Firma - John Grisham - ebook + audiobook
Opis

Mitchell McDeere, wyróżniający się student prawa, może przebierać w ofertach. O dziwo, najatrakcyjniejszą otrzymuje nie z wielkiej nowojorskiej korporacji, lecz z niedużej firmy w Memphis. Zachęcony wysokimi zarobkami i innymi korzyściami, decyduje się wraz z żoną przeprowadzić się do Tennessee. Wkrótce FBI informuje go, że jego Firma zajmuje się praniem brudnych pieniędzy, i daje wybór: albo Mitchell pójdzie na współpracę z Biurem, albo wyląduje w więzieniu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 631

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 43 min

Lektor: Krzysztof Globisz

Popularność


WYMARZONA PRACA W KANCELARII PRAWNEJ, KTÓRA ZAMIENIA SIĘ W KOSZMAR.

Nigdy nie dostajesz nic za darmo… Mitch McDeere, wyróżniający się student prawa Uniwersytetu Harvarda, powinien był to wiedzieć, kiedy wybierał między ofertami pracy. Zdecydował się na firmę z Memphis, która zaproponowała mu najwięcej: świetne zarobki, piękny dom, luksusowy samochód. Wkrótce po tym, jak rozpoczyna pracę, FBI funduje mu zimny prysznic. Informuje Mitcha, że jego firma zajmuje się praniem brudnych pieniędzy, i daje prosty wybór: albo pójdzie na współpracę z Biurem i będzie donosił na swoich pracodawców, albo wyląduje w więzieniu.

Na podstawie Firmy Sydney Pollack nakręcił głośny film pod tym samym tytułem, z Tomem Cruise’em i Gene’em Hackmanem.

John Grisham

Współczesny amerykański pisarz, autor 38 powieści (w tym sześciu dla młodzieży), fabularyzowanego reportażu oraz zbioru opowiadań. Jego książki ukazują się w prawie 50 językach, a ich łączny nakład przekroczył 300 milionów egzemplarzy. W 2011 r. otrzymał prestiżową nagrodę literacką Harper Lee.

Po twórczość Grishama chętnie sięgają filmowcy takiej miary jak Sydney Pollack, Francis Ford Coppola, Robert Altman czy Alan J. Pakula, a ekranizacje jego powieści, m.in. Raport Pelikana z Julią Roberts i Denzelem Washingtonem, Firma z Tomem Cruise’em, Czas zabijania z Matthew McConaugheyem, Sandrą Bullock i Kevinem Spacey czy Zaklinacz deszczu z Mattem Damonem, stały się megahitami.

jgrisham.com

facebook.com/JohnGrisham

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

FIRMA

KANCELARIA

ZAKLINACZ DESZCZU

KRÓL ODSZKODOWAŃ

WIĘZIENNY PRAWNIK

OSTATNI SPRAWIEDLIWY

CALICO JOE

KOMORA

DARUJMY SOBIE TE ŚWIĘTA

UŁASKAWIENIE

NIEWINNY CZŁOWIEK

RAPORT PELIKANA

GÓRA BEZPRAWIA

CHŁOPCY EDDIEGO

KLIENT

SAMOTNY WILK

ADEPT

WERDYKT

DEMASKATOR

ŁAWA PRZYSIĘGŁYCH

WEZWANIE

WSPÓLNIK

BAR POD KOGUTEM

WYSPA CAMINO

Jake Brigance

CZAS ZABIJANIA

CZAS ZAPŁATY

Theodore Boone

MŁODY PRAWNIK

UPROWADZENIE

OSKARŻONY

AKTYWISTA

ZBIEG

AFERA

Tytuł oryginału:

THE FIRM

Copyright © John Grisham 1991

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright ©Lech Z. Żołędziowski & Zbigniew Kościuk & Krzysztof Obłucki 2012

Redakcja: Beata Słama

Zdjęcie na okładce: © Rawpixel/BE&W

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8125-723-7

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Renée

Rozdział 1

Wspólnik senior po raz setny przeczytał leżące przed nim CV i po raz setny uznał, że nie znajduje w nim niczego, co by go zaniepokoiło, przynajmniej na papierze. Mitchell Y. McDeere miał głowę na karku, był ambitny i wyglądał jak należy. I był wygłodniały. Ktoś z jego drogą życiową musiał być. Był też żonaty, co stanowiło bezwzględny wymóg. Firma nigdy nie zatrudniała singli i nawet na rozwodników patrzyła bardzo niechętnie, podobnie zresztą jak na kobieciarzy i pijących, przejście testu narkotykowego zaś było wręcz warunkiem kontraktowym. Kandydat ukończył kurs księgowości, za pierwszym podejściem zaliczył egzamin na biegłego księgowego i jako prawnik chciał się specjalizować w prawie podatkowym, co predestynowało go do pracy w firmie zajmującej się podatkami. Był biały, a firma jeszcze nigdy nie zatrudniła czarnego prawnika. Udawało jej się to dzięki dyskretnej i zamkniętej polityce kadrowej: nigdy nie ogłaszano naboru na wolnym rynku. Kancelarie musiały zatrudniać czarnych, ta natomiast ograniczała się do rekrutacji prywatnymi kanałami i pozostawała w całości biała. Na dodatek firma mieściła się w Memphis, a najlepsi czarni prawnicy aspirowali do pracy w Nowym Jorku, Waszyngtonie lub Chicago. McDeere miał również właściwą płeć, bo firma z reguły nie zatrudniała kobiet. Tylko raz popełniono ten błąd i w połowie lat siedemdziesiątych przyjęto prawniczkę po Harvardzie, na którym zdobyła pierwszą lokatę i renomę czarodziejki w dziedzinie prawa podatkowego. Przetrwała w firmie cztery burzliwe lata i zginęła w wypadku samochodowym.

Na papierze wszystko wyglądało doskonale i McDeere był kandydatem numer jeden. A właściwie jedynym, bo w tym roku nikt inny z nim nie konkurował i lista była bardzo krótka. Albo on, albo nikt.

Wspólnik zarządzający, Royce McKnight, studiował zawartość teczki zatytułowanej Mitchell Y. McDeere – Harvard. Ponaddwucentymetrowy plik dokumentów i fotografii został skompletowany przez prywatną agencję wywiadowczą z Bethesdy, w której pracowało kilku byłych agentów CIA. Należała ona do klientów firmy i co roku sporządzała dla niej takie raporty, nie biorąc za to pieniędzy. Jej właściciele twierdzili, że zadanie jest dziecinnie proste, bo dotyczy niczego niepodejrzewających studentów prawa. Z uzyskanych informacji wynikało, że McDeere wolał się wynieść z północnego wschodu kraju, że złożono mu trzy propozycje pracy – dwie w Nowym Jorku i jedną w Chicago – z których najwyższa opiewała na siedemdziesiąt sześć tysięcy, a najniższa na sześćdziesiąt osiem tysięcy dolarów rocznie. Wyglądało na to, że firmy prawnicze usilnie o niego zabiegają. Będąc na drugim roku, miał okazję podeprzeć się ściągą na egzaminie z obrotu papierami wartościowymi, ale z niej nie skorzystał i uzyskał najlepszy wynik w grupie. Dwa miesiące temu na wydziałowej imprezie pojawiła się kokaina, ale on odmówił i wyszedł, podczas gdy jego koledzy ochoczo zabrali się do wciągania. Od czasu do czasu pił piwo, ale alkohol był drogi, a on nie miał pieniędzy. Z powodu zaciągniętych kredytów studenckich miał blisko dwadzieścia trzy tysiące dolarów długu i był człowiekiem głodnym sukcesu.

Royce McKnight skończył przeglądać zawartość teczki i się uśmiechnął. McDeere był dla nich stworzony.

Lamar Quin miał trzydzieści dwa lata i nie dochrapał się jeszcze pozycji wspólnika. Zaangażowano go, by wyglądał młodzieńczo, zachowywał się młodzieńczo i propagował młodzieńczy wizerunek kancelarii Bendini, Lambert i Locke, która i bez tego była firmą ludzi młodych, większość bowiem wspólników w wieku około pięćdziesięciu lat przechodziła na emeryturę, z mnóstwem pieniędzy na koncie. Wiedział jednak, że kiedyś zostanie wspólnikiem. Miał do końca życia zagwarantowany sześciocyfrowy dochód i już teraz mógł się cieszyć szytymi na miarę garniturami po tysiąc dwieście dolarów za sztukę, które tak dobrze leżały na jego wysokiej, atletycznej sylwetce. Przeszedł swobodnym krokiem przez apartament za tysiąc dolarów za dobę, nalał sobie kolejną filiżankę bezkofeinowej kawy i rzucił okiem na zegarek, po czym zerknął na wspólników siedzących przy niewielkim stole konferencyjnym pod oknem.

Dokładnie o czternastej trzydzieści rozległo się pukanie do drzwi. Lamar spojrzał na wspólników, a ci odłożyli CV i schowali teczkę do otwartej aktówki. Wszyscy trzej sięgnęli po marynarki, Lamar zapiął swoją na górny guzik i otworzył drzwi.

– Mitchell McDeere? – Wyciągnął rękę, uśmiechając się szeroko.

– Tak.

Obaj mężczyźni serdecznie uścisnęli sobie dłonie.

– Miło mi cię poznać, Mitchellu. Jestem Lamar Quin.

– Mnie także. Proszę mi mówić Mitch. – Gość wszedł i rozejrzał się po przestronnym wnętrzu.

– Jasne, Mitch. – Lamar wziął go za ramię i poprowadził w głąb apartamentu, gdzie czekali dwaj wspólnicy. Przedstawili mu się, nie szczędząc ciepła i serdeczności w słowach i gestach. Zaproponowali mu kawę, potem wodę. Wszyscy czterej usiedli wokół lśniącego stołu konferencyjnego z mahoniu i wdali się w miłą pogawędkę. McDeere rozpiął marynarkę i założył nogę na nogę. Miał już doświadczenie w rozmowach z potencjalnymi pracodawcami i szybko wyczuł, że ci go chcą. Rozluźnił się. Miał w kieszeni trzy oferty pracy w trzech prestiżowych firmach prawniczych i tak naprawdę w ogóle nie musiał tu przychodzić. Dotychczasowe spotkania pozwoliły mu nabrać trochę pewności siebie, na to więc stawił się bardziej z ciekawości. A także dlatego, iż marzył, by zamieszkać w cieplejszym klimacie.

Oliver Lambert, wspólnik senior, pochylił się nad stołem i podparłszy się łokciami, przejął inicjatywę w rozmowie. Odznaczał się elokwencją i ciepłym, niemal śpiewaczym barytonem. W wieku sześćdziesięciu jeden lat był nie tyle ojcem, ile dziadkiem firmy, i większość czasu poświęcał na zmaganie się z rozbuchanymi osobowościami prawników zaliczających się do najbogatszych w kraju. Był mentorem, do którego młodsi zwracali się o pomoc i radę w rozwiązywaniu problemów. Do Lamberta należała także rekrutacja nowych pracowników i jego zadaniem było doprowadzenie do podpisania umowy z Mitchellem Y. McDeere’em.

– Masz już dość rozmów o pracy? – zapytał Oliver Lambert.

– Właściwie nie. To element kariery zawodowej.

Tak, tak, zgodzili się skwapliwie. Wydaje się, jakby to było wczoraj, kiedy sami uczestniczyli w takich rozmowach, przedstawiali swoje CV i przeżywali katusze ze strachu, że nikt ich nie zatrudni i trzy lata ślęczenia nad książkami pójdą na marne. Tak że wiedzą doskonale, co teraz przeżywa.

– Mogę o coś spytać? – wtrącił Mitchell.

– Oczywiście.

– Jasne.

– O co chcesz.

– Dlaczego nasza rozmowa odbywa się w pokoju hotelowym? Inne firmy prowadzą rozmowy na terenie kampusu w biurach pośrednictwa pracy.

– Dobre pytanie. – Wszyscy trzej popatrzyli po sobie i kiwając głowami, zgodzili się, że to dobre pytanie.

– To może ja na nie odpowiem, Mitch – powiedział Royce McKnight, wspólnik zarządzający. – Musisz wziąć pod uwagę specyfikę naszej firmy. Różnimy się od innych i jesteśmy z tego dumni. Zatrudniamy czterdziestu jeden prawników, więc w porównaniu z innymi nie jesteśmy duzi. Nie przyjmujemy do pracy wielu nowych, średnio jednego na dwa lata. Oferujemy za to najwyższe wynagrodzenia i najlepsze świadczenia dodatkowe w całym kraju, nie przesadzam. Dlatego jesteśmy bardzo wybredni. I wybraliśmy ciebie. List, który dostałeś w zeszłym miesiącu, napisaliśmy po przyjrzeniu się ponad dwóm tysiącom studentów trzeciego roku z najlepszych uczelni. W rezultacie wysłaliśmy tylko ten jeden list. Nigdzie nie ogłaszamy naszych wakatów i nie zachęcamy nikogo do składania ofert. Trzymamy się z boku i stosujemy odmienne metody. Oto moja odpowiedź.

– Rozumiem. A czym firma się zajmuje?

– Podatkami. Trochę papierami wartościowymi, nieruchomościami i bankowością, ale osiemdziesiąt procent naszej pracy dotyczy podatków. Dlatego chcieliśmy się z tobą spotkać, Mitch. Bardzo interesują cię kwestie podatkowe.

– Dlaczego wybrałeś college Western Kentucky? – chciał wiedzieć Oliver Lambert.

– To proste. Za grę w ich drużynie futbolowej zaoferowali mi pełne stypendium. Gdyby nie to, nie byłoby w ogóle mowy o college’u.

– Opowiedz nam o swojej rodzinie.

– A dlaczego to jest ważne?

– Dla nas to bardzo ważne, Mitch – powiedział łagodnie Royce McKnight.

Wszyscy mówią to samo, pomyślał McDeere.

– Dobrze. Więc mój ojciec zginął w wypadku w kopalni, kiedy miałem siedem lat. Matka wyszła ponownie za mąż i przeniosła się na Florydę. Miałem dwóch braci. Rusty zginął w Wietnamie. Mam jeszcze brata Raya.

– Gdzie teraz przebywa?

– Myślę, że to nie wasza sprawa – burknął Mitchell wyraźnie poirytowanym tonem i wlepił wzrok w McKnighta. W materiałach w teczce nie było nic na temat Raya. Dziwne.

– Przepraszam – bąknął wspólnik zarządzający.

– Mitch, nasza firma mieści się w Memphis – wtrącił szybko Lamar. – Czy to stanowi dla ciebie problem?

– Żadnego. Nie lubię zimna.

– Byłeś kiedyś w Memphis?

– Nie.

– Niedługo cię tam zaprosimy. Będziesz zachwycony.

Mitch kiwnął głową i uśmiechnął się, nie dając nic po sobie poznać. Czy ci ludzie robią sobie żarty? Jak w ogóle mógłby brać pod uwagę propozycję tak małej firmy z tak małego miasta, skoro interesuje się nim Wall Street?

– Jak cię sklasyfikowano na uczelni? – zapytał Lambert.

– W pierwszej piątce. – Nie w pierwszych pięciu procentach, tylko w pierwszej piątce studentów, ale to musiało im wystarczyć za odpowiedź. W pierwszej piątce na trzystu słuchaczy. Mógł powiedzieć, że trzeci był tuż za drugim i całkiem blisko pierwszego, ale nie zrobił tego. Jego rozmówcy skończyli gorsze uczelnie prawnicze – uniwersytety Chicago, Columbia i Vanderbilt, o ile dobrze zapamiętał informacje zamieszczone w Almanachu Prawniczym Martindale’a-Hubbella – i był pewny, że nie będą chcieli roztrząsać kwestii wykształcenia.

– Dlaczego wybrałeś Harvard?

– Prawdę mówiąc, Harvard wybrał mnie. Złożyłem papiery do kilku uczelni i wszędzie mnie przyjęto. Ale Harvard zaoferował mi największą pomoc finansową. Uważałem go za najlepszą szkołę. Nadal tak uważam.

– Doskonale tam sobie poradziłeś, Mitch – stwierdził Lambert, zerkając do CV. Teczka z dokumentacją z agencji wywiadowczej tkwiła w zamkniętej aktówce pod stołem.

– Dziękuję. Ciężko na to pracowałem.

– Uzyskałeś bardzo wysokie oceny z zajęć z podatkowości i obrotu papierami wartościowymi.

– To interesuje mnie najbardziej.

– Zapoznaliśmy się z próbkami twoich analiz i muszę powiedzieć, że zrobiły na nas wrażenie.

– Dziękuję. Lubię zgłębiać literaturę.

Pokiwali głowami, gładko przełykając oczywiste kłamstwo należące do rytuału takich rozmów. Żaden student ani prawnik przy zdrowych zmysłach nie lubi przesiadywać w bibliotece, ale podczas rozmowy kwalifikacyjnej każdy kandydat uważa za stosowne deklarować głęboką miłość do literatury prawniczej.

– Opowiedz nam o żonie – poprosił Royce McKnight niemal przymilnym tonem. Mógł się spodziewać następnej opryskliwej odpowiedzi, ale każda firma próbuje wtykać nos do tej sfery życia kandydata.

– Ma na imię Abby. Zrobiła dyplom z nauczania podstawowego w Western Kentucky. Równocześnie skończyliśmy college i tydzień później się pobraliśmy. Przez ostatnie trzy lata uczyła w prywatnym przedszkolu w pobliżu Boston College.

– A czy wasze małżeństwo jest…

– Jesteśmy bardzo szczęśliwi. Znamy się od liceum.

– Na jakiej pozycji grałeś? – spytał Lamar, szybko kierując rozmowę na mniej drażliwe tematy.

– Rozgrywającego. Wiele drużyn o mnie zabiegało do chwili, gdy podczas ostatniego meczu w drużynie licealnej rozwaliłem sobie kolano. Nagle wszyscy z wyjątkiem Western Kentucky stracili zainteresowanie. Przez cztery lata grałem w ich drużynie i zacząłem nawet grać w lidze juniorów, ale kolano już nigdy nie wróciło do pełnej sprawności.

– Jak udawało ci się godzić grę na boisku z piątkami w indeksie?

– Książki zawsze miały pierwszeństwo.

– Trudno mi sobie wyobrazić Western Kentucky jako college o wygórowanych wymaganiach akademickich – parsknął Lamar z ironicznym uśmieszkiem i od razu tego pożałował. Lambert i McKnight ściągnęli brwi na znak niezadowolenia.

– Podobnie jak stanowy w Kansas – wypalił Mitch i Lamara zatkało. Właściwie zaniemówili wszyscy trzej, przez chwilę spoglądając po sobie z niedowierzaniem. McDeere wiedział, że Lamar Quin uczęszczał do stanowego college’u w Kansas. Nigdy nie widział Lamara na oczy i nie mógł wiedzieć, kto z ramienia firmy będzie z nim rozmawiał, ale to wiedział. A to znaczy, że przewertował almanach Martindale’a-Hubbella, przeczytał notki biograficzne wszystkich czterdziestu jeden prawników zatrudnionych w firmie i potrafił w sekundę przywołać z pamięci informację, że Lamar Quin skończył stanowy college w Kansas. Cholera, to naprawdę imponujące.

– Zdaje się, że palnąłem gafę – powiedział skruszonym tonem Lamar.

– Nie szkodzi. – Mitch uśmiechnął się ciepło na znak, że już o tym zapomniał.

Oliver Lambert odchrząknął i postanowił wrócić do spraw osobistych.

– Mitch, nasza firma nie pochwala picia alkoholu ani uganiania się za kobietami. Nie jesteśmy gromadą świętoszków, ale stawiamy sprawy zawodowe na pierwszym miejscu. Trzymamy się w cieniu i ciężko pracujemy. I zarabiamy furę pieniędzy.

– Wszystko to mi odpowiada.

– Zastrzegamy też sobie prawo kontrolowania personelu pod kątem zażywania narkotyków.

– Nie zażywam narkotyków.

– To dobrze. Jakiego jesteś wyznania?

– Metodysta.

– To dobrze. W naszej firmie zatrudniamy ludzi wielu różnych wyznań: katolików, baptystów, członków Kościoła episkopalnego. To tak naprawdę nie nasza sprawa, ale wolimy wiedzieć. Zależy nam na trwałości rodzin. Szczęśliwi prawnicy to wydajni prawnicy. Dlatego zadajemy te wszystkie pytania.

Mitch skinął głową i się uśmiechnął. Słyszał to już wcześniej.

Wszyscy trzej wspólnicy spojrzeli po sobie i przenieśli wzrok na Mitcha, dając mu w ten sposób do zrozumienia, że rozmowa dotarła do punktu, w którym przepytywany powinien sam zadać kilka inteligentnych pytań. Mitch zmienił pozycję na krześle. Oczywiście najważniejszą sprawą była kwestia finansowa, szczególnie to, jak ich propozycja ma się do tamtych trzech. Jeśli oferta nie okaże się wystarczająco atrakcyjna, to miło było panów poznać i po sprawie. Jeśli zaś będzie atrakcyjna, wtedy możemy rozmawiać o rodzinie i o małżeństwie, i o futbolu, i o Kościołach. Ale wiedział, że jak we wszystkich poprzednich firmach muszą tak długo boksować się z cieniem, aż dla wszystkich stanie się jasne, że poruszyli każdą kwestię z wyjątkiem pieniędzy. Dlatego lepiej było zacząć od pytania lżejszego kalibru.

– Na czym polegałaby moja praca?

Pokiwali głowami na znak, że podoba im się pytanie, po czym Lambert i McKnight spojrzeli na Lamara. To jego działka.

– W naszej firmie stosujemy coś w rodzaju dwuletniej aplikantury, choć formalnie tak tego nie nazywamy. Będziemy cię wysyłali do różnych zakątków kraju na seminaria z zakresu prawa podatkowego. Będziesz musiał jeszcze dużo się nauczyć. Zimą odbędziesz dwutygodniową praktykę w Amerykańskim Instytucie Podatkowym w Waszyngtonie. Przykładamy ogromną wagę do naszej wiedzy technicznej i wszyscy bezustannie się szkolimy. Jeśli będziesz chciał uzyskać dyplom z prawa podatkowego, pokryjemy związane z tym koszty. Jeśli chodzi o typową praktykę prawniczą, to przez pierwsze dwa lata nie wydarzy się nic szczególnie ekscytującego. Większość czasu będziesz poświęcał grzebaniu w literaturze i wyszukiwaniu precedensów. Generalnie to dość nudne zadania. Ale zostaniesz za to szczodrze wynagrodzony.

– Jak szczodrze?

Lamar popatrzył na Royce’a McKnighta, a ten wlepił wzrok w Mitcha.

– O wynagrodzeniu i innych korzyściach porozmawiamy w Memphis – rzekł.

– Chciałbym usłyszeć orientacyjną kwotę teraz, bo może nie będę miał po co jechać do Memphis. – Mitch uśmiechnął się nieco wyzywająco, ale pogodnie. Tak jak uśmiecha się człowiek z trzema ofertami zatrudnienia w kieszeni.

Wspólnicy spojrzeli po sobie i pierwszy odezwał się Lambert:

– No dobrze. W pierwszym roku zasadnicza pensja wyniesie osiemdziesiąt tysięcy plus premie. W drugim osiemdziesiąt pięć plus premie. Do tego niskooprocentowany kredyt hipoteczny na kupno domu plus członkostwo w dwóch country clubach. I nowe bmw. Oczywiście ty wybierzesz kolor.

Skupili wzrok na jego wargach w oczekiwaniu, że rozchylą się, ukazując zęby, a policzki zmarszczą się w uśmiechu. Próbował to zwalczyć, ale nie dał rady i zachichotał.

– Nie do wiary – wymamrotał. Osiemdziesiąt tysięcy w Memphis odpowiadało stu dwudziestu tysiącom w Nowym Jorku. I jeszcze to bmw! Jego stara mazda hatchback ma milion kilometrów na liczniku i trzeba ją zapalać na pych, bo dopiero zbiera pieniądze na zakup regenerowanego rozrusznika.

– Plus parę dodatkowych świadczeń, o których chętnie porozmawiamy w Memphis – zaznaczył Lambert.

Mitch poczuł nagłą ochotę, by szybko odwiedzić Memphis. Czy nie leży przypadkiem nad rzeką?

Po chwili Mitch się opanował i uśmiech zniknął z jego twarzy. Obrzucił Olivera Lamberta poważnym, niemal surowym spojrzeniem, jakby pensja, nowy dom i nowe bmw straciły na znaczeniu.

– Proszę mi opowiedzieć coś więcej o firmie – powiedział.

– Zatrudniamy czterdziestu jeden prawników – zaczął Lambert. – W ubiegłym roku firma zarobiła więcej na jednego zatrudnionego niż jakakolwiek inna firma prawnicza o porównywalnej wielkości lub większa. Wliczając w to wszystkie największe firmy w kraju. Obsługujemy tylko bogatych klientów: wielkie korporacje, banki i zamożnych klientów indywidualnych, którzy bez szemrania płacą nam wysokie honoraria. Specjalizujemy się w podatkach w wymiarze międzynarodowym i jest to dziedzina równie pasjonująca, co bardzo opłacalna. Obsługujemy tylko takich klientów, których na to stać.

– Po jakim czasie zostaje się wspólnikiem?

– Średnio po dziesięciu latach, i nie są to lata łatwe. Ale zarobki wspólników na poziomie pół miliona rocznie to nic niezwykłego. Większość przechodzi na emeryturę przed ukończeniem pięćdziesięciu lat. Trzeba sobie na to zasłużyć, pracując po osiemdziesiąt godzin tygodniowo, ale opłaca się zostać wspólnikiem.

Lamar pochylił się do przodu.

– Ale nie trzeba być wspólnikiem, żeby dostawać sześciocyfrowe wynagrodzenie – powiedział. – Pracuję w firmie siedem lat i już cztery lata temu przekroczyłem sześciocyfrowy próg.

Mitch szybko policzył w głowie: w wieku trzydziestu lat będzie mógł zarabiać dobrze ponad sto tysięcy rocznie, może nawet zbliży się do dwustu. Mając trzydzieści lat!

Przyglądali mu się uważnie, dokładnie wiedząc, o czym myśli.

– Skąd w Memphis wzięła się firma zajmująca się międzynarodowymi podatkami?

Pytanie przywołało uśmiechy na twarze wszystkich trzech. Lambert zdjął okulary i obracał je w dłoni.

– To bardzo dobre pytanie – przyznał. – Firmę założył pan Bendini w tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym roku. Był specjalistą od prawa podatkowego w Filadelfii i trafiło mu się paru bogatych klientów z Południa. Chwycił byka za rogi i przeniósł się do Memphis. Przez następne dwadzieścia pięć lat zatrudniał wyłącznie speców od prawa podatkowego i firma zaczęła doskonale prosperować. Żaden z nas nie pochodzi z Memphis, ale wszyscy je pokochaliśmy. To bardzo sympatyczne miasto o starych południowych tradycjach. Nawiasem mówiąc, pan Bendini zmarł w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku.

– Ilu jest wspólników?

– Obecnie dwudziestu czynnych. Staramy się utrzymywać proporcję wspólników do prawników na poziomie jeden do jednego. To jak na tę branżę wysoki współczynnik, ale nam to odpowiada. Powtórzę raz jeszcze: w sposobach działania różnimy się od innych.

– Wszyscy nasi wspólnicy w wieku czterdziestu pięciu lat są multimilionerami – zaznaczył Royce McKnight.

– Wszyscy?

– Tak jest, drogi panie. Oczywiście nie gwarantujemy tego, ale jeśli do nas dołączysz, przez dziesięć lat ciężko popracujesz, zostaniesz wspólnikiem i przepracujesz następne dziesięć lat, to nie zostając milionerem w wieku czterdziestu pięciu lat, będziesz pierwszym takim od dwudziestu lat.

– To imponująca statystyka.

– Bo mówimy o imponującej firmie, Mitch – powiedział Oliver Lambert. – Jesteśmy z niej bardzo dumni. Stanowimy ściśle współpracującą społeczność. Jest nas niewielu i wszyscy wzajemnie się wspieramy. Nie podrzynamy sobie gardeł, z czego słyną wielkie firmy prawnicze. Jesteśmy ostrożni przy przyjmowaniu nowych pracowników i naszym celem jest, by każdy prawnik mógł jak najszybciej osiągnąć status wspólnika. W tym celu inwestujemy mnóstwo czasu i pieniędzy w samych siebie, a zwłaszcza w nowych pracowników. Rzadko, niezwykle rzadko zdarza się, że ktoś odchodzi z naszej firmy. Po prostu nie ma powodu. Robimy wszystko, żeby kariery naszych prawników biegły ustalonymi torami. Chcemy, żeby byli oni ludźmi szczęśliwymi. Naszym zdaniem to najbardziej opłacalny sposób zarządzania firmą.

– Służę jeszcze inną imponującą statystyką – przejął pałeczkę McKnight. – W minionym roku płynność kadr w firmach prawniczych o wielkości porównywalnej z nami lub większych wyniosła dwadzieścia osiem procent. W firmie Bendini, Lambert i Locke wyniosła zero. Rok wcześniej zero. Od bardzo dawna żaden prawnik nie zrezygnował z pracy u nas.

Wszyscy przyglądali się uważnie Mitchowi, chcąc mieć pewność, że dotarły do niego wszystkie te informacje. Każdy szczegół zatrudnienia i płacy był ważny, ale trwałość i definitywność jego decyzji o przyjęciu tej pracy była najważniejsza. Powiedzieli mu to, co na tym etapie należało powiedzieć. Na dalsze szczegóły przyjdzie czas.

Oczywiście wiedzieli o nim znacznie więcej, niż byli skłonni okazać. Wiedzieli na przykład, że jego matka mieszka w przyczepie kempingowej na prymitywnym osiedlu w Panama City Beach z drugim mężem, emerytowanym kierowcą ciężarówki z poważnym problemem alkoholowym, który powoduje u niego napady agresji. Wiedzieli, że po wybuchu w kopalni dostała odszkodowanie w wysokości czterdziestu jeden tysięcy dolarów, ale większość z tego szybko roztrwoniła. Po śmierci najstarszego syna w Wietnamie zapadła na chorobę umysłową. Wiedzieli, że Mitch miał trudne dzieciństwo i dorastał w biedzie pod opieką brata Raya (którego agencja nie potrafiła zlokalizować) i paru litościwych krewnych. Życie w biedzie boli i założyli, zresztą słusznie, że wzbudziło to w nim przemożną żądzę sukcesu. Trzydzieści godzin tygodniowo poświęcał na pracę w całodobowym samie spożywczym, jednocześnie grając w futbol i zdobywając doskonałe oceny w szkole. Wiedzieli, że prawie nie śpi. Wiedzieli, że jest głodny sukcesu. Wiedzieli, że jest dla nich stworzony.

– To jak, chciałbyś nas odwiedzić? – zapytał Oliver Lambert.

– Kiedy? – Mitch oczyma duszy widział czarną trzystaosiemnastkę i z otwieranym dachem.

* * *

Wiekowa mazda hatchback z trzema kołpakami i pękniętą przednią szybą wisiała nad rynsztokiem z przednimi kołami skręconymi w stronę chodnika, co miało zapobiec stoczeniu się auta ze wzgórza. Abby chwyciła klamkę od wewnątrz, dwukrotnie pociągnęła i otworzyła drzwi. Wsunęła kluczyk do stacyjki, wcisnęła sprzęgło i wyprostowała kierownicę. Mazda zaczęła wolno staczać się po pochyłości. Abby wstrzymała oddech i gdy samochód nabrał prędkości, zwolniła sprzęgło i zagryzając wargę, odczekała, aż pozbawiony tłumika silnik zaskoczy.

Dzięki trzem ofertom pracy Mitcha za jakieś cztery miesiące będą mogli pomyśleć o nowym samochodzie. Jakoś do tego dotrwają. Przez trzy lata klepali biedę w dwupokojowym mieszkanku studenckim na terenie kampusu, gdzie stało mnóstwo porsche i małych mercedesów cabrio. Na ogół starali się ignorować przytyki kolegów i koleżanek w tym bastionie snobizmu na Wschodnim Wybrzeżu. Traktowano ich jak prostaków z Kentucky i przyjaciół mogli policzyć na palcach. Mimo to przetrwali i odnieśli sukces, zawdzięczając to tylko sobie.

Abby wolała ofertę z Chicago niż z Nowego Jorku, bo choć pensja była nieco niższa, Chicago leżało dalej od Bostonu i bliżej Kentucky. Mitch się nie wypowiadał i tylko w typowy dla siebie sposób skrupulatnie rozważał wszystkie za i przeciw, nie dzieląc się z nią przemyśleniami. Nie zaproszono jej, by towarzyszyła mężowi podczas rozmów w Chicago i Nowym Jorku, a miała już dość zgadywania. Chciała wreszcie wiedzieć, na czym stoi.

Zaparkowała na objętym zakazem parkowania wzgórzu w pobliżu ich domu i przeszła dzielące ją od domu dwie przecznice. Mieszkanie było jednym z trzydziestu w niewielkim jednopiętrowym bloku z czerwonej cegły. Abby stanęła pod drzwiami i zaczęła grzebać w torebce w poszukiwaniu kluczy, ale drzwi nagle same się otworzyły. Mitch chwycił ją za rękę i pociągnął do środka, pchnął na kanapę i wpił się wargami w jej szyję. Zapiszczała i zaczęła chichotać, wymachując rękami i nogami. Pocałowali się i przelotne cmoknięcie zamieniło się w długie dziesięciominutowe mokre całowanie, z namiętnymi pieszczotami i pojękiwaniem, które oboje tak lubili w czasach szkolnych, gdy całowanie stanowiło radość, tajemnicę i kulminację, poza którą się nie wykraczało.

– O rany – sapnęła Abby, gdy skończyli. – A cóż to za okazja?

– Czujesz jakiś zapach?

Odwróciła twarz i pociągnęła nosem.

– No. A co tak pachnie?

– Chow mein z kurczakiem i jajka foo young. Od Wong Boys.

– Dobra, co to za okazja?

– Plus butelka drogiego chablis. Z prawdziwym korkiem.

– Mitch, coś ty narozrabiał?

– Chodź. – Na małym kuchennym stole pośród notatników i książek prawniczych stała duża butelka wina i torba z chińszczyzną. Odsunęli na bok warsztat pracy prawnika i rozłożyli jedzenie. Mitch otworzył wino i napełnił dwa plastikowe kieliszki.

– Miałem dziś fantastyczne spotkanie w sprawie pracy – oznajmił.

– Z kim?

– Pamiętasz tę firmę z Memphis, która napisała do mnie w zeszłym miesiącu?

– Tak. I pamiętam, że nie byłeś zbytnio zachwycony.

– To właśnie oni. Teraz już jestem zachwycony. Zajmują się tylko prawem podatkowym, a wynagrodzenie wygląda bardzo atrakcyjnie.

– Jak atrakcyjnie?

Uroczyście rozdzielił chow mein na dwa talerze i otworzył małe saszetki z sosem sojowym. Abby czekała na odpowiedź, on jednak bez słowa sięgnął po drugi pojemnik i zaczął dzielić jajka foo young. Potem upił łyk wina i oblizał wargi.

– Ile? – powtórzyła.

– Więcej niż w Chicago. Więcej niż na Wall Street.

Abby wolno upiła długi łyk wina i przyjrzała mu się podejrzliwie. Jej piwne oczy zwęziły się i lekko rozbłysły. Uniosła brwi i zmarszczyła czoło. Czekała.

– Ile?

– W pierwszym roku osiemdziesiąt tysięcy plus premie. Osiemdziesiąt pięć w drugim plus premie. – Powiedział to obojętnym tonem, wpatrując się w kawałki selera w chow mein.

– Osiemdziesiąt tysięcy – powtórzyła.

– Osiemdziesiąt tysiączków, dziecinko! Osiemdziesiąt tysięcy dolców w Memphis, Tennessee, to mniej więcej sto dwadzieścia tysięcy dolców w Nowym Jorku.

– A kto mówi o Nowym Jorku?

– Plus niskooprocentowany kredyt hipoteczny.

Już dawno żadne z nich nie wymówiło tych magicznych słów: „kredyt hipoteczny”. Abby właściwie nie pamiętała, kiedy ostatnio rozmawiali o własnym domu czy jakimkolwiek własnym lokum. Od wielu miesięcy żyli pogodzeni z myślą, że będą coś wynajmowali, aż kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, wzbogacą się na tyle, że będzie ich stać na większą hipotekę.

Odstawiła kieliszek i beznamiętnym tonem rzekła:

– Nie dosłyszałam, co powiedziałeś.

– Niskooprocentowany kredyt hipoteczny. Firma pożyczy nam pieniądze na zakup domu. Dla nich to bardzo ważne, żeby pracownicy wyglądali na ludzi zamożnych, i dlatego udzielą nam dużo tańszej pożyczki.

– Masz na myśli własny dom z trawnikiem i krzakami dookoła?

– A jak. Nie wynajmowanie jakiegoś potwornie drogiego mieszkania na Manhattanie, ale własny dom pod miastem z trzema sypialniami, żwirowym podjazdem i garażem na dwa samochody, w którym będzie stało bmw.

Jej reakcja była spóźniona o kilka sekund, ale w końcu załapała.

– Bmw? Czyje bmw?

– Nasze, dziecinko. Nasze bmw. Firma weźmie w leasing nowe i wręczy nam kluczyki. To coś w rodzaju premii za podpisanie cyrografu. Warte kolejne pięć kawałków rocznie. Oczywiście sami wybierzemy kolor. Myślę, że fajny byłby czarny. A ty jak myślisz?

– Koniec z jeżdżeniem starym gratem. Koniec z wyjadaniem resztek. Koniec z kupowaniem używanych ciuchów – powiedziała i wolno pokręciła głową.

Mitch się uśmiechnął, żując porcję makaronu z kawałkami kurczaka. Widział, że Abby się rozmarzyła. Pewnie myśli już o meblach, a może o wzorze tapety. A niedługo zacznie myśleć o basenie za domem. I o dzieciach, ciemnookich maluchach z ciemnoblond włosami.

– I są jeszcze jakieś dodatkowe świadczenia, o których powiedzą mi później.

– Mitch, nie rozumiem tego. Skąd taka hojność?

– Też ich o to spytałem. Są bardzo wybredni i dumni z tego, że dobrze opłacają swoich wybrańców. Szukają najlepszych i chcą im płacić najlepsze pieniądze. Mają zerową płynność kadr. Poza tym sądzę, że są gotowi płacić więcej za zwabienie najlepszych do Memphis.

– Miałbyś stamtąd bliżej do domu – bąknęła Abby, unikając jego wzroku.

– Ja nie mam domu. Ale byłoby bliżej do twoich rodziców, i to mnie martwi.

Zignorowała jego słowa, jak większość uwag na temat jej rodziny.

– Byłbyś bliżej Raya – dodała.

Mitch skinął głową, wziął do ust porcję jajka i wyobraził sobie pierwszą wizytę teściów w ich nowym domu. Ten rozkoszny moment, kiedy wjeżdżają na podjazd starym cadillakiem i szczęki im opadają na widok domu we francuskim stylu kolonialnym i dwóch nowych samochodów w garażu. Jak zżera ich zazdrość i zdumienie, jakim cudem ten biedak bez rodziny i statusu społecznego mógł sobie na to wszystko pozwolić, mając zaledwie dwadzieścia pięć lat i dopiero co odebrany dyplom ukończenia studiów prawniczych. Oczywiście zmuszą się do fałszywych uśmiechów i udawanej radości, że tak tu u nich ładnie, ale pan Sutherland długo nie wytrzyma i zacznie wypytywać, ile ten dom kosztował, a on mu odpowie, żeby pilnował swoich spraw, i wtedy stary się wścieknie. Po krótkiej wizycie wrócą do siebie do Kentucky i opowiedzą wszystkim bliższym i dalszym znajomym, jak to ich córka i zięć świetnie sobie radzą w Memphis. Abby będzie przykro, że znów się między nimi nie ułożyło, ale nic nie powie. Od samego początku jej rodzice traktowali go jak trędowatego. Był do tego stopnia nikim, że zbojkotowali nawet ich skromny ślub.

– Byłaś kiedyś w Memphis? – zapytał.

– Raz, jako mała dziewczynka. Na jakimś kościelnym zjeździe. Nie pamiętam nic poza rzeką.

– Chcą, żebyśmy ich odwiedzili.

– My? Czy to znaczy, że też jestem zaproszona?

– Tak. Zależy im na twojej obecności.

– Kiedy?

– Za dwa tygodnie. Przyślą po nas samolot. W czwartek po południu polecimy na cały weekend.

– Już mi się ta firma podoba.

Rozdział 2

Czteropiętrowy budynek zbudował przed stu laty handlarz bawełny, gdy w czasach po Rekonstrukcji handel bawełną w Memphis nabrał nowego impetu. Budowla wznosiła się pośrodku Cotton Row przy Front Street tuż nad rzeką i przez pokoje, korytarze i biura przewinęły się miliony bel bawełny skupionej w deltach Missisipi i Arkansas, by następnie trafić do odbiorców na całym świecie. Zaniedbany i opuszczony dom przeszedł po pierwszej wojnie kilka remontów, by ostatecznie w 1951 roku trafić w ręce przedsiębiorczego prawnika od prawa podatkowego Anthony’ego Bendiniego, który przeprowadził w nim generalny remont i zaczął zapełniać swoimi prawnikami. Wtedy też zmienił jego nazwę na Dom Bendiniego.

Nowy właściciel zaczął go pucować i dopieszczać, co roku dodając coraz to nowe elementy luksusowego wyposażenia. Wzmocnił też ochronę, wymieniając wszystkie drzwi i okna na antywłamaniowe i zatrudniając ochroniarzy, których zadaniem było strzec budynku i jego użytkowników. Dobudowano windy, zainstalowano systemy ochrony elektronicznej, zamontowano zamki na kody i rozmieszczono kamery monitoringu. Urządzono siłownię, łaźnię parową, szatnię, a na czwartym piętrze salę jadalną dla wspólników, skąd roztaczał się wspaniały widok na rzekę.

W ciągu dwudziestu lat Bendini zbudował najbogatszą i bez wątpienia najbardziej tajemniczą firmę prawniczą w Memphis. Otaczanie wszystkiego mgłą tajemnicy stało się jego obsesją. Każdego nowo zatrudnianego pracownika poddawano praniu mózgu co do konieczności trzymania języka za zębami. Wszystko, co dotyczyło firmy, było utajnione: wynagrodzenia, dodatkowe świadczenia i system awansów, a zwłaszcza lista klientów. Młodych adeptów ostrzegano, że dzielenie się informacjami o pracy może ujemnie wpłynąć na zdobycie przez nich firmowego świętego Graala – statusu wspólnika. Nic nie miało prawa wydostać się poza mury przy Front Street. Żonom zabroniono zadawać pytania lub je okłamywano. Od wszystkich pracowników oczekiwano wytężonej pracy, trzymania języka za zębami i pławienia się w bogactwie. I wszyscy chętnie to robili.

Zatrudniając czterdziestu jeden prawników, firma była czwartą co do wielkości kancelarią prawniczą w Memphis. Jej pracownicy nie reklamowali swoich usług i nie szukali popularności. Stanowili zamknięty klan, niebratający się z innymi prawnikami w mieście. Żony w swoim gronie grały w tenisa i brydża oraz robiły zakupy. Firma Bendini, Lambert i Locke była jedną wielką rodziną. Bardzo zamożną rodziną.

* * *

O dziesiątej w piątkowy poranek firmowa limuzyna zatrzymała się na Front Street i wysiadł z niej pan Mitchell Y. McDeere. Grzecznie podziękował kierowcy i popatrzył za odjeżdżającą landarą. Pierwszy raz w życiu jechał czymś takim. Stanął na chodniku obok latarni i pełnym podziwu wzrokiem obrzucił oryginalną i malowniczą, a jednocześnie budzącą respekt siedzibę skromnej firmy prawniczej Bendiniego. W niczym nie przypominała zapierających dech w piersiach potężnych gmachów ze szkła i stali, mieszczących prawniczą śmietankę Nowego Jorku, ani ogromnego cylindrycznego wieżowca, który odwiedził w Chicago. Ale od pierwszej chwili poczuł, że tu będzie mu dobrze. Budynek wyglądał dość zwyczajnie, nie rzucał się tak w oczy i dużo bardziej mu pasował.

Ze środka wyłonił się Lamar Quin i zszedłszy po schodach, zawołał Mitcha po imieniu i pomachał do niego. Spotkali się już wczoraj, kiedy Lamar powitał Mitcha i Abby na lotnisku i zawiózł ich do hotelu Peabody, który nazwał Grand Hotelem Południa.

– Dzień dobry, Mitch. Jak się spało? – Uścisnęli sobie dłonie jak starzy przyjaciele po długiej rozłące.

– Doskonale. To piękny hotel.

– Wiedzieliśmy, że ci się spodoba. Peabody podoba się wszystkim.

Weszli do westybulu, gdzie napis na niewielkiej tablicy witał Gościa Dnia, pana Mitchella Y. McDeere’a. Elegancka, choć niezbyt urodziwa recepcjonistka uśmiechnęła się ciepło, oznajmiła, że ma na imię Sylvia, i zapewniła, że gdyby podczas pobytu w Memphis czegokolwiek potrzebował, jest do jego dyspozycji. Mitch podziękował i Lamar poprowadził go przez westybul do wejścia do długiego korytarza, skąd zaczęło się zwiedzanie. Oprowadził Mitcha po budynku, przedstawiając po drodze kolejnym sekretarkom i członkom personelu pomocniczego. W głównej bibliotece na parterze, wokół ogromnego stołu konferencyjnego siedziała grupa prawników, posilając się kruchymi ciasteczkami i kawą. Na widok gościa wszyscy zamilkli.

Oliver Lambert powitał Mitcha i przedstawił całej grupie. Przy stole siedziało około dwudziestu mężczyzn, w większości szeregowych pracowników firmy i w większości nieco starszych od Mitcha. Lamar wyjaśnił mu, że wspólnicy są teraz zbyt zajęci, ale spotkają się z nim później na prywatnym lunchu. Mitch stanął przy końcu stołu i Lambert gestem ręki nakazał ciszę.

– Panowie, przedstawiam wam Mitchella McDeere’a. Wszyscy o nim słyszeliście, i oto on. To kandydat numer jeden do tegorocznego naboru, nasze, że się tak wyrażę, pierwsze ciągnienie z puli. Ciągną go też do siebie różni ważniacy z Nowego Jorku i Chicago, i Bóg wie skąd jeszcze, więc naszym zadaniem jest go przekonać do naszej firmy w Memphis. – Wszyscy się uśmiechnęli i pokiwali głowami, a gość poczuł się lekko zmieszany.

– Za dwa miesiące skończy Harvard i uzyska dyplom z wyróżnieniem – ciągnął Lambert. – Jest też jednym z redaktorów „Harvard Law Review”. – Mitch zauważył, że ta informacja zrobiła na nich wrażenie. – Zasadnicze studia odbył w college’u zachodniego Kentucky, który ukończył z pełnymi honorami. – To już nie zrobiło takiego wrażenia. – Przez cztery lata grał też w futbol, zaczynając na pierwszym roku na pozycji rozgrywającego. – To z kolei wręcz nimi wstrząsnęło, a paru spojrzało na niego z takim podziwem, jakby mieli przed sobą samego Joego Namatha1.

Mając przy boku lekko zmieszanego Mitcha, wspólnik senior kontynuował monolog. Przez dłuższą chwilę rozwodził się nad wybrednością firmy w dobieraniu personelu i nad tym, jak Mitch doskonale będzie pasował do reszty zespołu. Mitch włożył ręce do kieszeni i przestawszy go słuchać, zaczął się przyglądać siedzącym przy stole. Wszyscy sprawiali wrażenie młodych, zdolnych i bogatych. Wyglądało na to, że w firmie obowiązuje ścisły kod ubraniowy, ale w Nowym Jorku i Chicago było podobnie. Ciemnoszare lub granatowe wełniane garnitury, niezbyt nakrochmalone białe lub niebieskie koszule, jedwabne krawaty. Nic ekstrawaganckiego ani odbiegającego od normy, z wyjątkiem kilku muszek zamiast krawatów, ale nic ponadto. Czuło się, że obowiązuje schludny wygląd. Żadnych bród, wąsów ani włosów opadających na uszy. Przy stole siedziało paru gryzipiórków, ale przeważali tryskający zdrowiem przystojniacy.

Lambert zbliżał się do końca.

– Lamar oprowadzi Mitcha po biurze, więc wszyscy będziecie mieli okazję zamienić z nim parę słów. Dajcie mu odczuć, że jest tu mile widziany. Dziś wieczorem Mitch wraz ze swą śliczną, naprawdę śliczną żoną Abby przyjdzie na żeberka do Rendezvous, a jutro wieczorem oboje wezmą udział w naszym firmowym przyjęciu u mnie w domu. Proszę wszystkich o wzorowe zachowanie. – Uśmiechnął się i spojrzał na gościa. – Mitch, daj mi znać, jeśli znudzi cię towarzystwo Lamara, to znajdziemy ci kogoś bardziej kompetentnego.

Prawnicy ruszyli do wyjścia i Mitch ponownie uścisnął wszystkie dłonie, starając się zapamiętać możliwie jak najwięcej imion.

– To zaczynamy zwiedzanie – oznajmił Lamar, gdy zostali sami. – Oczywiście jesteśmy w bibliotece i dokładnie takie same znajdują się na wszystkich czterech poziomach. Korzystamy z nich także w razie liczniejszych konferencji. Na każdym piętrze mamy różne księgozbiory, bo nigdy nie wiadomo, dokąd grzebanie w księgach nas zaprowadzi. Zatrudniamy dwóch pełnoetatowych bibliotekarzy, ponadto korzystamy z bogatego zbioru mikrofilmów i mikrofiszek. Z reguły nie musimy niczego szukać poza murami tego budynku. Mamy tu ponad sto tysięcy woluminów, w tym wszelkie istniejące opracowania na tematy podatkowe. To więcej niż na niektórych wydziałach prawa. Jeśli będzie ci potrzebna jakaś książka, której nie mamy, wystarczy zgłosić to bibliotekarzowi.

Przeszli wzdłuż długiego stołu konferencyjnego, mijając kilkadziesiąt regałów z książkami.

– Sto tysięcy woluminów – mruknął z podziwem Mitch.

– No. Wydajemy niemal pół miliona dolarów rocznie na konserwację, suplementy i nowe pozycje. Wspólnicy trochę kręcą nosami, ale nie przyszłoby im do głowy skąpić. To jeden z największych prywatnych księgozbiorów w kraju i jesteśmy z tego dumni.

– Robi wrażenie.

– Staramy się, żeby ślęczenie nad książkami było możliwie najmniej uciążliwe. Sam wiesz, jakie to nudne i ile czasu trzeba niekiedy stracić, zanim znajdzie się to, o co chodzi. W ciągu pierwszych dwóch lat pracy w firmie spędza się tu mnóstwo czasu, więc staramy się to w miarę możności uprzyjemnić.

Siedzący za zawalonym książkami biurkiem w kącie sali bibliotekarz przedstawił się i oprowadził gości po sali komputerowej, w której stało kilkanaście terminali gotowych służyć pomocą w poszukiwaniu potrzebnych informacji. Zaproponował, że zademonstruje im działanie najnowszego, naprawdę fantastycznego oprogramowania, ale Lamar zbył go, mówiąc, że może wstąpią później.

– Sympatyczny facet – powiedział, gdy wyszli z biblioteki. – Płacimy mu czterdzieści tysięcy rocznie tylko za to, żeby miał oko na książki. Zdumiewające.

Rzeczywiście zdumiewające, pomyślał Mitch.

Pozostałe trzy poziomy wyglądały niemal identycznie jak parter. Środek każdego zajmowały biurka sekretarek, szafki na dokumenty, kopiarki i inne urządzenia biurowe. Wzdłuż jednej strony otwartego środka ciągnęła się sala biblioteczna, wzdłuż drugiej małe salki konferencyjne i biura prawników.

– Nie znajdziesz tu żadnych seksownych sekretarek – uprzedził cicho Lamar. – Wydaje się, że to nasza niepisana żelazna zasada. Oliver Lambert robi wszystko, żeby zatrudniać najstarsze i najbardziej samotne, jakie uda mu się znaleźć. Oczywiście niektóre są u nas od dwudziestu lat i więcej zdążyły zapomnieć, niż myśmy nauczyli się na studiach.

– Wszystkie są dość pulchne – mruknął pod nosem Mitch, jakby do siebie.

– To też należy do ogólnej strategii, która ma nas skłaniać do trzymania rąk przy sobie. Flirtowanie z personelem jest surowo zabronione i o ile wiem, nigdy się nie zdarzyło.

– A jeśli się zdarzy?

– Nie wiadomo. Sekretarka na pewno wyleciałaby z pracy, ale sądzę, że prawnik też zostałby surowo ukarany. Może pozbawiono by go szansy na zostanie wspólnikiem. Ale zapewniam cię, że nikt nie ma zamiaru sprawdzać, zwłaszcza z takimi krowami.

– Ładnie się ubierają.

– Nie zrozum mnie źle. Zatrudniamy tylko najlepsze sekretarki prawnicze i płacimy im więcej niż jakakolwiek inna kancelaria w mieście. Masz przed sobą najlepsze, choć może nie najładniejsze. Wszystkie charakteryzują się doświadczeniem i dojrzałością. Lambert nie zatrudni nikogo poniżej trzydziestki.

– Jedna sekretarka na jednego prawnika?

– Tak, dopóki nie zostaniesz wspólnikiem. Wtedy dostajesz drugą, ale naprawdę jej potrzebujesz. Nathan Locke ma trzy, wszystkie z dwudziestoletnim doświadczeniem, i wszystkie trzy uwijają się jak w ukropie.

– Gdzie jest jego gabinet?

– Na trzecim piętrze. W strefie zamkniętej dla osób postronnych.

Mitch otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zrezygnował.

Narożne gabinety mają ponad pięćdziesiąt metrów kwadratowych każdy, wyjaśnił Lamar, i są przeznaczone dla najstarszych stażem wspólników. Nazwał je gabinetami władzy, wypowiadając te słowa z szacunkiem. Każdy urządzono według indywidualnych życzeń i gustów użytkownika, nie żałując pieniędzy na wystrój. Były przydzielane dożywotnio i zmieniały użytkownika tylko w przypadku śmierci lub przejścia na emeryturę. Wówczas zaczynała się walka między młodszymi wspólnikami.

Lamar zapalił światło w jednym z nich i weszli do środka, zamykając za sobą drzwi.

– Niezły widok, co? – powiedział, gdy Mitch podszedł do okna i spojrzał na Riverside Drive i leniwie płynącą za nią rzekę.

– Jak się dostaje taki gabinet? – spytał, patrząc zafascynowany na barkę wolniutko przepływającą pod mostem do Arkansas.

– Bardzo długo się czeka, a gdy się w końcu człowiek doczeka, to jest tak bogaty i tak zajęty, że nie ma czasu cieszyć się widokiem.

– Czyj to gabinet?

– Victora Milligana. To szef działu podatków, jest bardzo sympatyczny. Pochodzi z Nowej Anglii, ale mieszka tu już od dwudziestu pięciu lat i nazywa Memphis swoim domem. – Lamar włożył rękę do kieszeni i przeszedł się po gabinecie. – Te parkiety i sufity pochodzą z oryginalnego budynku sprzed stu lat. Większość podłóg przykryto wykładziną dywanową, ale w paru miejscach parkiet zachował się w dobrym stanie. Kiedy już się wprowadzisz, będziesz mógł wybrać wykładzinę albo dywan.

– Lubię drewno. A co to za dywan?

– Jakiś perski antyk. Nie znam jego historii. Biurko należało kiedyś do pradziadka Milligana, który był sędzią gdzieś na Rhode Island. Tak przynajmniej twierdzi. Straszny z niego zgrywus i nigdy nie wiadomo, kiedy wpuszcza cię w maliny.

– Gdzie jest teraz?

– Chyba na urlopie. Mówili ci o urlopach?

– Nie.

– Przez pierwsze pięć lat przysługują ci rocznie dwa tygodnie urlopu. Płatnego, oczywiście. Potem, aż do awansu na wspólnika, trzy tygodnie, a dalej, to już ile zechcesz. Firma ma górską chatę w Vail, dom nad jeziorem w Manitobie i dwa apartamenty przy Siedmiomilowej Plaży na Wielkim Kajmanie. Wszystko za darmo, ale trzeba wcześniej rezerwować. Pierwszeństwo mają wspólnicy, a po nich to już kto pierwszy, ten lepszy. Wyjazd na Kajmany cieszy się ogromnym wzięciem w firmie. To międzynarodowy raj podatkowy i wiele naszych wyjazdów idzie w koszty i jest odpisywana. Milligan pewnie właśnie teraz tam nurkuje i nazywa to wyjazdem służbowym.

Na jednym z seminariów z prawa podatkowego była mowa o Kajmanach i Mitch zapamiętał, że to kilka wysepek gdzieś na Karaibach. Już miał spytać, gdzie dokładnie, ale powstrzymał się i postanowił sam sprawdzić.

– Tylko dwa tygodnie?

– No tak. A to dla ciebie problem?

– Nie, niespecjalnie. Tyle że firmy w Nowym Jorku dają co najmniej trzy. – Powiedział to tonem wybrednego miłośnika kosztownych wakacji, choć wcale nim nie był. Nie licząc trzydniowego weekendu, który nazywali miesiącem miodowym, i paru wycieczek po Nowej Anglii, Mitch nigdy nie był na prawdziwym urlopie i nie wyjeżdżał za granicę.

– Można dostać dodatkowy tydzień bezpłatnego.

Mitch pokiwał głową, jakby to rozwiązywało problem. Opuścili gabinet Milligana i poszli dalej. Korytarz był prostokątny i po jednej jego stronie ciągnęły się drzwi do biur prawników z oknami, światłem słonecznym i widokami. Lamar wyjaśnił, że gabinety od strony rzeki uważane są za bardziej prestiżowe, na ogół zajmują je wspólnicy i istnieje lista oczekujących.

Salki konferencyjne, biblioteki i sekretariaty znajdowały się po drugiej stronie korytarza i były pozbawione okien i dodatkowych atrakcji mogących rozpraszać uwagę.

Gabinety szeregowych prawników były mniejsze – cztery i pół na cztery i pół metra – ale były elegancko urządzone i wyglądały dużo lepiej niż biura prawników, które Mitch oglądał w Nowym Jorku i Chicago. Firma wydaje majątek na dekoratorów wnętrz, wyjaśnił Lamar. Można by pomyśleć, że pieniądze rosną tu na drzewach. Młodzi prawnicy zachowywali się przyjaźnie, chętnie wdawali się w rozmowy i sprawiali wrażenie ucieszonych krótką przerwą w pracy. Większość z zapałem chwaliła pracę w firmie i mieszkanie w Memphis. To stare miasto, które wciąga, mówili, choć może nie od razu. Ich też kusiły wielkie kancelarie prawnicze w Waszyngtonie i na Wall Street, ale nie żałowali podjętej decyzji.

Wspólnicy wyglądali na bardziej zajętych, ale byli równie sympatyczni. Mitch został bardzo starannie wybrany, powtarzali, i na pewno doskonale się tu wpasuje. To dla niego wymarzone miejsce pracy, mówili. Kończyli rozmowę obietnicą, że dłużej porozmawiają podczas lunchu.

* * *

Godzinę wcześniej Kay Quin zostawiła dzieci pod opieką niani i służącej i spotkała się z Abby na brunchu w Peabody. Tak jak Abby pochodziła z małego miasteczka, wyszła za Lamara po liceum i przez trzy lata jego studiów na Uniwersytecie Vanderbilta mieszkała w Nashville. Lamar zaczął tak dobrze zarabiać, że rzuciła pracę i w ciągu czternastu miesięcy urodziła dwójkę dzieci. Nie wróciła już do pracy i mając z głowy rodzenie dzieci, spędzała czas na zebraniach Towarzystwa Miłośników Ogrodów, Fundacji Serca, country clubu, oddziału Stowarzyszenia Rodziców i Nauczycieli i spotkaniach kościelnych. Mimo oczywistej zamożności była skromna i bezpretensjonalna i czuło się, że bez względu na zawodowe sukcesy męża taką chce pozostać. Abby znalazła przyjaciółkę.

Zjadły jajka po benedyktyńsku z croissantami i przeniosły się do głównego holu na kawę, gdzie, przypatrując się kaczkom pływającym wokół fontanny, zaczęły gawędzić. Kay zaproponowała krótki objazd po Memphis i późny lunch w restauracji koło jej domu, a potem może jeszcze wypad na zakupy.

– Powiedzieli o niskooprocentowanym kredycie? – spytała.

– Tak, od razu podczas pierwszej rozmowy.

– Będą chcieli, żebyście kupili dom zaraz po przeprowadzce. Większości absolwentów tuż po studiach nie stać na własny dom, dlatego firma udziela niżej oprocentowanego kredytu i zatrzymuje u siebie hipotekę.

– Na jak długo? – chciała wiedzieć Abby.

– Tego nie wiem. Od naszego przyjazdu minęło siedem lat, a my mieszkamy już w drugim domu. Ale możesz mi wierzyć, że warunki będą bardzo atrakcyjne. Firmie zależy, żebyście mieli własny dom. To ich niepisany wymóg.

– Dlaczego to dla nich takie ważne?

– Z paru powodów. Przede wszystkim chcą, żebyście się tu zadomowili – wyjaśniła Kay. – Firma jest bardzo wybredna i zazwyczaj dostaje wszystkich, na których jej zależy. Ale Memphis to nie pępek świata, więc muszą oferować więcej niż inni. Również dlatego, że firma jest bardzo wymagająca, zwłaszcza wobec szeregowych pracowników. Ludzie żyją w ciągłym stresie, są przepracowani, mają osiemdziesięciogodzinny tydzień pracy i są gośćmi w domu. To niełatwe dla obojga małżonków, i firma o tym wie. Według ich teorii dobre małżeństwo czyni człowieka szczęśliwym, szczęśliwy prawnik to wydajny prawnik, a to w końcowym rozrachunku oznacza dodatkowy zysk. A zysk jest zawsze najważniejszy. Jest też jeszcze inny powód. Ci faceci… sami mężczyźni, nie kobiety… są bardzo dumni ze swego bogactwa i każdy powinien wyglądać i zachowywać się jak człowiek zamożny. Firma poczytywałaby sobie za afront, gdyby jej pracownik mieszkał w mieszkaniu. Wszyscy mają kupić sobie własny dom, które po pięciu latach należy wymieniać na większe. Jeśli starczy nam czasu, to potem pokażę ci kilka domów wspólników. Gdy je zobaczysz, od razu polubisz osiemdziesięciogodzinny tydzień pracy.

– Już do tego przywykłam.

– To dobrze. Tyle że tego nie da się porównać z zajęciami na studiach. Czasami w okresie naliczania podatków pracują nawet po sto godzin tygodniowo.

Abby uśmiechnęła się i pokręciła głową, jakby ją to naprawdę poruszyło.

– A ty pracujesz? – spytała.

– Nie. Większość żon nie pracuje. Mamy dość pieniędzy, więc nie musimy, zwłaszcza że nie możemy liczyć na pomoc mężów przy dzieciach. Ale oczywiście nie zabraniają nam pracować.

– Kto nie zabrania?

– Firma.

– Mam nadzieję, że nie. – Abby powtórzyła w myślach słowo „zabraniają”, ale darowała sobie komentarz.

Kay sączyła kawę, przyglądając się kaczkom. Mały chłopiec uwolnił rączkę z uścisku matki i podbiegł do fontanny.

– Zamierzacie mieć dzieci? – spytała.

– Może za parę lat.

– Posiadanie dzieci jest dobrze widziane.

– Przez kogo?

– Przez firmę.

– Dlaczego firmę miałoby obchodzić, czy mamy dzieci? – zdziwiła się Abby.

– Z tego samego powodu. Chodzi o stabilizację życia rodzinnego. Narodziny dziecka są uroczyście celebrowane. Wysyłają ci do szpitala kwiaty i prezenty, traktują cię jak królową. Mężowi dają tygodniowy urlop okolicznościowy, tyle że nawał pracy nie pozwala mu z niego skorzystać. Wpłacają tysiąc dolarów na specjalny fundusz powierniczy na opłacenie college’u. Wszyscy się cieszą.

– To brzmi, jakby to było jedno wielkie bractwo.

– Bardziej jak jedna wielka rodzina. Nasze życie towarzyskie obraca się wokół firmy. To ważne, bo nikt z nas nie pochodzi z Memphis. Wszyscy zostaliśmy tu przeszczepieni.

– To miłe, tylko że nie chcę, żeby ktoś mi mówił, kiedy mam pracować, kiedy przestać i kiedy urodzić dziecko.

– Nic się nie martw. Firma bardzo się troszczy o swoich ludzi, ale się nie wtrąca – zapewniła Kay.

– Zaczynam mieć wątpliwości.

– Wyluzuj, Abby. Firma jest dla nas jak rodzina. To wspaniali ludzie, a Memphis to cudowne stare miasto do mieszkania i chowania dzieci. Koszty utrzymania są dużo niższe i życie płynie dużo wolniej i spokojniej. Pewnie rozważacie zamieszkanie w jednym z wielkich miast. Z nami też tak było, ale teraz nie zamieniłabym Memphis na żadną wielką metropolię.

– Pokażesz mi miasto?

– Po to tu jestem. Myślę, że zaczniemy od centrum, potem pojedziemy do wschodniej części i pokręcimy się po dzielnicy mieszkaniowej. Może uda nam się obejrzeć jakiś dom. Na koniec zjemy lunch w mojej ulubionej restauracji.

– Brzmi nieźle.

Kay zapłaciła za kawę, tak jak wcześniej za brunch, wyszły z hotelu i wsiadły do nowego mercedesa Quinów.

* * *

Jadalnia, jak skromnie nazywano tę część budynku, zajmowała zachodnią część czwartego piętra od strony Riverside Drive i płynącej za nią rzeki. Jedną ścianę tworzył ciąg dwuipółmetrowych okien, z których roztaczał się przepiękny widok na pływające po rzece holowniki, statki z kołami łopatkowymi i barki oraz przystanie i mosty.

Sala jadalna była dostępna tylko dla grona prawników na tyle utalentowanych i ambitnych, by zasłużyć na status wspólnika w firmie Bendiniego. Codziennie przychodzili tu na lunch szykowany przez Jessie Frances, tęgą i dość zadziorną czarną kucharkę w starszym wieku, i serwowany przez jej męża Roosevelta, który na tę okazję nakładał białe rękawiczki i źle leżący, stary i wygnieciony smoking, który dostał w prezencie od pana Bendiniego na krótko przed jego śmiercią. Prawnicy niekiedy spotykali się tu rano przy pączkach i kawie, by porozmawiać o interesach, a także późnym popołudniem na kieliszek wina, żeby uczcić szczególnie dobre wyniki miesiąca lub wyjątkowo wysokie honorarium od klienta. Wstęp do sali mieli tylko wspólnicy i od czasu do czasu zaproszeni goście spośród najważniejszych klientów oraz kandydaci do pracy w firmie. Szeregowi pracownicy mieli prawo skorzystać z jadalni tylko dwa razy w roku (prowadzono ścisły rejestr) i tylko na osobiste zaproszenie któregoś ze wspólników.

Obok sali jadalnej znajdowała się niewielka kuchnia, w której rządziła Jessie Frances i w której dwadzieścia sześć lat temu upichciła pierwszy posiłek dla pana Bendiniego i kilku jego prawników. Od dwudziestu sześciu lat gotowała w niej lokalne potrawy z Południa, całkowicie ignorując prośby o większe urozmaicenie menu i gotowanie dań, których nazw nie potrafiła nawet wymówić. Jej standardową reakcją na tego typu prośby było stwierdzenie: „Jeśli wam nie smakuje, to nie jedzcie”. Sądząc jednak po mizernych resztkach zbieranych ze stołów przez Roosevelta, wszyscy jedli i wszystkim smakowało. W każdy poniedziałek Jessie wywieszała kartkę z tygodniowym menu i żądała, by stołownicy wybierali dla siebie potrawy na cały tydzień. Przez lata potrafiła boczyć się na kogoś, kto odwołał rezerwację lub wręcz nie przyszedł. Oboje z Rooseveltem pracowali cztery godziny dziennie i zarabiali tysiąc dolarów miesięcznie.

Mitcha posadzono przy stoliku z Lamarem Quinem, Oliverem Lambertem i Royce’em McKnightem. Podano żeberka ze smażoną okrą i gotowaną dynią.

– Odkroiła dziś tłuszcz – zauważył Lambert.

– Są pyszne – pochwalił Mitch.

– Twój układ pokarmowy toleruje tłuszcz?

– Tak. W Kentucky też gotują tłusto.

– Dołączyłem do tej firmy w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym roku – zaczął McKnight – a wiesz, pochodzę z New Jersey. Do większości południowych dań podchodziłem bardzo podejrzliwie, bo wszystko tu obtaczają w cieście i smażą na smalcu. Ale potem pan Bendini postanowił uruchomić tę stołówkę, zaangażował Jessie Frances i efekt jest taki, że od dwudziestu lat mam zgagę. Smażone dojrzałe pomidory, smażone zielone pomidory, smażony bakłażan, smażona okra, smażona dynia, smażone to, smażone tamto. Któregoś dnia Victor Milligan powiedział o jedno słowo za dużo. Pochodzi z Connecticut, a Jessie Frances upichciła talerz smażonych pikli. Wyobrażasz sobie? Smażone pikle! Victor burknął coś niegrzecznego pod adresem Roosevelta, ten powtórzył to Jessie, a ona trzasnęła drzwiami i rzuciła pracę. Nie było jej przez tydzień. Roosevelt chciał kontynuować, lecz Jessie przytrzymała go w domu. W końcu pan Bendini jakoś załagodził sprawę i Jessie zgodziła się wrócić, choć pod warunkiem, że nikt nie będzie narzekał. Ale jednocześnie trochę przystopowała z tłuszczem. Myślę, że dzięki temu wszyscy pożyjemy dziesięć lat dłużej.

– To jest pyszne – powiedział Lamar, smarując masłem kolejną bułeczkę.

– Zawsze jest pyszne – dorzucił Lambert w stronę przechodzącego Roosevelta. – Jej dania są tłuste i tuczące, ale rzadko rezygnujemy z lunchu.

Mitch jadł powoli, wdając się w pogaduszki i starając się sprawiać wrażenie wyluzowanego, choć nie przychodziło mu to łatwo. Znalazł się wśród wybitnych prawników, z których każdy odniósł sukces i został milionerem. Siedząc w ich ekskluzywnej, bogato zdobionej sali jadalnej czuł się trochę tak, jakby trafił do stołówki na Olimpie. Odwagi dodawała mu tylko obecność Lamara i kręcący się po sali Roosevelt.

Gdy skończył jeść i odłożył sztućce, Oliver Lambert wytarł usta serwetką, wstał i postukał łyżeczką w szklankę do herbaty.

– Panowie – powiedział. – Proszę o chwilę uwagi.

W sali zapadła cisza i około dwudziestu wspólników zwróciło twarze ku głównemu stolikowi. Wszyscy odłożyli serwetki i skierowali wzrok na młodego gościa. Do każdego z osobna trafiły kopie zawartości teczki personalnej kandydata i na tej podstawie już dwa miesiące temu zgodnie zagłosowali, by mianować Mitcha kandydatem numer jeden. Wiedzieli, że codziennie przebiega ponad sześć kilometrów, nie pali, jest uczulony na sulfamidy, wycięto mu migdałki, ma niebieską mazdę i matkę wariatkę, a kiedyś w jednej ćwiartce meczu wykonał trzy przechwyty. Wiedzieli też, że, gdy jest chory, nie zażywa niczego mocniejszego niż aspiryna i w razie potrzeby jest gotów pracować sto godzin tygodniowo. Wszystkim się spodobał. Był przystojny, atletycznie zbudowany i bardzo męski. A także inteligentny i miał zgrabną sylwetkę.

– Jak wiecie, gościmy dziś kogoś bardzo szczególnego, Mitcha McDeere’a. Wkrótce skończy z wyróżnieniem studia na Harvardzie…

– Proszę! Proszę! – wykrzyknęło z uznaniem dwóch absolwentów Harvardu.

– Tak, dziękuję. Mitch wraz z żoną Abby spędzają ten weekend w hotelu Peabody jako nasi goście. Kończąc studia, znajdzie się w pierwszej piątce na trzystu absolwentów i stara się o niego wiele kancelarii prawniczych. Chcemy, żeby wybrał nas, i liczę, że porozmawiacie z nim przed wyjazdem. Dziś wieczorem nasi goście zjedzą kolację w towarzystwie Lamara i Kay Quinów, jutro wieczorem są zaproszeni na przyjęcie u mnie w domu. Mam nadzieję, że wszyscy się zjawicie. – Uśmiechając się niepewnie do wspólników, Mitch słuchał, jak Lambert rozwodzi się na temat pozycji firmy. Gdy skończył, Roosevelt podał pudding chlebowy i kawę.

* * *

Ulubioną restauracją Kay okazało się szykowne i modne miejsce spotkań młodych japiszonów. Cały lokal obwieszono tysiącami paproci, szafa grająca nie przestawała grać przebojów z lat sześćdziesiątych, koktajle podawano w wysokich pamiątkowych szklankach.

– Mnie jeden wystarczy – zastrzegła Kay.

– Ja też nie przepadam za alkoholem.

Zamówiły po porcji quiche’a dnia i zaczęły sączyć koktajl.

– A Mitch dużo pije? – zagadnęła Kay.

– Bardzo mało. Jest sportowcem i bardzo dba o kondycję fizyczną. Od czasu do czasu piwo czy kieliszek wina, ale nic mocniejszego. A Lamar?

– Mniej więcej tak samo. Podczas studiów odkrył piwo, ale ma kłopoty z wagą. Firma krzywi się na picie.

– Godne podziwu, ale dlaczego to ich w ogóle interesuje?

– Bo alkohol i prawnicy pasują do siebie jak krew do wampirów. Większość prawników pije jak smoki i alkoholizm jest wręcz chorobą zawodową. Myślę, że zaczyna się to już na studiach. W Vanderbilcie zawsze ktoś miał u siebie w pokoju beczułkę piwa. Na Harvardzie pewnie tak samo. Z pracą wiąże się morze stresu, a to zwykle przekłada się na morze gorzały. Nie da się tych facetów nazwać abstynentami, ale zawsze zachowują umiar. Zdrowy prawnik to wydajny prawnik.

– Brzmi sensownie. Mitch mówi, że w firmie jest zerowa płynność kadr.

– Rzeczywiście wszyscy się jej trzymają. Nie pamiętam, żeby w ciągu tych siedmiu lat, odkąd tu jesteśmy, ktoś odszedł. Bardzo dobrze płacą i starannie dobierają kandydatów. Nie chcą tu nikogo z domową forsą.

– Nie bardzo rozumiem…

– Nie zatrudnią prawnika z innymi źródłami dochodu – wyjaśniła Kay. – Zależy im na młodych i głodnych. To kwestia lojalności. Jeśli wszystkie twoje pieniądze pochodzą z jednego źródła, to starasz się być wobec tego źródła maksymalnie lojalna. A firma oczekuje bezwzględnej lojalności. Lamar mówi, że nikt nigdy nie mówi o odejściu. Wszyscy są zadowoleni i albo bardzo bogaci, albo na najlepszej drodze do bogactwa. Gdyby ktoś chciał odejść, w żadnej innej firmie nie znalazłby takich pieniędzy. Zaproponują Mitchowi wszystko, żeby go tu ściągnąć. Są bardzo dumni z tego, że płacą lepiej od innych.

– Dlaczego nie zatrudniają kobiet?

– Raz kiedyś spróbowali. Okazała się prawdziwą zołzą i ciągle wybuchały awantury. Większość prawniczek ma muchy w nosie i wiecznie szuka zwady. Trudno się z nimi dogadać. Lamar mówi, że boją się ryzykować, bo gdyby któraś się nie sprawdziła, to w świetle przepisów o wyrównywaniu szans trudno byłoby ją zwolnić.

Przyniesiono quiche, a one podziękowały za drugą kolejkę koktajli. Pod kępami paproci rozsiadły się setki młodych japiszonów i atmosfera w restauracji stawała się coraz luźniejsza. Z szafy grającej płynął łagodny głos Smokeya Robinsona.

– Mam świetny pomysł – rzekła Kay. – Znam jedną pośredniczkę od nieruchomości. Zadzwońmy do niej i obejrzyjmy parę domów.

– Jakich domów?

– Dla ciebie i Mitcha. Dla najnowszego nabytku firmy Bendini, Lambert i Locke. Na pewno będzie miała coś na twoim poziomie cenowym.

– Nie znam naszego poziomu cenowego.

– Myślę, że między sto a sto pięćdziesiąt tysięcy. Ostatni nowy nabytek kupił dom w Oakgrove i jestem pewna, że cena zawierała się w tym przedziale.

Abby pochyliła się nad stołem i niemal szeptem spytała:

– Ile wyniosłyby miesięczne spłaty?

– Nie wiem. Ale wiem, że będzie was stać. Pewnie z tysiąc miesięcznie, może trochę więcej.

Abby wlepiła w nią wzrok i głośno przełknęła ślinę. Na Manhattanie za wynajem małego mieszkanka trzeba było zapłacić dwa razy tyle.

– Zadzwońmy do niej – wykrztusiła.

* * *

Jak można się było spodziewać, gabinet Royce’a McKnighta ociekał luksusem, a z okien roztaczał się wspaniały widok. Zajmował bardzo prestiżowy narożnik na trzecim piętrze, nieopodal gabinetu Nathana Locke’a. Lamar Quin dyskretnie się wycofał, wspólnik zarządzający wskazał Mitchowi miejsce przy niewielkim stole konferencyjnym obok sofy i posłał sekretarkę po kawę.

Zaczął od pytania, jak Mitchowi podoba się to, co dotąd zobaczył w firmie, a ten zapewnił, że jest pod wielkim wrażeniem.

– Chciałbym teraz omówić z tobą szczegóły naszej oferty – powiedział McKnight.

– Z przyjemnością.

– Zasadnicza pensja w pierwszym roku wyniesie osiemdziesiąt tysięcy dolarów. Po zdaniu egzaminu adwokackiego dostaniesz podwyżkę w wysokości pięciu tysięcy dolarów. Nie premię, tylko podwyżkę. Egzamin odbywa się zwykle w sierpniu, więc całe lato upłynie ci na przygotowaniu do niego. Prowadzimy własne konsultacje do egzaminu i nasi wspólnicy będą ci służyli wszechstronną pomocą. Nauka odbywa się głównie w czasie, za który firma płaci. Jak wiesz, wiele kancelarii każe swoim pracownikom normalnie pracować i przygotowywać się do egzaminu, gdy mają wolne. Ale nie my. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby któryś z naszych pracowników oblał egzamin adwokacki i nie mamy obaw, że ty tę tradycję złamiesz. A więc osiemdziesiąt tysięcy na początek i osiemdziesiąt pięć po sześciu miesiącach. Po roku pracy twoja pensja wzrośnie do dziewięćdziesięciu tysięcy, plus co roku w grudniu otrzymasz roczną premię wyliczoną na podstawie twoich osiągnięć i wypracowanych zysków w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Premia wypłacona pracownikom w ubiegłym roku wyniosła średnio dziewięć tysięcy dolarów. Jak sam wiesz, w innych firmach prawniczych dzielenie się zyskami z szeregowymi pracownikami zdarza się niezwykle rzadko. Czy masz jakieś pytania odnośnie do wynagrodzenia?

– Co się stanie po drugim roku pracy?

– Twoja zasadnicza pensja będzie rosła o dziesięć procent rocznie aż do chwili, gdy staniesz się wspólnikiem firmy. Ale ani podwyżki, ani premie nie są gwarantowane. Jedno i drugie zależy od wyników.

– Brzmi rozsądnie.

– Jak wiesz, bardzo nam zależy, żebyś kupił dom. Ma to znaczenie prestiżowe i rzutuje na stabilność zatrudnienia, a obie te sprawy są dla nas niezwykle ważne, zwłaszcza w odniesieniu do prawników. Dlatego firma zapewnia tani trzydziestoletni kredyt hipoteczny o stałym niskim oprocentowaniu, ale opatrzony klauzulą zobowiązującą do spłacenia całej pozostałej należności głównej w razie, gdybyś po kilku latach zdecydował się sprzedać dom. Jest to jednorazowa pomoc ze strony firmy, oferowana wyłącznie przy kupnie pierwszego domu. Potem już musisz radzić sobie sam.

– Jakie jest oprocentowanie?

– Najniższe z możliwych bez narażenia się urzędowi skarbowemu. Obecnie rynkowe oprocentowanie tego typu kredytów jest na poziomie dziesięciu, dziesięciu i pół procent. Powinno nam się udać zaoferować ci kredyt oprocentowany między siedem a osiem. Pracujemy dla kilku banków i one nam w tym pomagają. Przy twojej pensji bez trudu się zakwalifikujesz. Zresztą w razie potrzeby firma udzieli ci gwarancji.

– To niezwykła hojność, proszę pana.

– Sprawa kupna domu jest dla nas bardzo ważna. I nic na tej transakcji nie tracimy. Musisz tylko znaleźć odpowiedni dom, całą resztą zajmie się nasza sekcja nieruchomości. Tobie zostanie tylko wprowadzenie się.

– A co z tym bmw? – spytał Mitch.

McKnight parsknął po nosem.

– Wprowadziliśmy to jakieś dziesięć lat temu i jak dotąd doskonale się sprawdza jako dodatkowa zachęta. Sprawa jest prosta. Wybierasz sobie jeden z mniejszych modeli, my go leasingujemy na trzy lata i wręczamy ci kluczyki. Pokrywamy roczne opłaty, ubezpieczenie, koszt przeglądów. Pod koniec trzyletniego okresu możesz go odkupić od firmy leasingowej za rozsądną cenę rynkową. To też jest tylko jednorazowa pomoc z naszej strony.

– Brzmi bardzo atrakcyjnie.

– Wiemy o tym.

McKnight rzucił okiem na leżącą przed nim kartkę z notatkami.

– Dla całej rodziny opłacamy pełną opiekę lekarską i dentystyczną. W tym także prowadzenie ciąży, badania kontrolne, aparaty korekcyjne na zęby, wszystko. Firma za to płaci.

Mitch pokiwał głową, ale bez szczególnego entuzjazmu. Akurat to było standardem u wszystkich.

– Mamy też wyjątkowo korzystny plan emerytalny – ciągnął McKnight. – Do każdego zainwestowanego przez ciebie dolara firma dopłaci dwa, pod warunkiem że zainwestujesz minimum dziesięć procent swojego wynagrodzenia zasadniczego. Powiedzmy, że zaczynasz od osiemdziesięciu i w pierwszym roku wpłacasz osiem tysięcy. Firma dopłaca szesnaście i na twoim koncie emerytalnym już po roku leżą dwadzieścia cztery tysiące. Funduszem zarządza profesjonalna firma w Nowym Jorku i w ubiegłym roku fundusz przyniósł dziewiętnastoprocentowy zysk. Nieźle, co? Odkładaj przez dwadzieścia lat i po przejściu na emeryturę w wieku lat czterdziestu pięciu będziesz milionerem. Jest tylko jeden warunek: jeśli wycofasz się przed upływem dwudziestu lat, tracisz wszystko z wyjątkiem wpłaconych przez siebie kwot. Nie dostajesz nawet oprocentowania.

– To trochę bezwzględne warunki – stwierdził Mitch.

– Otóż nie, to bardzo szczodra propozycja. Znajdź mi jakąkolwiek inną firmę, która dopłaca w stosunku dwa do jednego. O ile wiem, nie ma takich. W ten sposób dbamy o siebie samych. Wielu naszych wspólników odchodzi na emeryturę w wieku pięćdziesięciu lat, niektórzy nawet czterdziestu pięciu. Ale nie mamy obowiązkowego wieku emerytalnego i są tacy, którzy pracują, mając po sześćdziesiąt, a nawet siedemdziesiąt lat. Jak kto chce. My tylko zapewniamy godziwą emeryturę i umożliwiamy wcześniejsze przejście na nią.

– Ilu jest obecnie wspólników na emeryturze?

– Około dwudziestu. Od czasu do czasu będziesz ich tu widywał. Lubią wpadać na lunch, a kilku zachowało nawet dawne gabinety. Czy Lamar mówił ci o urlopach?

– Tak.

– To dobrze. Pamiętaj, że trzeba wcześniej rezerwować, zwłaszcza Vail i Kajmany. Sam płacisz za przelot, pobyt na miejscu jest za darmo. Na Kajmanach mamy liczne sprawy służbowe i od czasu do czasu będziemy cię tam wysyłali na dwa, trzy dni, wpisując podróż w koszty. Takie wyjazdy nie wliczają się do urlopu. Na wypoczynek każdy wyjeżdża mniej więcej raz w roku. Pracujemy ciężko, Mitch, i wiemy, jak ważne jest, by dobrze odpocząć.

Mitch pokiwał głową i oczyma duszy ujrzał, jak na zalanej słońcem karaibskiej plaży sączy piña coladę i gapi się na dziewczyny w stringowych bikini.

– Czy Lamar wspomniał o premii powitalnej? – spytał McKnight.

– Nie, ale brzmi interesująco.

– Po podpisaniu umowy o pracę wręczymy ci czek powitalny na pięć tysięcy dolarów. Najchętniej widzimy przeznaczenie większości tej kwoty na nową garderobę. Po siedmiu latach chodzenia w dżinsach i flanelowych koszulach twój zapas garniturów jest pewnie dość skromny. Zdajemy sobie z tego sprawę, ale wygląd zewnętrzny jest ważny. Oczekujemy, że nasi prawnicy będą ubierali się elegancko i raczej konserwatywnie. Nie mamy sztywnych zasad co do ubioru, ale szybko się połapiesz, o co chodzi.

Czy on powiedział „pięć tysięcy dolarów”? Na ciuchy? Mitch był właścicielem dwóch garniturów, z których jeden miał na sobie. Zrobił poważną minę i opanował uśmiech.

– Masz jakieś pytania?