Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
58 osób interesuje się tą książką
Projekt: Exterra
Priorytet: Wysoki
Dostęp: Przyznano
Deskrypcja projektu: Archiwa Exterry zawierają szczegółowy opis eksploracji Wszechświata przez gatunek ludzki. Użytkownik znajdzie tu zapisy dzienników pokładowych, rejestry naukowych obserwacji, banki pamięci sztucznej inteligencji oraz utrwalone engramy wspomnień członków ekip badawczych i wojskowych. Wpisy są kompletnym źródłem dokumentującym spotkania z pozaziemskimi formami życia, opisy kosmicznych katastrof, ekspansję rodzaju ludzkiego poza Układ Słoneczny oraz zjawiska związane z czarnymi dziurami i równoległymi wymiarami. Katalog jest stale uzupełniany i aktualizowany.
Otworzyć kartotekę? Y/N...|
Autorzy:
Adam W. Bukowski, Maciej Bukowski, Grzegorz Czapski, Przemysław Duda, Paweł Goderski, Roland Hensoldt, Mariusz Kaszyński, Marek Kolenda, Maciej B. Kruk, Kamil Muzyka, Krzysztof Rypuła, Goran Skrobonja, Edward Strun, Miłosz Subsar, Kacper Sumiński, Maciej Szmajdziński, Szymon Szymański, Zeter Zelke
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 576
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Exterra
Copyright © 2025 Adam W. Bukowski, Maciej Bukowski, Grzegorz Czapski, Przemysław Duda, Paweł Goderski, Roland Hensoldt, Mariusz Kaszyński, Marek Kolenda, Maciej B. Kruk, Kamil Muzyka, Krzysztof Rypuła, Goran Skrobonja, Edward Strun, Miłosz Subsar, Kacper Sumiński, Maciej Szmajdziński, Szymon Szymański, Zeter Zelke
Wszelkie prawa zastrzeżone.
All rights reserved.
Redakcja naukowa: dr n. biol., lek. Przemysław Duda
Redakcja i korekta: Zeter Zelke, Anna Dzięgielewska
Projekt okładki: Łukasz Białek
Skład i łamanie: Krzysztof Biliński
Wydanie I
Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2026
planeta-czytelnika.pl
ISBN 978-83-68702-27-9
Czterech członków załogi Nibiru zgromadziło się na mostku przed ekranem radaru. Zostali wybudzeni z anabiozy kilkanaście godzin temu przez pokładową SI. Wszyscy zdążyli już odzyskać siły i zdać sobie sprawę z powagi sytuacji. Kropka na ekranie była wyraźnie widoczna i według pomiarów z ostatnich dni wytracała prędkość, utrzymując równocześnie stały kurs po linii prostej. W odległości kilku lat świetlnych od najbliższej gwiazdy żadne ciało pochodzenia naturalnego nie mogło zachowywać się w taki sposób. Zgodnie z drugą zasadą dynamiki Newtona wymagało to ingerencji niezrównoważonej siły.
– Kurwa mać – zaklął pod nosem Maucher.
– Tak reagujesz na pierwszy w historii kontakt ludzkości z wytworem pozaziemskiej cywilizacji? – zadrwił z niego Lakatos. – Ty? Astrobiolog?
Maucher zignorował przytyk.
– Jak wygląda sytuacja? – zwrócił się do drugiej oficer Sowińskiej kapitan Borrelli.
– Obiekt porusza się przed nami w odległości niecałych trzystu milionów kilometrów – odparła kobieta. – Leci w tym samym kierunku, co my, z prędkością aktualnie równą sześćdziesięciu dziewięciu procentom prędkości światła. Wciąż zwalnia. Nibiru porusza się ze standardową szybkością, czyli siedemdziesiąt procent c1.
– Doganiamy go – stwierdził dowódca. – Pytanie do SI: po jakim czasie dojdzie do kontaktu?
– Tory lotu Obiektu i Nibiru nie przecinają się – zabrzmiał aksamitny głos należący do pokładowego komputera. – Jeżeli nie skorygujemy kursu i nie zmniejszymy prędkości, do kontaktu nie dojdzie. Maksymalne zbliżenie wyniesie pięćdziesiąt milionów kilometrów, a różnica prędkości w tym momencie będzie znacząca.
– No i super! – ucieszył się Maucher. – Możemy napisać w raporcie, że Obiekt wcale nie zwalniał, stwierdzić, że to na pewno asteroida zbudowana z jakiegoś metalu, wejść z powrotem do komór anabiotycznych i obudzić się w Układzie Gwiazdy Luytena.
– Proszę nie żartować – upomniał go dowódca. – Dobrze pan wie, że komputer zapisuje takie incydenty w czarnej skrzynce.
– Nie można tego obejść? – nie ustępował astrobiolog.
Kapitan pokręcił głową z niezadowoleniem.
– Czy naprawdę muszę przypominać panu treść paragrafu numer osiem kontraktu, który zawarł pan z Rządem Federacji Światowej przed wyruszeniem w podróż?
– To standardowa umowa – odparł sucho Maucher. – Nikt nie zastanawia się nad paragrafami. Tym bardziej takimi, które jeszcze nigdy nie miały zastosowania.
– Fritz, wiesz, jakie konsekwencje grożą za niedotrzymanie warunków kontraktu? – spytała Sowińska, spoglądając z ukosa na kolegę. – Kary finansowe są tak dotkliwe, że będziemy zrujnowani do końca życia.
Maucher zaklął w myślach. Że też akurat jemu przytrafiła się taka sytuacja. Załoga liczyła jedenaście osób, w tym trzech astrobiologów, a komputer do witalizacji wybrał właśnie jego. Gdyby Maucherowi pozostawiono wybór, wolałby tkwić w komorze anabiotycznej, nieświadomy potencjalnego zagrożenia.
– Więc co teraz, kapitanie? – zapytał z rezygnacją w głosie.
– Zgodnie z procedurą musimy nadać standardowy sygnał na wszystkich częstotliwościach.
Dowódca zamierzał coś jeszcze dodać, ale wtrąciła się Sowińska:
– Maucher ma trochę racji. Może lepiej nie zaczepiać tego czegoś, póki samo się nie odezwie?
– Co proponujesz? – spytał Lakatos.
– Zbliżyć się po cichu na odległość, z której da się wysłać sondę.
Kapitan Borrelli obrzucił drugą oficer karcącym spojrzeniem. Kobieta była nawigatorem i inżynierem odpowiedzialnym między innymi za łączność, powinna więc wiedzieć, jakie są standardy postępowania w takiej sytuacji.
– Pani porucznik – zwrócił się do niej – przecież nieznany Obiekt może odebrać naszą sondę jako próbę ataku. Naprawdę musimy rozważać kolejne tak absurdalne propozycje?
– A wiemy, kiedy Obiekt zaczął zwalniać? – zapytał Lakatos, zerkając na Sowińską.
– Tak. – Druga oficer westchnęła. Pytanie najwyraźniej nie było jej w smak. – Trzy dni temu. Oczywiście według czasu pokładowego – dodała szybko, żeby uniknąć ewentualnego pytania Mauchera.
Czas pokładowy stanowił nieco osobliwy „wynalazek”. Na statku kosmicznym nie występował podział na dzień i noc, więc używanie dób mogło wydawać się nieco abstrakcyjne. Ale nie w tym tkwił największy paradoks. Na pokładzie Nibiru znajdował się zegar atomowy, który odmierzał czas z niesłychaną dokładnością. Przez większość podróży statek poruszał się z szybkością sięgającą siedemdziesięciu procent prędkości światła, więc wskazania tego zegara siłą rzeczy nie pokrywały się ze wskazaniami takich samych czasomierzy na Ziemi. Mimo to odmierzanie czasu pokładowego miało sens. Wiedząc, ile lat upłynęło od rozpoczęcia wyprawy oraz znając szybkość, z jaką leciał Nibiru, można było wziąć poprawkę na skrócenie Lorentza i obliczyć czas, który minął na Błękitnej Planecie.
– Trzy dni temu – powtórzył Lakatos. – Czyli dwa dni wcześniej, zanim pokładowy komputer przystąpił do procedury wybudzania nas z anabiozy. Rozumiem, że przedtem Obiekt poruszał się ze stałą prędkością.
– Wiem, do czego zmierzasz – powiedziała Sowińska ze skwaszoną miną. – Obiekt zaczął zwalniać, bo zauważył nas pierwszy. Podchody nie mają sensu, bo dawno zostaliśmy wykryci.
– Otóż to.
– A czy to nie może być jakiś zaginiony ziemski statek? – zaproponował Maucher.
– Fritz, litości! – zbeształa go znów Sowińska. – Myślisz, że SI tego nie wykluczyła? Żaden statek z Ziemi nie znajduje się w promieniu co najmniej dwóch lat świetlnych. Nie było ekspedycji, której kurs tędy by przebiegał, a tym bardziej nie było przypadku zaginięcia statku w tym rejonie.
– Dobrze – podjął dowódca. – Proszę zatem, aby komputer pokładowy zaczął nadawać standardowy sygnał kontaktu na wszystkich częstotliwościach.
– Przyjęto. – Z głośnika zawieszonego pod sufitem zabrzmiał aksamitny głos.
Maucher wzdrygnął się na dźwięk bezosobowej formy używanej przez sztuczną inteligencję. Wciąż nie potrafił do tego przywyknąć, choć wiedział, że takie standardy obowiązywały na wszystkich statkach kosmicznych. Celowo nie nadawano SI imienia oraz nie określano jej płci. Dzięki temu ludzie nie traktowali komputera jak członka załogi. Na misji badawczej, w odległym układzie gwiezdnym, zbytnie przywiązanie człowieka do maszyny mogło prowadzić do nieprzewidywalnych komplikacji.
– Ile będziemy musieli czekać na ewentualną odpowiedź? – spytał kapitan.
– Wiadomość zwrotną otrzymamy najwcześniej za trzydzieści cztery minuty.
– Jak to? – zdziwił się Maucher. – Od Obiektu dzieli nas około trzystu milionów kilometrów. To odległość dwa razy większa niż z Ziemi do Słońca. Nawet ja wiem, że fale radiowe powinny pokonać taki dystans w szesnaście minut. Potem drugie szesnaście to oczekiwanie na wiadomość zwrotną… I niby wszystko z grubsza się zgadza, ale ten wynik byłby poprawny, gdyby Obiekt stał w miejscu. Tymczasem Obiekt aktualnie pędzi z prędkością sześćdziesiąt dziewięć procent c i w takim właśnie tempie będzie uciekał przed sygnałem. Światło porusza się tylko trzydzieści jeden procent c szybciej. Nie ma więc mowy, że sygnał dogoni Obiekt w szesnaście minut.
– Fritz, ty tak na serio? – znów nie wytrzymała Sowińska. – To, co powiedziałeś, jest prawdą, ale dla obserwatora pozostającego w spoczynku, czyli na przykład znajdującego się na Ziemi. Pamiętaj jednak, że Nibiru leci z prędkością równą siedemdziesiąt procent c, a my jesteśmy na jego pokładzie. – Uśmiechnęła się złośliwie. – Zatem Obiekt względem nas porusza się ze stosunkowo niewielką prędkością. Leci wolniej o zaledwie jeden procent c. Prędkość światła w próżni dla każdego obserwatora jest zawsze stała, więc względem naszego układu odniesienia Obiekt nie będzie uciekać przed sygnałem z prędkością sześćdziesiąt dziewięć procent c. Rozrysuj to sobie, jeśli nie rozumiesz.
Maucher spuścił wzrok, a Sowińskiej zrobiło się głupio, bo doszła do wniosku, że trochę przesadziła. W końcu fizyka, nawigacja i historia lotów kosmicznych nie były specjalnością astrobiologa.
– Na tym właśnie polega potęga szczególnej teorii względności! – wtrącił się astrofizyk Lakatos, chcąc nieco rozładować napięcie. – Dla obserwatora pozostającego w spoczynku czas dotarcia wiadomości do Obiektu będzie kilkukrotnie dłuższy niż dla nas lecących na pokładzie Nibiru. Prędkość światła jest zawsze taka sama, natomiast czas rozciąga się i kurczy, jakby był z gumy. A poza tym określenie dokładnego momentu dotarcia i powrotu sygnału nie jest wcale takie proste. Obiekt nie leci ze stałą prędkością, tylko zwalnia, więc trzeba rozwiązać układ równań kwadratowych. Na dodatek nie podążamy wprost za Obiektem, tylko będziemy musieli wykonać zwrot, żeby znaleźć się na jego kursie. A to też jeszcze nie wszystko. Wskazania radaru nie pokazują tak naprawdę aktualnej prędkość i pozycji Obiektu, a tę sprzed ponad pół godziny, więc…
– Dość tych wywodów – przerwał stanowczo kapitan. – Jestem pewien, że komputer wszystko dobrze wyliczył. Sygnał został nadany. Odpowiedzi możemy oczekiwać najwcześniej za pół godziny i cztery minuty. Do tej pory zarządzam czas wolny.
Słowa Borrelliego o „czasie wolnym” zabrzmiały jak okrutny żart. W rzeczywistości było to najdłuższe pół godziny i cztery minut w życiu każdego członka załogi. Nikt nie opuścił mostku – kapitan i Maucher chodzili niespokojnie tam i z powrotem, Sowińska i Lakatos siedzieli w milczeniu na fotelach. Wszyscy nerwowo zerkali na wskazania zegara wyświetlane na największym z ekranów. Jedynie druga oficer potrafiła na czymś się skupić, bo trzymała w ręku tablet i czytała.
– Co to? – zagadnął ją Lakatos, wskazując ekran urządzenia.
– Jebana procedura na wypadek kontaktu.
Astrofizyk pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Lepiej późno niż wcale – skomentował kapitan Borrelli.
Po upływie wyznaczonego czasu nie wydarzyło się zupełnie nic. Od tej chwili kolejne minuty dłużyły się jeszcze bardziej. Nawet Sowińska odłożyła tablet. Każdy w napięciu wpatrywał się w ekran, na którym cyfry przeskakiwały w ślimaczym tempie.
Wreszcie w głośniku zabrzmiał głos:
– Odebrano sygnał.
Załoga w milczeniu wyczekiwała kolejnych słów pokładowego komputera.
– To ogromny strumień informacji. Sposób na jego odszyfrowanie nie jest znany. Dane wciąż napływają.
– A to ci, kurwa, niespodzianka – zaklęła Sowińska.
– Ma pan swoje głupie procedury – powiedział Maucher, spoglądając z wyrzutem na kapitana.
– Bez nerwów – uspokoił ich Borrelli. – Chyba nie spodziewaliście się, że od razu odczytamy wiadomość wysłaną przez przedstawicieli obcej cywilizacji. To musi potrwać. Dajmy trochę czasu naszej SI.
– Potwierdzono – powiedział aksamitny baryton. – Rozpoczęto próbę odszyfrowania przekazu; będzie to wymagało czasu.
– Ile czasu? – spytał kapitan.
– Trudno oszacować. Obiekt wciąż nadaje informacje. Nie wiadomo, kiedy transmisja się zakończy. Wszystko jest rejestrowane na dysku.
– Co teraz, kapitanie? – zwrócił się do dowódcy Maucher.
Borrelli przez chwilę milczał, wpatrując się w ekran radaru. Wreszcie powiedział:
– Oczywiście dalej postępujemy zgodnie z procedurą, czyli zmieniamy kurs i zmniejszamy prędkość, aby zbliżyć się do Obiektu na odległość umożliwiającą wystrzelenie sondy. Pytanie do SI: po jakim czasie w takim układzie dojdzie do kontaktu?
– Jeżeli Obiekt będzie nadal wytracał prędkość w takim samym tempie i przy założeniu, że skorygujemy kurs i wyhamujemy, aby się z nim zrównać, do kontaktu dojdzie za około dziewięćdziesiąt osiem godzin.
– Cztery dni nerwów – podsumowała Sowińska. – Może przez ten czas uda się odszyfrować wiadomość?
– Trudno powiedzieć – odparła SI. – Dane wciąż napływają; jak na razie nie zdołano znaleźć żadnego klucza, który pomógłby je odczytać.
– Zamierza pan wystrzelić sondę, zanim odszyfrujemy chociaż część wiadomości? – Maucher zwrócił się do kapitana.
– Takie są procedury na wypadek, gdy Obiekt nie wykazuje agresji.
– To niestety prawda – potwierdziła druga oficer.
Kapitan uśmiechnął się do niej smutno.
– A skąd niby mamy pewność, że nie wykazuje agresji? – irytował się Maucher. – Może przekaz, który wysłał, to ostrzeżenie, żeby się nie zbliżać.
– A dlaczego zwalnia? – zapytał dowódca. – Gdyby nie chciał kontaktu, uciekałby albo przynajmniej leciałby ze stałą prędkością.
– Może zwalnia, żeby nas zniszczyć – zaproponowała druga oficer.
– W takim razie, po co nadał jakikolwiek sygnał? – Dyskusja zaczynała coraz bardziej irytować kapitana. Podniósł głos: – Pani porucznik, czytała pani procedurę! Nie po to najwybitniejsi naukowcy ją opracowali, żebyśmy teraz zgrywali mądrzejszych od nich. Istnieje jednoznaczny schemat postępowania dla każdego wariantu kontaktu.
– Ci najwybitniejsi naukowcy nie musieli narażać własnej dupy – syknęła Sowińska.
Ogarniała ją złość na myśl o tym, jak duże ryzyko każe się jej podejmować. Skoro SI nie potrafiła odczytać komunikatu, trudno nawet spekulować na temat intencji Obiektu. Dlaczego tacy jak ona muszą zawsze nadstawiać karku w imię rzekomych wyższych celów, a nagrody i zaszczyty przyznawane są potem komuś innemu?
– Możecie rozejść się do kajut – zarządził dowódca, ignorując złośliwość drugiej oficer.
Po kilku minutach mostek opustoszał.
* * *
Maucher leżał na koi i rozmyślał. Nie tego się spodziewał, gdy wyruszał na misję badawczą. Liczył na ekscytującą przygodę, ale nie taką, podczas której odczuwałby strach o życie. Celem ekspedycji była planeta Gliese 273b w Układzie Gwiazdy Luytena, oddalonym od Słońca o nieco ponad dwanaście lat świetlnych. Glob ten od dziesięcioleci rozpalał wyobraźnię astrobiologów, w tym oczywiście również Mauchera. Gliese 273b okrążała swoje słońce po orbicie zlokalizowanej blisko wewnętrznej granicy ekosfery, więc jeśli posiadała dostatecznie gęstą powłokę gazową, na jej powierzchni mogła występować woda w stanie ciekłym. Połączenie gęstej atmosfery i wody stanowiło idealne środowisko dla rozwoju złożonego życia. Wcześniejsze ekspedycje badawcze wysłane do innych układów, w których znajdowały się egzoplanety, nie natrafiły na bardziej skomplikowane organizmy. Naukowcy odkryli co najwyżej bakterie i inne jednokomórkowce. Dowodziło to, że życie we Wszechświecie jest powszechne, ale wciąż nie było jasne, czy równie często tworzy złożone struktury.
Rozległo się pukanie do drzwi.
– Kto tam?! – zawołał Maucher.
Drzwi uchyliły się, a w progu stanęła Sowińska. Astrobiolog omal nie przetarł oczu ze zdumienia.
– Chciałam cię przeprosić, Fritz – powiedziała kobieta. – Mogę wejść?
Maucher skinął na znak, że wyraża zgodę. Sowińska zamknęła za sobą drzwi i podeszła do koi.
– Przepraszam, że byłam taka obcesowa. Nie jesteś nawigatorem ani astrofizykiem, więc masz prawo zadawać niemądre pytania.
– Nie gniewam się. Wiem, że w ten sposób mnie podrywałaś.
Puścił do niej oczko. Druga oficer wybuchnęła śmiechem.
– Nie chcę siebie usprawiedliwiać – ciągnęła po chwili – ale ta sytuacja wywołuje u mnie… – Urwała, szukając odpowiedniego słowa.
– Wkurwienie – dokończył za nią Maucher.
– Tak, właśnie. Wkurwienie.
– Dobrze, przeprosiny przyjęte, ale nie myśl, że na tym koniec. Kiedy dotrzemy do Układu Gwiazdy Luytena, wystarczy, że zadasz jedno głupie pytanie na temat biologii obcych organizmów a… popamiętasz.
Kobieta znów zaśmiała się głośno. Usiadła na skraju pryczy.
– Fritz, a tak na serio… Nie sądzę, że dotrzemy do Układu Gwiazdy Luytena.
– Bądźmy dobrej myśli. Obiekt raczej nie jest wrogo nastawiony.
– Nawet jeśli nie jest, dalsze punkty procedury każą nam zebrać jak najwięcej informacji i próbek, a następnie nakazują jak najszybszy powrót na Ziemię.
Maucher zaklął pod nosem.
– Trochę dziwi mnie twoje nastawienie – ciągnęła Sowińska. – Sądziłam, że z racji fachu będziesz zafascynowany ewentualnością pierwszego w historii kontaktu z pozaziemską cywilizacją.
– Żartujesz? Jestem astrobiologiem, a nie szaleńcem. Lubię badać prymitywne organizmy, które znajdują się za szybą w laboratorium. Albo jeszcze lepiej: obserwować bardziej złożone życie z orbity okołoplanetarnej. Taki był cel misji. Na taką przygodę liczyłem. A tu nagle zostaliśmy postawieni w tej pochrzanionej sytuacji.
– Fritz, boję się.
Astrobiolog usiadł na koi i objął drugą oficer ramieniem. Nie znajdował odpowiednich słów, aby ją pocieszyć. On też się bał i wolał milczeć niż kłamać.
Wówczas w głośniku zabrzmiał głos SI:
– Za trzydzieści minut rozpocznie się procedura wytracania prędkości. Przez najbliższe sześćdziesiąt siedem godzin przeciążenie będzie wynosiło dwa i pół g. Uprasza się wszystkich załogantów o powrót do swoich kajut, ułożenie się na łóżkach, podłączenie kroplówek i zapięcie pasów bezpieczeństwa.
– Sześćdziesiąt siedem godzin? – Maucher się zdziwił.
– Niestety – potwierdziła druga oficer. – Tyle czasu zajmie spowolnienie statku zaledwie o dwa procent prędkości światła. Zbyt duże przeciążenie mogłoby nas zabić.
– To chyba przesada. Na symulatorach poddawano mnie nawet pięciu g.
– Owszem, ale przez kilka sekund, a nie przez kilkadziesiąt godzin. Nie przejmuj się – dodała, widząc zrozpaczoną minę astrobiologa. – Jak podłączysz sobie kroplówkę, od razu zaśniesz. Obudzisz się, kiedy będzie po wszystkim.
Maucher pokręcił głową z niezadowoleniem. Kolejna przykra niespodzianka. Kiedy Nibiru rozpędzał się do prędkości siedemdziesiąt procent c, czyli opuszczając Układ Słoneczny, Maucher, podobnie jak pozostali członkowie załogi, tkwił w pojemniku anabiotycznym, otoczony płynem, nieświadomy dużo większego przeciążenia, które trwało nieprzerwanie kilkadziesiąt dni.
– Trzymaj się, Fritz – rzuciła Sowińska i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
* * *
Zgromadzeni na mostku ludzie w skupieniu obserwowali ekran, który wyświetlał obraz z kamery zainstalowanej w bezzałogowej sondzie. Kilkadziesiąt minut wcześniej Obiekt przestał zwalniać. Nibiru dogonił go, zrównując z nim prędkość. Aktualnie oba ciała leciały z szybkością sześćdziesiąt osiem procent c w odległości stu kilometrów od siebie. Niewielka sonda poruszała się nieco szybciej w kierunku obcego tworu.
– Przełącz na podczerwień i dopasuj najlepszy zakres – wydał polecenie kapitan.
– Przyjęto – odpowiedziała SI.
Po chwili na ekranie rozbłysnął odległy punkt zawieszony w kosmicznej pustce. Sekundę później stał się wyraźniejszy. Mijały kolejne minuty, podczas których sonda wciąż skracała dystans, dzięki czemu kropka zwiększała rozmiary. Wreszcie zaczęła przybierać określony kształt – wydłużony owal niczym cygaro. Niesymetryczny, bardziej spłaszczony na jednym końcu. Teraz już widać było, że powierzchnia Obiektu jest idealnie gładka i błyszcząca. Żadnej rysy, żłobienia ani niczego w tym rodzaju. Nigdzie nie dało się też zauważyć śladu urządzeń, silników bądź innego napędu.
– Co to, do cholery, jest? – zdziwił się Maucher.
– Obca technologia – poinformował go Lakatos. – Zdecydowanie bardziej zaawansowana niż nasza.
Maucher pokręcił głową.
– Mamy przesrane – mruknął.
– Utracono kontrolę nad sondą – oznajmił głos SI. –Nieznane pole siłowe przyciąga ją w stronę Obiektu.
Osobliwe cygaro wypełniało już niemal cały ekran. Nagle na jednolitej powierzchni zaczęła pojawiać się rysa. Z każdą sekundą była wyraźniejsza, szersza i przybierała owalny kształt. Wyodrębniona przez szczelinę część Obiektu coraz bardziej odspajała się od reszty. W końcu odsunęła się w bok, ukazując ziejące czernią wnętrze. Maszyna sunęła wprost w niezbadaną czeluść, aby wreszcie zupełnie się w niej zanurzyć. Na ekranie zapanowała ciemność.
– Odzyskano kontrolę nad sondą – zabrzmiał głos SI.
W tym momencie ekran rozbłysnął intensywnym światłem. Wpatrujący się weń ludzie zmuszeni byli odwrócić wzrok lub osłonić oczy dłońmi. Po sekundzie światło zmniejszyło intensywność.
– Przełączono podczerwień na widmo światła widzialnego – oznajmił komputer.
Chwilę później mostek zaczął wypełniać cichy szum płynący z głośników.
– Włączono przekaz dźwiękowy – wyjaśnił głos komputera.
Szum stawał się coraz głośniejszy i zwiększał częstotliwość, przeradzając się w intensywny syk.
– To chyba kompresja śluzy – zauważyła Sowińska.
– Raczej sprężanie… – poprawił ją Lakatos. – W każdym razie wpuszczają jakiś gaz.
– Określ skład gazu – wydał polecenie kapitan.
– Pobrano próbkę – powiedział komputer. – Przeprowadza się testy. Mieszanina azotu i tlenu w proporcjach osiemdziesiąt procent do dwudziestu procent. Śladowa ilość dwutlenku węgla.
– Prawie jak ziemska atmosfera – zauważyła Sowińska. – Nieco obniżona zawartość tlenu.
– Czyżby pasażerowie tego statku też oddychali tlenem? – Lakatos się zdziwił.
– Z punktu widzenia astrobiologii jest to wysoce prawdopodobne – potwierdził Maucher. – Metabolizm tlenowy to najbardziej wydajny sposób pozyskiwania energii, jaki znamy. Tlen to trzeci po wodorze i helu najczęściej występujący pierwiastek we Wszechświecie. Tylko bardzo prymitywne organizmy na Ziemi nie potrzebują tlenu.
– Może dostosowali warunki do naszych potrzeb? – zaproponowała Sowińska, ignorując wywód astrobiologa.
Argumenty przemawiające za oddychaniem tlenowym były jej oczywiście znane, ale zupełnie nie mogła zaakceptować faktu, że gazy występowały w niemal identycznych proporcjach jak na Ziemi.
– A niby skąd wiedzieli, jakie są nasze potrzeby? – Maucher zerknął na drugą oficer, unosząc brew.
– Cicho. Patrzcie, co się dzieje – przywołał ich do porządku Lakatos.
Syk ucichł, a przed sondą rozwarły się kolejne drzwi. Za nimi zobaczyli słabo oświetlony korytarz.
– Naprzód – rozkazał kapitan.
Maszyna uruchomiła silniki. Przez dłuższy czas jednak nie mogła ruszyć z miejsca. W głośniku rozległ się nieprzyjemny zgrzyt.
– Napotkano opór przy rozruchu – oznajmiła SI. – Sonda sunie po podłodze. Występuje tutaj ciążenie.
Cygaro nie posiadało żadnych obrotowych pierścieni, które symulowałyby grawitację dzięki działaniu siły odśrodkowej. Taką właśnie technologię wykorzystywał Nibiru. Najwidoczniej Obiekt uzyskiwał efekt przyciągania w zupełnie inny sposób. Mógł manipulować zakrzywieniem czasoprzestrzeni albo wytwarzać kwantowe cząstki grawitacji.
Załoga zbyła ten fakt milczeniem, ale każdy zdał sobie sprawę, jak wielka przepaść dzieliła technologię ludzką od tej, którą dysponowali konstruktorzy Obiektu.
– Uruchomiono silniki wznoszące – zakomunikowała SI.
Sonda uniosła się powoli, po czym zaczęła przemierzać zatopiony w półmroku korytarz. Kamera zainstalowana na ruchomym wysięgniku obracała się raz w lewo, raz w prawo. Ściany korytarza sprawiały wrażenie idealnie gładkich, podobnie jak zewnętrzna powierzchnia cygara. Nigdzie nie można było dostrzec żadnych krawędzi, kątów prostych lub innych załamań. Brakowało też jakichkolwiek urządzeń, instalacji, przewodów lub innego wyposażenia. Ściany ponad sondą przechodziły w łagodne sklepienie.
– Tam jest jakieś wejście. – Lakatos wskazał palcem punkt na ekranie w oddali korytarza.
W jednej z bocznych ścian widniał otwór.
– Wleć tam – rozkazał kapitan Borrelli.
Maszyna, po pokonaniu kolejnych metrów, wykonała zwrot i wpłynęła do owalnego pomieszczenia, podobnie jak korytarz zwieńczonego sklepieniem. Na podłodze stało kilkanaście dziwacznych obiektów w kształcie czasz. Ułożone były w trzech równych rzędach. Dwie misy wyraźnie różniły się od pozostałych; od góry coś z nich wystawało.
– To jakieś pojemniki – zauważył Maucher. – Tamte dwa mają otwarte pokrywy.
– Zajrzyj do środka – wydał polecenie dowódca.
Sonda sterowana przez SI wykonała rozkaz. Wnętrza obu pojemników okazały się puste.
– Wygląda, jakby coś lub ktoś z nich wyszło i nie zamknęło za sobą wiek – skonstatował Lakatos.
W głośniku rozbrzmiał stukot.
Maszyna odwróciła się w stronę drzwi. Przed obiektywem kamery przemknął niewyraźny kształt.
– Co tam, do cholery, się wyprawia? – zaklęła Sowińska.
– Spodziewałaś się, że będą nas witać chlebem i solą? – Maucher się zaśmiał.
On sam jednak musiał przyznać, że zachowanie przedstawicieli obcej cywilizacji było co najmniej zastanawiające.
Sonda wyleciała z powrotem na korytarz. W oddali zamajaczyła sylwetka. Przemieszczała się szybko, jakby uciekała przed intruzem, i po sekundzie zniknęła w bocznej ścianie korytarza.
Zgromadzeni w osłupieniu wpatrywali się w ekran.
– Ja pierdolę – skomentowała po swojemu Sowińska.
– Odtwórz ten fragment w zwolnionym tempie – wydał polecenie kapitan.
SI zapisywała transmisję na dysku pokładowego komputera, więc w każdej chwili mogła przerwać przekaz na żywo, aby odtworzyć nagranie.
Załoga w milczeniu obejrzała film trzykrotnie. Wszyscy mimowolnie zbliżyli się do ekranu, tak że zapanował ścisk. Niewyraźny kształt w oddali poruszał się na dwóch nogach, posiadał dwie kończyny górne, tułów i głowę.
– Jakiś humanoidalny stwór – stwierdził Lakatos. – Dlaczego ucieka przed sondą? Przecież sam zaprosił ją na pokład.
– To nie trzyma się kupy – przyznała druga oficer.
– Potrafisz oszacować wielkość tej istoty? – zapytał dowódca, nachylając się do mikrofonu.
– Ma pomiędzy sto a sto dwadzieścia centymetrów wzrostu – odparł aksamitny głos SI.
– Wyglądają jak ludzie, tylko są mniejsi. – Maucher się roześmiał. – Zupełnie jak w tanim filmie SF, w którym nie starczyło budżetu na efekty specjalne.
– Albo scenarzystom zabrakło wyobraźni – dodał Lakatos.
– Spodziewaliście się oślizgłych ośmiornic czy ośmiogłowych hydr z dwudziestoma odnóżami? – zakpiła Sowińska.
– Nie wiem – odparł astrobiolog. – Chyba spodziewałem się innej skali. Na przykład mieszkańcy planety z grawitacją dużo mniejszą niż ziemska mogliby być znacznie masywniejsi niż ludzie. I odwrotnie. Ewolucja rządzi się swoimi prawami.
– Podążaj za nieznanym organizmem – rozkazał kapitan.
Na ekran wróciła transmisja na żywo. Sonda uruchomiła silniki, uniosła się i zaczęła brnąć dalej naprzód. Dotarła do kolejnych drzwi w bocznej ścianie – tych, w których najprawdopodobniej zniknął człekokształtny stwór. Wpłynęła do pomieszczenia.
Widzowie przed ekranem doznali kolejnego szoku. Zobaczyli pokój w kształcie kwadratu wypełniony meblami. Przy ścianach stały szafy, dwa łóżka i dwa malutkie biurka. Na podłodze rozłożono kolorowy dywan, na którym w przypadkowych miejscach porozrzucane były… zabawki.
– To chyba jakiś żart! – krzyknęła Sowińska.
– Kopia dziecięcego pokoiku na obcym statku kosmicznym. – Maucher pokręcił głową z niedowierzaniem.
– Może zbudowali to specjalnie dla nas – zaproponował Lakatos. – Musieli wcześniej przechwycić transmisje telewizyjne z Ziemi i na ich podstawie wykonać te atrapy. Ale w jakim celu? Co nam chcą przez to powiedzieć?
– To robi się coraz bardziej popieprzone – stwierdziła druga oficer.
Nagle kamera pochwyciła ruch pod jednym z biurek.
– Zmniejsz wysokość lotu – wydał polecenie kapitan.
Maszyna posłusznie opadła o kilkadziesiąt centymetrów, zbliżając się do mebla. W pokoju panował półmrok, więc widać było tylko niewyraźny zarys, ale pod blatem bez wątpienia coś się kryło.
– Zapal reflektor – rozkazał dowódca.
Snop światła padł wprost na nieznanego stwora. Istota siedziała skulona i zakrywała głowę palczastymi kończynami. Wkrótce jednak opuściła dłonie i spojrzała wprost w obiektyw kamery. Załoga zdała sobie sprawę, że patrzy na nieznanego humanoida, który do złudzenia przypominał ludzkie dziecko. Chłopiec dyszał ze strachu, a w jego oczach błyszczały łzy.
Przez dłuższą chwilę nikt nie był w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Wreszcie przemówiła Sowińska:
– Teraz skala pojebania tej sytuacji wypieprzyła w kosmos.
– Były dwa otwarte pojemniki, pamiętacie? – zauważył Lakatos.
– Zajrzyj pod drugie biurko – rozkazał kapitan.
Sonda wykonała polecenie. Pod biurkiem, w identycznej pozycji, tkwiło drugie dziecko, równie przerażone jak pierwsze. Tym razem dziewczynka.
– Co teraz, panie kapitanie? – zapytał Maucher. – Są jakieś procedury na taką okoliczność?
Dowódca przez moment milczał, zbierając myśli i udając, że nie zauważył sarkazmu astrobiologa.
– Powinniśmy pobrać próbki tkanek obcych organizmów.
– Że co, proszę?! – oburzyła się Sowińska. – Niby jak?
Kapitan spojrzał na kobietę ze zdziwieniem.
– Sonda została zaprojektowana z myślą o badaniu egzoplanet – odparł. – Posiada wysuwane chwytne ramiona, potrafi pobierać próbki gazu, gruntu i materiałów biologicznych.
– Kurwa, kapitanie, wiem o tym. – Sowińska przewróciła oczami. – Nie o to mi chodziło. Chcesz złapać któreś z tych dzieci w mechaniczne kleszcze, żeby nie uciekło, a potem wbić mu wielgachną igłę i pobrać kawałek tkanki?
– Przecież te dzieci i tak już są przerażone – dodał Lakatos.
– Jakie dzieci?! – oburzył się Maucher. – To nie dzieci! To obce organizmy! Repliki udające dzieci! Nie dajmy się zwieść. To może być kolejny podstęp.
– Kolejny? – zdziwił się kapitan. – Jakoś nie pamiętam poprzednich. Ale Sowińska ma rację. Chwytanie tej istoty i wbijanie igły może zostać odczytane jako przejaw agresji.
– Więc co robimy? – zapytała druga oficer.
– Spróbujmy zagadać do tych dzieciaków – zaproponował Lakatos.
– Do jakich dzieciaków?! – krzyknął poirytowany Maucher. – To nie są dzieciaki!
– I niby co im powiemy? – spytała Sowińska. – „Cześć, jak się macie? Ładna dziś pogoda”.
– Lepiej, jak polecimy do nich lądownikiem – zaproponował Lakatos. – Pomieści cztery osoby. Dzieciaki… – Urwał i spojrzał na podenerwowanego astrobiologa. – To znaczy, te istoty będą mniej przerażone, kiedy zobaczą ludzi, a nie maszynę.
– Czyś ty zwariował?! – Maucher wybuchnął. – Nie mam zamiaru nigdzie lecieć! Żaden pierdolony cyrograf mnie do tego nie zmusi!
– Jeżeli można – wtrąciła się SI – sugeruje się wybudzić z anabiozy kompetentnych członków załogi, którzy pomogą w podjęciu decyzji. Psycholog i lekarz wydają się odpowienimi kandydatami.
– Dobra myśl – podchwycił od razu kapitan.
Było to dla niego bardzo wygodne rozwiązanie. Oznaczało nie tylko odwleczenie trudnych decyzji o co najmniej kilkanaście godzin – bo tyle trwało dochodzenie do siebie ludzi po przerwanej anabiozie – ale również rozłożenie odpowiedzialności na więcej osób.
– Proszę wybudzić stosownych członków załogi – rozkazał dowódca. – Sonda niech nadal penetruje Obiekt, starając się nie niepokoić obcych organizmów. Proszę wezwać mnie, jeżeli odkryje coś istotnego. My z kolei potrzebujemy chwili wytchnienia – dodał, patrząc kolejno na członków załogi. – Rozejdźmy się do kajut i odsapnijmy. Niech emocje opadną.
Kapitan Borrelli wyszedł, lecz inni zignorowali jego sugestię i zostali na mostku.
Sonda wróciła na korytarz. Oprócz drzwi prowadzących do pomieszczenia z pojemnikami oraz dziecięcego pokoju nie natrafiła na żadne inne przejście, mimo że dotarła do końca tunelu. Ściany wszędzie sprawiały wrażenie idealnie gładkich. Najwidoczniej technologia obcych potrafiła skutecznie maskować drzwi. Przejścia, których Obiekt nie zamierzał otworzyć przed intruzem, zostały zespolone z powierzchnią ścian. Kamera przełączała różne pasma podczerwieni i ultrafioletu, ale w niczym to nie pomagało.
Sonda jakiś czas jeszcze krążyła bez celu po pustym korytarzu. Po upływie godziny przed ekranem pozostał tylko Lakatos. Maucher opuścił mostek, udając się do kajuty, a Sowińska postanowiła zająć się czymś innym. Usiadła przy pulpicie nawigatora i zaczęła stukać w klawisze ekranu dotykowego, przeglądając parametry lotu.
Nagle dostrzegła coś bardzo niepokojącego. W zbiornikach pozostało zaledwie pięćdziesiąt dwa procent paliwa. Ilość ta była oczywiście wystarczająca, aby wrócić na Ziemię, ale skandalicznie mała, biorąc pod uwagę standardy bezpieczeństwa, jakie obowiązywały podczas misji międzygwiezdnych. W przestrzeni kosmicznej paliwo potrzebne było jedynie w celu przyspieszania lub zwalniania statku. Ośrodek międzygwiazdowy nie stanowił doskonałej próżni, ale jakiekolwiek cząstki występowały w nim niezwykle rzadko. Kiedy maszyna leciała ze stałą prędkością, napotykała znikomy opór, więc mogła wyłączyć silniki. Komputer uruchamiał je tylko co pewien czas na wypadek korekty prędkości i kursu. Procedury bezpieczeństwa mówiły jednak jasno, że podróż tam i z powrotem nie powinna zużyć więcej niż połowę zapasów paliwa, czyli statek powinien wrócić na Ziemię ze zbiornikami zapełnionymi w nieco ponad pięćdziesięciu procentach. Tymczasem Nibiru nie dotarł nawet do Układu Gwiazdy Luytena, a zbiorniki były już niemal w połowie puste. Jak to możliwe?
Sowińska zaczęła przeglądać dane archiwalne zapisane w czarnej skrzynce dotyczące przebiegu lotu.
Lakatos zauważył jej podenerwowanie.
– Coś nie tak? – zapytał.
– Zaraz ci powiem – zbyła go, przerzucając palcem na ekranie kolejne liczby.
Najpierw sprawdziła, jak często uruchamiane były silniki w celu korekty kursu. Poprosiła SI o wyświetlenie kompletnego wykazu takich przypadków. Ekran natychmiast zapełnił się ciągiem cyfr. Sowińska omiatała wzrokiem linijkę po linijce. Zatrzymała się na jednej z nich. Silniki pracowały nieprzerwanie przez prawie trzydzieści dziewięć miesięcy czasu pokładowego. Po co? Poprosiła o dokładny raport dotyczący parametrów lotu z tamtego okresu.
Lakatos, widząc jej rosnące zaniepokojenie, wstał i podszedł do stanowiska nawigatora, przy którym siedziała.
Nibiru w przeciągu trzydziestu sześciu miesięcy przyspieszył do ponad dziewięćdziesięciu dziewięciu procent prędkości światła, a następnie w ciągu trzech miesięcy zwolnił z powrotem do siedemdziesięciu procent. W jakim celu? Rozpędzenie maszyny do tak ogromnej prędkości wymagało gigantycznych zasobów energii. Zgodnie ze szczególną teorią względności, gdy ciało porusza się z prędkością bliską prędkości światła, jego energia kinetyczna rośnie coraz szybciej, a wymagana do dalszego przyspieszenia siła staje się ogromna. To oczywiście tłumaczyło duże zużycie paliwa, ale w żaden sposób nie uzasadniało konieczności narażenia statku na takie manewry.
– Możesz mi to wyjaśnić? – Sowińska zwróciła się do SI, wskazując dane na wyświetlaczu.
– Wymagana była korekta kursu.
– Przez trzydzieści dziewięć miesięcy?
– Przez trzydzieści sześć miesięcy statek napotykał opór wywołujący zmianę kursu, na skutek czego konieczne było przyspieszanie. Natomiast przez kolejne trzy miesiące trwał powrót do regulaminowej prędkości międzygwiezdnej.
– Jaki opór? – Sowińska się zdziwiła.
– Opór nieustalonego pochodzenia wymagający korekty kursu.
– Pokaż trajektorię lotu z tego okresu.
Na ekranie pojawiło się przedstawienie graficzne przebiegu lotu. Nibiru wykonał mnóstwo okrążeń po wydłużonej elipsie. Podczas każdego z nich promienie wodzące były inne – najpierw malały, a następnie rosły, aż wreszcie po którymś obiegu maszyna oddaliła się, lecąc po łagodnej paraboli. Oszacowanie liczby tych elips przychodziło z trudem, bo linie się nasiebie nakładały, ale mogły być ich setki, a nawet tysiące.
– To wygląda, jakbyśmy okrążali bardzo masywne ciało, którego grawitacja nie pozwalała nam uciec – powiedział Lakatos, wpatrując się w wykres.
– Jakie, do cholery, masywne ciało?! – zapytała Sowińska.
Astrofizyk milczał.
– Raczej nie gwiazda neutronowa – powiedział wreszcie – bo od dawna wiedzielibyśmy o jej istnieniu. Pozostaje czarna dziura.
– Czarna dziura w odległości pięciu lat świetlnych od Ziemi? I nikt nie miał pojęcia, że tam jest?
– Jeżeli czarna dziura nie znajduje się w układzie podwójnym i jest na tyle mała, że nie mikrosoczewkuje światła żadnej gwiazdy zza siebie, a co najważniejsze nie otacza jej dysk akrecyjny, to tak, moglibyśmy nie wiedzieć, że tam jest.
– Chcesz powiedzieć, że ta czarna dziura nie ma dysku akrecyjnego i dlatego nie wiedzieliśmy o jej istnieniu? To w ogóle możliwe?
– Jak najbardziej. Po prostu ta konkretna czarna dziura wchłonęła już wszystko w zasięgu swojego pola grawitacyjnego i została „samotna”. Traci jedynie powoli masę na skutek działania promieniowania Hawkinga.
– Ja pierdolę, Lakatos, to brzmi absurdalnie. Ludzkość wysyła statki kosmiczne do odległych układów gwiezdnych i nie wie, że pod nosem ma czarną dziurę?
Astrofizyk wzruszył ramionami.
– Pięć lat świetlnych to wcale nie pod nosem.
Nie zamierzał dalej ciągnąć tej dyskusji, bo zastanawiało go już co innego. Skoro statek musiał rozpędzić się do prędkości przekraczającej dziewięćdziesiąt dziewięć procent c, to tyle właśnie wynosiła prędkość ucieczki z pola grawitacyjnego czarnej dziury w miejscu, w którym wówczas znajdował się Nibiru. To z kolei…
– Pytanie do SI. – Sowińska, wyrwała go z zamyślenia. – Dlaczego nikt nie został wybudzony z anabiozy w czasie tych trzydziestu sześciu miesięcy?
– To była rutynowa korekta kursu. Nie ma procedury mówiącej o konieczności wybudzania z anabiozy członka załogi podczas takich manewrów.
– Przyspieszenie statku do ponad dziewięćdziesięciu dziewięciu procent c i wykonywanie tysięcy obrotów wokół masywnego obiektu to rutynowa korekta kursu?! – Druga oficer złapała się za głowę.
– Okrążeń było ponad sześćdziesiąt jeden milionów – sprostowała ją SI.
– Co? Ile?
– Ponad sześćdziesiąt jeden milionów. Żadna procedura nie nakazuje wybudzenia załogi z anabiozy w takim przypadku.
– A, kurwa, gigantyczne zużycie paliwa?! – wybuchnęła kobieta, zrywając się z miejsca. – Ono nie stanowi problemu?! A efekty relatywistyczne przy takich prędkościach?!
– Przeprasza się za zaistniałą sytuację. Nie wiedziano, że zareagujesz tak impulsywnie. Chciano jednak raz jeszcze nadmienić, że wszystko odbyło się zgodnie z regulaminem. Procedura awaryjna dotycząca zużycia paliwa uruchamiana jest w sytuacji, gdy w zbiornikach pozostaje mniej niż połowa zapasów.
Druga oficer z rezygnacją opadła na fotel.
– Efekty relatywistyczne… – powtórzył Lakatos. – Docieramy do sedna problemu. Wyznacz, proszę, ogniska najmniejszej elipsy, po której poruszał się statek – zwrócił się do SI.
– Gotowe.
Na ekranie pojawiły się dwa punkty wpisane w krzywą lotu.
– Teraz określ najmniejszą odległość, w jakiej znajdował się Nibiru od któregokolwiek z ognisk.
– Nieco ponad siedemdziesiąt cztery tysiące kilometrów.
– Oblicz masę obiektu, dla którego prędkość ucieczki z pola grawitacyjnego w tej odległości wynosi dziewięćdziesiąt dziewięć procent c.
– Zrobione. Ta masa jest bardzo duża.
– Podaj ją w stosunku do masy Słońca.
– Wynosi około dwudziestu pięciu tysięcy mas Słońca.
Ta informacja zjeżyła Lakatosowi włosy na głowie. Nie spodziewał się aż tak masywnej czarnej dziury.
– Oblicz promień Schwarzschilda dla ciała o takiej masie – powiedział, wpatrując się w ekran, na którym SI wyświetlało kolejne wyniki i przebieg obliczeń.
– Jest równy około siedemdziesięciu czterem tysiącom kilometrów.
– Kurwa! – zaklęła Sowińska. – Prawie tyle samo co odległość Nibiru od ogniska elipsy. Lecieliśmy praktycznie na styku z horyzontem zdarzeń! To cud, że udało nam się uciec!
– Rzeczywiście. Masz rację – zgodził się komputer.
Promień Schwarzschilda był wartością, która wyznaczała granicę horyzontu zdarzeń, czyli sferycznego obszaru, po którego przekroczeniu nic, łącznie ze światłem, nie mogło wydostać się na zewnątrz, ponieważ prędkość ucieczki przekraczała prędkość światła w próżni.
– Oblicz grawitacyjną dylatację czasu dla takich parametrów – powiedział drżącym głosem Lakatos.
Spodziewał się najgorszego. Statek przez trzydzieści sześć miesięcy krążył po orbicie, której promień był niewiele większy niż granica horyzontu zdarzeń. Dylatacja czasu w tym obszarze musiała być znacząca.
– Wartość jest bardzo duża – oznajmiła SI. – Przeprowadza się ponowne sprawdzenie obliczeń.
Wynik wyświetlił się na ekranie. Na widok dwucyfrowej liczby Lakatosowi zaparło dech w piersiach.
Sowińska patrzyła na to z niedowierzaniem.
– Ile lat minęło na Ziemi? – zapytała.
– Obliczenia chwilę potrwają – oznajmił komputer. – Konieczne jest uwzględnienie wielu zmiennych. Oprócz dylatacji czasu wynikającej z ogólnej teorii względności wystąpiła również dylatacja spowodowana prędkością statku, czyli wynikająca ze wzorów szczególnej teorii względności. Statek nie poruszał się ze stałą szybkością, a jego odległość od horyzontu zdarzeń również była zmienna. To bardzo komplikuje równania.
Sowińska nic nie powiedziała, lecz jej mina wyrażała skrajną frustrację. Lakatos chodził nerwowo tam i z powrotem po mostku. Jego myśli przemykały przez głowę jak szalone. Gdyby miał kalkulator i ołówek, sam zacząłby przekształcać wzory. Wiedział jednak, że sztuczna inteligencja zrobi to dużo sprawniej i szybciej. Pozostało tylko czekać.
– Sprawdzono wynik trzykrotnie – odezwała się wreszcie SI. – Za każdym razem zwiększano dokładność obliczeń. Istotne jest, by…
– Do rzeczy – ponagliła ją Sowińska.
– Podczas trzydziestu sześciu miesięcy czasu pokładowego,kiedy trwał manewr przyspieszania i okrążania masywnego ciała, które najprawdopodobniej…
– Kurwa, powiedz wreszcie ile! – wrzasnęła druga oficer.
– Na Ziemi upłynęło około stu osiemdziesięciu lat.
Wiadomość była szokująca. Zgodnie z kontraktami, które podpisali przed wyruszeniem w podróż, misja powinna trwać niedłużej niż trzydzieści siedem ziemskich lat. Czas pokładowy oczywiście miał być stosunkowo krótszy, a zdecydowaną jego większość i tak mieli spędzić w anabiozie, która skutecznie hamowała proces starzenia.
Sowińska liczyła zatem na to, że gdy wróci na Błękitną Planetę, spotka bliskich i przyjaciół starszych o trzydzieści parę lat, co przy obecnej średniej długości życia nie stanowiło większego problemu. Oczywiście nigdy nie zakładała, że powrót na Ziemię przebiegnie łatwo. Spodziewała się jednak, że pożartuje w towarzystwie podstarzałych znajomych, dogryzając im i mówiąc coś w stylu: „Moglibyście być moimi dziadkami”.
Tymczasem stopniowo docierała do niej smutna prawda: wszyscy ludzie, których znała, od dawna nie żyli. Umarli, gdy bez świadomości leżała w pojemniku anabiotycznym. Ogarniała ją niewyobrażalna wręcz złość.
Myśli astrofizyka biegły natomiast w zupełnie innym kierunku. Nie zostawił na Ziemi żadnych krewnych, od dawna przygotowywał się do wzięcia udziału w misji międzyukładowej, więc nie zabiegał o nowe przyjaźnie. Dlatego też nie rozpaczał po utracie bliskich. Zastanawiał się, jak po upływie tych stu osiemdziesięciu lat wyglądała rzeczywistość na Błękitnej Planecie, jaką technologią obecnie dysponowała ludzkość i co najważniejsze – jak zostanie powitana załoga Nibiru, gdy niespodziewanie wróci do „domu”. Czy w takiej sytuacji kontakt z Obiektem faktycznie okaże się pierwszym w historii ludzkości kontaktem z przedstawicielami pozaziemskiej cywilizacji?
Obiekt!
Teraz dopiero do świadomości Lakatosa zaczęła docierać oczywista prawda na temat pochodzenia Obiektu.
* * *
Jedenaście osób zgromadziło się na mostku przed największym z ekranów. Po tym, jak SI oznajmiła, że udało jej się rozszyfrować wiadomość wysłaną przez Obiekt, podjęto decyzję o witalizacji pozostałych członków załogi.
Według informacji przekazanych przez komputer transmisja zawierała zapis całej historii gatunku ludzkiego od jego powstania aż po czasy, które dla załogi Nibiru były odległą przyszłością. Dane uwzględniały także szczegółowe opisy i schematy działania wszystkich zdobyczy technologicznych opracowanych przez człowieka na przestrzeni wieków, począwszy od prostych narzędzi, aż po komputery kwantowe i statki kosmiczne z napędami grawitonowymi. W przekazie nadane zostały również kompletne, cyfrowe modele dzieł sztuki, kopie utworów literackich, filmowych i innych, które kiedykolwiek powstały.
Rozszyfrowanie wiadomości zajęło SI tak dużo czasu nie tylko z uwagi na ilość informacji, ale również, a może przede wszystkim, z powodu metody kompresji danych – bardzo wydajnej, o wiele wydajniejszej niż ta, którą posługiwał się pokładowy komputer.
Na samym końcu transmisji nadano także pewne nagranie niepasujące do reszty. SI szybko doszła do wniosku, że to wiadomość skierowana bezpośrednio do załogi Nibiru.
Przed uruchomieniem filmu SI uprzedziła zgromadzonych, że język, którym obecnie posługiwali się ludzie na Ziemi, dość mocno ewoluował. Na szczęście na bazie dzieł literackich pochodzących z ostatnich kilkudziesięciu lat komputer zdołał opracować tłumaczenie.
Na ekranie ukazał się człowiek w średnim wieku, ubrany w elegancki mundur. Kiedy zaczął mówić, załoga doznała szoku. Co prawda niektóre słowa brzmiały znajomo, ale mężczyzna wypowiadał je z dziwacznym akcentem. Inne natomiast zupełnie nie przypominały żadnych znanych im słów. U dołu ekranu wyświetlane były napisy z tłumaczeniem.
– Witaj, załogo Nibiru – mówił mężczyzna. – Nazywam się Jerry Mansfield i jestem Admirałem Floty Sił Międzyukładowych. Jak zapewne już wiecie, od momentu, w którym wyruszyliście w podróż, na Ziemi upłynęło ponad sto osiemdziesiąt lat. Mogę sobie tylko wyobrazić, w jak trudnej sytuacji jesteście, i szczerze wam współczuć. Ale po kolei. Przed ponad stu siedemdziesięciu laty Nibiru zaprzestał nadawania w kierunku Ziemi standardowych komunikatów wymaganych regulaminem. Na skutek tego badacze zaczęli dokładnie przyglądać się trasie waszego lotu. Kiedy zdołano opracować dostatecznie czułe detektory fal grawitacyjnych, odkryto czarną dziurę zlokalizowaną na trajektorii Nibiru. To z kolei doprowadziło astrofizyków do konkluzji, że wasz statek znalazł się w pułapce grawitacyjnej. Przez krótki czas rozważano wysłanie misji ratunkowej, lecz naukowcy zgodnie stwierdzili, że taka ekspedycja nie miałaby sensu, gdyż każdy obiekt, który zbliżyłby się do Nibiru, wpadłby w taki sam potrzask i byłby narażony na działanie równie dużej dylatacji czasu. Na podstawie szczegółowych obliczeń wykazano, iż moc silników Nibiru powinna wystarczyć, aby rozpędzić pojazd do prędkości pozwalającej uciec z pola grawitacyjnego czarnej dziury. Pozostawało zatem tylko czekać. Przez kolejne lata ludzkość zdążyła oswoić się z myślą o tragicznym losie, który was spotkał. Następnie przez dziesięciolecia opinia publiczna stopniowo zapomniała o Nibiru. Jednakże w obliczu wydarzeń, do których doszło w ciągu ostatnich kilkunastu lat, Sztab Generalny przypomniał sobie o was, szanowna załogo.
Otóż Globalna Sztuczna Inteligencja rozprzestrzeniła na Ziemi uciążliwy i trudny do zwalczenia wirus. Nie powodował on śmierci nosiciela, jednak łącząc się z ludzkim DNA, prowadził do bezpłodności oraz innych nieodwracalnych zmian. Nie będę wnikał w szczegóły, gdyż więcej informacji znajdziecie w bazie danych, którą otrzymaliście wraz z niniejszym nagraniem. W każdym razie pomimo usilnych starań niemożliwe było zatrzymanie szerzenia się infekcji. Całkowite i stałe odizolowanie grup ludzi na Ziemi, a nawet w odległych bazach kosmicznych, okazało się niewykonalne. W efekcie, kiedy wypowiadam te słowa, wszyscy przedstawiciele gatunku Homo sapiens są nosicielami. Wszyscy, prócz was, droga załogo Nibiru.
W związku z powyższym Sztab Generalny uruchomił projekt Ocalenie. Statek, który napotkaliście na swej drodze i którego przekaz przechwyciliście, to arka niosąca na pokładzie osiem milionów sztucznie zapłodnionych, a następnie zamrożonych ludzkich embrionów. Jego celem jest dotarcie do Układu Gwiazdy Chalawan, oddalonej od Słońca o czterdzieści sześć lat świetlnych, i założenie kolonii na jednej z planet.
Załogo Nibiru, zapraszam zatem na pokład arki, gdzie czekają na was dalsze filmy instruktażowe mówiące jak postępować po dotarciu do Nowego Świata. Znajdziecie też jedenaście pustych komór anabiotycznych. Gdy do nich wejdziecie, zaśniecie i obudzicie się u celu podróży. Będziecie mogli uczestniczyć w budowie nowej kolonii, wolnej od wirusa. Na pokładzie spotkacie również przyszłych komandorów: Adler i Sawakisa. Nie zdziwcie się, bo kiedy dojdzie do kontaktu, będą jeszcze dziećmi. To pierwsi ludzie urodzeni w sposób sztuczny na pokładzie statku kosmicznego. Co pewien czas są wybudzani z anabiozy, aby zdążyli dorosnąć i odbyć szkolenie przed dotarciem do celu. Dzięki temu w przyszłości pomogą przy kolonizacji Nowego Świata. Te dzieci to nasze zabezpieczenie na wypadek, gdyby nie udało się nawiązać kontaktu z wami, załogo Nibiru. Wówczas one, bez pomocy zdradzieckiej SI, odtworzą ludzkość na nowym globie, budząc do życia miliony poddanych anabiozie zarodków. Skoro jednak oglądacie to nagranie, taki wariant przyszłości się nie wydarzy.
Na zakończenie chciałbym wam z góry podziękować i życzyć powodzenia w budowaniu nowej, lepszej rzeczywistości.
Po wysłuchaniu tej przemowy dla zgromadzonych stało się jasne, że nigdy już nie wrócą na Ziemię. W tej sytuacji musieli skorzystać z oferty, którą przedstawił admirał Mansfield. Poza tym, czy powrót na Błękitny Glob miał jeszcze jakikolwiek sens? Ojczysta planeta zapewne zdawałaby się im równie obca, jak Nowy Świat w odległym układzie gwiezdnym.
Kapitan Borrelli zdał sobie sprawę z jeszcze jednego faktu: jak wielkim błędem było wysyłanie sondy na pokład arki. Maszyna tylko niepotrzebnie wystraszyła dzieci, które zapewne przygotowane zostały na powitanie ludzi. Swoją drogą ciekawe, że budowniczowie statku nie przewidzieli takiej ewentualności. Najwidoczniej założyli, że załoga Nibiru najpierw odczyta wiadomość. Prawdopodobnie nie wzięli pod uwagę słabej – jak się okazało – jakości systemów informatycznych, którymi dysponował statek. Z punktu widzenia ludzi żyjących prawie dwieście lat później SI na Nibiru musiała być mocno przestarzała.
Teraz i tak za późno na podobne dywagacje. Wniosek nasuwał się jeden: nie warto zawsze postępować zgodnie z regulaminem, ponieważ ludzie, którzy go tworzą, nigdy nie przewidzą wszystkich możliwości. Tym bardziej tych skrajnie mało prawdopodobnych.
Pozostawało zatem zwrócić wzrok w kierunku Nowego Świata.
– Mamy przejebane – skwitowała po swojemu Sowińska.
Urodzony w 1981 r. na Górnym Śląsku, z zawodu inżynier budownictwa, projektant; z zamiłowania domorosły filozof, zainteresowany astrofizyką i kosmologią. Miłośnik gadów. W jego terrariach zamieszkują gekony orzęsione, kameleon jemeński i żółw stepowy.
Publikował w „Esensji”, „Białym Kruku”, „Histerii” i „Sofie”. Jego opowiadania znalazły się w antologiach „Gruzy. Antologia postapo”, „Fantazmaty 4”.
Pseudonim „Strun” pochodzi od teorii strun, a „Edward” od Edwarda Wittena, jednego z najważniejszych propagatorów tej teorii.
[1] c (łac. celeritas) – oznaczenie stałej fizycznej na prędkość światła w próżni, która w przybliżeniu wynosi 300 000 km/s.
