Związku Literatów Polskich w 1950 roku zażądano, żeby oczyścił swoje wiersze z burżuazyjnych pięknostek. Bo tylko poezja klarownych idei trafi do ludu. „Słuszniej byłoby, gdyby Gałczyński ukręcił łeb temu «rozwydrzonemu kanarkowi», który zagnieździł się w jego wierszach” – padło z trybuny. – Kanarkowi można łeb ukręcić, ale wtedy wszyscy zobaczą klatkę. Co zrobić z klatką, koledzy? – zapytał Gałczyński.
Pogrzeb miał skromny. Owszem, na Powązkach, ale w bocznej alejce. Trumnę, zamiast w Pałacu Prymasowskim, wystawiono w ceglanej budzie na końcu cmentarza. – Czego wy chcecie? – zapytał Stefan Kisielewski. – Przecież to był wielki poeta, więc go musieli chować po cichu, żeby nie drażnić małych.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 648
Redakcja: Agnieszka Dziewulska
Korekta oraz opracowanie indeksu: Monika Dziel
Projekt graficzny: Andrzej Barecki
Ilustracja na obwolucie: © Marek Szyszko
Autorzy i źródła zdjęć (numery stron dotyczą wydania papierowego):
Muzeum Literatury (s. 8, 34, 52, 60, 80, 92, 110, 124, 142, 160, 174, 208, 240, 260, 278, 286, 352, 362, 372, 392, 416, 432, 442, 468, 508)
Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego (s. 22)
Rysunek Jerzego Zaruby (s. 186)
Muzeum K.I. Gałczyńskiego w Praniu (s. 248)
Henryk Hermanowicz, Muzeum Literatury (s. 304, 320, 384, 402, 456, 528)
Rysunek Mariana Eilego, „Przekrój” 1950, nr 8 (s. 334)
Rysunek Daniela Mroza z pierwszego wydania Podróży Chryzostoma Bulwiecia do Ciemnogrodu (s. 488)
Benedykt Jerzy Dorys, Muzeum Literatury (s. 496)
Mariusz Urbanek (s. 540)
Wydawnictwo dołożyło wszelkich starań, aby ustalić autorstwo i skontaktować się z autorami wszystkich zdjęć zamieszczonych w książce. W odosobnionych przypadkach okazało się to niemożliwe. Dlatego właścicieli praw do zdjęć, z którymi nie zostały podpisane umowy, prosimy o pilny kontakt z sekretariatem wydawnictwa.
Copyright © by Mariusz Urbanek
Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2026
Wydanie elektroniczne 2026
ISBN: 978-83-244-1226-6 (EPUB), 978-83-244-1226-6 (MOBI)
Wydawnictwo Iskry
al. Wyzwolenia 18
00-570 Warszawa
tel. 22 827 94 15
www.iskry.com.pl
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Czerwiec 1950 roku. Zjazd Związku Literatów Polskich.
Na trybunę wchodzi krytyk. Żąda, żeby poeta Gałczyński oczyścił swoją poezję ze smaczków i pięknostek burżuazyjnej poezji okresu kapitalizmu, uwolnił ją od skłonności formalistycznych i tradycji zepsutego baroku. Żeby zamknął i zwinął swój zdemolowany kramik mieszczańskiego inteligenta z antycznymi bogami, pstrokacizną cudzoziemskich słówek, cygańskimi i antyfilisterskimi facecjami. Bo tylko poezja jasnych, klarownych idei może trafić do ludu.
Cytuje wiersz Włodzimierza Majakowskiego o portrecie Marksa wiszącym na ścianie i rozwydrzonym kanarku piszczącym pod sufitem.
„Słuszniej byłoby, gdyby Gałczyński ukręcił łeb temu «rozwydrzonemu kanarkowi», który zagnieździł się w jego wierszach” – mówi.
Poeta jest na sali. Siedzi wśród innych pisarzy i słucha przemówienia.
– Kanarkowi można łeb ukręcić, ale wtedy wszyscy zobaczą klatkę. Co zrobić z klatką, koledzy?[1]
Został zaatakowany, bo choć próbował wspierać klasę robotniczą, partię i komunizm, to rewolucyjny żar jego poezji nie był tak mocny jak tego oczekiwano. Ale tych, którzy chcieli zamknąć go w klatce, najlepiej takiej, do której tylko oni mieliby klucz, było więcej. Przed wojną, w jej trakcie i po 1945 roku. Bo Gałczyński chodził zawsze własnymi ścieżkami, nawet wtedy, gdy prowadziły go na manowce. Nie słuchał ludzi, którzy lepiej wiedzieli, jak należy pisać. A gdy słuchał, to nie tych, których powinien. Nie szanował autorytetów i nie poddawał się presji. I nawet jeśli godził się na zamknięcie w klatce, to tylko, kiedy sam chciał. I dobrze wtedy wiedział, że jest w klatce.
Próbował się wyrywać, ale to był czas, kiedy zapisywał kolejną kartę swojej czarnej legendy.
Przeżył niespełna czterdzieści dziewięć lat. Z tego dwa spędził w wojsku, kolejne trzy jako urzędnik, cenzor i referent w konsulacie, potem ponad pięć lat jako jeniec w stalagu. W tym czasie prawie nie pisał.
Według niechętnych, którzy zazdrościli mu talentu, przez resztę życia pił, miotał się i awanturował. Jednak dorobek, jaki zostawił, imponuje. Blisko tysiąc wierszy i poematów plus nieznana bliżej liczba utworów, które się nie zachowały. Kilka powieści, satyry, „Zielone Gęsi” i „Listy z fiołkiem”, Notatnik z Altengrabow, słuchowiska radiowe, tłumaczenia. W tym przekład Ody do radości Schillera, dziś hymnu Unii Europejskiej. W Polsce Oda śpiewana jest w tłumaczeniu Gałczyńskiego.
Tak, pił, miotał się i awanturował, ale ani tak bardzo, jak tego chcieli ci, którzy mu zazdrościli, ani tak długo, by przepić talent. Jest dziś chyba najczęściej komentowanym i interpretowanym polskim poetą XX wieku. Być może bezpieczniej byłoby napisać: jednym z najczęściej komentowanych i interpretowanych, w końcu wśród tych, z którymi się mierzy, byli nobliści. Ale nie było przez ostatnie dekady roku, w którym nie wyszłaby nowa książka Gałczyńskiego czy o Gałczyńskim. Wybory wierszy i poematów, których poza wyjątkami przecież nie przybywało, więc układane są według wciąż nowych kluczy, utwory satyryczne, felietony. Naukowe monografie poświęcone jego twórczości i jej recepcji. I jego życiu...
Kiedy umarł, żona liczyła na państwowy pogrzeb, trumnę wystawioną w paradnej sali Pałacu Prymasowskiego, pochówek w Alei Zasłużonych i kwartet smyczkowy Filharmonii Warszawskiej grający Arię na strunie G Bacha, jak wymarzył sobie poeta. Nic z tego. Pochówek był bardzo skromny. „Cywilny, zimny i niepogodny pogrzeb” – wspominał Jarosław Iwaszkiewicz[2].
Owszem, na Powązkach, ale w bocznej alejce. Trumnę z ciałem zamiast w pałacu wystawiono w ceglanej budzie na końcu cmentarza. „Tkwił jeszcze w czyśćcu i nie był wybielony z różnych politycznych zarzutów”, napisał jeden z przyjaciół.
„W tej kategorii pogrzebów muzyki nie przewidziano” – odpowiedziało Ministerstwo Kultury na pytanie, czy udałoby się zebrać zespół skrzypków, którzy zagraliby na pogrzebie Arię Bacha. Mimo to zabrzmiała. Zagrał ją syn dozorcy kamienicy, w której mieszkali Gałczyńscy, Józio Powoniak. Brał lekcje muzyki dzięki finansowej pomocy poety. Stanął w otwartych drzwiach ceglanej budy i zagrał tak przejmująco, „jakby to nie było pożegnanie nasze poety, lecz jak gdyby on pozdrawiał nas ostatni raz, już z daleka” – zapamiętał Jerzy Waldorff[3].
Minister kultury Włodzimierz Sokorski przyniósł Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, najniższej kategorii, żeby poecie nawet po śmierci nie zakręciło się w głowie. Położył krzyż na metalowej trumnie bez żadnych symboli religijnych. Jest coś okrutnego w dekorowaniu orderem zmarłego, który nie może się nim już ucieszyć, napisał Waldorff.
– Czego wy chcecie? – powiedział mu po pogrzebie Stefan Kisielewski. – Przecież to był wielki poeta, więc go musieli chować po cichu, żeby nie drażnić małych.
Ilekroć Konstanty mówił o ojcu, czuło się kpinę, gniew, urazę, ale wszystko to było w otoczce uśmiechu, podziwu, utajonej miłości – wspominał Aleksander Maliszewski. Kostek (z lewej) z ojcem, matką i bratem, Moskwa około 1915 roku
„W 1913 roku oddano mię do 1 klasy Szkoły Technicznej. Jasnem jest, że byłem w latach, kiedy o wyborze kierunku decyduje wola rodziców” – napisał z wyraźną pretensją w 1922 roku, składając podanie o przyjęcie na Uniwersytet Warszawski[4].
„Wola rodziców” była tak naprawdę wolą ojca, który uważał zawód kolejarza za najlepszy dla pierworodnego, a potem także dla drugiego syna, i wbrew matce wymusił na obu wybór szkoły o profilu zawodowym, a nie humanistycznym. Być może stąd wzięła się niechęć do ojca, o której pisali wszyscy, którzy znali poetę.
„Zaświadcza się, że Konstanty Ildefons Gałczyński urodził się przy ulicy Mazowieckiej (...) dnia 23 stycznia 1905 roku, z ojca Konstantego, z matki Wandy Cecylii z Łopuszyńskich” – zanotował urzędnik Stanu Cywilnego w parafii Świętego Krzyża w Warszawie[5].
Konstanty Gałczyński ojciec pracował w warsztatach kolejowych, ale po pracy grał na skrzypcach i śpiewał napisane i skomponowane przez siebie piosenki. Był przystojny, miał powodzenie u kobiet i lubił alkohol. „Neurastenik i fantasta, bystry w żarcie i niepanujący nad sobą w gniewie, łatwo i szybko poddający się skrajnym uczuciom przyjaźni i nienawiści” – taki portret Konstantego Gałczyńskiego ojca, malowany przez syna, zapamiętał Aleksander Maliszewski[6]. Ci, którzy poznali poetę bliżej, mogliby powiedzieć, że to tak naprawdę autoportret Konstantego Ildefonsa.
Wanda Łopuszyńska była jedną z trzech córek zamożnej właścicielki paru parcel przy ulicy Mazowieckiej w Warszawie, gdzie mieściło się kilka lepszych i gorszych warszawskich lokali, w tym Ziemiańska i U Wróbla. I to majątek teściowej zdecydował, że młodzi po ślubie mogli zamieszkać przy Mazowieckiej – tam urodził się Konstanty Ildefons, a jedenaście miesięcy później Mieczysław Zenon. Drugie imiona obaj otrzymali na cześć świętych patronujących datom ich narodzin. Dlatego Konstanty lubił podkreślać, że pierwsze imię ma cesarskie, drugie niebiańskie.
Rodzice poety raczej nie byli dobraną parą. On na zdjęciach ma sumiaste wąsy i lekkie szaleństwo w oczach, ona... nie wygląda na szczęśliwą. O ich małżeństwie naprawdę mógł decydować posag Wandy, więc kiedy pieniądze zaczęły topnieć, musieli wyprowadzić się z prestiżowej Mazowieckiej na znacznie mniej elegancką Towarową 54, w dodatku do kamienicy także należącej do teściowej.
Skończyło się również uczucie ojca poety, jeśli oczywiście kiedykolwiek sięgało dalej niż miłość do pieniędzy. Wyprowadził się z domu, kiedy synowie byli jeszcze w gimnazjum, ale uważał, że dalej może decydować o ich przyszłości. Przypominał sobie o tym zwykle wtedy, gdy był już bardzo pijany, wspominał Maliszewski: „stąd uroczystości odwiedzin bywały głośne i pozostawiały wstrząs nerwowy u matki i u syna”.
Maliszewski, Stanisław Maria Saliński i inni znajomi Gałczyńskiego bywali świadkami napadów histerii Wandy. Traciła przytomność, potem długo nie mogła dojść do siebie. Chyba kochała męża, ale jeszcze bardziej bała się o przyszłość syna. „Jeśli Konstanty będzie podobny do ojca, to ona się zabije”, tak powiedziała kiedyś Maliszewskiemu.
Nie wiedział, czy jest ani czy będzie podobny do ojca. Znajomi Konstantego z lat studiów i późniejszych znali „starego” tylko z opowieści syna. Bywał w tych przekazach zakrystianem w kościele, organistą, wędrownym golibrodą i zapalaczem lamp ulicznych. „Mógł być Chińczykiem, który, niezgrabnie łopocąc wielkimi skrzydłami, sfrunął właśnie z przewracającej się na rzece dżonki, ale mógł być też starszym helikonem u Jana Sebastiana Bacha”. To ostatnie Gałczyński zdradził w sekrecie koleżance z uczelni, której nie przeszkadzało, że ojciec poety musiałby mieć co najmniej dwieście lat. Chciała tylko wiedzieć, co to helikon.
Konstanty ojciec przeżywał najdziwniejsze przygody, zwykle pełne mrocznych tajemnic. „Ilekroć Konstanty mówił o ojcu, czuło się kpinę, gniew, urazę, ale wszystko to było w otoczce uśmiechu, podziwu, utajonej miłości” – wspominał Maliszewski.
Kiedyś jednak przyprowadził „ojca” do mieszkania rodziców przyjaciela. Krzepki staruszek z siwym wąsem rozprawiał o hodowli róż i robił bardzo dobre wrażenie. Dopiero po jakimś czasie okazało się, że Gałczyński spotkał mężczyznę na Placu Teatralnym w Warszawie, zaczęli rozmawiać, zaprosił go do rodziców Maliszewskiego, a na koniec pożyczył pieniądze na bilet do Płocka, bo okazało się, że staruszek nie miał.
Ale następnego dnia, idąc na uniwersytet, spotkał go w tym samym miejscu, tak samo bezradnego i próbującego pożyczyć pieniądze na bilet do domu. Być może był to ten sam rumiany starszy pan, którego spotkali kiedyś z Włodzimierzem Słobodnikiem na Lesznie.
– Co za cudowny staruszek. Wygląda jak Pinokio albo Pietrzynka. Gdybym pociągnął go za uszy, to z pewnością wysunąłby długi, długi różowy języczek – zachwycił się Konstanty[7].
Aleksander Wat wysnuł z tego wnioski idące bardzo daleko: „Nienawiść do ojca – żeby tu zabawić się we freudyzm, który nieraz przecież bywa przydatny – rzutowana ze znakiem ujemnym na Boga, szukała kompensaty zastępczej ojca: Stalin, Borejsza”[8]. W innym miejscu napisał: „U Gałczyńskiego nienawiść do ojca – źródło paranoi”[9].
Po wybuchu wielkiej wojny, później nazwanej pierwszą wojną światową, przeniesiono rodzinę Gałczyńskich z Warszawy do Kijowa, ale po miesiącu pozwolono im wrócić do Warszawy. W 1915 roku ewakuowano ich kolejny raz, tym razem do Moskwy.
W stolicy Rosji bracia zaczęli uczyć się w szkole założonej przez Władysława Giżyckiego przy Komitecie Narodowym Polskim. W Warszawie Konstanty zaliczył dwie klasy, ale mimo promocji do trzeciej, w Moskwie zaczął naukę znów w drugiej. „Ze względu na wyższy poziom nauk” – ujawnił w życiorysie kilka lat później.
Szkoła „była jedną z wielu wysepek polskości na wielkich obszarach carskiej Rosji” – napisał Jan Hoppe, w II Rzeczypospolitej działacz społeczny i polityk, wtedy zapewne Janek, a nawet Jasio.
Poznali się w Moskwie, mieli po dwanaście lat, więc był rok 1917 i obaj uczęszczali do „poważnej”, trzeciej klasy gimnazjum. W szkole na wygnaniu młodych Polaków uczyły sławy, zapamiętał Hoppe. Chemii – Wojciech Świętosławski, w II Rzeczypospolitej rektor Politechniki Warszawskiej, a w latach 1935–1939 minister oświecenia publicznego i wyznań religijnych. Elektrotechniki – Mieczysław Pożaryski, w II RP dziekan Wydziału Elektrycznego PW. Fizyki – Wiktor Biernacki, pionier polskiej radiologii, który zmarł w Moskwie w 1918 roku. Matematyki – Stanisław Leśniewski, wybitny logik, po wojnie profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Astronomii – Kazimierz Jantzen, po 1918 roku profesor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Rysunków – rzeźbiarz Brejer, a historii – Sokołowski, zwany przez uczniów Baronem.
Nie byli najlepszymi nauczycielami, zwłaszcza dla dorastających chłopców, wspominał Hoppe, może zresztą nie byli dobrymi nauczycielami w ogóle i nie radzili sobie z nastoletnimi temperamentami. Mimo to „nudni” i „starsi” (mieli wówczas po czterdzieści kilka lat) byli przez uczniów szanowani: „Byliśmy z nich dumni i chociaż wobec nas byli bezbronni i bezradni, nie wykorzystywaliśmy nadmiernie swej przewagi”[10].
Katechetą był sędziwy ksiądz Adamczyk. Fama głosiła, że bił się w 1863 roku w powstaniu styczniowym, więc uczniowie go uwielbiali. Także dlatego, że nie wymagał od nich wielkiego zaangażowania religijnego. Odpytywał tylko ze znajomości pacierza. I prawie co lekcję wzywał do odpowiedzi Gałczyńskiego. „Modlitwa w ustach Kostka dźwięczała wyjątkowo pięknie. Staruszek lubił go słuchać...” – wspominał Hoppe.
Konstanty, dla kolegów Kostek, wyróżniał się wśród uczniów. „Był nie z tej ziemi” – zapamiętał Hoppe. Zabawy, którym oddawali się inni uczniowie, nudziły go. Nie uczestniczył w szkolnych bijatykach, nie grywał z kolegami w piłkę, nie chodził na wycieczki, nie angażował się w harcerstwo, nawet narty niespecjalnie lubił. Rzadko też dawał się namówić na wyprawy nad rzekę, choć po latach wspominał je w liście z Moskwy do żony. Wolał książki. Kiedy oni pasjonowali się turniejami walk francuskich czy występami cyrku, on wolał czytać. A potem zaskakiwał ich cytatem z jakiegoś wiersza, cudzego albo swojego. Komu innemu by nie darowali, jemu wolno było różnić się od reszty. Hoppe: „Przez wszystkich lubiany, ale w gruncie rzeczy sam”. Koledzy mówili czasem, że spadł z księżyca.
Choć bywało, że wskakiwał na katedrę i zaczynał przedrzeźniać belfrów: „Czemużż to zrobiłeś, aniołłku – miły mój matołłku”. Potrzebował widowni, przed którą celebrował improwizowane żarty. I już wtedy zaczynał pisać.
Hoppe zapamiętał adresowany do siebie filozoficzny poemat, który powstał na lekcji rysunków. Profesor Brejer tylko Konstantemu pozwalał podczas zajęć oddalać się w świat własnej wyobraźni, pozostali uczniowie musieli karnie rysować martwe natury albo zwierzęta. Poemat składał się z dwunastu wypełnionych kaligraficznym pismem stron, a jego tematem był sens życia. Bo Kostek akurat przeżywał „wewnętrzny kryzys”, czytał Schopenhauera i rozprawiał o bezsensie życia, przemijaniu, a nawet o samobójstwie. Ale głusi na czar poezji koledzy nie podzielali jego kryzysu i zastosowali „kurację wstrząsową”. Hoppe: „Sprowadziliśmy go dość brutalnie na ziemię”.
Adresat poematu przechowywał go w domowej bibliotece przez całe międzywojnie. Poloniści i krytycy, którym pokazywał tekst, nie chcieli uwierzyć, że napisał to dwunastolatek. Rękopis spłonął wraz z resztą księgozbioru we wrześniu 1939 roku.
Hoppe zachował w pamięci tylko trzy pierwsze wersy utworu...
Ty mówisz, Janku, że poezji czary
Są to znikome i puste wyrazy,
Mówisz, poeta to człowiek bez wiary...
...oraz atmosferę egzystencjalnej beznadziei i potrzeby zostawienia śladu po sobie. Dlatego nie był pewien religijności szkolnego kolegi. Nawet jeśli Kostek wierzył, nie ujawniał tego. Stosunek do Boga skrywał za maską burzyciela wszelkich możliwych świętości i autorytetów.
Ugruntowana za to była miłość Konstantego do poezji rosyjskiej. Wiele poematów Puszkina i Lermontowa znał na pamięć i cytował przy różnych okazjach. Na widok zamyślonego kolegi mówił nagle: „Na bieriegu pustynnych wołn / Stojał on dum wielikich połn / i w dal gladieł” [Stał na brzegu fal pustyni i zadumany patrzył w dal]. Innym razem, słuchając wrzasku jednej z nauczycielek – w męskim gimnazjum nie było ich zapewne zbyt wiele i być może nie dawały sobie rady z męską klasą – wyszeptał: „To kak zwier ona zawojet” [A wtedy ona zawyje jak zwierz].
„Czy rzeczywiście już wówczas interesował się Sofoklesem czy Hamletem, czy to był tylko fason i trochę robiony styl, tego nie wiem” – napisał Hoppe. Na przykład kiedy zarzucił jednemu z kolegów, że w odróżnieniu od niego woli Hamleta od kotleta. A innemu, że tamten marzy „o chwale, forsie i pełnej kiesie”, gdy on, Konstanty, o Sofoklesie. Nie bardzo to pasowało do gimnazjalisty, no ale Kostek był inny niż cała reszta uczniów.
Wyśmiał nawet zakładane przez nich kółka samokształceniowe, choć pewnie tworzyli je – niejedyni przecież w szkołach zaboru rosyjskiego – z powodów bardzo patriotycznych. Panująca w nich atmosfera mogła przypominać nielegalne zebrania w Przedwiośniu Żeromskiego. Jesienią 1917 roku coraz więcej ludzi zaczynało wierzyć, że po ponad stu dwudziestu latach od trzeciego rozbioru Polska naprawdę może odzyskać niepodległość.
Hoppe był przekonany, że uczniowie moskiewskiego gimnazjum, w oddaleniu od Polski, w otoczeniu Rosjan i atmosferze tęsknoty za ojczyzną dojrzewali szybciej niż ich równolatkowie w kraju. Byli bardziej zaangażowani w problemy narodowe i polityczne. A ich dyskusje na zebraniach kółka samokształceniowego, referaty o Polsce, literaturze, o kształtowaniu młodych charakterów były poważniejsze niż wskazywałby na to ich wiek. Ale tym bardziej drażniły Konstantego.
– Po co się męczycie? Komu to potrzebne? – pytał. Uważał, że ich chęć zmieniania zastanego świata nie ma sensu. Nawet samowychowanie to jakaś bujda. Nie chciał się w to angażować.
„Kostka już wówczas zżerała jakaś pasja twórcza. Jakaś nieokreślona jeszcze wówczas namiętność, jakaś chęć zamanifestowania, że nie chce być tym robakiem, którego życie zadepcze. A ten mały artysta już czuł, że jego stać na coś poważnego” – napisał Hoppe.
Bardziej wciągnęły go zajęcia w kółku teatralnym prowadzone przez nauczycielkę biologii (wtedy mówiło się: botaniki) Kazimierę Grabowską i jej męża Kazimierza, też uczącego w moskiewskim gimnazjum. Chyba oni jako pierwsi wyczuli niezwykłość tkwiącą w nastolatku i zapraszali go do siebie. W pisanym po wojnie życiorysie – jednym z wielu, takie były czasy! – Konstanty ujawnił: „Pierwszy wiersz pod tytułem Sonet do miłości ułożyłem-napisałem w Moskwie w roku 1915, z tworzywa uczuć miłosnych. Pani od botaniki miała na imię Kazimiera. Wiersz pozostał w rękopisie”[11]. Nie jest znany.
Kilkanaście lat później Konstanty poświęcił publikowany w „Prosto z Mostu” wiersz Wilno. Ulica Niemiecka „mojej drogiej, niezapomnianej nauczycielce – Pani Kazimierze Grabowskiej”. Zadedykował jej też opowiadanie opublikowane w szkolnej jednodniówce „Dyscypuł” – „P. Grabowskiej poświęca, autor” – Historja jakich wiele[12]. Umieszczając wiersz Wilno w pięciotomowych Dziełach z 1979 roku, córka pominęła dedykację i nie wytłumaczyła, dlaczego[13]. Dedykacja wróciła na swoje miejsce dopiero w edycji dzieł wydawnictwa Prószyński i S-ka w 2014 roku.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości duża część moskiewskiej Polonii przeniosła się do Warszawy. Także Gałczyńscy, którzy znów zamieszkali w domu babki przy Towarowej 54. Tam Hoppe poznał młodszego o dwie klasy Mietka. „Ów brat żył w cieniu Kostka. Naśladował zawsze jego sposób mówienia i operował tym samym ironicznym uśmieszkiem” – zapamiętał. W 1921 roku brat Konstantego zachorował na szkarlatynę i zmarł.
Kilka lat później Konstanty napisał wiersz Śmierć braciszka.
Leżał w trumnie umarły na szkarlatynę
na gładziutkich sosnowych deskach.
Trumna w środku była pewnie niebieska,
bo miał niebieskie oczy.
Zastanawiająca jest kolejna zwrotka.
Ojciec szedł za pogrzebem w długim surducie
i dzień był strasznie długi;
matka nie krzyczała, tylko szeptała:
„O Boże, to już drugi!”.
Nic nie wiadomo, by Konstanty miał mieć starszego brata, zmarłego być może jeszcze przed jego narodzinami.
Do Warszawy przeniosło się także moskiewskie gimnazjum Komitetu Narodowego Polskiego i jego dyrektor Władysław Giżycki. W stolicy założył Gimnazjum Matematyczno-Przyrodnicze i Liceum Męskie z siedzibą na Mokotowie, w kilkunastohektarowym parku na terenie przyłączonej do Warszawy wsi Wierzbno. Szkoła chwaliła się, że ma pełne prawa gimnazjum państwowego, a dzięki położeniu na obrzeżach miasta dysponuje własnymi boiskami do piłki i tenisa, ślizgawką i torem saneczkowym. Wadą było jedynie to, że na Wierzbno nie dochodził tramwaj i trzeba było brnąć do szkoły latem w błocie, a zimą w śniegu. Tylko od czasu do czasu przejeżdżała w pobliżu lokomotywka wąskotorowej Kolei Grójeckiej, ciągnąc niewielkie wagoniki obwieszone ze wszystkich stron uczniami. „Kostek też nie gardził tym środkiem lokomocji” – wspominał Jan Hoppe.
Bo Kostek Gałczyński i Janek Hoppe kontynuowali naukę właśnie w gimnazjum Giżyckiego. W 1920 roku mieli już po piętnaście lat, niektórzy koledzy prawie szesnaście, i byli przekonani, że są niemal dorośli. Ale Kostek był dorosły inaczej: „Inaczej wszystko widział, inaczej odczuwał, inaczej oceniał”. Nie bał się nauczycieli, słuchał ich połajanek z drwiącym uśmiechem na ustach, potrafił nonsensownym dowcipem rozbroić najbardziej sztywną sytuację. Czy to znaczy, że był dorosły bardziej?
Rok 1920 był ważny w biografii Konstantego jeszcze z jednego powodu, choć jedynym śladem tego wydarzenia jest własnoręcznie pisany życiorys, w dodatku uszkodzony, który Konstanty złożył dwa lata później, prosząc o przyjęcie na Uniwersytet Warszawski.
„W sławetnym [roku] 1920 odbywałem służbę wojskową w szarży szeregowca-ochotnika [tu uszkodzony fragment strony] Wojsk Wart. [wartowniczych?] i 9 tap., kwaterującego pod Kielcami. 27 października rozkazem M.S. Wojsk. [Ministerstwa Spraw Wojskowych] zostałem zwolniony ze służby czynnej. Po powrocie z wojska nadal kształciłem się we wzmiankowanej szkole... [czyli gimnazjum Giżyckiego]”.
W 1920 roku miał zaledwie piętnaście lat, mogłoby się wydawać, że za mało na służbę wojskową. Ale czas był szczególny. Półtora roku wcześniej Polska, której przez 123 lata nie było na mapach świata, odzyskała niepodległość. Od ponad roku trwała wojna polsko-bolszewicka, Polsce groziła kolejna okupacja, kilkanaście i kilka miesięcy wcześniej w obronie Lwowa ginęli uczniowie gimnazjów i liceów, przechodząc do legendy jako Orlęta Lwowskie. Od wiosny trwała rosyjska kontrofensywa, rząd wezwał do tworzenia Armii Ochotniczej.
Do armii zgłaszali się harcerze i uczniowie szkół średnich, bywało, że do punktu poboru przychodziły prosto ze szkoły całe klasy. Szeregi Armii Ochotniczej zasiliło ponad sto tysięcy chętnych, oczywiście nie tylko uczniów. Do mundurów mieli przypięte biało-czerwone kokardy, takie same, jakie nosili powstańcy w roku 1863. To musiało działać na wyobraźnię młodych chłopców. Siedemnastolatków wcielano do oddziałów liniowych, młodsi – w większości, choć były wyjątki – trafiali do służb pomocniczych na tyłach. Wśród nich mógł być piętnastoletni Konstanty Ildefons. Niewiele więcej wiadomo o tym epizodzie, na pewno bardzo ważnym w życiu piętnastolatka. Dorosły Gałczyński o nim nie wspominał.
Koledzy w szkole oczywiście wiedzieli, że Konstanty pisze, bo w 1920 roku zaczął wydawać – jednoosobowo, choć we wstępniaku na pierwszej stronie pierwszego numeru użył poważniejszej formy „my” – pismo „Dyscypuł” (czyli w staropolszczyźnie „uczeń”). Z dumnym podtytułem „oficjalne pismo szkolne”.
Dwadzieścia stron pierwszego numeru z 16 maja 1920 roku wypełnił prawie sam[14]. Poczynając od wstępu Od Redakcji („Pismo szkolne powinno być łącznikiem duchowym między nami, winno stać się ogniskiem rzucającym promienie naszej myśli. Jednem słowem pragniemy, aby «Dyscypuł» stał się zwierciadłem nas samych”), przez wiersze (Trzeci maj, „Było to trzeciego maja/Wśród przecudnej polskiej wiosny –/A w Warszawie już od rana/Jakiś nastrój był radosny...”), fragmenty powieści awanturniczo-autentycznej Przygody Reda i Wyda i drugiej – Historja jakich wiele, artykuły naukowe (Ikarowe sny), po satyry i fraszki. Tylko dwa artykuł podpisane były inicjałami „JH”. Pewnie dlatego na ostatniej stronie redakcja wzywała „kolegów wszystkich płci, narodowości i wyznania” do nadsyłania utworów. W męskim gimnazjum odezwa do „kolegów wszystkich płci” musiała zabrzmieć prowokacyjnie.
Wiersze Gałczyńskiego zwróciły uwagę szkolnego polonisty, Leona Pomirowskiego. Młody nauczyciel potrafił zaciekawić uczniów, chcieli słuchać jego wykładów, zwłaszcza o poezji Słowackiego; nawet Kostek był pod ich wpływem. „Na wykładach literatury znikał jego sceptyczny uśmieszek, robił się skupiony, poważny i cichy” – zapamiętał Hoppe.
Kilkanaście lat później Pomirowski opublikował kilka książek o polskiej literaturze i krytyce. W wydanej w 1933 roku Nowej literaturze w nowej Polsce, opisując grupę literacką Kwadryga, poświęcił kilkanaście zdań byłemu uczniowi. „Najmniej może opanowany, najwięcej zapowiada” – stwierdził[15]. Szuka wciąż własnej drogi na... bezdrożach. Widać bogactwo wyobraźni i oryginalną osobowość, na pierwszy rzut oka jeszcze chaotyczną i trudną do okiełznania przez samego poetę („nie może z nią jeszcze dać sobie rady”), ale świadczącą o dużych możliwościach. Napisał na razie niewiele, ale już ujawnił „dynamikę metaforyczną” i tematyczną brawurę. Zmysł humoru i ostrość obserwacji wiodą go czasem jeszcze na literackie manowce, każą szarżować, dociskać pedał ekspresjonizmu, „ale pozwalają wierzyć, że po okresie burzliwego, przekornego dandyzmu zdobędzie się na czyny wyższej miary”.
Pomirowski nie ujawnił, że był nauczycielem Gałczyńskiego, ale opinia pisana na początku lat trzydziestych wcale nie musiała się bardzo różnić od tego, jak oceniał utalentowanego ucznia dziesięć lat wcześniej.
Inną rolę odegrał wobec Gałczyńskiego historyk Sokołowski, zapamiętał Hoppe. W Moskwie zawsze wytworny i elegancko ubrany, szczególnie gdy pod koniec roku wręczał uczniom nagrody za postępy w nauce i wygłaszał uroczyste przemówienia, w Warszawie całkowicie się zmienił. Najpierw zniknęły jego wytworność i szyk, potem także eleganckie garnitury. Tajemnicą poliszynela było, że Baron zaczął pić, a co gorsza, znajdował kompanów wśród uczniów. „Kostek był jedną z jego ofiar. Pan Baron otworzył przed Kostkiem uroki knajpy” – napisał Hoppe.
W 1922 roku Gałczyński ukończył gimnazjum i zdał egzamin maturalny z wynikami, oględnie mówiąc, przeciętnymi. Na szkolnych cenzurkach miał z większości przedmiotów oceny zaledwie dostateczne (zdarzały się poprawki, na przykład z francuskiego), dobre z polskiego, historii i... rysunków. Zajęty wojną, pisaniem wierszy, redagowaniem „Dyscypułu” i pierwszą wielką miłością do kuzynki Jadwisi nie miał raczej czasu na naukę.
Po maturze ojciec postanowił jeszcze raz wtrącić się w życie syna. Informacja, że Konstanty junior ma zamiar zapisać się na uniwersytet, studiować filozofię i języki obce, wydawała się ojcu absurdem i marnowaniem czasu, skoro ma już fach w ręku. Rozsierdzony zapowiedział, że na podobne „ekstrawaganckie zachcianki nie da jednego grosza, nie będzie utrzymywał nieroba, któremu w głowie tylko książki i skrzypce” – relacjonowała rodzinne opowieści Kira Gałczyńska[16]. Kontakty syna z ojcem stały się coraz rzadsze, choć Wanda chyba ciągle wierzyła, że coś jeszcze może się zmienić. Kiedy w 1927 roku Konstanty senior zmarł, junior raczej po nim nie płakał.
Okres studiów Konstantego to czas pisma „Smok”, potem Kwadrygi i... wojska. Dawni koledzy szkolni odsunęli się od siebie, Hoppego pochłonęły dziennikarstwo, a wkrótce polityka, Gałczyńskiego coraz bardziej poezja, Kresy i Ziemiańska. Kostek stawał się coraz bardziej Ildefonsem, napisał przyjaciel: „łączyły nas nadal serdeczne stosunki, ale wspólnych przeżyć coraz mniej”.
Zdarzało się tylko czasem, że w środku nocy albo nad ranem budziło go walenie do drzwi kamienicy na Złotej, gdzie mieszkał z rodzicami. A potem rozlegał się donośny głos:
– Tu Konstanty Ildefons Gałczyński. Czy Jasio śpi?
Było oczywiste, że nawet jeśli ktoś jeszcze spał, to właśnie przestał.
– Proszę mu powiedzieć, że zabrakło mi na zapłacenie taksówki.
„Nie było rady, trzeba było wykupywać pasażera” – wspominał Hoppe.
Aleksander Maliszewski zapytał kiedyś przyjaciela:
– Powiedz mi, Gała, czy jesteś choć trochę podobny do swego ojca?
Posmutniał.
– Chyba tak...
Po chwili dodał:
– Na pewno tak, bo widzisz, i on ma także, no... odloty i te rzeczy... A potem rachunki mu się nie zgadzają.
On miał wtedy niespełna piętnaście lat (brakowało miesiąca), ona była w podobnym wieku. Spotkali się może już w Boże Narodzenie, a może dopiero w ostatni dzień 1919 roku w Aleksandrowie Kujawskim koło Torunia. Gałczyńscy z Kostkiem i Mieciem przyjechali spędzić święta w majątku stryja chłopców, Lucjana Gałczyńskiego. Jadwisia, też zapewne z rodzicami, przyjechała z nieodległego Włocławka.
Ona była jego kuzynką ze strony matki. Dziś pewnie powiedziano by: dalszą kuzynką, wtedy to pokrewieństwo nie wydawało się tak odległe. W każdym razie nazwisko Jadwisi brzmiało tak samo jak panieńskie nazwisko matki Kostka – Łopuszyńska. Wanda Łopuszyńska była dla niej ciocią.
Po pierwszym spotkaniu w Aleksandrowie powstały wiersze, nieopublikowane za życia poety, o których istnieniu przez prawie osiemdziesiąt lat nikt nie wiedział. Córka znalazła jeden – tylko jeden! – w papierach ojca prawie pół wieku po jego śmierci. Dlatego nie ma go w Dziełach w pięciu tomach Gałczyńskiego z 1979 roku. Wtedy jeszcze za debiut poety (nie licząc wierszyków pisanych w szkole) uchodził Szturm opublikowany w 1923 roku w „Rzeczpospolitej”. Wiersz Do Alraune, datowany w Aleksandrowie 31 grudnia 1919 roku, ukazał się pierwszy raz w trzytomowych Dziełach Gałczyńskiego w 2002 roku, a później w pierwszym tomie wierszy zebranych Szarlatanów nikt nie kocha, w 2014 roku. Liczył tylko osiem wersów.
Dziś cały dzień chodziłem po mieście jak błędny i myślałem o Tobie. Opętałaś mi każdy nerw i nic dla mnie oprócz Ciebie nie istnieje, Warszawa 1922 rok
W miesięcznych płynach drgają wężowe twoje ręce,
Twój pusty śmiech jak metal w powietrza błękit dźwięczy,
Twe oczy, straszne oczy, zielone i dziecięce,
W zielone skry tryskają, w magiczne światło tęczy.
Powiadam ci, Alraune, że przyjdę dzisiaj w nocy
I nóż ci wbiję w gardło, aż krew czerwona tryśnie,
Alraune, strzeż się... Nagle... stłumiony krzyk: Pomocy!
I pożrę twoje usta – czerwone, słodkie wiśnie.
Wtedy nie było jeszcze wiadomo, kim jest Alraune. W przypisie do wiersza Kira Gałczyńska napisała tylko: „Jest jednym z najstarszych zachowanych utworów poety”[17]. Kilkanaście lat później okazało się, że wierszy dedykowanych Alraune jest więcej. Zachowały się w listach poety do dziewczyny, którą pokochał nastoletnią miłością. Nie były dotąd publikowane, nie wszystkie są datowane, choć utwór zatytułowany po prostu Alraune tak bardzo przypomina klimatem i metaforyką ten pierwszy, że być może są to fragmenty tego samego wiersza.
Lunatyczko obłędna, co w noce miesięczne
Po dachu jako cudne podążasz widziadło
nad głową świetliste z gwiazd tkane obręcze
z wiatrem kołyszesz lekko. Strzeż się, by nie spadło
Twe ciało w moje ręce, kiedy w północ wrzasnę
i sfrunie Twoje ciało prosto w me ramiona
Strzeż się, Czarnoksiężniczko, bo w oczach zielona
tajemnica zaklęta.
Jeśli mierzyć siłę uczucia Kostka do Jadwisi temperaturą wierszy, to stracił głowę i długo nie mógł jej odzyskać. Wiersz Na pamiątkę też powstał – a przynajmniej został zapisany – 31 grudnia 1919 roku. I też nie był dotąd publikowany, stąd trochę dłuższy cytat.
Szedłem do parku sam, smutny śmiertelnie
I przywitałem trzciny płowe kiście
Co mi głaskały rozpalone czoło
I zapytałem spadające liście,
Czyś tutaj była i czyś tu w około
Cudne pustkowie napełniała śmiechem,
Może staw jeszcze odpowie mi echem
Twojego śpiewu, lecz staw śpi... a może
Wiedzą o Tobie znikające zorze,
Albo szpieg księżyc zoczył cię wśród krzaków,
Gdyś tęsknym wzrokiem patrzała w oddale
(...)
A gdybyś przyszła, nie chciałbym być w niebie,
Na ziemi rajbym miał, bym skłonił głowę
Na Twoje włosy złociste i płowe,
W Twą cudną twarz bym patrzał, patrzałbym bez końca,
Czekając świtu i czekając słońca...
A wtenczas niech umrę, niech skonam przy Tobie...
W kolejnych wersach było wszystko. Wyznania miłości, tęsknota, wątpliwości, czy ona odwzajemni jego uczucie, zazdrość, wizja śmierci i grobu, na który ona będzie przychodzić, by położyć wianek... co jednak, gdyby wcale nie chciała zapłakać? Wiersz ten, pod innym tytułem – Pamiętasz wieczór – Gałczyński umieścił w pierwszym numerze „Dyscypułu”.
Kira Gałczyńska znała ten wiersz. W biografii ojca wydanej pierwszy raz w 1998 roku[18] skwitowała lekceważąco „jakieś niedoszłe nocne spotkania nad stawem w parku, «włosy złociste i płowe» i «staruszka wierzba» jęcząca przy drodze” zawarte w strofach wyprowadzonych w prostej linii od debiutanckich wierszy romantyków i młodego Asnyka. Zdecydowała, że nie są potrzebne nawet w dziełach zebranych ojca.
Po tamtej sylwestrowej nocy Kostek i Jadwisia rozstali się na wiele tygodni. Ona wróciła do swojego miasteczka, on do Warszawy. Zostały listy. Kopie kilku znajdują się w muzeum poety w leśniczówce Pranie.
Nazywał Jadwisię Alraune, czarodziejką, lunatyczką, księżycową księżniczką. Sam podpisywał się Frank Braun. Dla obojga kod był zapewne oczywisty, dla postronnych mniej. Czy mogło chodzić o kamuflaż? Raczej nie, za dużo w listach szczegółów, imion, miejsc, by chcieli się ukrywać. Dopiero wzmianka w jednym z listów: „Będę w «Rzeczpospolitej» drukował nowelę pod tytułem Przygoda doktora Brauna” naprowadziła Wojciecha Kassa na trop. Frank Braun i Alraune to bohaterowie głośnej na początku XX wieku, tłumaczonej także na język polski, trylogii niemieckiego autora horrorów Hannsa Heinza Ewersa. Pierwszy tom zatytułowany był właśnie Alraune, drugi – Uczeń czarnoksięski, trzeci – Wampir. Zachwycony Stanisław Przybyszewski uznał Alraune za arcydzieło i jedno z największych osiągnięć literatury początku XX wieku, nadające jej nowy kierunek; napisał też wstęp do polskiego wydania[19].
Frank Braun to student medycyny i początkujący wynalazca, który zakochuje się w pięknej i demonicznej Alraune; jej imię wywodzi się od mandragory, rośliny, której w różnych kulturach przypisywane są własności magiczne. Dziewczyna, zrodzona w wyniku sztucznego zapłodnienia prostytutki nasieniem mordercy, to wcielenie femme fatale. Czaruje i uwodzi mężczyzn, by mścić się za swój los.
Polski przekład książki Ewersa ukazał się w roku 1917. Imię Alraune pojawia się już w pierwszych wierszach Gałczyńskiego powstałych w grudniu 1919 roku. Konstanty, pielęgnujący zapewne marzenia o pisaniu, musiał znać głośną powieść. Czy znała Jadwisia? Raczej tylko z opowieści Gałczyńskiego. Napisał ukochanej, że chciał jej poświęcić nowelę w „Rzeczpospolitej”, ale nie może tego zrobić: „Makuszyński powiedział mi kiedyś, że szanujący się poeta nie powinien nic poświęcać i dedykację skreśliłby mi na pewno”[20]. Później tej zasady nie przestrzegał.
Niewiele wiadomo o tym, jak często się spotykali, kiedy, jak te spotkania wyglądały, czy musieli ukrywać swoje uczucia, czy mieli jakichś sojuszników. Obserwowanie nastoletniej miłości mogło dorosłych bawić, zawsze bawi, ale Kostek i Jadwisia powoli stawali się mężczyzną i kobietą. Nie wiadomo, czy wszyscy byli zadowoleni.
Widywali się we Włocławku, to pewne, poeta opisał w listach miejsca potajemnych spotkań.
Drewniany most, dziś nieistniejący, nieopodal katedry we Włocławku, przypominał Gałczyńskiemu Ponte dei Sospiri (Most Westchnień) w Wenecji. „Pamiętasz? «Na deskach mostu Twe stopy rytmicznie mi się roztańczą»” – cytował w liście własny wiersz Pójdziemy, napisany po którymś ze spotkań[21]. W wierszu wspominał czerwone usta dziewczyny, które całował na moście. I jej śmiech: „Śmiechem powietrze napełnisz jako najsłodszą muzyką”.
Katedrze we Włocławku, która tyle razy była świadkiem ich spotkań i uczucia, poświęcił wiersz Katedra włocławska (Tum).
O, strzelaj stary Tumie wieżycami Twemi
W sine niebo jak ongi, znów przez długie lata
Niechaj z dymem kadzideł kapłańskich ulata
Przez Twe wieże w krainy górnego Syonu
Hymn dziękczynny do Stwórcy – Niech do Jego tronu
Płyną korne modlitwy od tej biednej rzeszy
Co od wieków modlić się do Twych progów spieszy...
Mniej więcej w tym samym czasie powstał inny wiersz – Tum, znany i wielokrotnie publikowany. Jest dużo krótszy, nie pada w nim nazwa Włocławek, ale bez wątpienia opisuje tę samą katedrę, co wiersz z listu do Jadwigi.
Spotykali się też w Przywieczerzynku, wiosce w połowie drogi między Aleksandrowem a Włocławkiem, a potem przychodził nieuchronny moment rozstania: „Słyszysz? To gwiazdy płaczą świetlistymi łzami / Jak cicho – noc jak twoje włosy pachnie... / nie płacz... daj dłoń... twój szloch na piersi łka mi... uśnij (...) / Pójdziemy jak dzieci słoneczni i święci / Przez ziemie w nieskończone przestrzenie zaświatów... / Nie odchodź... Nie mogę oddychać... dusi... zostań. Jutro jadę”.
Nie wszystkie zachowane listy mają daty. Treść pozwala zidentyfikować miejsca, w których Konstanty i Jadwisia się spotykali, ale nie zawsze dzień, miesiąc, nawet nie rok. On tymczasem skończył gimnazjum i rozpoczął studia. A Jadwisia? Mogła nie wyjść poza szkołę powszechną. Tłumaczył: „Mówiła Tolcia o jakimś wykształceniu. To jest doprawdy śmieszne. Ja Cię właśnie za to kocham, za Twoją cudowną dziewczęcą prostotę. I dlatego jesteśmy dla siebie stworzeni. Życiem rządzi prawo kontrastu. Powiadam Ci Jadwisiu: uspokój się”[22]. Zwracał się do niej: „Dziewczynko haftująca ornaty”. Tyle.
To mogło być jednak problemem, zwłaszcza jeśli ktoś chciał ich zniechęcić do siebie. Ona mogła słyszeć, że „zawraca mu głowę” i odciąga od nauki, on, że niepotrzebnie traci czas na dziewczynę, która przecież nie jest dla niego.
„Powiedz wszystkim, że ty nie tylko mi nie przeszkadzasz w nauce, ale przeciwnie, wywierasz dobroczynny wpływ. Uczę się jak dawno się nie uczyłem. Nie ma dla mnie żadnej trudności i przeszkody, wszystko pokonywam dla Ciebie. Naprawdę, że śmiesznym staje się traktowanie tej sprawy przez Twych najbliższych. (...) Powiedz wszystkim, że nie jestem szaleńcem, ale pilnie uczącym się studentem warszawskiego uniwersytetu, który jest dlatego pilny, że ma dla kogo być pilnym” – pisał w liście bez daty.
Kiedy indziej skarżył się, że już od dwóch – trzech dni nie ma wieści od ukochanej. Tęsknota nie daje mu spokoju: „Kiedy sobie pomyślę, że już za dwa tygodnie się zobaczymy, jestem tak szczęśliwy, że śpiewałbym nawet na wykładach w uniwersytecie”[23]. Ale czeka na list każdego dnia, choć przecież ona jest tak bardzo blisko. Na całe życie w jego sercu.
Choć ważniejszą przeszkodą niż nauka mogły być ich więzy krwi. Matki obojga były siostrami (może jednak tylko siostrami ciotecznymi?), więc wątpliwe, by ktokolwiek mógł poważnie myśleć o małżeństwie tak blisko spokrewnionych osób. Oczywiście oprócz zakochanych młodych ludzi.
„Dziś cały dzień chodziłem po mieście jak błędny i myślałem o Tobie. Opętałaś mi każdy nerw i nic dla mnie oprócz Ciebie nie istnieje. (...) Nie widzę naokół siebie nic oprócz Twojej twarzy i wciąż mi się wydaje, że to jest ten wieczór, kiedy oparta na mem ramieniu – sennie przymykałaś oczy, abym mógł je całować przeciągle. «Wiesz? Powiem ci coś, ale bardzo śmieszne, chciałabym, abyś został moim mężem». Wciąż powtarzam sobie to zdanie i w nocy śni mi się ono i upaja jak muzyka” – pisał Gałczyński w kolejnym niedatowanym liście[24].
Być może były to tylko słowa („bardzo śmieszne”), których ona nie traktowała poważnie, ale on już tak. Dziewczyna, nie całkiem zapewne chcąc i nie całkiem świadomie, pobudziła wyobraźnię egzaltowanego chłopaka. W listach zaczynają pojawiać się pytania o zaręczyny. Obok powtarzających się próśb o listy: wyszarpywane z serca, długie na trzydzieści pięć stron, dokładnie takie, jakie on pisze do ukochanej. Bo inaczej się obrazi, strasznie obrazi! „Proszę bardzo o napisanie mi, czy zaręczyny mogłyby się odbyć w Zielone Świątki”[25].
Brzmi to jak pytanie o coś dawno ustalonego i niebudzącego wątpliwości, więc trzeba już tylko wybrać datę, ale być może tak było jedynie w przekonaniu poety: „Jadwisiu, powiadam Ci jako Twój przyszły mąż, którego zapewne troszeczkę kochasz: uspokój się i czekaj na mój nie tak daleki przyjazd”[26]. Bo wątpliwości mają najwyraźniej nie tylko obie matki i starsza siostra Jadwisi – Tola – lecz także przyszła narzeczona. Ale on wierzy, że przekona świat i uspokaja ukochaną, że niepotrzebnie widzi wszystko w czarnych barwach.
Chyba jednak próbował zaklinać rzeczywistość, kiedy przekonywał Jadwisię: „Stosunek cioci do Ciebie [cioci, czyli matki Konstantego – M.U.] ulega zasadniczej zmianie. Ciocia widzi, że się uczę i pracuję, i wie pod czyim wpływem. Gdy chce, żebym ustąpił i zrobił tak jak ona sobie życzy, powiada: «wyobraź sobie, że to prosiła Cię Jadzia» i ja wtedy robię to bez wahania. Czarodziejką jesteś, Jadwisiu”[27].
W innym liście uspokaja ukochaną:
„Jeżeli chodzi o przyjęcie, jakiego doznałem w Warszawie, to przypuszczenia Twoje były mylne. Przyjęto mnie zupełnie dobrze, bez awantur i wiem, że moje stosunki rodzinne będą z każdym dniem coraz lepsze. Stosunek mojej matki do Ciebie zaczyna się zmieniać, jestem przekonany, że wyśle ona niezadługo list, który Cię bardzo ucieszy”[28] – pisze, ale zapewnienia o zmianie nastawienia matki nie brzmią wiarygodnie. Zwłaszcza kiedy w innym liście Konstanty pisze, że listu matki jednak nie będzie. Ale poza tym wszystko zmierza w dobrym kierunku, czyli ku rychłym zaręczynom.
Tylko ona musi porozmawiać ze swoimi rodzicami oraz Tolcią – „obszernie”, zaznacza – i dowiedzieć się, jaki mają stosunek do ich związku. A potem napisać mu o tym. On ze swej strony zrobi to samo, porozmawia z matką – Ciocią Jadwisi. „No co, podoba Ci się to, Alraunko? Będziesz miała na paluszku pierścionek, już prawie będziesz moją kochaną żoną” – pisał 18 maja 1924 roku, co oznacza, że związek trwał już piąty rok[29]. Zapewnia, że lata oczekiwania zlecą szybciej, niż się Jadwisi wydaje. Oczekiwania na co? Być może rodzina wymogła na nim obietnicę, że najpierw skończy studia? W listach nie ma o tym ani słowa.
Dwa dni później pisał: „Rozumiem jak ucieszy Cię list od Cioci. Przekonywasz [sic!] się, że Ciocia nie jest wcale do Ciebie uprzedzona – przeciwnie, kocha Cię jak córkę. Ciocia zgadza się na zaręczyny w Zielone Świątki – mówi tylko, że muszę w tej sprawie porozmawiać z ojcem”[30].
W znanych listach nie ma informacji, czy rozmawiali. Tym bardziej, o czym. Można się domyślać, że ojciec miał być w oczach matki ostatnią instancją, która wybije synowi z głowy małżeństwo z kuzynką. Argumentów, jakich mógł użyć Konstanty senior, nie brakowało. Kodeks kanoniczny Kościoła katolickiego nie zezwalał na małżeństwo tak bliskich krewnych. Chyba że otrzymaliby dyspensę biskupa. W listach nie było o tym mowy.
Zielone Świątki w 1924 roku, czyli dzień planowanych – chyba jednak przede wszystkim przez Konstantego – zaręczyn, przypadały 8 czerwca. Kostek raczej nie przyjechał tego dnia do Włocławka. Nie zachował się żaden list, który by to potwierdzał. O zaręczynach, które prawdopodobnie się nie wydarzyły, też ani słowa.
Dlatego nie ma pewności, czy uczucie Jadwisi było równie mocne co Konstantego. Kopie listów Gałczyńskiego przetrwały ponad sto lat i ich prawdziwość nie budzi wątpliwości – kochał tak, jak tylko poeta potrafi kochać. Jadwiga odpisywała, ale skąpo – może wstydziła się, że nie potrafi pisać jak on? Nie wiadomo, czy była w tych listach Alraune, boginią z wyobrażeń zakochanego Kostka, czy Jadwisią, nastolatką, zapewne zauroczoną kuzynem poetą, na pewno zadowoloną z kolejnych składanych na piśmie dowodów miłości, ale chyba coraz bardziej zmęczoną tym uczuciem.
To on walczył z oporem rodziny, parł do zaręczyn i ślubu, to on domagał się od Jadwisi – skoro Alraune nie odpisywała – obszernych listów, które jednak nadchodziły coraz krótsze i coraz rzadziej, w końcu przestały przychodzić w ogóle. Wreszcie dziewczyna napisała chyba, że to koniec, nic ich nie łączy, a na pewno nie miłość.
Ostatni znany list do Jadwisi Gałczyński napisał 30 września 1924 roku:
„Nie wiem doprawdy, co myśleć o Tobie, Jadziu, gdzie jest kłamstwo w tem, co mówisz lub piszesz, a gdzie prawda; nie wiem, co znaczą wszystkie Twoje listy podpisywane «Twoja do grobu Jadwisia» w zestawieniu z karteczką o treści «Między nami już nie ma nic»”[31].
Wyrzucał ukochanej, że jej miłość jest małoduszna, albo nie jest miłością wcale. Bo co znaczyły zapewnienia, że może być spokojny, bo ona jest i będzie mu wierna, a gdy przyjechała do niej jego matka, nie potrafiła dotrzymać słowa: „Powiedz mi szczerze, czyż można ufać takiej miłości, która przy lada niepomyślnym wietrzyku wypiera się wszystkiego?”.
To po tym spotkaniu Jadwisia napisała do Konstantego karteczkę, że nic już między nimi nie ma. I że „trzeba być mężczyzną”. W odpowiedzi wypomniał jej, że on nigdy nie zaparł się ich uczucia, stawiał otwarcie sprawę małżeństwa, najpierw przed swoimi rodzicami, a potem także jej bliskimi. A ona uciekła – przed jego matką, przed odpowiedzialnością? – a potem jeszcze powiedziała Stefanowi, mężowi Toli, że Kostek nic jej nie obchodzi. Jak więc ma rozumieć, pytał, zakończenie jej ostatniego listu: „Twoja zawsze ta sama...”?
„Zastanów się sama dobrze, czyż można Tobie wierzyć” – zakończył: „Prosiłbym cię o napisanie mi obszernego wyjaśnienia”[32].
Z jakiegoś powodu prosi, żeby odpowiedź wysłała na adres pana Eugeniusza Czarnowskiego przy ulicy Sosnowej 13 w Warszawie, z dopiskiem: dla Kostka. Nie wiadomo, dlaczego i czy obawiał się, że list przeczyta ktoś niepowołany. Matka? Tola? Nie wiadomo też, czy Jadwisia kolejny list wysłała.
Nie ma nawet pewności, czy kiedykolwiek jeszcze się spotkali. Jadwiga wyszła za mąż, wyjechała do Stanów Zjednoczonych i zamieszkała w Baltimore, Konstanty dwa lata później poślubił Natalię.
Pamiętał jednak o Alraune. Latem 1946 roku, pisząc do Toli, w liście podaje informacje o żonie (piękna jak zwykle), córce (jeździ konno), nawet o tym, że „Przekrój” zakłada kabaret „Zielona Gęś” – na koniec dodał: „a nie nazywaj Włocławka zapomnianym: toć to miasto mojej szalonej miłości do Jadzi”[33].
Pozostały pamięć i... chyba poczucie, że został okłamany. W 1949 roku Teatrzyk „Zielona Gęś” przedstawił Cztery piosenki o przedmiotach codziennego użytku, wśród nich Durszlak, z radą, co zrobić:
Gdy wieczora pewnego
stwierdzisz, drogi kolego,
że cyniczna była miłość Jadwisi...
Otóż należy pójść do kuchni, zdjąć ze ściany wiszący tam emaliowany durszlak i starannie – „mój miły” – przecedzać łzy, którymi opłakuje się utraconą miłość, bo nie każda jest prawdziwa, a niektóre wręcz kłamią, więc nie warto płakać.
Więc przecedzaj, mój miły, dokładnie
i diamenty odnajdziesz na dnie,
a woda przez dziurki durszlaka
rurami odpłynie w dal.
W tym samym czasie napisał jeszcze wiersz Gdybym miał jedenaście kapeluszy, bo jedna krakowska poetka powiedziała, że głowę ma posągową, nie do kapeluszy. Więc nawet gdyby miał ich jedenaście, to i tak by kapeluszy nie nosił. Jeden trzymałby w szafie, drugi wysłałby gdzieś pocztą, w trzecim przechowywałby drobiażdżki, a w dziewiątym jeża. Czwarty służyłby do magicznych sztuczek, piąty do przykrywania sera, ósmy zaś zmieniłby w nastrojowy abażur. Jedenasty porwałby mu wiatr nad Wisłą, a co do dziesiątego – to nie ma jeszcze pomysłu.
Szósty kapelusz – dla Jadwisi.
Siódmy bym powiesił. Niech wisi.
Natalia Gałczyńska poznała młodzieńczą miłość męża sześć lat po jego śmierci. Jadwiga przyjechała do Polski, spotkały się. Na tomie wierszy Natalia napisała: „Pani Jadzi, z serdecznym pocałunkiem na wieczną pamiątkę o Konstantym”[34].
Listy do Alraune znane są wyłącznie dzięki skanom przechowywanym w Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Praniu. Przysłała je w czerwcu 2016 roku krewna Jadwigi (wnuczka jej siostry, Józefy) Krystyna Bojanowska, proponując dyrektorowi muzeum Wojciechowi Kassowi zakup oryginałów. „W domu był pewien kult Poety jako członka rodziny, wszak dalekiej, ale zawsze. Stąd moje zainteresowanie Jego twórczością i uczenie się Jego wierszy na pamięć (nie wchodziły do lektur obowiązkowych, więc bez przymusu szkolnego)” – napisała[35]. Przez lata listy były traktowane jako rodzinna pamiątka i przekazywane z pokolenia na pokolenie, w końcu nadszedł czas, by pokazać je światu.
Listy były w Stanach Zjednoczonych, dokąd w stanie wojennym wyjechała z mężem wnuczka Józefy. Nie wszystkie przetrwały, ale nie wiadomo, ile ich było. „Z jakiegoś powodu – czy to zbyt bliskiego pokrewieństwa, czy zazdrości przyszłego męża – bardzo wiele zdjęć i listów uległo celowemu zniszczeniu” – pisała Bojanowska[36].
Cena i szczegóły transakcji zostały korespondencyjnie uzgodnione, choć początkowo zaproponowana przez muzeum kwota – na podstawie cen, jakie uzyskiwały na aukcjach listy polskich dwudziestowiecznych pisarzy – wzbudziła wątpliwości. Listy miały zostać wysłane z USA do rodziny Jadwigi w Gdańsku, a stamtąd dostarczone do Prania. Jakiś czas potem do dyrektora Kassa zadzwonił z Gdańska kuzyn oferentki, informując, że nadana w Ameryce przesyłka z listami zaginęła.
Potwierdził to potem w mailu. Napisał, że zgłosił zaginięcie przesyłki na policję i szuka jej śladów za pośrednictwem Poczty Polskiej. Na razie jednak bezskutecznie, bo sprawa jest niestety mocno skomplikowana: dokumenty zostały nadane zwykłym listem. „Jednak rąk nie składamy. Mamy nadzieję, że korespondencja Gałczyńskiego nie została bezpowrotnie stracona (co byłoby najgorszym scenariuszem), a prędzej czy później pojawi się jednak w przestrzeni publicznej” – napisał[37].
[...]
