Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza - Bjørnstjerne Bjørnson - ebook

Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza ebook

Bjørnstjerne Bjørnson

0,0

Opis

Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza” to powieść Bjørnstjerne Bjørnsona, norweskiego pisarza, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

Rodzice głównej bohaterki (Synnøve) byli bardzo religijni i ściśle trzymali się nakazów Biblii. Należeli do sekty religijnej Haugego, która m.in. zakazywała tańców i uczestnictwa w zabawach. Synnøve zakochała się z wzajemnością w zawadiackim Torbjørn. Jednak surowi rodzice dziewczyny nie zaakceptowali związku z porywczym chłopakiem.


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 126

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Bjørnstjerne Bjørnson

Wydawnictwo Avia Artis

2021

ISBN: 978-83-8226-266-7
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

I

Pośród lesistych dolin Norwegji natrafić można tu i owdzie na odkryte, odosobnione i z wszystkich stron bezdrzewne wzgórza, oświecone słońcem od samego wschodu, aż póki nie zajdzie. Ludzie, przemieszkujący bliżej stoku wysokich gór, siedzib, do których słońce rzadziej zaziera, zowią one pagórki „słonecznemi wzgórzami“ — Solbakke, na pamiątkę pamiętnego reformatora z lat 1771 do 1824, twórcy nowej sekty religijnej, Hauge’a, któremu nadano ten przydomek. Ta, o której opowiadać właśnie zamierzam, mieszkała na jednem z takich wzgórz słonecznych i osiedle jej rodziców stąd otrzymało nazwę Solbakken. Tam w jesieni spadał śnieg najpóźniej, zaś z wiosną topniał najwcześniej. Było to już takie błogosławione miejsce.  Właściciel osiedla był Haugianinem i zwano go „czytelnikiem“, jak zresztą wszystkich sekciarzy, a to z powodu, że gorliwiej od innych rozczytywali się w Biblji. Miał on imię Guttorm, żona zaś nosiła imię Karren. Urodził im się syn, ale zaraz umarł i w ciągu trzech lat nie zbliżali się do tego kąta kościoła, gdzie stała chrzcielnica. Po tym czasie przyszła na świat córeczka, której, na pamiątkę pierworodnego syna, nadali imię podobne. Zwał się on Sywert, więc otrzymała na chrzcie imię Synnöw. Nie mogli oboje wymyśleć nic innego. Ale matka zwała córkę — Synnöwe, gdyż w czasie, kiedy była niemowlęciem, tak do niej przemawiała. Twierdziła, że łatwiej mówić: — moja Synnöwe, — jak: moja Synnöw. Ostatecznie, gdy dziecko wyrosło, wszyscy za matką zwali ją — Synnöwe i ogólnem było przekonaniem, że, jak daleko sięgnąć mogą pamięcią najstarsi, nie było w całej okolicy piękniejszej dziewczyny od Synnöwe z Solbakken.  Była jeszcze maleńka, a już brali ją rodzice ze sobą do kościoła, w każdą niedzielę, gdy tylko proboszcz miewał kazanie.  Zrazu, co prawda, nie rozumiała nic. Słyszała tylko, że proboszcz pomstuje na znanego urwipołcia Benta, siedzącego pod samą kazalnicą. Ale ojciec chciał by się, jak mówił, „przyzwyczajała“, matka zaś życzyła sobie tego samego, aby „jej się wiodło“. Ile razy bowiem zachorzało u nich jagnię, koza, czy prosię, ile razy zwierzęta nie darzyły się, lub gdy coś stało się krowie — zawsze tę sztukę bydła dawano małej „na własność“ i matka twierdziła stanowczo, że od tego dnia wszystko się zmieniało na lepsze. Ojciec nie dawał temu wiary, ale było mu wszystko jedno, czyje były bydlęta, byle tylko nie chorowały.  W drugim końcu doliny, u samego podnóża wysokiej góry, leżało osiedle, zwane Grunlinden, czyli — ubocz jodłowa — tak nazwane od sporego lasu jodłowego, które je otaczał. Był to jedyny tego rodzaju las w całej okolicy. Pradziad obecnych właścicieli był owego czasu wojakiem i przez czas jakiś przebywał w Holsztynie, zagrożonym przez Rosjan. Z tej wyprawy przyniósł sobie w tornistrze różnego rodzaju nasiona zagraniczne i posiał je w pobliżu swej posiadłości. Z biegiem jednak czasu wszystkie zmarniały, z wyjątkiem kilku szyszek jedliny, zabranych przypadkowo. Z tych to właśnie szyszek, które się zakorzeniły, powstał las, który teraz ocieniał budynki ze wszystkich stron...  Wojak ów na pamiątkę dziada otrzymał na chrzcie imię Torbjörn, zaś najstarszemu swemu synowi dał imię Sämund — jak się zwał ojciec. W rodzinie panował od niepamiętnych czasów zwyczaj, że najstarsi synowie zwali się — naprzemian — Torbjörn i Sämund. Taka już była tradycja. Podobno — jak mówiła o tem legenda, — w Grunlinden szczęście sprzyjało tylko — każdemu, drugiemu właścicielowi, i właśnie nie temu, który nosił imię Torbjörna.  Gdy się ostatniemu właścicielowi, Sämundowi, narodził syn, zaczął on głęboko przemyśliwać co uczynić. Ale po długiem dumaniu przyszedł do przekonania, że nie podobna zrywać z tradycją rodzinną i dał mu imię Torbjörna. Potem jednak zaczął ponownie dumać, czy jednakże nie możnaby wychować chłopca — w ten sposób, by go uchronić od niepowodzenia, które mu niosła tradycja i ludzka gadanina. Nie był pewny, czy mu się to uda, ale, zauważywszy w chłopcu skłonność do krnąbrności, powiedział matce: „To muszę zeń wykorzenić!“ Brał tedy od czasu do czasu do ręki potężną rózgę i zmuszał trzyletniego malca do — układania porozrzucanych ze złości polan drzewa, podnoszenia naczyń, które cisnął o ziemię, lub głaskania kota, którego wytargał za ogon. Matka, spostrzegłszy, iż męża napada taki nastrój, wydalała się zazwyczaj z domu.  Dziwiło to niepomału Sämunda, że, w miarę jak chłopcu przybywało lat, coraz więcej miał w nim wad do wykorzenienia, mimo, iż postępował z nim coraz to surowiej. Zawczasu zasadził go do abecadła, a także zabierał go ze sobą w pole, by go nie tracić z oczu. Matka zajęta gospodarstwem i drobnemi dziećmi, poprzestawała na gładzeniu syna po policzkach i udzielaniu rad zbawiennych co rano przy ubieraniu. Pozatem wstawiała się za nim do ojca, ile razy w niedziele i święta siedzieli oboje w domu na poufnej gawędce.  Torbjörn, który za byleco zawsze dostawał w skórę, nawet za to, że a b nie brzmiało, jak mówił, — ba, aleab, lub za to, że chciał wybić małą Ingrid, tak samo, jak jego bił ojciec — rozmyślał nad dziwną zagadką, dlaczego jemu jest tak źle, a jego siostrom i braciom tak dobrze na świecie.  Obcował ciągle z ojcem, a nie śmiał z nim dużo rozmawiać, przeto stał się małomówny, ale zato dużo myślał. Pewnego dnia, kiedy byli zajęci przewracaniem suszącego się siana, wyrwało mu się pytanie:  — Cztemuż to w Solbakken siano dawno już suche i zwiezione, a u nas mokre?  — Bo tam więcej słońca, jak u nas! — odparł ojciec, a Torbjörn po raz pierwszy w życiu uświadomił sobie, że znajduje się poza sferą słoneczną, poza owem błogosławionem, oblanem jasnością osiedlem, które tak często pociągało jego oczy. Od tego dnia coraz częściej spoglądał ku Solbakken. — Czemuż się znowu gapisz? — pytał ojciec, dając mu szturchańca. Tutaj w Grunlinden musimy pracować wszyscy jak jesteśmy, by nie zejść na psy.  Gdy Torbjörn miał lat siedm, odprawił Sämund parobczaka i przyjął innego imieniem Aslak, który dużo zwiedził pono świata mimo iż był zaledwo wyrostkiem. Tego wieczoru, kiedy Aslak przybył, Torbjörn już leżał w łóżku. Nazajutrz siedział przy stole i uczył się. Nagle ktoś otwarł drzwi z takim hałasem, jakiego Torbjörn w życiu nie słyszał i ukazał się w nich Aslak. Niósł olbrzymią naręcz drzewa opałowego i rzucił ją z taką siłą na podłogę, że polana rozleciały się na wszystkie strony. Podskakiwał wysoko i tupał, by otrząsnąć śnieg z obuwia, a przy każdym skoku powtarzał:  — Oj zimno! — mówiła narzeczona krasnoludka, siedząc po pas w lodzie!  Ojca nie było w domu. Matka zmiotła śnieg i, nic nie mówiąc, wyniosła go z izby.  — Cóż tak wytrzeszczasz ślepia? — powiedział Aslak...  — Nie wytrzeszczam! — odrzekł Torbjörn ze strachem.  — Czy widziałeś koguta, którego masz tam wymalowanego w książce? — spytał Aslak.  — Tak! — odparł Torbjörn.  — Gdy zamkniesz książkę, zlatuje się do niego mnóstwo kur! Czyś to widział?  — Nie!  — To zobacz!  Chłopak otwarł książkę.  — Osioł jesteś! — krzyknął Aslak z pogardą...  Od tej chwili miał nad Torbjörnem wpływ ogromny.  — Nic nie wiesz! Nic nie umiesz! — oświadczył raz Torbjörnowi, który dreptał za nim ciągle, chcąc wiedzieć co robi.  — Umiem katechizm, aż do czwartego rozdziału! — odparł dumnie.  — Ba! To głupstwo! Ale nie znasz historji o krasnoludku, który tańczył z dziewczyną od świtu do zachodu słońca, a potem pękł, jak cielę, które napiło się kwaśnego mleka.  Torbjörn w życiu nie słyszał tyle mądrych rzeczy naraz.  — Gdzież to było? — spytał.  — Gdzie?... Ano... to było... tak... tak to się stało tam, naprzeciwko, w Solbakken.  Torbjörn wytrzeszczył oczy.  — A czy słyszałeś o człowieku, który się zaprzedał djabłu za parę starych butów?  Torbjörn zaniemiał ze zdziwienia.  — Pewnie chcesz wiedzieć, gdzie się to stało? — pytał Aslak. — Ano także w Solbakken, ot, tam nad strumieniem, który stąd widać. Boże bądź miłościw! — dodał po chwili. — Ładny z ciebie widzę chrześcijanin! Założę się, że nie wiesz nic o Kari, co miała drewnianą spódnicę?  Nie słyszał o niej rzeczywiście nic.  Aslak pracował żwawo i rozpowiadał przytem wesoło o Kari z drewnianą spódnicą, o młynie, mielącym sól na dnie morza, o djable w sabotach, o krasnoludku, któremu brodę przyciął rozłupany pień drzewa, o siedmiu zielonych pannach, które wyrywały śpiącemu Piotrkowi kłusownikowi włosy z łydek, a mimo to nie mogły go zbudzić... słowem gadał różne cudactwa, a wszystko to miało się stać tam... w Solbakken.  — Cóż się, na miły Bóg, stało chłopcu? — dziwiła się na drugi dzień matka. — Od samego rana klęczy na ławce i wpatruje się w Solbakken.  — Rzeczywiście gapi się jak cielę na malowane wrota! — powiedział ojciec. Leżał na łóżku i odpoczywał całe poobiedzie, albowiem była to niedziela.  — Ludzie powiadają, — zauważył od niechcenia Aslak, — że jest zaręczony z Synnöwe Solbakken! — i dodał: — Ale ludzie gadają często głupstwa!  Torbjörn nie zrozumiał dobrze, co mówi Aslak, ale mimo to zarumienił się po uszy.  Usłyszawszy tę uwagę, zeszedł z ławki, wziął katechizm i zaczął się uczyć.  — Dobrze robisz! — powiedział Aslak. — Pocieszaj się słowem bożem, bo i tak jej nigdy nie dostaniesz!  Minęło z pół tygodnia i Torbjörn sądził, że ta niedzielna sprawa poszła w zapomnienie. Pewnego dnia spytał matki pocichu — wstydził się bowiem...  — Mamo! Kto to jest ta Synnöwe Solbakken?  — To mała dziewczynka, która kiedyś będzie właścicielką Solbakken.  — Czy ona ma drewnianą spódnicę? — spytał już śmielej.  Matka spojrzała nań zdumiona.  — Co to znaczy? — spytała.  Uczuł, że powiedział głupstwo i zamilkł.  — Niema chyba na świecie, mówiła matka, piękniejszego dziecka. To jest nagroda Pana Boga za to, że zawsze jest dobra, grzeczna i pilnie się uczy.  Nareszcie dowiedział się.  Pewnego dnia pracował Sämund z Aslakiem w polu. Za powrotem do domu, rzekł do syna:  — Zabraniam ci od dnia dzisiejszego wdawać się z Aslakiem.  Ale Torbjörn nie zważał na ten zakaz. Po jakimś tedy czasie odezwał się ojciec:  — Jeśli cię kiedy jeszcze zobaczę z tym nicponiem, to popamiętasz!  Od tego czasu włóczył się za Aslakiem potajemnie, tak, by ojciec nie widział. Pewnego jednak dnia przyłapał ich na pogawędce. Torbjörn dostał w skórę i został odesłany do domu. Odtąd spotykali się wówczas jeno, kiedy ojca w domu nie było.  Pewnej niedzieli, kiedy ojciec był w kościele, dokazywali Torbjörn z Aslakiem. Rzucali na siebie śniegiem.  — Nie... — zaprotestował w końcu Torbjörn, dostawczy parę kul w twarz i głowę. — Mam tego dosyć! Rzucajmy w coś innego.  Aslak się zgodził i zaczęli rzucać w sporą jodłę, stojącą obok lamusa, potem w drzwi a nakoniec w okno budynku.  — Nie rzucaj w szybę! — ostrzegł Aslak — tylko w ramę!  Ale Torbjörn rozbił szybę i pobladł.  — Ba! Któż się o tem dowie? — pocieszał go przyjaciel. — Rzucaj dalej!  Torbjörn rzucił znów i rozbił drugą.  — Nie będę już rzucał! — oświadczył.  W tej chwili ukazała się w drzwiach najstarsza siostra Torbjörna, mała Ingrid.  — Rzucaj w nią! — powiedział Aslak.  Torbjörn był podniecony i usłuchał. Dziewczynka zaczęła płakać, a na ten głos wyszła matka i zabroniła mu tej zabawy.  — Rzucaj dalej! — podmawiał go Aslak.  I Torbjörn rzucił jeszcze raz.  — Oszalałeś chłopcze? — zawołała matka i skoczyła ku niemu. Zaczął uciekać, matka za nim i tak gonili się wokoło podwórza. Aslak śmiał się, a matka miotała pogróżki. Nakoniec dopadła go w jakiejś zaspie i zabierała się wyłoić mu skórę.  — Niech mnie mama nie bije, — krzyknął — bo oddam! Taki tu jest zwyczaj!  Przerażona matka opuściła rękę i powiedziała:  — Tego cię nauczył Aslak!  Wzięła go spokojnie za rękę i zaprowadziła do domu. Nie odezwała się doń ni słowem, zajęła się młodszemi dziećmi i powiedziała im, że niedługo ojciec wróci z kościoła. W izbie zrobiło się nagle jakoś gorąco. Aslak poprosił o pozwolenie odwiedzenia krewniaka i otrzymał je natychmiast. Gdy wyszedł, odwaga do reszty opuściła Torbjörna. Zaczęło mu burczyć w żołądku i całe ciało oblało się potem. O, żeby to matka nic nie mówiła ojcu!... myślał, ale nie mógł się przezwyciężyć, by ją o to poprosić. Kręciło mu się w głowie wszystko, tańczyło mu przed oczyma a zegar tykał wyraźnie: Bicie! Bicie! Bicie! Nie mógł wytrzymać, wylazł na ławę i spojrzał ku Solbakken. Było ciche, przysypane śniegiem, połyskiwało w słońcu wszystkiemi szybami. O, tam nie brakło napewno ani jednej! Dym wznosił się raźno w górę. Zapewne gotowano posiłek dla tych, którzy mieli wrócić z kościoła. A Synnöwe? Czeka zapewne na ojca... ale nie dostanie w skórę... o nie... gdy wróci do domu.  Nie wiedział co ze sobą zrobić i nagle uczuł wielką serdeczność dla małej Ingrid. Posunął się aż do tego, że podarował jej najpiękniejszy, połyskujący guzik, otrzymany w podarunku od Aslaka!  — Droga Ingrid! — pytał — czy gniewasz się jeszcze na mnie?  — Nie, Torbjörnie! — odparła uszczęśliwiona — Pozwalam ci nawet rzucać śniegiem we mnie, jak długo ci się podoba!  Naraz usłyszał tupanie w sieni. Ktoś otrzepywał śnieg z nóg... Tak, to ojciec.  Wszedł. Miał minę łagodną i wesołą... a to było jeszcze gorsze!  — No i cóż? — spytał, rozglądając się wokoło. Torbjörn dziwił się bardzo, że zegar nie spadł w tej chwili ze ściany.  Matka zastawiła ojcu jedzenie.  — No, cóż słychać w domu? — spytał ojciec, zasiadając przy stole i biorąc łyżkę.  — O o o... wszystko dobrze! — odparła matka, przeciągając to... o o... niezmiernie długo. Czuł dobrze, że chce powiedzieć coś więcej. Ale dodała tylko: — Pozwoliłam wyjść Aslakowi.  — Teraz się zacznie! — pomyślał Torbjörn i zaczął bawić się z Ingrid, z takim zapałem, jakby go pozatem nic w świecie nie obchodziło.  Nigdy nie zużył jeszcze ojciec tyle czasu na jedzenie. Torbjörn rachował kęsy, gdy zaś doszedł do czwartego, zapragnął przekonać się do ilu doliczyć potrafi pomiędzy czwartym a piątym... i stracił w ten sposób rachubę. Nakoniec ojciec wstał i wyszedł na dwór.  — Szyby... szyby... szyby...! — tętniło w uszach chłopca i mimowoli rozejrzał się po izbie, czy i tu jakiejś nie brak. Ale nie, wszystkie były całe. Po chwili wyszła matka. Torbjörn wziął małą Ingrid na kolana i powiedział do niej tak czule, że aż zdziwiona, spojrzała mu w oczy:  — Chcesz, byśmy zabawili się w królewnę na łące?

Dziewczynka zgodziła się z pośpiechem, a Torbjörn zaśpiewał, czując, że nogi drżą pod nim:

— Kwiateczku mały, Śliczny kwiateczku, Czy chcesz być moim kochankiem? Dostaniesz płaszczyk nowy, Czerwony, atłasowy, Złotem przybrany, Perłami haftowany, Tralala... tralala... tralala, Królewny słuchać trza!

 A Ingrid odpowiedziała:

— Królewno mała, Śliczna królewno, Nie chcę być twoim kochankiem, Nie pragnę płaszcz mieć nowy. Czerwony, atłasowy, Złotem przybrany, Perłami haftowany, Tralala... tralala... tralalaNie chcę, królewno ma!

 Właśnie w najpiękniejszem miejscu zabawy wszedł ojciec i spojrzał twardym, tępym wzrokiem na syna. Torbjörn przycisnął do siebie mocniej Ingrid i — o dziwo — nie spadł z krzesła. Ojciec odwrócił się od niego bez słowa. Minęło pół godziny, a ojciec milczał i Torbjörn uczuł ulgę, ale nie śmiał jeszcze wierzyć, że mu to ujdzie na sucho. Nie wiedział co ma myśleć o tem wszystkiem i gdy ojciec sam pomagał rozbierać go do snu, zaczął drżeć całem ciałem. Ojciec pogładził go czule po włosach i policzkach. Nie zdarzyło się to nigdy jeszcze, jak mógł sięgnąć pamięcią, toteż ciepło objęło jego serce i całe ciało, trwoga przeminęła i stopniała, jak lód w słońcu. Sam nie wiedział, jak się dostał do łóżka, a ponieważ radości swej nie mógł objawić ani śpiewem, ani okrzykami, przeto złożył ręce i pocichuteńku odmówił Ojcze nasz, sześć razy naprzód i sześć razy wstecz, a zasypiając, czuł, że na całym bożym świecie niema człowieka, któryby dlań był tem, czem ojciec.  Nazajutrz zbudził się z okropnym strachem. Nie mógł krzyczeć, ale wiedział, że teraz oto spadną nań cięgi. Otwarł oczy i przekonał się z ogromną ulgą, iż to był jeno sen. Niebawem zauważył, że w skórę dostanie ktoś inny, mianowicie Aslak.  Sämund spacerował tam i z powrotem po izbie, a — ten krok znał Torbjörn doskonale. Krępy, trochę za niski, ale silny chłop, spozierał raz poraź z pod krzaczastych brwi na Aslaka i nie ulegało wątpliwości, że groźna burza wisi w powietrzu. Aslak siedział na wielkiej beczce i kiwał nogami, czasem podwijając jedną pod siebie. Ręce, jak zazwyczaj, trzymał w kieszeniach od spodni, a czapkę nasunął na czoło i oczy tak, że włosy sterczały mu po obu stronach, a oczu widać nie było. Skrzywione zazwyczaj grymasem usta były dzisiaj jeszcze bardziej krzywe.  Po długiem milczeniu zaczął pierwszy Aslak:  — Wasz syn, gospodarzu, zwarjował! Ale jeszcze gorsza rzecz, że ktoś na waszego siwka rzucił czary.  — Ty łajdaku bezwstydny! — wrzasnął Sämund, aż zadudniło w izbie. Aslak przekrzywił głowę na bok, a Sämund chodził dalej tam i z powrotem.  — Naprawdę koń jest zepsuty przez czary... — zaczął znów Aslak, badając jakie wrażenie te właśnie słowa wywołają.  — Czary... naturalnie że czary! — wrzasnął Sämund. — A któż to zrobił jak nie ty, drabie jeden? Ścinałeś w lesie drzewo i spuściłeś je na konia... oto powód dlaczego teraz nie chce ciągnąć!  Aslak słuchał spokojnie przez czas jakiś, a potem rzekł:  — Wierzcie sobie w to. Wiara nikogo nie hańbi. Ale wątpię, czy dlatego koń przyjdzie do siebie!  Aslak posunął się jednocześnie na beczce i osłonił twarz ręką.  Sämund przystąpił doń blisko i powiedział głosem przyciszonym, zwiastującym wściekłość:  — Jesteś ostatniego rzędu...  — Sämund! — rozległo się wołanie żony Ingeborgi. Uspakajała męża i