Frankenstein - Mary Shelley - ebook + audiobook + książka

Frankenstein audiobook

Mary Shelley

4,0

Opis

Kto tak naprawdę jest potworem – twórca czy jego dzieło?

 

Victor Frankenstein, młody naukowiec opętany obsesją pokonania śmierci, tworzy istotę z fragmentów ludzkich ciał. Marzy o ideale, lecz gdy eksperyment się udaje, przerażony porzuca własne dzieło – uchylając się od odpowiedzialności za życie, które powołał do istnienia. Odtrącona i osamotniona istota uczy się świata na własną rękę, lecz szybko poznaje, czym jest odrzucenie, strach i nienawiść. Odpowiedzią na cierpienie staje się gniew.

 

Frankenstein Mary Shelley to ponadczasowa opowieść o granicach nauki, ludzkiej pysze i cenie, jaką niesie za sobą pragnienie poznania. Klasyka literatury grozy, która dziś brzmi równie mocno jak dwieście lat temu.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 16 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Wojciech Masiak

Oceny
4,0 (40 ocen)
20
6
10
3
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
WuJi18

Z braku laku…

Niezbyt podoba mi się forma książki lecz przynajmniej mam już ją za sobą.
00
Malarz2007

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra opowieść 👍 klasyka 👍
00
yumiinoona

Z braku laku…

Oryginał nie porwał, wolę różnego rodzaju adaptacje tej historii.
00
Mirinda08

Dobrze spędzony czas

Piękna klasyka nie tracąca myszką o samotności o odrzuceniu, polecam.
00
monika910302

Nie oderwiesz się od lektury

Ponadczasowa
00



Tytuł oryginału: Frankenstein

All rights reserved

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Wydawczyni: Monika Długa

Redakcja: Agnieszka Luberadzka

Korekta: Olga Smolec-Kmoch

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

PR i marketing: Jagoda Świegot

Projekt okładki: Florian Rychlik

Zdjęcie na okładce: © Musée des Beaux-Arts de Rouen

ISBN: 978-83-8402-995-4

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

LIST 1

Do pani Saville, Anglia

Petersburg, 11 grudnia 17-.

Ucieszy Cię wiadomość, że żadne nieszczęście nie towarzyszyło rozpoczęciu przedsięwzięcia, które darzyłaś tak ponurymi przewidywaniami. Przybyłem tutaj wczoraj, a moim pierwszym zadaniem jest zapewnić drogą siostrę o dobrym zdrowiu i rosnącej pewności co do powodzenia mojej wyprawy.

Jestem już daleko na północ od Londynu, a spacerując ulicami Petersburga, czuję na twarzy chłodny północny wiatr, który wzmacnia nerwy i napełnia mnie radością. Rozumiesz to uczucie? Ten wiatr, który przywędrował z krain, ku którym podążam, daje mi przedsmak tamtejszych lodowych przestrzeni. Zainspirowany tym obiecującym powiewem, oddaję się coraz gorętszym i żywszym marzeniom. Na próżno próbuję przekonać samego siebie, że biegun to jedynie region mrozu i pustki, bo w mojej wyobraźni jawi się on jako kraina piękna i rozkoszy. Tam, Margaret, słońce jest wiecznie widoczne, jego szeroka tarcza ledwie muska horyzont, rozlewając nieustanny blask. Tam – bo, jeśli mi pozwolisz, siostro, zaufam poprzednim żeglarzom – śnieg i mróz zostają wygnane, a płynąc po spokojnym morzu, możemy dotrzeć do lądu, który pod względem cudów i piękna przewyższa wszystkie odkryte dotąd obszary zamieszkałego świata. Jego skarby i osobliwości mogą być bezprecedensowe, tak jak bez wątpienia są zjawiska ciał niebieskich w tych niepoznanych samotniach. Czegóż nie można oczekiwać po krainie wiecznego światła? Być może odkryję tam tajemniczą siłę, która przyciąga igłę magnetyczną, i będę mógł ustalić tysiące zależności astronomicznych, które tylko ta podróż może raz na zawsze uczynić spójnymi. Zaspokoję swoją żarliwą ciekawość, ujrzawszy zakątek świata, do którego nikt dotąd nie dotarł, i będę mógł stanąć na ziemi, której nie dotknęła dotąd żadna ludzka stopa. To są moje pokusy, a ich siła jest wystarczająca, by pokonać wszelki strach przed niebezpieczeństwem czy śmiercią oraz by skłonić mnie do podjęcia tej trudnej podróży z radością dziecka, które wsiada do małej łódki z towarzyszami zabaw, wyruszając w odkrywczą wyprawę w górę swojej rodzimej rzeki. Lecz nawet jeśli wszystkie te przypuszczenia okażą się fałszywe, nie możesz zaprzeczyć nieocenionym korzyściom, jakie przyniosę całej ludzkości aż po jej ostatnie pokolenia, odkrywając przejście w pobliżu bieguna, które skróci czas podróży do odległych krajów, do których dotarcie dziś zajmuje tak wiele miesięcy, lub rozwikłując tajemnicę magnetyzmu – co, jeśli w ogóle możliwe, może zostać osiągnięte jedynie przez wyprawę taką jak moja.

Te rozważania rozwiały niepokój, z jakim rozpoczynałem ten list, a moje serce płonie teraz entuzjazmem, który unosi mnie do nieba, gdyż nic tak nie uspokaja umysłu jak niezmienny cel – punkt, na którym dusza może skupić swój intelektualny wzrok. Wyprawa ta była ulubionym marzeniem moich młodzieńczych lat. Z zapałem czytałem relacje z licznych podróży podejmowanych w nadziei dotarcia do Oceanu Północno-Pacyficznego poprzez morza otaczające biegun. Pamiętasz zapewne, że historie wszystkich wypraw odkrywczych stanowiły niemal całą bibliotekę naszego wuja Thomasa. Moje wykształcenie było zaniedbane, lecz pasjami oddawałem się lekturze. Księgi te stanowiły przedmiot moich studiów dniem i nocą, a ich znajomość jedynie potęgowała żal, jaki odczułem w dzieciństwie, gdy dowiedziałem się, że ostatnia wola mojego ojca zabroniła wujowi pozwolić mi na życie marynarza.

Wizje te przygasły, gdy po raz pierwszy zetknąłem się z poetami, których natchnione wersy porwały moją duszę i wzniosły ją ku niebiosom. Sam również stałem się poetą i przez rok żyłem w raju własnej wyobraźni, wierzyłem, że może i moje imię znajdzie się w świątyni, gdzie uświęcone zostały imiona Homera i Szekspira. Wiesz dobrze, jak bardzo mi się to nie udało i jak ciężko znosiłem to rozczarowanie. Właśnie wtedy odziedziczyłem fortunę po moim kuzynie i moje myśli powróciły na dawne tory.

Minęło sześć lat, odkąd podjąłem decyzję o tej wyprawie. Nawet teraz pamiętam godzinę, w której oddałem się temu wielkiemu przedsięwzięciu. Zacząłem od przyzwyczajania ciała do trudów. Towarzyszyłem łowcom wielorybów w kilku wyprawach na Morze Północne, dobrowolnie znosiłem zimno, głód, pragnienie i brak snu, nieraz pracowałem ciężej niż zwykli marynarze za dnia, a noce poświęcałem nauce matematyki, teorii medycyny oraz tych dziedzin nauk przyrodniczych, które mogły mi przynieść największe praktyczne korzyści w podróży morskiej. Dwukrotnie zatrudniłem się nawet jako młodszy oficer na grenlandzkim wielorybniku i znakomicie dałem sobie radę. Muszę przyznać, że poczułem dumę, gdy kapitan zaoferował mi drugie stanowisko na statku i błagał mnie, abym został, bo tak bardzo cenił moje usługi.

A teraz, droga Margaret, czyż nie zasługuję na to, by dokonać czegoś wielkiego? Moje życie mogło upłynąć w dostatku i wygodzie, lecz przedłożyłem chwałę ponad wszystkie pokusy, jakie bogactwo mogło mi postawić na drodze. O, gdyby jakiś życzliwy głos potwierdził, że mam rację! Moja odwaga i determinacja są niezłomne, lecz moje nadzieje falują i czasem ogarnia mnie przygnębienie. Wyruszam w długą i trudną podróż, której wyzwania wystawią na próbę całą moją wytrzymałość, będę musiał nie tylko podtrzymywać na duchu innych, ale i samemu nie tracić hartu, gdy ich siły osłabną.

To najkorzystniejszy okres na podróżowanie po Rosji. Sanie mkną szybko po śniegu, ich ruch jest przyjemny i, moim zdaniem, o wiele milszy niż jazda angielskim dyliżansem. Zimno nie jest dokuczliwe, jeśli się ciepło ubierzesz – już zaopatrzyłem się w futra, bo jest ogromna różnica między spacerowaniem po pokładzie a siedzeniem nieruchomo przez długie godziny, gdy brak ruchu sprawia, że krew niemal zamarza w żyłach. Nie mam ambicji stracić życia na trakcie pocztowym między Petersburgiem a Archangielskiem.

Wyruszę do tego ostatniego miasta za dwa lub trzy tygodnie, planuję tam wynająć statek – co jest łatwe, jeśli pokryję koszty ubezpieczenia dla właściciela – i zwerbować tylu marynarzy, ilu uznam za koniecznych, spośród tych, którzy są przyzwyczajeni do połowów wielorybów. Nie zamierzam wypływać przed czerwcem. A kiedy powrócę? Ach, droga siostro, jak mogę odpowiedzieć na to pytanie? Jeśli mi się powiedzie, miną długie miesiące, może lata, zanim się zobaczymy. Jeśli zawiodę, ujrzysz mnie wkrótce... lub nigdy.

Żegnaj, moja droga, wspaniała Margaret. Niech niebo obdarzy Cię błogosławieństwami i zachowa mnie, bym mógł raz po raz dziękować Ci za całą Twoją miłość i dobroć.

Twój kochający bratR. Walton

LIST 2

Do pani Saville, Anglia

Archangielsk, 28 marca 17-.

Jak wolno płynie tu czas, otoczony mrozem i śniegiem! A jednak zrobiłem kolejny krok w kierunku mojego przedsięwzięcia. Wynająłem statek i zajmuję się zbieraniem załogi. Ci, których już zwerbowałem, wydają się ludźmi, na których mogę polegać, i z pewnością posiadają niezłomną odwagę.

Odczuwam jednak pewien brak, którego jak dotąd nie udało mi się zaspokoić, a którego nieobecność teraz odczuwam jako wielkie nieszczęście – nie mam przyjaciela, Margaret. Gdy ogarnie mnie entuzjazm sukcesu, nie będzie nikogo, kto podzieliłby moją radość, jeśli doświadczę rozczarowania, nie znajdzie się nikt, kto podtrzymałby mnie na duchu. Owszem, spiszę moje myśli na papierze, ale to marne medium do wyrażania uczuć. Pragnę towarzystwa człowieka, który mógłby mnie zrozumieć, którego spojrzenie odpowiadałoby mojemu. Może uznasz mnie za romantyka, droga siostro, ale gorzko odczuwam brak przyjaciela. Nie mam nikogo w pobliżu – łagodnego, lecz odważnego, obdarzonego zarówno rozwiniętym, jak i pojemnym umysłem, o upodobaniach podobnych do moich, kto mógłby zatwierdzić lub skorygować moje plany. Jakże taki przyjaciel naprawiłby błędy twojego biednego brata! Jestem zbyt zapalczywy w działaniu i zbyt niecierpliwy wobec trudności. Lecz jeszcze większą wadą jest to, że jestem samoukiem: przez pierwszych czternaście lat mojego życia biegałem swobodnie po wrzosowiskach, czytając jedynie księgi o podróżach z biblioteki naszego wuja Thomasa. Wówczas też poznałem słynnych poetów naszej ojczyzny, lecz dopiero wtedy, gdy nie mogłem już czerpać z tej wiedzy jej najistotniejszych korzyści, zdałem sobie sprawę, jak ważna byłaby znajomość innych języków poza ojczystym. Teraz mam dwadzieścia osiem lat i w gruncie rzeczy jestem mniej wykształcony niż niejeden piętnastoletni uczeń. Prawdą jest, że więcej myślałem, a moje marzenia są bardziej rozległe i wspaniałe, ale brak im – jak to nazywają malarze – właściwej perspektywy. Bardzo potrzebuję przyjaciela, który miałby dość rozsądku, by nie uważać mnie za marzyciela, i dość uczucia, by pomóc mi uporządkować mój umysł.

Cóż, to próżne skargi, z pewnością nie znajdę przyjaciela na rozległym oceanie ani tutaj, w Archangielsku, pośród kupców i marynarzy. A jednak nawet w tych surowych sercach tętnią uczucia niezbrukane przyziemnością ludzkiej natury. Mój porucznik, na przykład, to człowiek o niezwykłej odwadze i przedsiębiorczości, szaleńczo pragnie chwały, a raczej – by ująć to trafniej – awansu w swojej profesji. Jest Anglikiem i pomimo narodowych oraz zawodowych uprzedzeń, których nie złagodził brak ogłady, zachował w sobie pewne najszlachetniejsze cechy człowieczeństwa. Poznałem go na pokładzie statku wielorybniczego, a kiedy odkryłem, że obecnie jest bez zatrudnienia w tym mieście, łatwo nakłoniłem go do udziału w mojej wyprawie.

Kapitan jest osobą o doskonałym usposobieniu, wyróżnia się na statku łagodnością i łaskawym podejściem do dyscypliny. Ta cecha w połączeniu z jego powszechnie znaną uczciwością i niezłomną odwagą sprawiła, że bardzo pragnąłem go zwerbować. Młodość spędzona w samotności, najlepsze lata mojego życia spędzone pod twoją delikatną kobiecą opieką, tak ukształtowały mój charakter, że nie mogę pokonać intensywnej niechęci do zwyczajowej brutalności stosowanej na pokładach statków. Nigdy nie wierzyłem, że jest ona konieczna, a gdy usłyszałem o marynarzu, który słynął zarówno z dobroci serca, jak i szacunku oraz posłuszeństwa swojej załogi, uznałem się za szczególnie szczęśliwego, mogąc zapewnić sobie jego usługi. Po raz pierwszy usłyszałem o nim w dość romantyczny sposób – od kobiety, która zawdzięcza mu szczęście swojego życia. Jego historia w skrócie jest taka: kilka lat temu zakochał się w młodej Rosjance o skromnym majątku i zgromadziwszy znaczną sumę z nagród pieniężnych, uzyskał zgodę jej ojca na ślub. Spotkał swoją narzeczoną raz przed wyznaczoną ceremonią, lecz zastał ją we łzach – rzuciła się do jego stóp, błagając, by jej darował, wyznając, że kocha innego mężczyznę, niestety biednego, a jej ojciec nigdy nie zgodzi się na ten związek. Mój szlachetny przyjaciel uspokoił biedaczkę i gdy tylko dowiedział się, kim jest jej ukochany, natychmiast porzucił swoje starania. Kupił już gospodarstwo, na którym zamierzał spędzić resztę życia, ale oddał je w całości swojemu rywalowi wraz z resztą pieniędzy na zakup inwentarza, a następnie sam poprosił ojca dziewczyny o zgodę na jej ślub z ukochanym. Jednak stary człowiek stanowczo odmówił, uważając, że honor wymaga od niego dotrzymania słowa danego mojemu przyjacielowi. Gdy ten zobaczył, że ojciec pozostaje nieugięty, opuścił kraj i nie wrócił, dopóki nie dowiedział się, że jego dawna ukochana wyszła za mąż zgodnie ze swymi uczuciami. „Co za szlachetny człowiek!” – powiesz. I rzeczywiście taki jest, ale jest także zupełnie niewykształcony, milczy jak Turek i cechuje go pewna niefrasobliwość, która choć czyni jego postępowanie tym bardziej zadziwiającym, umniejsza jednak sympatię i zainteresowanie, jakie mógłby wzbudzać.

Nie sądź jednak, że przez te skargi czy marzenia o pocieszeniu, którego być może nigdy nie zaznam, moje postanowienia słabną. Są one niezłomne niczym los, a mój rejs opóźnia się jedynie do chwili, gdy pozwoli na niego pogoda. Zima była wyjątkowo surowa, lecz wiosna zapowiada się dobrze, a sezon uważany jest za stosunkowo wczesny, więc być może wypłynę szybciej, niż się spodziewałem. Nie podejmę żadnego pochopnego kroku – znasz mnie na tyle, by ufać mojej rozwadze i ostrożności, jeśli chodzi o bezpieczeństwo innych.

Nie potrafię opisać Ci moich odczuć wobec zbliżającej się wyprawy. Niemożliwe jest przekazać tego drżenia – na wpół przyjemnego, na wpół pełnego lęku – z jakim przygotowuję się do wyjazdu. Wyruszam do niezbadanych krain, do „ziemi mgły i śniegu”, lecz nie zabiję żadnego albatrosa – więc nie lękaj się o moje bezpieczeństwo ani nie obawiaj się, że powrócę do Ciebie tak wyniszczony i nieszczęsny jak „stary marynarz”. Uśmiechniesz się na tę aluzję, ale wyznam Ci sekret: często przypisuję moje przywiązanie i pasję do tajemnic groźnego oceanu dziełu jednego ze współczesnych poetów z ogromną wyobraźnią. Jest we mnie coś, czego nie pojmuję – pracowitość, wytrwałość, ale też miłość do cudowności i wiara w nią, które popychają mnie poza utarte ścieżki ludzi aż po dzikie morza i nieznane regiony, które zamierzam zbadać.

Wracając jednak do moich rozważań: czy spotkamy się znowu po tym, jak przemierzę niezmierzone morza i powrócę przez południowy kraniec Afryki lub Ameryki? Nie śmiem na to liczyć, lecz nie mogę znieść myśli, że tak się nie stanie. Pisz do mnie, póki możesz – Twoje listy mogą dotrzeć do mnie w chwilach, gdy najbardziej będę ich potrzebować. Kocham Cię bardzo. Pamiętaj o mnie z czułością, jeśli nigdy więcej nie usłyszysz o mnie żadnej wieści.

Twój kochający bratRobert Walton

LIST 3

Do pani Saville, Anglia

7 lipca 17-.

Moja Droga Siostro,

piszę tych kilka słów w pośpiechu, by dać Ci znać, że jestem bezpieczny i że moja podróż posuwa się do przodu. List ten dotrze do Anglii na pokładzie statku kupieckiego, który wraca do ojczyzny z Archangielska – szczęśliwszy ode mnie, który może nie ujrzeć swojej ojczystej ziemi przez wiele lat. Jednakże jestem dobrej myśli: moi ludzie są odważni i wydają się niezłomni w swoim postanowieniu, a unoszące się na wodzie kry lodowe, które nieustannie mijamy, zwiastujące niebezpieczeństwa regionu, do którego zmierzamy, nie budzą w nich trwogi. Dotarliśmy już na bardzo wysoką szerokość geograficzną, lecz panuje lato i choć nie jest tu tak ciepło jak w Anglii, południowe wiatry, które szybko niosą nas ku brzegom, do których tak gorąco pragnę dotrzeć, przynoszą ożywczą łagodność, której się nie spodziewałem.

Nie wydarzyło się dotąd nic, co byłoby warte wspomnienia w liście. Jeden czy dwa silne sztormy oraz drobny przeciek to wypadki, których doświadczeni żeglarze nie uznają nawet za godne odnotowania, i będę całkowicie zadowolony, jeśli w czasie naszej podróży nie spotka nas nic gorszego.

Żegnaj, moja droga Margaret. Bądź pewna, że zarówno dla siebie, jak i dla Ciebie nie narażę się lekkomyślnie na niebezpieczeństwo. Będę opanowany, wytrwały i roztropny.

Niech sukces uwieńczy moje starania. Czemu miałoby być inaczej? Dotąd posuwałem się naprzód, wytyczając bezpieczny szlak po bezkresnych wodach, a same gwiazdy były świadkami i dowodem mojego triumfu. Czemu więc nie miałbym podążać dalej przez nieokiełznany, lecz posłuszny żywioł? Co może powstrzymać człowieka o niezłomnym sercu i silnej woli?

Tak oto wylewa się moje wezbrane serce. Muszę jednak kończyć. Niech niebo błogosławi moją ukochaną siostrę!

R.W.

LIST 4

Do pani Saville, Anglia

5 sierpnia 17-.

Spotkało nas tak osobliwe zdarzenie, że nie mogę się powstrzymać, by go nie opisać, choć bardzo możliwe, że zobaczysz mnie, zanim te zapiski trafią w Twoje ręce.

W zeszły poniedziałek (31 lipca) zostaliśmy niemal całkowicie otoczeni przez lód, który zamknął statek z każdej strony, pozostawiając mu jedynie niewielką przestrzeń do dryfowania. Nasza sytuacja była dość niebezpieczna, zwłaszcza że spowijała nas gęsta mgła. Postanowiliśmy więc zaczekać, licząc, że warunki pogodowe ulegną zmianie.

Około drugiej po południu mgła się rozwiała i ujrzeliśmy, jak w każdą stronę rozciągają się rozległe, nieregularne połacie lodu, zdające się nie mieć końca. Niektórzy z moich towarzyszy jęknęli z niepokoju, a i moje myśli zaczęły krążyć wokół naszej trudnej sytuacji, gdy nagle niezwykły widok przykuł naszą uwagę i odwrócił troskę od naszego własnego położenia. Na odległość około pół mili zobaczyliśmy sanie zaprzężone w psy, mknące w kierunku północy. Na nich siedziała gigantycznej postury istota o kształcie człowieka, która powoziła psim zaprzęgiem. Obserwowaliśmy podróżnika przez lunety, aż zniknął wśród nierówności lodowego pustkowia.

Widok ten wzbudził w nas nieopisane zdumienie. Wierzyliśmy, że znajdujemy się setki mil od jakiegokolwiek lądu, a jednak to zjawisko sugerowało, że nie jest on aż tak odległy, jak sądziliśmy. Jednakże uwięzieni w lodzie, nie mogliśmy podążyć jego śladem, choć z wielką uwagą śledziliśmy jego trasę.

Dwie godziny później usłyszeliśmy dźwięk fal rozbijających się o lód, a przed nadejściem nocy ten pękł i uwolnił nasz statek. Postanowiliśmy jednak przeczekać do rana, obawiając się natrafienia w ciemności na dryfujące kry. Skorzystałem z tego czasu, by odpocząć na kilka godzin.

Rankiem, gdy tylko się rozwidniło, wyszedłem na pokład i zauważyłem, że wszyscy marynarze skupili się po jednej stronie statku, najwyraźniej rozmawiając z kimś w morzu. Okazało się, że były to sanie, podobne do tych, które widzieliśmy wcześniej – przydryfowały do nas w nocy na dużym kawałku lodu. Przy życiu pozostał tylko jeden pies, a w saniach znajdował się człowiek, którego marynarze usiłowali nakłonić do wejścia na pokład. Nie był on, jak tamten podróżnik, dzikim mieszkańcem nieznanej wyspy, lecz Europejczykiem. Gdy pojawiłem się na pokładzie, dowódca powiedział: „Oto nasz kapitan, on nie zostawi was na otwartym morzu”.

Nieznajomy, gdy mnie zobaczył, odezwał się po angielsku, choć z obcym akcentem: „Zanim wejdę na pokład waszego statku, czy moglibyście powiedzieć mi, dokąd zmierzacie?”. Możesz sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy usłyszałem to pytanie od człowieka stojącego na skraju śmierci, dla którego mój statek powinien być ratunkiem, którego nie zamieniłby na najcenniejsze skarby świata. Odpowiedziałem jednak, że jesteśmy w podróży badawczej na biegun północny.

Gdy to usłyszał, wydawał się usatysfakcjonowany i zgodził się wejść na pokład. Boże mój, Margaret, gdybyś zobaczyła tego człowieka, byłabyś bezgranicznie zdumiona. Jego kończyny były niemal całkowicie zamarznięte, a ciało skrajnie wyniszczone przez wycieńczenie i cierpienie. Nigdy nie widziałem nikogo w tak opłakanym stanie. Usiłowaliśmy umieścić go w kajucie, ale jak tylko znalazł się w zamkniętym pomieszczeniu, zasłabł, więc z powrotem wynieśliśmy go na pokład i przywróciliśmy mu świadomość, nacierając brandy i zmuszając do przełknięcia kilku kropli trunku. Gdy tylko odzyskał świadomość, zawinęliśmy go w koce i umieściliśmy blisko komina kuchennego pieca. Stopniowo odzyskał siły, a miska ciepłej zupy przywróciła mu życie.

Przez dwa dni nie był w stanie mówić, a ja obawiałem się, że jego cierpienia pozbawiły go rozumu. Gdy wreszcie doszedł do siebie, przeniosłem go do mojej kabiny i doglądałem tak często, jak tylko pozwalały mi na to moje obowiązki. Nigdy nie widziałem istoty bardziej intrygującej: w jego oczach czai się dzikość, a nawet obłęd, lecz w chwilach, gdy ktoś okazuje mu choćby najmniejszą życzliwość, jego twarz rozjaśnia się nieporównywalnym blaskiem dobroci i łagodności. Na ogół wydaje się melancholijny i przygnębiony, a czasem zgrzyta zębami, jakby zniecierpliwiony ciężarem przygniatających go nieszczęść.

Gdy mój gość nieco odzyskał siły, miałem niemały kłopot z odpędzeniem załogi, która pragnęła zasypać go tysiącem pytań. Nie pozwoliłem jednak, by dręczyli go swoją próżną ciekawością, zwłaszcza gdy jego stan – zarówno ciała, jak i umysłu – wyraźnie wymagał całkowitego odpoczynku. Pewnego razu jednak porucznik zapytał go, dlaczego zapuścił się tak daleko na lód w tak osobliwym pojeździe.

Jego oblicze natychmiast przybrało wyraz głębokiego smutku. „Szukałem kogoś, kto ode mnie uciekł”. „A czy człowiek, którego ścigałeś, podróżował w ten sam sposób?” „Tak”. „W takim razie wydaje mi się, że go widzieliśmy, ponieważ dzień przed tym, jak cię odnaleźliśmy, zauważyliśmy na lodzie sanie ciągnięte przez psy, a w nich jakiegoś człowieka”.

To ożywiło uwagę nieznajomego, który zasypał nas pytaniami o trasę, jaką, jak twierdził, przebył „demon”. Niedługo potem, gdy zostaliśmy sami, powiedział: „Z pewnością wzbudziłem twoją ciekawość, jak i ciekawość twoich ludzi, ale masz w sobie zbyt wiele delikatności, by wypytywać mnie o szczegóły”. „Oczywiście”, odparłem, „byłoby to z mojej strony wielce nietaktowne i nieludzkie, gdybym obciążał cię moją dociekliwością”. „A jednak uratowałeś mnie z tej dziwnej i niebezpiecznej sytuacji, z życzliwością przywróciłeś do życia”.

Wkrótce potem zapytał, czy sądzę, że pękający lód mógł zniszczyć drugie sanie. Odpowiedziałem, że nie mogę tego wiedzieć na pewno – lód pękł dopiero koło północy, więc podróżnik mógł dotrzeć do bezpiecznego miejsca, zanim to nastąpiło.

Od tego momentu nowa iskra życia ożywiła zmęczone oblicze nieznajomego. Wykazywał wielką chęć przebywania na pokładzie, by wypatrywać sań, które widzieliśmy wcześniej, przekonałem go jednak, by pozostał w kajucie – był zbyt słaby, by znosić surowość tutejszego powietrza. Obiecałem mu, że ktoś będzie czuwał i natychmiast go powiadomi, jeśli w zasięgu wzroku pojawi się coś niezwykłego.

Taki jest zapis w moim dzienniku dotyczący tego dziwnego zdarzenia aż do dzisiaj. Nieznajomy stopniowo powraca do zdrowia, ale jest bardzo małomówny i wydaje się niespokojny, gdy ktoś inny niż ja wchodzi do jego kajuty. Mimo to jego maniery są tak uprzejme i łagodne, że wszyscy marynarze zapałali do niego sympatią, choć niewiele z nim rozmawiali. Ja sam zaczynam darzyć go braterskim uczuciem, a jego nieustanny i głęboki smutek budzi we mnie współczucie i żal. Musiał być niezwykłym człowiekiem w swoich lepszych czasach – nawet teraz, mimo wyniszczenia, jest osobą pełną uroku i dobroci.

W jednym z moich listów, droga Margaret, napisałem, że nie znajdę przyjaciela na rozległym oceanie, a jednak spotkałem człowieka, którego – zanim jego dusza została złamana przez cierpienie – z radością nazwałbym bratem mego serca.

Będę kontynuował moje zapiski dotyczące nieznajomego, notując nowe wydarzenia, jeśli się pojawią.

13 sierpnia 17-.

Z każdym dniem moja sympatia do gościa rośnie. Wzbudza we mnie jednocześnie podziw i litość w stopniu, który mnie zaskakuje. Jakże mógłbym patrzeć, jak tak szlachetna istota ginie w nędzy, nie odczuwając najgłębszego smutku? Jest tak łagodny, a zarazem mądry, jego umysł jest niezwykle wykształcony, a kiedy mówi, jego słowa, choć dobrane z najwyższą starannością, płyną z niezwykłą szybkością i niespotykaną elokwencją.

Obecnie odzyskał już niemal całkowicie siły i niemal bez przerwy przebywa na pokładzie, wypatrując sań, które wcześniej widzieliśmy. Mimo nieszczęścia, które go spotkało, nie jest tak pochłonięty własnym bólem, by nie interesować się losami innych. Wielokrotnie rozmawiał ze mną o moich planach, które zdradziłem mu bez ukrywania czegokolwiek. Słuchał z wielką uwagą moich argumentów na rzecz powodzenia wyprawy, jak i wszystkich środków, jakie przedsięwziąłem, by je osiągnąć. Z łatwością dałem się porwać jego życzliwemu zainteresowaniu i mówiłem z pasją o pragnieniu poświęcenia fortuny, życia, każdej nadziei, byle tylko doprowadzić moją misję do końca. „Życie lub śmierć jednego człowieka to niewielka cena za zdobycie wiedzy, której pragnę, i za władzę, którą zdobędę i przekażę nad siłami natury, wrogimi ludzkości”.

Gdy mówiłem, cień smutku okrył oblicze mojego słuchacza. Z początku widziałem, że usiłował powstrzymać emocje, zakrył dłonią oczy, a mój głos zadrżał i urwał się, gdy zobaczyłem łzy cieknące między jego palcami. Jego piersią wstrząsnęło głębokie westchnienie. Zamilkłem, a on po chwili przemówił łamiącym się głosem: „Nieszczęsny człowieku! Czyżbyś podzielał moją szaleńczą gorączkę? Czy i ty napiłeś się tego upajającego trunku? Posłuchaj mnie, pozwól mi opowiedzieć moją historię, a strącisz ten kielich z własnych ust!”.

Możesz sobie wyobrazić, jak bardzo jego słowa pobudziły moją ciekawość, ale napad rozpaczy, jaki go ogarnął, osłabił go tak bardzo, że musiał odpocząć i potrzeba było wielu godzin odpoczynku i spokojnych rozmów, zanim odzyskał równowagę.

Gdy wreszcie przezwyciężył gwałtowność swoich uczuć, zdawał się gardzić sobą za to, że pozwolił opanować się emocjom. Stłumiwszy mrok rozpaczy, ponownie skierował rozmowę na mnie. Zapytał o historię moich młodych lat. Opowiedziałem ją krótko, ale wciąż budziła we mnie różne refleksje. Wspomniałem o moim pragnieniu znalezienia przyjaciela, o tęsknocie za głęboką więzią z drugim człowiekiem, której nigdy dotąd nie doświadczyłem. Wyraziłem przekonanie, że człowiek nie może uważać się za szczęśliwego, jeśli nie dostąpi tego błogosławieństwa. „Zgadzam się z tobą” – odrzekł nieznajomy. „Jesteśmy istotami niedokończonymi, zaledwie w połowie ukształtowanymi, jeśli ktoś mądrzejszy, lepszy, droższy niż my sami, a takim właśnie powinien być prawdziwy przyjaciel, nie wesprze nas w dążeniu do doskonałości, łagodząc nasze słabości i ułomności. Miałem kiedyś przyjaciela, najwspanialszego z ludzi, i dlatego śmiem oceniać, czym jest przyjaźń. Ty masz nadzieję i całe życie przed sobą, nie masz powodu do rozpaczy. Ale ja... Ja straciłem wszystko i nie mogę zacząć życia na nowo”.

Gdy to mówił, jego twarz wyrażała smutek, cichy, lecz niezmienny, który poruszył mnie do głębi. Po chwili zamilkł i udał się do swojej kajuty.

Nawet w tym swoim złamanym stanie nie jest człowiekiem obojętnym na piękno świata. Gwiaździste niebo, morze, każdy widok tych niezwykłych regionów zdaje się nadal unosić jego duszę ponad ziemię. Tacy ludzie wiodą podwójne życie: mogą cierpieć i być przytłoczeni nieszczęściami, lecz gdy zagłębią się we własne myśli, stają się niczym niebiańskie istoty otoczone aurą, w której nie ma miejsca na smutek ani głupotę.

Czy uśmiechniesz się na widok mojego entuzjazmu wobec tego boskiego wędrowca? Nie zrobiłabyś tego, gdybyś go zobaczyła. Zostałaś ukształtowana i stałaś się wyrafinowana dzięki książkom oraz życiu w odosobnieniu, dlatego jesteś nieco wymagająca, ale to tylko sprawia, że tym bardziej potrafisz docenić niezwykłe zalety tego cudownego człowieka. Czasami próbowałem odkryć, jaka cecha wyróżnia go tak bardzo spośród wszystkich ludzi, jakich kiedykolwiek znałem. Wierzę, że to intuicyjna przenikliwość, szybka, lecz niezawodna zdolność oceny, umiejętność docierania do przyczyn rzeczy, niezrównana w klarowności i precyzji, do tego dochodzi łatwość wypowiedzi oraz głos, którego zmienne intonacje brzmią niczym muzyka ujarzmiająca duszę.

19 sierpnia 17-.

Wczoraj nieznajomy powiedział do mnie: „Kapitanie Walton, z łatwością możesz dostrzec, że doznałem wielkich i niezrównanych nieszczęść. W pewnym momencie postanowiłem, że pamięć o nich umrze wraz ze mną, ale zdołałeś mnie przekonać, bym zmienił tę decyzję. Poszukujesz wiedzy i mądrości, tak jak ja kiedyś, gorąco pragnę, by spełnienie twoich pragnień nie stało się dla ciebie jadem, który cię zatruje, tak jak stało się to w moim przypadku. Nie wiem, czy opowieść o moich tragediach będzie dla ciebie użyteczna, lecz gdy zastanawiam się nad tym, że kroczysz tą samą ścieżką, narażasz się na te same niebezpieczeństwa, które uczyniły mnie tym, kim jestem, dochodzę do wniosku, że możesz wyciągnąć z mojej historii ważną naukę, która, jeśli odniesiesz sukces, wskaże ci właściwy kierunek, a jeśli poniesiesz porażkę, przyniesie ci pocieszenie. Przygotuj się, by usłyszeć o wydarzeniach, które zazwyczaj uznaje się za cudowne. Gdybyśmy znajdowali się w bardziej oswojonych zakątkach świata, mógłbym obawiać się twojej niewiary, a może i drwiny, lecz w tych dzikich i tajemniczych rejonach wiele rzeczy wydaje się możliwych, które w innych okolicznościach budziłyby śmiech tych, którzy nie znają zmiennych i potężnych sił natury. Nie wątpię, że moja opowieść sama w sobie dostarczy ci dowodów na prawdziwość wydarzeń, które opowiem”.

Łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo ucieszyła mnie jego propozycja, ale nie mogłem znieść myśli, że ma na nowo przeżywać swój ból, opowiadając o nieszczęściach. Pragnąłem usłyszeć tę historię zarówno z ciekawości, jak i głębokiego pragnienia, by, jeśli to w mojej mocy, ulżyć jego losowi. Wyraziłem te uczucia w mojej odpowiedzi.

„Dziękuję ci za współczucie”, odrzekł, „ale jest ono daremne, mój los jest niemal dopełniony. Czekam tylko na jedno wydarzenie, a potem zaznam spokoju. Rozumiem twoje uczucia”, dodał, widząc, że chciałem mu przerwać, „lecz mylisz się, mój przyjacielu, jeśli mogę cię tak nazwać, nic nie może zmienić mojego przeznaczenia. Wysłuchaj mojej historii, a przekonasz się, jak nieodwracalnie została ona już przesądzona”.

Następnie oznajmił mi, że rozpocznie swoją opowieść następnego dnia, gdy będę miał czas jej wysłuchać. Ta obietnica wzbudziła we mnie najgorętszą wdzięczność. Postanowiłem, że każdej nocy, gdy obowiązki nie będą mnie bezwzględnie wzywać, będę zapisywał, najlepiej jak potrafię, jego słowa. Jeśli będę zajęty, przynajmniej sporządzę notatki. Ten rękopis z pewnością dostarczy Ci wielkiej przyjemności, lecz dla mnie, który go zna, który słyszy te słowa z jego własnych ust – z jakim zainteresowaniem i współczuciem będę go czytał w przyszłości! Nawet teraz, gdy zaczynam swoją pracę, wciąż dźwięczy mi w uszach jego donośny głos, jego błyszczące oczy spoglądają na mnie z melancholijną łagodnością, widzę jego wychudzoną dłoń uniesioną w geście ożywienia, a rysy jego twarzy rozświetlone są blaskiem duszy. Jakaż dziwna i wstrząsająca musi być jego historia, jak straszna burza pochłonęła ten dzielny statek i roztrzaskała go – w ten sposób!

ROZDZIAŁ 1

Z urodzenia jestem Genewczykiem, a moja rodzina należy do najbardziej szanowanych w tej republice. Moi przodkowie przez wiele lat pełnili funkcję radców i syndyków, a mój ojciec sprawował liczne urzędy publiczne z honorem i godnością. Był szanowany przez wszystkich, którzy go znali, za swoją prawość i niestrudzoną dbałość o interesy publiczne. Młodość spędził, bezustannie poświęcając się obowiązkom wobec swojego kraju, różne okoliczności sprawiły, że nie ożenił się wcześnie i dopiero u schyłku życia został mężem i ojcem rodziny.

Okoliczności jego małżeństwa dobrze ilustrują jego charakter, więc nie mogę powstrzymać się od ich przytoczenia. Jego najbliższym przyjacielem był kupiec, który, zamożny niegdyś, popadł w biedę wskutek wielu niefortunnych zdarzeń. Nazywał się Beaufort i miał dumną, nieugiętą naturę, która nie pozwalała mu znosić ubóstwa i zapomnienia w tym samym kraju, gdzie wcześniej wyróżniał się swoim statusem i splendorem. Uregulowawszy więc wszystkie swoje długi w najbardziej honorowy sposób, wycofał się z córką do Lucerny, gdzie żył w zapomnieniu i nędzy. Mój ojciec darzył Beauforta najszczerszą przyjaźnią i głęboko cierpiał z powodu jego upadku. Ubolewał nad tą dumą, która skłoniła go do tak nierozsądnego kroku. Nie tracąc czasu, postanowił go odnaleźć, licząc, że zdoła nakłonić go do rozpoczęcia nowego życia przy jego wsparciu.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

WALTON, KONTYNUACJA

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

ROZDZIAŁ 1

WALTON, KONTYNUACJA

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Spis treści

Meritum publikacji