Frankenstein - Mary Shelley - ebook + audiobook

Frankenstein ebook i audiobook

Mary Shelley

3,3

Opis

Opętany obsesją szalony naukowiec Victor Frankenstein plądruje cmentarze w poszukiwaniu materiału do stworzenia nowego życia. Jednak istota, którą udało mu się wskrzesić, nie spełnia jego oczekiwań. Odrzucona przez Frankensteina i pozbawiona ludzkiego towarzystwa, postanawia zniszczyć swojego stwórcę i wszystko, co jest mu drogie. Ta mrożąca krew w żyłach gotycka powieść, która powstała, gdy Mary Shelley miała zaledwie dziewiętnaście lat, stała się zaczątkiem nowego gatunku. Zyskała status doskonałego studium granic ludzkiej kreatywności i niszczenia oraz jednego z najsłynniejszych horrorów świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 7 min

Lektor: Maciej Kowalik

Oceny
3,3 (6 ocen)
1
3
0
1
1
Sortuj według:
milczarm

Nie polecam

Może na ówczesne czasy to było coś. Dzisiaj zwyczajnie mnie zanudziło.
00
kaxbe1972

Nie oderwiesz się od lektury

Klasyka horroru, a może bardziej klasyka powieści grozy. Nareszcie przeczytałem. Nie ma tu żadnych fajerwerków jak w filmach. Jest tu miłość, przyjaźń, śmierć, chęć zemsty... Jest smutek... Całe mnóstwo smutku... I jest jeszcze ten niesamowity klimat...
00

Popularność




Wstęp

Histo­rię Fran­ken­ste­ina znam dzięki mojej mamie. Gdy byłem mały, zamiast bajek opo­wia­dała mi filmy i książki. Wła­ści­wie stresz­czała je w bar­dzo barwny i baśniowy spo­sób. W ten spo­sób zako­cha­łem się w Tol­kie­nie, nim prze­czy­ta­łem choćby słowo z Hob­bita, a także pozna­łem histo­rię sza­lo­nego naukowca i nie­szczę­snych stwo­rzeń, któ­rym dał życie.

Mama stresz­czała mi filmy Uni­ver­salu, nie książkę. Jej opo­wie­ści kon­cen­tro­wały się na potwo­rze i jego narze­czo­nej, ema­no­wały smut­kiem. Nawet kobieta skom­pi­lo­wana ze zwłok odrzu­ciła potwora, prze­ra­żona jego okro­pień­stwem. Brzydka, a jed­nak ucie­kła od jego brzy­doty. W tej histo­rii zawarta jest wielka mądrość i bar­dzo się nią prze­ją­łem. Byłem bar­dzo samot­nym chłop­cem, dzie­ciaki nie chciały się ze mną bawić.

Potem zoba­czy­łem kla­syczne filmy o Fran­ken­ste­inie i uwiel­biam je do dziś. Naprawdę warto do nich wró­cić. Za nie­za­po­mnianą maską Borisa Kar­loffa skrywa się głę­boka i poru­sza­jąca kre­acja aktor­ska. Jego potwór jest naprawdę prze­ra­ża­jący, cho­dzi po świe­cie i zabija ludzi. Jed­no­cze­śnie boi się świata, w który go wrzu­cono i wydaje się kru­chy mimo potęż­nej syl­wetki.

W końcu się­gną­łem po książkę i się roz­cza­ro­wa­łem. Byłem bar­dzo młody, a powieść Mary Shel­ley ma na pozór nie­wiele wspól­nego z naj­słyn­niej­szą fil­mową adap­ta­cją. Bra­kuje wymyśl­nej apa­ra­tury i pio­ru­nów. Sam potwór, żywy trup o paskud­nej powierz­chow­no­ści, oka­zuje się inte­li­gentną, empa­tyczną i wraż­liwą istotą. Czyta mnó­stwo ksią­żek i pomaga innym. Poszu­kuje miło­ści, akcep­ta­cji, swo­jego miej­sca w świe­cie, czyli tego, czego my wszy­scy. Wkra­cza na ścieżkę bez­li­to­snej zemsty, zaczyna zabi­jać bar­dzo późno, gdy zna­lazł się na dnie roz­pa­czy, odtrą­cony przez wszyst­kich.

Do Fran­ken­ste­ina wró­ci­łem po latach i poją­łem ogrom wła­snej głu­poty. Zro­zu­mia­łem jaka to mądra, głę­boka i prze­ra­ża­jąco aktu­alna książka. Była taka już w momen­cie powsta­nia. Mary Shel­ley wywo­dziła się z rodziny pie­kiel­nie nowo­cze­snej jak na swoje czasy. Matka była femi­nistką, ojciec ate­istą, a sama Mary zwią­zała się z żona­tym poetą, Percy Shel­leyem. Shel­ley, lord Byron, ich zna­jomi byli jak gwiazdy rocka z lat osiem­dzie­sią­tych: szo­ko­wali sta­rych, fascy­no­wali mło­dych, pili, ćpali, upra­wiali seks i pisali świetne rze­czy, w tym Fran­ken­ste­ina.

Powieść zro­dzona pod­czas słyn­nego „lata bez słońca” powstała na kon­kurs lite­racki, innymi słowy zro­dziła się z nudy nad szwaj­car­skim jezior­kiem. Ten przy­kład sta­wiam prze­ciwko wszyst­kim pra­co­ho­li­kom. Mary, dosko­nale wykształ­cona żona słyn­nego poety, ogło­siła tekst ano­ni­mowo, za to ze wstę­pem męża. Dziś Percy Shel­ley tkwi na wyso­kiej półce poetów wybit­nych, ale nie­czy­ta­nych, a Fran­ken­stein i jego potwór są z nami do teraz.

O czym opo­wiada ta książka? Dok­tor Fran­ken­stein buduje ze szcząt­ków ludz­kich ciał bez­i­mienną istotę. Znamy ją jako potwora lub demona. Potwór pra­gnie akcep­ta­cji i bli­sko­ści, a gdy dok­tor go odrzuca, zaczyna się mścić – oto oś dra­matu.

Potwór – jakie to fatalne słowo – jest obcym, czło­wie­kiem, któ­remu odmó­wiono czło­wie­czeń­stwa. W grun­cie rze­czy nie uzy­skał nawet sta­tusu zwie­rzę­cia. Tak wła­śnie wygląda sto­su­nek wielu z nas do obcego, a świat jest pełen „potwo­rów” Fran­ken­ste­ina. Budu­jemy dla nich zasieki i pozwa­lamy umrzeć w zim­nie, że ude­rzę w takie pate­tyczne, choć prze­cież szczere, tony. Piszę te słowa, kiedy cią­gle trwa dra­mat na pol­skiej gra­nicy, jest sty­czeń 2022 roku. Ludzie prze­dzie­ra­jący się przez las myślą i czują mniej wię­cej to samo, co tamto nie­szczę­sne stwo­rze­nie, szu­kają domu, tak jak on szu­kał. Zostali odrzu­ceni i zde­hu­ma­ni­zo­wani. Czy zemsz­czą się na nas?

Myślę też o czymś tak czę­stym jak poszu­ki­wa­nie miło­ści rodzi­ciel­skiej. Każdy z nas pra­gnie, aby rodzice go akcep­to­wali i kochali. Wielu nie doświad­cza tego szczę­ścia, czego dowo­dem jest olbrzy­mie zapo­trze­bo­wa­nie na porady tera­peu­tów. Znam też wielu takich, któ­rzy mają niby upo­rząd­ko­wane życie, ogromne suk­cesy zawo­dowe i cią­gle bie­gają do rodzi­ców, jak małe dzieci, łak­nąc dobrego słowa, wspar­cia, pro­stego „kocham cię”. Nie dostają tego i wariują, nisz­czą wła­sne życie i krzyw­dzą swoje rodziny. Na pewno są bar­dzo nie­szczę­śliwi. Potwór Fran­ken­ste­ina chciał dokład­nie tego samego, pra­gnął tylko bez­wa­run­ko­wej miło­ści od swo­jego stwo­rzy­ciela. Stos tru­pów, jakie za sobą zosta­wił, jest, w jakiś spo­sób, kon­se­kwen­cją tego odrzu­ce­nia.

Dodam też wątek ucieczki od odpo­wie­dzial­no­ści za wła­sne czyny. Kiedy robimy coś, czego skut­ków wypie­ramy się bez żad­nych skru­pu­łów. Tu przy­kła­dów znaj­dziemy aż nadto, naj­bar­dziej wyra­zi­sty to chyba kata­strofa kli­ma­tyczna. Pod­pa­li­li­śmy świat na raty, bogaci dawno czmych­nęli z forsą, świat czeka, aż biedni się uwę­dzą.

Podaję straszne, smutne przy­kłady. Trzy z wielu moż­li­wych inter­pre­ta­cji. Ale prze­cież Fran­ken­stein to hor­ror.

I jesz­cze jedno. Fran­ken­ste­ina uważa się za pierw­szą nowo­cze­sną powieść science fic­tion. Filo­zof Noël Car­roll zwraca uwagę, że Mary Shel­ley napi­sała też pierw­szy nowo­cze­sny hor­ror. Ilu pisa­rzy, pisa­rek stwo­rzyło za jed­nym zama­chem aż dwa gatunki lite­rac­kie?

Łukasz Orbi­tow­ski

Przed­mowa

Dok­tor Dar­win i kilku nie­miec­kich filo­zo­fów dawało do zro­zu­mie­nia, że fakt, na któ­rym oparta została ta fik­cyjna opo­wieść, zdaje się być czymś cał­ko­wi­cie praw­do­po­dob­nym. Oczy­wi­ście nie należy przy­pusz­czać, iż pokła­dam ślepą wiarę w takiej hipo­te­zie; nie­mniej jed­nak, gdy czer­pa­łam z niej inspi­ra­cję do mojej opo­wie­ści, nie mia­łam uczu­cia, iż snuję sieć okrop­no­ści zupeł­nie zmy­ślo­nych. Wyda­rze­nie, które dało począ­tek mojej histo­rii, nie zawie­rało tej całej grozy, będą­cej nie­ro­ze­rwal­nym ele­men­tem opo­wie­ści o duchach i cudach. Wyda­rze­nie to narzu­ciło mi się przez świe­żość sytu­acji, które zawie­rało i, choć z punktu widze­nia real­no­ści było nie­moż­li­wo­ścią, pozwa­lało wyobraźni ogar­nąć ludz­kie namięt­no­ści głę­biej i sze­rzej niż opis rze­czy­wi­stych wyda­rzeń.

Sta­ra­łam się więc zacho­wać auten­tycz­ność pod­sta­wo­wych zasad ludz­kiej natury, nie waha­jąc się jed­nak przed wpro­wa­dze­niem pew­nej inno­wa­cji w ich wza­jem­nym łącze­niu. Grecka epo­peja Iliada, Burza czy Sen nocy let­niej Szek­spira, a tym bar­dziej Raj utra­cony Mil­tona prze­strze­gają tej zasady, tak więc pełen pokory pisarz, chcąc dzięki swo­jej pracy dać – ale rów­nież otrzy­mać – pewną roz­rywkę, może bez zbęd­nego zaro­zu­mial­stwa zasto­so­wać w swo­jej pro­zie pewną licen­cję albo raczej regułę, któ­rej uży­cie zaowo­co­wało na naj­pięk­niej­szych kar­tach poezji wie­lo­ścią wspa­nia­łych zma­gań ludz­kich namięt­no­ści.

Oko­licz­no­ścią, w jakiej zro­dziła się moja opo­wieść, była zwy­kła roz­mowa. Roz­po­czę­łam ją po czę­ści, by się roze­rwać, po czę­ści, by wyko­rzy­stać wszyst­kie dotąd uśpione zasoby mojego inte­lektu. Inne powody dołą­czyły do nich pod­czas pracy nad książką. Nie jest mi obo­jętne, jak zare­aguje czy­tel­nik na spo­sób przed­sta­wie­nia racji moral­nych czy namięt­no­ści powo­du­ją­cych posta­ciami – boha­te­rami opo­wie­ści – jed­nak w tym wzglę­dzie mój umysł zaprzą­tała głów­nie myśl, by unik­nąć osła­bia­ją­cych skut­ków współ­cze­snych powie­ści, przez wyeks­po­no­wa­nie deli­kat­no­ści uczuć rodzin­nych i dosko­na­ło­ści uni­wer­sal­nej cnoty. Należy roz­wiać domnie­ma­nie, iż zawsze podzie­lam poglądy boha­tera, które wyni­kają z natu­ral­nych cech jego cha­rak­teru i sytu­acji, w jakiej się znaj­duje; poza tym nie należy wycią­gać z tej opo­wie­ści żad­nych wnio­sków, które mogłyby stać się szko­dliwe dla jakiej­kol­wiek dok­tryny filo­zo­ficz­nej.

Odna­la­złam szcze­gólną przy­jem­ność w spi­sa­niu tej histo­rii, ponie­waż roz­po­czyna się w peł­nym maje­statu regio­nie, gdzie roz­grywa się więk­sza część opo­wia­da­nia, w towa­rzy­stwie przy­ja­ciół, o któ­rych nie spo­sób będzie zapo­mnieć. Spę­dzi­łam lato 1816 roku w oko­li­cach Genewy. Było wyjąt­kowo zimno i desz­czowo i wie­czo­rami zbie­ra­li­śmy się przy kominku, delek­tu­jąc nie­miec­kimi opo­wia­da­niami o duchach. Te baśnie obu­dziły w nas chęć, by je naśla­do­wać. Dwoje przy­ja­ciół (jeden tylko utwór każ­dego z nich byłby o wiele bar­dziej godzien uwagi niż cokol­wiek, co mogłoby wyjść spod mojego pióra) oraz ja posta­no­wi­li­śmy, każde z osobna, wymy­ślić histo­rię opartą na feno­me­nach nad­przy­ro­dzo­nych.

Pogoda jed­nak popra­wiła się i przy­ja­ciele opu­ścili nas, by odbyć podróż w Alpy. Feeria wido­ków, któ­rej byli tam świad­kami, szybko pozwo­liła im zapo­mnieć o wid­mo­wych wizjach. Tak więc moje opo­wia­da­nie jest jedy­nym, które zostało dopro­wa­dzone do końca.

Mar­low, wrze­sień 1817 roku

List pierw­szy

do Pani Saville, Anglia

Sankt Peters­burg, 11 grud­nia 17.. r

Z pew­no­ścią ucie­szy Cię wia­do­mość, że naszej wyprawy nie spo­tkało na począ­tek nic strasz­nego, choć pod wra­że­niem złych prze­czuć patrzy­łaś na nią z takim lękiem. Przy­by­łem tu wczo­raj. Moim pierw­szym zada­niem jest, oczy­wi­ście, upew­nić Cię Sio­stro kochana, że żadne nie­bez­pie­czeń­stwo mi nie zagraża i że nabie­ram coraz więk­szej ufno­ści w powo­dze­nie mojego przed­się­wzię­cia.

Jestem już daleko na pół­noc od Lon­dynu. Cho­dząc uli­cami Peters­burga, czuję, jak mroźny wiatr pół­nocny muska mi policzki, co mnie pokrze­pia i napawa rado­ścią. Czy rozu­miesz to uczu­cie? Ten wiatr, przy­by­wa­jący tu z krain, ku któ­rym zmie­rzam, daje mi przed­smak kli­matu owych lodo­wa­tych oko­lic. Natchnione tym pomyśl­nym powie­wem, moje gorące marze­nia roz­pa­lają się i nabie­rają życia. Na próżno sobie tłu­ma­czę, że bie­gun jest sie­dli­skiem mrozu i pustki. Wyobraźni mojej przed­sta­wia się zawsze jako kra­ina piękna i zachwy­tów. Słońce tam ni­gdy nie zacho­dzi, niby wielka tar­cza led­wie doty­ka­jąc skraju wid­no­kręgu i roz­ta­cza­jąc dokoła nie­uga­szony prze­pych świa­tła. Czyż może być coś pięk­niej­szego, Mał­go­rzato? Rów­nież – bo pozwól, kochana Sio­stro, nie chciał­bym nie wie­rzyć żegla­rzom, któ­rzy tam byli przede mną – śnieg i mróz nie mają tam przy­stępu. Żeglu­jąc po spo­koj­nej fali, możemy dopły­nąć do bajecz­nego lądu, prze­wyż­sza­ją­cego pięk­no­ścią wszyst­kie kraje, jakie dotych­czas odkryto na zamiesz­ka­nym glo­bie. Nie­po­rów­nane przy tym mogą być twory i cha­rak­ter tej ziemi, bo takimi nie­wąt­pli­wie są zja­wi­ska ciał nie­bie­skich w owym nie odkry­tym jesz­cze odlu­dziu. Cze­góż nie można ocze­ki­wać w kraju wiecz­nego świa­tła? Mogę odkryć tam cudowną moc przy­cią­ga­jącą igłę kom­pasu, mogę też usta­lić wiele innych rze­czy przez nie­ustanne obser­wa­cje ciał nie­bie­skich, któ­rym tylko tej jed­nej wyprawy potrzeba, aby wyka­zać, że ich pozorne roz­bież­no­ści są kon­se­kwent­nym i po wsze czasy dzia­ła­ją­cym porząd­kiem. Będę mógł nasy­cić moją pełną zapału cie­ka­wość wido­kiem czę­ści świata ni­gdy przed­tem nie odwie­dza­nej i, kto wie, może dane mi będzie wkro­czyć na zie­mię, po któ­rej noga ludzka jesz­cze nie stą­pała. Tak bar­dzo mnie to wszystko nęci, że prze­zwy­cięża wszelki strach przed nie­bez­pie­czeń­stwem i śmier­cią i pobu­dza mnie do roz­po­czę­cia tej uciąż­li­wej podróży z tą samą rado­ścią, z jaką chło­piec spy­cha łódkę na wodę, wyru­sza­jąc z towa­rzy­szami zabaw na wyprawę odkryw­czą w górę rodzin­nej rzeki. Lecz niech­by nawet wszyst­kie te przy­pusz­cze­nia oka­zały się fał­szywe, nie możesz kwe­stio­no­wać tego nie­oce­nio­nego dobro­dziej­stwa, jakim obda­rzę całą ludz­kość, aż po ostat­nie poko­le­nia, przez to, że odkryję w pobliżu bie­guna przej­ście do tych krain, do któ­rych obec­nie nie prę­dzej można dotrzeć jak po wielu żmud­nych mie­sią­cach; albo też przez to, że zba­dam tajem­nicę magnesu ziem­skiego, co, o ile to jest w ogóle moż­liwe, da się osią­gnąć tylko przez taką wyprawę, jaką wła­śnie przed­się­wzią­łem

Reflek­sje te roz­pro­szyły pod­nie­ce­nie, w jakim zaczą­łem pisać, i czuję w tej chwili, jak wiel­kim zapa­łem pło­nie moje serce i pod­rywa mnie ku nie­bio­som. Bo nic się tak nie przy­czy­nia do uspo­ko­je­nia umy­słu jak zde­cy­do­wany cel – naj­lep­szy punkt zacze­pie­nia dla duszy i niczym nie zaśle­pio­nego inte­lektu. Wyprawa ta była uko­cha­nym marze­niem moich lat dzie­cię­cych. Czy­ta­łem w mło­dzień­czym unie­sie­niu spra­woz­da­nia z róż­nych podróży, doko­ny­wa­nych w zamia­rze dotar­cia do pół­noc­nych obsza­rów Oce­anu Spo­koj­nego przez morza ota­cza­jące bie­gun. Praw­do­po­dob­nie przy­po­mi­nasz sobie, że histo­ria wypraw odkryw­czych sta­no­wiła całą biblio­tekę naszego poczci­wego wuja Toma­sza. Wykształ­ce­nie moje było zanie­dbane, a prze­cież pasjami lubi­łem czy­tać. Dni i noce stu­dio­wa­łem te tomy, a im wię­cej się w nich roz­czy­ty­wa­łem, tym bar­dziej wzra­stał we mnie ów pierw­szy żal, jakim mnie, małego wtedy chłopca, prze­jęła wia­do­mość o uro­czy­stym przy­ka­za­niu, któ­rym ojciec na łożu śmierci zobo­wią­zał wuja, aby mi nie pozwo­lił wypły­nąć na morze i wieść życie mary­na­rza.

Lecz wizje te roz­wiały się pod wpły­wem nowego prze­ży­cia. Zna­la­złem je w lek­tu­rze poetów, któ­rych natchnione strofy ocza­ro­wały mą duszę i wznio­sły ku niebu. Sam sta­łem się poetą i przez rok cały żyłem w raju, który sobie stwo­rzy­łem. Wyobra­ża­łem sobie, że i ja otrzy­mam hono­rową niszę w świą­tyni, gdzie uświę­cone są nazwi­ska Homera i Szek­spira. Wiesz naj­le­piej, jaka to była pomyłka i jak ciężko mi przy­szło znieść to gorz­kie roz­cza­ro­wa­nie. Ale wła­śnie w tym cza­sie odzie­dzi­czy­łem spa­dek po kuzy­nie i myśli moje zwró­ciły się na dawne tory.

Sześć lat minęło od czasu, kiedy zde­cy­do­wa­łem się na obecne przed­się­wzię­cie. Pamiętna to dla mnie godzina, kiedy przy­stą­pi­łem do tego wiel­kiego dzieła. Roz­po­czą­łem od har­to­wa­nia mego ciała na trudy i znoje. Kil­ka­krot­nie towa­rzy­szy­łem wie­lo­ryb­ni­kom w wypra­wach na Morze Pół­nocne. Zno­si­łem dobro­wol­nie zimno, głód, pra­gnie­nie i brak snu. Czę­sto w cza­sie dnia pra­co­wa­łem cię­żej niż zwy­kli mary­na­rze, noce zaś poświę­ca­łem na naukę mate­ma­tyki, teo­rię medy­cyny oraz na te gałę­zie nauk przy­rod­ni­czych, z któ­rych żeglarz poszu­ku­jący przy­gód może odnieść naj­wię­cej korzy­ści prak­tycz­nych. W rze­czy samej, dwu­krot­nie zacią­gną­łem się jako drugi mat na gren­landzki sta­tek wie­lo­ryb­ni­czy i skoń­czy­łem służbę z hono­rem. Muszę się przy­znać, że czu­łem się nieco dumny, kiedy dowo­dzący kapi­tan ofia­ro­wał mi sta­no­wi­sko pierw­szego ofi­cera statku i z całą powagą nale­gał i pro­sił, żebym tylko pozo­stał. Do tego stop­nia cenił moje usługi.

A teraz, kochana Mał­go­rzato, czy nie sądzisz, że zasłu­guję na to, by speł­nić jakiś wielki cel? Mógł­bym urzą­dzić sobie życie pełne wygód i kom­fortu, lecz przed­ło­ży­łem sławę nad wszel­kie uroki, jakimi bogac­two mogło mnie znę­cić. Ach, oby ode­zwał się jakiś głos, który by mi przy­ta­ki­wał i zachę­cał mnie do czynu! Moja odwaga i posta­no­wie­nie są nie­za­chwiane, ale nadzieje ule­gają waha­niom i nie­raz wpa­dam w nastrój przy­gnę­bie­nia.

Nie­ba­wem wyru­szę w długą i uciąż­liwą podróż i wszystko, co mnie spo­tka, wyma­gać będzie ode mnie wiel­kiego męstwa – będę musiał nie tylko pod­no­sić na duchu innych, ale też pod­trzy­my­wać sie­bie samego, kiedy mi zbrak­nie wytrwa­ło­ści.

Jeśli cho­dzi o podró­żo­wa­nie po Rosji, to obecna pora naj­le­piej się do tego nadaje. Ludzie szybko pędzą saniami po śniegu. Jest to przy­jemny spo­sób poru­sza­nia się i, moim zda­niem, o wiele przy­jem­niej­szy niż podró­żo­wa­nie angiel­skim dyli­żan­sem pocz­to­wym. Mróz nie doku­cza za bar­dzo, jeśli otu­lić się w futro – ubiór, o który już się posta­ra­łem. Bo trzeba pamię­tać, że duża to róż­nica, czy cho­dzi się po pokła­dzie, czy też pozo­staje nie­ru­chomo w pozy­cji sie­dzą­cej; brak ruchu powo­duje bowiem, że krew rze­czy­wi­ście zama­rza w żyłach. Nie mam by­naj­mniej takiej ambi­cji, żeby stra­cić życie na szlaku pocz­to­wym mię­dzy Peters­bur­giem i Archan­giel­skiem.

Zresztą do Archan­giel­ska wyjadę w ciągu dwu lub trzech tygo­dni. Zamie­rzam wyna­jąć tam sta­tek, co da się łatwo zro­bić, pła­cąc ubez­pie­cze­nie za wła­ści­ciela. Najmę też tylu mary­na­rzy, ilu mi będzie potrzeba, spo­śród takich, któ­rzy zdo­byli zaprawę w poło­wach wie­lo­ryb­ni­czych. Pla­nuję wypły­nąć dopiero po kilku mie­sią­cach, w czerwcu. A kiedy powrócę? Ach, Sio­stro droga, jak mam na to pyta­nie odpo­wie­dzieć? Jeśli mi się powie­dzie, wiele, wiele mie­sięcy, a może lat upły­nie, zanim się znowu będziemy mogli zoba­czyć. Jeśli nato­miast nie, zoba­czymy się wkrótce albo już ni­gdy.

Żegnaj, moja kochana, wspa­niała Mał­go­rzato! Niech nieba ześlą Tobie swe bło­go­sła­wień­stwo i niech mnie łaska­wie ocalą, abym mógł w nie­skoń­czo­ność świad­czyć Tobie wdzięcz­ność za całą Twoją miłość i serce.

Twój kocha­jący brat

R. Wal­ton

List drugi

do Pani Saville, Anglia

Archan­gelsk, 28 marca 17.. r.

Jak wolno pły­nie tutaj czas, kiedy zewsząd ota­czają mnie śniegi i lody! Zro­bi­łem jed­nak dal­szy krok dla urze­czy­wist­nie­nia przed­się­wzię­tego dzieła.

Wyna­ją­łem już sta­tek i w tej chwili zajęty jestem zbie­ra­niem załogi. Zwer­bo­wani już przeze mnie mary­na­rze to nie­wąt­pli­wie ludzie, na któ­rych można pole­gać; wiem na pewno, że są odważni i nie­ustra­szeni.

Ale mam jedną potrzebę, któ­rej dotąd ni­gdy nie zdo­ła­łem zaspo­koić. Jest to brak, który odczu­wam jak naj­bar­dziej dokucz­liwe zło. Nie mam żad­nego przy­ja­ciela. Kiedy pro­mie­nio­wać będę entu­zja­zmem powo­dze­nia, nie będę miał nikogo, Mał­go­rzato, z kim mógł­bym dzie­lić swoją radość; kiedy opad­nie mnie gorycz zawodu, nikt się nie potru­dzi, by pod­trzy­mać pogrą­żo­nego w apa­tii. Ow­szem, będę mógł prze­lać myśli swoje na papier, lecz jakże nie­wy­star­cza­jący to śro­dek do zako­mu­ni­ko­wa­nia uczu­cia! Jak bar­dzo bym pra­gnął dla sie­bie towa­rzy­stwa męż­czy­zny, który by ze mną sym­pa­ty­zo­wał, który rozu­miałby mnie bez jed­nego słowa. W oczach Two­ich, droga Sio­stro, mogę być nie­po­praw­nym roman­ty­kiem, ale przy­ja­ciel jest mi naprawdę bar­dzo potrzebny. Chciał­bym mieć przy sobie kogoś szla­chet­nego, a rów­no­cze­śnie odważ­nego, kogoś z wysoką kul­turą i sze­ro­kimi hory­zon­tami myślo­wymi, któ­rego gusty byłyby jak moje wła­sne i który by pochwa­lał lub ulep­szał moje plany. Jak dosko­nale napra­wiałby taki przy­ja­ciel nie­do­cią­gnię­cia Two­jego bied­nego brata! Prze­sad­nie zapa­lony w dzia­ła­niu, zbyt jestem nie­cier­pliwy wobec trud­no­ści. Lecz jesz­cze więk­szym złem dla mnie jest to, że wycho­wy­wa­łem się sam, bo czter­na­ście lat dzie­ciń­stwa prze­ży­łem bez jakie­go­kol­wiek nad­zoru i nie czy­ta­łem nic prócz ksią­żek podróż­ni­czych wuja Toma­sza. Będąc w tym wieku, zazna­jo­mi­łem się ze sław­nymi poetami naszego kraju. Uświa­do­mi­łem sobie, że powi­nie­nem zapo­znać się także z innymi języ­kami poza ojczy­stym, ale dosze­dłem do tego dopiero wtedy, kiedy było już za późno, by wpro­wa­dzić tę myśl w czyn. Mam teraz dwa­dzie­ścia osiem lat, a w rze­czy­wi­sto­ści jestem w więk­szym stop­niu nie­do­kształ­cony niż wielu uczniów szkol­nych w wieku lat pięt­na­stu. Co prawda prze­my­śla­łem wię­cej niż oni i moje marze­nia mają wię­cej roz­ma­chu i wspa­nia­ło­ści, ale brak mi (jak to mala­rze nazy­wają) punktu opar­cia; dla­tego muszę koniecz­nie mieć przy­ja­ciela na tyle wyro­zu­mia­łego, żeby nie wyśmie­wał się z mojego roman­ty­zmu, oraz tak życz­li­wego, żeby cier­pli­wie pokie­ro­wał moim umy­słem.

Tak, ale daremne to żale. Na tym sze­ro­kim oce­anie na pewno nie znajdę przy­ja­ciela, nie znajdę go też tutaj w Archan­giel­sku, mię­dzy kup­cami i mary­na­rzami. Jed­nakże jakieś uczu­cia, które są obce niskim instynk­tom, natury ludz­kiej, tęt­nią prze­cież i w tych twar­dych ser­cach. Mój porucz­nik, na przy­kład, jest czło­wie­kiem o nad­zwy­czaj­nej odwa­dze i ini­cja­ty­wie; ma sza­loną ambi­cję, aby zdo­być sławę lub raczej, wyra­ża­jąc się bar­dziej kon­kret­nie, aby zro­bić karierę w swoim zawo­dzie. Jest on Angli­kiem, który choć obraca się w sfe­rze prze­są­dów naro­do­wych i zawo­do­wych, cią­głym pie­lę­gno­wa­niem by­naj­mniej nie zła­go­dzo­nych, zacho­wał jed­nak nie­które z naj­szla­chet­niej­szych przy­mio­tów ludz­kich. Zapo­zna­łem się z nim po raz pierw­szy na pokła­dzie statku wie­lo­ryb­ni­czego. Spo­tkaw­szy go tutaj, dowie­dzia­łem się, że jest bez pracy; chęt­nie też zgo­dził się przy­łą­czyć do wyprawy.

Kapi­tan to czło­wiek o wspa­nia­łym uspo­so­bie­niu i na okrę­cie cie­szy się zawsze nad­zwy­czaj­nym powa­ża­niem dzięki swemu umiar­ko­wa­niu i łagod­nej dys­cy­pli­nie. Ta oko­licz­ność oraz jego dobre imię czło­wieka pra­wego i nie­ustra­szo­nego czy­niły zeń nader pożą­dany naby­tek. Mło­dość spę­dzona w odosob­nie­niu i naj­lep­sze lata, prze­byte pod Twoją czułą i tro­skliwą opieką, do tego stop­nia ude­li­kat­niły pod­łoże, na któ­rym roz­wi­jał się mój cha­rak­ter, że nie potra­fię prze­zwy­cię­żyć spon­ta­nicz­nej odrazy wobec bru­tal­no­ści prak­ty­ko­wa­nej zwy­kle na pokła­dzie okrętu – byłem zawsze prze­ko­nany, że to jest nie­po­trzebne. A kiedy tylko sły­sza­łem o mary­na­rzu, zna­nym zarówno z dobrego serca, jak i powa­ża­nia i posłu­chu u załogi, uwa­ża­łem to za szcze­gólne szczę­ście, jeśli zdo­ła­łem zapew­nić sobie jego usługi. O kapi­ta­nie usły­sza­łem po raz pierw­szy w cał­kiem roman­tycz­nych oko­licz­no­ściach od pew­nej pani, która zawdzię­cza mu szczę­ście swego życia. Oto pokrótce opo­wieść o nim:

Kilka lat temu poko­chał młodą Rosjankę, posia­da­jącą skromną for­tunę. Ponie­waż zebrał pokaźny mają­tek z łupu wojen­nego, ojciec dziew­czyny zgo­dził się, żeby ją poślu­bił. Odwie­dziw­szy raz panią swego serca przed wyzna­czoną cere­mo­nią, zastał ją całą we łzach. Wtedy rzu­ciła się przed nim na kolana, bła­ga­jąc, żeby miał litość nad nią, i wyzna­jąc rów­no­cze­śnie, że kocha innego, który jed­nak jest biedny i że dla­tego ojciec ni­gdy nie zgo­dzi się na ich zwią­zek. Mój przy­ja­ciel ze wspa­nia­ło­myślną wyro­zu­mia­ło­ścią pocie­szył stra­pioną dziew­czynę i otrzy­maw­szy nazwi­sko jej uko­cha­nego, natych­miast ponie­chał dal­szych sta­rań o jej rękę. Już przed­tem zaku­pił ze swych pie­nię­dzy gospo­dar­stwo, aby spę­dzić w nim, jak pla­no­wał resztę życia. Wobec tej sytu­acji prze­niósł na rywala w dro­dze daro­wi­zny całe gospo­dar­stwo łącz­nie z pie­niędzmi pozo­sta­łymi mu jesz­cze na zakup inwen­ta­rza, a następ­nie sam usil­nymi proś­bami nale­gał na ojca dziew­czyny, żeby zgo­dził się na jej mał­żeń­stwo z uko­cha­nym. Lecz ojciec sta­now­czo opo­no­wał, uwa­ża­jąc, że jest hono­rowo zwią­zany przy­rze­cze­niem wobec mojego przy­ja­ciela. Ten zaś widząc, że ojciec jest nie­ubła­gany, opu­ścił kraj i wró­cił dopiero po otrzy­ma­niu wia­do­mo­ści, że daw­niej­sza jego uko­chana wyszła za mąż zgod­nie ze swymi uczu­ciami. „Co za szla­chetny czło­wiek!” – wykrzyk­niesz. Tak jest w isto­cie. Lecz nie ma on przy tym żad­nego wykształ­ce­nia – mil­czy jak Turek, a poza tym zdra­dza jakąś świad­czącą o igno­ran­cji nie­dba­łość, co spra­wia, że postę­po­wa­nie jego wydaje się tym bar­dziej zadzi­wia­jące, choć – z dru­giej strony – pomniej­sza zain­te­re­so­wa­nie i sym­pa­tię, jaką by w innym przy­padku mógł wokół sie­bie obu­dzić.

Niech Ci się jed­nak nie zdaje, jako­bym zaczął się wahać, dla­tego, że się tro­chę uża­lam albo że szu­kam jakie­goś pocie­sze­nia na trudy, któ­rych może ni­gdy nie zaznam. Moje posta­no­wie­nia są nie­od­wra­calne jak fatum. W tej chwili podróż moja odwleka się tylko do czasu, aż pogoda pozwoli nam wypły­nąć. Zima była strasz­li­wie sroga, ale wio­sna zapo­wiada się pomyśl­nie – ludzie tutejsi twier­dzą, że tak wcze­sna wio­sna jest tutaj rzadko spo­ty­ka­nym zja­wi­skiem. Moż­liwe więc, że będę mógł wyru­szyć na morze wcze­śniej, niż się spo­dzie­wa­łem. Lecz nie będę dzia­łał pochop­nie – znasz mnie dosta­tecz­nie i wiesz, że jestem roz­ważny i skru­pu­latny, zwłasz­cza gdy bez­pie­czeń­stwo innych jest w moich rękach.

Trudno mi opi­sać uczu­cia ogar­nia­jące mnie na widok bli­skiej reali­za­cji mego przed­się­wzię­cia. Nie umiem wytłu­ma­czyć Ci dosta­tecz­nie jasno tego wewnętrz­nego drże­nia, na wpół przy­jem­nego i na wpół nie­po­ko­ją­cego, z jakim przy­go­to­wuję się do wyru­sze­nia w nie­znane. Udaję się do nie­zba­da­nych obsza­rów, do „kra­iny mgły i śnież­nej bieli” – lecz żad­nego alba­trosa nie zabiję, nie potrze­bu­jesz więc lękać się o moje bez­pie­czeń­stwo ani o to, że mógł­bym wró­cić do Cie­bie zła­many i zbo­lały jak Stary mary­narz. Z pew­no­ścią uśmiech­niesz się na tę alu­zję, ale muszę wyja­wić Ci jeden sekret. Moje przy­wią­za­nie i gorący entu­zjazm dla nie­bez­piecz­nych tajem­nic oce­anu przy­pi­sy­wa­łem czę­sto wła­śnie temu utwo­rowi naj­bar­dziej fan­ta­stycz­nego z nowo­cze­snych poetów.

W duszy mojej dzieje się coś nie­zro­zu­mia­łego. Zasad­ni­czo jestem pra­co­wity i skru­pu­latny; wyko­nuję każdą pracę z upartą wytrwa­ło­ścią i nie szczę­dzę sobie wysiłku – ale poza tym jakieś umi­ło­wa­nie nie­zwy­kło­ści, jakaś wiara w nie­zwy­kłość prze­wija się poprzez wszyst­kie moje plany, co spy­cha mnie ze zwy­kłych dróg, jakimi cho­dzą ludzie, na nie­uczęsz­czane szlaki, nawet na nie­okieł­znane morze i nie­odwie­dzane przez nikogo obszary, na któ­rych zba­da­nie wła­śnie się wypra­wiam.

Ale powróćmy do przy­jem­niej­szego tematu. Czy będzie mi dane zoba­czyć się jesz­cze z Tobą po prze­mie­rze­niu ogrom­nych prze­strzeni wód, w powrot­nej dro­dze dokoła naj­bar­dziej na połu­dnie wysu­nię­tego przy­lądka Afryki lub Ame­ryki? Nie śmiem wie­rzyć, żebym miał tyle szczę­ścia, ale też trudno mi się prze­zwy­cię­żyć, by spoj­rzeć na ten piękny obraz z jego odwrot­nej strony. Tym­cza­sem pisz do mnie na­dal przy każ­dej spo­sob­no­ści – listy Twoje mogą dojść wła­śnie w trud­nych dla mnie momen­tach i speł­nić dobro­czynną przy­sługę pod­trzy­ma­nia mnie na duchu. Ślę Tobie moje naj­czul­sze uści­ski. Zacho­waj ser­deczną pamięć o mnie, gdy­bym już ni­gdy nie miał ode­zwać się do Cie­bie.

Twój kocha­jący bratRobert Wal­ton

List trzeci

do Pani Saville, Anglia

7 lipca 17.. r.

Piszę w pośpie­chu kilka stów, aby Ci donieść, że jestem zdrów i cały i że mam już za sobą ładny szmat mor­skiej drogi. List ten dotrze do Anglii za pośred­nic­twem statku han­dlo­wego, powra­ca­ją­cego z Archan­giel­ska. O ileż wię­cej szczę­ścia ma ten sta­tek niż ja, bo być może przez wiele lat nie zoba­czę rodzin­nego kraju. Mimo to jestem w dobrym nastroju. Mam ludzi śmia­łych i – jak się wydaje – zde­cy­do­wa­nych na wszystko. Nie prze­raża ich też pły­wa­jąca kra lodowa, prze­su­wa­jąca się obok nas bez prze­rwy i ostrze­ga­jąca przed nie­bez­piecz­nym obsza­rem, do któ­rego nie­sie nasz sta­tek. Osią­gnę­li­śmy już znaczną sze­ro­kość geo­gra­ficzną. Jest teraz pełne lato i choć nie tak cie­pło jak w Anglii, połu­dniowy wiatr, popy­cha­jący nas szybko ku owym upra­gnio­nym brze­gom, tchnie umiar­ko­wa­nym, ożyw­czym cie­płem, co jest miłą dla mnie nie­spo­dzianką.

Nie przy­da­rzyło nam się dotąd nic takiego, o czym trzeba by się roz­pi­sy­wać. Jeden czy dwa uparte sztormy i prze­ciek w jed­nym miej­scu – to tak mało ważne u doświad­czo­nego żegla­rza wypadki, że ich pra­wie nie notuję; będę bar­dzo zado­wo­lony, jeśli w dal­szej dro­dze nie przy­da­rzy nam się nic gor­szego.

Żegnaj, moja kochana Mał­go­rzato! Bądź pewna, że tak dla Two­jego, jak i swo­jego dobra nie będę się lek­ko­myśl­nie wysta­wiał na nie­bez­pie­czeń­stwo. Zacho­wam spo­kój, wytrwa­łość i roz­wagę.

Ale wysiłki moje muszą być uwień­czone powo­dze­niem. I dla­cze­góż by nie? Dotar­łem już tak daleko, wyzna­cza­jąc bez­pieczne przej­ście przez bez­drożne morza – niech gwiazdy same z góry patrzące, zaświad­czą o moim trium­fie. Dla­cze­góż bym nie miał prze­bi­jać się dalej przez nie­oswo­jony jesz­cze, a jed­nak posłuszny mi żywioł? Cóż może zatrzy­mać nie­ugięte serce i zde­cy­do­waną wolę czło­wieka.

W taki spo­sób wez­brane uczu­cia mego serca znaj­dują mimo woli upust. Ale muszę koń­czyć. Niech Bóg ma w opiece moją uko­chaną Sio­strę.

R. W.

List czwarty

do Pani Saville, Anglia

5 sierp­nia 17.. r.

Zda­rzył się nam tak dziwny wypa­dek, że trudno mi o tym nie napi­sać, jak­kol­wiek praw­do­po­dob­nie zoba­czymy się, zanim cały ten opis zdoła dotrzeć do Two­ich rąk.

W ubie­gły ponie­dzia­łek (31 lipca) zosta­li­śmy z bli­ska oto­czeni przez lody, które zamknęły nasz sta­tek ze wszyst­kich stron, pozo­sta­wia­jąc mu zale­d­wie tro­chę wod­nej prze­strzeni. Zna­leź­li­śmy się w dość nie­bez­piecz­nej sytu­acji, szcze­gól­nie dla­tego, że dokoła zale­gała bar­dzo gęsta mgła. Nie pozo­stało nam nic innego, jak zatrzy­mać się i cze­kać w nadziei, że nie­ba­wem nastąpi jakaś zmiana atmos­fe­ryczna.

Około godziny dru­giej mgła roz­wiała się i wtedy przed naszymi oczami otwo­rzył się widok roz­po­ście­ra­ją­cej się na wszyst­kie strony olbrzy­miej, zda­wa­łoby się nie­skoń­czo­nej, nie­re­gu­lar­nej rów­niny lodo­wej. Posły­sza­łem jęk pośród ota­cza­ją­cych mnie towa­rzy­szy i mnie samego zaczęły nacho­dzić nie­po­ko­jące obawy, kiedy nagle nie­zwy­kły widok przy­cią­gnął naszą uwagę i odwró­cił zatro­skane myśli od naszej wła­snej sytu­acji. W odle­gło­ści pół mili posu­wał się w stronę pół­nocy niski pojazd, osa­dzony na saniach, zaprzę­żony w psy. Zauwa­ży­li­śmy, że istota kształtu ludz­kiego, lecz wyraź­nie olbrzy­miego wzro­stu sie­działa w saniach i popę­dzała psy. Śle­dzi­li­śmy przez lunety nad­zwy­czaj szybką jazdę podróż­nego, dopóki nie znik­nął nam z oczu pomię­dzy widocz­nymi w dali nie­rów­no­ściami lodu.

To nader dziwne zja­wi­sko wpra­wiło nas w nie­po­jęte wprost zdu­mie­nie. Byli­śmy prze­ko­nani, że znaj­du­jemy się wiele setek mil od jakie­go­kol­wiek lądu, tym­cza­sem to, cośmy zoba­czyli, dowo­dzi­łoby raczej, że w rze­czy­wi­sto­ści nie był on tak odle­gły, jak nam się zda­wało. Skuci jed­nak przez lody, nie mogli­śmy w żaden spo­sób puścić się jego śla­dem, choć z natę­żoną uwagą patrzy­li­śmy, jak się odda­lał.

Mniej wię­cej dwie godziny po tym zda­rze­niu dały się sły­szeć napie­ra­jące wody i przed zapad­nię­ciem nocy lody pękły i uwol­niły nasz sta­tek. Pozo­sta­li­śmy jed­nak na miej­scu aż do rana, oba­wia­jąc się zde­rze­nia w ciem­no­ściach z wiel­kimi luź­nymi masami, pły­wa­ją­cymi zwy­kle dokoła po prze­ła­ma­niu się pokrywy lodo­wej. Czas ten wyko­rzy­sta­łem na kil­ku­go­dzinny wypo­czy­nek.

Rano jed­nak, zaraz jak tylko się roz­ja­śniło, uda­łem się na pokład. Ku mojemu zdu­mie­niu cała załoga była zgro­ma­dzona po jed­nej stro­nie statku, naj­wi­docz­niej pro­wa­dząc roz­mowę z kimś znaj­du­ją­cym się na morzu. Były tam, w rze­czy samej takie same sanie, jakie widzie­li­śmy już poprzed­nio. Sanie te, zno­szone przez wielką krę lodową, zna­la­zły się w ciągu nocy przy naszym statku. Tylko jeden pies pozo­stał przy życiu, lecz w saniach był jakiś czło­wiek, któ­rego załoga usi­ło­wała prze­ko­nać, że powi­nien wejść na pokład. W prze­ci­wień­stwie do swego poprzed­nika, który wyglą­dał jak miesz­ka­niec jakiejś nie­zna­nej wyspy, był on Euro­pej­czy­kiem. Kiedy uka­za­łem się na pokła­dzie, kapi­tan powie­dział:

– Wła­śnie nad­cho­dzi nasz dowódca; nie pozwoli on panu zgi­nąć na peł­nym morzu.

Ujrzaw­szy mnie, nie­zna­jomy zwró­cił się do mnie po angiel­sku, jed­nak z nie­zu­peł­nie czy­stym akcen­tem:

– Czy nie zechciałby mnie pan poin­for­mo­wać, zanim wejdę na pokład waszego statku, w jakim kie­runku pły­nie­cie?

Możesz wyobra­zić sobie moje zdu­mie­nie wobec takiego pyta­nia, kiedy zwraca się z nim czło­wiek znaj­du­jący się w sta­nie osta­tecz­nego wyczer­pa­nia i dla któ­rego sta­tek mój – jak­żeż bym mógł przy­pusz­czać ina­czej! – powi­nien być zba­wie­niem, sta­no­wią­cym dla niego znacz­nie więk­szą war­tość niż naj­więk­sze bogac­twa tego świata. Nie­mniej jed­nak odpo­wie­dzia­łem mu, że pły­niemy jako wyprawa odkryw­cza na bie­gun pół­nocny.

Odpo­wiedź ta zda­wała się go zado­wa­lać, toteż zgo­dził się wejść na pokład. Wielki Boże! Gdy­byś widziała, Mał­go­rzato, czło­wieka, który w ten spo­sób kapi­tu­lo­wał dla oca­le­nia życia, zdu­mie­nie Twoje nie mia­łoby gra­nic. Ręce i nogi miał zamar­z­nięte, a ciało jego było strasz­li­wie wycień­czone na sku­tek cier­pień i zmę­cze­nia. Nie widzia­łem jesz­cze czło­wieka w tak roz­pacz­li­wym sta­nie. Pró­bo­wa­li­śmy prze­nieść go do kabiny, ale odcięty od dostępu świe­żego powie­trza, natych­miast zemdlał. Wobec tego zanie­śli­śmy go z powro­tem na pokład, gdzie przy­wró­ci­li­śmy mu przy­tom­ność, nacie­ra­jąc go konia­kiem i zmu­sza­jąc do połknię­cia nie­wiel­kiej ilo­ści. Na pierw­sze oznaki życia zawi­nę­li­śmy go w koce i usa­do­wi­li­śmy przy piecu kuchen­nym. Stop­niowo przy­szedł do sie­bie, po czym zjadł tro­chę zupy, co mu cudow­nie pomo­gło.

Po dwóch dniach stan jego popra­wił się o tyle, że mógł już mówić. Czę­sto nacho­dziły mnie obawy, że prze­byte cier­pie­nia ode­brały mu rozum. Jed­nak po pew­nym cza­sie zdro­wie jego widocz­nie się polep­szyło; kaza­łem go wtedy prze­nieść do mojej wła­snej kabiny i pie­lę­gno­wa­łem tak, jak mi na to pozwa­lały obo­wiązki. Tak cie­ka­wej istoty jesz­cze nie widzia­łem. Zazwy­czaj w dziw­nym bla­sku jego oczu uze­wnętrz­nia się coś dzi­kiego, a nawet sza­leń­czego. Ale bywają też chwile, kiedy ktoś okaże mu tro­chę ser­decz­no­ści albo wyświad­czy drob­niutką przy­sługę, a twarz jego roz­ja­śnia się i pro­mie­niuje taką pełną sło­dy­czy dobro­cią, jakiej dotąd jesz­cze ni­gdy nie spo­tka­łem. W ogóle jed­nak gnębi go melan­cho­lia i roz­pacz, cza­sami zaś zgrzyta zębami, jakby mio­tała nim nie­cier­pli­wość, bun­tu­jąca się prze­ciw nad­mier­nemu brze­mie­niu udręki.

Gdy nastą­piła dal­sza poprawa, mia­łem dużo kło­potu z ludźmi naprzy­krza­ją­cymi się, żeby go o wszystko wypy­ty­wać. Nie mogłem prze­cież dopu­ścić do tego, aby go zadrę­czali próżną cie­ka­wo­ścią, kiedy jego stan zdro­wotny i umy­słowy wyma­gały abso­lut­nego spo­koju. Raz jed­nak pierw­szy ofi­cer zapy­tał go, dla­czego zapę­dził się aż tak daleko pośród tych lodów i to tak nie­zwy­kłym pojaz­dem.

Twarz jego natych­miast przy­brała wygląd naj­bar­dziej ponu­rej zacię­to­ści, gdy odparł:

– W poszu­ki­wa­niu kogoś, kto zbiegł przede mną.

– A czy czło­wiek, któ­rego pan ściga, podró­żo­wał w ten sam spo­sób?

– Tak.

– W takim razie z pew­no­ścią go widzie­li­śmy, bo wła­śnie jeden dzień przed pana przy­by­ciem widzie­li­śmy zaprzęg psów cią­gną­cych po lodzie sanie z czło­wie­kiem.

Wia­do­mość ta wywarła wiel­kie wra­że­nie na nie­zna­jo­mym. Zaraz też zaczął wypy­ty­wać o kie­ru­nek drogi, jakiej trzy­mał się ten demon, jak go wtedy nazwał. A zaraz potem, kiedy zna­leź­li­śmy się sami powie­dział:

– Nie­wąt­pli­wie wzbu­dzi­łem pana cie­ka­wość, jak też tych poczciw­ców, ale jest pan zbyt dys­kretny i wyro­zu­miały, żeby mnie wypy­ty­wać.

– Z pew­no­ścią. Z mojej strony byłoby naprawdę bar­dzo nie­grzecz­nie i nie po ludzku zamę­czać pana natrętną cie­ka­wo­ścią.

– A prze­cież wyra­to­wał mnie pan z nie­zwy­kłej i nie­bez­piecz­nej sytu­acji. Pań­ska dobroć przy­wraca mi życie.

Nie­długo potem zapy­tał, czy pęka­jące lody mogły, moim zda­niem, spo­wo­do­wać znisz­cze­nie tam­tych sań. Odpo­wie­dzia­łem, że brak tu abso­lut­nej pew­no­ści, bo lody pękały dopiero koło pół­nocy i podróżny mógł do tego czasu zna­leźć się w bez­piecz­nym miej­scu. Lecz tego nie mogłem roz­strzy­gnąć.

Odtąd jakby nowy duch wstą­pił w tę ruinę czło­wieka. Chciał nie­zwłocz­nie wyjść na pokład, aby szu­kać sań, któ­re­śmy przed­tem tak nie­spo­dzie­wa­nie ujrzeli. Wytłu­ma­czy­łem mu jed­nak, żeby pozo­stał w kabi­nie, ponie­waż był zbyt wyczer­pany i słaby i nie wytrzy­małby suro­wego mroź­nego powie­trza. Przy­rze­kłem mu nato­miast, że zastąpi go w tym wypa­try­wa­niu ktoś inny i, jeśli tylko pojawi się coś nowego, zosta­nie natych­miast powia­do­miony.

Tyle mówi mój dzien­nik na temat tego nie­zwy­kłego zda­rze­nia, aż po dzień dzi­siej­szy. Stan zdro­wia nie­zna­jo­mego stop­niowo się polep­sza. Mil­czy jed­nak upo­rczy­wie i czuje się nie­swojo, jeśli zamiast mnie ktoś inny wej­dzie do kabiny. Ale przy tym ma w sobie coś tak nie­zwy­kle miłego i pocią­ga­ją­cego, że zjed­nał sobie całą załogę. Wszy­scy mary­na­rze inte­re­sują się jego osobą, jak­kol­wiek mieli z nim bar­dzo mało stycz­no­ści. Jeśli cho­dzi o mnie, to zaczy­nam kochać go jak brata, a cią­gła i głę­boka udręka, jaką prze­żywa, napeł­nia serce moje współ­czu­ciem i sym­pa­tią. Kie­dyś, gdy los był dla niego łaskaw­szy, musiała to być naprawdę szla­chetna istota, bo prze­cież i teraz, w sta­nie takiej ruiny, trudno oprzeć się jego miłej powierz­chow­no­ści.

W jed­nym z moich listów, kochana Mał­go­rzato, wyra­zi­łem się, że na tym sze­ro­kim oce­anie nie znajdę żad­nego przy­ja­ciela. A prze­cież natra­fi­łem na czło­wieka, który, zanim zła­mał go okrutny los, jak­żeby mnie uszczę­śli­wił, gdyby dane mi było pozy­skać jego przy­jaźń i bra­ter­stwo.

Dzien­nik mój, doty­czący nie­zna­jo­mego, będę pisał dalej z prze­rwami, uza­leż­nio­nymi od zaj­ścia świe­żych, god­nych zano­to­wa­nia wypad­ków.

13 sierp­nia 17.. r.

Moje uczu­cie dla gościa wzra­sta z każ­dym dniem. Aż się zdu­mie­wam, do jakiego stop­nia potra­fił wzbu­dzić jed­no­cze­śnie mój podziw i litość. Czy można bowiem zacho­wać się obo­jęt­nie, bez uczu­cia głę­bo­kiego żalu, widząc, jak taka szla­chetna istota ginie bez ratunku? Jaki on sub­telny, a zara­zem mądry, co za umysł, co za kul­tura! A gdy­byś go tylko mogła usły­szeć! Cho­ciaż wypo­wiada się bar­dziej wyszu­ka­nym języ­kiem, mówi z nie­zwy­kłą płyn­no­ścią i elo­kwen­cją.

Obec­nie stan jego zdro­wia znacz­nie się polep­szył. Nie scho­dzi pra­wie wcale z pokładu, bacz­nie wypa­truje sań, które go wyprze­dziły. A prze­cież, choć tak nie­szczę­śliwy, nie jest wyłącz­nie zaab­sor­bo­wany wła­sną tra­ge­dią, ale żywo inte­re­suje się dru­gimi i ich pla­nami na przy­szłość. Czę­sto roz­ma­wia ze mną o moich wła­snych pla­nach, któ­rych też wcale przed nim nie ukry­wam. Słu­chał z uwagą moich wszyst­kich wywo­dów o moż­li­wo­ści pomyśl­nego zre­ali­zo­wa­nia tych pla­nów i wni­kał w każdy naj­drob­niej­szy szcze­gół oraz dopy­ty­wał, jakie środki już przed­się­wzią­łem, by zapew­nić sobie powo­dze­nie. Poru­szony sym­pa­tią, z jaką mnie wysłu­chi­wał, otwo­rzy­łem przed nim swoje serce, dając upust pło­mien­nym marze­niom, które prze­pa­lały mą duszę, oraz gło­sząc w pełni zagrze­wa­ją­cego mnie unie­sie­nia, z jaką rado­ścią poświę­cił­bym mają­tek, życie i wszel­kie inne nadzieje, byleby jak naj­prę­dzej urze­czy­wist­nić przed­się­wzięte dzieło. Życie lub śmierć jed­nego czło­wieka to bar­dzo skromna cena za zdo­by­cie wie­dzy, któ­rej szu­ka­łem, za uzy­ska­nie nie­ogra­ni­czo­nej wła­dzy, dzięki któ­rej zapa­no­wał­bym nad pier­wot­nymi siłami, zagra­ża­ją­cymi rasie ludz­kiej. Kiedy tak mówi­łem, ponury mrok prze­sło­nił twarz słu­cha­ją­cego. Naj­pierw zauwa­ży­łem, że usi­ło­wał stłu­mić opa­no­wu­jące go wzru­sze­nie i zakrył rękami oczy. Głos zaczął mi się zała­my­wać i ugrzązł w gar­dle, kiedy zoba­czy­łem, jak łzy szybko prze­cie­kają mu przez palce. Głę­boki jęk wyrwał się z jego ciężko pod­no­szą­cej się piersi. Zamil­kłem. Wresz­cie ode­zwał się prze­ry­wa­nymi co chwila sło­wami:

– Co czy­nisz, nie­szczę­śliwy? Czy i cie­bie ogar­nęło to samo sza­leń­stwo? Czy i ty napi­łeś się tego odu­rza­ją­cego napoju? Posłu­chaj mnie, posłu­chaj mojej nie­co­dzien­nej opo­wie­ści, a nie­chyb­nie odtrą­cisz ten kie­lich od ust!

Łatwo sobie wyobra­zisz, że słowa te mocno pod­sy­ciły moją cie­ka­wość. Lecz silny nawrót bólu obez­wład­nił i tak już nad­wą­tlone siły nie­zna­jo­mego, aż dopiero wie­lo­go­dzinny odpo­czy­nek i uspo­ka­ja­jące roz­mowy zdo­łały przy­wró­cić mu rów­no­wagę.

Prze­zwy­cię­żyw­szy ten gwał­towny wybuch uczuć, nie­zna­jomy nie ukry­wał, jak gar­dził sobą za ten brak opa­no­wa­nia i tłu­miąc atak ponu­rej roz­pa­czy, napro­wa­dził roz­mowę znowu na moje oso­bi­ste sprawy. Wypy­ty­wał mnie, jak spę­dzi­łem młode lata. Opo­wia­da­nie było nie­dłu­gie, ale wywo­łało tok róż­nych myśli i reflek­sji. Mówi­łem mu o moim pra­gnie­niu zna­le­zie­nia przy­ja­ciela, o mojej nie­za­spo­ko­jo­nej potrze­bie bar­dziej poufa­łej sym­pa­tii z pokrew­nym sobie umy­słem, niż mi to dotych­czas było dane; wyra­zi­łem rów­nież prze­ko­na­nie, że o wiel­kim szczę­ściu nie może mówić czło­wiek, który nie zaznał bło­go­sła­wień­stwa przy­jaźni.

– Zga­dzam się z tobą – przy­znał nie­zna­jomy. – Jeste­śmy isto­tami nie­u­kształ­to­wa­nymi i tylko poło­wicz­nie wyro­bio­nymi, jeżeli ktoś mądrzej­szy, lep­szy i bar­dziej nam miły niż my sami – bo takim wła­śnie powi­nien być przy­ja­ciel – nie uży­czy nam swej pomocy, by udo­sko­na­lić naszą słabą i błędną naturę. Mia­łem kie­dyś przy­ja­ciela, naj­szla­chet­niej­szą pod słoń­cem istotę; mam zatem prawo osą­dzić, czym powinna być przy­jaźń. Tobie pozo­stała jesz­cze nadzieja i świat stoi przed tobą otwo­rem; nie masz też żad­nego powodu do roz­pa­czy. Ale ja – ja stra­ci­łem wszystko i nie mogę życia roz­po­cząć od nowa.

Gdy to powie­dział, na jego umę­czo­nej twa­rzy poja­wił się wyraz cichego zre­zy­gno­wa­nia, co mnie do głębi wzru­szyło. Nic już jed­nak nie dodał i wró­cił zaraz do kabiny.

Choć tak zła­many na duchu, potra­fił głę­boko, jak nikt inny, odczu­wać piękno natury. Roz­gwież­dżone niebo, morze i każdy widok w tej cudow­nej kra­inie z nie­od­partą mocą odrywa duszę jego od ziemi. Czło­wiek taki ma dwo­jaką egzy­sten­cję, może zno­sić udręki cier­pie­nia i dozna­wać naj­sroż­szych roz­cza­ro­wań, jed­nak kiedy zamyka się w sobie, staje się jak gdyby duchem nie­biań­skim oto­czo­nym nim­bem nie­ty­kal­no­ści, któ­rego żadna przy­ziemna zgry­zota czy sza­leń­stwo nie waży się naru­szyć.

Praw­do­po­dob­nie uśmie­chasz się pobłaż­li­wie na entu­zjazm, z jakim wyra­żam się o tym nie­ziem­skim wędrowcu, ale gdy­byś go zoba­czyła, nie dzi­wi­ła­byś się ani chwili. Wśród dobro­czyn­nego wpływu ksią­żek i w odosob­nie­niu od peł­nego pokus i zasa­dzek świata sta­łaś się w pew­nym stop­niu wybredna; ale dzięki temu łatwiej niż kto inny potra­fi­ła­byś oce­nić nad­zwy­czajne przy­mioty tego wspa­nia­łego czło­wieka. Docie­ka­łem nie­raz, na czym polega ta szcze­gólna jego wła­ści­wość, wyno­sząca go tak wybit­nie ponad tych wszyst­kich ludzi, któ­rych dotąd pozna­łem. Wydaje mi się, że jest to zdol­ność intu­icyj­nego pozna­wa­nia; bystra, a ni­gdy nie­za­wodna zdol­ność roz­są­dza­nia, zdol­ność prze­ni­ka­nia przy­czyn rze­czy, wprost nie­zrów­nana w swej jasno­ści i pre­cy­zji. Jak wspa­nia­łym tego dopeł­nie­niem jest nie­zwy­kła łatwość wyra­ża­nia się i głos o tak cudow­nej skali into­na­cji, że brzmi niby urze­ka­jąca muzyka.

19 sierp­nia 17.. r.

Nie­zna­jomy powie­dział wczo­raj do mnie:

– Może pan bez trudu zauwa­żyć, kapi­ta­nie Wal­ton, że zno­si­łem wiel­kie, nad­ludz­kie nie­szczę­ścia. Swego czasu posta­no­wi­łem, że pamięć tych okrop­no­ści powinna zejść razem ze mną do grobu, lecz ze względu na pana zmie­niam to posta­no­wie­nie. Podob­nie jak kie­dyś ja sam, szu­kasz wie­dzy i mądro­ści. Żywię szczerą nadzieję, że zaspo­ko­je­nie two­ich pra­gnień nie sta­nie się dla cie­bie czymś, co jak żmija zatruje cię swym jadem, jak to mnie się zda­rzyło. Nie wiem, czy przy­służę się tobie, opo­wia­da­jąc o swo­ich nie­szczę­ściach, ale kiedy pomy­ślę, że dążysz tą samą co ja drogą, wysta­wia­jąc się na te same nie­bez­pie­czeń­stwa, które tyle oto ze mnie zosta­wiły, wyobra­żam sobie, że możesz wypro­wa­dzić odpo­wiedni morał z mojej opo­wie­ści; taki, który pokie­ruje tobą, jeśli się tobie poszczę­ści, albo też pocie­szy w przy­padku nie­po­wo­dze­nia. Musisz być przy­go­to­wany na to, że usły­szysz o zda­rze­niach, które powszech­nie nazy­wają cudami. Gdyby ota­cza­jąca nas tutaj przy­roda była mniej dzika, mniej groźna, to wów­czas oba­wiał­bym się, że spo­tkam się z nie­do­wie­rza­niem z two­jej strony, a może nawet ośmie­szył­bym w two­ich oczach. Ale tu, w tych obcych stro­nach, przy­tła­cza­ją­cych swą dzi­ko­ścią i tchną­cych taką tajem­ni­czo­ścią, różne rze­czy, które wywo­ła­łyby śmiech u wszyst­kich nie­wta­jem­ni­czo­nych w tę cią­głą prze­mianę sił natury, tutaj wydają się zupeł­nie moż­liwe. A poza tym nie ulega wąt­pli­wo­ści, że moja opo­wieść dostar­cza dosta­tecz­nego dowodu praw­dzi­wo­ści, wyni­ka­ją­cego ze skła­da­ją­cych się na nią zda­rzeń.

Z łatwo­ścią wyobra­zisz sobie, jak bar­dzo ucie­szyła mnie ta wiele obie­cu­jąca zapo­wiedź. Nie chciał­bym jed­nak w żad­nym razie, aby opo­wia­da­jąc mi swe nie­szczę­sne dzieje, miał w ten spo­sób odświe­żyć bole­sne, nie­za­bliź­nione jesz­cze rany. Nie­mniej z naj­więk­szą ochotą przy­go­to­wy­wa­łem się do wysłu­cha­nia prze­uro­czej opo­wie­ści, czę­ściowo z cie­ka­wo­ści, czę­ściowo zaś przez usilne pra­gnie­nie ulże­nia jego cięż­kiemu losowi, ile tylko było w mojej mocy. Uczu­cia te wyra­zi­łem w swo­jej odpo­wie­dzi.

– Dzię­kuję – odrzekł – za tę ser­deczną sym­pa­tię, ale mnie już nic nie pomoże, los mój bowiem już się dopeł­nia. Cze­kam jesz­cze tylko na jedno, a potem spo­cznę w spo­koju. Rozu­miem twoje uczu­cie – mówił dalej, widząc, że chcia­łem mu prze­rwać – ale mylisz się, przy­ja­cielu, jeśli tak pozwo­lisz mi cię nazwać. Nic nie może zmie­nić mego prze­zna­cze­nia, posłu­chaj mojej histo­rii, a prze­ko­nasz się, jakie ono jest zde­cy­do­wane i nie­od­wra­calne.

Potem obie­cał mi, że opo­wieść swoją roz­pocz­nie następ­nego dnia, w cza­sie kiedy będę wolny od służby. Nie mogłem powstrzy­mać się od naj­go­ręt­szych za to podzię­ko­wań. Posta­no­wi­łem sobie, że każ­dego wie­czoru, kiedy nie będę zajęty żad­nymi obo­wiąz­kami wyma­ga­ją­cymi nie­odzow­nie mojego oso­bi­stego dozoru, będę zapi­sy­wał, o ile tylko się da, w jego wła­snych sło­wach wszystko, co opo­wie­dział w ciągu danego dnia albo przy­naj­mniej robił krót­kie notatki, gdy­bym był zbyt zajęty. Ręko­pis ten sprawi Tobie nie­wąt­pli­wie wielką przy­jem­ność, a z jakimże zain­te­re­so­wa­niem i uczu­ciem będę czy­tał go kie­dyś w przy­szło­ści ja sam, który oso­bi­ście zna­łem jego boha­tera i opo­wieść sły­sza­łem z jego wła­snych ust! Nawet teraz, kiedy przy­stę­pują do tego zada­nia, czy­sty i dono­śny głos roz­brzmiewa nie­ustan­nie w moich uszach, pełne bla­sku oczy patrzą na mnie z całą swą melan­cho­lijną sło­dy­czą, widzę szczu­płą dłoń pod­nie­sioną w oży­wie­niu, pod­czas gdy rysy twa­rzy roz­świe­tlone są od wewnątrz żarem duszy. Jakże prze­dziwne i pełne umę­cze­nia muszą być jego dzieje i jak strasz­liwa burza, co tar­gnęła tym wspa­nia­łym okrę­tem na wiel­kiej dro­dze i zdru­zgo­tała go!

Roz­dział pierw­szy

Pocho­dzę z Genewy. Moja rodzina należy do naj­wy­bit­niej­szych w tej repu­blice. Przod­ko­wie moi byli przez wiele lat rad­cami i syn­dy­kami. Ojciec zaj­mo­wał kilka sta­no­wisk spo­łecz­nych, z któ­rych wywią­zy­wał się z hono­rem, zysku­jąc powszechne uzna­nie. Był sza­no­wany przez wszyst­kich, któ­rzy znali go jako czło­wieka pra­wego i w spra­wach publicz­nych ni­gdy nie­stru­dzo­nego. Lata pierw­szej mło­do­ści spę­dził zajęty bez reszty spra­wami swego kraju. Spra­wił, że nie oże­nił się wcze­śnie, a dopiero u schyłku życia wszedł w stan mał­żeń­ski i został ojcem rodziny.

Ponie­waż oko­licz­no­ści jego mał­żeń­stwa ilu­strują jego cha­rak­ter, będę musiał o nich opo­wie­dzieć. Jed­nym z jego naj­bliż­szych przy­ja­ciół był kupiec, który ze stanu wspa­nia­łego roz­kwitu popadł przez splot nie­po­myśl­nych wypad­ków w depry­mu­jące ubó­stwo. Czło­wiek ten, nazwi­skiem Beau­fort, miał dumne i nie­ugięte uspo­so­bie­nie i nie mógł się prze­zwy­cię­żyć, aby żyć w nędzy i zapo­mnie­niu w tym samym kraju, gdzie daw­niej, dzięki przy­na­leż­no­ści do naj­wyż­szej klasy spo­łecz­nej i dzięki impo­nu­ją­cej oka­za­ło­ści, z jaką zawsze wystę­po­wał, był znaną i wybitną oso­bi­sto­ścią. Spła­ciw­szy więc długi w spo­sób naj­bar­dziej hono­rowy, usu­nął się z córką do mia­sta Lucerny, gdzie żył nikomu nie­znany, w sta­nie god­nym naj­więk­szego poli­to­wa­nia. Ojciec kochał Beau­forta uczu­ciem naj­praw­dziw­szej przy­jaźni, toteż jego usu­nię­cie się od świata w tak nie­szczę­snych oko­licz­no­ściach głę­boko cią­żyło mu na sercu. Gorzko wyrze­kał na fał­szywą dumę, która kazała przy­ja­cie­lowi postą­pić w spo­sób tak mało licu­jący ze szcze­rym uczu­ciem, jakie ich łączyło. Nie tra­cił jed­nak czasu ani spo­sob­no­ści, aby go tylko odszu­kać, żywiąc nadzieję, że namówi go do roz­po­czę­cia kariery w świe­cie na nowo, udzie­la­jąc mu pomocy pie­nięż­nej i innej.

Beau­fort przed­się­wziął sku­teczne środki, aby utrud­nić poszu­ki­wa­nia. Dopiero po dzie­się­ciu mie­sią­cach udało się ojcu odna­leźć jego miej­sce zamiesz­ka­nia. Nie­zmier­nie z tego powodu ura­do­wany, pospie­szył szybko do domu, w któ­rym miesz­kał i który znaj­do­wał się w ubo­giej uliczce. Ale na progu powi­tała go tylko nędza i roz­pacz. Z ruiny swego majątku Beau­fort zdo­łał oca­lić zale­d­wie drobną sumę pie­nię­dzy. Wystar­czyło mu to, aby zapew­nić sobie utrzy­ma­nie na kilka mie­sięcy, rów­no­cze­śnie zaś spo­dzie­wał się, że w tym cza­sie wystara się o przy­zwo­ite zaję­cie w jakimś domu towa­ro­wym. Okres ten jed­nak zeszedł na bez­czyn­no­ści, a drę­czący go żal coraz bar­dziej się tylko pogłę­biał i doku­czał, a miał dość czasu na roz­my­śla­nia; w końcu tak kom­plet­nie opa­no­wał jego umysł, że po trzech zale­d­wie mie­sią­cach Beau­fort został zło­żony nie­mocą, nie­zdolny do jakie­go­kol­wiek wysiłku.

Córka pie­lę­gno­wała go z naj­więk­szą czu­ło­ścią i odda­niem, lecz rów­no­cze­śnie ogar­niała ją roz­pacz, kiedy widziała, jak gwał­tow­nie maleją ich szczu­płe zasoby, a nie było przy tym żad­nej nadziei na zdo­by­cie innych środ­ków. Ale Karo­lina Beau­fort posia­dała nie­prze­ciętny umysł i cha­rak­ter – odwaga dopo­mo­gła dziel­nej dziew­czy­nie sta­wić czoło prze­ciw­no­ściom. Wysta­rała się o pro­stą pracę – spla­tała słomę. Tymi i innymi spo­so­bami zdo­by­wała nędzny zaro­bek, zale­d­wie wystar­cza­jący na skromne utrzy­ma­nie.

I tak minęło kilka mie­sięcy. Stan ojca się pogar­szał. Pra­wie cały swój czas musiała poświę­cić na pie­lę­gno­wa­nie cho­rego, wsku­tek czego jej środki utrzy­ma­nia znacz­nie się skur­czyły. Po nie­spełna dzie­się­ciu mie­sią­cach ojciec umarł na jej rękach, pozo­sta­wia­jąc ją jako sie­rotę i żebraczkę. Ten ciężki cios był nie do znie­sie­nia. Upadł­szy na kolana przy trum­nie Beau­forta, pła­kała gorz­kimi łzami. Tak zastał ją mój ojciec, kiedy wszedł do pokoju. Zja­wił się jak duch opie­kuń­czy i przy­jął biedną dziew­czynę pod swoje skrzy­dła. Pogrze­baw­szy przy­ja­ciela, zabrał ją ze sobą do Genewy i oddał pod opiekę krew­nym. W dwa lata po tym wyda­rze­niu Karo­lina została jego żoną.

Mię­dzy moimi rodzi­cami była znaczna róż­nica wieku, lecz oko­licz­ność ta jakby jesz­cze sil­niej łączyła ich wię­zami wza­jem­nego odda­nia. Pro­sto­li­nijny umysł ojca kie­ro­wał się szcze­gól­nym poczu­ciem słusz­no­ści – toteż zanim by się poważ­nie zaan­ga­żo­wał w spra­wie miło­snej, musiał naj­pierw stwier­dzić, że jest w pełni uza­sad­niona i zasłu­żona. Być może, ciężko kie­dyś prze­ży­wał tra­ge­dię miło­sną, zawiódł­szy się na jakiejś lek­ko­myśl­nej uko­cha­nej, i potem, uprze­dzony, wystrze­gał się zbyt pochop­nego oce­nia­nia war­to­ści rze­czy uprzed­nio nie wypró­bo­wa­nych. W jego przy­wią­za­niu do mojej matki była nie­ta­jona wdzięcz­ność i cześć, w czym jed­nak zasad­ni­czo róż­nił się od ludzi w swoim wieku, zwy­kle dzie­cin­nie zadu­rzo­nych. Na jego sto­su­nek uczu­ciowy skła­dał się bowiem sza­cu­nek dla jej wiel­kich zalet oraz pra­gnie­nie, aby w pew­nym stop­niu przy­czy­nić się oso­bi­ście do wyna­gro­dze­nia jej dozna­nego bólu i cier­pień. Nada­wało to jego posta­wie nie­zwy­kłego wdzięku i czaru. Robił wszystko, by tylko dogo­dzić jej życze­niom i potrze­bom. Chciałby osło­nić ją przed złem i krzywdą, podob­nie jak piękne tro­pi­kalne kwiaty osła­nia się przed wpły­wem obcego kli­matu. Chciał stwo­rzyć dla niej takie oto­cze­nie, w któ­rym jej sub­telny i szla­chetny umysł zaży­wałby bez końca rado­snych emo­cji. Bo prze­cież jej zdro­wie, a nawet jej dotych­czas nie­za­chwiany spo­kój wewnętrzny został wstrzą­śnięty prze­żytą nie­dawno tra­ge­dią.

W ciągu dwóch lat poprze­dza­ją­cych ich ślub ojciec rezy­gno­wał po kolei ze wszyst­kich swo­ich funk­cji spo­łecz­nych. Bez­po­śred­nio zaś po zawar­ciu związku mał­żeń­skiego udali się w podróż po sło­necz­nej Ita­lii. Cią­gła zmiana miej­sca oraz nie­słab­nące ni­gdy zain­te­re­so­wa­nie, jakie towa­rzy­szy podróż­ni­kowi w tym cudow­nym kraju, miały się przy­czy­nić do wzmoc­nie­nia i pokrze­pie­nia osła­bio­nego orga­ni­zmu mojej matki.

Z Ita­lii udali się na zwie­dze­nie Nie­miec i Fran­cji. Uro­dzi­łem się, jako ich naj­star­sze dziecko, w Neapolu i od nie­mow­lęc­twa towa­rzy­szy­łem im w ich wędrów­kach. Byłem też przez kilka lat jedy­nym ich dziec­kiem. Tak bar­dzo do sie­bie przy­wią­zani, zda­wali się czer­pać niby z cza­ro­dziej­skiego źró­dła miło­ści nie­prze­brane skarby uczuć, które prze­le­wali na mnie. Czułe piesz­czoty matki oraz pełen dobroci i zado­wo­le­nia uśmiech ojca wpa­trzo­nego we mnie – to moje pierw­sze wspo­mnie­nia. Byłem ich roz­ko­szą i bóstwem, i czymś lep­szym jesz­cze – ich dziec­kiem, nie­win­nym i bez­rad­nym stwo­rze­niem, zesła­nym im przez niebo. Wycho­wa­nie tej istoty na poży­teczną jed­nostkę i jej przy­szły los spo­czy­wał w ich rękach – od tego, jak wypeł­nią wobec niej swe obo­wiązki, zale­żało, czy pokie­rują nią ku szczę­ściu, czy nieszczę­ściu. Głę­bo­kie prze­świad­cze­nie o tym, co winni byli isto­cie, któ­rej dali życie, łącz­nie z oży­wia­jącą oboje tkli­wo­ścią, jaką mi stale oka­zy­wali, może dać wyobra­że­nie o tym, jak w ciągu mych lat dzie­cin­nych wpo­jone mi zostały zasady dobrego wycho­wa­nia, pole­ga­jące na opa­no­wa­niu, cier­pli­wo­ści i miło­sier­dziu, któ­rych mnie codzien­nie uczono, a rów­no­cze­śnie świad­czy o nie­zmier­nie umie­jęt­nym zaj­mo­wa­niu się mną, dzięki czemu wszystko wyda­wało mi się jed­nym cią­giem zabawy i rado­ści.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki